Archiwa tagu: Hiszpania

World Cup 1994. Hiszpania – Korea Południowa 2:2 w cieniu OJ Simpsona

June 17th, 1994 - film dokumentalny ESPN
June 17th, 1994 – film dokumentalny ESPN

Większego pecha ten mecz nie mógł mieć.

O ile bowiem na spotkanie Niemcy – Boliwia, to zaraz po ceremonii otwarcia, gdzie przecież byli Oprah, Diana Ross Bill Clinton, przeciętny Amerykanin może i zerknął, to potem nic innego nie miało znaczenia. Nie miał go ani golfowy US Open, ani Puchar Stanleya dla hokeistów NY Rangers, ani nawet finał NBA między NY Knicks i Houston Rockets. Nawet transmisja z finału najlepszej koszykarskiej ligi świata była przerywana przez stację NBC, by relacjonować ucieczkę OJ Simpsona. Drugi mecz piłkarskiego mundialu, Hiszpanii z Koreą Południową, ten cały dziwny soccer, zwykłego zjadacza hamburgerów nie obchodził wcale.

Nagromadzenie sportowych wydarzeń z 17 czerwca 1994 roku i usunięcie ich w cień przez sprawę OJ-a świetnie pokazuje dokument ESPN. Film June 17th, 1994 nie zawiera żadnych komentarzy, to tak naprawdę fragmenty programów telewizyjnych z tego dnia.

Przy części urywków mamy podane godziny:

  • 8.23 – OJ wyjeżdża z domu – o godzinie 11 ma być na policji, ale nie dociera na komisariat,
  • 12.47 – ceremonia otwarcia World Cup 1994,
  • 13.55 – policja  wyznacza nagrodę za pomoc w zatrzymaniu OJ – od tego momentu telewizje pokazują pościg niemal non stop, nad autostradą po której ucieka Ford Bronco, lata dziewięć helikopterów z kamerami,
  • 17.07 – Robert Shapiro na konferencji prasowej apeluje do przyjaciela o poddanie się, a Robert Kardashian odczytuje list, który OJ miał zostawić w domu,
  • ok. godz. 20 – OJ Simpson podjeżdża pod swój dom w asyście policji.

O ile dobrze liczę, mecz Hiszpania – Korea Południowa zaczynał się o godz. 17.30 tamtego czasu, czyli między konferencją Shapiro i Kardashiana a poddaniem się Simpsona. Ile osób w Stanach oglądało w tv cztery gole w Dallas?

Nadmiernym optymistą był Dariusz Wołowski w swojej korespondencji dla Wyborczej, który pisał:

tuż po zakończeniu transmisji ze spotkania Hiszpania – Korea przez kilka godzin miliony telewidzów w USA oglądały na żywo sceny ujęcia O.J. Simpsona, słynnego zawodnika futbolu amerykańskiego, który jest oskarżony o zamordowanie swojej byłej żony i jej przyjaciela.

„Tuż po transmisji”? Pościg oglądało 95 milionów osób (reszta Amerykanów prawdopodobnie była na wiaduktach przy autostradzie), śmiem więc wątpić, że przerwali oni śledzenie go, by zobaczyć drugi mecz World Cup 1994.

Wątpliwości nie pozostawia zresztą korespondencja wysłannika Przeglądu Sportowego, Janusza Basałaja:

W sobotę rano zostałem dobity przez niecnych Amerykanów. Oto nie oglądałem meczu Hiszpania – Korea Południowa. Obudziłem się o czwartej rano (różnica czasu niech będzie przeklęta!), sięgam po pilota i biegam po kanałach: może gdzieś dadzą skrót? Sportowa stacja ESPN, owszem, dawała sporo o OJ Simpsonie (wszystkie inne stacje od kilku dni robią z tego cały czas czołówkę). Później był baseball, golf, wyścigi konne, coś jeszcze i dopiero krótko, króciutko podano wyniki piątkowych spotkań, prezentując tylko trzy bramki z meczu Hiszpanów z (tymi lepszymi) Koreańczykami. Po dwóch godzinach dowiedziałem się, jaki był wynik meczu o punkty w mistrzostwach świata! Zrozumiałem dobrze: Ameryka nie myśli dać się zwariować europejskim sportem nr 1. Zrobiła i tak łaskę, że zaprosiła najlepszych piłkarzy świata do siebie. Jak mawiał pewien słowacki dziennikarz: „To ne je futbalowa kraina…”.

Amerykanie lubią żyć w swoim świecie, ich prawo, natomiast, ci kibice, którzy bój Hiszpanów z Koreańczykami tak jak Janusz Basałaj przegapili (zwłaszcza drugą połowę) mieli czego żałować.

