Archiwum kategorii: trenerzy i selekcjonerzy

Janusz Wójcik jako polski selekcjoner z trzema oskarżeniami. Najmocniejszymi, jakie się da

Janusz Wójcik – fragment okładki książki „Jego biało-czerwoni”

Gdy Janusz Wójcik debiutował jako selekcjoner reprezentacji Polski, 6 września 1997 roku, wygranym po efektownym golu Krzysztofa Ratajczyka meczem z Węgrami w Warszawie, wydawało się, że nadchodzi nowa, złota era dla naszej piłki. Tak jak bogate były premie dla piłkarzy i sztabu, a głośna otoczka wokół kadry, tak w Europie miało być słychać o bogatym dorobku punktowym biało-czerwonych. Z perspektywy 20 lat kadencję trenerską Janusza Wójcika można ocenić jako najczarniejszą w historii Polski. I nie chodzi tu o sam wynik sportowy, o brak awansu do Euro 2000 i nadzieje rozbudzone wygranymi towarzyskimi oraz o punkty z Bułgarią. Pal licho, eliminacje przegrywaliśmy i w dużo gorszym stylu. Na byłym selekcjonerze ciążą jednak trzy potężne oskarżenia, sformułowane już po latach, przez osoby z różnych środowisk. Nic mi nie wiadomo, by cytowane słowa były potem w jakikolwiek sposób prostowane, by Janusz Wójcik wytaczał w ich sprawie procesy o zniesławienie. O tych zarzutach zapomina się, jakby oddzielając pracę z kadrą od jego wyczynów klubowych i wspominając kadencję Wójcika w roli selekcjonera najczęściej w tonie wręcz komediowym, cytując prostackie odprawy z „kiełbasami w górę”. Tymczasem mówimy tu, naprawdę, o zarzutach najcięższych z możliwych dla każdego trenera, a już dla selekcjonera reprezentacji narodowej – zwłaszcza.

1. Janusz Wójcik miał być pijany dzień przed meczem reprezentacji Polski

Januszowi Wójcikowi zdarzało się zachowywać nieodpowiedzialnie po alkoholu – powszechnie wiadomo to od stycznia 2006 r., gdy po Balu Mistrzów Sportu pod wpływem prowadził samochód w Warszawie. O tym, że miał promile w czasie wykonywania pracy selekcjonera, pisał Rafał Stec (w swojej książce „Piłka sss… kopana”, cytowanej też potem na blogu i stronach Wyborczej).

Prowadząc reprezentację, na 24 godziny przed meczem z Anglią, Wójcik zaordynował piłkarzom tak intensywny „rozruch”, że gdyby nie interwencja ówczesnego wiceprezesa PZPN Zbigniewa Bońka, nazajutrz ledwie powłóczyliby nogami. Tamtego dnia też był pijany. Boniek chciał go zwolnić, lecz działacze przekonali go, że skandal zaszkodziłby wszystkim.

W zawoalowany sposób mógł to potwierdzić obrońca Jacek Zieliński, w materiale Wyborczej przed swoją 60. grą w reprezentacji, stwierdzając, że Wójcikowi „udzielił się chyba entuzjazm” i „chodził nabuzowany”.

Anglicy byli rzeczywiście słabi, grali źle. Ale my jeszcze gorzej. Pamiętam, że dzień przed meczem dostaliśmy nieźle w d… Na przedmeczowym rozruchu trenerowi Wójcikowi udzielił się chyba entuzjazm. Pamiętam te wślizgi, starty do piłki, podekscytowanego selekcjonera, który chodził nabuzowany po murawie Wembley i krzyczał, żebyśmy zap… Rano mieliśmy lekkie zakwasy, ale i tak mogliśmy w Londynie pograć lepiej. Nie wiem, czy trener Wójcik wystraszył się Anglików, ale sądząc po liczbie obrońców, podszedł do meczu z nimi z dużym respektem (śmiech).

2. Janusz Wójcik miał negocjować grę piłkarza w meczu reprezentacji Polski z prezesem jego klubu

Fragment książki „Szamo”, Grzegorza Szamotulskiego i Krzysztofa Stanowskiego, też odnosi się do sytuacji sprzed meczu z Anglią:

Kolejna anegdota krążąca w środowisku. Zbliża się mecz Anglia – Polska. Dzień przed spotkaniem Artur Wichniarek w pokoju już rozmyśla o tym, jak będzie strzelał kolejne gole (…)

– A na pewno zagrasz? – pada całkiem logiczne pytanie.

– Jasne! Widziałeś mnie w sparingu? Widziałeś w gierce? Najlepszy! Numer jedenaście na placach i wychodzę zburzyć to całe Wembley!

Dzień meczu. Piłkarze schodzą do autokaru. Wichniarek idzie na końcu, w kurtce i bez torby.

– Grasz.

– Nie.

– Jesteś na ławce?

– Nie.

Kilka metrów dalej stoi selekcjoner Janusz Wójcik i prezes Widzewa (klub Wichniarka), Andrzej Pawelec. Słychać głośną kłótnię. Kilka wyrwanych z kontekstu zdań.

– Ale Janusz, nie rób jaj! Dam ci w poniedziałek! – błagalnym głosem mówi Pawelec.

– Dasz w poniedziałek, to zagra w poniedziałek – wzrusza ramionami „Wójt”.

Artur Wichniarek w rozmowie z Jakubem Białkiem na Weszło sprawę wspomina tak:

– To nie był mecz na Wembley, tylko w Warszawie. Nie wiem, ja nie byłem przy tej rozmowie. Faktem jest, że miałem grać i tydzień treningów na zgrupowaniu na to wskazywał. Realia tamtych lat były jak widać trochę inne i nie tylko Fryzjer zarabiał na ustawianiu pewnych rzeczy. Jeżeli tak było i miało to się odbyć na zasadzie zapłacenia za to, że zagram, to dobrze, że nie zagrałem. Zawsze byłem daleki od takich rzeczy, zawsze chciałem pokazać na boisku, że jestem przydatny. Jeśli nie byłem przydatny, to lepiej dla wszystkich, że nie zagrałem. Nie mogę tej historii ani potwierdzić, ani zaprzeczyć. Fakt faktem, że nie zagrałem w tym meczu, choć byłem w bardzo wysokiej formie. Generalnie, nigdy nie szukałem układów i grania za wszelką cenę.

Janusz Wójcik podczas meczu Anglia - Polska na Wembley (1999) / fot. Robert Krzanowski / Agencja Gazeta
Janusz Wójcik podczas meczu Anglia – Polska na Wembley (1999) / fot. Robert Krzanowski / Agencja Gazeta

3. Reprezentacja Polski Janusza Wójcika mogła grać w nieuczciwym meczu

W październiku 2008 roku, po zatrzymaniu ws. afery korupcyjnej w polskiej piłce, Weszło w tekście „Janusz Wójcik zatrzymany. Dość buty i chamstwa!” pisało:

Były selekcjoner kadry, co nie jest tajemnicą, nie miał żadnych hamulców. W środowisku piłkarskim do dziś opowiada się na przykład o meczu Polska – Hiszpania (1:2), kiedy to sędzia z Rosji nie uznawał prawidłowych bramek dla naszych rywali – miał za to dostać drogi zegarek, ale dostał podróbkę i następnego dnia odpadły wskazówki. Wspomina się też między innymi o spotkaniu Bułgaria – Polska 0:3…

Wróćmy do meczu z Hiszpanami, którzy w Warszawie przeżyli gorzki przedsmak tego, co trzy lata później spotkało ich na mundialu w Korei. Dwa normalnie zdobyte gole w nieprawidłowy sposób nieuznane przez sędziów. – Oczywiście, że sędzia się pomylił. To były dwa błędy arbitra – żałował autor obu skradzionych goli, Raul. Jakiś fan Hiszpana wyciął odpowiednie wideo i wrzucił na YouTube, więc są do zobaczenia (same gole można obejrzeć na skrócie TVP).

Z kolei, jako próbę umówienia się na wynik, można rozumieć opis w książce Jerzego Dudka, meczu Szwecja – Polska, decydującego o awansie do barażu o Euro 2000.

W ostatnim meczu ze Szwecją też potrzebny był nam remis, by zagrać w barażach. Ale to nieszczęsne spotkanie zakończyło się naszą porażką 0:2. Niestety dało znać o sobie chore myślenie, nawyki zakorzenione od lat. A może oni nam pomogą ten remis wywalczyć? (…) Okazało się, że Szwedzi zagrali bardzo spokojnie do momentu, kiedy nie zaczęliśmy ich brutalnie kopać. Nie dali się sprowokować do takiej kopaniny, co się dla nas źle skończyło. Zaczęli grać na serio i wygrali 2:0. (…) Nie chcę go [Janusza Wójcika] oceniać jako trenera. Mogę tylko ocenić, że menedżerem był doskonałym.

Wszystkich wspomnianych meczów pod wodzą Janusza Wójcika pewnie by nie było, gdyby został on zwolniony przez PZPN Mariana Dziurowicza jeszcze przed startem eliminacji Euro 2000. Meczem o być albo nie być selekcjonera okazało się spotkanie Polska – Rosja, rozegrane 27 maja 1998. Polacy w cudowny sposób wygrali z dużo wyżej notowanym rywalem, czym rozpoczęli cudowną serię zwycięstw (a potem meczów bez porażki), która trwała aż do wspominanego już Wembley. Wspólnym mianownikiem większości tych rywali jest to, że pochodzili z Europy Wschodniej (ew. centralnej) lub że byli do zwyczajni słabeusze:

Polska – Rosja 3:1 – 27.05.1998 (gole w skrócie TVP, więcej akcji w rosyjskiej TV)

Ukraina – Polska 1:2 – 15.07.1998 (niestety, nie było żadnej transmisji tego meczu; sędzia – Węgier Attila Juhos)

Polska – Izrael 2:0 – 18.08.1998 (sędzia – Czech Vaclav Krondl)

Bułgaria – Polska 0:3 – 6.09.1998

Polska – Luksemburg 3:0 – 10.10.1998 (sędzia – Albańczyk Bujar Pregla)

Słowacja – Polska 1:3 – 10.11.1998

Malta – Polska 0:1 – 3.02.1999

Polska – Finlandia 1:1 – 10.02.1999

Polska – Armenia 1:0 – 3.03.1999

 

B.

Stracona szansa radosnych orłów Henryka Apostela

To mogła być naprawdę wielka drużyna, zapisana na kartach dziejów polskiego futbolu niezapomnianymi zgłoskami. Zabrakło jej do tego tak niewiele i tak wiele zarazem. Minęło właśnie dokładnie 20 lat od debiutu na Teneryfie, prowadzonej przez Henryka Apostela reprezentacji biało-czerwonych.

Już na wstępie wyznam zupełnie otwarcie. Być może z żadną, ani wcześniejszą, ani późniejszą reprezentacją Polski nie czułem się tak bardzo mocno emocjonalnie związany, jak z tamtą kadrą, walczącą o udział w Euro ’96. Gdy masz 16-17 lat, patrzysz już na futbol troszkę inaczej, głębiej i bardziej analitycznie niż w wieku pacholęcym. Potrafisz teraz więcej rzeczy dostrzec, docenić, zrozumieć. Ale w sferze emocjonalnej wciąż jeszcze przeżywasz te najważniejsze mecze na poziomie najwyższym z możliwych. A biało-czerwoni Henryka Apostela niemal bezlitosnym wdrażaniem w życie swej filozofii ofensywnego, efektownego, radosnego, momentami wręcz beztroskiego futbolu na tak, powodowali istny wulkan emocji, w sposób niezrównany zasiewając w swych kibicach wirus uczucia, które Cyprian Kamil Norwid zwał „miłością dwuskrzydlatą – od uwielbienia do wzgardy”.

Gdy Henryk Apostel obejmował stery nad polską kadrą był już od lat szkoleniowcem o uznanej na naszym krajowym rynku marce. W 1978 roku asystował Edmundowi Zientarze przy ekipie polskich juniorów, która wywalczyła brąz w Mistrzostwach Europy, a rok później poprowadził kadrę U-20 do czwartego miejsca na japońskim mundialu (w meczu grupowym na tym turnieju, bramkę Polakom władował sam Diego Maradona). Później były jeszcze dwa srebra z rzędu, w 1980 roku (m.in. efektowne zwycięstwa nad RFN 3:2 czy w półfinale z Włochami 2:0; przegrany finał w Lipsku z Anglią 1:2) oraz w 1981 roku (zwycięstwo w karnych 6:5 po bezbramkowym półfinale w Bochum z Hiszpanią; porażka 0:1 z gospodarzami w finałowej potyczce w Dusseldorfie), wywalczone na mistrzostwach Starego Kontynentu w kategorii U-18. Przez wymienione juniorskie i młodzieżowe kadry biało-czerwonych, z którymi pracował Apostel, przewinęło się wiele znaczących później postaci dla naszego futbolu, takich jak choćby, Dariusz Dziekanowski, Andrzej Buncol, Andrzej Iwan, Jacek Kazimierski, Waldemar Matysik, Andrzej Pałasz, Ryszard Tarasiewicz, Dariusz Wdowczyk, Dariusz Kubicki czy Józef Wandzik. Tylko ostatni z wymienionych będzie miał okazję zetknąć się jeszcze z pochodzącym z Bytomia szkoleniowcem w kontekście reprezentacji, gdy ten, po kilkunastu latach będzie już prowadził pierwszy garnitur narodowego zespołu. Jednak zanim to nastąpi, Apostel przez cztery lata (1984-88) dowodzi ze szkoleniowej ławki wrocławskim Śląskiem (z Tarasiewiczem, Prusikiem czy Rudym na pokładzie), z którym w 1987 roku wywalczy Puchar Polski oraz rozegra dwumecz z prowadzonym przez Johna Toshacka Realem Sociedad w europejskich pucharach (0:2, 0:0). W 1988 roku przejmuje zespół poznańskiego Lecha. Z Kolejorzem przeżywa wspaniałą przygodę, konfrontując się w PEZP z FC Barceloną Johanna Cruyffa, z którą odpada w dramatycznych okolicznościach dopiero po serii rzutów karnych. Ciekawostką jest fakt, że oba te spotkania przesiedzi na ławce rezerwowych, nie dostając swojej szansy na występ, młodziutki, choć niezwykle zdolny snajper rodem z Gostynia – Andrzej Juskowiak, z którego goli żyć będzie po latach apostelowa kadra biało-czerwonych. Szkoleniowiec wróci do Lecha jeszcze w 1991 roku, by wywalczyć z nim mistrzostwo kraju (1992) oraz z hukiem rozbić się o szwedzką zaporę (0:3, 0:1 z IFK Goeteborg), podczas próby sforsowania bram Champions League. Na początku kwietnia 1993 roku trener Kolejorza zasłabnie podczas porannego treningu zespołu. Przechodzi zawał serca i żegna się z poznańską ławką. Gdy powróci do zdrowia, obejmie w lipcu tego samego roku bardzo ciekawy wówczas zespół zabrzańskiego Górnika. Po kilku miesiącach właśnie tam zastanie go nominacja na selekcjonera polskiej reprezentacji.

Po nieudanych podchodach pod amerykański World Cup ’94, dymisji opiekującego się naszą kadrą przez ponad czteroletnią kadencję Andrzeja Strejlaua oraz przygnębiającym finiszu eliminacyjnych zmagań, firmowanym już przez Lesława Ćmikiewicza, polski futbol znajdował się w stanie naprawdę głębokiego upadku. Misja Apostela, przypominająca w jakimś sensie budowanie na zgliszczach, naprawdę nie należała do godnych pozazdroszczenia. Odchodziła właśnie z narodowego zespołu grupa piłkarzy, nazywana przez niektórych z samych jej członków, pokoleniem straconym – Jarosław Bako, Jacek Ziober, Robert Warzycha czy Jan Furtok. Dodatkowo w środowisku piłkarskim oraz dziennikarskim nader liczne było stronnictwo domagające się selekcjonerskiego berła dla Janusza Wójcika. I choć srebrni olimpijczycy z czasem staną za Apostelem murem, to jednak znajdą się w naszym kraju dziennikarze, a nawet całe, niegdyś szanowane, tytuły sportowe, które od zarania aż po kres apostelowej przygody z kadrą, będą przekraczać wszelkie granice przyzwoitości w poniewieraniu selekcjonerem na rzecz lansowanego przez siebie pupila.

9 lutego 1994 roku, debiutujący w roli trenera polskiej reprezentacji Henryk Apostel nie miał łatwego zadania również i z tego powodu, że rywalem jego zespołu była na Teneryfie reprezentacja naprawdę mocna. Hiszpanie mieli już za sobą kryzys początku lat 90. i w oparciu o złotych medalistów igrzysk w Barcelonie przygotowywali właśnie na amerykański mundial nową, silną drużynę. To spotkanie przeplatało w sobie wiele symbolicznych podtekstów. Kapitanem hiszpańskiej kadry był w tym meczu Zubizarreta, którego Apostel doskonale pamiętał z tchnącej istnym horrorem serii jedenastek przeciwko Barcelonie przy ul. Bułgarskiej w Poznaniu. Po murawie biegał też Beguiristain, który podopiecznym Apostela dawał się wcześniej we znaki grając w europejskich pucharach zarówno przeciwko Śląskowi (strzelił gola dla Sociedad we Wrocławiu), jak i Lechowi (jako pierwszy trafił z karnego) oraz Julio Salinas, który również wystąpił przeciwko Kolejorzowi na Camp Nou. Na boisku w Teneryfie spotkało się poza tym sześciu uczestników olimpijskiego finału sprzed kilkunastu miesięcy, w tym aż trzech strzelców bramek w tamtej, pamiętnej potyczce (Abelardo, Kowalczyk, Staniek). Co ciekawe jeden z piłkarzy, o których Henryk Apostel pragnął oprzeć cały szkielet swej narodowej kadry – Aleksander Kłak, doznał podczas przedmeczowej rozgrzewki kontuzji barku, przesiedział całe spotkanie na ławce rezerwowych i nigdy nie zagrał w kadrze biało-czerwonych za kadencji tego szkoleniowca. Na Wyspach Kanaryjskich Polacy rozegrali naprawdę niezłe, obiecujące spotkanie. Prowadzenie dla gospodarzy uzyskał debiutujący Sergi Barjuan, lecz w 38 minucie spotkania, po ładnej akcji Kowalczyka, wyrównał kapitan zespołu – Roman Kosecki. Udanie zadebiutowali w koszulce z białym orłem na piersi Andrzej Woźniak i Henryk Bałuszyński. Obaj będą potem znaczyli wiele dla tej drużyny. Jestem zadowolony z wyniku i z gry w pierwszej połowie meczu – powie po powrocie do kraju selekcjoner biało-czerwonych.

