Archiwum kategorii: opowieści europejskie

Chcesz grać w reprezentacji? Płać!

Jugosławia na mistrzostwach świata 1998 - Panini

Zawrzało w Serbii. Kilka dni temu wywiadu brazylijskiemu Globo Esporte udzielił były piłkarz Dejan Petkovic.

To dość niezwykły zawodnik, którego swego czasu pragnęli naturalizować… Brazylijczycy! Petkovic po ponad dekadzie gry w europejskich klubach (m.in. Crvena Zvezda, Real Madryt, Sevilla, Racing Santander, Venezia) zdecydował się na nietypowy krok i przeniósł się do Brazylii. Tam szybko stał się postacią kultową (pseudonim „Rambo”), zyskał szacunek i wielkie uznanie. Więcej do poczytania o nim tutaj i tutaj.

Świetnymi występami w najlepszych tamtejszych klubach (m.in. Flamengo, Vasco da Gama, Fluminense, Santos) Petkovic sprawił, że wielu kibiców widziało go w reprezentacji Kraju Kawy. On sam nie zdecydował się na taki krok, mimo że jego relacje z ojczystą reprezentacją były trudne. Dziś już wiemy dlaczego, bo o sprawie napisał na TT Mateusz Woźniak.

We wspomnianym wywiadzie Petković powiedział, że w 1998 roku działacze jugosłowiańskiej federacji piłkarskiej chcieli od niego 150 tys. marek niemieckich za miejsce w kadrze na Mundial. Piłkarz jednak się nie nie zgodził się. Do Francji więc nie pojechał.

Kilka dni później podobną wypowiedź popełnił były piłkarz m.in. Atletico i Werderu – Rade Bogdanović. Przyznał on w serbskich mediach, że w 1998 roku również dostał podobną propozycję. Jeśli zapłaci 50 tysięcy marek znajdzie się kadrze na Mundial. Podobnie jak Dejan Petković – odmówił.

Dejan Petković jako piłkarz Realu Madryt i Rade Bogdanović jako piłkarz Atletico Madryt

W chwili obecnej wiemy tylko o tej dwójce, ale domyślać się można, że płatna protekcja w reprezentacji była o wiele szerszym procederem. Serbscy kibice, ale nie tylko oni, czekają zatem czyj coming out będzie następny. Futbolowa intuicja jednego z nas podpowiada, że będzie to Milinko Pantic, który w barwach Atletico Madryt był wówczas wtedy wielką gwiazdą ligi hiszpańskiej (król strzelców LM 1997), a na mundial dziwnym trafem się nie załapał.

Co ciekawe, sama ówczesna reprezentacja Jugosławii, pomimo gwiazd w składzie (np. Mijatovic, Stojkovic, Mihajlovic, Stankovic, Milosevic) i dobrych wyników w fazie grupowej (1:0 z Iranem, 2:2 z Niemcami, 1:0 z USA), odpadła już w 1/8 finału (1:2 z Holandią).

Na marginesie warto zauważyć, że w Polsce to temat wciąż do odkrycia. Nie ma żadnych twardych dowodów, ale bardziej czy mniej oficjalnych relacji można wyczytać, że istnienie tego typu praktyki było tajemnicą poliszynela pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Ciekawe czy faktycznie tak było, ciekawe czy tylko wtedy. Minęły już dwie dekady od kolorowych lat 90-tych. Może już najwyższy na kilka akcji #MeeToo w piłkarskim środowisku?

R.& P.

Turcja – polska i zaskakująca

1200px-S%C3%BCper_Lig_logo.svg

W miniony weekend Michał Pazdan zadebiutował w MKE Ankaragucu. Przy okazji jego transferu uwagę, chyba nie tylko moją, na kilka chwil przyciągnął futbol znad Bosforu. Pogrzebałem trochę w tamtejszej piłce i trafiłem na kilka ciekawych historii.

Nadchodzi Basaksehir

Fascynująco rozwija się historia Instanbul Basaksehir FK. Ta anonimowa przez długi czas ekipa (powstała w 1990 roku) dopiero w 2015 roku wywalczyła awans do SuperLig. Jednak już w rozgrywkach 2015/2016 i 2016/2017 zajęła 4. miejsce (el. LM), a w poprzednim sezonie do końca walczyła o mistrzostwo Turcji, ostatecznie zajmując 2. miejsce.

Wydaje się jednak, że w obecnym sezonie nic nie powinno już stanąć na drodze klubu po krajowy czempionat. Teraz zespół ma sześć punktów przewagi nad drugą Galatą.

Fascynuje skład Basaksehiru. Zasobna kiesa i polityczna sympatia Erdogana sprawiły, że ekipa naszpikowana jest gwiazdami. W składzie znaleźć można takie asy jak Robinho, Emmanuel Adebayor, Demba Ba, Arda Turan, Gael Clichy, Eljero Elia, Emre Belozoglu, Gokhan Inler czy Serdar Tasci. Na ławce Abdullah Avci, były selekcjoner reprezentacji Turcji. Aż się zmęczyłem wymieniając!

Mnie jednak najbardziej ucieszył widok byłego zawodnika naszej ekstraklast. Pamiętacie Stefano Napoleoniego? Lata 2006-2008 spędził w Widzewie Łódź. Potem z sukcesami występował w Grecji (Levadiakos i Atromitos), a od początku 2016 roku jest piłkarzem Basaksehiru. Choć pełni zwykle rolę rezerwowego, to i tak pojawia się na boisku w co drugim spotkaniu (zobacz).

