Wesoły pogrzeb czyli trzy po trzy po meczu Wisła Kraków – FC Barcelona

P:

SŁODKA PORAŻKA, GORZKIE ZWYCIĘSTWO 

1. Fajnie. Fajnie jest wygrać z Barceloną. Tak po ludzku, zwycięstwo nad legendarnym klubem cieszy – nie dokonał tego nigdy żaden inny polski zespół. Miło popatrzeć, że Cleber strzela celniej niż Henry, Krkić i Xavi. Siłą rzeczy przypomina mi się inny mecz, gdzie Biała Gwiazda pokonała drużynę z absolutnego europejskiego topu po czym odpadła:)

Mam oczywiście świadomość, że to zwycięstwo w ostatecznym rozrachunku znaczy tyle co nic, bo polskiej drużyny po raz nasty zabraknie w Lidze Mistrzów, ale to "nic" ma dziś wyjątkowo słodki posmak. Poza tym taki mecz powinien wzmocnić krakusów psychicznie przed starciem o fazę grupową Pucharu UEFA.

2. Gdybanie. Można teraz gdybać – co by było gdyby. Co by było gdyby w pierwszym meczu zamiast 4-0 było 3-1 – awans w zasięgu ręki. Co by było gdyby dyrektor Bednarz zamiast oglądać na TVNie seriale o kłopotach boliwijskich nastolatek ściągnął do Wisły, choćby wzorem Lecha, kilku młodych zawodników z Bałkanów czy Ameryki Południowej (wykorzystałby znajomość boliwijskiego). Co by było gdby Wisła zamiast Barcelony wylosowała Olympiakos czy Anderlecht. Co by było gdyby…

3. Victor Valdes. Choćby ze mnie skórę pasami ściągali nie potrafię docenić tego bramkarza. Niby nie wpuszcza spektakularnych farfocli, ale brakuje mu osobowości wielkich golkiperów. A to źle się wybije, a to mu piłka przeleci po ręce, a to sparuje nie w tą stronę. Często nie padają po tych zdarzeniach bramki, często obrona tuszuje jego błędy, ale grając na środku defensywy nie czułbym się zbyt pewnie mając takiego agenta za plecami.

R:

CHWAŁA ZWYCIĘZCOM (CZYLI ZWYCIĘŻONYM)

Gdy ponad 10 lat temu Borussia Dortmund sięgała po laur najlepszego klubowego zespołu Europy, na swej drodze po to trofeum, w fazie eliminacyjnej Ligi Mistrzów (wtedy jeszcze „mistrzów” nie tylko z nazwy) przyszło jej się zmierzyć z łódzkim Widzewem. Podopieczni Franciszka Smudy w obu tych spotkaniach zaprezentowali się naprawdę z jak najlepszej strony, grając futbol ciekawy, pomysłowy, poukładany. W Dortmundzie ulegli 1:2, by w Łodzi będąc o krok od zwycięstwa ostatecznie zremisować 2:2. Każdy kto pamięta te mecze przyzna, że w obu spotkaniach różnica pomiędzy najlepszą ligową drużyną naszego kraju a najlepszym teamem piłkarskiej Europy była wtedy na tyle niewielka, że Polacy w obu tych pojedynkach śmiało mogli się pokusić o zwycięstwa.

20 lat temu poznańskiego Lecha dzieliła od wyeliminowania wielkiej Barcelony jedna skutecznie wykonana jedenastka w serii rzutów karnych. Jak wspomina na swoim blogu trener Czesław Michniewicz, gdy do piłki ustawionej na wapnie podbiegał Bogusław Pachelski, słynny trener Katalończyków Johann Cruyff zaczął już schodzić do szatni, nie wierząc w to, że Barcelona jest jeszcze w stanie awansować (Zubizarreta strzał Pachelskiego jednak obronił a Barca wygrała karne 5:4)
Dziś, gdy od wielu już lat Liga Mistrzów stała się przytulnym gniazdkiem wzajemnej adoracji dla pięknych i bogatych (z naciskiem na bogatych) a przepaść dzieląca dwa futbolowe światy (możnych i niemożnych) pogłębia się z każdym rokiem, jako kibice nauczyliśmy się cieszyć z mniejszych lub większych namiastek sukcesu naszej klubowej piłki. 6 lat temu Polonia Warszawa ograła wspaniałe, naszpikowane gwiazdami, prowadzone przez Mourinho FC Porto 2:0 (ulegając w pierwszym spotkaniu 0:6) Dzisiejszego wieczoru piłkarze krakowskiej Wisły sprawili psikusa legendarnej Barcelonie wygrywając z nią 1:0. I choć awans Barcy, po zwycięstwie na Camp Nou 4:0, ani przez moment nie był zagrożony, warto chyba jednak docenić wagę tego wieczoru. Wiślacy zostawili na boisku serce, włożyli w grę mnóstwo ambicji i ogrywając wielkiego rywala, który wcale meczu nie odpuścił, zasłużyli na słowa uznania. Przeszli też do historii jako pierwsza polska drużyna pokonując klub marzeń z Barcelony. Dzisiejszy wieczór ma posmak radości, bo mistrzowie naszego kraju zwyciężyli drużynę z innej piłkarskiej galaktyki. Dziś Dawid spotkał się z Goliatem ucierając mu nieco nosa. I to nieważne, że cztery sińce nabyte podczas batalii sprzed dwóch tygodni wciąż aktualne. Brawo Wisło, dziękujemy Wisło! Chwała zwycięzcom! Czyli zwyciężonym.

B:

NIE ZMARNOWAĆ TEGO ZWYCIĘSTWA

Zasiadałem do tego wpisu z dużą dawką sceptycyzmu, bo w końcu w pierwszym meczu baciory, bo Barca myślami pewnie jeszcze przy zwiedzaniu Wawelu, bo przecież Polonia też kiedyś po batach w Porto wygrała rewanżyk na Konwiktorskiej i co z tego itd. Kilka faktów sprawia jednak, że tryumf nad Dumą Katalonii trzeba rozpatrywać w kategorii sukcesu, jeśli nie wielkiego sukcesu. Pod jednym jednak warunkiem. O nim jednak na końcu. 

1. Barca cholernie rzadko kończy mecze w pucharach bez strzelonego gola. Nie widzę w tym zasługi Pawełka, oczywiście. Bohatersko grała cała linia obrony, z (wreszcie!) świetnym Baszczyńskim na czele. Henry, Eto’o czy Krkić naprawdę mieli wielką ochotę ukąsić, ale fakt, że to nie był ich dzień mocno wspomagała wiślacka defensywa (Bojan może po prostu chciał, by trener Serbii Radomir Antić sobie pomyślał, że w sumie to jest kiepski, nie wiem). W każdym razie, w czterech ostatnich sezonach, na 41 meczów Barcy w europejskich pucharach (konkretnie w Lidze Mistrzów), tylko w dziewięciu Katalończycy nie strzelili gola. Mało tego, z tych dziewięciu meczów bez trafienia, przegrali tylko 4 razy – reszta kończyła się bezbramkowo.

2007/08: Rangers 0:0 ; Manchester United 0:0, 0:1

2006/07: Chelsea 0:1

2005/06: Panathinaikos 0:0 ; Benfica 0:0 ; Milan 0:0

2004/05: Milan 0:1 ; Szachtar 0:2 [ponad połowa składu rezerwowa]

2. Blaugrana ma przecież nowego trenera – Guardiola, zważając na fakt, że jest szkoleniowym nowicjuszem, jeszcze przez jakiś czas będzie musiał pracować na zaufanie fanów (nie mylić oczywiście z szacunkiem – ten ze względu na karierę zawodniczą ma zapewniony). O tym, że na wynikach u progu sezonu mu zależy, świadczą sparingi (i pierwszy mecz), gdzie Barcelona łomotała rywali, że hej. O tym mówi też skład – szokujący, bo najsilniejszy. Pepe Guardiola naprawdę chciał ten mecz wygrać. A tu taki dzwon na ogórkowie :)

3. Nic nie mam do Clebera, ale trochę szkoda, że tej jednej, jedynej brameczki nie ustrzelił któryś z Polaków. Mógłby to być Brożek, król naszego polskiego podwórka, któ
ry jeśli się nie przełamie w tym sezonie w dziedzinie strzelania ważnych goli, to moim zdaniem nie przełamie się już nigdy. Mógłby to być Zieńczuk, który zdjąłby tym samym piętno ateńskiej tragedii z rewanżu z Pao. Mógłby to być Niedzielan, bo na nasze warunki to zawodnik o niespotykanych walorach (szybkość + instynkt), tylko po kontuzji potrzeba mu jakiegoś przełomu. Mógłby to być… nie no, bez żartów, że Dawidowski, w jego przypadku cieszmy się, że dograł te swoje minutki bez kontuzji.

