Archiwum kategorii: się dzieje!

Kolarka nie wyprzedza kolarza, nie może

base-training-speed-1522162086

O tym jak problematyczne staje się rozróżnienie na mocniejszych sportowo mężczyzn i słabsze kobiety powstało już wiele publikacji (np. ta). Teraz właśnie pojawił się kolejny ciekawy kamyczek do tego ogródka.

Wyścig kolarski toczony wczoraj w Belgii został przerwany z zaskakującego powodu. Organizatorzy założyli bowiem, że „wolniejsze” kobiety będą startowały 10 minut po „szybszych” mężczyznach. Tym sposobem uniknie się domniemanych kolizji i żadna kolarka nie będzie się też pałętać między kołami (szprychami) prawdziwym władcom szos, bo mężczyźni i tak będą pierwsi na mecie. Tymczasem najszybsza z kobiet Szwajcarka Nicole Hanselmann dość szybko dogoniła męską grupę. Wtedy… zainterweniowali organizatorzy. Poprosili oni, żeby zawodniczka zjechała na bok i odczekała trochę, aby utrzymał się odstęp między paniami a panami. O sprawie można przeczytać w największych światowych dziennikach – np. tutaj, tutaj, tutaj czy nawet tutaj.

Zatrzymanie okazało się skuteczne – Hanselmann nie dogoniła już mężczyzn, a cały wyścig skończyła na dalekiej pozycji. Główna obróciła nieco sprawę w gorzki żart pisząc na swoim Instagramie: Today was the first spring classic in Belgium. I attacked after 7km, and was alone in the break for around 30km…but then a awkward moment happend and I almost saw the back of the men’s peloton… May the other women and me were to fast or the men to slow. After the neutralization, I was caught up again and finished the race on the 74th place.

Cóż, ściganie ściganiem, ale porządek musi być.

P.

Emiliano Sala i czarne łabędzie

BlackSwan900

Historię świata budują przede wszystkim procesy linowe, kumulatywne, narastające, rozwijające się stopniowo, nawet jeśli czynią to w szybkim tempie. Kiedyś znajdują się w fazie zalążkowej, później rozbudowanej, wreszcie schyłkowej. Kapitalizm, technologie, państwa, media itd. W tych kategoriach możemy opisywać otaczającą nasz rzeczywistość.

Czarne łabędzie

Jednocześnie nie możemy pominąć zjawisk niespodziewanych i zaskakujących, które swoim nagłym pojawieniem się stawiają świat na głowie. Trzęsienia ziemi, krachy, katastrofy. Nassim Taleb określa takie wydarzenia mianem „czarnych łabędzi” – wydarzeń niezwykle rzadkich, znajdujących się na samym krańcu ogona rozkładu prawdopodobieństwa, ale wywierających olbrzymi wpływ na otoczenie i świat.

Emiliano Sala i czarne łabędzie

Dla mnie przykładem takiej sytuacji jest tragiczna historia Emiliano Sali, którą futbolowy świat żyje od kilkunastu dni. Piłkarz zginął w katastrofie lotniczej podczas lotu do swojego nowego klubu – Cardiff City. Do poczytania o sprawie choćby tutaj.

Sytuacja tragiczna, kompletnie szokująca i zaskakująca. Nikt nie pomyślał, że może dojść do takiego dramatu. Piłkarz zmierzał od starego pracodawcy do nowego. Ale nie dotarł. Wielki smutek i żal.

Dalej już jednak kończy się empatia, a zaczynają twarde rachunki. Władze Nantes domagają się pieniędzy za transfer swojego zawodnika. Wszak go, pardon za określenie, wydały. Władze Cardiff City z kolei nie kwapią się do zapłaty. Wszak, jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało, zawodnika nie mają. Więcej do poczytania o tym sporze tutaj.

Czy prawo przewiduje takie sytuacje? Jak je rozstrzygać? Czy w kolejnych kontraktach znajdą się klauzule regulujące takie okoliczności? Jakieś formy ubezpieczenia? Czy piłkarze podczas zmian klubów będą mieli zakaz latania prywatnymi samolotami? A w jaki będą mogli docierać do nowego pracodawcy?

Gdy w lutym 2013 roku deszcz meteorytów spustoszył rosyjski Czelabińsk wszyscy byli w szoku. Dzisiaj firmy ubezpieczeniowe w Rosji oferują polisy na wypadek takich wydarzeń w przyszłości (podciągnęły go pod takie wydarzenia jak burze czy grad).

Świat zmienia się nie tylko przez mrówcze budowanie, ale również przez tragedie i katastrofy.

Jeśli kogoś interesują piłkarskie „czarne łabędzie” oraz ich rola w budowaniu tożsamości kibiców, to odsyłam do tekstu, który kiedyś popełniłem wraz z kol. Radkiem Kossakowskim. Polecam lekturę tutaj.

P.

Ragnar Klavan, czyli raduj się Estonio (bo jest finał LM)

Wielki dzień mogą przeżyć kibice w Estonii. Tak, tak, dokładnie – w Estonii.

Oto bowiem może się zdarzyć, że reprezentant ich kraju zostanie zwycięzcą Ligi Mistrzów. Ba, ten reprezentant to w ogóle pierwszy w historii i jedyny zarazem Estończyk grający w Lidze Mistrzów! Mowa oczywiście o Ragnarze Klavanie.

