Archiwum kategorii: polskie kluby w europejskich pucharach

Liga Mistrzów 1992/1993. Kocioł bałkański, pierwszy gol Skonto na Wyspach Owczych

Liga Mistrzów 1992/1993 - mapa ze wszystkimi uczestnikami eliminacji
Liga Mistrzów 1992/1993 – mapa ze wszystkimi uczestnikami eliminacji

Ćwierćwiecze Ligi Mistrzów to dobra okazja, by powspominać jej premierową edycję. Już Puchar Europy 1991/1992 (z triumfem Barcelony po finale z Sampdorią) miał fazę grupową, ale dopiero rok później zaczęła ona nosić nazwę, która dziś jest wielką marką. Mianem Ligi Mistrzów, co ciekawe, UEFA określała wówczas tylko rundę grupową. To, co przed nią (a co dziś nazywamy eliminacjami LM), było odpowiednio – 1/32 i 1/16 finału Pucharu Europy, a to co na końcu – finałem Pucharu Europy (a nie finałem Ligi Mistrzów!).

Slovan Bratysława mistrzem Czechosłowacji, Tawrija Symferopol – Ukrainy

Sytuacja geopolityczna pierwszej połowy lat 90. była bardzo skomplikowana. W piłkarskiej Europie nie było już przedstawicieli nrdowskiej Oberligi, za to przedostatni sezon ligi czechosłowackiej wygrał Slovan Bratysława. Rozpad Związku Radzieckiego sprawił, że do pierwszej rundy rozgrywek dla mistrzów krajów, przystąpił czempion Ukrainy. Nie było nim jednak ani Dynamo Kijów, ani Szachtar Donieck, a Tawrija Symferopol – której stadion dziś leży już na wydartym Ukrainie przez Rosjan Krymie (a Tawrija gra w amatorskiej lidze w Berysławiu). Tawrija wystartowała udanie – po bezbramkowym remisie w Dublinie, w Symferopolu pokonała 2:1 irlandzki Shelbourne i mogła grać dalej. W następnej rundzie miejsce w szeregu pokazał jej szwajcarski FC Sion (1:3 i 1:4).

Tawrija Symferopol - mistrz Ukrainy 1992 - zdjęcia ze stadionu (2009)
Tawrija Symferopol – mistrz Ukrainy 1992 – zdjęcia ze stadionu (2009)
Tawrija Symferopol - mistrz Ukrainy 1992 - zdjęcia ze stadionu (2009)
Tawrija Symferopol – mistrz Ukrainy 1992 – zdjęcia ze stadionu (2009)

Tawrija Symferopol - mistrz Ukrainy 1992 - zdjęcia ze stadionu (2009)

Lech Poznań czekał na Skonto Ryga. KI Klaksvik za słaby

Vitalis Astafjevs (Łotwa) na naklejce Panini wydanej z okazji Euro 2004
Vitalis Astafjevs (Łotwa) na naklejce Panini wydanej z okazji Euro 2004

Mistrz innej dawnej socjalistycznej republiki radzieckiej, Łotwy, Skonto Ryga, zdobył pierwszego gola w rozgrywkach Pucharu Europy 1992/1993. Zdobył go, konkretnie, Vitalijs Astafjevs, rekordzista pod względem liczby występów w reprezentacji Łotwy, który grał na Euro 2004, a wcześniej wygrał z Polską w Warszawie za kadencji Zbigniewa Bońka. To było też pierwsze spotkanie całych rozgrywek, bo mecz na Wyspach Owczych rozpoczął się wcześniej od pozostałych trzech bojów tej rundy. Skonto wygrało 3:1, w Rydze zaś 3:0 i to ono zostało rywalem Lecha Poznań.