Do poczytania bardzo ciekawe teksty o Basaksehir – po polsku tutaj (Leszek Milewski rules) i tutaj, po angielsku tutaj (Guardian) i tutaj (These Football Times)

Sadajew, Nakoulma i spółka

W poszukiwaniu byłych zawodników naszej ekstraklasy warto pochylić się nad klubowymi kadrami. W MKE Ankaragucu obok Pazdana znajdziemy Zaura Sadajewa (nie udał mu się powrót do Groznego – 42 mecze i 10 goli w ciągu 3,5 roku) i Thibaulta Moulina (jemu jeszcze bardziej nie udał się pobyt w PAOK Saloniki – wiosną 2018 zaliczył tam raptem dwa mecze). FC Nantes na Rizespor (obecnie w strefie spadkowej) zamienił Prejuce Nakoulma (dotychczas 4 mecze i 1 gol). Do gry w Konyasporze po personalno-zdrowotnych problemach wrócił także Abdou Razack Traore. Wreszcie włoskie Benevento na turecki Maltayspor zamienił – w ramach wypożyczenia do końca sezonu – Guilherme. Jak na razie radzi tam sobie świetnie (18-4), a jego zespół walczy o grę w europejskich pucharach.

Danijel Aleksic. Kto?

No właśnie, Maltayspor. Jednym z głównych architektów jego sukcesów jest Danijel Aleksic. Nie kojarzycie? Nie dziwię się. Piłkarz jak meteor przeleciał przez Lechię Gdańsk. Jesienią 2014 zaliczył w niej trzy spotkania, do tego mecze w rezerwach. Potem trafił do szwajcarskiego Sankt Gallen. Przez 3,5 roku spisywał się tam na tyle dobrze, że transfer zaproponował mu właśnie Maltayspor. Serb z miejsca stał się gwiazdą drużyny. W trwającym sezonie ma już 9 goli (do tego trzy w pucharze). Jest na trzecim miejscu w klasyfikacji najlepszych strzelców Superlig (ex aequo m.in. z Robinho).

Ekstraklasowe zaplecze

Ciekawe – z polskiej perspektywy – rzeczy dzieją się na zapleczu ekstraklasy, czyli w tamtejszej 1. Lig. Liderem klasyfikacji strzelców jest Marco Paixao (16 goli w 21 kolejkach), ale jego Altay Izmir dołuje (11. miejsce).

Bardziej szokujący wydaje się jednak czwarty (ex aequo z trzema innymi zawodnikami) snajper zaplecza. To Nadir Cifti, który jeszcze niedawno nie potrafił przebić się do składu Pogoni Szczecin (8 meczów w lidze, 2 w PP). W tym sezonie zanotował już osiem trafień dla Genclerbirligi.

Natomiast dwa gole dla Ümraniyespor Kulübü zaliczył Boubacar Dialiba (kiedyś Cracovia). Inny były zawodnik Pasów – Matic Fink gra w Bolusporze.

Natomiast jedyny polski gol na zapleczu w tym sezonie pozostaje dziełem Jakuba Koseckiego (Adana Demirspor, 9. miejsce). Lepiej od niego radzi sobie bramkarz Adam Stachowiak – jest podstawowym golkiperem lidera tabeli Denizlisporu.

Turkish Delight!

Przy okazji Turcji poczytajcie też wywiady z polskim alfą i omegą w zakresie futbolu w tym kraju, Filipem Cieślińskim – tutaj, tutaj oraz tutaj (1) /tutaj (2). Tak, to autor cudownej, dostępnej za darmo w sieci, książki „Turkish Delight. Przewodnik po tureckim futbolu”.

P.

Trudno być kibicem reprezentacji Węgier

Reprezentacja Węgier przed meczem z Polską w Poznaniu (2011): Dzsudzsák, Juhász, Varga, Priskin, Koman, Laczkó, Tőzsér, Vanczák, Sándor, Bogdán i Gera
Reprezentacja Węgier przed meczem z Polską w Poznaniu (2011): Dzsudzsák, Juhász, Varga, Priskin, Koman, Laczkó, Tőzsér, Vanczák, Sándor, Bogdán i Gera

Reprezentacja Węgier, choć lat nie oszczędza swoich kibiców, to w ciągu minionego roku zafundowała im prawdziwe męki. Nie chodzi tylko o fatalną statystykę (3 zwycięstwa i 8 porażek), nie chodzi o relatywną deprywację (wszak jeszcze dwa lata temu Węgrzy efektownie zaprezentowali się na EURO 2016), nie chodzi brak kwalifikacji na MŚ 2018 (trzecie miejsce za Portugalią i Szwajcarią, ale aż 14 punktów straty do obu tych ekip), nie chodzi nawet wyjątkowo kiepski styl (polecam skrót meczu ze Szwajcarią!). Tak, nie chodzi nawet o to wszystko. Chodzi o kumulację astralnych katastrof, spektakularnych wtop i megaporażek z drużynami, które zwykle składają się z przysłowiowych kelnerów, studentów i bankierów. Tymczasem Węgrzy byli przez nie bici, tarmoszeni, batożeni i upokarzani. Oto zestawienie spotkań rozegranych przez Madziarów między marcem 2017 a marcem 2018

[start: 25.03.2017]
2017
2018
[koniec: 27.03.2018]

Imponujące zestawienie, prawda? W tym układzie nie robią wrażenia porażki z Portugalią czy Szwajcarią. Jednak porażki z Andorą (eliminacyjna!), Luksemburgiem, a także z Kazachstanem (ba, nawet zwycięstwo z Wyspami Owczymi – Madziarzy zwycięską bramkę strzelili w 81. minucie) sprawią, że kadra AD III 2017 – III 2018 wykopała sobie trwałe miejsce w historii węgierskiej piłki.