Zwycięstwo nad Barceloną w najsilniejszym składzie jest wielkim sukcesem. Ale jeśli tak podbudowana Wisła nie awansuje do fazy grupowej Pucharu UEFA, to to zwycięstwo będzie trochę jak towarzyskie 3:1 janasowej kadry z Włochami. Fajnie, że było, tylko – co z tego?

Tryptyk bałkański: Bośnia i Hercegowina

Zastanawiam się czy pisanie o poziomie piłki nożnej w Bośni i Hercegowinie w ogóle jest etyczne. Bolesna historia tego sponiewieranego państwa wyziera niemal zza każdego zakrętu. Chodząc po Mostarze można obserwować niezwykle trudne sąsiedztwo – podziurawionych od kul ścian oraz ludzi, którzy na ich koślawym fundamencie reanimowali tkankę miejską. Wojna jest tu cały czas obecna – jako znamię i ostrzeżenie. Może więc jednym ze sposobów powrotu do normalności jest piłka nożna?

Kluby piłkarskie również silnie odczuły wojnę – najpierw krwawe działania wojenne a potem nowy układ administracyjny sprawiły, że piłkarze mieli dłuższą przerwę w rozgrywkach. Reprezentacja kraju pierwszy oficjalny mecz zagrała 30.11.1995 roku z Albanią w Tiranie (porażka 0-2) a we wrześniu 1996 roku wystartowała w eliminacjach do MŚ we Francji (w międzyczasie sensacyjne zwycięstwo w towarzyskim meczu z Włochami 2-1!). Prawdziwe problemy pojawiły się jednak przy próbach wskrzeszenia rozgrywek ligowych. Jako że Bośnia składała się wówczas z trzech stref etnicznych – strefy muzułumańskiej, chorwackiej oraz serbskiej (obecnie dwie pierwsze się połączyły tworząc binarny układ: Federacja Bośni i Hercegowiny oraz Republika Serbska) – każda ze stref miała swoje rozgrywki. Chcąc je ujednolicić zaproponowano play-offy w których miały zagrać czołowe zespoły z każdej z lig. Pomysł zbojkotowali Serbowie a w końcu poróżnili się także Chorwaci z Muzułumanami. Do play-offów między tymi dwoma ostatnimi strefami doszło dopiero rok później (rok 2000, zwycięzcą został chorwacki Brotjo Citluk, Serbowie bojkotują). W sezonie 2000/2001 połączone strefy chorwackie i muzułumańskie utworzyły jedną ligę. O tym jak głębokie są rany między etnicznymi grupami w Bośni niech świadczy fakt, że dopiero w sierpniu 2002 roku, po długich negocjacjach, wystartowała wspólna liga Bośni i Hercegowiny. Ludzie, których Historia postawiła kiedyś naprzeciwko siebie i włożyła karabin do ręki, dziś wspólnie kopią piłkę.

Podstawowym problemem Bośniaków była i jest emigracja zawodników do innych krajów. Część z nich cały czas czuje się związanych z ojczyzną i gra dla niej, lecz część po prostu zmienia obywatelstwo (głównie w Niemczech i Holandii). Rodacy nie mają im tego jednak za złe – dość powiedzieć, że najlepiej sprzedającą się koszulką na bazarze w Mostarze jest… koszulka reprezentacji Szwecji tego pana:

Ale największy szacunek należy się tym, którzy grają w biało-niebieskich barwach. Czytałem kiedyś wywiad z Hasanem Salihamidżicem, który opowiadał, że w wieku 9-10 lat ojciec włożył mu do kieszeni kilka dolarów i zapakował do autobusu jadącego do Hamburga. Dziś ten piłkarz gra w Juventusie, przedtem występował w HSV i Bayernie. Jest gwiazdą. I bohaterem Bośni.

Reprezentacja Bośnii dała Europie kilku świetnych piłkarzy – wspomniany Salihamidżić, kapitalny Meho Kodro (grał w Barcelonie), Elvir Bolić i Elvir Baljić (sezon w Realu Madryt, choć uznany przez kibiców za drugi, po Jonathanie Woodgacie, najgorszy transfer w historii:)) oraz Sergiej Barbarez (król strzelców Bundesligi w HSV, poza tym Hansa, Borussia Dortmund, Bayer Leverkusen). Po zawieszeniu butów na kołku przez tego ostatniego największą gwiazdą reprezentacji jest napastnik PAOKu Saloniki Zlatan Muslimović. Jego wizytówką jest hat-trick w meczu z Chorwacją (choć przegranym 3-5):

W najbliższej przyszłości piłkarzem dużego formatu może zostać napastnik robiącego furorę w Bundeslidze beniaminka Hoffenheim Vedad Ibisević.

Wedle mojej wiedzy w polskiej ekstraklasie występowało lub występuje trzech reprezentantów Bośni i Hercegowiny. Kilka lat temu etatowymi zawodnikami bośniackiej kadry byli Admir Adżem

i Omer Joldić.

O ile ten pierwszy był solidnym ligowcem – występował w Pogoni Szczecin, GKSie Katowice i Zagłębiu Sosnowiec (44 występy w I lidze, 1 gol) o tyle pobyt tego drugiego w Polsce to kompletna pomyłka – 5 meczów w GKSie Bełchatów, przesunięcie do rezerw po czym czarna nalewka od Oresta Lenczyka i powrót do BiHu. Trudno powiedzieć dlaczego nie zaistniał w górniczym klubie (kłopoty wychowawcze, antypatia Lenczyka?), ale faktem jest że była podpora reprezentacji biało-niebieskich nie przyjęła się na naszych murawach.

Istnieje natomiast szansa (jestem o tym przekonany), że zupełnie inaczej rzecz się będzie miała z młodziutkim Semirem Stilicem z Lecha Poznań.

Przez lata kluczowy element młodzieżówki BiHu, obecnie powoływany do I reprezentacji (co ciekawe, zagrał w grudniu w meczu z… Polską!).

Jemu wielkopolska trawa chyba służy, bo praktycznie od początku swojego pobytu daję pyszne próbki swoich możliwości.

Bardzo solidnym grajkiem jest Ensar Arifovic z Jagiellonii Białystok (przedtem Poloniia Warszawa i ŁKS) – w 79 m
eczach ustrzelił 20 goli.

Miewał chwile strzeleckich blokad, ale generalnie zawsze można liczyć na 6-8 bramek w sezonie w jego wykonaniu. Jego najbardziej znane trafienia to chyba dublet w meczu z Wisłą Kraków.

Solidnie też prezentował się obrońca Szczaowianki Jaworzno i Zagłębia Sosnowiec Dżenan Hosić (39-0).

Pozostali Bośniacy nie zapisali się specjalnie złotymi zgłoskami w księdze "I Liga Polska". Oto oni:

Tarik Ceric (25 gier dla ŁKSu w latach 2006-2007) – dał się poznać jako… jeden z wyższych zawodników Ekstraklasy – 193 cm! (choć wciąż daleko mu do Jakuba Dziółki – 202 cm)

Amar Fehratovic (2 mecze dla Bełchatowa 2005) – razem z Joldicem oraz Serbami Jankovicem i Radulovicem (nomen omen dziś reprezentantem Czarnogóry) tworzył w Bełchatowie bałkańską ekipę rozgonioną przez Lenczyka na cztery wiatry

Edin Saranovic (12 meczów i 1 gol dla Pogoni 2002) – do spółki z Chilijczykiem Sebastianem Rodriguezem tworzy wtedy chyba najbardziej egzotyczny duet napastników w lidze:)

Vladimir Sladojevic (7 meczów i 2 gole dla Górnika Zabrze 2003/2004) – utalentowany napastnik, przedtem w juniorach Brescii, szkoda, że dłużej nie zabawił w Polsce.

Nenad Studen (11 meczów w Wiśle Płock 2004/2005) – grał jeszcze potem w II-ligowym Radomiaku

Tomislav Basic – przybył przed sezonem do Arki Gdynia, ale chyba na razie poczeka na swoją szansę jako zmeinnik Witkowskiego.

