Archiwum kategorii: okienko kalendarza

Najfajniejszy mecz towarzyski ever. Europa vs. Reszta Świata AD 1997

Mecz Europa - Reszta Świata 1997 (Europe - Rest of the World)

Mignęło mi to wczoraj w internetach i aż się rozrzewniłem. 4 grudnia 1997 roku odbył się mecz Europa kontra Reszta Świata. Ach….

Spotkanie odbyło się przy okazji losowania grup Mistrzostw Świata 1998 we Francji. Tak, tych mistrzostw.

Przypomnijmy, że to był czas, gdy byłem jeszcze młodym chłopaczkiem, który chłonął wszystko, co z piłką związane.

Przypomnijmy, że był to czas, kiedy mecze w telewizji były jeszcze dozowane, może nie tak bardzo jak jeszcze kilka lat wcześniej, ale wciąż kibic na pewno nie był nimi przebodźcowany. Ja do dziś wspominam mecz Spartak Moskwa – Inter Mediolan (1:2) w Pucharze UEFA 1997/1998, który obejrzałem tylko dlatego, że akurat leciał w TV :)

Przypomnijmy wreszcie, że to był czas, kiedy po zielonych murawach gęsto biegali wizjonerzy, zwykle z numerem 10 na plecach – Zidane, Hagi, Romario, Ronaldo, Baggio, Okocha… Nawet Austria miała Herzoga :)

Sami widzicie, że był to piękny czas. I wszystkie te okoliczności zmaterializowały się w postaci meczu Europa versus Reszta Świata.

Oto składy obu drużyn:

Europa

1. Andreas Köpke (GER, Olympique de Marseille)
12. Frode Grodas (NOR, Chelsea)

2. Heimo Pfeifenberger (AUT, Werder Bremen)
3. Sorin Colding (DEN, Brondby FC)
4. Alessandro Costacurta (ITA, Milan AC)
5. Fernando Hierro (ESP, Real Madrid C.F.)
6. Dominique Lemoine (BEL, RCD Espanyol SAD)
7. Krassimir Balakov (BUL, VfB Stuttgart)
8. Paul Ince (ENG, Liverpool FC)
9. Patrick Kluivert (HOL, Milan AC)
10. Zinedine Zidane (FRA, Juventus FC), kapitan
11. Alen Boksic (HRV, Lazio SS)

13. Marius Lacatus (ROM, Steaua Bucarest)
14. Slavisa Jokanovic (YUG, CD Tenerife SAD)
15. Mehdi Pashazadeh (IRN, Tehran FC)
16. Gordon Durie (SCO, Glasgow Rangers)

Trener
Franz Beckenbauer (GER)

Reszta Świata

1. Jacques Songo’o (CMR, Deportivo La Coruña)
12. Rubén Martin Ruiz Díaz (PAR, Monterrey)

2. Myung-Bo Hong (KOR, Bellmare Hiratsuka)
3. Javier Margas (CHI, Universidad Católica)
4. Nwankwo Kanu (NGA, Inter)
5. Nourredine Naybet (MOR, Deportivo La Coruña)
6. Marcelino Bernal (MEX, Monterrey)
7. Hidetoshi Nakata (JAP, Bellmare Hiratsuka)
8. Adel Sellimi (TUN, Nantes)
9. Gabriel Batistuta (ARG, Fiorentina)
10. Ronaldo (BRA, Inter), kapitan
13. Hussain O. Sulimani (KSA)

11. Antony de Avila (COL, New York Metrostars)
14. David Nyathi (RSA, St. Gallen)
15. Deon Burton (JAM, Derby County)
16. Eric Wynalda (USA, San Jose Clash)

Trener
Carlos Alberto Parreira (BRA)

Mecz był tak bogaty w fajerwerki, że od oglądania mogły rozboleć brzuchy. Gwiazdy cisnęły swoje popisowe numery, ale pozostali nie odpuszczali. No, może poza defensorami, co takim gierkom chyba dodaje tylko uroku.