Rywalem Lecha Poznań w eliminacjach Ligi Mistrzów 1992 był zwycięzca meczu Skonto Ryga - KI Klaksvik
Rywalem Lecha Poznań w eliminacjach Ligi Mistrzów 1992 był zwycięzca meczu Skonto Ryga – KI Klaksvik
Rywalem Lecha Poznań w eliminacjach Ligi Mistrzów 1992 było Skonto Ryga, zwycięzca meczu z KI Klaksvik (Przegląd Sportowy)
Rywalem Lecha Poznań w eliminacjach Ligi Mistrzów 1992 było Skonto Ryga, zwycięzca meczu z KI Klaksvik (Przegląd Sportowy)

Liga Mistrzów – w eliminacjach z Izraelem. Bez Jugosławii, Gruzji i Albanii

Dwa pozostałe dwumecze też nie wywołały wielkich emocji: słoweńska Olimpija Ljubljana gładko pokonała estońską Normę Talinn (3:0 i 2:0), a Maccabi Tel-Awiw (z Avramem Grantem na ławce i Avim Nimnim na boisku) – Valettę FC. Wygrana mistrza Izraela na Malcie w pierwszym meczu (2:1), to jedyny ślad wideo obecny w internecie z tego etapu eliminacji Ligi Mistrzów 1992/1993.

Najciekawsze i – niestety – najsmutniejsze działo się tuż przed losowaniem. Ze względu na wojnę w Jugosławii, liczba uprawnionych przez UEFA do gry w europejskich pucharach (i w eliminacjach do premierowych rozgrywek), stopniowo była zmniejszana. Wypadł jeden z faworytów, Crvena Zvezda, której mało zabrakło do finału poprzedniego Pucharu Europy (swoje mecze w sezonie 1991/1992 rozgrywała w Budapeszcie i Sofii). Nie dopuszczone zostały też kluby z Chorwacji (Hajduk Split), Gruzji (Dynamo Tbilisi) i Albanii (Vlaznia Szkodra). To właśnie Albańczycy mieli chyba największe prawo być wściekłymi na decyzję UEFA z połowy lipca 1992, bo jeszcze na początku czerwca rozgrywali u siebie mecz eliminacji World Cup 1994 z Litwą i nikt nie miał większych zastrzeżeń. Premier Albanii Aleksander Meksi nazwał decyzję UEFA „skandaliczną”. Ale gdy w następnej rundzie do gry o awans do Ligi Mistrzów wkroczyli mistrzowie wszystkich najlepszych lig, nikt już o tym nie pamiętał.

Liga Mistrzów 1992 - Przegląd Sportowy o eliminacjach
Liga Mistrzów 1992/1993 – Przegląd Sportowy o eliminacjach
Liga Mistrzów 1992 - Przegląd Sportowy o eliminacjach
Liga Mistrzów 1992/1993 – Przegląd Sportowy o eliminacjach

B.

 

Sensacje XXI wieku: 10 polskich goli w pucharach w ostatniej minucie

Gol w ostatniej minucie, gol w doliczonym czasie – sól futbolu. W przypadku Arki Gdynia i Rafała Siemaszki musi smakować szczególnie, przecież – podobnie jak w finale Pucharu Polski z Lechem Poznań, który miałem wątpliwą przyjemność oglądać na Stadionie Narodowym – w meczu z Duńczykami mieli nie mieć szans.

Przez lata skojarzenie było jedno: to polskie drużyny tracą gola 90. minucie albo w doliczonym czasie gry, same strzelają może raz na dekadę. Faktem jest, że gol Roberta Lewandowskiego na 2:2 w wyjazdowym meczu ze Szkocją w eliminacjach Euro 2016 był bodaj pierwszym tego rodzaju (że w doliczonym, i że zmienił on wynik) w historii (!) występów Polaków o punkty, a naszym to albo jakiś Szwed, albo Odonkor do spółki z Neuvillem, albo inny Vastić wcisnął.

Ale w meczach klubowych tak źle nie było, czego dowodem niech będzie tych 10 goli z XXI wieku. Każdy z tych goli w 90. minucie (lub w doliczonym czasie gry) dał polskiemu klubowi wygraną lub awans, ewentualnie remis. Jest nawet jeden gol… zagranicznego klubu – jeden z moich ulubionych, zresztą, m.in. za sprawą komentarza Przemysława Pełki. Po prostu: przeżyjmy to jeszcze raz.