(przez trzy sezony – 2005-2007 – w II-ligowym Zagłębiu Sosnowiec występował także Hadis Zubanovic)

Świadectwem zawikłanej historii Bośni są również zawodnicy, którzy wprawdzie urodzili się na jej terytorium, ale są innej narodowości jak choćby Serbowie – Marko Bajic (Górnik Zabrze) oraz gwiazdy: Miroslav Radovic i Aleksandar Vukovic (Legia) czy Chorwat Anto Petrovic (Górnik Łęczna 2005).

Bośniacki futbol cierpi na podobną przypadłość co gruziński – kapitalne występy przeplata totalną mizerią. Kibicuję mu jednak z całego serca, bo klarował się on w mozole i pyle zniszczonych domów. Kiedy dziś porażki Polaków (również te olimpijskie) tłumaczy się "opóźnieniem cywilizacyjnym" związanym z socjalistyczną przeszłością, chciałbym wskazać na Bośnię – jeszcze 13 lat temu na ulicach Sarajewa snajperzy urządzali sobie polowania na cywilów. Dziś punkty tam tracą reprezentacje Turcji, Belgii czy Hiszpanii.

P.

Tryptyk bałkański: Słowenia

Tak się złożyło, że jeden z nas dwa tygodnie tegorocznego lata miał przyjemność spędzić na Bałkanach. Dokładnie w Chorwacji i w nieco mniejszym wymiarze w Słowenii oraz Bośni i Hercegowinie. Oto refleksji kilka, głównie o piłce, ale nie tylko.

SŁOWENIA

W moim odczuciu to kraj szczęśliwych ludzi. Małe państwo, któremu fortunnie udało się wyjść z wojen bałkańskich bez większego szwanku. Majestatyczne góry, piękne jeziora, dostęp do morza. Wszystkiego po trochu, choć skromnie ilościowo, to w najwyższej jakości. Słoweńcy cieszą się tym co mają i nie mają pretensji o więcej. Poza aspektem urbanistycznym trudno znaleźć większą różnicę w tempie życia na słoweńskiej prowinicji a w stołecznej Ljublanie. To miasto to w ogóle dla mnie socjologiczny fenomen – niby krajowe centrum dowodzenia, ale parlamentu w sumie nie widać, placówki dyplomatyczne skromne, garniturowcy jeżdżą na rowerach (szybko!), życie toczy się wprost leniwie. Wzdłuż centralnego mostu rozciąga się pas malowniczych kawiarni – grzechem jest nie wstąpić.

Jak na tym tle sytuuje się futbol? Można powiedzieć przeciętnie, ale ja użyłbym słowa "adekwatnie". Poziom futbolu jest adekwatny do Słoweńców i ich mentalności. Mała drużyna, dzielnie walcząca i mająca w przeszłości swoje wielkie chwile – udział w Euro 2000 i MŚ 2002. Zresztą kto nie pamięta tego meczu:

 

 

Po fatalnych eliminacjach do Euro 2008 drużyna powoli się odradza. Podczas mojego pobytu akurat przegrała po niezłym meczu 2-3 z Chorwacją, ale gazety i tak odgrażały się – "pobijom Poljakow!" (czy jakoś tak). Nie żebym po tej deklaracji drżał jak osika, ale trzeba na Słoweńców uważać.

Przy okazji, całkiem przypadkowo trafiłem na… stadion mistrza kraju – NK Domżale! Jest on tak wtopiony w krajobraz miejski, że… aż go nie widać! Właśnie robiliśmy zakupy w markecie w podljublańskiej miejscowości, gdy zaintrygowały mnie maszty oświetleniowe unoszące się bezpośrednio nad marketem. Po obejściu terenu zobaczyłem, że do marketu, niejako plecami, przylega stadion!

 

(ten jasnozielony budynek z tyłu to właśnie market Mercator!:))

Bardzo skromny, bardzo niepozorny, choć zadbany. Pojemny na 2813 osób, pachnie prowincją, choć sam klub na tle rywali prowincjonalny nie jest. W zeszłym sezonie zwyciężył rozgrywki z przewagą 8 punktów na drugim FC Koper. W obecnym sezonie po 6 kolejkach "ekipa spod marketu" również okupuje szczyt tabeli. Zespół ma nawet swojego Juninho!

 

 

Z NK Domżale łączy się jeszcze drobniutki i pokątny wątek polski:) Otóż asystentem trenera Roberta Pevnika jest ten oto pan:

Jernej Javornik w rundzie wiosennej sezonu 2003/2004 13 razy występił w barwach drugoligowego Zagłębia Lubin i zdobył jedną bramkę. Nie dane mu jednak było skosztować przesmacznej polskiej pierwszoligowej piłki i kolejną rundę w – już pierwszoligowym – Zagłębiu przesiedział na ławce. Poza Słowenią kosztował jeszcze futbolowego chleba prosto z Izraela, Austrii i Cypru. Tego chleba zjadł chyba trochę za dużo bo obecnie wygląda jakby szerzej:)

Inne związki słoweńsko-polskie? Nad wyraz ubogie. Półtora sezonu spędził w Wiśle Płock pomocnik Marko Grizonić (2005/2006 i jesień 2006). Zagrał w sumie 15 meczów i to w zasadzie było by tyle, gdyby nie fakt, że miał szczęście spotkać tam Ireneusza Jelenia, który akurat postanowił zdobyć dla naftowego klubu Puchar Polski. Tak więc to trofeum może wpisać do swojego CV.

Tym samym wpisem może również okrasić swoją dokumentację Sead Zilić. Z tym, że to grajek dużo mniej banalny od swojego krajana z klubu. Trudno w ogóle jednoznacznie określić jego narodowość. Urodził się na terytorium dzisiejszej Serbii, wychował się w Bośni i Hercegowinie (to państwo wskazywane jest jako kraj jego pochodzenia), ale legitymuje się także słoweńskim paszportem i jako Słoweniec właśnie często porusza się po futbolowej galaktyce. Że barwna to postać można się przekonać spoglądając na metryczkę. Po pobycie w Fiorentinie (chyba turystystycznym – okrągłe zero występów), paradował w eleganckim wdzianku Herthy.

Ale że go specjalnie nie przepocił świadczy statystka – trzy sezony, jeden mecz. Potem Sarajewo, Słowenia (Drava Ptuj, sporo goli) i Płock. 24 występy i 5 goli – niby nie tak marnie, ale jednak marnie. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że Wisła przygarnęła go za 250 tys. euro. Dziś z powrotem w Ptuju, znów całkiem skutecznie. Nie ma jak w Słowenii.

Ostatnim słoweńskim śladem w Polsce jest obrońca Erdźan Bećiri.

Słoweniec legitymujący się również albańskim paszportem przemknął niczym F-16 przez drugoligową Polonię Warszawa (sezon 2006/2007). Jeden mecz ligowy i jeden pucharowy po czym rytuał wymiany pożegnalnych spojrzeń z działaczami w oczekiwaniu na pociąg na Węgry, gdzie kontynuował karierę (obecnie Słowenia).

A jak wyglądał ruch tranzytowy w drugą stronę? Jeszcze skromniej. W sezonie 2002/2003 w III-ligowym Svätze Kniz podobno występował niejaki Konrad Dębogórski. Podobno – poza encyklopedią FUJI żadne źródło tego nie potwierdza. No ale mamy też misjonarza na słoweńskiej ziemi pełną gębą.

Mariusz Soska przez dwa sezony (dokładnie przez dwie rundy – wiosna i jesień 2007) występował w solidnym pierwszoligowcu Dravie Ptuj (24 mecze). Grał regularnie, ale sam fakt, że przeszedł tam z III-ligowej Nadnarwianki Pułtusk daje do myślenia na temat poziomu ligi. Podobnie jak to, że po powrocie do Polski nie chciała go ani Pogoń Szczecin ani ŁKS. Tak czy owak Słoweńców poznał – może warto go dokoptować do sztabu Beenhakera?:)

P.

Zawiedliście nas!* czyli nie będzie ”Fakt” pluł w twarz szczypiornistom

Ciężko prowadzić polemikę z komentarzami prasowymi, ale tym razem czuję się wybitnie sprowokowany przez ”Fakt”. Skrajne szydzenie z podopiecznych Wenty, którą (pomimo wpadek i z Islandią i z Hiszpanią) uważam za najbardziej charakterną polską drużynę jaką pamiętamy, nie mogło zostać bez reakcji.