Ragnar Klavan

Klavan (ur. 1985) zalicza właśnie prawdziwy rollercoaster. W pierwszej części trwającego sezonu w zasadzie nie grał. Do składu wskoczył w listopadzie i występował w nim do połowy stycznia. W Nowy Rok strzelił nawet bardzo ważnego zwycięskiego gola w meczu z Burnley (2:1). Poniżej, z piosenką z „Titanica”, a jakże.

Potem niemal trzymiesięczna odstawka, by od kwietnia znowu pojawiać się na boisku w niemal w każdym spotkaniu (choć często jako rezerwowy – z ławki wchodził choćby w obu meczach półfinałowych). Istnieje więc spora szansa, że wystąpi także w finale z Realem.

Droga Klavana na Anfield Road była jednak długa i wyboista. Wiodła przez kluby w ojczyźnie (Tulevik i FC Flora), Norwegii (Valarenga), Holandię (Heracles Almelo i AZ Alkmaar) oraz Niemcy (FC Ausburg). To w Alkmaar wypłynął na szerokie futbolowe wody – z tym klubem grał w Lidze Europy i zadebiutował w Lidze Mistrzów (jeden mecz w sezonie 2009/2010). Natomiast w Bundeslidze (2012-2016) wyrobił sobie markę twardego defensora i wpadł w oko obecnego trenera The Reds – Jurgena Kloppa.

Angielscy kibice bardzo go lubią i cenią za twardość i nieustępliwość, ale także z sympatią podśmiewują się z jego niezbyt błyskotliwego stylu gry. Bardzo polecam poniższy filmik.

**

Z dyspozycji Klavana stara się także skorzystać reprezentacja Estonii, której jest on największą (jedyną?) obecnie gwiazdą. Rosły defensor występuje w niej już 15 lat, a od sześciu jest jej kapitanem. Aktualnie jest piątym w historii Estończykiem z największą ilością meczów w kadrze (za Reimem, Kristalem, Operem i Jaagerem). W latach 2012 – 2017 aż sześciokrotnie wybierano go piłkarzem roku; raz tytuł zgarnął mu sprzed nosa… Konstantin Vassiliev [2013]).

Eliminacje do MŚ 2018 Estończycy zakończyli na czwartym miejscu w tabeli – za Belgią, Grecją i Bośnią, ale za to przed Cyprem i Gibraltarem. Choć zaczęli w sposób spektakularnie fatalny (0:5 z Bośnią, 4:0 z Gibraltarem, 0:2 z Grecją i 1:8 z Belgią), to potem radzili sobie coraz lepiej – zremisowali i wygrali z Cyprem (0:0 i 1:0), zremisowali z Grecją (0:0), znowu rozbili Gibraltar (6:0). Całkiem nieźle, a wspomnieć należy także sensacyjne zwycięstwo nad Chorwacją (3:0) w meczu towarzyskim.

Podobnie wyglądało to też w el. EURO 2016 – tam również czwarte miejsce (za Anglią, Szwajcarią i Słowenią, a przed Litwą i San Marino) i również mecze piękne (1:0 ze Słowenią) oraz załamujące (0:0 z San Marino!).

W kwalifikacjach do MŚ 2014 było już gorzej – piąte miejsce (za Holandią, Rumunią, Węgrami i Turcją, a przed Andorą) i generalnie ostry oklep (bilans bramek: 6 – 20), choć na koncie także zaskakujący remis z Holandią (2:2 i dwa gole Vassilijeva).

Najpiękniej jednak działo się w el. EURO 2012. Tam Estończycy wywalczyli drugie miejsce w tabeli. Usadowili się za Włochami, ale w pokonanym polu zostawili Serbów, Słoweńców, Irlandię Północną i Wyspy Owcze! Obejrzyjcie poniższy klip i powzruszajcie się wraz z estońskim narodem :)

Świetna postawa dała reprezentacji możliwość gry w barażach do EURO 2012. Tam jednak silniejsza okazała się Irlandia (0:4 i 1:1).

*

Może zatem w finale LM Klavan dostarczy kibicom ze swojego kraju kolejną dawkę wzruszeń?

P.

Marchlewicz, Franiak, Jakołcewicz, Chrobak – trenerscy strażacy z Bułgarskiej

Po zwolnieniu Nenada Bjelicy za sterami Kolejorza usiadła aż trójka trenerów (Ulatowski, Araszkiewicz, Rząsa). Takie rozwiązanie to jest akurat novum w historii klubu, bo przedtem Lecha prowadziło jednocześnie maksymalnie dwóch szkoleniowców. Cały tercet traktowany jest jednak jako rozwiązanie tymczasowe, które na ławce szkoleniowej nie przetrwa dłużej niż dwa mecze. A trenerzy-strażacy to akurat fenomen, który w nie tak odległej przeszłości zdarzał się już przy Bułgarskiej.

***

Remigiusz Marchlewicz

Remigiusz Marchlewicz - trener Lecha Poznań tymczasowo w 1997 i 1998 roky
Remigiusz Marchlewicz – trener Lecha Poznań tymczasowo w 1997 i 1998 roku

W latach dziewięćdziesiątych jednym z dyżurnych ratowników zespołu był świetnie znany w Poznaniu Remigiusz Marchlewicz. Eks-zawodnika Lecha, Olimpii i Warty, aż czterokrotnie w trybie awaryjnym mianowano zawiadowcą niebiesko-białej lokomotywy.