Wiosną 1994 roku reprezentacja Apostela zagra jeszcze dwukrotnie z finalistami zbliżającego się mundialu. Najpierw bezbramkowo zremisuje w Salonikach z Grekami, a potem pokona w Cannes Arabię Saudyjską 1:0 (gol w końcówce spotkania Tomasza Wieszczyckiego; powrót do kadry byłego podopiecznego selekcjonera z czasów jego pracy w Śląsku – Andrzeja Rudego). Następnie przyjdzie seria trzech kolejnych, towarzyskich przetarć na naszym podwórku. Żadne z nich jednak nie przyniesie kibicom nadmiernych powodów do optymizmu. Na krakowskich Suchych Stawach biało-czerwoni pokonują znajdujących się w głębokim kryzysie Węgrów 3:2 (gole Jałochy, Bałuszyńskiego i naprawdę efektowne trafienie w końcówce Fedoruka), ulegają w Katowicach przeciętnym Austriakom 3:4 (bramki Juskowiaka, Brzęczka i Moskala; pożegnanie z apostelową kadrą m.in. Rudego i Leśniaka, a także Grembockiego, na którego aż dotąd bardzo wytrwale stawiał polski szkoleniowiec) oraz remisują w Radomiu ze stawiającą dopiero pierwsze, samodzielne kroczki reprezentacją Białorusi 1:1 (trafienie Jacka Bąka). Wszystkie te trzy ostatnie sprawdziany, przed eliminacyjną premierą w Tel Awiwie, musiały dawać selekcjonerowi bardzo wyraźny sygnał, że nie jest dobrze.

Jednak to, co działo się w niedzielne popołudnie 4 września 1994 roku na Ramat Gan, przerosło chyba nawet najskrytsze obawy selekcjonera i przeszło do historii polskiej piłki, jako jeden z najbardziej kompromitujących występów naszej kadry w meczach o punkty. Biało-czerwoni zagrali tego dnia nie tyle słabo, co przygnębiająco, żałośnie i ze skandalicznym wręcz brakiem jakiejkolwiek namiastki boiskowej ambicji, odpowiedzialności i zaangażowania. Słynną tyradę o tym, jak bardzo ma dość komentowania meczów tak grającej narodowej drużyny, smażył przez ostatnie kilka minut telewizyjnej transmisji Dariusz Szpakowski, ale chyba wszyscy podzielali wówczas głębokie zniesmaczenie para-występem tego zespołu. Tym bardziej, że była to kolejna, szósta już z rzędu porażka polskiej reprezentacji w meczu o punkty. Po dziewięciu miesiącach pracy Apostela z kadrą okazało się, że stojąc u progu eliminacyjnych zmagań do Euro ’96 nie mamy nawet nędznej atrapy drużyny. Największą żałością ziało z tylnich formacji, od których ponoć zaczyna się budowę każdego zespołu. Apostel już wcześniej, po meczu z Austrią zrezygnował z Piotra Jegora, który w pierwotnym zamyśle miał być filarem biało-czerwonej defensywy, a po spotkaniu w Izraelu imiennie obarczył odpowiedzialnością za stracone bramki Romana Szewczyka, który na Ramat Gan zakończył swą reprezentacyjną karierę. Wandzik w bramce też absolutnie nie pomógł drużynie, ale wśród graczy, na których tego dnia najmocniej się zawiódł, selekcjoner wymieniał również Jałochę oraz duet napastników: Mielcarski-Kowalczyk, który już nigdy więcej nie zaistnieje wspólnie w jego kadrze. Zagrali beznadziejnie – podsumował szkoleniowiec. Jedynym piłkarzem, obok kapitana polskiego zespołu, Romana Koseckiego, który w końcówce meczu odpowiedział swym trafieniem na gole Ronena Haraziego, zmniejszając rozmiary porażki na 1:2, do którego trener nie zgłaszał większych zastrzeżeń był Tomasz Wałdoch. By kontekst tej spektakularnej kompromitacji był pełniejszy, warto jednak też wspomnieć, że polska ekipa wylatywała do Tel Awiwu – dziś rzecz raczej nie do pomyślenia – dopiero w dniu meczu. Kilka miesięcy po spotkaniu, już na chłodno, Apostel przyzna: Nie przewidywaliśmy dla zawodników czasu na aklimatyzację, mieli zagrać z marszu. Samolot do Izraela startował o godzinie szóstej rano. Zawodnicy ‚zarwali’ noc. Potem snuli się po boisku jak śnięte ryby.

Do następnego eliminacyjnego pojedynku pozostało polskiemu selekcjonerowi niespełna czterdzieści dni. Zaledwie tyle miał czasu na to, aby na fundamencie selekcji negatywnej, która obrodziła w nadmiar owoców, zacząć niemal od nowa konstruować pomysł na budowę swojej drużyny, opierając ją na innych niż dotąd ogniwach. Po raz kolejny okazało się, że czasem trzeba naprawdę upaść bardzo nisko i strasznie boleśnie, by na dobre zacząć się podnosić. Jeśli pisałem na wstępie tego tekstu o apostelowej reprezentacji, o jej istocie i o jej duchu, to myślałem właśnie o tym wszystkim, co na zgliszczach izraelskiej klęski zaczął z mozołem budować polski selekcjoner przez następny rok. Bo ta reprezentacja, tak na dobrą sprawę powolutku zaczęła powstawać i rodzić się do życia właśnie wtedy, w październiku 1994 roku w Mielcu, a na dobre objawi się ona światu dopiero wiosną 1995 roku.

Nie boję się, że będzie to mój ostatni mecz w roli selekcjonera polskiej reprezentacji. Mam nadzieję, że zawodnicy zagrają wreszcie tak, jak tego wszyscy oczekują, i co najważniejsze, wygrają – wyznał przed mieleckim meczem „Gazecie” Henryk Apostel. Polscy reprezentanci wiedzieli jednak, że choć oficjalnie nikt o tym nie mówił, grają o być albo nie być swego selekcjonera. W drużynie nastąpiło dość znaczne przemeblowanie. Formację defensywną wydatnie wzmocnił Waldemar Jaskulski, do drugiej linii wprowadzili się Piotr Świerczewski i Marek Koźmiński, a także debiutujący w kadrze Sylwester Czereszewski, natomiast w ataku naprawdę wysoką jakość wnieśli Andrzej Juskowiak i Krzysztof Warzycha. Apostel postanowił skończyć więc z forsowanym wcześniej nieco na siłę, choć przecież głęboko już utopijnym w tamtych czasach i w ówczesnych warunkach, zamierzeniem opierania kadry o graczy słabej, polskiej ligi. Po raz pierwszy w historii jego selekcjonerskiej kadencji, spośród zawodników, którzy wyszli na boisko, większość stanowili ci z zagranicznych klubów. Odtąd stanie się to regułą podczas wszystkich meczów o punkty jego zespołu. To była już zupełnie inna drużyna biało-czerwonych, choć zwycięstwo nad Azerbejdżanem wcale nie przyszło łatwo. Zostało jednak wyszarpane i wywalczone, głównie przez ofensywny tercet z niezawodnym Koseckim (asystował przy zwycięskiej bramce Jusko) oraz Warzychą i Juskowiakiem w składzie. Co ciekawe, mieleckim występem pożegnał się z apostelową kadrą dotąd pewny jej punkt – Jerzy Brzęczek (w Zabrzu przeciwko trójkolorowym usiądzie jeszcze na ławce rezerwowych, potem zniknie z drużyny). Inny z graczy, którzy podczas nieobecności Koseckiego, zastępowali go w funkcji kapitana zespołu – Tomasz Łapiński, również tym meczem stracił na jakiś czas swe niepodważalne miejsce na środku obrony. Na dziesięć minut przed końcem spotkania z Azerami, zgłosił dziwne zawroty głowy i trener musiał dokonać zmiany. Piłkarz Widzewa źle poczuje się również tuż przed rozpoczęciem następnego eliminacyjnego spotkania z Francuzami i Apostel będzie musiał zdecydować się na pokerową zagrywkę zastąpienia Łapińskiego, debiutującym w kadrze i na dobrą sprawę uczącym się dopiero od niedawna gry na środku obrony – Markiem Świerczewskim. Łapiński do kadry Apostela jeszcze wróci i będzie odgrywał w niej ważną rolę, ale niepodważalną ostoją na środku defensywy będzie już wówczas ktoś inny. Polacy wywalczą więc w Mielcu skromne, lecz jak najbardziej zasłużone, swoje pierwsze eliminacyjne zwycięstwo na drodze do Euro ’96. Będzie to również, w całych dziejach naszego futbolu, premierowa wiktoria biało-czerwonych za trzy punkty. Bardzo się cieszę i myślę, że w tym meczu było więcej momentów dobrych niż złych w grze reprezentacji Polski. Jestem zadowolony z całego zespołu. Szkoda tylko, że moi gracze nie wykorzystali kilku dogodnych sytuacji – podsumuje mielecki pojedynek Apostel.

16 listopada 1994 roku na stadionie w Zabrzu czeka Polaków przeciwko Francji, sprawdzian znacznie bardziej wymagający, a zarazem kolejny już mecz o wszystko w tych eliminacyjnych zmaganiach. Grunt pod nogami Apostela wciąż jest bardzo niepewny, co skłania go nawet do złożenia publicznej deklaracji: Być może po spotkaniu z Francją reprezentację będzie prowadził już kto inny. Odejdę, jeśli ten mecz przegramy. Biało-czerwoni rozgrywają jednak naprawdę dobre spotkanie, zdecydowanie dominując na zabrzańskiej murawie. Tomasz Wałdoch czyni występ kapitana rywali, słynnego gwiazdora Manchesteru United, Erika Cantony, zupełnie bezbarwnym, czy wręcz niewidocznym dla oka. Nadspodziewanie udanie debiutuje w kadrze Marek Świerczewski. Wypada jedynie żałować, że świetnie grającym tego dnia: Koseckiemu (zdecydowanie najlepszy na murawie), Warzysze i Juskowiakowi zabrakło nieco szczęścia w sytuacjach podbramkowych, których nie udało się zamienić na gola. Remis 0:0 trójkolorowi przyjmują z prawdziwą ulgą, tym bardziej, że od 50 minuty grają w osłabieniu po czerwonej kartce dla Karembeu. „Francuzi zerwali się ze stryczka” – napisał w swej relacji o tym spotkaniu „World Soccer„. Do ostatniej minuty drżałem o wynik. Polacy byli dziś lepsi. To cud, że nie przegraliśmy. Ja i polski trener budujemy nowe drużyny, ale na tej drodze, to mój rywal jest bliżej celu – wyznał po meczu trener przyszłych mistrzów świata Aime Jacquet. Gospodarze zasłużyli na zwycięstwo. Możemy być szczęśliwi, że zdobyliśmy punkt – wtórował francuskiemu selekcjonerowi uczestnik spotkania Youri Djorkaeff. Do zwycięstwa zabrakło nam szczęścia. Mamy dobry, młody zespół, z którym trzeba pracować – podsumował Henryk Apostel.

Niespełna miesiąc po udanym, choć bezbramkowym spotkaniu z Francuzami, apostelowa kadra kończy rok, pokonując w Rijadzie, po golach Bałuszyńskiego i Rząsy Arabię Saudyjską 2:1.

Nadciąga powoli wiosna 1995 roku, a wraz z nią rozkwita na dobre ten reprezentacyjny zespół. Już towarzyskie spotkanie w Ostrowcu Świętokrzyskim, pokazuje, że biało-czerwoni potrafią zagrać naprawdę ofensywnie, efektownie i skutecznie. Pokonują Litwinów 4:1 (Czereszewski, Wałdoch, Wieszczycki, Jaskulski), rozgrywając wprost znakomitą pierwszą połowę meczu (3:0). Na Polaków czeka już jednak rywal z naprawdę najwyższej półki. Rumunia ma dziś zespół, jak Polska w 1974 roku. To jest generacja wybitnych piłkarzy – mówił przed wyjazdem do Bukaresztu na mecz z najsilniejszą drużyną w naszej eliminacyjnej grupie, Henryk Apostel. Rzeczywiście, Rumuni, którzy kilka miesięcy wcześniej, na amerykańskim mundialu, zachwycili swą grą cały piłkarski świat, należeli wówczas do najściślejszej elity futbolowych potęg. Hagi, Raducioiu, Dumitrescu, Lacatus, Popescu, Petrescu czy Munteanu, to byli gracze najwyższej światowej klasy. A jednak 29 marca 1995 roku biało-czerwoni toczyli z nimi znakomity, ekscytujący, wyrównany, otwarty bój. Dość powiedzieć, że w Bukareszcie zagraliśmy aż pięcioma czysto ofensywnymi zawodnikami, takimi jak Nowak, Kosecki, Bałuszyński, K.Warzycha i Juskowiak. Po golu, zdobytym przez ostatniego z wymienionych w 42 minucie spotkania z rzutu karnego, Polacy objęli sensacyjne prowadzenie. Jeszcze do szatni wyrównał jednak, po znakomitym zagraniu Hagiego, Florin Raducioiu. Józef Wandzik nie był bez winy przy tym golu, ale pełnię swych możliwości postanowił zademonstrować dopiero 7 minut po przerwie, wrzucając sobie piłkę do bramki i niwecząc tym samym wysiłek całego zespołu, który na tle rywala z najwyższej półki rozegrał naprawdę nadspodziewanie dobre spotkanie. Warto podkreślić, że od 70 minuty, gdy pożegnany przez arbitra czerwoną kartką został Jaskulski, biało-czerwoni biegali po boisku Steauy w dziesiątkę. Grę Polaków komplementował po meczu nawet jeden z najwspanialszych futbolistów wszechczasów, Gheorghe Hagi, który szczególnie hojny był w pochwałach dla Henryka Bałuszyńskiego: Dziś zachwycił mnie ten piłkarz. Wygrał wszystkie pojedynki jeden na jednego, a czasem nawet dwóch naszych obrońców było bezradnych przy jego dryblingach. Rumuńscy defensorzy nie są łatwymi rywalami, ale Bałuszyński udowodnił, że ma klasę.

Musimy teraz wygrać z Izraelem i Słowacją u siebie. W sierpniu pojedziemy do Francji na mecz o wszystko – nie załamywał rąk po pechowej porażce w Bukareszcie Henryk Apostel. W kraju poza wąskim gronem osobistych i nieprzejednanych wrogów selekcjonera, nikt poważny nie domagał się już głośno dymisji Apostela. Ta drużyna zaczynała mieć swój niepowtarzalny styl, prezentując odważny, otwarty futbol, a zawodnikom, w większości nieźle wyszkolonym technicznie, piłka absolutnie nie przeszkadzała w grze. Szkoda tylko, że w tak nikłym stopniu przekładało się to na konkretne zdobycze punktowe. Gdyby biało-czerwonym udało się zagarnąć zasłużony komplet punktów w Zabrzu przeciwko Francuzom oraz przywieźć, będący jak najbardziej w ich zasięgu, remis z Bukaresztu, ich sytuacja w tabeli byłaby nieporównanie ciekawsza. Ale i cenne, eliminacyjne punkty musiały w końcu zacząć zasilać konto tak grających biało-czerwonych.

Zabrzański mecz z Izraelem udowodnił po raz kolejny, że zespół Apostela ma naprawdę wielką siłę rażenia w przednich formacjach, lecz pod własną bramką nigdy nie możemy czuć się bezpiecznie. Triumfalny powrót do kadry po izraelskiej klęsce z Tel Awiwu, zaliczył napastnik Betisu – Wojciech Kowalczyk, który na obiekcie Górnika, z nietypowym dla siebie numerem „2” na plecach, rozegrał swój najlepszy mecz w polskiej reprezentacji. Zawodnik, który był zamieszany właściwie we wszystkie cztery trafienia dla naszej drużyny (sam zdobył bramkę na 3:2 po pięknym strzale głową w 55 minucie, a wcześniej w 20 minucie trafił też w poprzeczkę), tak wspominał tamto spotkanie na kartach biografii spisanej przez Krzysztofa Stanowskiego p.t. „Kowal”: W ofensywie graliśmy świetnie i mieliśmy naprawdę niezłych grajcarów do strzelania goli. Gorzej, że… do przerwy przegrywaliśmy. Poszły dwie kontry, dwie bramki z niczego. Józek Wandzik zapomniał pobronić. W szatni panowała grobowa cisza. Dobrze graliśmy, tylko bramkarz nie działał. Trener też nic nie mówił. Chwilę postał w miejscu, chwilę nerwowo pochodził i milczał. W końcu stanął przed nami i powiedział jedno zdanie, które bardzo zapadło mi w pamięci: „Panowie, to może być nasze ostatnie 45 minut”. Wstrząsnęło nami. Wandzik jednak i w drugiej połowie cały czas stał popsuty i strasznie się wtedy z nami bawił. Na szczęście potrafiliśmy wtedy strzelić więcej goli niż on.

Polacy wygrali ostatecznie 4:3 po „meczu, który był jak arytmia serca”, by zacytować słowa naszego selekcjonera.