Głową za ten stan rzeczy zapłacił uwielbiany jeszcze niedawno selekcjoner Bernd Storck, którego po zakończeniu eMŚ 2018 zastąpił Georges Leekens (trener m.in. dwukrotnie reprezentacji Belgii, Tunezji czy Algierii). Trzeba mu oddać, że zaczął wyjątkowo – od blamażu z Luksemburgiem. A potem przecież nie było dużo lepiej.

Pozostaje życzyć Węgrom powodzenia. Czekają ich prawdziwe wyzwania – w czerwcu towarzyski mecz z Australią, a jesienią Liga Narodów – spotkania z Finlandią, Grecją i Estonią. Tak, w chwili obecnej tacy rywale mogą paraliżować Madziarów. Ale głowa do góry – gorzej chyba już nie będzie.

Nie będzie?

P.

Czytaj także:

Paulo Vinicius – brazylijski Węgier

Debreczyn i Ferencvaros w LM

Videoton na salonach

Najnowsza historia futbolu na Węgrzech

Jak amatorzy to tylko z Calais

Fantastyczna przygoda Błękitnych Stargard Szczeciński w Pucharze Polski oraz niedawne tragiczne wydarzenia z francuskiego Calais przypomniały mi o jednym z najgłośniejszych karier w Pucharze Francji – drużynie Calais Racing Union Football Club.

W sezonie 1999/2000 ta występująca wówczas w piątej lidze amatorska drużyna dotarła do samego finału Coupe de France!

Sympatyczna drużyna z samiutkiej półfnocy Francji w drodze do finału rozegrała aż dziesięć meczów! Na pierwszy ogień poszły lokalne i regionalne drużyny – Campagne-lès-Hesdin (10:0), Saint-Nicolas-les-Arras (3:1), Marly-lès-Valenciennes (2:1), Béthune (1:0) i Dunkerque (4:0). Później na tapetę trafiły bardziej uznane firmy – Lille (Division 2, 1/32 finału, 1:1, k. 7:6), Langon-Castets (1/16 finału, 3:0) i Cannes (Division 2, 1/8 finału, 1:1, k. 4:1).

Wreszcie rozpędzone Calais przejechało się po ekipach z ekstraklasy. W ćwierćfinale poległ Strasbourg (2:1). W półfinale zaś odstrzelone zostało Bordeaux (3:1). Uwaga! Gole: Jandau 99′, Millien 104′ Gérard 119′ – Laslandes 108′. Totalne szaleństwo! Obejrzyjcie sobie skrót!

I jeszcze wymowna okładka „L’Equipe” po tym spotkaniu.

16512610Dopiero w finałowym spotkaniu o Coupe de France, w obecności 78 000 kibiców na paryskim Stade de France, lepsi od amatorów z Calais okazali się zawodnicy FC Nantes. Szczęście było jednak bardzo blisko. Piątoligowcy prowadzili już nawet, by stracić gola w 50. i 90. minucie! Szczegółową relację z finału znajdziecie tutaj, a poniżej skrót.

Wielki żal i smutek, bo poza fanami Kanarków cała Francja była wówczas za RUFC. Piłkarze z Nantes stanęli okazali się jednak prawdziwymi sportowcami i docenili niezwykłą drogę, którą przemierzył malutki klubik. W dowód uznania dla jego osiągnięć puchar wzniosło dwóch kapitanów – Mickael Landreau z Nantes i Reginal Becque z Calais. A światu została jedna z najpiękniejszych sportowych fotografii ever.

landreau-et-becque_full_diapos_large

Co ciekawe, w sezonie 2005/2006 Calais było blisko powtórzenia sukcesu z 2000 roku. W Coupe de France dotarło ono aż do ćwierćfinału, gdzie jednak odpadło… po meczu z Nantes (1:2)!

Tutaj stronka z materiałami foto z meczów Calais. Tutaj z kolei znajdziecie uroczy film o fantastycznej przygodzie Calais RUFC i o tym, jak żyli nim mieszkańcy Calais.

P.