Pierwszy raz przytrafiło mu się to w maju 1996 roku. Wtedy to zastąpił on na ostatnie kolejki sezonu Zbigniewa Franiaka, którego drużyna w trzech kolejnych meczach nie potrafiła strzelić gola i coraz bardziej słabła. Choć Marchlewicz w debiucie wygrał we Wronkach (1:0), to potem było już tylko gorzej, a całość domknęła spektakularna porażka z Legią w Warszawie (1:5).

BILANS Marchlewicza: 7 meczów: 2 zwycięstwa – 2 remisy – 3 porażki

Kolejna ratunkowa misja tego szkoleniowca nastąpiła dokładnie rok później (również w maju). Nadszedł sezon 1996/1997 i tym razem Marchlewicz dogrywał sezon po Ryszardzie Polaku, zwolnionym po porażce u siebie z Zagłębiem Lubin (1:2). Zespół pod jego wodzą rozegrał cztery spotkania, a ich bilans pozostaje neutralny.

BILANS Marchlewicza: 4 mecze: 1 – 2 -1

Najbardziej chyba niezwykły w awaryjnym dorobku Marchlewicza jest sezon 1997/1998. Sytuacja z poprzednich rozgrywek znowu się powtórzyła, choć tym razem sprawa okazała się jeszcze bardziej zapętlona. W połowie marca klub pożegnał się z Krzysztofem Pawlakiem (po porażce 1:3 z Widzewem u siebie). Kolejorz pod jego wodzą świetnie rozpoczął rozgrywki, ale później gasł w oczach. Nagłym zastępcą został tradycyjnie już Remigiusz Marchlewicz. Zespół prowadził przez pięć dni i w tym czasie poległ w Lubinie (1:3 z Zagłębiem po hat-tricku Radosława Jasińskiego). Jego pełnoprawnym już zmiennikiem był świetnie znany i ceniony w Poznaniu Jerzy Kopa. On jednak również wytrzymał z drużyną… tylko miesiąc. W pięciu spotkaniach wygrał raptem raz i pod koniec kwietnia jego następcą został… Marchlewicz. Nowy-stary trener prowadził zespół w czterech spotkaniach (raz wygrał i trzy razy zremisował) i naturalne wydawało się, że dogra sezon już do końca. Tymczasem, w połowie maja, szkoleniowcem mianowano Adama Topolskiego, który docelowo miał zostać trenerem także na kolejne rozgrywki. Topolski zakończył sezon efektownym bilansem jednej porażki i czterech kolejnych zwycięstw (w tym pamiętne 3:0 z Legią po hat-tricku Reissa i 2:0 w Łodzi ze świeżo koronowanym mistrzem Polski – ŁKS)

BILANS Marchlewicza (łączny): 5 meczów: 1 – 3 – 1

BILANS Kopy: 5 meczów: 1 – 2 – 2

***

Zbigniew Franiak i Wojciech Wąsikiewicz

Adam Topolski prowadził zespół ponad rok, aż do września 1999 roku. Wtedy to po fatalnym starcie rozgrywek i odpadnięciu z Pucharu UEFA zastąpił go Marian Kurowski. Prowadzona przez niego drużyna również radziła sobie poniżej oczekiwań i na początku kwietnia 2000 trener został pożegnany. Po jego zwolnieniu przez tydzień na ławce szkoleniowej siedział Zbigniew Franiak (w tym czasie poległ w Chorzowie 0:2). Wkrótce Franiaka zastąpił śp. Wojciech Wąsikiewicz. Z góry było jednak wiadome, że cokolwiek się nie wydarzy, to będzie on trenerem Lecha tylko do końca sezonu. Popularny Wąs poprowadził więc drużynę w sześciu spotkaniach i zarazem stał się tym szkoleniowcem, który przypieczętował degradację Kolejorza z ekstraklasy. Już następnego dnia po ostatnim meczu sezonu nowym coachem został Austriak Adi Pinter.

BILANS Franiaka: 1 mecz: 0 – 0 – 1

BILANS Wąsikiewicza: 6 meczów: 2 – 0 – 4

***

Kolejny przypadek ratowania się awaryjnymi trenerami miał miejsce w pierwszym sezonie po powrocie do ekstraklasy (2002/2003). Bogusław Baniak awansował z zespołem, ale trudów bojów na najwyższym szczeblu już nie wytrzymał. Pod koniec września 2002 roku został zwolniony, a jego miejsce zajął Czesław Jakołcewicz. Furory nie zrobił (tylko dwa zwycięstwa w ośmiu meczach), a zespół pod jego wodzą niebezpiecznie zbliżał się do strefy spadkowej. Zarząd klubu od początku podkreślał jednak, że to okres przejściowy, w procesie budowania nowej ścieżki rozwoju Lecha.

Z czasem okazało się, że Jakołcewicz torował drogę dla czeskiej myśli szkoleniowej, która wówczas stawała się coraz popularniejsza w naszym kraju. Klub postanowił bowiem sprowadzić do siebie Libora Palę. Tego jednak wiązał wówczas jeszcze kontrakt ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki, więc wymyślono, że jego forpocztą zostanie jego asystent Bohumil Panik. Panik został trenerem pod koniec listopada 2002 roku i prowadził zespół bez większych wzlotów do końca rozgrywek.