Rafał Siemaszko – Arka Gdynia – FC Midtjylland – gol na 3:2 i na wagę zwycięstwa w 90.+2 – 27.07.2017

Michał Kucharczyk – Legia Warszawa – Dundalk – gol na 1:1 i utrzymanie awansu w 90.+4 – 23.08.2016

Łukasz Surma – Esbjerg – Ruch Chorzów – gol na 2:2 i na wagę awansu w 90.+5 (I mecz 0:0) – 7.08.2014

Miroslav Radović – Legia Warszawa – St. Patrick’s – gol na 1:1 i na wagę remisu w I meczu – 16.07.2014

Baye Djibi Fall – Fulham – Odense – gol na 2:2 i na wagę awansu Wisły Kraków z grupy w 90.+3 – 14.12.2011

(wersja dłuższa, z akcją Orlando Sa po drugiej stronie boiska w 90.+3)


Baye Djibi Fall – Fulham – Odense 2:2 + Wisła… przez numer10

(wersja krótka)

(radość Wisły Kraków po meczu z Twente Enschede)

Janusz Gol – Spartak Moskwa – Legia Warszawa – gol na 2:3 i na wagę awansu w 90.+2 – 25.08.2011

Artjoms Rudnevs – Juventus – Lech Poznań – gol na 3:3 i na wagę remisu w 90.+2 – 16.09.2010

Sławomir Peszko – Lech Poznań – Club Brugge – gol na 1:0 i na wagę zwycięstwa w I meczu w 90.+3 – 20.08.2009

Rafał Murawski – Lech Poznań – Austria Wiedeń – gol na 4:2 i na wagę awansu w 120.+1 – 2.10.2008

Nikola Mijailović – Iraklis Saloniki – Wisła Kraków – gol na 0:1 i na wagę dogrywki w 90.+3 – 28.09.2006

B.

Zobacz też: Sprawdź, jaki był mecz, gdy się urodziłeś (lub w dowolnej innej dacie)

Bogusław Pachelski i Andrzej Łatka. Strefa ciszy na Camp Nou, czyli o dwóch takich, co się Barcy nie kłaniali

Bogusław Pachelski i Andrzej Łatka

Jeśli w najbliższą środę, podopiecznym Macieja Skorży, uda się w meczu z Beitarem odrobić minimalną stratę z pierwszego spotkania, a jerozolimska zapora nie okaże się dla Krakowian ścianą płaczu, przed piłkarzami z ulicy Reymonta stanie otworem jedna z najwspanialszych i najbardziej legendarnych aren klubowej piłki – Camp Nou. Twierdza tyleż bajeczna, co przerażająca. No i nie do zdobycia. Ale czy na pewno?

Dziś chcemy przypomnieć sylwetki dwóch polskich piłkarzy, którym przed kilkunastu laty nie zadrżały nogi na widok sławnego rywala, a swymi popisami dokonali rzeczy wręcz niebywałej – udało im się uciszyć i wprawić w osłupienie kibiców Dumy Katalonii.

Rok 1962. Początek kryzysu kubańskiego. Algieria uzyskuje niepodległość. Telewizja Polska emituje pierwszą dobranockę: „Jacek i Agatka”. Na świat przychodzą m.in. Jim Carrey, Katarzyna Figura, Cezary Pazura, Ruud Gullit czy Aleksander Litwinienko.

A już przy znacznie mniejszym zapewne wtórze fanfar, roku owego, w Płocku pojawia się na naszym pięknym świecie Bogusław Pachelski, w Grybowie zaś Andrzej Łatka.