Bardziej czarne niż żółte BVB

Fatalna dyspozycja Borussii Dortmund w bieżącym sezonie Bundesligi (ostatnie 18. miejsce w tabeli, 11 punktów w 13 meczach) przypomniały mi poprzednie tak beznadziejne rozgrywki BVB. Sezon 2007/2008.

borussia-dortmund-2007-20081
Ech, cóż tam się wtedy nie działo. Borussia zajęła wówczas 13. miejsce, ale przez część sezonu wisiało nad nią widmo degradacji – w ósmej kolejce znalazła się tuż nad kreską, na 15. pozycji. W rzeczywistości jednak stała się drużyną kompletnie bezbarwną, bez żadnych właściwości i prezentującą futbol nijaki. Zrównała się poziomem z ekipami tej klasy, które marzą tylko o wyjazdowym remisie i 1:0 u siebie. Ekipą łazików, którzy doprowadzali do niesmaku swoich wiernych fanów.
BVB zaliczyło w sezonie 2007/2008 w zasadzie wszystko, co słabe. Była passa pięciu meczów bez zwycięstwa (dwukrotnie!), były baty (0:4 z Wolfsburgiem, 0:5 z Bayernem),


były dwie porażki w Derbach Zagłębia Ruhry (1:4 i 2:3).


Za zespół odpowiadał wówczas Thomas Doll (znany reprezentant Niemiec; obecnie w Ferencvarosie). Pomimo chaosu, jaki wówczas panował w Dortmundzie, to trudno bronić wyników drużyny, w której grali tacy mocni zawodnicy jak Roman Weidenfeller, Jakub Błaszczykowski, Diego Klimowicz, Mladen Petric, Sebastian Kehl, Christian Worns, Nelson Valdez, Delron Buckley, Alexander Frei, Robert Kovac. O ile zespół jednak radził sobie w ofensywie (50 goli strzelonych to ósmy wynik w Bundeslidze), to kompletnie ginął w defensywie (62 gole stracone, najwięcej w Bundeslidze!).
A dowodem na to, że drużyna miała potencjał, niech będzie fakt, że dotarła aż do finału Pucharu Niemiec (tam przegrała po dogrywce z Bayernem 1:2).
Trzeba jednak pamiętać, że ten sezon to pokłosie wcześniejszych lat i fatalnej polityki finansowej, która doprowadziła klub na krawędź bankructwa (sprzedaż stadionu!). W 2005 roku doszło do zmian w zarządzie i zasady zaciskania pasa, ale także do bardzo szybkiej spłaty długów. A w 2008 roku pojawił się już Jurgen Klopp…

P.

Eksperyment Perugia

Wiele lat przed tym, jak europejskiej kluby stały się zglobalizowanymi przedsiębiorstwami, był pewien człowiek, który miał wizję drużyny zbierających zawodników z najodleglejszych krańców świata. Nazywał się Luciano Gaucci i był właścicielem włoskiego klubu Perugia Calcio.

Gaucci objął władzę w Perugii w 1991 roku. Klub był wtedy w Serie C. W 1994 roku awansował do Serie B, a w 1996 do Serie A. Ten znany piłkarski działacz, biznesmen, miłośnik wyścigów konnych i pięknych kobiet postanowił uczynić z zarządzanej przez siebie drużyny organizm w wyjątkowy sposób międzynarodowy. Idea, która mu przyświecała była następująca: ściągać najlepszych zawodników z bardzo odległych i zarazem egzotycznych rejonów świata. Cel? Przede wszystkim marketingowy (kibice-turyści z całego świata oraz szum w mediach), a jak się uda, to i sportowy (z tym bywało już różnie).

W 1996 roku do zespołu trafili piłkarze spoza Włoch: Holender Michel Kreek, Chorwat Milan Rapajic, Serb Bratislav Mijalkovic, Norweg Peter Rudi i Brazylijczyk Muller.

W 1997 roku – Argentyńczycy Juan Carlos Docabo i Fernando Pandolfi, Senegalczyk Diaw Doudou oraz z Europy – , Duńczyk Thomas Thorningen i Szwajcar Massimo Lombardo.

W 1998 roku – Paragwajczyk Paulo da Silva, Australijczyk Diego Pellegrini, Urugwajczyk Martin Rivas, Japończyk Hidetoshi Nakata i Ekwadorczyk Ivan Kaviedes; do tego „oryginalni” – Fin Mika Lehkosuo oraz Portugalczyk Hilario Leal.

W 1999 roku – Chilijczyk Hector Tapia oraz Rosjanin Dimitrij Alejniczew, Francuz Ibrahim Ba i Belg Dani Garcia.

W 2000 roku – Koreańczyk Ahn Jung-Hwan, Chińczyk Ma Mingyu, Brazylijczyk Ze Maria i Argentyńczycy Pablo Guinazu i Claudio Paris oraz Grek Zisis Vryzas.

W 2001 roku – Irańczycy Ali Samereh i Rahman Rezaei, Nigeryjczyk Chris Obodo, Urugwajczyk Fabian O’Neil, Argentyńczyk Nicolas Cinalli, Brazylijczyk Samuel, Kolumbijczyk Oscar Cordoba oraz Belgowie Denis Dasoul, Donovan Maury, Fabian Jacquemin oraz Grek Traineros Dellas (w kadrze zespołu jest wówczas 16 obcokrajowców).

W 2002 roku – Australijczyk Zeljko Kalac, Brazylijczyk Tiago Calvano oraz Grek Konstantinos Loumpoutis, Rumun Adrian Nalati i Belg Raphael Galeri.

W 2003 roku – Argentyńczycy Carlos Arano, Felix Benito i Juan Turchi, Senegalczyk Ferdinand Coly, Malijczyk Souleymane Diamoutene, Brazylijczyk Fabiano, Iworyjczyk Christian Manfredini, Urugwajczyk Marcelo Zalalyeta i słynny Libijczyk Al-Saadi Kadafi oraz Grek Vangelis Nastos, Rumun Paul Codreai Anglik Jay Bothroyd (16 obcokrajowców w kadrze).