BILANS Jakołcewicza: 8 meczów: 2 – 2 – 3

BILANS Panika: 19 meczów: 5 – 4 – 6

***

Najświeższy przypadek strażaka na ławce Lecha to Krzysztof Chrobak. Już wstępując w tę rolę wiedział, że prowadzić będzie Kolejorza tylko w trzech meczach. Po zwolnieniu Mariusza Rumaka w dniu 12 sierpnia 2014 klub bowiem dość szybko dogadał się z Maciejem Skorżą, ale ten mógł zacząć pracę przy Bułgarskiej dopiero od września. Misję prowadzenia zespołu przez te trzy tygodnie powierzono zatem Chrobakowi. Kierowany przez niego zespół szału jednak nie zrobił – w trzech meczach zaliczył tylko trzy remisy (1-1 z Pogonią, 0-0 z Ruchem, 1-1 z Cracovią). Wszyscy docenili zatem, że obejmował zespół w trudnym momencie, ale też nikt specjalnie za nim nie płakał.

BILANS Chrobak: 3 mecze: 0 – 3 – 0

A jak będzie z tercetem U-R-A?

Tekst na podstawie programu meczowego Lecha Poznań

P.

Norwegia – stępione rogi Wikingów

The Lost Vikings - obraz z gry
The Lost Vikings – obraz z gry

Norwegowie zostali wczoraj srogo wybatożeni przez Niemców (0:6). Oczywiści nie mają już żadnych szans na MŚ 2018. Te eliminacje są dla nich jednak wyjątkowo bolesne, bo w tabeli wyprzedzają jedynie San Marino (choć w bezpośrednim meczu dali im strzelić sobie gola), a po drodze opukiwał ich Azerbejdżan, o Irlandii Północnej nawet nie wspominając.

Tym samym, jeszcze podczas rosyjskiego mundialu swoje osiemnaste urodziny będą obchodzili obywatele Norwegii, za których życia ich narodowa reprezentacja nie grała w żadnej wielkiej piłkarskiej imprezie!

Wielka Norwegia – Flo i załoga

A przecież było tak pięknie… W drugiej połowie lat 90-tych Norwegowie byli w światowej czołówce. Na MŚ 1994 ograli Meksyk (1:0) i tylko gorszy bilans bramkowy sprawił, że nie awansowali do 1/8 finału. Choć na EURO 1996 się nie dostali (o włosek wyprzedzili ich Czesi i Holendrzy), to później coraz bardziej szokowali świat. Najpierw w cuglach zdobyli kwalifikację na MŚ 1998 (m.in. 5:0 ze Szwajcarią). W maju 1997 roku w towarzyskim meczu w Oslo pokonali Brazylijczyków (4:2) – ówczesnych mistrzów świata! Zobaczcie jak oni grali!

W 1998 roku w ramach przygotowań do francuskiego mundialu odnotowali takie oto szalone wyniki: 3:3 z Francją, 2:2 z Belgią, 2:0 z Danią, 5:2 z Meksykiem i 6:0 z Arabią Saudyjską. Pożoga i zniszczenie godne prawdziwych wikingów! Trudno się dziwić, że niektórzy przebąkiwali nawet o medalu dla Norwegów.

W pierwszym meczu mistrzostw – remis z Maroko (2:2). Potem – remis ze Szkocją (1:1). To było jednak rozczarowanie. Awans do 1/8 stawał się coraz bardziej problematyczny. Tym bardziej, że w ostatnim meczu grupowym rywalem byli Brazylijczycy. Ale… znowu wygrali Skandynawowie (2:1)!

Po tym triumfie zapanowała euforia. W 1/8 los skojarzył Norwegów z Włochami. I to właśnie Squadra Azzura okazała się lepszą drużyną, po nudnym meczu i goli Vieriego.

Cóż to jednak była za ekipa… Justein i Tore Andre Flo, defensywa Berg – Johnsen – Bjornebye, Rekdal, Mini Jakobsen, Mykland, Solbakken, młody Solskjaer. Na ławce Egil Olsen. Jestem w stanie wymienić ich zbudzony w środku nocy.

EURO 2000 i początek końca

Norweski flow jednak trwał. Ekipa prowadzona już przez Nilsa Johana Semba z palcem w nosie awansowała na EURO 2000. Tam w pierwszym meczu sensacyjnie pokonała Hiszpanię (1:0). Potem jednak już było tylko gorzej – porażka z Jugosławią (0:1) i remis ze Słowenią (0:0) sprawił, że Wikingowie nie wyszli z grupy.

I koniec. Wrota sezamu się zamknęły. Nigdy więcej już nie pojawili się już na wielkim turnieju.

Co takiego się wydarzyło? Tego nie wie nikt. Norwegowie przegrali kolejne eliminacje do: MŚ 2002, EURO 2004, MŚ 2006, EURO 2008, MŚ 2010, EURO 2012, MŚ 2014, EURO 2016 i MŚ 2018. Samym wymienianiem już można się zmęczyć.