Komentator ”Przeglądu Sportowego” w ”Fakcie”:

”Polscy szczypiorniści, czyli frajerstwo i głupota”

Oto komentarz pisany w stylu, w jakim drużyna polskich piłkarzy ręcznych przegrała z Islandią:

No to jadziem. Zaczynamy normalnie z wyższością, powieziemy tych zmarzluchów, na dzień dobry zapodamy im ”piątkę”, to się nie podniosą. Bez nerwów trzeba przejść do rzeczy, dostojnie. Siłą spokoju ich walniemy. To nic, że obrony nie ma, a w ataku drepczemy w miejscu. Pod kontrolą sytuacja jest, luzik.

Zaraz, chwilunia, jak to oni już trzema golami prowadzą? No nie tak to miało być! To my tu sztuczkami się popisujemy, za plecków rzucamy, przeciskamy się bez sensu, walcząc pod kołem a oni co? Myk, myk i bramki zdobywają? Szybsiejsi są? Bramkarza nam oszukują?

Rany boskie, toż to zaraz koniec! Do roboty trzeba się brać, natychmiast do roboty! Gonić, łapać, pędzić! Co jest z tym zegarem, przesterowany jakiś? I gdzie ten islandzki gamoń się pcha? Wynocha! To my tu tryumfować mieliśmy, a oni nas, skubańcy, bezczelnie ogrywają?

Uuuuu… Płakać się chce i wyć. Wykiwali nas. Za bardzo wygrać chcieliśmy, błędów więc narobiliśmy. Smutek i żal po prostu, aż łzy się do oczu cisną.

Taki właśnie powinien być komentarz, aby oddać w pełni styl gry naszych szczypiornistów. Mówiąc krótko: frajerstwo i głupota.

Ja na to:

”Komentarz w ‚Fakcie’, czyli…”

Oto komentarz do komentarza pisany w stylu, w jakim drużyna polskich piłkarzy ręcznych została obrażona w ”Fakcie”:

No to jadziem. Zacznę normalnie z wyższością, z wysokości mojego stołka naczelnego największego dziennika sportowego w Polsce, a ponieważ tekst ukaże się na zawsze gościnnych łamach najlepiej sprzedającej się polskiej gazety, to nie ma co się szczypać z tymi szczypiornistami, powiezie się ich. Na dzień dobry zapodam im, że to co zrobili, to frajerstwo i głupota, to się nie podniosą. O, nawet do tytułu to wrzucę. Siłą spokoju ich walnę. To nic, że to co piszę sensu nie ma, a w swoim ataku nie używam argumentów. Pod pręgierzem ich ustawię i tyle, luzik.

Zaraz, chwilunia, wcześniej za trzy mecze ich bardzo chwaliliśmy? No nie tak to miało być! To my tu kpiące teksty jeszcze przed meczami piszemy, ja nawet porcję drwin na wypadek porażki z Chinami gotową miałem, a oni
co? Myk, myk i bramki zdobywają? Z mistrzami świata i mistrzami olimpijskimi wygrywają? Co jest z tym Wentą, zagraniczny jakiś? Żadnych durnych tłumaczeń porażki nawet nie ma? Wynocha! To my tu tryumfować mieliśmy, ale od samego początku, a nie (nie licząc meczu z Hiszpanią), że z totalnym pojazdem musiałem aż do ćwierćfinału czekać.

Uuuuu… Płakać się chce i wyć. Wykiwali nas. Za bardzo drwić chcieliśmy, błędów więc narobiliśmy. Smutek i żal, jak śmieli tak zwyczajnie przegrać, nie na przykład po błędzie bramkarza w ostatniej sekundzie. Teraz będę musiał zmyślać jakieś kosmiczne powody ich porażki. Może lekceważenie przeciwnika, ale to samo w sobie słabe,
będzie trzeba podkręcić mocno tę wersję. Ech, znowu robota bajkopisarska, aż łzy się do oczu cisną.

Taki właśnie powinien być komentarz, aby oddać w pełni styl komentarza w ”Fakcie”. Mówiąc krótko: frajerstwo i głupota.

———————-
* ”Zawiedliście nas!” – tytuł relacji z meczu Polska – Islandia w ”Fakcie”

 

PS Notka pierwotnie była przeznaczona do ‚popularnego serwisu sportowego’, ale ponieważ nie mogła tam wisieć – jest tutaj. 

Perła Kaukazu cz. I

Gruzjo, jesteś wyjątkowa! – tymi słowami podczas wizyty w Tbilisi, przed ponad trzema laty, prezydent USA George W. Bush wyraził pogląd, z którym podejmowanie jakiejkolwiek polemiki byłoby równie pozbawione sensu, co łapanie komara na wędkę. Ale Gruzja jest fenomenem również na piłkarskiej mapie Europy – ustalmy to już na wstępie i raz na zawsze :)

 Ten tekst pisał się gdzieś w głowie i w sercu od dłuższego już czasu. Dziś, gdy agresja wojsk rosyjskich na terytorium Gruzji sieje wśród jej mieszkańców śmierć, strach i zniszczenie, mówienie o piłce nożnej może się wydać niezbyt stosownym ku temu momentem. Ale może też być bardzo szczerym w swej prostocie wyrazem głębokiego podziwu i ogromnej sympatii dla członków tego wspaniałego narodu.

Gdy na początku sierpnia świat obiegła informacja, że w miejsce zdymisjonowanego Klausa Toppmoellera nowym selekcjonerem piłkarskiej reprezentacji Gruzji został Argentyńczyk Hector Cuper, powitałem ją z umiarkowaną nadzieją. Kiedy Toppmoeller obejmował stanowisko trenera narodowej reprezentacji „Perły Kaukazu” wierzyłem, że to jest właśnie ta chwila. No bo w końcu kto jak nie niemiecki (utytułowany w dodatku) szkoleniowiec, może wreszcie oszlifować taktykcznie – bajecznych technicznie gruzińskich futbolistów. Ale Toppiego już tu nie ma. Tak jak nie został nawet ślad po jego poprzednikach z zachodniego świata na trenerskiej ławce w górzystym kraju: Johannie Boskampie, Ivo Susaku, Alain Giresse. Czy Hector Cuper – człowiek, który prowadził do sukcesów Valencię i Inter Mediolan podoła wyzwaniu zbudowania wreszcie w Gruzji drużyny narodowej, przed którą zadrżą najpotężniejsze siły na starym kontynencie? Nie ulega przecież wątpliwości, że gdzie jak gdzie, ale tu akurat, budować jest z czego, czy raczej z kogo…

Moje pierwsze zetknięcie z gruzińskim futbolem dokonało się na początku lat 90. za sprawą napastnika sprowadzonego do Polski, by pomóc GKS Katowice w wywalczeniu upragnionego (a nie zdobytego do dziś) tytułu Mistrza Polski. Facet nazywał się Gija Guruli i choć przyjeżdżał na Śląsk w aurze króla strzelców ligi gruzińskiej (w 25 meczach strzelił dla Iberii Tbilisi 23 gole!), to przywoził ze sobą również w pakiecie dość poważną kontuzję, którą leczył potem przez następnych kilka ładnych miesięcy. Ale gdy już wyleczył… Do dziś uważam go za jednego ze ścisłej, nielicznej elity, najlepszych piłkarsko obcokrajowców, jacy kiedykolwiek przewinęli się przez naszą ekstraklasę i którzy swym pojawieniem się w niej ogromnie ją ubogacili.

Choć Guruli nie powtórzył już u nas strzeleckich wyczynów (36 meczów i 11 goli) z czasu gry we własnej ojczyźnie to jednak swoją grą po prostu czarował, wprowadzał nową jakość, świeżość pomysłów na boisku. Pamiętam wiosenne spokanie Lecha Poznań i GKS Katowice z 1992 roku, na murawie niemal połowa ówczesnej reprezentacji Polski, same duże nazwiska: Sidorczuk, Rzepka, Moskal, Skrzypczak, Juskowiak, Podbrożny, Trzeciak, Lesiak, Szewczyk, Ledwoń, bracia Świerczewscy. Ale to na Gurulego „się szło” i to na jego grę patrzyło się z największą przyjemnością. Klasę niemłodego już przecież napastnika Katowic docenili włodarze francuskiego Le Havre, którzy ściągnęli go do siebie, a on odwdzięczył się im kilkunastoma bramkami strzelonymi w ciągu dwu sezonów.

Tu zaszła zmiana w scenach mojego widzenia.