Hiszpania czerwona kartkami Zubizaretty i Nadala i ze wstydu

Prezes Realu Madryt wymagał od reprezentacji Hiszpanii zwycięstwa co najmniej 5:0, również sami piłkarze drużyny Javiera Clemente nie bawili się w konwenanse i bez ceregieli zapowiadali wysokie zwycięstwo.  Mowa była o Korei, która na Mondiale 90 była beznadziejna, z Meksyku dała się zapamiętać głównie kopaniem Maradony i innych Argentyńczyków, a na sam World Cup 1994 pojechała tylko dzięki Irakowi, który na 12 sekund przed końcem, golem Jaffara Omrana na 2:2, zabrał Japonii awans.

Irak – Japonia 2:2 – wynik pozbawił Japonię startu w World Cup 1994

Owszem, Miguel Angel Nadal wyleciał z boiska już w 25. minucie, bo sfaulował od tyłu wychodzącego na czystą pozycję Ko Jeong Woona. Ale ten wariant – grania w dziesiątkę przez większość meczu – Hiszpanie akurat mieli przetrenowany. W meczu o awans na World Cup 1994, z Danią, Andoni Zubizaretta po faulu na Michaelu Laudrupie obejrzał czerwoną kartkę już w 10. minucie. Tamten mecz Hiszpanie wygrali po golu Fernando Hierro, a przecież gdzie Koreańczykom do duńskich mistrzów Europy z 1992 roku.

Do końca meczu z Danią i w mundialowej premierze, hiszpańskiej bramki strzegł więc Santiago Canizares, ale obsada bramki nie wydawała się problemem. Można mieć przekonanie graniczące z pewnością, że Hiszpanie Koreańczyków zwyczajnie zlekceważyli, gdy na początku drugiej połowy strzelili im dwa gole (przy okazji runął mit wspaniałej, zdyscyplinowanej koreańskiej obrony, która w eliminacjach biła rekord minut bez straty gola).  Pamiętam, gdy wtedy, w dzieciństwie, oglądałem skrót tego meczu na Eurosporcie i nie mogłem uwierzyć, że najpierw – po fartownym rzucie wolnym i rykoszecie od Minambresa – kontaktowego gola strzelił Hong Myung Bo, a na 2:2 wyrównał Seo Jung Won. To była sensacja.

Sensacja zupełnie inna niż ta w 2002 roku, gdy Korea Południowa – ostatniego karnego strzelał ten sam Hong Myung Bo! – przy pomocy sędziego, mimo dwóch prawidłowych goli Hiszpanów, wyeliminowała ich i awansowała do półfinału mistrzostw świata.

B.

Polska – Hiszpania 0:1. Mata, Krkić, de Gea i Canales w Grodzisku

Ten mecz przypomniał mi się tydzień temu.

Po tym jak pojawiła się informacja, że Hiszpan Toni Calvo, mistrz Europy do lat 19, którego widziałem w finale rozegranym w Poznaniu, ma trafić do Kolejorza.

Jego kolega z tamtej drużyny, Juan Manuel Mata strzelił akurat dla Chelsea gola w meczu z Manchesterem United

a potem chciał jeszcze jednego, ale David de Gea w końcu został bohaterem MU.

W ten sam weekend udział w ośmieszaniu Interu przez Romę (4:0) wziął Bojan Krkić, który niby miał obok siebie trzech obrońców, ale no właśnie – niby. Dla niego był to drugi w tym sezonie gol strzelony drużynie z Mediolanu.

Cała trójka opuściła latem Hiszpanię. Valencia za Matę dostała od Chelsea 23,5 mln funtów, de Gea dał zarobić Atletico Madryt 18,9 mln funtów, a Bojan Krkić sam chciałby wiedzieć, ile według swojego byłego i obecnego klubu jest wart. W każdym razie – sporo.

Przeglądanie po paru latach składów ze spotkań reprezentacji młodzieżowych ma ten urok, że można sprawdzić – ”z tego wyrosła wielka gwiazda, z tego odrobinę mniejsza, a o tym świat zapomniał i ponoć pasie krowy w Szwajcarii”.

Tymczasem w Grodzisku, gdzie we wrześniu 2010 roku grała z Polską młodzieżówka Hiszpanii, występowały już-gwiazdy. Wiedział o tym trener Andrzej Zamilski: – Moi juniorzy mierzyli się z Anglią z Rooneyem w składzie czy Włochami z Buffonem w bramce, ale to były dopiero przyszłe gwiazdy. Z tak utytułowanym zespołem jeszcze nie graliśmy – mówił.