W apostelowej kadrze dokonywały się ostatnie zmiany, nadające jej właściwy i ostateczny kształt. Szkoleniowiec wreszcie zlitował się nad kibicami biało-czerwonych i zluzował z reprezentacyjnych obowiązków Józefa Wandzika, który nie pomógł drużynie w kolekcjonowaniu zdobyczy punktowych, by na eufemizmie poprzestać. Do składu wchodzili za to nowi gracze, choćby tacy jak Krzysztof Bukalski (który zaliczył znakomitą asystę przy bramce Kowalczyka z Izraelem), Jacek Zieliński, Maciej Szczęsny, a potem również Andrzej Woźniak, który dostanie wreszcie swą wielką szansę w meczu o punkty. Nastąpiła też reaktywacja olimpijskiego ataku z Barcelony, gdyż partnerem Juskowiaka został teraz Kowalczyk. Krzysztof Warzycha, który mecz z Izraelem obejrzał z ławki rezerwowych, więcej już w kadrze Apostela nie zagra.

Na dobrą sprawę, eliminacyjnym meczem, rozegranym 7 czerwca 1995 roku w Zabrzu przeciwko Słowacji, reprezentacja Henryka Apostela wchodzi w najpiękniejszy dla siebie okres. Rozgromienie podopiecznych słynnego Josefa Venglosza w stosunku 5:0, stanowi bowiem pewien moment szczytowy w historii tego zespołu, będąc prawdziwą afirmacją, a zarazem efektowną kwintesencją tego wszystkiego, co było w jego grze najwspanialsze. I któż by się wówczas spodziewał, że będzie to zarazem ostatnie zwycięstwo apostelowej reprezentacji…

Bójmy się Polaków” – napisał w swej relacji z zabrzańskiego pogromu, francuski „L’Equipe„, przestrzegając podopiecznych Jacqueta, że za kilkadziesiąt dni przyjdzie im się zmierzyć w meczu o wszystko z drużyną, która posiada naprawdę imponującą siłę rażenia i nie zawaha się jej użyć. Wszak w dwóch ostatnich swych eliminacyjnych spotkaniach, biało-czerwoni strzelili aż dziewięć goli! Czerwcowy pojedynek ze Słowakami jest przede wszystkim wielkim triumfem Piotra Nowaka, który długo szukał swej drogi do drużyny Apostela, lecz wreszcie rozgrywa w niej fantastyczne spotkanie, będąc bezsprzecznie najlepszym piłkarzem na murawie oraz aktywnie współdziałając przy dwóch polskich trafieniach, a także samemu uzyskując efektowną bramkę na 4:0. Dwa gole są udziałem niezawodnego Juskowiaka, a po jednym dokładają też Wieszczycki i Kosecki. Między słupkami, w miejsce Wandzika, pojawia się Szczęsny, a na środku obrony Marka Świerczewskiego zluzuje Jacek Zieliński. Obaj gracze Legii zaliczają znakomity występ, podobnie zresztą jak cała nasza drużyna. Mam nadzieję, że we Francji zagramy jeszcze lepiej. Teraz naprawdę jest szansa na awans. Wreszcie mamy zespół. Uwierzyliśmy, że możemy wygrywać – cieszył się po zabrzańskim triumfie Henryk Apostel. Jest więc dobrze. Wszyscy z nadzieją czekają na decydujący bój w paryskim Parku Książąt.

Nim to jednak nastąpi nadchodzi zaproszenie na mecz do Brazylii, przeciwko przygotowującym się do turnieju Copa America, aktualnym mistrzom świata. Polscy kadrowicze pościągani w trybie awaryjnym z urlopów, absolutnie nie zamierzają być tłem dla piłkarzy pokroju Aldaira, Jorginho, Roberto Carlosa, Dungi, Cesara Sampaio, Leonardo, Savio czy Edmundo. Biało-czerwoni znów rozgrywają nadspodziewanie dobry mecz i już w początkowych sekundach mogą przełamać gospodarzy, lecz brazylijski (!) arbiter tego spotkania nie dyktuje ewidentnej jedenastki po faulu Darnleia na Kowalczyku. Szczęsnego dwukrotnie pokona Tulio, lecz Juskowiak po raz kolejny potwierdzi ogromną klasę i strzelając między nogami renomowanego Aldaira, zaliczy swoje trafienie w Brazylii. Polacy grają przeciwko najlepszej drużynie świata jak równy z równym. Zawodnicy przekonali się, że nie są jeszcze najlepsi, ale równocześnie uwierzyli, że dystans do najlepszych nie jest taki duży – tłumaczył po spotkaniu Henryk Apostel. Minimalna porażka 1:2 oraz znakomita postawa wielu polskich graczy, z Juskowiakiem, Wieszczyckim (którego chciało po tym meczu pół ligi brazylijskiej), Zielińskim czy Nowakiem na czele, sprawiła, że bez przygniatającego brzemienia lęków i niepokojów czekaliśmy na decydujące, paryskie starcie.

Ten mecz rozstrzygnie się w środku pola. Uważam jednak, że tutaj mamy przewagę. Poza tym posiadam dwóch znakomitych napastników: Kowalczyka i Juskowiaka. Wierzę, że znajdą sposób na defensywę Francuzów – snuł swe refleksje przed batalią na Parc des Princes, Henryk Apostel. Dziś słowa naszego selekcjonera o polskiej przewadze w drugiej linii, podczas gdy o sile francuskiej pomocy stanowili przecież wówczas tacy gracze, jak Zidane, Deschamps czy Desailly, można by potraktować w kategoriach buńczuczności. Wówczas jednak polskie dwie przednie formacje miały naprawdę ogromną wartość. Aime Jacquet publicznie rozpływał się w zachwytach nad polskim ofensywnym kwartetem (Kosecki-Nowak-Kowalczyk-Juskowiak). Nim jednak na paryską murawę wybiegły obie jedenastki, miało miejsce jeszcze jedno dość istotne zdarzenie. Polska kadra przegrała sparing z Fortuną Dusseldorf 1:3. Nasi bramkarze bronili w tym meczu po 45 minut. W pierwszej połowie między słupkami stanął Woźniak, w drugiej natomiast, zbierający dobre recenzje za mecze ze Słowacją i Brazylią – Szczęsny. Gdy Woźniak opuszczał polską bramkę, nasze konto było czyste. Bramkarz Legii natomiast aż trzykrotnie musiał wyplątywać z sieci futbolówkę. Zapewne nie pozostało to bez wpływu na fakt, iż 16 sierpnia 1995 roku w bramce biało-czerwonych, ku ogromnemu zaskoczeniu polskich kibiców, po raz pierwszy w meczu (i to takim meczu!) o punkty, stanął Andrzej Woźniak. Paryż na długo zapamiętał ten jego występ.

Rozegrany 16 sierpnia 1995 roku na paryskim Parc des Princes pojedynek z Francuzami, to bodaj najbardziej ekscytujący, emocjonujący i dramatyczny mecz pierwszej reprezentacji Polski jaki kiedykolwiek dane mi było przeżyć. Nie da się zapomnieć tego spotkania, choćby człowiek żył jeszcze następne dwieście lat. Biało-czerwoni niestety nie osiągnęli spodziewanej przez Apostela przewagi w drugiej linii. Kosecki grał z kontuzją, a Zidane przyćmił tego wieczoru Nowaka. Piotr Świerczewski mógł strzelić w Paryżu swą bramkę życia, lecz piłka po jego pięknym uderzeniu nie przełamała rąk Lamy na tyle, by wpaść do francuskiej bramki. Potem niezłą sytuację ma jeszcze Juskowiak. I wreszcie nadchodzi 35 minuta spotkania. Debiutujący w kadrze Tomasz Iwan ambitnie wyłuskuje piłkę w środkowej części boiska spod nóg Zidane, Kowalczyk instynktownie zagrywa ją ‚na pamięć’ do Juskowiaka, a ten pomimo asysty Leboeufa pakuje futbolówkę w krótki bramki Bernarda Lamy. Chyba nie tylko ja jeden myślałem wówczas, że oszaleję z radości. Polskie media, przyrównując nazajutrz paryską batalię do pamiętnego meczu na Wembley z 1973 roku (trzeba przyznać, że rzeczywiście analogii było sporo), wagę bramki zdobytej przez Juskowiaka zestawiały ze słynnym golem Jana Domarskiego sprzed 22 lat.

Warto w tym miejscu, choć na chwil kilka, zatrzymać się nad postacią niezawodnego snajpera apostelowej kadry. Andrzej Juskowiak znajdował się wówczas w fantastycznej formie i należał do absolutnie najściślejszej elity najlepszych napastników na świecie. Był jednym z najskuteczniejszych strzelców na Starym Kontynencie podczas eliminacji do Euro ’96. W swych ośmiu występach w meczach o punkty strzelił dla Polski aż siedem goli. Był niezawodny, znakomity, bezcenny. To nie przypadek, że pytały o niego wtedy największe kluby z Realem Madryt na czele, a gdy kilkanaście miesięcy później przechodził do Bundesligi, najlepszy wówczas gracz biegający po niemieckich boiskach, Krasimir Bałakow, doskonale pamiętający Jusko ze wspólnej gry dla Sportingu Lizbona, mówił publicznie na łamach prasy: „Przychodzi właśnie do Bundesligi być może najlepszy napastnik świata„. Andrzej Juskowiak, olimpijski król strzelców z Barcelony, był najprawdopodobniej najznakomitszym polskim piłkarzem od czasów Zbigniewa Bońka. I jeśli Robert Lewandowski rzeczywiście przerósł już swego mistrza z poznańskiego Lecha, to uczynił to dopiero naprawdę niedawno. Choć z drugiej strony, do skuteczności na poziomie Juskowiaka w tych naprawdę ważnych meczach polskiej reprezentacji o punkty, wciąż jeszcze Lewemu sporo brakuje.

Na Parc des Princes to jednak, mimo wszystko, nie Juskowiak został głównym bohaterem polskiego zespołu, a strzelony przez niego gol był na dobrą sprawę ostatnim ofensywnym akcentem ze strony biało-czerwonych w tym meczu. Natomiast w niepodzielnej roli głównej, postanowił obsadzić się tego wieczoru Andrzej Woźniak. Polacy, szczególnie od momentu, gdy w 56 minucie usunięty z boiska przez arbitra został Łapiński, bronili się heroicznie i momentami rozpaczliwie, niczym podopieczni Kazimierza Górskiego na Wembley. Woźniak natomiast nawiązywał do najwspanialszych, londyńskich wyczynów Jana Tomaszewskiego, a nawet śmiało można rzec, iż przerósł swego słynnego poprzednika. Bronił dosłownie wszystko. Strzały Francuzów, nawet te z najbliższej odległości, Książę Paryża wyłapywał niemal jak w transie. Ginola, Dugarry, Zidane, Guerin nie potrafili znaleźć sposobu na polskiego golkipera. Gdy na dziewięć minut przed końcem spotkania, Woźniak obronił również rzut karny egzekwowany przez Lizarazu, przyznam, że po raz pierwszy w życiu podczas piłkarskiego meczu, ze szczęścia aż zaszkliły mi się oczy. Myślałem że śnię, bo aż trudno było uwierzyć, że to, co widzę jest naprawdę rzeczywistością. „Polacy powinni postawić pomnik bramkarzowi” – napisał nazajutrz „L’Equipe„. „Woźniak nie pozwolił Francji na zwycięstwo. Zapamiętamy go na długo” – komentowała stacja radiowa France Info. Fenomenalny Książę Paryża popełni tego wieczoru zaledwie jeden, jedyny błąd, co bezlitośnie wykorzysta Djorkaeff, wydzierając nam na cztery minuty przed końcem spotkania niemal pewny już awans na angielskie Euro. Jestem zadowolony z wyniku. Zespół walczył bardzo dzielnie. Uważam, że mamy teraz 51 procent szans na awansmówił po meczu Henryk Apostel. Nasz los w tych eliminacjach nie jest już w naszych rękach. Wiele zależy przede wszystkim od meczu Polska-Rumunia, konstatował trener trójkolorowych Aime Jacquet. „Witaj smutku” – zatytułowała swój komentarz do paryskiego meczu „L’Equipe„, pisząc, że Francuzi powinni porzucić myśl o Euro ’96 i przygotowywać zespół na finały mistrzostw świata we Francji w 1998. Nie wszystko jest przegrane. Polacy mogą się jeszcze potknąć – starał się sączyć nikłe krople nadziei do serc francuskich kibiców Vincent Guerin.

6 września 1995 roku mógł być datą, która na trwałe zapisze się w dziejach polskiego futbolu. Gdyby biało-czerwoni odnieśli tego dnia w Zabrzu zwycięstwo nad Rumunią, raczej nic już nie stanęłoby na przeszkodzie do wywalczenia pierwszego wówczas, historycznego awansu naszej reprezentacji na Mistrzostwa Europy. Szansa była naprawdę spora, gdyż zespół Anghela Iordanescu przyjechał potężnie osłabiony brakiem swych największych gwiazd (nie zagrali na stadionie Górnika m.in. Hagi, Raducioiu czy Dumitrescu). Niestety również Apostelowi wypadło z jedenastki dwóch bezcennych, kontuzjowanych graczy – Nowak i Kowalczyk. Biało-czerwoni grali ambitnie, starali się, bili w rumuński mur aż do utraty tchu, znakomite sytuacje do strzelenia upragnionej, zwycięskiej bramki mieli Juskowiak, Wieszczycki i przede wszystkim Kosecki, lecz gościom udało się wywieźć z Zabrza bezbramkowy remis, drastycznie podcinając skrzydła polskim marzeniom o Euro ’96. Teoretyczne szanse wciąż jeszcze były i to całkiem niemałe, ale nic już nie zależało teraz wyłącznie od polskich piłkarzy, muszących liczyć na to, że Rumuni, którzy na stadionie Górnika zapewnili już sobie awans na Mistrzostwa Europy, nie odpuszczą meczu trójkolorowym. Bardziej niż Wojtka Kowalczyka brakowało dzisiaj reżysera gry z prawdziwego zdarzenia czyli Piotrka Nowaka. Szczególnie brakowało jego ostatniego podania, które otwiera drogę do bramki. Jeśli Rumuni potraktują poważnie mecz z Francją, wygrają go. Są w tej chwili lepsi od drużyny Aime Jacqueta – podsumował po meczu Andrzej Juskowiak. Kowalczyk, pod naciskiem władz Betisu, opóźnił o kilka dni swój przyjazd na zgrupowanie przed pojedynkiem z Rumunią, by móc wystąpić w meczu swego klubu w Primera Division, lecz doznał podczas niego bardzo ciężkiej kontuzji, która wykluczyła go z gry na wiele miesięcy, a w znacznym stopniu przystopowała nawet jego obiecującą karierę. Z Nowakiem sprawa była nieco bardziej skomplikowana, gdyż wystąpił on w Bundeslidze już dziesięć dni po meczu z Rumunią, i zaledwie trzy dni po meczu ze Słowacją w Bratysławie, z udziału w których rzekomo wyeliminowały go… kontuzje. Henryk Apostel publicznie ocenił postępowanie piłkarza jako niezrozumiałe.

Nadszedł wreszcie sądny dzień 11 października 1995 roku. Jeśli Rumuni nie przegrają z Francuzami w Bukareszcie, a Polacy wywiozą komplet punktów z Bratysławy, a potem jeszcze wygrają w neutralnym Trabzonie z Azerbejdżanem – po raz pierwszy w historii pojadą na Euro. Nie pojechali jednak. Gdy w 20 minucie spotkania, po świetnym zagraniu Piotra Świerczewskiego, niezawodny Juskowiak, uzyskał prowadzenie dla polskiego zespołu, wydawało się, że ta historia zwieńczona będzie happy endem. Nic z tych rzeczy. Słowacy od tego momentu bardzo wyraźnie zdominowali biało-czerwonych i boiskowej inicjatywy nie oddali już po końcowy gwizdek arbitra. Jeszcze do przerwy wyrównał z karnego były piłkarz madryckiego Realu – Peter Dubovsky, a druga odsłona była już pełnym dramatem w wykonaniu podopiecznych Apostela. Po godzinie gry, gdy na świetlnej tablicy widniał wynik 1:1, polski selekcjoner postanowił zdjąć z boiska, zaliczającego tego dnia kiepski występ, jak zresztą niemal większość naszych piłkarzy, kapitana zespołu Romana Koseckiego. Ten schodząc z boiska, zdjął koszulkę, co zauważył portugalski arbiter, pognał w kierunku piłkarza i pokazał mu drugą żółtą kartkę. Przygotowany do wejścia Czereszewski musiał powrócić na ławkę rezerwowych, a Kosecki, zdając sobie sprawę, że na skutek własnej głupoty osłabił zespół, po krótkiej wymianie zdań z Apostelem, ucałował orzełka na reprezentacyjnej koszulce, której miał już nigdy więcej nie założyć, położył ją na murawie za linią boczną boiska i udał się do szatni. Kilka sekund później Bałuszyński huknął z wolnego w słowacką poprzeczkę, ale potem grali już tylko gospodarze, rozgniatając polski zespół 4:1.

Gdy na kwadrans przed końcem spotkania przegrywaliśmy jednym golem, śladem polskiego kapitana postanowił powędrować również Piotr Świerczewski i wynieść głupotę na jeszcze wyższy poziom. Dzięki dwóm wspomnianym, boiskowym mędrcom biało-czerwoni po raz pierwszy w swej kilkudziesięcioletniej, futbolowej historii kończyli mecz w dziewiątkę. Fakt, że w Bukareszcie Rumuni okazali się, zgodnie z obawami, nad wyraz gościnni dla trójkolorowych, przegrywając z nimi 1:3 nie miał już dla nas żadnego znaczenia. Swym kompromitującym, boiskowym i pozaboiskowym, bratysławskim występem, panowie odziani w nasze reprezentacyjne stroje, skazali wówczas polskich kibiców na poczucie ogromnego, przygnębiającego wręcz wstydu. Piękne sny o potędze zakończyły się brutalną i koszmarną pobudką. Jutro składam dymisję na ręce prezesa PZPN. Przegraliśmy sromotnie. Przegrałem, więc mogę powiedzieć: sędzia nas oszukał – stwierdził po meczu trener Henryk Apostel. Znacznie mniej wyrozumiały dla wybryków naszych dwóch, usuniętych z boiska graczy, był ówczesny sekretarz generalny PZPN, Michał Listkiewicz: Tak nie zachowują się nawet piłkarze na boiskach B-klasy, stwierdził były polski arbiter. Ostrzegałem kolegów przed tym sędzią. Jeszcze w Portugalii ukarał mnie czerwoną kartką za to, że pokazałem mu, żeby kupił sobie okulary – załamywał ręce Juskowiak.