Pachelski i Łatka. Łatka i Pachelski. Łączy ich wiele. Obaj byli napastnikami grającymi w czołowych zespołach naszej ligi – Lechu i Legii. Obaj obdarzeni sporym talentem, niezwykle błyskotliwi, ciekawi, pomysłowi, nieprzewidywalni, z nienaganną techniką. Obaj nigdy nie dostąpili zaszczytu gry w reprezentacji Polski (Łatka został nawet powołany przez Łazarka na pamiętny mecz z Koreą Północną w 1986 r., był jednak jednym z nielicznych, którzy nie wybiegli tego dnia na boisko). Dziś, gdy powołanie na kadrę otrzymują nawet gracze, którzy ledwo liznęli ligową piłkę wydaje się wręcz niebywałe, że Pachelskiemu i Łatce nie było to dane. Obaj osiągnęli w futbolu zdecydowanie zbyt mało, biorąc pod uwagę możliwości czysto piłkarskie, jakimi dysponowali. Wielu twierdzi, że kariera obu nie nabrała właściwego rozmachu głównie na ich własne życzenie, ale to już zupełnie inna sprawa. Wspólnym jest również fakt, że w pewnym sensie w cieniu obu tych niespełnionych piłkarzy stawiali swe pierwsze kroki w poważnej piłce dwaj o wiele młodsi od nich napastnicy, spełnieni na pewno w znacznie większym stopniu – Andrzej Juskowiak z Lecha i Wojciech Kowalczyk z Legii (to właśnie kontuzja Łatki w pierwszych minutach słynnego meczu z Sampdorią umożliwiła występy w obu tych spotkaniach Kowalowi). Wreszcie łączy ich i to, że obaj wybiegli kiedyś na Camp Nou, w założeniu tylko po to, by stojąc gdzieś z przodu osamotnieni i trzęsący się z zimna (i ze strachu) grzecznie przyglądać się jak ich koledzy „na tyłach” przyjmują kolejne razy od gwiazdorów z Barcelony…

Gdy niespełna 20 lat temu Bogusław Pachelski rozgrzewając się przed meczem Lecha z Barceloną truchtał po murawie Camp Nou, dla jednego z najlepszych wówczas europejskich bramkarzy – Zubizarrety był zapewne jednym z jedenastu nieznanych grajków w białej koszulce, którzy przyjechali z dalekiego kraju po solidny łomot. Ale gdy popularny w Poznaniu „Bodek” wyjeżdżał ze stolicy Katalonii, już po spotkaniu, był kimś zupełnie innym. Był tym, którego miejscowa prasa nazwała „un satan blanco” – szatanem w bieli, a który w 71 minucie spotkania zapewnił Lechowi sensacyjny remis, ośmieszając wręcz bramkarza reprezentacji Hiszpanii i posyłając mu piłkę między nogami do bramki. Pachelski wykazał się w tej sytuacji zimną krwią, wspaniałą techniką i niebywałym wręcz kunsztem strzeleckim.

Choć był znakomitym napastnikiem i strzelał, również i potem, niezwykle ważne dla Lecha bramki na europejskiej arenie (wspaniałemu wówczas Olympique Marsylia czy Panathinaikosowi na jego gorrrącym stadionie w Atenach), to jednak fantastyczny gol strzelony ze stoickim spokojem, „garażem”, wielkiemu Zubizarrecie na zawsze pozostanie jego najlepszą wizytówką i chyba szczytowym osiągnięciem w karierze.

Wyczynu Pachelskiemu pozazdrościł najwyraźniej Andrzej Łatka. Piłkarz, który w 1981 zdobył wicemistrzostwo Europy juniorów, a poza Legią bramki strzelał również dla Stali Mielec, Motoru Lublin czy Polonii Warszawa, przed niespełna 19 laty na słynnym Camp Nou zaliczył trafienie, którym przed Pachelskim wstydzić się na pewno nie musi. Była 21 minuta meczu. Legioniści przeprowadzili niezwykle dynamiczną, koronkową akcję (aż przyjemnie popatrzeć) i po chwili Łatka z 30 metrów posłał piłkę do bramki Zubizarrety, który najwyraźniej nie docenił umiejętności technicznych wychowanka Grybovii Grybów. W samej końcówce meczu Barcelonie udało się wyrównać, jednak remis 1:1 stawiał legionistów w znakomitej sytuacji przed rewanżem.

Pachelski i Łatka choć mogli i powinni osiągnąć w swej karierze znacznie więcej, strzelając tak piękne bramki, dające sensacyjne remisy, skazanym na pożarcie w konfrontacji ze słynną Barceloną na jej stadionie, polskim zespołom i tak zapisali się na trwałe w historii naszej piłki. Choć minęło tyle lat ich gole wciąż przecież żyją w pamięci polskich kibiców. Bo uciszyć Camp Nou to naprawdę jest coś, co nie zdarza się co dnia.

R.