Bo przecież Juan Mata, dzięki 20 minutom spędzonym na boisku w spotkaniu z Hondurasem ma pełne prawo tytułować się mistrzem świata. Ilu z widzów na Estadio de Zbigniew Drzymała zdawało sobie z tego sprawę?

Juan Mata, mecz Polska - Hiszpania do lat 21 w Grodzisku Wlkp.
Juan Mata, mecz Polska – Hiszpania do lat 21 w Grodzisku Wlkp.

Ok, może przesadzam. Wszyscy, a zwłaszcza wszystkie fanki wiedziały, co już zdążył wygrać Bojan Krkić i że była to Liga Mistrzów z Barceloną. Owe fanki sygnalizowały to zresztą donośnym piskiem. Piszczały też zapewne przy tym zablokowanym strzale.

Bojan Krkić i Tadeusz Socha, mecz Polska - Hiszpania do lat 21 w Grodzisku Wlkp.
Bojan Krkić i Tadeusz Socha, mecz Polska – Hiszpania do lat 21 w Grodzisku Wlkp.

A de Gea? Cóż, raczej się tylko opalał. Nie mogę tej wypowiedzi nigdzie znaleźć (chyba padła przed pierwszym meczem obu drużyn), ale trener młodych Polaków Andrzej Zamilski rzekł swoim graczom szczerze coś w stylu: ”Nie czarujmy się, ich bramkarz ma taką technikę, że u nas byłby pierwszym rozgrywającym”.

Przed grodziskim rewanżem polski szkoleniowiec mówił: – Jest mały stres, by nie przegrać 0:6 jak kadra seniorów. Zdajemy sobie sprawę, jak wielki dystans pod względem umiejętności dzieli nas od Hiszpanów.

Klęski 0:6 nie było, było 0:0 do 85. minuty.

A o wyniku zadecydowały akurat te perły, które zostały na Półwyspie Iberyjskim (opuścił go też Diego Capel, który ze Sportingiem Lizbona zagra z Legią Warszawa) i które – chwilowo – błyszczą akurat w tej chwili ciut mniej: Thiago Alcantara z Barcy, która traci w lidze dech i Sergio Canales, który z Realu jest wypożyczony do Valencii.

Oto relacja – ”Błysk geniuszu Hiszpanii”.

Bojan Krkić aż kopał z nerwów w słupek. Hiszpanie długo nie umieli strzelić gola polskiej kadrze do lat 21. Dopiero w 85. min zrobił to Sergio Canales z Realu Madryt i Polacy przegrali 0:1 w Grodzisku Wlkp.

Choć spotkanie to kończyło eliminacje mistrzostw Europy do lat 21, w ekipie gości aż roiło się od gwiazd. W jedenastce byli mistrz świata Juan Mata z Valencii czy zdobywca Ligi Mistrzów z Barceloną Bojan Krkić. Skład uzupełniali zawodnicy, którzy w klubach ekstraklasy hiszpańskiej grają w pierwszych jedenastkach.

Ten zbiór talentów w pierwszej połowie chciał bez wysiłku pokonać bramkarza Polski Michała Gliwę. Bezskutecznie, bo w najlepszej sytuacji Tadeusz Socha ze Śląska Wrocław zablokował Krkicia. Trener Andrzej Zamilski, przyznał potem, że wyciągnął wnioski z klęski 0:6 w seniorskim meczu obu krajów. Polacy bronili się więc w dziesięciu i rzadko kontrowali. Jeden szybki Tomasz Kupisz na lewej stronie pomocy nie mógł jednak stworzyć większego zagrożenia pod bramką rywali. Pierwsza połowa była więc strasznie nudna.

W przerwie młodzi Hiszpanie musieli dostać reprymendę od trenera, bo od początku drugiej części nie schodzili z połowy Polaków. Pomogło im wprowadzenie Sergio Canalesa, który był szybki, mijał Polaków z łatwością i podawał do lepiej ustawionych kolegów. Po jego akcji, sam na sam z Gliwą był Krkić, ale trafił w byłego bramkarza Dyskobolii. Pozostało mu kopnięcie ze złości w słupek. – Jeszcze tylko dziesięć minut – motywowali się polscy obrońcy, którzy już pewnie w głębi duszy widzieli w swoim piłkarskim CV wpis „zatrzymałem Bojana, Matę i Canalesa”. Hiszpanie stwarzali kolejne sytuacje, ale brakowało im pomysłów. Do czasu.

W 85. min goście mieli rzut wolny. Wszyscy czekali na strzał. Thiago Alcantara z Barcelony pięknie podrzucił jednak piłkę do Canalesa, który silnym strzałem zdobył jedynego gola meczu.