Norweska kronika klęsk

Z tej pierwszej imprezy Norwegów wytrącili oczywiście Polacy. W barażu o awans na EURO 2004 srogi rewanż na nich wzięli sobie Hiszpanie (2:1 i 3:0). W el. MŚ 2006 lepsi w barażach okazali się z kolei Czesi (0:1 i 0:1). W el. EURO 2008 – górą byli Grecy i Turcy. W el. MŚ 2010 Norwegia stała się jedyną drużyną z drugiego miejsca, która nie załapała się na baraż (zdobyła tylko 10 pkt.). Kwalifikacje EURO 2012 – trzecie miejsce, za Danią i Portugalią. W el. MŚ 2014 – już tylko czwarte miejsce, za Szwajcarią, Islandią i Słowenią. Wreszcie EURO 2016, gdzie wydawało się, że awansują wszyscy chętni. Wszyscy, ale nie Norwegia. Wikingowie polegli bowiem w barażu z Węgrami (0:1 i 1:2). Prawdziwy zapis smutku. Może bez spektakularnych katastrof, ale i bez miłych niespodzianek.

Trudno powiedzieć gdzie tkwi przyczyna kryzysu. Może Norwegowie zbyt długo płynęli na swojej złotej generacji, a później na jej oparach? A gdy przyszło otrzeźwienie to już było za późno, bo trudno się wyrwać z trzeciego koszyka? A może w wyjściu na prostą przeszkadza Norwegom ich… kultura pracy. Pomimo braku awansu na imprezy kolejni selekcjonerzy i tak pozostawali na swojej posadzie przez 3, 4 albo 5 lat.

Faktem jednak jest, że dzisiejsza reprezentacja Norwegii to drużyna absolutnie przeciętna. Rolę jej gwiazd pełnią trzydziestoletni już zawodnicy, którzy tęsknie wzdychają za czasami, gdy Brazylijczyków po boisku rozstawiali Flo i spółka.

P.

Komentarz z numer10.blox.pl

Gość: gp, *.dynamic.chello.pl
2017/09/09 14:44:58
To nie jest kryzys, tylko powrót do normalności. Poza tą jedną generacją Norwegowie nie liczyli się przecież w futbolu nigdy.
Przyczyna brku kontynuacji? Najlepsi zaczeli odchodzić. Zaczęło się od obrony. Kiedy grali znami, Berg i Johnsen i kilku innych byli już po 30-ce, a nastepców nie było.
Wyniki klubowe teżwiele mówią, Roenborg gral przecież kiedyś w LM 10 lat z rzeu.
Odeszło złote pokolenie i skończyły sie wyniki. Tak bywa w małych krajach.
Nie wiem, czy to nie ma aby związku z demografią, jakimś wyżem, liczniejszym pokoleniem, w którym ilosć przechodzi w jakość i łatwiej o talenty. Wiele o tym mówi przykład Włoch, które od lat mają niską dzietnosć i teraz mamy skutek (?) w postaci niedostatku zdolnych piłkarzy…

Świt Kuchego

Wczoraj Michał Kucharczyk strzelił dwa – dające Legii zwycięstwo – gole w meczu z Lechią Gdańsk (2:1). Dzisiaj z kolei świętuje swoje 26. urodziny. Niezła passa.

z15935795Q,Michal-Kucharczyk

Przy tej okazji przypomniały mi się czasy, gdy Kuchy występował w – najpierw III-, a potem II-ligowym – Świcie Nowy Dwór Mazowiecki. Co on tam wyprawiał!? Wydawało się, że to gość, który w przyszłości zniszczy wszechświat, a w kadrze Polski przelicytuje Michała Żewłakowa.

Kucharczyk był świeżo po 17. urodzinach, gdy zdobył swe premierowe (od razu dwa) gole w III lidze (3:0 z UKS SMS Łódź). Jeden z nich poniżej.

Wiosnę 2008 zakończył z 12 meczami i 3 bramkami. Sezon 2008/2009 to już miazga. 24 mecze i 24 bramki. W wygranym spotkaniu UKS SMS Łódź – Świt NDM (0:6) Kucharczyk strzela pięć goli! Fani widzą w nim nowego Maradonę. Do poczytania tutaj i tutaj, a do obejrzenia tutaj. Wtedy mówi o nim już pół Polski. Sezon 2009/2010 w jego wykonaniu nie prezentował się już może tak okazale, ale wciąż robił wrażenie: 25 meczów i 13 goli dla 19-latka to i tak rewelacja.

Latem 2010 Kucharczyk został piłkarzem Legii i właśnie leci jego siódmy sezon przy Łazienkowskiej. Na pewno można było się po nim spodziewać większych sukcesów, ale… i liczyć się z mniejszymi (śladem tabunów superzdolnych juniorów, którzy przepadli w dorosłej piłce albo nawet do niej nie dotarli). Kuchy jest na pewno zawodnikiem ambitnym, który zawsze wkłada serce i płuca w rozgrywane mecze. Choć nigdy nie stał się gwiazdą pierwszego formatu, to kilka jego trafień przeszło już do historii Legii (np. gole ze Spartakiem i Dundalk). Kibice go szanują, a jemu samemu również dobrze w stolicy. Pachnie to być może stagnacją, ale MK zapowiada, że jego czas jeszcze nadejdzie.

P.

Luzowanie między słupkami

Jeszcze nie tak dawno zdarzali się bramkarze, którzy bronili nieprzerwanie klubowych bramek przez kilka albo nawet kilkanaście lat. Obecnie rotacja na tym stanowisku nie różni się jakoś szczególnie od tej na innych pozycjach.