Miesiąc później, podczas bezbramkowego meczu w Trabzonie, Apostel formalnie poprowadził jeszcze biało-czerwonych w swym pożegnalnym spotkaniu w selekcjonerskiej roli, ale na dobrą sprawę jego trenerska przygoda z reprezentacją zakończyła się już w Bratysławie.

Na apostelową kadrę spojrzeć można w sposób dwojaki. Do sukcesu zabrakło jej przecież tak niewiele – łutu szczęścia z Francuzami w Zabrzu, pewniejszego chwytu Wandzika w Bukareszcie, czterech minut na Parc des Princes. Był to niewątpliwie zespół potrafiący dostarczyć swymi występami mnóstwa emocji. Prezentujący futbol ofensywny, atrakcyjny, efektowny. Grający jak równy z równym z największymi piłkarskimi potęgami, toczący zacięte boje z aktualnymi (Brazylia) czy przyszłymi (Francja) mistrzami świata oraz dotrzymujący kroku w bezpośredniej konfrontacji czołowym futbolowym siłom nie tylko Starego Kontynentu (Hiszpania, Rumunia). Było to naprawdę ciekawe pokolenie piłkarzy. U szczytu formy znajdowali się wówczas olimpijczycy z Barcelony, z Juskowiakiem, Kowalczykiem, Świerczewskim, Koźmińskim, Wałdochem czy Łapińskim na czele. Znakomitą dyspozycję prezentowali tacy gracze, jak Woźniak czy Zieliński, a także wodzący rej w drugiej linii Nowak i Kosecki. Temu ostatniemu, na skutek nieodpowiedzialnej postawy w Bratysławie, dość szybko zapomniano, że to właśnie on, bardzo długo, niemal za uszy ciągnął w górę tę reprezentację, wypracowując większość naszych eliminacyjnych bramek, a i samemu strzelając ważne gole. Od czasów Zbigniewa Bońka, to właśnie Roman Kosecki był kapitanem biało-czerwonych o bodaj największym (choć nie zawsze dobrym) wpływie nie tylko na zespół, lecz i na decyzje samego selekcjonera. Była też grupa młodych, obiecujących, świetnie wyszkolonych graczy, z Wieszczyckim i Bałuszyńskim na czele. Był robiący furorę w lidze holenderskiej Tomasz Iwan. Ta drużyna naprawdę potrafiła grać w piłkę i nie miała kompleksów nawet na tle najlepszych. Już nigdy później nasza reprezentacja nie zaproponowała polskim kibicom futbolu na podobnie wysokim poziomie technicznym.

Ale była też druga strona medalu. Zawodnicy często podkreślali, że ta kadra stanowiła znakomicie zgraną paczkę, że była wręcz rodziną, co sprawiało, że z ogromną przyjemnością przyjeżdżali na zgrupowania i spędzali na nich ze sobą czas. Tylko, że to właśnie sposób owego wspólnego spędzania czasu był tym najpoważniejszym problemem i miał ogromny wpływ na to, że tamten zespół nie przeszedł do historii polskiego futbolu opromieniony blaskiem sukcesu, który nie tylko mógł, lecz wręcz powinien być jego udziałem. Gdy na mecz z Rumunią w Zabrzu, po raz pierwszy i ostatni zarazem powołany został do tej kadry Marek Jóźwiak, który niejedno przecież w naszym futbolu i widział, i przeżył, był mocno zadziwiony imprezowym rozmachem reprezentacyjnego towarzystwa, dając temu wyraz w głośnym wywiadzie dla tygodnika „Piłka Nożna” i podsumowując całą sprawę w kilku dosadnych słowach: Chyba jednak za dużo ‚nafty’ tam idzie. Wojciech Kowalczyk dość bezceremonialnie wspominał po latach na kartach swej biografii: Ekipa była wesoła, każdy każdemu przypadł do gustu. Starą tradycją w reprezentacji są wieczorki powitalne. Zazwyczaj na jednej nocy się nie kończyło, bo ciągle dojeżdżali na zgrupowanie spóźnieni koledzy, z którymi trzeba się było przywitać. Wlewaliśmy w siebie alkohol przez kilka dobrych dni! Bezustannie. Jedna, wielka nieprzerwana impreza. Trener Apostel nigdy nie należał do specjalnie rygorystycznych. Może też wyznawał naszą zasadę, że kto się dobrze nie pobawi, ten dobrze nie zagra? Mieliśmy od niego swego rodzaju przyzwolenie, że nie będzie nas ścigał za nocne Polaków rozmowy. Te rozmowy, jeśli mecz był w środę, kończyliśmy koło poniedziałku. Nie zawsze jednak. Miarka przebrała się bowiem, gdy przed decydującym pojedynkiem w Bratysławie, słowacki dziennikarz opisał, jak polscy gracze, mocno wczorajsi, zwlekają się w dniu meczu południową porą do hotelowej stołówki. W kraju wybuchł skandal. Choć biało-czerwoni od dawna już swoją boiskową postawą robili coraz lepsze wrażenie, a na dobrą sprawę, gdyby nie gra w osłabieniu, również i wynik na Słowacji mógłby wyglądać zupełnie inaczej, to jednak w sytuacji, gdy światło dzienne ujrzało życie reprezentacyjnej wspólnoty od kuchni, Henryka Apostela nic już nie mogło uratować. Nie po takim meczu, jak ów kompromitujący, bratysławski blamaż.

Jesienią 1995 roku zakończyła przedwcześnie swój żywot być może najciekawsza reprezentacja biało-czerwonych, jaką mieliśmy w ostatnim ćwierćwieczu. Bardzo symbolicznym wydaje się po latach fakt, że o swej selekcjonerskiej nominacji dowiedział się niegdyś Apostel z ust Ryszarda Kuleszy, człowieka, który będąc kilkanaście lat wcześniej trenerem polskiej kadry, również zapłacił ogromną cenę za nieodpowiedzialne postępowanie swych podopiecznych, którym zaufał w zbyt wielkim stopniu. Nie mam bata, żeby poganiać piłkarzy – zwierzał się dziennikarzom, po jednym z towarzyskich meczów swej drużyny, Henryk Apostel. Może gdyby go miał, przeszedłby do historii nie tylko polskiego futbolu, bo prowadzonej przez niego drużynie naprawdę momentami niewiele brakowało do najlepszych na świecie. Pytanie tylko, czy firmowany przez niego biało-czerwony zespół, byłby rzeczywiście w stanie wspiąć się na sam szczyt na wiecznie chwiejnych, wczorajszych nogach.

R.

Komentarze z numer10.blox.pl:

Gość: dekka, *.internetdsl.tpnet.pl
2014/02/10 09:27:59
Dzięki za to wspomnienie, sam również mam olbrzymi sentyment do tej kadry. Przy „brasilianie” jaką wtedy prezentowaliśmy, futbol obecnej reprezentacji wygląda jak gra w wykonaniu kiepsko skonfigurowanych robotów, takich raczej tajlandzkiej produkcji. Dwie topowe ekipy w grupie (Rumunia u szczytu potęgi i Francja, która za trzy lata wygra Mundial) i naprawdę pechowy brak awansu. Cieszę się, że przypomina Pan również chamską antykampanię, jaką Apostelowi urządzili dziennikarze, a raczej fanboye Misia. Kulminacją tej szopki był urządzony przez Szpakowskiego wybór nowego selekcjonera w systemie audio- tele. Czekam z niecierpliwością na drugą część!

Gość: jacek23151, 5.172.252.*
2014/02/10 09:58:57
Audiotele było dopiero po drugim Piechniczku, trzy lata po opisywanym okresie, kiedy Wójcik mógł rzeczywiście wydawać się zbawcą…

A ja miałem wtedy lat 13 i po golu Djorkaeffa jedyny raz z okazji meczu kadry się poplakalem

Gość: VP, *.gorzow.mm.pl
2014/02/10 10:05:28
Audio-tele to było dawno po dymisji Apostela, a konkretnie w 1997 po piechniczkowej klęsce

Gość: DENDI, *.internetdsl.tpnet.pl
2014/02/10 12:07:06
Doskonale pamiętam każdy mecz kadry Apostela :)
Jak była transmisja towarzyskiego meczu z Brazylią (gdzieś koło 2.00 w nocy), razem z bratem nastawiliśmy budzik, aby wstać i obejrzeć ten mecz.
A po bramce Djorkaeffa w meczu na Parc de Princes, po raz pierwszy (podczas meczu) poleciały mi łzy. Miałem wówczas 13 lat, ale przeżywałem każdą minutę słynnego meczu z Francuzami.
Piękne czasy :)

Gość: jacek23151, 46.31.32.*
2014/02/10 18:39:44
A tak w ogóle to strasznie mi się zrobiło smutno po lekturze wywodów tego półgłówka Kowalczyka, który wielokrotnie dawał do zrozumienia, że co najmniej kilku z tych piłkarzy przyjeżdzało wtedy na kadrę chlać wódę i bzykać panienki, przez co olewali grę albo nie prezentowali 100% możliwości.

Gość: jacek23151, 46.31.32.*
2014/02/10 22:08:52
A po golu na 4:0 na boisko wszedł Vladimir Weiss :)

Gość: Bodo70, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/02/10 22:44:14
Co za brednie! Do kadry Apostela określenia takie jak „efektowny”, „najwspanialszy”, „apogeum” pasują jak pięść do nosa. Ta kadra generalnie grała piach z nielicznymi wyjątkami – vide 5:0 ze Słowacją. Z Francją na wyjeździe o mały figiel nie wygraliśmy dzięki Panu Bogu, bramkarzowi Woźniakowi i superfartowi – tak naprawdę była to jedna udana kontra i (nieudana) obrona Częstochowy. A już bęcki ze Słowacją (i pajacowanie Koseckiego), a zwłaszcza wyjazd z Azerbejdżanem to już litość i trwoga. Dosłownie zęby bolały, gdy się na to patrzyło. Apostel nad niczym nie panował, a wystawianie Wandzika, który puszczał babola za babolem, można wręcz uznać za autosabotaż. Szkoda kilku niezłych występów Koseckiego, Kowalczyka, Piotra Nowaka, Juskowiaka, Koźmińskiego czy Wałdocha. Reszta albo była za słaba, albo w zespole było za dużo rotacji.

Gość: Marcin_Piotrków
2014/02/10 23:49:58
Myślę , ze tej kadrze brakowało szczęścia i trochę mentalności zwycięzców, szczególnie w meczach z faworytami grupy. Zawsze czegos brakowało – a to błąd bramkarza, a to niewykorzystane sytuacje. Jak tak spojrzeć na chłodno, to w meczach z faworytami grupy zdobyliśmy tylko 2 bramki. No i ten fatalny pierwszy mecz z Izraelem. Uważam też że osiągnęlibyśmy lepszy wynik gdybyśmy mieli lepszego, bardziej charyzmatycznego trenera. Henio Apostel to nie jest jakiś zly trener ale jednak trochę pogubil się w selekcji, miał około 9 mies. na zbudowanie drużyny, a tymczasem ta drużyna „budowała” się w trakcie eliminacji, i stąd te pogubione punkty. Dopiero po kilku meczach wykrystalizował się w miare stabilny skład. Spójrzcie na kadre Engela – tam od początku stawiano konsekwentnie na określonych graczy. Niemniej jednak także mam do kadry Apostela sentyment, miałem wówczas 12 lat i każdy mecz mocno przeżywałem, a spotkanie z Francją mam do dziś na kasecie, obejrzałem je chyba z 30 razy i wiele komentarzy szpaka znam na pamięc z tego meczu ;) pozdrawiam

blazejt6
2014/02/12 17:22:07
Ciekawe spojrzenie na pokolenie piłkarzy z tamtych lat! Graty!

Gość: Human, *.ip.netia.com.pl
2014/02/13 12:16:34
Chłopie! Napisałeś wszystko co ja bym napisał! Z tymi eliminacjami umarła mi prawdziwa miłość do kadry :/ Mieli pecha i Wańdzika :/

Gość: villy85, *.dolarowiec.pirx.pl
2014/11/11 10:20:22
Ale tak prawdę mówiąc to widziałem te bramki Wandzika i tak naprawdę to on zawalił 2: z Rumunią drugą (choć ciężko mi powiedzieć z powtórek, czy nie została naruszona nietykalność bramkarza w polu bramowym) i pierwszą z Izraelem, przy pozostałych nie widzę jego winy: w Izraelu 2 z sytuacji sam na sam, pierwsza bramka z Rumunią też właściwie była w takiej sytuacji choć niby łatwiejsza do obrony. W Zabrzu z Izraelem druga to sytuacja sam na sam z rywalem, a trzecia to mocny strzał zza pola karnego. Lepiej niech mi ktoś powie gdzie była obrona i gdzie jej odpowiedzialność?? No i co ciekawe w meczu z Rumunią przy drugiej bramce komentator mówił, że do tego momentu Wandzik grał bardzo dobry mecz. Wychodzi na to, że poprostu zrobiono z Wandzika po części kozła ofiarnego, który tak naprawdę zawalił 1 punkt z Rumunią.

Gość: villy85, *.dolarowiec.pirx.pl
2016/07/26 20:58:00
Oglądam cały ten mecz z Rumunią i nie ma, co zwalać na Wandzika, bo naprawdę dobrze grał i kilka razy nas uratował. Rumunia była lepsza, choć fakt mieliśmy swoje sytuacje, ale zasłużenie wygrała, my graliśmy czysto na kontry.

Andrzej Strejlau. Chory na futbol idzie na zwolnienie, czyli 20 lat minęło

„Są wśród was, najlepszych polskich piłkarzy, i tacy, którzy handlowali meczami. Niech się raz jeszcze zastanowią nad tym, co robili. Na razie wszyscy mają u mnie równe szanse” – mówił w sierpniu 1989 roku świeżo upieczony selekcjoner biało-czerwonych, podczas swego pierwszego spotkania z kadrowiczami przed meczem z ZSRR w Lubinie.

Gdy niemal dokładnie 20 lat temu zarząd PZPN przyjął złożoną kilka dni wcześniej, tuż po przegranej batalii w Oslo, przez Andrzeja Strejlaua dymisję, kilkunastoletniemu kibicowi polskiej reprezentacji, jakim wówczas byłem, zachwiała się mocno w posadach cała wizja futbolowego świata. Kadra bez Strejlaua?! Strejlau bez kadry?! Przecież Strejlau i kadra, kadra i Strejlau, wydawały się stanowić nieodłączne, nierozerwalne dwie części jednego organizmu. Zawsze razem, niczym butla z gazem, na dobre i na złe. I choć życie naszej reprezentacji istniało przecież zarówno przed Strejlauem, jak i po zakończeniu jego ponad czteroletniej kadencji, to jednak przed dwiema dekadami trudno było mi sobie wyobrazić, że w miejsce słynnego futbolowego Narkomana zasiądzie na selekcjonerskiej ławce ktoś inny, ktoś nowy, ktoś, kto nie będzie nim. Pamiętam, jak dziwne uczucie towarzyszyło kilkanaście dni później przyjazdowi do Poznania polskich reprezentantów już pod tymczasową i jak się okazało krótkoterminową wodzą Ćmikiewicza. Wydawało się, że przyjechał zespół dotknięty jakimś głębokim osieroceniem. Bo Andrzej Strejlau, choć nie udało mu się wprowadzić naszej drużyny na wielki mistrzowski turniej, był trudnym do zastąpienia sternikiem reprezentacyjnego okrętu, nie tylko jego przywódcą, ale też i prawdziwym ojcem całej załogi, która pod jego opieką próbowała kołatać do bram najważniejszych imprez. Jego kompetencje, pasja, fachowość, ogromna wiedza, ale też uczciwość, jego człowieczeństwo po prostu do dziś budzą niekłamany podziw i głęboki szacunek u zdecydowanej większości ludzi, z różnych przecież piłkarskich pokoleń, których życiowe szlaki skrzyżowały się kiedyś z tymi, jakimi podążał słynny Narko.

Strejlau był trenerem, któremu zabrakło chyba piłkarskiego fartu, aby osiągnąć wielkie sukcesy. Narkoman futbolu jest rzeczywiście idealnym dla niego określeniem. Całe noce można z nim było mądrze pogadać o piłce, o taktyce. Wszystko miał zapisane, policzone, wyliczone. On żył futbolem. Zabrakło mu chyba tylko tego szczęścia, które w życiu jest bardzo ważne. Najlepiej dla niego byłoby pewnie, gdyby selekcjonerem został zaraz po Górskim. Uważam, że źle się stało, iż nie został nim zaraz po Piechniczku, zamiast Łazarka. Miał jeszcze pewną grupę dobrych piłkarzy, których pewnie potrafiłby przekonać do gry w kadrze. Strejlau tak szybko nie zrezygnowałby np. z Bońka czy innych zawodników. Może nie zawojowałby świata, ale być może stworzyłby ciekawą drużynę. Kiedy on po Łazarku został selekcjonerem, na pewne rozwiązania było już za późno. Pewna szansa została zaprzepaszczona. To przy nim zaczynałem przygodę z wielką piłką i z nim schodziłem ze sceny. Wspominam go bardzo dobrze – opowiadał na kartach swej biografii Włodzimierz Smolarek.