Ta bramka dała gościom awans do barażów o finały młodzieżowego Euro. Polaków strąciła zaś z trzeciego na czwarte miejsce w grupie. – Nie będziemy się przecież cieszyli z porażki 0:1 – żałował Gliwa. – Takiego wykonania wolnego nikt z nas się nie spodziewał.

Nikt się nie spodziewał, jak hiszpańskiej inkwizycji. A wystarczyło zapamiętać, że Thiago i Canales tak właśnie wymanewrowali Anglików.

Polska U-21- Hiszpania U-21 0:1 (0:0)

Bramka: 0:1 Sergio Canales (85. minuta)

Polska: 1. Michał Gliwa – 2. Tadeusz Socha, 5. Mateusz Siebert, 3. Michał Płotka, 4. Adam Marciniak – 6. Maciej Makuszewski (84, 16. Marcin Wodecki), 11. Ariel Borysiuk, 8. Marcin Pietrowski, 9. Kamil Poźniak (57, 14. Kamil Wilczek), 7. Tomasz Kupisz – 10. Artur Sobiech (78, 13. Tomasz Chałas).

Hiszpania: 1. David de Gea Quintana – 2. Cesar Azpilicueta Tanco, 4. Alberto Tomas Botia Rabasco, 5. Victor Ruiz Torre, 3. Roberto Canella Suarez (83, 16. Ander Herrera Aguera) – 11. Diego Capel Trinidad (60, 17. Adrian Lopez Alvarez), 8. Daniel Parejo Munoz (46, 15. Sergio Canales Madrazo), 7. Thiago Alcantara do Nascimento, 9. Bojan Krkić Perez, 6. Javier Martínez Aguinaga – 10. Juan Manuel Mata Garcia.

B.

PS Jeszcze o Espanii:

Kiedy król był nagi. Piłkarska Hiszpania upokorzona 

Ciemnoskórzy pionierzy europejskich reprezentacji. Cz. 5. Hiszpania i Włochy

Engelowe śliwki robaczywki

Glik a sprawa polska [frustracja po 0:6]

Kiedy król był nagi. Piłkarska Hiszpania upokorzona

Odliczamy miesiące, tygodnie i dni do naszego, polskiego Euro 2012. I choć dla każdego o biało-czerwonym, kibicowskim sercu, oczywistym jest, że zwyciężą Orły Franka Smudy, to jednak wszelkie znaki na niebie i ziemi karzą upatrywać zdecydowanego faworyta imprezy w reprezentacji Hiszpanii. Trudno nie zachwycać się porywającą, jakby z zupełnie innej galaktyki,  fantastyczną grą tej drużyny, która w ostatnim czteroleciu całkowicie zdominowała światowy futbol, wywalczając wszystko, co tylko było do zdobycia (czyli zarówno mistrzostwo globu – 2010, jak i Europy – 2008), a eliminacje do polsko-ukraińskiego turnieju przeszła jak burza, zgarniając komplet punktów. Patrząc dziś na zespół prowadzony przez Vicente del Bosque, aż niewiarygodnym wydaje się być fakt, że dwie dekady temu hiszpańscy piłkarze o występie na Mistrzostwach Europy mogli jedynie pomarzyć. Reprezentacja Hiszpanii sięgnęła wówczas swego futbolowego dna, kończąc eliminacyjne zmagania do szwedzkiego Euro 1992, na trzecim miejscu w grupie i z ujemnym bilansem. I choć futbolowych reprezentantów narodu, który ubogacił świat takimi postaciami, jak św. Teresa z Avila, św. Ignacy Loyola, czy Miguel Cervantes, zabrakło również, w przeszłości, na kilku innych wielkich piłkarskich imprezach (Mundiale: 1954, 1958, 1970, 1974 oraz Euro 1972), to jednak nigdy wcześniej nie kończyli oni eliminacji do którejkolwiek z nich, mając na koncie więcej porażek, aniżeli zwycięstw.

Zespół prowadzony przez legendarnego Luisa Suareza (wspaniały piłkarz, który w koszulce z numerem „10”, poprowadził  Hiszpanię w 1964 roku do Mistrzostwa Europy) zakończył włoski „Il Mondiale” z 1990 roku na 1/8 finału, gdzie odpadł wyeliminowany (1:2, po dogrywce) przez Dragana Stojkovicia i jego kolegów z reprezentacji Jugosławii. Apetyty na pewno były większe. Pozostał niedosyt. Losowanie eliminacji do Euro 1992, również nie okazało się dla Hiszpanów  nadmiernie szczęśliwe. Trafili do zdecydowanie najsilniejszej grupy: z Francją i Czechosłowacją, a także Islandią oraz Albanią. Co prawda Francuzi, prowadzeni przez Michela Platiniego, od kilku już lat nie zasmakowali w wielkim turnieju (przeszły im koło nosa, zarówno ME 1988, jak i MŚ 1990), ale Czecho-Słowacy dochodząc na Italia 90′ do ćwierćfinału i odpadając tam dopiero z bezkonkurencyjną drużyną niemiecką (0:1) udowodnili, że należą do ścisłej futbolowej elity. A jednak to Hiszpanie pozostawali papierowym faworytem tych zmagań.