W 2004 roku – Marokańczyk Jamal Alioui, Libijczyk Jehad Muntasser i Brazylijczycy Ferreira Pinto i Guly oraz Hiszpan De Pedro i Czech Jaroslav Sedivec.

W 2005 roku – Kameruńczyk Antonio Ghomsi, Iworyjczyk Drissa Diarra i Kanadyjczyk Andrea Lombardo oraz Albańczyk Florian Myrtaj i Francuz Christian Copel.

W 2004 roku Perugia spada z Serie A. Rok 2005 to moment wielkiego krachu. Gospodarujący lekką ręką Gaucci bankrutuje, a wraz z nim bankrutuje klub. Biznesmen ucieka na Dominikanę, a Perugia ląduje w Serie C1.

Trzeba przyznać, że okres 1996 – 2004 to wyjątkowo barwny okres w dziejach klubu. Drużyna była w lidze włoskiej takim cudem na kiju, które nigdy nie wiadomo kiedy zaskoczy, a kiedy rozbawi. Dość przypomnieć historię z 2002 roku, kiedy to Gaucci obraził się na swojego zawodnika Ahn Jung-hwana za to, że ten na MŚ 2002 strzelił gola Włochom. Prezes stwierdził, że „nie ma zamiaru płacić pensji komuś, kto rujnuje włoski futbol”. Później odwoływał swoje słowa, ale wtedy to już piłkarz się obraził i drogi obu panów się rozeszły.

Same wyniki ekipy bywały raz lepsze, a raz gorsze. Oto one: 1996/1997 – 15. miejsce i spadek; 1997/1998 – 4. miejsce w Serie B i awans; 1998/1999 – 14. miejsce; 1999/2000 – 10. miejsce (plus trzecia runda Pucharu Intertoto); 2000/2001 – 11. miejsce (plus druga runda Pucharu Intertoto); 2001/2002 – 8. miejsce; 2002/2003 – 9. miejsce (półfinał Pucharu Włoch plus trzecia runda Pucharu Intertoto); 2003/2004 – 15. miejsce i spadek do Serie B (plus zwycięstwo w Pucharze Interototo i trzecia runda Pucharu UEFA). 2005 – bum!

Niewątpliwą korzyścią z takiego międzynarodowego konceptu była promocja kilku – jak się okazało później – świetnych piłkarzy, takich jak Kaviedes (dziś jego 37. urodziny, a to ten właśnie fakt natchnął mnie do popełnienia niniejszego wpisu),

Rapaic

czy oczywiście Nakata.

Trzeba też dodać, że przez te kilka lat w składzie Perugii pojawiło się kilku ciekawych piłkarzy z Włoch – Materazzi, Liverani, Amoroso, Grosso, Miccoli, Ravanelli, Baronio, czy Blasi.

Z drugiej strony, jak widać na powyższej liście, zdecydowana większość grajków okazała się zwykłym szrotem, którzy w Perugii zabawili nie dłużej niż rok. Na dodatek ich ilość zniszczyła budżet i doprowadziła klub do upadku. Dopiero w 2014 roku zespół awansował do Serie B.

Perugia stanowi dla mnie wyjątkowy przykład spalonego podejścia w myśleniu o globalnej piłce. W chwili, kiedy nikogo już nie dziwi fakt, że w angielskiej drużynie na boisku nie biega żaden Anglik, wydawać może się ona zabawnym ekscentryzmem. Jednak pamiętać należy, że tak masowe ściąganie zagranicznych zawodników to w zasadzie dopiero pierwsza dekada XXI wieku, a przedtem robili to tylko nieliczni (np. Chelsea).

Gaucci miał pomysł, ale kiepsko mu poszło z wykonaniem. Dlatego dziś mówi się o jego drużynie jak o anegdocie, a nie jak o pionierach.

P.

Szkocka autonomia, w futbolu już od dawna

Choć losy szkockiej autonomii politycznej waży się dopiero dzisiaj, to piłkarska separacja obu nacji obowiązuje dokładnie od zarania nowoczesnego futbolu. O ile więc referendum sporo może zmienić w sytuacji polityczno-gospodarczej Szkotów, o tyle nic nie zmieni w kwestii ich reprezentacji.

Tartan Army bowiem od początku swojego istnienia funkcjonowała niezależnie od reprezentacji Anglii. Ba, od początku istnienia nowożytnej piłki! Oto bowiem pierwszy mecz Szkocji i Anglii to zarazem pierwszy w historii międzynarodowy mecz piłkarski! Odbył się on w szkockim Patrick 30 listopada… 1872 roku. Na boisku padł bezbramkowy remis, ale ważniejszy jest chyba wpis do annałów. Oto piękna ilustracja z tego wydarzenia:

Tutaj z kolei można poczytać o tym spotkaniu, tutaj i tutaj – po angielsku, a tutaj do obejrzenia.