Wynik: 5:2 dla Reszty Świata. Strzelcy: De Avila, Ronaldo 2, Batistuta 2 – Lacatus, Zidane

Poniżej skrót spotkania. Zobaczcie sobie co wyprawiał Ronaldo.

Jeśli ktoś chciałby sobie obejrzeć cały mecz to można.

Przy okazji – listę z innymi meczami reprezentacji „Europy” albo „Świata” znajdziecie tutaj i trochę też tutaj.

A ciekawe dywagacje jak mógłby taki mecz wyglądać w 2017 albo 2018 roku znajdziecie tutaj, tutaj i tutaj.

P.

Białoruś – Polska 4:1. Tango-kat z Romanem. Wasiluk ma czterdzieści lat

Choć nie był piłkarzem wybitnym, to w galerii postrachów polskiej reprezentacji stoi ramię w ramię z Garym Linekerem i Pedro Pauletą. Roman Wasiluk – tak, to o nim mowa – świętuje dzisiaj czterdzieste urodziny. Czy Mariusz Kukiełka „lubi to”? :)

Wasiluk jest jednym z najlepszych napastników w historii ligi białoruskiej. Dwukrotnie był tam królem strzelców (2000, 2007), dwukrotnie mistrzem kraju (2000, 2012), czterokrotnie sięgał po puchar. Umówmy się jednak, że to nie czyni go The Special One. Poza ojczyzną próbował szczęścia w Spartaku Moskwa (łącznie 7 meczów i 2 gole) i izraelskim Hapoelu Tel Awiw (9 meczów i 1 gol). Zero splendoru, sorry. W reprezentacji Białorusi grał w latach 2000-2008, zaliczył 24 mecze i 10 goli. Pięć razy trafił w el. MŚ, raz el. EURO 2004 i raz w el. EURO 2008. Żaden szał, absolutnie żaden. Nikt w Polsce nie straszyłby nim dzieci, gdyby nie wieczór 5 września 2001, kiedy to w meczu eliminacji do mundialu 2002 Pan Roman załadował biało-czerwonym 4 bramki, ośmieszając przy tym Mariusza Kukiełkę i Tomasza Kłosa.

Rok 2001 to w ogóle szczyt kariery Wasiluka. Najpierw trafiał seryjnie w Sławiji Mozyrz, potem przeniósł się do Spartaka. Wiele sobie po nim obiecywano, mówiono, że jest wielkim talentem. Niestety nic z tego nie wyszło. Choć potem zaliczał jeszcze dobre okresy w Dynamie Brześć i FK Homel, to było już wiadomo, że jego najpiękniejszym wspomnieniem będzie kręcenie polskimi obrońcami. No i tych kilka ładnych bramek z ligi białoruskiej.

Swoją drogą po latach Polacy dokonali jednak symbolicznej zemsty na Wasiluku. W 2008 roku pojawił się temat jego transferu do Jagiellonii Białystok, ale okazał się za drogi na białostocką kiesę. Natomiast latem 2015 roku natomiast był on testowany w I-ligowej Pogoni Siedlce, ale władze klubu nie zdecydowały się na transfer leciwego już wówczas zawodnika. Ot, taki pstryczek w nos :)

Na zakończenie warto wspomnieć, że Wasiluk okazał się długowiecznym typem – jeszcze w czerwcu 2018 grywał dla Dynama Brześć. Sto lat chłopie!

P.

Polska – Holandia 1:3 (1993). Popis Bergkampa w smutnym pożegnaniu eliminacji w Poznaniu

bilet Polska - Holandia 1993
bilet Polska – Holandia 1993

Polska – Holandia w Poznaniu, z listopada 1993 roku, to mecz niepowtarzalny w historii naszej reprezentacji, w historii polskiego futbolu. Przegrane dużo wcześniej eliminacje, kończone w żałosnym stylu z tymczasowym selekcjonerem – to przerabialiśmy też później podczas spotkania Polska – Słowacja, w 2009 roku. Tu jednak dochodzi niebywała dominacja kibiców gości na trybunach (15 tys. Holendrów, przy 2-3 tys. Polaków!) – nigdy wcześniej i nigdy później nie zdarzyło się, by polscy fani byli w zdecydowanej mniejszości na meczu reprezentacji rozgrywanym w Polsce.