Andrzej Strejlau to pierwszy trener, któremu nie mogę nic zarzucić. Jest obiektywny, uczciwy, nie faworyzuje nikogo. Nie ma lepszego fachowca w Polsce. Nie zmienię mojej opinii o nim nawet wtedy, jeśli nie powoła mnie już do reprezentacji – mówił na początku lat 90-tych Dariusz Dziekanowski.

Ekstra gość. Ogromna wiedza o piłce. Tyle tylko, że zawsze żal nam było tego, który na zgrupowaniach kadry w czasie popołudniowych spacerów szedł koło niego. Jak ktoś lubi historię sportu, to miał czego słuchać. Niemniej o ówczesnym selekcjonerze można było mówić w samych superlatywach. Miał pojęcie o piłce – wspominał Wojciech Kowalczyk.

To tylko trzy spośród istnego bukietu laurek, jaki przez lata wystawiali mu ludzie z piłkarskiego środowiska, ludzie różnych pokoleń, odmiennych spojrzeń na futbol, na życie, a jednak w tym jednym zgodni – Strejlau to wspaniały fachowiec, uczciwy człowiek, po prostu swój chłop. Górski, Tomaszewski, Boniek, Żmuda, Lato, Dziekanowski, Kusto, Kosecki, Deyna, Brzęczek, Szarmach, Tarasiewicz, Szewczyk, Kowalczyk – nazwiska można by mnożyć w nieskończoność. Chyba najtrafniej i najlapidarniej zarazem podsumował niegdyś całą sprawę Stanisław Terlecki: Nie wyobrażam sobie bez niego polskiego futbolu.

Sport był ogromnie ważną częścią życia rodziny Andrzeja Strejlaua. Żona, podobnie jak on, ukończyła warszawski AWF. Mama biegała w stołecznej Skrze. Ojciec był bokserskim trenerem Budowlanych, asystując również niezapomnianemu Feliksowi Stammowi w prowadzeniu narodowej kadry pięściarzy. Słynny Papa Stamm był zresztą ojcem chrzestnym siostry Andrzeja Strejlaua, a przyszły selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski, mógł jako dzieciak, nie tylko przyglądać się z bliska zgrupowaniu kadry bokserów, ale i sam stoczył później kilka walk. Następnie trenował też piłkę ręczną. Dziś może to brzmieć zdumiewająco, ale Andrzej Strejlau potrafił łączyć grę w szczypiorniaka na poziomie pierwszoligowym (a dane mu było nawet załapać się do polskiej kadry!) z grą na trzecioligowych boiskach piłkarskich. Sprowadzony przez nowego szkoleniowca warszawskiej Gwardii – Kazimierza Górskiego, zdążył rozegrać na boiskach ekstraklasy zaledwie jedno spotkanie. Poważna kontuzja uniemożliwiła mu bowiem dalsze uprawianie sportu. Andrzej Strejlau swoją sportową pasję postanawia więc spożytkować na drodze szkoleniowej. Moment spotkania z Górskim jest zresztą bardzo ważnym wydarzeniem w biografii Strejlaua. W cieniu Kazimierza Górskiego rozkwita stopniowo i bardzo ciekawie kariera trenerska przyszłego selekcjonera. To właśnie po Górskim, gdy ten obejmuje stery dorosłej reprezentacji, przejmuje Strejlau w 1970 roku kadrę U-23 (przedtem opiekował się już młodszymi reprezentacjami). Selekcjonuje grupę naprawdę zdolnych młodych piłkarzy, z którymi już wcześniej miał okazję zetknąć się podczas pracy z juniorskimi drużynami PZPN. Na Centralnym Obozie Juniorów zobaczyłem np. pierwszy raz Kazia Deynę. To był najbardziej utalentowany piłkarz z jakim kiedykolwiek pracowałem. Ale wcale tego nie było widać, gdy miał 18 lat. Wyróżniał się przede wszystkim niekonwencjonalnymi, zaskakującymi zagraniami. Patrzyliśmy z ciekawością na to, co zrobi, bo widział więcej i myślał zupełnie inaczej niż inni. Nieschematycznie. To właśnie Strejlau wypatrzył gdzieś przyszłego króla strzelców niemieckiego mundialu – Grzegorza Lato i przywiózł do Kazimierza Górskiego, będącego jeszcze wówczas trenerem reprezentacji młodzieżowej. Górski ponoć zobaczył napastnika w akcji, cmoknął i ocenił w swoim stylu: Trochę wiatrak, ale mnie się wydaje, że coś z niego będzie.

We wrześniu 1973 roku mocny zespół Strejlaua rozgrywa swój najwspanialszy mecz w ramach młodzieżowych Mistrzostw Europy, pokonując w Essen podopiecznych Juppa Derwalla – reprezentację RFN 3:2. Co ciekawe jeszcze do przerwy gospodarze prowadzili 2:0, lecz Lato, Szarmach i Bulzacki przechylili szalę zwycięstwa na korzyść biało-czerwonych. Zespół Strejlaua dobrnie aż do półfinału mistrzowskiej imprezy, gdzie po dwóch remisach zabraknie nieco szczęścia w konfrontacji z NRD. Tomaszewski, Żmuda, Ćmikiewicz, Kasalik, Kmiecik, Kusto, Lato, Szarmach to tylko niektórzy spośród wybitnych graczy, którzy swe piłkarskie szlify zdobywali pod okiem Andrzeja Strejlaua w prowadzonych przez niego juniorskich i młodzieżowych reprezentacjach Polski. Z wieloma spośród tych piłkarzy kontynuować będzie Strejlau swą sportową przygodę, uczestnicząc u boku Górskiego w prowadzeniu dorosłej reprezentacji w wielkich i pięknych dla naszego futbolu, złotych, srebrnych i brązowych imprezach: na igrzyskach w Monachium i Montrealu oraz na niemieckim mundialu w 1974 roku. Na skutek namowy Jacka Gmocha dołączy też do jego sztabu szkoleniowego i pojedzie na argentyński mundial 1978 roku. Warto też nadmienić, iż już znacznie wcześniej, w 1969 roku Strejlau epizodycznie asystował Ryszardowi Koncewiczowi na selekcjonerskiej ławce podczas meczu naszej seniorskiej reprezentacji wygranego z Bułgarami na Stadionie Dziesięciolecia. Od 1975 roku Strejlau pracuje w dorosłym futbolu na swój samodzielny rachunek prowadząc warszawską Legię. Obejmuje ją po legendarnym Vejvodzie, który na dzień dobry przekazuje swemu następcy nazwiska kilku zawodników, których radzi czem prędzej pozbyć się z drużyny dla jej dobra. Nie posłuchałem i potem żałowałem – wspomina po latach Strejlau. Trudno powiedzieć, by jego pełna, czterosezonowa przygoda na legijnej ławce obfitowała w sukcesy. Strejlauowi nie udało się wprowadzić warszawskiego zespołu do europejskich pucharów. Dwukrotnie ósma lokata, raz szósta i raz piąta w ligowej tabeli, na kolana z pewnością nie rzuca. Przyznać jednak trzeba, że choć w składzie nie brakowało wówczas naprawdę niezłych graczy, jak przede wszystkim Deyna, lecz również  Ćmikiewicz, Mowlik, Kusto, T.Nowak,  czy wchodzący dopiero do składu Janas, Majewski lub Smolarek (w którego Strejlau wierzył bardzo wytrwale), to jednak nie była już to ta wielka Legia, która jeszcze kilka lat wcześniej siała postrach na europejskich boiskach. Ciekawostką jest fakt, że to właśnie Strejlau przywiózł w 1975 roku zza oceanu do Warszawy, występującego wówczas w USA Franciszka Smudę, aby wzmocnić defensywę Legii. Smuda w Warszawie piłkarskiej furory nie zrobił, ale pod okiem Strejlaua dane mu było pograć nieco w naprawdę niekiepskiej wówczas polskiej lidze. W maju 1975 roku na fali mundialowego sukcesu polskiego futbolu sprzed roku, popularny Narko prowadzi też w Urugwaju prestiżowy trenerski kurs dla najlepszych szkoleniowców z Ameryki Południowej.

Po odejściu z Legii Strejlau przejął na jeden sezon (1979/1980) bardzo przeciętny zespół Zagłębia Sosnowiec (choć miał tam do dyspozycji m.in. dwóch uczestników argentyńskiego mundialu: Wojciecha Rudego i Włodzimierza Mazura) lokując się z nim w bezpiecznej, acz zdecydowanie dolnej części tabeli, by następnie znów zacząć pracować przy PZPN jako szef szkolenia. W listopadzie 1981 roku, na moment przed wprowadzeniem w Polsce przez komunistycznych satrapów stanu wojennego, Strejlau podpisuje dość egzotyczny kontrakt z Framem Reykjavik. Na Islandii spędzi jeden sezon. Choć Geirsson był wówczas kapitanem miejscowej reprezentacji, a i Torfason znaczył dla niej w przyszłości niemało, nie uda się polskiemu szkoleniowcowi utrzymać dorosłej drużyny w lidze (paradoksalnie, to właśnie z Framem Strejlau może zadebiutować w europejskich pucharach; dostaje jednak dwukrotny łomot od irlandzkiego Shamrock Rovers), za to z juniorską wywalcza mistrzostwo i puchar Islandii. Futbolowa przygoda na Wyspie trwała zaledwie rok, ale Andrzej Strejlau do dziś jest zauroczony Islandią oraz ludźmi, którzy zamieszkują ten kraj.

Po powrocie znów podejmuje pracę w związku, jednak ponownie pojawia się zagraniczna oferta, tym razem znacznie atrakcyjniejsza również pod względem sportowym. W greckiej Larisie Strejlau nie jest osamotniony, towarzyszą mu tam również dwaj, doskonale przez niego znani piłkarze: Krzysztof Adamczyk oraz Kazimierz Kmiecik. Polskie trio stanowi o sile greckiego zespołu, którą Larisa eksponuje szczególnie w rozgrywkach o Puchar Zdobywców Pucharów, gdzie w sezonie 1984/1985 niespodziewanie udaje jej się dotrzeć aż do ćwierćfinału. Najpierw podopieczni Strejlaua w pokonanym polu pozostawiają węgierski Siofok, potem Servette Genewa, by w ćwierćfinałowych bojach minimalnie ulec Dynamu Moskwa (0:0, 0:1). Co ciekawe we wspomnianym sezonie w greckiej lidze, polskich szkoleniowców mają aż trzy zespoły. Trenerski tercet, który tak owocnie współpracował przy wykuwaniu mundialowego brązu z 1974 roku, po upływie dekady rywalizuje ze sobą na niwie greckich klubowych rozgrywek. Strejlau szkoli Larisę, Kazimierz Górski prowadzi Ethnikos Pireus, a Jacek Gmoch najsilniejszy spośród tych zespołów Panathiniakos Ateny. Strejlauowa Larisa po zażartych bojach dwukrotnie ulega gmochowym Koniczynkom (1:3, 1:2), pokonuje za to w obu meczach Ethnikos Górskiego (2:0, 1:0). Dziś, gdy polska myśl szkoleniowa znajduje się w głębokiej zapaści, trudno wyobrazić sobie sytuację, by aż trzech naszych szkoleniowców równocześnie prowadziło drużyny w jakiejkolwiek spośród pierwszych lig, choćby i najsłabszych, na Starym Kontynencie. Strejlauowi uda się sięgnąć w bardzo efektownym stylu również po Puchar Grecji, pokonując w ścisłym finale mistrzów kraju PAOK Saloniki 4:1.

W następnym sezonie (Kmiecika zastąpił wówczas Janusz Kupcewicz) w rozgrywkach PEZP los już na dzień dobry przydziela Strejlauowi znakomitego rywala. Mecze Larisy z Sampdorią Genua były niezwykle emocjonującymi widowiskami, jednak Souness, Vialli, Mancini i spółka okazali się być lepsi, lub po prostu mieli więcej szczęścia (1:0, 1:1). Bramkę dla greckiego zespołu uzyskał jedyny podopieczny Strejlaua grający wówczas w swym narodowym zespole, obrońca Mitsibonas (który kilka lat później przyjedzie do Warszawy, by wraz ze swoją reprezentacją dostać łomot od biało-czerwonych prowadzonych przez Narko), dla genueńczyków trafiał Roberto Mancini. To chyba właśnie dwukrotna przygoda na ławce Larisy podczas rozgrywek o Puchar Zdobywców Pucharów zapisała się najpiękniej w pamięci Andrzeja Strejlaua spośród wszystkich sportowych doznań jakie spotkały go w Helladzie. W lidze bowiem jego Larisa kończyła rozgrywki poza podium – na szóstej i ósmej lokacie. Strejlau został odznaczony mianem honorowego obywatela miasta, ale swojego romansu z gorącą rzeczywistością greckiej ligi nie wspomina wyłącznie na różowo: Układy mafijne są tam w piłce równie silne jak w Polsce, a może nawet silniejsze.

Po greckich wojażach, via PZPN, Strejlau ponownie wchodzi do tej samej rzeki o nazwie Legia Warszawa. Przejmuje zespół po Lucjanie Brychczym i od początku  wiosny 1988 roku, przez niespełna półtora roku, firmuje swoim nazwiskiem występy drużyny ze stolicy. Legia ma wówczas naprawdę silny personalnie zespół (aż jedenastu graczy z reprezentacyjnym dorobkiem na koncie, oraz kilku takich, którzy w narodowe barwy niebawem się przyodzieją), ze świetnymi: Dziekanowskim, Terleckim i Koseckim na czele, a jednak znów nie udaje się wywalczyć krajowego prymatu i trzeba zadowolić się zaledwie trzecim i czwartym miejscem w końcowej tabeli. W europejskich pucharach byłego współpracownika Górskiego czeka bardzo sroga lekcja niemieckiego odebrana od Bayernu Juppa Heynckesa (3:7 i 1:3). Klęskę warszawską, również tę taktyczną (Strejlau pragnąc odrobić straty z Monachium, postanowił zastosować bardzo odważne, lecz nazbyt nowatorskie wówczas ustawienie formacji defensywnej), do dziś wypomina się szkoleniowcowi (żalu nie krył szczególnie Maciej Szczęsny, który zmuszony był aż siedmiokrotnie sięgać po piłkę do bramki, mimo że wcale nie bronił jakoś tragicznie). Na osłodę drugiego pobytu w Legii pozostaje Strejlauowi dwukrotny udział w finale Pucharu Polski. Pierwszy z nich przegrany zostaje w 1988 roku, w Łodzi, z poznańskim Lechem po serii jedenastek. Drugi wygrany w naprawdę efektownym stylu na olsztyńskim stadionie nad Jagiellonią (5:2). To właśnie niedługo po tym ostatnim meczu gruchnęła wieść o selekcjonerskiej nominacji dla Andrzeja Strejlaua.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że Strejlau miał już na swoim koncie trzy oficjalne kursy na stanowisku sternika polskiej reprezentacji A. W kwietniu 1974 roku jego młodzieżówka dwukrotnie zmierzyła się na Haiti z tamtejszą dorosłą reprezentacją (porażka 1:2 i zwycięstwo 3:1; łącznie trzy trafienia zaliczył Szarmach, a jedno Kusto), a ponad pół roku później, w zastępstwie Górskiego, na boisku warszawskiej Legii, Strejlau znów poprowadził biało-czerwonych pod oficjalnym szyldem (choć znów w składzie głównie ze swoimi młodzieżowcami) do zwycięstwa 2:0 przeciwko Kanadzie (gole Jerzego Kasalika i Romana Jakóbczaka). To miały być jednak tylko niemrawe przedbiegi do prawdziwej, autorskiej, selekcjonerskiej kadencji, którą niespełna 15 lat później inaugurował na najważniejszej z futbolowych trenerskich ławek Andrzej Strejlau.

Warto chyba w tym miejscu wyrzec słów kilka o całym kontekście w jakim byłemu współautorowi sukcesów ekipy wielkiego Górskiego przyszło objąć rządy na selekcjonerskim tronie. Były to czasy niełatwe nie tylko dla futbolu. Wraz z całkowitym bankructwem moralnym, politycznym i ekonomicznym systemu komunistycznego zniewolenia w życiu polskiego narodu, bankrutował jednak również moralnie i ekonomicznie także nasz rodzimy, futbolowy zakątek. Selekcjonerska epoka Łazarka obnażyła jego mizerię w całej swej okazałości. Zdegenerowani piłkarze, ubabrani po pachy brudem i smrodem, który wręcz unosił się nad całym tym grzęzawiskiem naszej za przeproszeniem ekstraklasy, będącej tak na dobrą sprawę ligą niemal fikcyjną, bo pozbawioną przecież elementu autentycznej rywalizacji, czy jakiejkolwiek namiastki profesjonalizmu, a przeżartej za to wszechobecną korupcją, oszustwem i zakłamaniem. To był czas, gdy wszelkiej maści Dykty i Grundole byli wizytówkami polskiego futbolu, czas gdy naszym piłkarzom, pijącym na umór na zgrupowaniach kadry i kopcącym jak lokomotywy nawet w przerwie meczu, starczało sił w ważnych pojedynkach najwyżej na godzinę. To byli gracze z całkiem jeszcze niezłymi umiejętnościami czysto piłkarskimi, ale cóż z tego, skoro przyzwyczajeni do tego, że na treningach i podczas ligowej młócki w zasadzie nie warto przepacać koszulki, bo wyjechać za granicę raczej nie pozwolą, a tabela i tak już dawno ułożona podczas przedsezonowych narad w gabinetach klubowych prezesów, więc potem, gdy przychodziło do naprawdę ważnych konfrontacji na międzynarodowej arenie wychodziła cała niemoc, bezradność, brak kondycji, ujawniały się po prostu zatrważające owoce braku normalnego, codziennego, profesjonalnego podejścia do futbolowego rzemiosła. W to wszystko wkraczał teraz Andrzej Strejlau, który z tych wszelkiej maści Dykt, Grundoli i całej reszty ma zmontować zespół, dzięki któremu zapomnimy o koszmarze smutnej, trzyletniej twórczości łazarkowej kadry. Strejlau postrzegany w środowisku piłkarskim jako oszołom (znamienne, że czasy się zmieniają, ale epitety pozostają niezmienne), który walczy z wiatrakami pragnąc wykorzenić korupcję z polskiego futbolu, jako ten, który ma obsesję na punkcie uczciwości sędziów i piłkarzy, człowiek, który chciałby po prostu czystego sportu, opartego na zdrowej rywalizacji. W dodatku człowiek, który miał odwagę mówić o pewnych sprawach głośno wtedy, gdy odwaga wcale nie kosztowała tanio. W 1986 roku po aferze z powodu ligowej kolejki cudów (prasa, na znak protestu, nie zdała wówczas relacji z ostatniej kolejki), podobnej do tej, jaką uraczyli nas nasi ligowi kopacze w 1993 roku, to właśnie Strejlau powiedział ówczesnemu szefowi PZPN, a jednocześnie funkcjonariuszowi Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej płk Jabłońskiemu twarde słowa: „Toleruje pan wokół siebie mafię, chociaż z urzędu powołany jest pan do ścigania bandytów”. „Podlać to wszystko benzyną i podpalić” – dodał wówczas w prywatnej rozmowie ze Strejlauem, Kazimierz Górski.