Wiosna, rok 1995. Gruzini, w swym pierwszym oficjalnym turnieju eliminacyjnym do Mistrzostw Eurpopy (w Anglii) mierzą się z późniejszymi zwycięzcami tej imprezy – Niemcami. Po raz pierwszy w życiu mam okazję oglądać grę reprezentacji Gruzji, a zasiadam przed telewizorem ze zdwojoną ciekawością, bo w jej szeregach wybiega na boisko piłkarz grający w naszej lidze – Zaza Rewiszwili. Minęło wiele lat, ale tamtego spotkania pewnie jeszcze długo nie zapomnę. Zupełnie nieznani mi (poza wspomnianym Rewiszwilim, który tu akurat należał do mniej wyróżniających się) piłkarze robili na boisku dosłownie co tylko chcieli. Grając ze zdecydowanie najsilniejszą wówczas w Europie drużyną po prostu bawili się piłką, raz po raz ośmieszjąc rywali. To było jak świeży, ożywczy powiew w nieco skostniałym europejskim futbolu. Gruzini grali naprawdę cudownie, pięknie, porywająco. Sztuczkami technicznymi z tego spotkania można by obdzielić kilkanaście ostatnich sezonów polskiej ekstraklasy. Oczywiście Niemcy, jak to Niemcy, mecz wygrali, ale to co pokazali Gruzini wywarło na mnie ogromne wrażenie. Szczególnym objawieniem tego wieczoru był młodziutki, 21 letni wówczas, zawodnik z numerem „10” na koszulce – prawdziwa i jedyna w swoim rodzaju perła Kaukazu. Georgi Kinkładze, o którego istnieniu aż do tego dnia nie miałem zielonego nawet pojęcia, swymi popisami w tym spotkaniu przyćmił wszystkich pozostałych bohaterów wieczoru. A był przecież wówczas dopiero u progu swojej kariery. Kinkładze był najprawdopodobniej najlepszym piłkarzem w stosunkowo krótkich dziejach niepodległej Gruzji. Po niepowodzeniach w Saarbrucken i wielkim Boca Juniors, dokąd wyjechał jako młody chłopak, przyszły wspaniałe lata gry gry w Manchester City, gdzie był niekwestionowaną gwiazdą (3 sezony, 106 meczów i 20 goli), Ajaxie Amsterdam, Derby County a potem również, u schyłku kariery w Anorthossisie Famagusta i Rubiniu Kazań. Kinkładze był piłkarzem o wybitnych umiejętnościach technicznych i wspaniałym dryblingu, niezwykle błyskotliwym, dynamicznym, fantastycznie operującym piłką. Oglądanie jego gry było prawdziwą przyjemnością.

 

Kolejną, niezwykle ważną wizytówką gruzińskiej piłki jest też na pewno Temur Kecbaja. Piłkarz z charakterystyczną łysinką na głowie, ale także fenomenalną siłą i precyzją strzału oraz wyszkoleniem technicznym nieodbiegającym od tego jakim dysponował Kinkładze, swymi popisami czarował podczas gry m.in. w AEK Ateny, Newcastle, Wolverhampton, Dundee i Anorthossisie.

Wśród wirtuozów którzy rozsławili gruziński futbol na świecie nie sposób nie wymienić Szoty Arweładze. Piłkarz, który na początku lat 90. testowany przez Ruch nie zaskarbił sobie uznania w oczach włodarzy chorzowskiego zespołu, zrobił niesamowitą wręcz karierę w klubowej piłce. Arweładze jest wybuchową mieszanką cudownej, chyba wrodzonej gruzińskiej techniki, z niebywałą skutecznością. Bramkostrzelność tego napastnika uczyniła go na długie lata obiektem westchnień trenerów wszystkich czołowych klubów Europy. Zresztą niech o jego skuteczności przekonają nas cyferki. Dla Dinama Tbilisi Szota Arweładze ustrzelił 62 gole w lidze, dla Trabzonsporu 61, Ajaxu Amsterdam 54, Glasgow Rangers 44, AZ Alkmaar 36. Kresu kariery wyczekuje w hiszpańskim Levante.

W pierwszym szeregu gruzińskiego gwiazdozboru na pewno niestosownym byłoby nie wspomnieć o ogromnie utytułowanym Kachaberze Kaładze. Obrońca, kapitan i chyba najbardziej obecnie rozpoznawalna twarz piłkarskiej reprezentacji Gruzji. Po 3 latach gry w kijowskim Dynamie, już od 10 sezonów biega po boiskach jednej z najsilniejszych lig na świecie – Serie A, przywdziewając trykot wielkiego AC Milan.

Renomę i świetną markę w Europie wyrobił sobie swą grą, występujący od 10 lat na boiskach Bundesligi Lewan Kobiaszwili, na którego bardzo mocno stawiał Toppmoeller upatrując w nim reżysera i dyrygenta poczynań prowadzonego przez siebie narodowego zespołu.

 

Perła Kaukazu cz. II

Przejdź do części pierwszej

Nie sposób wymienić tu wszystkich wspaniałych gruzińskich piłkarzy, którzy czarowali europejskie stadiony swymi błyskotliwymi zagraniami. Na pewno jednym z nich był Georgi Nemsadze – strzelec pamiętnej bramki z rzutu karnego w rewanżowym spotkaniu Dinama Tbilisi z Wisłą Kraków, który to gol, tę ostatnią pozbawił nadziei na grę w fazie grupowej Pucharu UEFA. Nemsadze to piłkarz nie do przecenienia dla reprezentacji Gruzji, przez wiele lat odgrywał w niej centralną rolę. Występował m.in. w Trabzonsporze, Grashoppers, Reggianie czy Dundee.

Solidnym obrońcą, grającym na bardzo wysokim poziomie jest z pewnością filar reprezentacyjnej obrony Zurab Chizaniszwili. Zawodnik ten od 2000 roku występuje na Wyspach, gdzie najpierw występował w szkockich: Dundee i Glasgow Rangers, a obecnie przywdziewa barwy Blackburn Rovers.

Wśród pozostałych gruzińskich pilkarzy, którzy swymi występami w barwach klubowych tudzież reprezentacjnych uświetniali europejskie boiska należy przede wszystkim przypomnieć takie nazwiska jak:

Gocha Jamarauli (Trabzonspor, Zurich, Luzern; jego bramka strzelona w eliminacyjnym meczu do MŚ 2002 Węgrom była majstersztykiem dryblingu i techniki jakiego nie ogląda się zbyt często na europejskich boiskach)

Giorgi Gakhokidze (3 sezony w PSV Eindhoven, potem Twente Enschede)

Kacha Cchadadze (wiele sezonów na boiskach Niemiec – filar defensywy Eintrachtu Frankfurt i Anglii – Manchester City)

Michaił Kawełaszwili (Manchester City, Grashoppers, FC Zurich, Luzern, Sion, Aarau, Basel)

Aleksandr Jaszwili (wiele lat gry w Bundeslidze, w której strzelił ponad 50 goli)

Arcził Arweładze (3 sezony w FC Koeln, przedtem też Trabzonspor i Breda)

Rewaz Arweładze (FC Koeln, Mechelen)

Murtaz Szelija (Saarbrucken, Manchester City)

Lewan Ckitiszwili (7 sezonów we Freiburgu, potem m.in. Wolfsburg i Panionios)

Kacha Gogiczaiszwili (m.in. Hapoel Aszkelon)

Malchaz Asatiani (Lokomotiw Moskwa)

David Mujiri (Sturm Graz)

Niezmiennie za największy niewykorzystany talent uchodzi Georgi Demetradze, który ściągnięty swego czasu za krocie miał zastąpić w Dynamie Kijów odchodzącego do Milanu Szewczenkę. Wyszło mu to tak sobie. Demetradze grywał też m.in. w Feyenoordzie i Realu Sociedad, a obecnie biega po boiskach Ukrainy. Ale w Gruzji wciąż czekają na przebudzenie jego nieprzeciętnego przecież talentu, którego przebłyski od czasu do czasu piłkarz ujawnia. Jak choćby podczas tego dryblingu, którym wypracował bramkę Szocie Arweładze w eliminacyjnym meczu ze Szkocją

Gruzińscy piłkarze raczej nie grywali ogonów i nie grzali ławy w zachodnich klubach. Zawdzięczali to chyba po prostu swym wysokim umiejętnościom czysto piłkarskim. Jest swoistym i zdumiewającym fenomenem ta cechująca ich niesamowita, brylantowa wręcz technika. Czy poza reprezentacjami Portugalii i Hiszpanii ktokolwiek gra jeszcze w Europie równie efektownie dla oka co Gruzini? Przecież każdy mecz z udziałem gruzińskiej drużyny to prawdziwa uczta. I nie chodzi tu tylko o reprezentację. W ubiegłym sezonie niedoszły Mistrz Polski GKS Bełchatów potykał się z Ameri Tbilisi, zespołem środka tabeli, który w Pucharze UEFA wystąpił tylko dzięki zdobyciu Pucharu Gruzji. Wydawałoby się, że bełchatowianie nie powinni mieć problemu z pokonaniem rywala. I już nie o to chodzi, że mieli i to ogromny, a awans wyszarpali po serii jedenastek. Chodzi raczej o to, że w rewanżowym meczu w Tbilisi, który to Ameri wygrało tylko 2:0, a powinno co najmniej trzykrotnie wyżej, nawet kibicując polskiej drużynie nie sposób było nie podziwiać błyskotliwej, opartej na wspaniałym wyszkoleniu technicznym gry gruzińskiej drużyny. Momentami aż żal było patrzeć, jak wicemistrzowie Polski ganiali po boisku z wywalonymi ze zmęczenia językami a zawodnicy Ameri z uśmiechem na ustach bawili się piłką.