Na dzień dobry, w październiku 1990, podopieczni Suareza, dzięki trafieniom Butragueno i Carlosa pokonali w Sevilli Islandię 2:1. Jednak styl zwycięstwa oraz bramka, jaką stracili, na skutek bezmyślnej zabawy z piłką Zubizarrety i Sanchisa, były pierwszym poważnym sygnałem ostrzegawczym. Po miesiącu, 14 listopada 1990, czeka Hiszpanów ogromnie ważne starcie w Pradze. Tu żartów juz nie ma. Danek daje prowadzenie gospodarzom, ale dzięki trafieniom Roberto (znanego nam i pamiętanego ze słynnych meczów Lecha z Barcą; w obu strzelił poznaniakom po golu) oraz Carlosa, po 53 minutach meczu goście wychodzą na swoje. Ich szczęście trwa jednak tylko 13 minut, błąd Zubizarrety, który nie potrafi zatrzymać piłki po strzale Danka, a potem jeszcze Moravcik i Hiszpanie wracają na tarczy.

Na Euro awansowała wówczas tylko najlepsza drużyna z każdej grupy eliminacyjnej, więc praska porażka, postawiła podopiecznych Suareza w bardzo trudnej sytuacji. Rozzłoszczeni Hiszpanie odbili sobie na Albańczykach, rozbijając ich w stolicy Andaluzji aż 9:0 (cztery trafienia Butragueno i jego klasyczny hat-trick w drugiej części meczu, oraz zamykająca wynik spotkania bramka Bakero).

20 lutego 1991 roku piłkarska Europa wstrzymuje oddech. Na paryskim Parc de Princes ścierają się dwie futbolowe potęgi Starego Kontynentu. Początek wyśniony dla Suareza. Rozgrywający tego dnia świetny mecz, dzisiejszy trener Lecha, Jose Mari Bakero już w 10 minucie, ładnym strzałem daje Hiszpanom upragnioną przewagę. Jednak radość z prowadzenia na terenie silnego rywala trwa jeszcze krócej niż w Pradze, bo tylko 4 minuty. Po stałym fragmencie gry, Sauzee głową kieruje piłkę do bramki bezradnego Zubizarrety. Walka rozgorzała na dobre. Ale w drugiej połowie, fenomenalny, najlepszy wówczas napastnik na świecie Jean Pierre Papin uzyskuje prowadzenie dla Trójkolorowych. Na 13 minut przed końcem wynik spotkania na 3:1 ustala strzałem głową Laurent Blanc.

Platini triumfuje. Hiszpanie, by zachować jakiekolwiek szanse na awans, muszą teraz wygrać wszystkie, pozostałe eliminacyjne potyczki oraz liczyć na to, że stanie się cud i Islandia w Paryżu ograbi z punktów fantastycznie grającą reprezentację Francji.

I cud rzeczywiście się zdarzył. Islandczycy wywiązali się ze swego zadania wyśmienicie. Ograli zespół, z którym, mogło się wydawać, nie mają najmniejszych szans na nawiązanie  choćby namiastki równorzędnej walki. Tyle tylko, że ów piłkarski cud wydarzył się nie w Paryżu, a w Reykjaviku. A dzielni Islandczycy zlali nie Francję, czego tak bardzo pożądali Hiszpanie, lecz właśnie samych Hiszpanów. Mecz ostatniej szansy, mecz który po prostu trzeba było wygrać, by zachować przy życiu jakiekolwiek resztki nadziei wyjazdu na Euro, reprezentanci Hiszpanii, prowadzeni już przez nowego trenera – Vicetne Mierę (tego samego, który w lecie 1992 roku poprowadzi Espanię do olimpijskiego złota) przegrali w żałosnym stylu 0:2. Orlygsson i Sverisson swymi trafieniami w ostatnich dwudziestu minutach spotkania, obnażyli całą naiwność jakichkolwiek złudzeń związanych z udziałem hiszpańskiej drużyny na szwedzkim Euro.