To bardzo wzmacnia obraz degrengolady polskiego futbolu w pierwszej połowie lat 90. Rok 1993 chyba możemy uznać za kwintesencję tego upadku, to przecież też niedziela cudów w polskiej lidze, baty 1:5, jakie Lech Poznań zebrał w eliminacjach Ligi Mistrzów od Spartaka Moskwa, a po rezygnacji Andrzeja Strejlaua – depresyjne porażki z Norwegią oraz Turcją. I w końcu – z Holandią. Wszystkie trzy – w Poznaniu. Aż odechciewało się oglądać futbolu.

Paweł Zarzeczny i Dariusz Szpakowski po Polska – Holandia i polskiej piłce

Polska - Holandia 1:3 (Poznań, 1993)
Polska – Holandia 1:3 (Poznań, 1993)

„Za pierwsze 45 minut można naszej drużynie podziękować, za drugie – zganić (…) Jedno jest pewne – gorzej już być nie może, może być tylko lepiej, tym się pocieszmy. Z tą nadzieją zapadamy w zimowy, piłkarski sen. (…) Kiedyś Kazimierz Górski, po powrocie z Grecji, powiedział – trzeba wziąć kanister z benzyną, wszystko oblać, podpalić i zacząć od początku. Panie Kazimierzu – nic nie stoi przeciwko temu” – to Dariusz Szpakowski, w swoim tradycyjnym w tamtym czasie podsumowaniu na antenie TVP.

„Darujmy sobie teraz drobiazgowe analizy gry Polaków. Warto jednak po tym przegranym meczu, po pięciu przegranych meczach jesienią i po przegranych eliminacjach powiedzieć sobie coś takiego – reprezentacja po długiej agonii zginęła śmiercią tragiczną. Póki ciało jeszcze ciepłe – można wyjąć z niego parę zdrowych organów i przeszczepić w inne miejsce, być może z pożytkiem dla kogoś innego. Takimi zdrowymi organami w chorej reprezentacji, elementami na których można mimo wszystko budować przyszłość, są: Matysek, Wałdoch, Koźmiński, Adamczuk, Jałocha, Michalski, Kowalczyk, Brzęczek, Lewandowski… Dla reszty ciała, chorego, trzeba niestety odprawić nabożeństwo i… do piachu. I bardzo prosimy – ciszej nad tą trumną…” – to z kolei słowa Pawła Zarzecznego w tygodniku Piłka Nożna.

Faktycznie, szczegółową analizę meczu Polska – Holandia sobie oszczędzimy, ale skoro już przebrnąłem przez cały mecz z odtworzenia, to parę spraw warto przypomnieć.

Przegląd Sportowy dzień po Polska - Holandia 1:3 (Poznań, 1993)

Ruud Gullit i Dick Advocaat – trudne sprawy

Holendrzy przyjechali do Poznania bez trzech wielkich gwiazd: Ruuda Gullita, Marco van Bastena (kontuzja) i Franka Rijkaarda (pauza za kartki). Ruud Gullit w trakcie eliminacji do World Cup 1994 pokłócił się z Dickiem Advocaatem, poszło głównie o to, że wiosną 1993 selekcjoner zdjął go z boiska podczas meczu w Anglii (2:2). Bez Gullita Holendrzy zdobyli awans na mundial, pieczętując go w Poznaniu. Dla Advocaata, mecz przy Bułgarskiej, miał być ostatnim w roli selekcjonera, co otwierało drogę powrotu Gullita do kadry. Advocaat po meczu w Poznaniu powiedział: – Odchodzę. W finałach mistrzostw świata reprezentację Holandii poprowadzi Johan Cruyff. Dwa lata temu umówiłem się z nim, że po eliminacjach zrezygnuję.