Jednocześnie jednak fenomenem jest też fakt, że Gruzini od dawna już cierpią na brak jakichkolwiek sukcesów na arenie międzynarodowej. Wywalczone w 1981 roku przez Dinamo Tbilsi, a nieistniejące już zreszta trofeum Pucharu Zdobywców Pucharów to ostatni podryg sukcesu w gruzińskim futbolu. Niesamowita akcja, którą na 3 minuty przed końcem finałowego meczu przeprowadził Witali Daraselia, z racji deficytu jakichkolwiek nowszych osiągnięć, pełni zapewne w Gruzji rolę podobną do uczenia się u nas na pamięć bramki Jana Domarskiego przed każdym następnym zbliającym się meczem z Anglią.

Bo Gruzini tak naprawdę poza wspomnianym 1981 rokiem nie osiągnęli na międzynarodowej arenie dosłownie nic. Kibice gruzińscy musieli zadowalać się pojedynczymi sukcesikami, tak klubowymi jak i reprezentacyjnymi. Owszem, było wyeliminowanie w 1979 roku w wielkim stylu przez Dinamo Liverpoolu po wyśmienitym zwycięstwie 3:0 w Tbilisi.

Było też przejście Interu w roku 1977, dzięki zwycięskiej bramce zdobytej przez Dawida Kipianiego w Mediolanie, a dziesięć lat temu (1998 rok) zażarta batalia z Athletic Bilbao o udział w Lidze Mistrzów (2:1 w Tbilisi i porażka 0:1 w Bilbao, choć przez niemal godzinę Dinamo utrzymywało się w Champions League) czy wreszcie awans kosztem praskiej Slavii i krakowskiej Wisły do grupowej fazy Pucharu UEFA, w roku 2004 (gdzie Dinamo doznało jednak samych porażek). Ale to już wszystko na co było stać gruzińską klubową piłkę w ostatnich dekadach.

Krajobraz reprezentacyjny, jest jeszcze mniej naszpikowany choćby namiastkami sukcesu. Bo Gruzja gra chimerycznie. W jednym turnieju eliminacyjnym potrafi wygrać 2:1 z silnym zespołem Bułgarii (wówczas czwarte miejsce w świecie) lub 5:0 z Walią, by następnie przegrać oba mecze ze słabą Mołdawią. Wyniki tej kaukaskiej reprezentacji nacechowane są kompletnym brakiem jakiejkolwiek przewidywalności. Bo Gruzini, gdy mają dobry dzień są w stanie powalczyć o korzystny rezultat niemal z każdym. Mogą wygrać u siebie z Polską 3:0 (el. MŚ 98), Szkocją 2:0 (el. ME 2008), Rosją 1:0 (el. MŚ 2002) lub zremisować z Włochami 0:0 (el. MŚ 98) i Danią 2:2 (el. MŚ 2006) a na wyjeździe z Rumunią 1:1 (el. MŚ 2002) czy Turcją 1:1 (el. MŚ 2006), by potem rozbroić swych kibiców z mocarstwowych zapędów obezwładniającymi porażkami z Mołdawią czy Albanią.

 

 

 
Nie oszukujmy się, w chwili obecnej reprezentacja narodu, który na przestrzeni dziesięcioleci okraszał światowy futbol piłkarzami tej klasy co Metreweli, Churciława, Meschi, Czocheli, Dzodzuaszwili, Asatiani, Nodia, Kipiani, Cziwadze, Sułakwelidze, Daraselia, Szengelia, Kinkładze, Kecbaja, Arweładze czy Kaładze, i któremu zasobu talentów pozazdrościć mogą nawet najwięksi, miota się gdzieś w ogonie licznej gromadki starokontynentalnych teamów ganiających za piłką po zielonej murawie.
 
 
 
Czy Hector Cuper, nowy zarządca gruzińską kopalnią piłkarskich diamentów, jest osobą, która zdoła wreszcie dokonać przełomowego kroku i stworzy silny narodowy zespół, na miarę potencjału jakim Gruzini dysponują? Życzę mu tego z całego serca, bo zyska na tym cała europejska rodzina piłkarska.

 

Jak Foer wyjaśnia świat (?). Jak futbol wyjaśnia świat, czyli nieprawdopodobna teoria globalizacji

Franklin Foer - Jak futbol wyjaśnia świat, czyli nieprawdopodobna teoria globalizacji

Książka Foera to bardzo interesująca pozycja, którą jednak czytając na różnych płaszczyznach borykam się z pewnymi problemami poznawczymi.

Po pierwsze czytam ją jako kibic. Jest pyszna. Mnóstwo smakowitych wątków, często ezoterycznych nawet dla osób, które pasjonują się piłką. Kapitalny rozdział o Arkanie (Żeljko Raznatović) i jego imperium – niby gdzieś się o tym słyszało, coś się wie, ale jednak nie do końca. Pomyśleć, że kolega poniżej był przez lata capo di tutti capi jugosławiańskich rozgrywek ligowych.

Autor odwala kawał solidnej dziennikarskiej roboty – nie ogranicza się do serwowania wytartych klisz i sprawdzonych faktów (co zdarza mu się niestety w późniejszych rozdziałach), ale szuka również opinii – rozmawia z żoną Arkana, zarządcą stadionu Obilica. Zresztą wśród kibiców Obilica kult Miłośnika Tygrysów jest wciąż żywy.

Co ciekawe i jakoś niezbyt nagłośnione, trenerem Obilica w sezonie, w którym terroryzując pół ligi sięgnął po mistrzostwo był… Dragomir Okuka.

Równie interesujące są rozdziały o korupcji w brazylijskiej piłce czy fragment o futbolu węgierskim. Dla kibica do solidny zastrzyk nowych wiadomości i potencjalny zaczątek własnych poszukiwań. Gorzej jednak gdy autor brnie w banał i porusza się po stereotypach (domyślam się, że może to być po części chęcią dotarcia do amerykańskiego odbiorcy, jednak chwilami zęby bolą od czytania „ukraińskim charakterze gry”) – rozdział o kibicach w Glasgow praktycznie nie wnosi nic nowego, podobnie rzecz się z fragmentem o Iranie – choć interesujący, jest praktycznie wypisem zdarzeń historycznych, wreszcie kawałek o Nigeryjczyku we Lwowie – zderzenie cywilizacji w wersji dla licealistów. Tak więc książka widziana oczami mnie-kibica jest nierówna – chwilami świetna, chwilami przeciętna.

Po drugie czytam ją jako osoba nie stroniąca od książek, prasy i reportaży. „Jak futbol wyjaśnia świat” to lektura bardzo strawna, czytająca się lekko i bez zaparć. Choć chwilami razi pewną naiwnością w rozumieniu piłki, to jednak dociekliwość autora i w wielu przypadkach „wsadzanie głowy tam gdzie inni bali by się wsadzić nogę” daje dobry literacko efekt. Z jednej strony, dobierani do rozmów ludzie zwykle mają coś intersującego do powiedzenia, z drugiej strony mobilność Foera czyni relacje świeżą i wiarygodną (rozdział z serca treningowego AC Milan). Kawał dobrej dziennikarskiej roboty.

Po trzecie wreszcie do tej pozycji podchodzę jako socjolog. Książka nie kryje się ze swoimi ambicjami – wszak ma wyjaśnić rolę futbolu w procesach globalizacyjnych. I tu niestety autor poległ na całej linii. Niby wciąż przytacza autorytety ze świata nauki i – nazwijmy to – myśli górnolotnej, jednak sam wciąż pozostaje na obszarze dziennikarstwa i raczej relacjonuje niż tworzy coś nowego. Poza tym jego praca jako całość popierająca pewną tezę (mniej więcej brzmiącą tak: globalizacja = zło) jest niespójna i w wielu miejscach razi naciąganiem rzeczywistości (rozdział o Barcelonie). Bardziej interesujący pod kątem socjologicznym wydaje mi się fakt postrzegania pewnych „naszych”, europejskich mechanizmów przez Amerykanina – człowieka z zewnątrz, outsidera, współczesną namiastkę Tocquevilla (tylko, że dziajającą w odwrotnym kierunku geograficznym).