25 września 1991 roku to data symboliczna w dziejach całego hiszpańskiego piłkarstwa. Tego dnia reprezentacja Królestwa Hiszpanii sięgnęła swego dna. Nieuchronnie kończył się pewien etap w historii tamtejszego futbolu. Przegrane w fatalnym stylu eliminacje, a przede wszystkim druzgocąca klęska w Reykjaviku spowodowały, że powoli, stopniowo zaczęło rozstawać się z kadrą całe pokolenie wybitnych przecież piłkarzy. Takim zawodnikom, jak  kapitan zespołu Butragueno (bramkami z Albanią zakończył swą imponującą reprezentacyjną kanonadę), Michel, Martin Vazquez, Manolo, Sanchis, Roberto czy Eusebio już nigdy więcej nie dane było wystąpić na jakimkolwiek wielkim, mistrzowskim turnieju. A tacy gracze jak Vizcaino, Nando, Serna czy Carlos swoją jedyną szansę zaistnienia na wielkiej imprezie zaprzepaścili właśnie przegrywając turniej eliminacyjny do Euro 1992. Troszkę więcej szczęścia miał Solozabal, który zagrał na turnieju olimpijskim w Barcelonie. Dość powiedzieć, że z zespołu, który wybiegł feralnego dnia, na płytę boiska w Reykjaviku, tylko Zubizarreta, Abelardo i Goicoechea kontynuowali przez następne lata swą reprezentacyjną karierę.

Impotentes: Islandia - Hiszpania, Martin Vazquez i Emilio Butragueno

[Madrycki „As” zatytułował to zdjęcie wymownym: „Impotentes”, które jakże trafnie oddaje niemoc hiszpańskich piłkarzy w Reykjaviku; Martin Vazquez (10) i Emilio Butragueno (9) już nigdy nie zagrają na wielkiej imprezie]

 

Choć po porażce na Islandii, cała piłkarska Hiszpania miała ochotę zapaść się pod ziemię, to jednak trzeba było zakasać rękawy i stając do walki o resztki honoru, zakończyć turniej eliminacyjny. Mecz z Francją w Sevilli, choć teoretycznie dla Hiszpanów już bez znaczenia, przyniósł jednak jej kibicom kolejne bolesne upokorzenie. Francuzi zawsze byli dla Hiszpanów rywalem szczególnym, a zarazem bardzo niewygodnym. Ale spotkanie z 12 października 1991 roku bezlitośnie obnażyło, jak wielka różnica dzieliła wówczas reprezentację Francji od Hiszpanów. Michel Platini, który niczym piłkarski Napoleon zbudował prawdziwą futbolową potęgę, przed jaką drżała cała Europa (Francuzi w roku 1991 byli bez wątpienia najlepszą drużyną Starego Kontynentu; eliminacje do Euro ’92 zakończyli z kompletem zwycięstw w tak przecież trudnej grupie; siły tego zespołu doświadczyli na własnej skórze również Polacy, przegrywając towarzysko w Poznaniu 1:5), podbił Hiszpanię równie bezwzględnie, jak Bonaparte w 1808 roku. Francuzi dominowali przez całe spotkanie, prezentując znacznie wyższą kulturę gry, mając po prostu lepszych piłkarzy i już po kwadransie prowadząc na andaluzyjskiej ziemi 2:0. Piękne trafienie zaliczył Luis Fernandez (urodzony zresztą w Hiszpanii), a drugą bramkę dołożył bezlitosny Papin. Abelardo w 33 minucie meczu sprawił, że końcowy wynik nie był aż tak drastyczny. 1:2. Król był nagi. Francja triumfowała, niczym na początku XIX wieku.

pmdr

[„Poddanie Madrytu”; mal. Antoine Jean Gros]

 

Podopieczni Vicente Miery zdobyli się jeszcze na ostatni wysiłek i w meczu o tak zwane „nic”, zrewanżowali się Czechosłowacji, pokonując ją na własnym boisku 2:1. Ale na kolejne spotkanie o pietruszkę, w nieciekawej wówczas turystycznie Tiranie, nie mieli już najmniejszej ochoty. Pragnęli jedynie, by ten eliminacyjny turniej zakończył się jak najszybciej. Pragnęli tego tak bardzo, że przekonali europejską federację, iż rozgrywanie meczu z Albanią nie ma najmniejszego sensu. Spotkanie nie odbyło się, dzięki czemu reprezentacja Hiszpanii zakończyła swe zmagania w batalii o Euro ’92 z bilansem trzech zwycięstw i czterech porażek oraz stratą aż dziesięciu punktów do Francji (przy dzisiejszym systemie punktowania, ta różnica rozrosłaby się do 15 pkt!) oraz czterech do Czechosłowacji.