Problem w tym, że wielki Johan może i był umówiony na prowadzenie kadry od 1994 roku, ale nie był za to umówiony (a raczej – nie był „podpisany”) – na kasę z federacją. KNVB – podobno – nie zgodziła się zresztą nie tylko na wygórowaną pensję dla ówczesnego trenera Barcelony, ale też na zmianę sponsora technicznego kadry, bo Cruyff chciał, by Lotto zostało zmienione na producenta, z którym on miał umowę.

Selekcjonerem pozostał więc Advocaat, który dał się namówić na powołanie Gullita do reprezentacji Holandii, krótko przed mundialem, w maju 1994. Mało tego, obiecał publicznie, że zrobi Gullita kapitanem Holendrów na mundialu w Stanach. Gullit jednak zagrał jeszcze towarzysko ze Szkocją, po czym… opuścił zgrupowanie. Może czuł, że z Advocaatem nie jest się w stanie dogadać, a może – że kadra pod jego wodzą nie ma szans na sukces. Najzabawniejszy jest kontrast między zdjęciami obu panów z 1994 roku i z 2017, gdy Gullit został włączony do sztabu Advocaata.

Ruud Gullit i Dick Advocaat
Ruud Gullit i Dick Advocaat

Gullit, czyli pierwszy piłkarz, który przebił się do mojej świadomości we wczesnym dzieciństwie (może na Italia ’90, a może na Euro 1992) nie wystąpił więc w Poznaniu, nad czym ubolewam. A nad jego brakiem w kadrze na World Cup 1994, tak sądzę, ostatecznie ubolewali holenderscy kibice. Owszem, reprezentacja Holandii miała wtedy jednego genialnego napastnika. Ale tylko jednego. Dennis Bergkamp stanowił o sile ofensywy Pomarańczowych w USA, był też jej motorem napędowym w Poznaniu.

Magik Dennis Bergkamp czarował w meczu Polska – Holandia

Na jego tle, nie czarujmy się, polscy piłkarze wyglądali jak ludzie uprawiający inną dyscyplinę sportu. Ok, Marek Leśniak zrobił to, czego nie dokonał wcześniej podczas meczu z Anglią („ajezusmaria!”) i po błędzie obrony (konkretnie Ronalda Koemana!) zdobył gola, ale tylko tyle dobrego na temat jego występu w Poznaniu można napisać. Jedyna naprawdę ciekawa kombinacyjna akcja Polaków podczas meczu z Holandią została zepsuta właśnie przez niego, gdy po wymianie kilku zagrań bez przyjęcia piłki, on posłał podanie (to ostatnie podanie) pod nogi Holendrów. To był początek drugiej połowy, jeszcze przy 1:1. W następnej akcji Bergkamp strzelił drugiego gola dla Holandii.

Polska beznadzieja: solidny tylko Adam Matysek, przebłyski Grzegorza Lewandowskiego

Wojciech Kowalczyk prawie nie miał piłki – w pierwszej połowie w dobrej sytuacji strzelił głową nad poprzeczką i to tyle. Najwięcej szumu robił zaczynający grę w kadrze Grzegorz Lewandowski. Zupełnie bez ikry zagrał Robert Warzycha, Marcin Jałocha i Radosław Michalski może i się starali, ale nie umieli (Michalski indywidualnie miał opiekować się Bergkampem…). Dramatycznie wyglądała gra w obronie, gdzie z prawej strony Dariusz Adamczuk co i rusz był wolniejszy niż Bryan Roy. Adamczuka czekała potem bardzo długa przerwa w grze z orłem na piersi, bo ponownie powoływał go dopiero Janusz Wójcik w 1999 roku. Występ Juliusza Kruszankina można traktować w kategoriach dowcipu, podobnie jak fryzurę Tomasza Wałdocha. Pochwalić, poza Lewandowskim, można było za ten mecz tylko Adama Matyska, którego i tak przed stratą czwartego gola, już w ostatnich sekundach, uratowała poprzeczka po strzale Ronalda de Boera.