Podsumowując, „Jak futbol wyjaśnia…” jest pozycją niewątpliwie wartą przeczytania – każdy kibic znajdzie tu coś dla siebie a i miłośnicy dobrej dziennikarskiej ręki nie umrą tu na pewno w bólach. Słowem, ciekawy zbiór historii-relacji piłkarskich, z nieco chybionymi ambicjami naukowymi, ale z pewnością godny lektury. Ten pan z pewnością dziełko Foera przeczyta:

P.

Jerozolima wyzwolona, czyli trzy po trzy po meczu Wisła – Beitar


R:

Krakowska Wisła dokonała dziś rzeczy bardzo pięknej i nader szlachetnej. Uwolniła bieżącą edycję europejskich pucharów od drużyny, która sprawia wrażenie jakby grała w piłkę za karę. Wyzwoliła też Jerozolimę od niechybnej traumy po spotkaniach z katalońskim walcem, po których to spotkaniach zapewne większość piłkarzy Beitaru dochodziłaby do równowagi psychicznej przez następny rok. Myślę, że również i kibice izraelscy docenią kiedyś, po latach, ten gest ze strony grajków z białą gwiazdą na piersi. A na razie potrwajmy przez chwilę w zamyśleniu nad tym, jak to możliwe, że drużyna z chorwackim bramkarzem, który chyba tylko w skutek recesji na rynku rozrywki nie dostał etatu w cyrku, oraz obrońcami i napastnikami, którzy na widok nadlatującej piłki zachowują się jakby grali w dwa ognie, zdobyła mistrzostwo Izraela a w pierwszym meczu ograła wiślaków 2:1 napędzając nam wszystkim sporego stracha przed rewanżem…

P:

1. Wysokie zwycięstwo. Co by nie mówić zawsze urządzanie tęgiego lania ma niemal ozdrowieńcze oddziaływanie a psychikę. Zawodnikom pozwala ono uwierzyć siebie. 5:0 to nie szczęśliwe skubanie po 2:1 i wymęczone zwycięstwa w ostatnich minutach. Rośnie przekonanie o własnych umiejętnościach i w głowach kiełkuje myśl, że jeszcze cały czas jesteśmy europejską drugą ligą a nie juz trzecią. Kibice mają wreszcie okazję, żeby wyciągnąć głowę z piasku i przestać się wstydzić za polskie drużyny w starciach z tytanami pokroju Szachtioru Soligorsk czy Szeryfa Tiraspol.
Baty krzepią, mógłby rzec Wańkowicz. Tylko, żeby po takim wyniku Wiślacy nie zlekceważyli Barcelony….:)

2. Beitar grał beznadziejnie. Nie ma co się czarować – Izraelici dali show na poziomie objazdowego cyrku a rolę kobiety z brodą pełnił bramkarz Kale. Niezbyt wiele było ostatnimi czasy spotkań Polaków w europejskich pucharach, w których przeciwnik prezentowałby się tak słabo. FK Homel i Chazar mogliby uczyć stołecznych zawodników uderzenia na bramkę i celności strzału.

3. Rzuty rożne. Lata mijają, ale rożne jakie były takie są. Boguski, Dawidowski, nie ważne kto – piłka dolatuje na pole karne tylko i wyłącznie siłą woli kibiców.

B:

1. Typy na nagłówki w „Fakcie”

a) Messi poprosił o azyl w Pekinie,

b) Valdez sra ze strachu,

c) Hugo Sanchez dla „Faktu”: Łobodziński jest lepszy ode mnie!

d) Babcia Niedzielana popłakała się ze wzruszenia

e) Beitar na kolanach, wściekłość w Agorze

2. Najważniejsze, by Wisła, tak jak to polskie kluby lubią, przed Barcą nie pękła.


3. Jak Brożek strzeli Barcy choćby jednego gola, póki sprawa jeszcze nie będzie rozstrzygnięta, nie mówiąc już o takim na wagę awansu, to już nigdy nie powiem na niego, że jest beznadziejny. Może se nawet figurkę kupię.

Gość: kosapk, *.chello.pl
2008/08/07 00:19:08
beznadziejny tekst… pozdrawiam
Gość: xxxxxx, *.lodz.mm.pl
2008/08/07 00:57:08
A mi się podoba. Bardzo fajnie piszesz, masz takie lekkie pióro, czyta się miło, szybko i przyjemnie w sam raz na krótką przerwę. Poprzednie wpisy też niczego sobie. Bloga dodaje od ulubionych. Czekam na dalsze ciekawe artykuły, zwłaszcza takie jak ten o Waligórze i jego 2 kolegach. Mógłbyś rozwinąć np. temat Adama Grada, o którym wspomniałeś. Pozdro

Dariusz Koseła, Marek Bajor i Mirosław Waligóra. Nie wszyscy zmieniają szyld i jadą dalej…

Barcelona 1992 - piłkarska reprezentacja Polski na igrzyska

Kolejne Igrzyska za pasem a wraz z nimi kolejny olimpijski turniej piłkarski. Choć nie sposób opędzić mi się od wrażenia, że dla niektórych dyscyplin (piłka nożna, tenis) Olimpiada to kula u nogi i chętnie by się z całej imprezy wypisały, to jednak zmagania piłkarskie wciąż są atrakcyjne dla kibiców. Obserwując dzieje ostatnich zwycięzców widać, że często występ na IO to forpoczta międzynarodowej kariery. Świetne pokolenie Nigeryjczyków, zdolni Kameruńczycy i wreszcie miażdżący rywali Argentyńczycy z 2004 roku – większość z nich po turnieju wypłynęło na szerokie wody. Ale są też i tacy co nie wypłynęli…
Polska chlubi się swym wicemistrzostwem z 1992 roku. „Zmieniamy szyld, jedziemy dalej”, motywator Wójcik, team Kowalczyk, Juskowiak, Świerczewski – wszyscy to znają. Losy zawodników srebrnej drużyny potoczyły się bardziej lub mniej kolorowo, jednak jak na nasze warunki większość odnosiła sukcesy w seniorskiej piłce. Dość powiedzieć, że na 20 osobowy skład, 17 zawodników wystąpiło w I reprezentacji. 3 nie wystąpiło – podsumowałby krótką arytmetykę jeden z bohaterów „Vabanku II”. Trójka zawodników nigdy nie dostąpiła honoru rozegrania spotkania w kadrze A.

Dariusz Koseła

Dariusz Koseła to Ślązak pełną gębą – z wyjatkiem krótkiego epizodu niemieckiego, całą swoją karierę spędził w śląskich klubach. Przez długi czas konkretnie w jednym – Górniku Zabrze. Grał tam przez 11 lat, sprawiając jednocześnie, że wydawało mi się, że w niedługim czasie stanie się „polskim Maldinim” (o Tottim jeszcze wtedy było cicho) – całą wieczność na jednym stadionie. Dopiero w wieku 30 lat nabrał apetytu na przeprowadzki, choć podejrzewam, że dotyczyły one koncetrycznych obrotów wokół własnego domu – Radzionków, krótki wyskoko do Niemiec, Zdzieszowice, Łabędy, Wielowieś:) Słowo oddające najlepiej jego grę (podobnie zresztą jak i kolejnej opisanej postaci) to „solidny”. Solidny zawodnik, dobry wyrobnik, potrzebny chyba każdemu trenerowi. Aż tyle i tylko tyle. Praktycznie nigdy nawet się nie ocierał się o I reprezentacje. Ale ja i tak go zapamiętam z jednego spotkania. Rok 1996, Wielka Sobota. Górnik prowadzi z Legią 2-0, Leszek Pisz dwa razy uderza z wolnego i jest 2-2. Koniec meczu, 90 minuta i karny. Koseła i… sensacyjne 3-2 dla Ślązaków.