Wydaje się, że czasy, w których jeden zawodnik występował przez kilka sezonów we wszystkich meczach swojego zespołu już bezpowrotnie minęły. Z różnych względów niewiele dzisiaj mamy drużyn ogrywających się na dłuższą metę tylko jednym golkiperem. Niech zilustruje to poniższe zestawienie występów w obecnym i poprzednim sezonie.   

KLUB

2016/2017

2015/2016

Arka Gdynia

Jałocha – 13

Jałocha – 34 (I liga)

Cracovia

Sandomierski – 13

Sandomierski – 28

Pilarz – 9

Górnik Łęczna

Prusak – 13

Prusak – 20

Rodic – 12

Bartkus – 7

Jagiellonia Białystok

Kelemen – 12

Węglarz – 1

Drągowski – 34

Baran – 3

Korona Kielce

Gostomski – 8

Peskovic – 5

Małkowski – 19

Trela – 19

Lech Poznań

Putnocky – 8

Buric – 5

Burić – 35

Gostomski – 2

Kotorowski – 1

Lechia Gdańsk

Milenković-Savić – 11

Podleśny – 2

Marić – 24

Milenković-Savić – 11

Budziłek – 2

Legia Warszawa

Malarz – 13

Malarz – 19

Kuciak – 18

Piast Gliwice

Szmatuła – 12

Rusov – 1

Szmatuła – 37

Pogoń Szczecin

Kudła – 9

Henger – 2

Słowik – 2

Kudła – 21

Słowik – 17

Ruch Chorzów

Lech – 9

Skaba – 3

Hrdlicka – 1

Putnocky – 34

Skaba – 4

Śląsk Wrocław

Pawełek – 11

Kamenar – 2

Pawełek – 24

Abramowicz – 10

Wrąbel – 4

Termalika Bruk-Bet Nieciecza

Pilarz – 11

Trela – 3

Nowak – 24

Pilarz – 8

Witan – 5

Wisła Kraków

Miśkiewicz – 9

Załuska – 4

Cierzniak – 21

Miśkiewicz – 16

Wisła Płock

Kiełpin – 13

Kiełpin – 32

Kryczka – 2

(I liga)

Zagłębie Lubin

Polacek – 13

Polacek – 23

Forenc – 15

* – Stan na 25.10.2016 – po 13. kolejce sezonu 2016/2017
** – Mecze wszystkich bramkarzy w sezonie 2015/2016 powinny sumować się do 37. Jeśli jest ich więcej, to znaczy, że w sezonie zdarzały się spotkania, w których wystąpiło dwóch golkiperów.
*** – W I lidze rozgrywane były w poprzednim sezonie 34 mecze.

Powyższa tabela pokazuje, że w poprzednich rozgrywkach tylko jeden bramkarz wystąpił we wszystkich meczach od pierwszej do ostatniej minuty (Szmatuła). W obecnym natomiast sezonie, mimo że za nami dopiero 13 kolejek, mamy takich golkiperów raptem sześciu (Jałocha, Sandomierski, Prusak, Malarz, Kiełpin, Polacek). Większość drużyn stosuje bowiem rotację w bramce podczas meczów ekstraklasy (nie wspominając już o Pucharze Polski czy europejskich pucharach). Ba, Pogoń Szczecin i Ruch Chorzów już teraz skorzystały z usług trójki golkiperów.

Dodatkowo warto dostrzec, że w porównaniu do poprzedniego sezonu wiele ekip zmieniło swojego „pierwszego” bramkarza. Posadę taką utrzymało raptem dziewięciu zawodników – Jałocha, Sandomierski, Prusak, Malarz, Szmatuła, Kudła, Pawełek (choć jego pozycja obecnie wydaje się nieco zagrożona), Kiełpin i Polacek.

Wzmożony ruch w kwestii obsady newralgicznego stanowiska między słupkami wiązać należy przede wszystkim z dużą ilością meczów w sezonie. Rozegranie 37 spotkań dla wielu zawodników jest zbyt dużym obciążeniem. Dość powiedzieć, że w poprzednich rozgrywkach cztery ekipy puściły w bój aż trójkę golkiperów. Ba, w przypadku Górnika Łęczna każdy z nich występował dość dużo, bo nawet trzeci bramkarz rozegrał siedem spotkań.

 P.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego

Lecha Poznań

Legia i jądro nicości

gwny

Wieczorna potyczka Realu z Legią dostarcza wielu kibicom emocji dość rzadko spotykanych. Znamy bowiem dobrze różne typy napięcia towarzyszące spotkaniom polskich drużyn. Nerwy – żeby wygrać, żeby zremisować, żeby awansować, żeby dobrze się zaprezentować… Te wszystkie stany wywołujące obgryzanie paznokci przerabialiśmy wiele razy.

Rzadko jednak fanom towarzyszy lęk przed astralną katastrofą. Kataklizmem absolutnym, unieważniającym wszystkie znane dotychczas definicje sportowej klęski. Przed sytuacją, która ośmieszy nie tylko występującą drużynę, ale i cały rodzimy futbol. Spotkaniem, które stanie się meczem-symbolem, synonimem nieporadności i nieadekwatności, bolesnym klapsem wymierzonym w biało-czerwone ambicje i aspiracje.