Choć Szkoci i Anglicy żyją w futbolu osobno i ostro ze sobą rywalizują, to jednak nie istnieją dwie inne nacje (proszę mnie poprawić, jeśli się mylę), które grałyby ze sobą równie często. Na chwilę obecną obie ekipy spotykały się bowiem 111 razy. Anglicy byli górą 46-krotnie, Szkoci 41-krotnie, a 24 razy był remis. Wiele z tych gier miało cykliczny charakter i toczono je w ramach mistrzostw Wysp Brytyjskich (British Home Championship – grała Anglia, Szkocja, Walia i Irlandia Północna; rozgrywano z przerwami w latach 1883 – 1984) oraz Pucharu Rous (Rous Cup – grają Anglia, Szkocja i… jedna drużyna z Ameryki Południowej; 1985-1989). Zestawienie wszystkich meczów można znaleźć tutaj i tutaj. O wybranych, najciekawszych spotkaniach można poczytać tutaj.

Spotkań jak widać było wiele, ale jak widać w zestawieniach, mocno one wyhamowały po 1989 roku. Dość powiedzieć, że od tego czasu obie reprezentacje spotykały się raptem pięciokrotnie. Najbardziej pamiętny, przynajmniej dla mnie, był oczywiście mecz Anglia – Szkocja podczas EURO ’96, pudło z karnego McAllistera i cudowny gol Gazzy.

Sporo emocji było również w dwumeczu barażowym do EURO 2000. W pierwszym spotkaniu spokojnie wygrały Lwy Albionu (2:0 po dwóch golach Scholesa), by w rewanżu przegrać i pocić się do ostatnich minut spotkania (0:1 po trafieniu Hutchisona).

W ostatnim zaś spotkaniu, towarzyskiej potyczce z sierpnia 2013, wygrali Anglicy po efektownym meczu (3:2). Skrót spotkania tutaj.

Przyznam szczerze, że nigdy nie sympatyzowałem ze szkockimi piłkarzami. Moje doświadczenia z nimi na MŚ 1990 i 1998 oraz na EURO ’96 były na tyle odpychające, że zwyczajnie nie miałem do nich serca. Ich futbol to była szkoła staroangielska, tyle, że obdarta ze skuteczności. Były więc zwaliste chłopy, było dużo gry głową, były mocne wślizgi i końskie płuca, tylko wyniki były dużo gorsze niż u Lwów Albionu.

Jedyne, czego tak naprawdę zazdroszczę szkockiej piłce, to jest to wykonanie hymnu narodowego przez Amy McDonald.

Wiemy już, że kolejne spotkanie Auld Enemy odbędzie się 18 listopada tego roku, na Celtic Park. Czy obie nacje będą miały wtedy miały do siebie dalej niż obecnie?

P.

Czytaj też:

Imperium kontratakuje

Pierwszy czarnoskóry reprezentant Anglii

Pierwszy czarnoskóry reprezentant Szkocji

Niedoszli polscy Rangersi: Wojtala, Zając, Rasiak, Szamo

Ciekawa debata o piłce szkocko-angielskiej (ANG)

Czerwone Diabły w chodakach

Louis van Gaal został ogłoszony nowym trenerem Manchesteru United. Wielu kibiców drapie się w głowę zastanawiając co czeka ich ukochany zespół pod wodzą holenderskiego coacha.

Warto w tym miejscu przypomnieć podobny dreszczyk emocji, który przebiegł po plecach fanów Dumy Katalonii, gdy van Gaal obejmował FCB w 1997 roku. W krótkim czasie dokonał prawdziwej personalnej pomarańczowej rewolucji. Po jego przybyciu z klubem pożegnali się tacy zawodnicy jak Laurent Blanc, Gheorghe Popescu, Christo Stoiczkow i Ronaldo. W ich miejsce na Camp Nou trafiło… ośmiu Holendrów!

1997

Ruud Hesp

Michael Reiziger

Winston Bogarde

1998

Frank De Boer

Ronald De Boer

Phillip Cocu

Boudewijn Zenden

Patrick Kluivert

O ile klasy Franka De Boera, Kluiverta czy nawet Phillipa Cocu nikt nie negował, o tyle ściąganie Zendena było już dość ryzykowne, a Bogarde to już prawdziwy sabotaż.

Taka taktyka okazała się jednak połowicznie skuteczna. Duma Katalonii z holenderską wkładką wywalczyła mistrzostwo Hiszpanii 1998 i 1999, wicemistrzostwo 2000 oraz Puchar Hiszpanii 1998.

Ten czas domowych sukcesów znaczony jest także klęskami w Lidze Mistrzów. W sezonie 1997/1998 Barca nie wyszła nawet z grupy. Ba, nie wyszła z niej z przytupem! W sumie udało jej się wywalczyć raptem 5 punktów – trzy oczka z Newcastle (2:3 i 1:0), dwa oczka z PSV (2:2 i 2:2)  i kosmiczna kompromitacja z Dynamem Kijów (0:3 i 0:4).

Rok później Barcelona… powtórzyła swój wyczyn. Tym razem lepszy okazał się Bayern (1:2 i 0:1) i Manchester (3:3 i 3:3), słabsze zaś Broendby (2:0 i 2:0).

Lepiej było dopiero w sezonie 1999/2000. Barcelona dotarła w niej aż do półfinału, po drodze bijąc m.in Arsenal i Chelsea. W 1/2 finału lepsza okazała się jednak Valencia (1:4 i 2:1).