Andrzej Strejlau doskonale zdawał sobie sprawę, że ligowa rzeczywistość pogrążona od lat w zaklętym kręgu oszustw i korupcji przeżarła swym nowotworem cały polski futbol i samych piłkarzy. Nasza Ekstraklasa, jest obecnie dużo bardziej zgniła i brudna niż kilkanaście lat temu. Kupczenie meczami, oddawanie punktów, drukowanie spotkań przez sędziów – mówił w 1988 roku. W swej, wydanej przed laty „Autobiografii”, selekcjoner wyznał: Po tylu latach w futbolu czuje się, że mecz jest sprzedany. Pomocnicy grają w poprzek, a nie do przodu, napastnik regularnie wychodzi na spalonego, dramatycznie rozkładając później ręce. Z kolei, gdy dostanie piłkę, podaje ją do wychodzącego na czystą pozycję kolegi, ale prosto w … pięty. Strzelanie w boczną siatkę to też stary sposób nabierania kibiców. (…) Pamiętam mecz w Warszawie, przed którym zawodnik przeciwnej drużyny, a mój wychowanek z młodzieżówki, uprzedził mnie lojalnie, że nie wszyscy moi piłkarze będą w tym meczu grali w barwach Legii. Zanim zeszliśmy do szatni, podszedł do mnie sędzia i potwierdził to, co widziałem: ‘Panie Andrzeju, oni chyba nie grają naprawdę’. W szatni dałem im 20 minut na normalną grę. Jeśli nic się nie zmieni, postanowiłem, że zmienię trzech zawodników. Nie wstawiając w to miejsce nikogo! Ja stracę pracę, ale oni zostaną skompromitowani na zawsze. Poskutkowało. (…) Po meczach, które były drukowane podchodziłem do sędziego z krótkim stwierdzeniem: „Ja mogę panu spojrzeć prosto w oczy, a pan mnie?”. Długo nie mogłem zrozumieć, że sędziowie mogą być nieuczciwi. W piłce ręcznej mieliśmy sytuację o tyle prostą, że sędziego, który gwizdnął niezbyt obiektywnie, można było niechcący trafić piłką. (…) Sport traci sens jeśli walka nie toczy się na boisku, tylko w gabinetach na teczki. To już nie jest sport!

 

Nie dziwne więc, że naznaczony całym bagażem doświadczeń pracy w polskim futbolu, podczas pierwszego spotkania ze swymi kadrowiczami, w sierpniu 1989 roku przed meczem z ZSRR w Lubinie, nie udając, że urwał się z choinki i nie wie z kim ma do czynienia, powiedział wprost: Są wśród was, najlepszych polskich piłkarzy, i tacy, którzy handlowali meczami. Niech się raz jeszcze zastanowią nad tym, co robili. Na razie wszyscy mają u mnie równe szanse. Zawodnicy chyba rzeczywiście wzięli sobie te słowa głęboko do serca, bo pierwszy mecz sprzedali przeciwko swemu nowemu selekcjonerowi dopiero po dwóch miesiącach. Jednak o tym później.

23 sierpnia 1989 roku kadra Strejlaua inauguruje swą przygodę remisując towarzysko na stadionie 40-lecia Powrotu Ziem Zachodnich i Północnych do Macierzy w Lubinie z reprezentacją Związku Radzieckiego 1:1. Oba zespoły naszpikowane debiutantami (wśród podopiecznych słynnego Walerego Łobanowskiego to m.in. Kanczelskis, Kirjakow i Koływanow) oraz piłkarzami, których reprezentacyjna przygoda znajdowała się raczej w powijakach. Polskim kibicom, solidnie przećwiczonym w pokorze przez reprezentację Łazarka, powiało świeżością, nowością i optymizmem. Mieliśmy w tym meczu aż trzech kapitanów (najpierw Prusik, potem Urban, a potem jeszcze Krzysztof Warzycha), a wyrównującą dla nas bramkę uzyskał głową Dariusz Wdowczyk, którego Narko prowadził jeszcze całkiem niedawno w Legii. Dwa tygodnie później naprawdę efektowny szturm przypuszczają biało-czerwoni w Warszawie na Greków już do przerwy ustalając rozmiary zwycięstwa na 3:0.

Potem jeszcze nieco pechowa, minimalna wyjazdowa porażka, po naprawdę bardzo dobrym meczu z Hiszpanami 0:1 (debiut w drużynie gospodarzy słynnego Fernando Hierro) i można już stawać w szranki z Anglikami. Jesienią 1989 roku Strejlau kończył rozpoczęte i właściwie przegrane już przez Łazarka eliminacje do Il Mondiale Italia ’90. Iluzoryczne szanse wciąż istniały, ale zakładały one komplet zwycięstw w trzech ostatnich, czekających nas meczach. 11 października 1989 roku podopieczni Andrzeja Strejlaua rozegrali naprawdę bardzo dobre spotkanie przeciwko Anglii. To było mecz różniący się diametralnie od tego, jaki zafundował polskim kibicom zaledwie 4 miesiące wcześniej Wojciech Łazarek na Wembley. Było widać zmianę jakościową w grze polskiego zespołu, w którego podstawowym składzie wybiegło zaledwie trzech graczy spośród tych, którzy od pierwszego gwizdka arbitra biegali w czerwcu po londyńskiej murawie. Zespół Strejlaua naprawdę ambitnie i dzielnie walczył o ten awans, starając się pokonać podopiecznych Bobby Robsona. Chyba już nigdy później biało-czerwoni w tak wyraźnym stopniu nie zdominowali angielskich rywali na naszym stadionie, jak wówczas, październikowym późnym popołudniem 1989 roku w Chorzowie. Po znakomitych strzałach Krzysztofa Warzychy, Dziekanowskiego i Czachowskiego, Peter Shilton tylko jakimś cudem nie dopuszczał do utraty gola, a w ostatnich sekundach spotkania Tarasiewicz huknął z 40 metrów w poprzeczkę. Anglicy byli przeszczęśliwi z bezcennego dla nich, bezbramkowego remisu, a zespół Strejlaua, choć ostatecznie pożegnał się z marzeniami o włoskich mistrzostwach świata, pokazał swoją wartość oraz potencjał, jaki w nim drzemie. To był zdecydowanie najlepszy mecz, jaki polska reprezentacja rozegrała na przestrzeni co najmniej kilku lat.

Dwa tygodnie później ten sam zespół, na tym samym stadionie, pod wodzą tego samego selekcjonera, po zadziwiająco biernej i nieporadnej ‚grze’, przegrał ze Szwedami 0:2. Podopieczni Olle Nordina nawet specjalnie się nie starali, samo im tak jakoś wszystko wychodziło, bo i musiało, restaurację na bankiet z okazji awansu na mundial mieli już przecież zarezerwowaną w Katowicach od dawna, zupełnie jak by coś przeczuwali. Sam Strejlau nie miał chyba większych wątpliwości co do faktu, iż kilku jego reprezentantów mu to spotkanie perfidnie pod nosem opchnęło. Nawrocki bardzo się napracował i zmieniłem go, zmęczonego w 65 minucie. Powiedział schodząc z boiska, że w ośmiu nie ma szans wygrać tego meczu – wspominał po kilku latach w swej „Autobiografii”. Potem jeszcze listopadowe zwycięstwo w Tiranie (2:1) i można było rozpocząć pracę przed eliminacjami do Euro ’92. I tylko takie pytanie kołacze mi się gdzieś po głowie już od lat całych: czy gdyby wówczas w Chorzowie Warzysze, Dziekanowskiemu lub Tarasiewiczowi dopisało nieco więcej szczęścia i biało-czerwoni pokonaliby Anglików, pojechaliby na Italia ’90? Myślę, że byłaby na to ogromna szansa, bo zwycięstwo u siebie nad Szwedami leżało wówczas jak najbardziej w zasięgu możliwości naszych piłkarzy, grających tak, jak z Anglikami na Śląskim.

Nie ma co jednak rozdrapywać ran, trzeba iść dalej. W rok 1990 kadra Strejlaua wkracza więc wyjazdowym, lutowym, zwycięskim dwumeczem (2:0, 1:0) z reprezentacją Iranu. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie dość istotny fakt, że na Stadionie Olimpijskim w Teheranie biało-czerwoni Strejlaua po raz pierwszy grają przy naprawdę znacznej liczbie, 50 tysięcy widzów. Tylko dwukrotnie, podczas pojedynków na Wembley, kadra Strejlaua będzie miała możliwość być obserwowana na sportowej arenie przez większą liczbę kibiców. Na uwagę zasługuje również fakt, że choć Polacy w 1990 roku nie biorą udziału we włoskim mundialu, to jednak doskonale mogą się zorientować w formie znacznej części jego uczestników, mierząc się towarzysko aż z dziewięcioma drużynami spośród grona 24 finalistów. Biało-czerwoni dwa takie spotkania, z Kostaryką 2:0 (w Chicago bramki dwóch filigranowych rozgrywających – Leszka Pisza i Piotra Nowaka, którzy przez pół godziny z całkiem niezłym efektem przebywali razem na boisku) oraz z prowadzonymi przez Carlosa Alberto Parreirę ZEA (4:0) wygrywają, trzy remisują (Jugosławia 0:0, Szkocja 1:1, Belgia 1:1), a pięć przegrywają (Kolumbia 1:2, USA 1:3 i 2:3, Rumunia 1:2, Anglia 0:2; trzy ostatnie mecze rozegrano już po mundialu). Ostatni z wymienionych pojedynków jest o tyle istotny, że inaugurował on już zmagania eliminacyjne do szwedzkiego Euro ’92. 17 października 1990 roku Andrzej Strejlau, wraz z zespołem, który stworzył i od czternastu miesięcy przygotowywał do tego właśnie pojedynku, poległ na Wembley 0:2. Anglicy, czwarta siła na świecie podczas zakończonego kilkadziesiąt dni wcześniej Il Mondiale, znów okazali się lepsi. Nie stłamsili co prawda Polaków tak, jak to miało miejsce podczas poprzedniego pojedynku obu ekip na tym stadionie (pierwszą bramkę do szatni uzyskali po karnym, drugą zdobywając w ostatnich sekundach meczu po fatalnym błędzie Wandzika), ale jednak dominowali w tym spotkaniu nad naszym zespołem dość wyraźnie. Można oczywiście sobie pomarzyć, co by było, gdyby po świetnym zagraniu Jacka Ziobera, Tarasiewicz będąc w polu karnym sam przed Woodsem, trafił w piłkę i uzyskał dla biało-czerwonych prowadzenie, ale nie zmienia to faktu, że to zespół angielski uzyskał w tym meczu komplet punktów.

Niespełna miesiąc później Polacy pokonują w Stambule Turków 1:0 (ostatnie trafienie w ostatnim reprezentacyjnym występie Dziekanowskiego), a potem jeszcze na kilka dni przez świętami Bożego Narodzenia wygrywają towarzysko w Volos z Grekami (2:1) zapewniając sobie dość spokojną zimę. Niewątpliwie na uwagę zasługuje fakt, że reprezentacja Polski w 1990 roku aż 14 spotkań rozegrała na wyjeździe, a tylko 2 u siebie. Jakoś związek musiał przecież na siebie zarabiać. Jeśli coś na przestrzeni tego roku budowało nasze nadzieje na przyszłość, to remisowe, wyjazdowe potyczki przeciwko Belgom, Szkotom i Francuzom. Szczególnie ten ostatni pojedynek na Parc des Princes, przeciwko rosnącym w siłę podopiecznym Michela Platiniego, był cennym i dość udanym sprawdzianem dla biało-czerwonych (w ataku rywali wystąpił znakomity duet Cantona-Papin; debiutował w tym spotkaniu Emmanuel Petit, który osiem lat później walnie przyczyni się do wywalczenia przez trójkolorowych tytułu mistrza świata).

W 1991 roku czekały nas decydujące boje w eliminacjach mistrzostw Europy. Najpierw jednak trzy towarzyskie spotkania, raczej zdecydowanie bez błysku ze strony biało-czerwonych: w Belfaście 1:3 z Irlandią Północną, w Warszawie 1:1 z Finami (debiut w bramce Macieja Szczęsnego, który przecież niegdyś pod okiem Strejlaua miał ogromne problemy z wywalczeniem miejsca w składzie Legii), a w Ołomuńcu pokaźne lanie 0:4 w meczu z Czechosłowacją (w której składzie wystąpili znani później z naszych ligowych trenerskich ławek: kapitan rywali w tamtym spotkaniu – Kocian, oraz Hapal i Kubik). Szczególnie ten ostatni mecz, wsławiony efektownym lobem Moravcika, który niemal z połowy boiska pokonał przebywającego na murawie od zaledwie kilku minut Kazimierza Sidorczuka (golkiper Lecha wybitnie nie miał szczęścia podczas występów w swetrze narodowej reprezentacji) przysporzył selekcjonerowi wielu zmartwień. 17 kwietnia 1991 roku kibice polskiej reprezentacji znów przeżywali istną drogę przez mękę. Na stadionie w Warszawie zaledwie 3 tysiące widzów obserwowało nieporadność naszych graczy w eliminacyjnej konfrontacji z Turkami. Przełamanie przyszło dopiero na kwadrans przed końcem spotkania, kiedy to Ryszard Tarasiewicz, sprytnym strzałem z wolnego dał Polakom prowadzenie. Potem jeszcze Urban i Kosecki dołożyli po golu i całkiem efektownym wynikiem 3:0 udało się całkowicie niemal zakłamać niewesoły obraz gry naszego zespołu. Tego dnia nastąpiły również dwa dość istotne pożegnania dla kadry Strejlaua. Zbigniew Kaczmarek, wielokrotny kapitan tej drużyny, opuszczając w 64 minucie meczu murawę, rozstał się już na zawsze z reprezentacyjną przygodą. Reprezentacja Strejlaua pożegnała się także z warszawskim stadionem Legii, na którym mecze kadry wzbudzały dość znikome zainteresowanie.

Po spotkaniach w Ołomuńcu i Warszawie, a przed meczem o punkty w Dublinie pozycja Andrzeja Strejlaua wydawała się nie być już tak pewna jak jeszcze całkiem niedawno. To właśnie w wypadku ewentualnej porażki swego zespołu 1 maja 1991 roku na Landsdowne Road, Strejlau po raz pierwszy poważnie rozważał ustąpienie z pełnionej przez siebie funkcji. Podopieczni Jackie Charltona dominowali na boisku i mieli znacznie więcej sytuacji strzeleckich, ale heroicznie walczącym tego dnia Polakom, również dzięki nadspodziewanie dobrej postawie Wandzika, udało się uzyskać bezbramkowy remis. Ten wynik, biorąc pod uwagę siłę ówczesnej reprezentacji Irlandii był naprawdę dość cennym osiągnięciem polskiej ekipy. „Skóra jeszcze na niedźwiedziu” – głosił pamiętny podubliński tytuł opiniotwórczego, piłkarskiego tygodnika wychodzącego w naszym kraju.

Kolejny wyspiarski akcent przed decydującymi jesiennymi eliminacyjnymi bataliami przynosi kolejny bezbramkowy remis, tym razem w konfrontacji z Walijczykami (ze znakomitymi: Hughesem i Rushem w składzie) na stadionie Radomiaka. Potem następują cztery towarzyskie pojedynki polskiej drużyny, które bardzo dobitnie ukazały nieznośną wręcz nieprzewidywalność tego zespołu. Szczególnie sierpniowa klęska w Poznaniu, z będącą wówczas na fali świetną reprezentacją trójkolorowych, skupiła w sobie jak w soczewce całą ekspozycję wspomnianego problemu. Francuzi są wówczas rzeczywiście znakomitym zespołem, w eliminacjach do Euro odnoszą same zwycięstwa i na Starym Kontynencie nie ma na nich mocnych. A mimo wszystko podopieczni Stejlaua potrafili w pierwszej części meczu zasygnalizować swoje naprawdę ogromne możliwości. Co prawda na początku spotkania Tarasiewicz nie potrafił uzyskać bramki z karnego, ale w 17 minucie po wolnym, którego egzekwował Ziober, Jan Urban udanie przystawił nogę i objęliśmy zasłużone, acz niespodziewane prowadzenie. Przez pierwsze 25 minut Polacy grali koncertowo – przyznawał po spotkaniu słynny selekcjoner trójkolorowych Michel Platini. Jego podopieczni pierwszy strzał na polską bramkę zdołali oddać dopiero w 40 minucie. Mimo to, na przerwę schodzili już prowadząc z gospodarzami 2:1, a cała potyczka zakończyła się dla biało-czerwonych istną klęską 1:5. Publiczność pożegnała Strejlaua i jego podopiecznych gwizdami i wyzwiskami. Kapitan zespołu – Tarasiewicz, poczuł się tym wszystkim tak mocno dotknięty, że bardzo poważnie rozważał zakończenie swej reprezentacyjnej kariery. Selekcjoner starał się jednak łagodzić napięcie: Zawodnicy wiedzą, że po tym meczu nie zasłużyliśmy na przychylność kibiców, dlatego ich reakcja nie zaskoczyła nas. Wysłuchiwanie wyzwisk jest wpisane w mój zawód.