Warto też wspomnieć, że cały rok 1991, piłkarska reprezentacja Hiszpanii zakończyła bilansem, który urągałby nawet drużynom pokroju Armenii czy Macedonii: 8 meczów, 2 zwycięstwa, 1 remis, 5 porażek, bramki 9-16. Pomiędzy lutową a październikową porażką z Francuzami, Hiszpanie zdążyli m.in. przegrać w żałosnym stylu, na własnym boisku, towarzyskie potyczki z Węgrami (2:4) i Rumunią (0:2). Po tym ostatnim meczu, Suareza, na stanowisku selekcjonera, zastąpił Miera, dzięki czemu to właśnie z jego nazwiskiem kojarzyć się będzie już na zawsze klęskę w Reykjaviku.

Można powiedzieć, że reprezentacja Hiszpanii powoli wygrzebywała się z kryzysu i już nigdy potem nie upadła tak nisko, jak w eliminacjach do szwedzkiego Euro. Ważnym impulsem był na pewno olimpijski sukces z Barcelony oraz proces przenikania wielu członków tej ekipy do seniorskiego zespołu. I choć Hiszpanie również eliminacje do World Cup ’94 rozpoczęli bardzo nieciekawie, to jednak wyraźne przełamanie przyszło na wiosnę 1993 roku i podopiecznym nowego trenera – Javiera Clemente udało się, niemal rzutem na taśmę, wydrzeć Duńczykom awans na Mundial w USA. A potem było już tylko lepiej (dobra gra na turniejach w 1994, 1996, 2000, 2002, 2006, na których ich marsz po medale bywał niejednokrotnie blokowany przez krzywdzące decyzje arbitrów; nawet, gdy Hiszpanom nie udawało się wyjść z grupy na MŚ 1998 czy ME 2004, pozostawiali po sobie dobre wrażenie i nie schodzili poniżej określonego poziomu). Dziś to Hiszpanie dyktują swoje warunki, stanowiąc prawdziwą piłkarską potęgę,  będącą w stanie nie tylko wygrać, ale i roznieść każdego rywala, który stanie na jej drodze. Dziś to hiszpańska, futbolowa Armada notuje wspaniałe serie piętnastu, bądź dwunastu kolejnych zwycięstw. W 20 lat po mrocznych dniach klęski eliminacyjnego turnieju do szwedzkiego Euro, reprezentanci Królestwa Hiszpanii stają przed ogromną szansą, by umocnić swą hegemonię na futbolowej mapie Starego Kontynentu, zdobyć trzeci pod rząd wielki tytuł mistrzowski, a przy tym zachwycić nas swoją cudowną grą. Czy im się to uda?

Glik a sprawa polska

Na marginesie wczorajszego meczu, nawet nie tyle uświadomiłem, ale raczej przypomniałem sobie jeden z powodów, dlaczego Polska piłka poziomem zbliża się dziś do Kambodży (chwila, muszę sprawdzić w rankingu FIFA czy przypadkiem Kambodża już nie jest przed nami). Powodem tym jest… Kamil Glik. Nie chodzi jednak o jego osobę, a raczej o zjawisko, którego jest on chodzącym dowodem.

Otóż w czasie, gdy kolejni Hiszpanie robili z jasnowłosego defensora wiatrak (inna sprawa, że faktycznie Glik był wczoraj chyba najsłabszym zawodnikiem kadry), to komentujący spotkanie w TVP Mirosław Trzeciak (stymulowany jakąś mocną kawą, bo podniecał się nie tylko każdym autem w wykonaniu Polaków, ale także każdym celnym podaniem w wykonaniu Hiszpanów) wciąż powtarzał, że to przecież młody chłopak, że on się dopiero uczy, że nie możemy mieć do niego pretensji, bo przecież dopiero co zaliczył drugi sezon w lidze a już mu było tak ciężko, Piast, spadek, smutek i zaraza. I w zasadzie to wszystko prawda. Pytanie tylko – dlaczego?

Kamil Glik ma 22 lata (ur. 3.02.1988 roku) i w ekstraklasie zagrał dwa sezony. W Polsce traktowany jest jednak jako talent w pieluchach, na którego to trzeba chuchać i dmuchać, żeby przypadkiem się nie przemęczył, no i najlepiej w ogóle nie krytykować, bo przecież taki gołowąs i jak nie chce, to nie musi wcale grać w piłkę, tylko na przykład zostać zdunem. Powtarzam – 22 lata, dwa sezony w polskiej lidze.