Barcelońskie problemy to oczywiście tylko drobne uszczypnięcie wielkiego trenera. Misja przed nim trudna, bo Czerwone Diabły spadły naprawdę nisko. Czy w realizacji tego trudnego zadania znowu skorzysta z armii w chodakach? Na razie ma ich na stanie dwóch – Alexandra Buttnera i Robina Van Persiego.

P.

Hat-trickowa sobota w lidze estońskiej

To, że liga polska jest słabsza od ligi estońskiej wiemy już od zeszłego roku. W tym roku dowiedzieliśmy się też, że jest słabsza od azerbejdżańskiej i taka sama jak maltańska, ale prawdopodobnie nie pomylę się, jeśli powiem, że liga polska jest jedną z najsłabszych lig w Euroazji. Dlatego wypadałoby z pokorą obserwować co dzieje się w silniejszych od nas rozgrywkach. Ot, choćby w lidze estońskiej. A dzieje się sporo. Dziś bowiem bowiem aż trzech zawodników ustrzeliło w niej hat-trick.

Jako pierwszy dokonał tego Sander Post w meczu Viljandi JK Tulevik – Tallinna FC Flora 1-6. Post (1984) to wieczny talent estońskiej piłki. Gdy miał 24 lata przeniósł się z Flory Tallin do grającego w holenderskiej Jupiler Leage zespołu Go Ahead Eagles. Tam występował dwa sezony, radził sobie w sumie nieźle (strzelił 8 goli), ale po wygaśnięciu kontraktu nikt nie zaoferował jego przedłużeniu. Post występuje więc dziś znów we Florze i dla niej strzela gole, dzięki którym zespół jest drugi w tabeli (liga estońska gra systemem wiosna-jesień).

Kolejny hat-trick to dzieło Tonisa Kaukvare w meczu FC Kuressaare – Nomme JK Kalju 1-5. Jest to były młodzieżowy reprezentant Estonii (1986) coraz lepiej radzący sobie także w dorosłym futbolu.

Ostatnim wreszcie hat-trickowcem jest Maksim Gruznov (trzy gole w meczu Narva JK Trans – FC Lootus Kohtla-Järve 4-1). Przy pozostałej dwójce Gruznov jest prawdziwym wyjadaczem. Liczy on już sobie 36 lat i ma na koncie trzy tytuły króla strzelców ligi estońskiej (1994, 2001, 2006). To również rekordzista wszech czasów w liczbie strzelonych w lidze goli – Gruznov ma ich na koncie… 278 (z tego równo 200 dla zespołu Narva Trans)!

Post do Wisły, Kaukvare do Lecha a Gruznov do Legii i za rok może dobijemy się do 4. rundy eliminacji europejskich pucharów.

P.

FC Kuressaare 1 – 5 Nomme JK Kalju

Bayern 98/99: wielki Basler, wielki Effenberg

Dziś Bayern gości w Barcelonie. Bawił tam już kiedyś – 10 lat temu – a hecy z tego było co niemiara. Nigdy nie przypuszczałem, że może do tego dojść, ale nie wiem czy wieczorem nie będę trzymał kciuków za Bawarczyków. Powód tak naprawdę jest jeden. Nazywa się Franck Ribery.

Nie będzie to jednak wpis o Francuzie, ani o tym, dlaczego (prawie) nikt nie lubi Bayernu [najkrótsza odpowiedź: bo są bogaci, są Niemcami i za często wygrywają – choć ostatnio i tak stosunkowo rzadko]. Właśnie dziesięć lat temu w drugiej linii zespołu z Monachium występowało dwóch graczy nieprzeciętnych, dwóch liderów, dwóch przywódców. Ich umiejętności to było coś więcej niż tylko niemiecka precyzja i solidność. Rzadko się zdarza, by w jednej drużynie było miejsce na dwóch piłkarzy mających tak indywidualistyczne podejście, ze skłonnościami do myślenia drużyna to ja – wszystkie piłki do mnie. Dwóch piłkarzy dla których – w zależności od etapu kariery – miesiąc / sezon bez skandalu był czasem straconym. Jednak wówczas, w sezonie 1998/99 gra Mario Baslera i Stefana Effenberga kazała budzić podziw. A Bayernowi prawie dała upragnione zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Prawie.

Rundę eliminacyjną do LM (ŁKS z Dzidosławem Żuberkiem w składzie podejmował wtedy MU) warto wspomnieć z tego względu, że Bayern podejmował w niej Obilić Belgrad. Tak, ten sam Obilić, którym rządził Arkan, a którego trenerem był Okuka i o którym była mowa tutaj. 4:0 w Monachium (pierwszy gol Effenberga) wybiło jednak z głowy serbskiemu przywódcy paramilitarnych ”Tygrysów” plany podboju Europy.

Po losowaniu grup kibice w czterech miastach (Kopenhadze, Barcelonie, Manchesterze i Monachium) złapali się za głowę, podczas gdy fani dobrej piłki zacierali ręce na pojedynki w ”grupie śmierci”. Bayern zaczął od teoretycznie najłatwiejszego wyjazdu i… poległ. Prowadzenie Niemcom w Kopenhadze dał w 77 minucie Babbel (1:15 – piękna centra Effe), ale potem wypalił duński dynamit. 88 minuta i piękny samobój Helmera (4:38) daje Broendby wyrównanie. W końcu ostatnia minuta i piękna akcja i piękny gol. Allan Ravn i Bawarczycy zdziwili się chyba w równym stopniu, jak Broendby gdy trzy lata wcześniej zostało pokonane przez Widzew.