Poznańska klęska spowodowała jednak, że mecz rozegrany tydzień później na stadionie gdyńskiego Bałtyku nabrał szczególnej wagi. Przeciwko Szwedom, Strejlau postanowił pozwolić wykazać się kilku debiutantom i absolutnie tego śmiałego posunięcia nie żałował, gdyż właśnie dwaj spośród nich: Wojciech Kowalczyk i Mirosław Trzeciak pokonali Thomasa Ravellego, zapewniając swemu zespołowi zwycięstwo 2:0.

Jeszcze mocniejszy powiew optymistycznych nastrojów przed decydującymi eliminacyjnymi bataliami, przyniósł naprawdę bardzo udany wytęp w Eindhoven, gdzie zespół Strejlaua zremisował z aktualnymi mistrzami Europy – Holendrami 1:1. Podopieczni słynnej trenerskiej znakomitości – Rinusa Michelsa, dość szczęśliwie uratowali remis z biało-czerwonymi, strzelając gola (Bergkamp) w ostatnich sekundach spotkania. Bardzo ładne trafienie dla polskiego zespołu zaliczył w 87 minucie Jacek Ziober, który już znacznie wcześniej mógł zdobyć swoją bramkę, lecz po jego strzale piłkę z linii bramkowej wybił van Aerle. Spotkanie rozegrane w Eindhoven jest, w opinii samego Strejlaua, jednym z najbardziej udanych podczas całej jego pracy z narodową kadrą.

16 października 1991 roku polska reprezentacja, pod wodzą Andrzeja Strejlaua, toczyła więc pierwszy ze swych dwóch poznańskich bojów o życie. O remisowej (3:3) potyczce z Irlandią pisaliśmy już kiedyś na blogu, ograniczymy się zatem wyłącznie do przypomnienia zatrważająco wręcz nieporadnej postawy naszych tylnych formacji, oraz szaleńczym zrywie biało-czerwonych, którzy ze stanu 1:3 potrafili doprowadzić do remisu, mając w końcówce spotkania szansę, by dobić Boys in Green.

W efekcie remisu z chłopcami Jackie Charltona, podopieczni Stejlaua bezwzględnie potrzebowali nie tylko zwycięstwa w ostatnim pojedynku przeciwko Anglikom, lecz również zgubienia punktów przez Irlandczyków w dalekim Stambule. Wieczór 13 listopada 1991 roku to temat na prawdziwą opowieść, jego niesamowita dramaturgia z pewnością nadaje mu wszelkich znamion zupełnej wyjątkowości na przestrzeni całych dziejów naszego piłkarstwa. Po trafieniu Romana Szewczyka w 32 minucie, przez ponad pół godziny (wliczając w to czas trwania przerwy) mogliśmy rzeczywiście poczuć się finalistami Euro ’92. Po przerwie jednak Irlandczycy zdobyli zwycięskie bramki w Stambule, a w Poznaniu bezlitosny dla nas jak zawsze – Gary Lineker na 13 minut przed końcem spotkania uratował dla Anglików awans. W sercach polskich kibiców pozostał ogromny żal, że nie udało się wówczas w Poznaniu pokonać podopiecznych Grahama Taylora, bo była na to ogromna szansa. Należy też wyraźnie powiedzieć, że niestety dość istotną rolę w zwycięskim remisie Wyspiarzy odegrał austriacki arbiter Hubert Forstinger, który w drugiej części meczu, przy stanie 1:0 dla biało-czerwonych, podjął skandaliczną decyzję, nie dyktując jedenastki po ewidentnym faulu Woodsa na Furtoku. Zawodnicy po meczu postanowili odreagować, łajdacząc się w jednym z podpoznańskich nocnych klubów, lecz selekcjoner urządził na nich łapankę, w efekcie której jeden z czołowych zawodników kadry musiał już na zawsze się z nią pożegnać. Niektórzy reprezentanci chcieli chyba wesprzeć fundusz walki z AIDS, czyli opłacić testy na obecność wirusa HIV. Interweniowałem, wiedząc, że w domu czekają ich żony i dzieci – wspominał po latach Strejlau. Polacy odpadli więc z rywalizacji o Euro, ale poznański mecz Anglią, podobnie jak ten chorzowski sprzed dwóch lat, pokazał, że okres pracy polskiego selekcjonera z kadrą nie jest czasem straconym. Trener Strejlau zrobił co mógł i właściwie należałoby mu wystawić pomnik za to, że Polska do końca walczyła o awans. Jest to szkoleniowiec na tyle doświadczony, przygotowany i godny zaufania, że gdyby tylko mógł pracować np. z reprezentacją Włoch czy Holandii na pewno odnosiłby sukcesy. Strejlau jest ostatnią osobą, którą należałoby zwolnić. Jemu trzeba pomóc, a nie wbijać nóż w plecy – uciął wszelkie dywagacje, przymierzany wówczas przez niektórych do roli następcy Strejlaua, Zbigniew Boniek.

Futbolowy Narkoman na selekcjonerskiej ławce otrzymał więc swą drugą szansę, by rozpocząć z polską kadrą zmagania o prawo udziału w wielkiej piłkarskiej imprezie. W ekipie Strejlaua dokonywała się już stopniowo pewna wymiana pokoleniowa. Wandzik, Kaczmarek, Wdowczyk, Kubicki, Tarasiewicz, Dziekanowski, Urban, czyli piłkarze, na których początkowo i wiernie Narko opierał budowę swego zespołu, powoli ustępowali pola młodszym. Drużyna oparta na pokoleniu wysłużonych graczy, co to swych talentów nie wykorzystali jak powinni – więcej uczynić nie mogła. Ich mentalność ukształtowana została w specyficznym okresie, który należy już do przeszłości. Występy w drużynie narodowej nie były dla nich forum do pokazania się i dlatego grali zawsze w reprezentacji gorzej niż gdzie indziej. Szkoda czasu i środków na ściąganie tych podstarzałych gwiazdek do kraju. Prochu już nie wymyślą i blokują tylko miejsce młodym – wtórował decyzjom selekcjonera felietonista Krzysztof Mętrak. A napór wspomnianych młodych był rzeczywiście bardzo silny. Podopieczni Janusza Wójcika w lecie 1992 roku wywalczyli naprawdę ogromny sukces, zdobywając po znakomitej grze, olimpijskie srebro. Wałdoch, Adamczuk, Brzęczek, Mielcarski czy Kowalczyk debiutowali u Strejlaua jeszcze przed turniejem w Barcelonie, ale młodzieżowcy opromienieni blaskiem hiszpańskiego srebra poczuli jeszcze większe parcie na dorosły, reprezentacyjny strój. „Zmieniamy szyld, jedziemy dalej” – nienajmądrzejsze, przyznajmy, hasło, sformułowane w euforycznych oparach alkoholowego odoru na warszawskim lotnisku przez niektórych, z powracających właśnie do kraju uczestników olimpijskiego turnieju, szczególnie bliskie było Januszowi Wójcikowi, który w podszczypywaniu Strejlaua i przed, i po hiszpańskiej imprezie, nie miał większych zahamowań. Teraz poczuł się silny i wraz z niektórymi, tymi nieco mniej rozgarniętymi umysłowo graczami, począł domagać się pionierskiego w skali świata, natychmiastowego wskoczenia całej młodzieżowej ekipy, pod jego dowództwem oczywiście, w seniorskie reprezentacyjne dresy. Efekt był taki, że na pierwszym poolimpijskim zgrupowaniu kadry doszło do dość ostrej i gruntownej wymiany myśli pomiędzy ‘starymi’ i ‘młodymi’. Tych ostatnich ganił publicznie z prasowych łamów przedstawiciel tych pierwszych, Jacek Ziober: Gdzie gówniarze, jeszcze wam trochę brakuje! Jerzy Brzęczek i Roman Szewczyk próbowali koncyliacyjnie łagodzić spory zwaśnionych grup i budować ducha nowej, wspólnej drużyny.  Sam Strejlau chyba dość mądrze wyważał w swej kadrze proporcje pomiędzy dopływem świeżej, olimpijskiej krwi a zachowaniem fundamentów drużyny, nad której zbudowaniem pracował już przecież od trzech lat. I choć w pierwszej połowie 1992 roku nie brakowało zarówno bardzo kiepskich (0:4 z Egiptem, 0:5 ze Szwecją – tu dość koszmarny występ Sidorczuka), jak i całkiem obiecujących występów kadry (wyjazdowe 4:2 nad Austrią Ernsta Happela, 1:0 z Czechosłowacją), to polscy kibice, podbudowani olimpijskim sukcesem, z nadzieją oczekiwali rozpoczęcia eliminacyjnych zmagań o amerykański mundial.

23 września 1992 roku w Poznaniu, po trafieniu Tomasza Wałdocha, polscy piłkarze pokonali tureckich podopiecznych Seppa Piontka 1:0. Zaczęło się, mamy pierwsze punkty – krzyczał na murawie do kolegów uradowany Jerzy Brzęczek w chwilę po tym, jak niemiecki sędzia Markus Merk zakończył spotkanie. Reprezentacyjna mieszanka starego i nowego zdawała się przynosić piorunujący efekt szczególnie kilka tygodni później, na stadionie w Rotterdamie. 14 października 1992 roku biało-czerwoni zaszokowali gospodarzy. Co prawda w początkowych minutach spotkania włoski arbiter Pezzella nie dyktuje ewidentnej jedenastki po faulu w polu karnym na Brzęczku, ale i tak już po 20 minutach meczu biało-czerwoni sensacyjnie prowadzą 2:0. Najpierw Marek Koźmiński dobija wyplutą przez Menzo piłkę po strzale Koseckiego, a chwilę później Kowalczyk fantastycznie przechytrzył Rijkaarda podwyższając prowadzenie naszego zespołu. Holendrzy mają mnóstwo sytuacji, ale ani żegnającemu się tym występem z kadrą, wspaniałemu Marco van Bastenowi, ani też Bergkampowi nie udaje się trafić do naszej bramki. Bako jednak dwukrotnie wyplącze piłkę ze swej siatki po golach van Vossena. Zadać decydujący cios Pomarańczowym ma jeszcze szansę powracający tego wieczoru, po latach, do polskiego zespołu Włodzimierz Smolarek, który oszukał dryblingiem w polu karnym Rijkaarda, lecz tym razem holenderski golkiper ratuje swój zespół. Podopieczni Strejlaua staczają w Rotterdamie, na terenie znakomitego rywala, naprawdę dramatyczny i emocjonujący do granic możliwości, udany pojedynek, z którego przywożą bardzo cenny punkt. Gwoli sprawiedliwości, przyznać trzeba, że piłkarze Dicka Advocaata nie mieli tamtego dnia wsparcia we własnym bramkarzu. Stanley Menzo zaliczył swój kolejny kiepski występ (jego wina przy golu Koźmińskiego była bezsporna) i już nigdy więcej nie założył bramkarskiego swetra w reprezentacji Holandii.

Srebrny rok polskiego futbolu seniorska reprezentacja Strejlaua kończy, ogrywając towarzysko w Iławie rodaków dziadka naszego selekcjonera – Łotyszy 1:0 (gol Mielcarskiego) oraz wybierając się w listopadowe tournee po Ameryce Południowej. W Buenos Aires w biało-czerwonych barwach wybiegnie aż dziewięciu olimpijczyków z Barcelony. Przegrają oni jednak 0:2 z gospodarzami, w których składzie przygniatająca większość zawodników była zamieszana w argentyńskie triumfy na Copa America ’91 i ’93. Trzy dni później podopieczni Strejlaua, wśród których na murawie przewinie się aż dziesięciu srebrnych medalistów z Hiszpanii, odnoszą w Montevideo niespodziewane i prestiżowe zwycięstwo 1:0 nad Urugwajem, który przecież jeszcze tydzień wcześniej pokonał na słynnej Maracanie Brazylię 2:1. Andrzej Strejlau, niezwykle ceniony w ojczyźnie Francescolego, Rubena Sosy i Forlana, ma więc szansę, by udanie przypomnieć o sobie piłkarskiemu Urugwajowi. Dla podopiecznych Narko zwycięską bramkę zdobywa strzałem głową, debiutujący tego wieczoru w dorosłej kadrze Dariusz Gęsior. Zakończenie roku jest więc naprawdę całkiem optymistyczne. Reprezentacja Strejlaua ma na swoim koncie cenne zdobycze punktowe w eliminacjach do World Cup, zalicza kilka bardzo udanych występów, a o przebicie się do podstawowego składu toczy się naprawdę ogromna rywalizacja pomiędzy starszymi i młodszymi zawodnikami. Choć sam selekcjoner stara się raczej tonować kibicowskie nastroje: Mamy dziś zwykłą, średnią drużynę europejską, która jednak może z każdym wygrać. I prawie z każdym przegrać – mówił pod koniec 1992 roku.

Po niemrawych lutowych, bezbramkowych, wyjazdowych potyczkach z Cyprem i Izraelem, zespół Strejlaua znów sprawia polskim kibicom mnóstwo radości swym dobrym występem w Ameryce Południowej. 17 marca 1993 roku biało-czerwoni remisują w Ribeirao Preto 2:2 z reprezentacją Brazylii. W zespole podopiecznych Carlosa Alberto Parreiry, który kilkanaście miesięcy później świętować będzie z Canarinhos mistrzostwo świata, zagrało w tym spotkaniu ośmiu graczy, którzy kilkadziesiąt dni później wystąpili na ekwadorskim Copa America. Już w 3 minucie, prowadzenie dla polskiego zespołu, uzyskuje przepięknym strzałem Jerzy Brzęczek (to być może najpiękniejsza bramka w całych dziejach strejlauowej reprezentacji), a w 63 minucie ogromnym sprytem wykazuje się kapitan naszej drużyny – Robert Warzycha, ustalając wynik spotkania na 2:2.

Gdyby ktoś wówczas zasugerował, że ten sam polski zespół, niespełna półtora miesiąca później, będzie miał niewyobrażalne wręcz problemy, by pokonać na własnym boisku amatorów z San Marino, chyba nikt nie potraktowałby go poważnie. A przecież tak właśnie się stało. Jednak nim to nastąpiło, warto odnotować dość istotne wydarzenie dla naszej kadry. 13 kwietnia 1993 roku na stadionie w Radomiu, po kilku latach nieobecności powrócił do polskiej reprezentacji, robiący wówczas furorę w niemieckim Wattenscheid, Marek Leśniak. Były napastnik szczecińskiej Pogoni, swym znakomitym występem przeciwko Finom (dwa trafienia), zdecydowanie przyćmił wszystkich pozostałych uczestników spotkania i przebojem wdarł się do narodowego zespołu. To właśnie on, miesiąc po radomskim powrocie, strzelił dwie bezcenne bramki w Serravalle, gdy przez niespełna godzinę wydawało się, że łódzki koszmar w wyjazdowym meczu z San Marino znów odżyje. W Łodzi bowiem, podopieczni Strejlaua, aż do 70 minuty spotkania nie potrafili zdobyć gola w meczu z San Marino. Nasi dwaj, naprawdę przecież znakomici snajperzy: Juskowiak i Furtok wydawali się być momentami kompletnie bezradni pod bramką gości. Dopiero na 20 minut przed końcem spotkania, Kosecki przedarł się w pole karne rywali i zacentrował do nadbiegającego Furtoka, który bezczelnie wepchnął futbolówkę ręką do bramki Benedettiniego. Goście słusznie protestowali, lecz szkocki arbiter Mottram, postanowił pójść nam na… rękę i uznać gola. Styl tego zwycięstwa był jednak na tyle żałosny, że pomimo utraty przez naszą drużynę, jak dotąd, ledwie jednego eliminacyjnego punktu, w sferze kibicowskich nastrojów, z jesiennego optymizmu pozostało raczej niewiele.

A jednak 10 dni po wyjazdowym zwycięstwie 3:0 nad San Marino, polski zespół znów zalicza naprawdę udany występ. 29 maja 1993 roku, po kilku latach przerwy, odżywa na moment duch Stadionu Śląskiego w Chorzowie. To właśnie na nim biało-czerwoni grają swój arcyważny mecz w eliminacjach do mistrzostw świata ’94 przeciwko Anglikom. Wszystko zaczyna się bardzo mocno. Już w pierwszych sekundach spotkania Marek Leśniak przeprowadza dynamiczny, kilkudziesięciometrowy rajd, przed polem karnym gości ogrywa z łatwością obrońcę, lecz stając oko w oko z Woodsem strzela minimalnie obok słupka. W 36 minucie spotkania Leśniak z głębi pola zagrywa do Adamczuka, a ten wykorzystując swą niesamowitą szybkość, wyprzedza na kilku metrach renomowanego Desa Walkera i lobując Woodsa uzyskuje prowadzenie dla gospodarzy. Na trybunach wybuch euforii towarzyszy, trwającym od początku spotkania bandyckim incydentom. W drugiej części meczu Marek Leśniak znakomicie przejmuje na polu karnym fatalnie zagraną przez Woodsa do własnego obrońcy futbolówkę i ponownie staje oko w oko z angielskim golkiperem. Tym razem sytuacja strzelecka jest po prostu wręcz wymarzona. Mimo to, Leśniakowi nie udaje się pokonać z kilku metrów bramkarza gości. Jest podłamany. Po tym zdarzeniu, jak przyznał po meczu Strejlau, polski napastnik niemal wyłączył się z gry i poprosił o zmianę. To był początek poważnych problemów naszego zespołu w chorzowskim spotkaniu. Marek Leśniak, pomimo niewykorzystania dwóch znakomitych okazji do strzelenia gola, rozegrał świetny mecz, absorbując i nieustannie nękając angielską defensywę. Po jego zejściu, osamotniony Furtok nie stanowił już poważnego zagrożenia dla rywali. Tymczasem napór gości był coraz groźniejszy, a ubytek sił w polskim zespole coraz znaczniejszy. Biało-czerwoni, mimo ponawianych błagań płynących od Strejlaua, nie potrafili przetrzymać futbolówki, pograć piłką w bezpiecznej odległości od własnej bramki. Na sześć minut przed końcem spotkania, wprowadzony na murawę jakiś czas wcześniej Ian Wright, z bliskiej odległości bardzo szczęśliwie pokonał Jarosława Bako. Ten remis bolał. Strejlauowe zwycięstwo nad Anglią znów było tak blisko, jak w Chorzowie w 1989 roku, jak w Poznaniu w 1991 roku. Tym razem zabrakło sześciu minut. A przecież gdyby udało się wygrać z Anglikami, droga Polaków na amerykański mundial byłaby już naprawdę bardzo przestronna.