Marek Bajor

Marek Bajor to typ bardzo podobny. Dorosła piłka w trzech klubach – Iglopol, Widzew i Amica. Te dwa ostatnie dały mu kilka ładnych wkładek do domowych gablotek – 2 mistrzostwa i superpuchar z Widzewem, 3 puchary i 2 superpuchary z Amicą. W pierwszej lidze 325 występów i.. trudno jakikolwiek zapamiętać. W epoce silnego klubu z Łodzi był praktycznie najsłabszym z zawodników pierwszego składu. W Amice stały element zarówno bezbarwnego (Siara, Wódkiewicz, Motyka) jak i później dobrego (Bieniuk, Bosacki) bloku defensywnego. Obecnie asystent Franza Smudy, często paraduje w stylowych okularach i robi dziwne miny.

Mirosław Waligóra

Mirek Waligóra to zupełnie inne historia.

Napastnik Hutnika miał wielką smykałkę do bramek – najpierw korona króla strzelców w Hutniku i 61 bramek w 131 meczach w ektraklasie, potem seriami zdobywane bramki najpierw dla Lommel SK (9 lat!) a potem dla KVSK United. Na mistrzostwa pojechał właśnie jako najlepszy snajper ligi, lecz na Igrzyskach zagrał tylko w jednym meczu – przestrzelony karny w ostatniej minucie meczu z Kuwejtem, był jego finalnym podgrygiem na hiszpańskich boiskach. Faktem jest, że w połowie lat 90-tych Polska miała niezłych snajperów (Juskowiak, Kowalczyk), ale brak jakiejkolwiek szansy dla Waligóry, szczególnie w okresie miernej gry kadry a świetnej polskiego snajpera (początek lat 90-tych!) może dziwić. Zbawcą może by się nie stał, ale cennym uzupełnieniem z pewnością. W Belgii od wielu lat otaczany jest szacunkiem, a mieszkancy Lommel wybrali go nawet na radnego. Trochę szkoda, że reprezentacja reprezentacja A nie miała z niego pożytku.

Trójka zawodników, którzy nigdy w kadrze nie zagrali. Można się zastanawiać, czy przy dzisiejszej liczbie meczów zostaliby wypróbowani. A nuż Bajor okazał by się zbawcą bloku defensywnego na długie lata…?:)
Tematem na inną opowieść są losy zawodników kadry Wójcika, którzy się na Igrzyska nie załapali – G. Lewandowski, A. Grad, R. Dymkowski…

P.

Bogusław Pachelski i Andrzej Łatka. Strefa ciszy na Camp Nou, czyli o dwóch takich, co się Barcy nie kłaniali

Bogusław Pachelski i Andrzej Łatka

Jeśli w najbliższą środę, podopiecznym Macieja Skorży, uda się w meczu z Beitarem odrobić minimalną stratę z pierwszego spotkania, a jerozolimska zapora nie okaże się dla Krakowian ścianą płaczu, przed piłkarzami z ulicy Reymonta stanie otworem jedna z najwspanialszych i najbardziej legendarnych aren klubowej piłki – Camp Nou. Twierdza tyleż bajeczna, co przerażająca. No i nie do zdobycia. Ale czy na pewno?

Dziś chcemy przypomnieć sylwetki dwóch polskich piłkarzy, którym przed kilkunastu laty nie zadrżały nogi na widok sławnego rywala, a swymi popisami dokonali rzeczy wręcz niebywałej – udało im się uciszyć i wprawić w osłupienie kibiców Dumy Katalonii.

Rok 1962. Początek kryzysu kubańskiego. Algieria uzyskuje niepodległość. Telewizja Polska emituje pierwszą dobranockę: „Jacek i Agatka”. Na świat przychodzą m.in. Jim Carrey, Katarzyna Figura, Cezary Pazura, Ruud Gullit czy Aleksander Litwinienko.

A już przy znacznie mniejszym zapewne wtórze fanfar, roku owego, w Płocku pojawia się na naszym pięknym świecie Bogusław Pachelski, w Grybowie zaś Andrzej Łatka.

Pachelski i Łatka. Łatka i Pachelski. Łączy ich wiele. Obaj byli napastnikami grającymi w czołowych zespołach naszej ligi – Lechu i Legii. Obaj obdarzeni sporym talentem, niezwykle błyskotliwi, ciekawi, pomysłowi, nieprzewidywalni, z nienaganną techniką. Obaj nigdy nie dostąpili zaszczytu gry w reprezentacji Polski (Łatka został nawet powołany przez Łazarka na pamiętny mecz z Koreą Północną w 1986 r., był jednak jednym z nielicznych, którzy nie wybiegli tego dnia na boisko). Dziś, gdy powołanie na kadrę otrzymują nawet gracze, którzy ledwo liznęli ligową piłkę wydaje się wręcz niebywałe, że Pachelskiemu i Łatce nie było to dane. Obaj osiągnęli w futbolu zdecydowanie zbyt mało, biorąc pod uwagę możliwości czysto piłkarskie, jakimi dysponowali. Wielu twierdzi, że kariera obu nie nabrała właściwego rozmachu głównie na ich własne życzenie, ale to już zupełnie inna sprawa. Wspólnym jest również fakt, że w pewnym sensie w cieniu obu tych niespełnionych piłkarzy stawiali swe pierwsze kroki w poważnej piłce dwaj o wiele młodsi od nich napastnicy, spełnieni na pewno w znacznie większym stopniu – Andrzej Juskowiak z Lecha i Wojciech Kowalczyk z Legii (to właśnie kontuzja Łatki w pierwszych minutach słynnego meczu z Sampdorią umożliwiła występy w obu tych spotkaniach Kowalowi). Wreszcie łączy ich i to, że obaj wybiegli kiedyś na Camp Nou, w założeniu tylko po to, by stojąc gdzieś z przodu osamotnieni i trzęsący się z zimna (i ze strachu) grzecznie przyglądać się jak ich koledzy „na tyłach” przyjmują kolejne razy od gwiazdorów z Barcelony…

Gdy niespełna 20 lat temu Bogusław Pachelski rozgrzewając się przed meczem Lecha z Barceloną truchtał po murawie Camp Nou, dla jednego z najlepszych wówczas europejskich bramkarzy – Zubizarrety był zapewne jednym z jedenastu nieznanych grajków w białej koszulce, którzy przyjechali z dalekiego kraju po solidny łomot. Ale gdy popularny w Poznaniu „Bodek” wyjeżdżał ze stolicy Katalonii, już po spotkaniu, był kimś zupełnie innym. Był tym, którego miejscowa prasa nazwała „un satan blanco” – szatanem w bieli, a który w 71 minucie spotkania zapewnił Lechowi sensacyjny remis, ośmieszając wręcz bramkarza reprezentacji Hiszpanii i posyłając mu piłkę między nogami do bramki. Pachelski wykazał się w tej sytuacji zimną krwią, wspaniałą techniką i niebywałym wręcz kunsztem strzeleckim.

Choć był znakomitym napastnikiem i strzelał, również i potem, niezwykle ważne dla Lecha bramki na europejskiej arenie (wspaniałemu wówczas Olympique Marsylia czy Panathinaikosowi na jego gorrrącym stadionie w Atenach), to jednak fantastyczny gol strzelony ze stoickim spokojem, „garażem”, wielkiemu Zubizarrecie na zawsze pozostanie jego najlepszą wizytówką i chyba szczytowym osiągnięciem w karierze.

Wyczynu Pachelskiemu pozazdrościł najwyraźniej Andrzej Łatka. Piłkarz, który w 1981 zdobył wicemistrzostwo Europy juniorów, a poza Legią bramki strzelał również dla Stali Mielec, Motoru Lublin czy Polonii Warszawa, przed niespełna 19 laty na słynnym Camp Nou zaliczył trafienie, którym przed Pachelskim wstydzić się na pewno nie musi. Była 21 minuta meczu. Legioniści przeprowadzili niezwykle dynamiczną, koronkową akcję (aż przyjemnie popatrzeć) i po chwili Łatka z 30 metrów posłał piłkę do bramki Zubizarrety, który najwyraźniej nie docenił umiejętności technicznych wychowanka Grybovii Grybów. W samej końcówce meczu Barcelonie udało się wyrównać, jednak remis 1:1 stawiał legionistów w znakomitej sytuacji przed rewanżem.

Pachelski i Łatka choć mogli i powinni osiągnąć w swej karierze znacznie więcej, strzelając tak piękne bramki, dające sensacyjne remisy, skazanym na pożarcie w konfrontacji ze słynną Barceloną na jej stadionie, polskim zespołom i tak zapisali się na trwałe w historii naszej piłki. Choć minęło tyle lat ich gole wciąż przecież żyją w pamięci polskich kibiców. Bo uciszyć Camp Nou to naprawdę jest coś, co nie zdarza się co dnia.

R.