 
 
Druga kolejka to wizyta MU na Stadionie Olimpijskim. Elber, Cole i Scholes strzelcami goli, gdy nadchodzi 90 minuta i… Nie zgadniecie, kto był największym pechowcem tamtego wieczoru. Najpierw samobój, potem zmarnowana ”setka”.
 

Dwa mecze i jeden punkt – i to podarowany przez Teddy’ego. ”Szajse, wir mussen mehr Punkte machen” – pomyśleli sobie pewnie w Bawarii. Jak pomyśleli, tak zrobili. Dwa mecze z Barceloną, dwa zwycięstwa i sześć punktów. W Monachium sprawę jedynym golem spotkania załatwił Effenberg. Z kolei na Camp Nou Katolończycy cieszyli się prowadzeniem po golu Giovanniego z karnego, ale były to dla nich miłe złego początku. Na 1:1 wyrównał najlepszy rezerwowy do czasów Marcina Żewłakowa, czyli Alexander Zickler, a decydujący cios na cztery minuty przed końcem meczu zadał Bośniak Hasan Salihamidzić. To już 7 punktów w czterech meczach. Zwycięstwo domowe nad Broendby (gole: mój ulubieniec Jancker i – pierwszy raz w tej edycji – Basler) dało Bayernowi prowadzenie w grupie. Do awansu z pierwszego miejsca potrzebny był remis na Old Trafford i ten remis (1:1 – gol Salihamidzicia) padł (do zobaczenia tutaj od 0:33). Wówczas tylko dwa najlepsze zespoły z drugich miejsc miały prawo grania w ćwierćfinale – MU w tym gronie się znalazł.

Ćwierćfinał był wewnętrzną sprawą Niemców, a dwumecz traktowano jako pojedynek wschodzącej gwiazdy Bundesligi Michaela Ballacka ze starymi gwiazdami Bayernu – Effenbergiem i Baslerem. Bawarczycy nie pozostawili młodzianowi i jego kolegom z Kaiserslautern złudzeń. 2:0 na Olympiastadion (Elber, Effenberg) i 4:0 na Fritz Walter Stadion (Effe, samobój, Jancker, Basler). Miazga.

Półfinał z Dynamem Kijów, które właśnie wyeliminowało madrycki Real, zapowiadał się pasjonująco. I taki właśnie był. W stolicy Ukrainy było już 2:0 i 3:1 dla podopiecznych Łobanowskiego, a jednak Niemcy – jak to Niemcy – zremisowali. 3:3 w pierwszym meczu i 1:0 w rewanżu po cudownym golu Baslera (niestety nigdzie go nie można znaleźć) oznaczało awans Bayernu do wielkiego finału.

 

7.4.1999, Kyiv (UKR) – National Sport Komplex Olimpiyskyi.

FC Dinamo Kyiv (UKR) – FC Bayern München (GER) 3:3 (2:1).

FC Bayern: Oliver Kahn – Markus Babbel, Lothar Herbert Matthäus, Samuel Osei Kuffour –

Thomas Strunz, Jens Jeremies, Stefan Effenberg, Michael Tarnat – Hasan Salihamidzic,

Mehmet Scholl (72. Alexander Zickler) – Carsten Jancker (90. Ali Daei)

Coach: Ottmar Hitzfeld.

Goals: 1:0 Andriy Shevchenko (15.), 2:0 Andriy Shevchenko (45.), 2:1 Michael Tarnat (45., Penalty),

3:1 Vitaliy Kosovskyi (50.), 3:2 Stefan Effenberg (78.) and 3:3 Carsten Jancker (89.).

Referee: Kim Milton Nielsen (DEN). Attendance: 75.000.

21.4.1999, München (GER) – Olympiastadion.

FC Bayern München (GER) – FC Dinamo Kyiv (UKR) 1:0 (1:0).

FC Bayern: Oliver Kahn – Markus Babbel, Thomas Linke, Lothar Herbert Matthäus,

Samuel Osei Kuffour – Jens Jeremies, Michael Tarnat (84. Thorsten Fink) – Stefan Effenberg –

Mario Basler, Carsten Jancker (75. Hasan Salihamidzic), Alexander Zickler (75. Ali Daei)

Coach: Ottmar Hitzfeld.

Goal: 1:0 Mario Basler (35.).

Referee: Vítor Manuel Melo Pereira (POR). Attendance: 60.000.

Finał już chyba wszyscy pamiętamy. Nawet chytry gol SuperMario nie pomógł.

Ale to był ich sezon. Effenberg, o którym Franz Beckenbauer w tamtym czasie powiedział, że nie zamieniłby go ani na Rivaldo, ani na Zidane’a, ani na Figo, Ligę Mistrzów wygrał dwa lata później – w 2001 roku po finale z Valencią. Baslerowi już nie było to dane – gdy po raz kolejny wkurzył władze monachijskiego klubu, te w końcu go pożegnały. Szkoda, ale taki już los enfant terrible.

Pełne zestawienia składów Bayernu w tamtym sezonie LM oczywiście do zobaczenia na RSSSF.

B.