Choć spektakularne baty nieraz zdarzały się ekipom znad Wisły, to jednak rzadko miał okazję patrzeć na nie cały świat. Fazy wstępne i przedwstępne, mecze Pucharu UEFA, zawody ginące w morzu innych spotkań rozgrywanych tego samego dnia i o tej samej godzinie. Tym razem jest inaczej. Tym razem nie tylko potyczka odbywa się w świetle jupiterów teleportujących obraz zawodów na cały świat. Dodatkowo przeciwnikiem jest ekipa, której zastęp kibiców szacuje się powyżej stu milionów.

Nie zazdroszczę Legii. Jej sytuacja przypomina kogoś, kto od dawna marzył o ślubie. Gdy jednak do niego doszło, to na własną ceremonię przyszedł w dziurawych spodniach, na weselu upił się jego wujek i wymiotował na środku parkietu, a on sam dostał kilka razy w pysk od kuzyna żony. Późniejsze pożycie z małżonkę to same frustracje i rozczarowania, czego nie zmienia godny posag niewiasty.

Czy dzisiejsza noc konsumowania związku dostarczy wreszcie jakichś miłych uniesień czy znów okaże się bolesnym doświadczeniem zniechęcającym do jakichkolwiek zbliżeń?

P.

Przed finałem PP: dwa kluby, na ławce i w korkach

Rzadko zdarza się, aby trenerzy tak bardzo związani z Legią zasiadali na ławce Lecha Poznań. Jan Urban nie jest jednak jedynym takim przypadkiem w historii Kolejorza. Funkcję trenera poznańskiej Lokomotywy piastowali już szkoleniowcy z przeszłością na Łazienkowskiej.

To grono można podzielić na dwie kategorie: osoby, które występowały w Legii jako piłkarze, a później trenowały Kolejorza oraz osoby, które trenowały Legię, a później prowadziły Lecha.

Z wojskowego boiska na niebiesko-białą ławkę

Trzy nazwiska znajdziemy w zestawie byłych zawodników wojskowego klubu, którzy potem prowadzili Kolejorza.

Nestorem w tym towarzystwie jest śp. Leszek Jezierski. Choć przez większość kibiców kojarzony jest on przede wszystkim z łódzkimi zespołami, to ma na koncie również piłkarski epizod w Legii. W sezonie 1950/1951 wystąpił bowiem w kilku jej meczach (6 spotkań – 1 gol). Kolejorza zaś prowadził w nieco awaryjnych warunkach, do spółki z Jackiem Machcińskim, od stycznia do końca maja 1985 roku. W ramach ciekawostki warto dodać, że w Poznaniu zaliczył również krótki moment jako czynny piłkarz. Przez rok reprezentował nieistniejący już Stomil Poznań (1963-164).

O wiele większe dokonania w koszulce Legii ma Henryk Apostel. W stolicy występował w latach 1962-1968 oraz w 1970 roku. Z warszawskim klubem wywalczył mistrzostwo Polski 1969, wicemistrzostwo Polski 1968 oraz Puchar Polski 1964 i 1966. Do sukcesów tych nawiązał nieco podczas pobytu w Poznaniu. Choć jego pierwsze podejście do Kolejorza okazało się kompletnie spalone (lipiec – listopad 1988), to w drugim rzucie wywalczył z drużyną mistrzostwo Polski 1992 i 1993 (choć w tym drugim przypadku odszedł w trakcie sezonu).

Piłkarską legendą Legii Warszawa jest Adam Topolski. Choć pochodzi on z wielkopolskiego Witkowa, to barwy stołecznej ekipy reprezentował przez ponad 8 lat. Zasłynął tam jako defensor obdarzony piekielnie mocnym uderzeniem i zdobywca trzech Pucharów Polski (1973, 1980, 1981). Już po przekwalifikowaniu się na trenera dwukrotnie prowadził Lecha Poznań. Najpierw działo się to w sezonie 1998/1999 (sezon zakończony na czwartej pozycji), a później w latach 2000-2001.

Imię i nazwisko

W Legii jako piłkarz

W Lechu jako trener

Leszek Jezierski

1950 – 1951

01.01.1985 – 26.05.1985

Henryk Apostel

1962 – 1968

1970

01.07.1988 – 30.11.1988

20.05.1991 – 05.04.1993

Jerzy Kasalik

1968 – 1969

09.05.1987 – 23.05.1987

05.09.1987

Adam Topolski

1973 – 1981

17.05.1998 – 05.09.1999

29.08.2000 – 01.04.2001

 Trener i trener

Tercet trenerów wyłącznie zasiadało na ławkach obu drużyn. Pierwszym z nich jest Jerzy Kopa. Co ciekawe, do obu klubów miał po kilka podejść. W Lechu był aż trzykrotnie – w latach 1976-1979, 1989-1991 oraz w 1998 roku. Na swoim koncie ma zatem mistrzostwo Polski 1990 (wraz z Andrzejem Strugarkiem). Legię natomiast prowadził dwukrotnie: w latach 1982-1985 oraz 1998-1999. Tutaj z kolei osiągnął wicemistrzostwo 1985.