Tymczasem tuż po meczu, zupełnie niespodziewanie, gruchnęła wieść o tym, że polski selekcjoner zamierza zrezygnować ze swej funkcji. Przemożny wpływ na refleksję Strejlaua miał ogromny bałagan organizacyjny. Dopiero teraz zaczęło przedzierać się do opinii publicznej, iż na zgrupowaniu przed chorzowskim meczem z Anglią, zawodnicy zagrozili nawet buntem i nie chcieli wyjść na trening, protestując przeciw skandalicznej sytuacji organizacyjnej wokół kadry (brak sprzętu; stroje na Anglię były sprowadzane niejako drogą zaoczną i nieoficjalną przez prywatnych sponsorów). Organizmowi polskiego selekcjonera dawały się też we znaki skutki długotrwałego stresu, jaki nieodmiennie towarzyszy tej zaszczytnej funkcji. Teraz zostawiłby swemu zastępcy zespół niemal zbudowany, znajdujący się w całkiem korzystnej sytuacji punktowej w eliminacyjnych zmaganiach o mundial. Jak przyznawał po latach Strejlau, do pozostania na stanowisku przekonali go sami zawodnicy, którzy za pośrednictwem swego kapitana, Romana Szewczyka, bardzo intensywnie prosili coacha, by pozostał z reprezentacją i kontynuował dzieło. Narko się ugiął, przy czym zastrzegł, że bez względu na wszystko, po mistrzostwach w USA (w przypadku polskiego awansu), jego przygoda z kadrą dobiegnie końca i od tej decyzji już nie odstąpi.

Nadeszła więc jesień, która miała być tą piękną, złotą polską futbolową jesienią. Na biało-czerwonych czekali Anglicy znajdujący się w bardzo trudnej sytuacji, dla których każda strata punktów była równoznaczna z pożegnaniem z marzeniami o amerykańskiej imprezie. 8 września 1993 roku reprezentacja Andrzeja Strejlaua rozegrała niestety najsłabszy ze wszystkich swoich najważniejszych meczów o punkty. Postawa Polaków na Wembley w tym spotkaniu była porównywalna z niemocą podopiecznych Łazarka na tym samym stadionie przed kilku laty. Anglicy stłamsili biało-czerwonych, również fizycznie. Polski zespół został całkowicie rozbity, dosłownie i w przenośni. Po meczu piłkarze przyznali, że grali źle. Nie istnieliśmy jako zespół. Zawodnicy walczyli, ale nie tworzyli drużyny. Nie można powiedzieć, że nie podjęliśmy walki. Niektórzy zawodnicy, np. Piotr Świerczewski, są bardzo porozbijani. Spodziewałem się, że będzie to brzydki mecz. Był jednak brutalny. Gascoigne prowokował naszych piłkarzy za wyraźnym przyzwoleniem sędziego – mówił Strejlau po powrocie, na warszawskim lotnisku. Jakiś czas potem, były już wtedy polski selekcjoner, wypowie na temat słynnego Gazzy ciekawą opinię (którą samo życie chyba w znacznym stopniu później potwierdziło), że obserwując jego zachowanie zarówno w tunelu przed meczem, jak i podczas meczu na murawie, odnosił nieodparte wrażenie, że angielski zawodnik jest człowiekiem niezrównoważonym umysłowo, mającym jakieś ogromne problemy psychiczne. Tym niemniej po porażce 0:3 na Wembley, każde następne spotkanie stawało się dla drużyny Strejlaua meczem o wszystko.

Rosnący w sławę i szacunek pośród futbolowego świata, cudowny wskrzesiciel norweskiego piłkarstwa Egil ‘Drillo’ Olsen, po obejrzeniu występu biało-czerwonych na Wembley, był raczej spokojny o zwycięstwo swych podopiecznych w Oslo i śmiało dawał temu wyraz w publicznych wypowiedziach. 22 września 1993 roku na Ulleval chłopcy Strejlaua zaskoczyli jednak pewnego siebie trenera rywali. W pierwszej części gry Norwegom pozostawało jedynie dość bezradnie przyglądać się bardzo wyraźnej boiskowej dominacji Polaków. Biało-czerwoni grali naprawdę dobrze, choć niekoniecznie skutecznie i szczęśliwie. Najpierw Andrzej Rudy minimalnie chybił, trafiając w boczną siatkę, choć mógł zagrać do będących na czystej pozycji zarówno Leśniaka, jak i Ziobera. Chwilę później strzał głową Kazimierza Węgrzyna trafił w słupek norweskiej bramki. Jakiś czas potem minimalnie przestrzelił Leśniak. Norwegowie mogli czuć się szczęśliwi, że schodzą na przerwę z bezbramkowym wynikiem. W drugiej części spotkania nasi rywale nieco się otrząsnęli z przewagi biało-czerwonych. Zaczęli więcej grać górną piłką i po jednej z takich akcji w 54 minucie, nienajlepsze wyjście Jarosława Bako sprawiło, że Jostein Flo uzyskał upragnioną bramkę dla gospodarzy. Jednak Polacy nie zamierzali rezygnować z udziału w World Cup ’94. Kosecki wykorzystując swą szybkość ambitnie pobiegł do zagranej mu piłki, a wychodzącego na czystą pozycję polskiego gracza sfaulował tuż przed polem karnym Erik Thorstvedt. Decyzja arbitra mogła być tylko jedna. Bramkarz Tottenhamu wylatuje z boiska, a Polacy egzekwują rzut wolny z naprawdę obiecującej odległości od bramki nie rozgrzanego Frode Grodasa, który właśnie pojawił się między słupkami. Wydawało się, że wreszcie ich mamy. Jednak Rudy przestrzelił szansę na wyrównanie, a chwilę później nasza boiskowa przewaga jednego zawodnika jest już przeszłością. Roman Szewczyk, uderzony cwaniacko przez Fjoertofta, nie wytrzymał nerwowo i postanowił sam wymierzyć sprawiedliwość winowajcy, popychając go z impetem na murawę. Fjoertoft odegrał swój teatrzyk jak należy, a Pierluigi Pairetto wyrzucił z boiska naszego kapitana, Norwegowi nie pokazując nawet żółtej kartki. To właśnie tę decyzję, czy raczej jej brak, miał na myśli Andrzej Strejlau, formułując osąd, iż włoski arbiter (rzeczywiście po latach przyskrzyniony za inne sprawy) w ordynarny sposób nas oszukał. Mimo to biało-czerwoni, mając świadomość, że wojują nie tylko o swoją niepowtarzalną szansę wyjazdu na mundial, ale i o los swego selekcjonera, walczą niczym wygłodniałe tygrysy. Kosecki i Leśniak groźnie ostrzeliwują bramkę gospodarzy, ale szczęście jest tego wieczoru sprzymierzeńcem rywali. W samej końcówce spotkania Roman Kosecki, niczym Tarasiewicz kilka lat temu w Chorzowie przeciwko Anglii, posyła potężne uderzenie w poprzeczkę. Polacy po naprawdę dobrym spotkaniu przegrywają na Ulleval 0:1. Po niewielu meczach reprezentacji było mi tak przykro, jak właśnie po tym z Oslo. Jeśli miałbym spośród wszystkich spotkań polskiej reprezentacji, jakie przyszło mi przeżyć, wyliczać te, po których miałem największe pretensje do losu o brak w futbolu elementarnej sprawiedliwości, polegającej na tym, że lepszy na boisku po prostu wygrywa, z pewnością mecz z 22 września 1993 roku otwierałby tę listę. Polakom należało się zwycięstwo. Mieliśmy dużo szczęścia. Jestem wyczerpany psychicznie, ale zadowolony – przyznał po meczu Egil Olsen. Norwegowie, dzięki pokonaniu biało-czerwonych właściwie niemal zagwarantowali sobie udział w amerykańskim mundialu. Polacy na to, by do nich dołączyć wciąż mieli jeszcze teoretyczne szanse, ale Andrzej Strejlau w chwilę po spotkaniu nie pozostawił żadnych wątpliwości: Ta porażka oznacza praktycznie moją rezygnację. Może ktoś, kto przejmie reprezentację, tchnie w nią nowego ducha.

Dałem wcześniej publicznie słowo, że w przypadku porażki, ustąpię, musiałem więc być konsekwentny. Gdyby udało nam się osiągnąć choćby remis w Oslo, postarałbym się jeszcze powalczyć z drużyną o ten awans – wspomina po latach, w rozmowie z nami Andrzej Strejlau.

Człowiek chory na futbol, z dorobkiem sześćdziesięciu spotkań w roli sternika narodowej kadry, opuszczał swój selekcjonerski posterunek również po to, by ratować swoje zdrowie, poddając się dwóm poważnym operacjom. Ta wyjątkowa posada kosztowała go bowiem także ogromną ilość stresu, pochłaniając bez reszty, ograbiając najbliższych z jego obecności, nawet do kościoła chodzimy teraz z żoną osobno – wyznał kiedyś dziennikarzom. Wraz z odejściem Andrzeja Strejlaua zakończyła się pewna epoka w historii naszego futbolu. Jak zauważył Andrzej Gowarzewski w swej „Encyklopedii” poświęconej biało-czerwonym, jest coś symbolicznego w fakcie, iż Strejlau objął funkcję selekcjonera niedługo po pierwszych, częściowo wolnych wyborach roku 1989, a żegnał się ze stanowiskiem kilka dni po triumfalnym powrocie do władzy postkomunistycznej ferajny we wrześniu 1993 roku. Kadencja Strejlaua znakomicie wpisuje się w czas wielkich polskich nadziei, związanych z rodzącą się demokracją, spinając ten okres pewną klamrą. Natomiast sam Andrzej Strejlau kontekst czasowy sprawowania swej funkcji opisał kilkanaście lat temu następująco: To był najgorszy z możliwych momentów na taką posadę: zmiana ustroju społeczno-politycznego, urynkowienie piłki nożnej, exodus piłkarzy, którzy całymi tabunami zaczęli wyjeżdżać za granicę. W okresie mojej pracy z kadrą wyjechało z Polski 33 reprezentantów. Dokładnie 3 pełne zespoły. Mimo to twierdzę, że na drugim miejscu w grupie mogliśmy pojechać na MŚ do USA. Z pewnością masowe wyjazdy polskich graczy za granicę były sytuacją nową i jeszcze nieoswojoną. I to  chyba właśnie Strejlau, spośród wszystkich naszych selekcjonerów, ucierpiał na jej skutek najwięcej. Dość powiedzieć, że podczas, gdy na chorzowski mecz z Anglią w 1989 roku w polskim składzie wybiegło tylko trzech graczy z zagranicznych klubów, to już spośród uczestników meczu na Wembley w 1993 roku zaledwie czterech podopiecznych Strejlaua biegało na co dzień po polskich ligowych boiskach. A warto nadmienić, iż międzynarodowe przepisy nakazujące zwalnianie zawodników na terminy kadry nie były wówczas tak ściśle respektowane przez zachodnie kluby, jak ma to miejsce dzisiaj. To w ogromnym stopniu dezorganizowało pracę selekcjonera, a i skład polskiej reprezentacji w wielu spośród jej najważniejszych spotkań, wyglądałby często zupełnie inaczej, gdyby Strejlau miał do swej dyspozycji na zgrupowaniach kadry wszystkich tych graczy, których pragnął powołać.

Andrzej Strejlau jest w polskim futbolu postacią niewątpliwie wybitną. Wymownym jest fakt, że żadnemu z selekcjonerów, którzy nastąpili po nim, nie dane było piastować tej zaszczytnej funkcji tak długo, jak jemu. Żadnemu z nich również nie udało się maczać swych selekcjonerskich palców w aż trzech turniejach eliminacyjnych. To prawda, że obok meczów tak udanych, jak te zremisowane u siebie z Anglikami (trzykrotnie) lub na wyjazdach z Holendrami (dwukrotnie), Brazylijczykami, Francuzami, Irlandczykami i Belgami, obok zwycięstw nad Urugwajem, Szwecją czy Austrią, ma Strejlau na swym koncie również spektakularne towarzyskie lania (Szwecja 0:5, Czechosłowacja 0:4, Egipt 0:4, Francja 1:5) czy żałosną potyczkę z San Marino (1:0). A jednak warto też podkreślić, że z poważnych eliminacyjnych potyczek o punkty, kadra Strejlaua przez 4 lata przegrała trzy (dwukrotnie z Anglikami na Wembley, raz z Norwegami na Ulleval; porażkę w odpuszczonym meczu, dla nas o pietruszkę, ze Szwedami trudno w ten rachunek wliczać), i nie jest to z pewnością bilans, za który selekcjonerowi reprezentacji takiej, jak nasza, należałby się lincz.

Futbol jest sportem nieprzewidywalnym i być może obudzimy się kiedyś wśród potentatów, bo oto nagle urodzi się wspaniała grupa piłkarzy. Dobrze byłoby temu szczęściu pomóc i solidnie organizować pracę u podstaw. Niestety, jesteśmy narodem jednej akcji i gigantycznej mobilizacji w trudnych wyłącznie chwilach. Piłka nożna potrzebuje czasami cech dokładnie odwrotnych. Mimo to nie traćmy nadziei – stawiał przed kilkunastu laty diagnozę kondycji naszego futbolowego stanu posiadania, całkiem świeżo po dymisji, Andrzej Strejlau. Jestem głęboko przekonany, że w warunkach w jakich przyszło mu pracować, selekcjoner Strejlau zrobił wszystko, co mógł, by pomóc naszej kadrze i naszemu piłkarstwu wygrzebać się z kryzysu oraz przebić się na wielką imprezę. Jedyne, co można by mu zarzucić, to chyba rzeczywiście ów, wspomniany przez Smolarka, brak szczęścia. Dziś można się już tylko zastanawiać, bezkarnie pląsając sobie po niwach historii alternatywnej, co by było, gdyby do Euro ’92 kwalifikowało się więcej niż siedem zespołów, gdyby udało się, jak najbardziej zasłużenie zresztą, trzykrotnie pokonać na własnym terenie Anglików, gdyby strzały takie, jak Tarasiewicza czy Koseckiego nie lądowały na poprzeczce, gdyby sytuacje takie, jak Leśniaka zamieniane były na gole, a sędziowie odgwizdywali ewidentne jedenastki po faulach na naszych graczach w spotkaniach z faworyzowanymi rywalami. Nawet czasami myślę, że może gdyby kto inny był selekcjonerem, wówczas kiedy grałem swój ostatni mecz z Holandią, to tę setkę, której nie wykorzystałem, właśnie z innym trenerem bym wykorzystał – drążył po latach, nieco żartobliwie, zagadnienie zdumiewającego wręcz braku szczęścia selekcjonera Strejaua, Włodzimierz Smolarek. Nie zmienia to jednak w niczym oczywistego faktu, że Andrzej Strejlau, człowiek chory na piłkę, jest wybitną postacią naszego futbolu, dla dobra którego wykonał przez lata kawał wspaniałej pracy, a długość trwania jego selekcjonerskiej kadencji, niepobita przez żadnego z następców od ponad 20 lat, również ma swoją wymowę.

R.

Komentarze z numer10.blox.pl

grzespelc
2013/10/01 18:04:47
Kaczmarek był kapitanem kadry? Nie paniętam. W ogóle mało go pamiętam z kadry, jak zobaczyłem kiedyś, że grał aż 30 razy, to się zdziwiłem, bo nic nie pokazywał, nie zasługiwał na to, a na bycie kapitanem tym bardziej. Skoro wystarczyło grać w przeciętnej wtedy Legii żeby być w kadrze, to o czym tu mówić…

Gość: jacek23151, 46.31.32.*
2013/10/01 21:46:14
Zastanawiam się od dawna, kto puścił ten mecz Szwedom. Wdowczyk i Kubicki raczej na pewno, ale kto był trzeci? Warto sobie przypomnieć skrót i zobaczyć pierwszą bramkę i ucieszne interwencje naszych obrońców… Zresztą ani Wdowczyk ani Kubicki już długo u Strejlaua nie pograli. Myślę, że trzecim mógł być albo Kaczmarek albo Ziober.

Gość: VolleyPretorian, *.gorzow.mm.pl
2013/10/05 11:16:45
Przecież Kubicki z ławki wszedł. Wdowczyk na bank, Ziober też możliwy. P.S. Świetne opisany Strejlau! a na przyszłość, moje skróty są na dailymotion.com/volleypretorian :) pozdr!

Gość: war3d, *.3-2.cable.virginmedia.com
2013/10/04 16:35:16
Nie ma to jak wrócić z pracy i przeczytać z prawdziwą przyjemnością kolejny odcinek super bloga.

albiceleste10
2013/10/09 23:53:09
Kurde, dzięki. Fantastyczny kawał lektury.