Dla kontrastu, w czerwonych koszulkach biegali Hiszpanie. Tam poziom wysoki. I w lidze, i w reprezentacji. Młodziakom strasznie pod górkę. Nikt na nich nie stawia. Bardzo ważna rywalizacja, nie można ryzykować. No właśnie niekoniecznie. W reprezentacji Hiszpanii, może poza defensywą, biegali gracze w podobnym do Glika wieku. Z jedną jednak różnicą – nieporównywalnie bardziej doświadczeni. Za granicę „rówieśnictwa” przyjąłem dwa lata, a więc Glika wrzucam do jednego worka z Hiszpanami urodzonymi w tym samym roku co on, a także z rok i dwa lata starszymi. Co się okazuje? Że takich piłkarzy we wczorajszym meczu było aż sześciu! Czy ktoś wyobraża sobie, że „Marca” albo „As” piszą, żeby „na nich uważać”, żeby „wybaczać, bo się uczy” i w razie błędu „nie krytykować”?

Sergio Ramos (1986 r.); w kadrze 60A – 5 goli; w Primiera Division: 9 lat

Gerard Pique (1987 r.); 16A – 4; staż w Premier Leaugue i Primiera Division: 5 lat

David Silva (1986 r.); 36A – 7; w PD: 5 lat

Sergi Busquets (1988 r.); 13A – 0; PD: 2 lat

Cesc Fabregas (1987 r.); 50A – 6; PL: 6 lat

Pedro (1987 r.); 3A – 1; PD: 3 lata

Do tego ławkę wczoraj ugniatali jeszcze:

Javier Martinez – 1988 r.); 2A – 0; PD: 3 lata

Juan Mata (1988 r.); 8A – 3; PD: 3 lata

I to nie o to chodzi, że się czepiam, bo przecież biało-czerwoni oprócz Glika mieli jprzecież jeszcze Mierzejewskiego (1986), Matuszczyka (1989), Cetnarskiego (1988), Rybusa (1989),  Lewnadowskiego (1988), Sobiecha (1990) i Sadloka (1989). Chodzi o to, że ta reprezentacja nie jest „młoda”, czy jakoś tam szczególnie młodzieżowa. Ona jest po prostu normalna. Tyle że u nas wszyscy czekają aż ci zawodnicy się otrzaskają i za kilka lat pokażą na co ich stać, a w Hiszpanii ci zawodnicy po prostu już grają. I dlatego właśnie to Hiszpania jedzie na MŚ 2010 (i pewnie je wygra) a Polska nie.

P.

Lech będzie jak Hiszpania

Ale nie ta zwycięska Espana z EURO 2008. Wiele wskazuje na to, że Kolejorz podzieli los hiszpańskiej drużyny z mistrzostw świata we Francji w 1998 roku, którzy pomimo efektownej gry, nie wyszli nawet z grupy.

Dwanaście lat temu Hiszpanie jak zwykle w cuglach awansowali na mundial i jak zwykle byli faworytami turnieju. W pierwszym meczu we Francji, dwukrotnie prowadzili z Nigerią po efektownych golach Hierro i Raula, a jednak mecz skończył się dla nich koszmarną wpadką, przegraną 2:3. Podobnie było z Lechem. Im efektowniej poznaniacy wygrywali na początku tego sezonu w Kielcach czy Fredrikstad, tym boleśniejsze były porażki z Brugią, Cracovią czy Legią.

Rozgrywki na pierwszych kolejkach gier jednak się nie kończą. I zarówno Hiszpania, jak i Lech, otrzymały szansę na odrobienie strat. I to, co ważne, w pojedynku z bezpośrednim rywalem. Zespół Jacka Zielińskiego tę okazję miał w Krakowie, gdzie powinien pokonać Wisłę. Podopieczni Jose Camacho rywalizowali z Paragwajem. I oba te mecze zakończyły się bezbramkowymi remisami, w obu spotkaniach szkoleniowcy zespołów będących w gorszej sytuacji nie podjęli ryzyka. Obaj trenerzy łudzili się, że rywale się potkną, że fortuna będzie im sprzyjała.

Nie sprzyjała. Gdy Paragwaj pokonywał Nigerię, co oznaczało awans z grupy obu tych zespołów, Hiszpanie właśnie gromili Bułgarów. Jeden, drugi, trzeci, czwarty, piąty, w końcu szósty gol. 6:1 na mistrzostwach świata, zapisanie się w kronikach, normalnie taki wynik musi budzić euforię. A jednak Kiko, który w 94. minucie ustalał rozmiary triumfu nad Bułgarami, wracał na swoją połowę z pochyloną głową, nawet się nie uśmiechał. Już wiedział, że to trafienie już niczego nie zmieniało.

Lechici chyba powoli też zaczynają zdawać sobie sprawę, że sześć goli w dwóch ostatnich meczach, czy choćby kolejne pół tuzina wpakowane Ruchowi i Zagłębiu, upragnionego mistrzostwa nie da. I że hiszpańska łatka zespołu, który gra pięknie jak nigdy, a nie wygrywa jak zawsze, zostaje właśnie jeszcze mocniej przyszyta.