Dość niezwykle prezentują się perypetie Macieja Skorży.

skorza24_djmouuigqikwooz

Był on wielką nadzieję Legii na odzyskanie mistrzostwa Polski. Złośliwy los chciał jednak, że dwa razy tytuł znajdował się w zasięgu jego rąk i dwa razy się wymykał – raz na rzecz Wisły Kraków, raz na rzecz Śląska. Na pocieszenie zostały mu dwa Puchary Polski (2011, 2012), choć z pewnością nie osłodziły mu fiaska warszawskiego projektu. Co się jednak nie udało w Warszawie, to udało mu się w Poznaniu.

Janowi Urbanowi udało się to, co nie udało się Skorży.

jan_urban_obrazony_legia_le2012_470z19012045Q,Jan-Urban--nowy-trener-Lecha-Poznan

Zdobył on z legionistami mistrzostwo Polski 2013 oraz dorzucił cegiełkę do mistrzostwa 2014. Warto jednak pamiętać, że jego pierwsze podejście do Legii było mniej szczęśliwe. Przez trzy lata (2007-2010) wywalczył tylko Puchar Polski 2008. Jakimi osiągnięciami będzie mógł się pochwalić opuszczając Kolejorza? Poczekamy, zobaczymy.

Imię i nazwisko

W Legii jako trener

W Lechu jako trener

Jerzy Kopa

1982 – 1985

1998 – 1999

01.10.1976 – 20.10.1979

22.08.1989 – 19.05.1991 (wspólnie z A. Strugarkiem)

24.03.1998 – 29.04.1998

Maciej Skorża

2010 – 2012

01.09.2014 – 12.10.2015

Jan Urban

2007 – 2010

2012 – 2013

12.10.2015 – wciąż

Buty, ławka, ławka

Wreszcie dwóch trenerów ma podwójnie zakręcony legijno-lechicki życiorys. W jednym z dwóch klubów nie tylko bowiem zasiadali na ławce, ale i reprezentowali go na boisku.

Jerzy Kasalik zarówno występował w Kolejorzu (1976-1982), jak i prowadził go – choć krótko – jako trener (dwa epizody w 1987 roku). Pomimo tej bogatej poznańskiej biografii, to piłkarskie kroki na początku swej kariery stawiał właśnie w Legii. W Warszawie spędził sezon 1968/1969.

Odwrotną sytuację zaliczył Franciszek Smuda. Franz najpierw był piłkarzem Legii (1975-1977), potem jej trenerem (1999-2001), a następnie zasiadł za sterami poznańskiej Lokomotywy (2006–2009). Niewielu fanów o tym pamięta, ale pobyt Smudy jako trenera w Warszawie był kompletną klapą zakończoną bez żadnych sukcesów. W Poznaniu zaś ten etap jego pracy został przypieczętowany Pucharem Polski 2009 oraz świetnymi występami w europejskich pucharach.

Imię i nazwisko

W Legii jako piłkarz

W Legii jako trener

W Lechu jako piłkarz

W Lechu jako trener

Jerzy Kasalik

1968 – 1969

1976-1982

09.05.1987 – 23.05.1987

05.09.1987

Franciszek Smuda

1975 – 1977

1999 – 2001

30.06.2006 – 30.06.2009

Tekst pochodzi z Programu Meczowego

„Heej Lech!”

P.

Bramkarz gola!

Sebastian Nowak, bramkarz Termaliki Bruk-Bet Nieciecza, popisał się dzisiaj efektownym golem strzelonym głową swojemu koledze po fachu z Wisły Kraków.

z19977263Q

Wszelkie zachwyty jak najbardziej mu się należą, ale – lekko studząc euforię – należy pamiętać, że nie jest on pierwszym bramkarzem w polskiej ekstraklasie, który trafił do siatki przeciwnika.

Choć brakuje mi w tej kwestii jednoznacznych danych, to Nowak jest przynajmniej trzecim golkiperem z naszej najwyższej klasy rozgrywkowej, który wpisał się na listę strzelców. Przed nim z pewnością zrobiło to trzech innych bramkarzy.

W sezonie 1973/1974 gola dla ŁKS po dośrodkowaniu z rożnego zdobył nie kto inny jak Jan Tomaszewski. Ktoś poratuje w jakim to było meczu?

z3430090XJan-Tomaszewski

8 czerwca 2004 roku Legia Warszawa ograła przy Łazienkowskiej konający już Widzew Łódź aż 6-0. Ostatnią bramkę dla warszawiaków z rzutu karnego zdobył Artur Boruc.

Później jeszcze w Szkocji Boruc nie raz skutecznie wykonywał jedenastki, ale działo się to już zawsze w konkursach rzutów karnych.

29 maja 2011 roku do siatki trafił z kolei golkiper Śląska Wrocław – Marian Kelemen. Wydarzyło się to w meczu Śląsk – Arka Gdynia, który wrocławianie wygrali 5:0.

Nie mam pewności, że przed Tomaszewskim (albo między Tomaszewskim a Borucem) nie trafił żaden inny golkiper. Mnie jednak nie udało się znaleźć takiej informacji. W takim układzie Sebastian Nowak byłby godnym numerem 4.

Inną bajką są oczywiście gole strzelane przed bramkarzy na niższych szczeblach ligowych, w Pucharze Polski oraz zdobywane przez polskich golkiperów na zagranicznych boiskach. W tej drugiej kategorii najbardziej spektakularne trafienie odnotował chyba Kazimierz Sidorczuk.

Po takiej bramce pozostaje tylko zakończyć ten wpis. Dobranoc.

P.