Małomówny Lesław Ćmikiewicz, rozgadany Wojciech Kowaczyk

Polaków, prowadzonych przez Lesława Ćmikiewicza i Władysława Żmudę I, trudno tak naprawdę nazwać zespołem, to była raczej dość przypadkowa grupa, w której zresztą specjalnej ochoty nie miał się wówczas znaleźć m.in. Roman Kosecki. Dużo więcej do powiedzenia od tymczasowego selekcjonera miał Wojciech Kowalczyk (niżej zapis z Przeglądu Sportowego), który stwierdził, że reprezentacja Polski w Poznaniu nie powinna grać, skoro nikt przy Bułgarskiej jej nie chce oglądać. Tak się złożyło, że był to ostatni mecz reprezentacji Polski o punkty na tym stadionie (a i na mecz towarzyski trzeba było czekać aż do 2000 roku).

Lesław Ćmikiewicz, Władysław Żmuda i Kazimierz Oleszek podczas meczu Polska - Holandia 1:3 (Poznań, 1993)
Lesław Ćmikiewicz, Władysław Żmuda i Kazimierz Oleszek podczas meczu Polska – Holandia 1:3 (Poznań, 1993)
Wojciech Kowalczyk i Lesław Ćmikiewicz po meczu Polska - Holandia 1:3 (Poznań, 1993)
Wojciech Kowalczyk i Lesław Ćmikiewicz po meczu Polska – Holandia 1:3 (Poznań, 1993)

Oczywiście, w meczu z listopada 1993 roku, tak specyficznym, pełne było obrazków dziś w futbolu niespotykanych. Advocaat już po trzecim golu, tym de Boera, jeszcze przed zakończeniem spotkania przez sędziego, udzielał wywiadów holenderskim mediom, w tym telewizji.

Dick Advocaat udziela wywiadu podczas meczu Polska - Holandia 1:3 (Poznań, 1993)
Dick Advocaat udziela wywiadu podczas meczu Polska – Holandia 1:3 (Poznań, 1993)

Holendrzy, którzy na stadionie czuli się jak u siebie, transparenty pozawieszali na wszystkich możliwych płotach, ale też i pokładli je za bramką. Polscy kibice ostatecznie siedzieli tylko na jednym sektorze, na który i tak zgodzili się wpuścić niemieszczących się już gdzie indziej Holendrów.

Kibice holenderscy na meczu Polska - Holandia 1:3 (Poznań, 1993)
Kibice holenderscy na meczu Polska – Holandia 1:3 (Poznań, 1993)

Goście mieli ze sobą – oprócz wszystkich możliwych instrumentów muzycznych (z trąbkami, puzonami i bębnami na czele) – całe mnóstwo akcesoriów odnoszących się do wyjazdu ze Stanów. Były więc maski i czapki a’la Statua Wolności, były amerykańskie flagi.

Gdy taką flagę USA otrzymał od jednego z kibiców Marc Overmars, w zamian ofiarował mu swoją koszulkę. Zazdroszczę, bo ja swoją koszulkę Overmarsa, oczywiście podrabianą, dorwałem dopiero w 1998 roku w sklepie niedaleko rynku w Wąbrzeźnie.

Polska – Holandia 1:3 (1:1)

Gole:

0:1 Dennis Bergkamp (10. minuta),

1:1 Marek Leśniak (13. minuta),

1:2 Dennis Bergkamp (68. minuta),

1:3 Ronald de Boer (88. minuta)

POLSKA: 1. Adam Matysek, 2. Radosław Michalski, 3. Marek Koźmiński, 4. Juliusz Kruszankin, 5. Tomasz Wałdoch, 6. Marcin Jałocha, 7. Grzegorz Lewandowski, 8. Dariusz Adamczuk, 9. Robert Warzycha, 10. Wojciech Kowalczyk, 11. Marek Leśniak

Rezerwowi: 12. Janusz Jojko, 13. Tomasz Łapiński, 14. Ryszard Czerwiec, 15. Tomasz Cebula, 16. Jerzy Brzęczek

Ustawienie: Matysek – Jałocha, Kruszankin, Michalski, Wałdoch – Adamczuk, Warzycha, Lewandowski, Koźmiński – Leśniak, Kowalczyk.

Zmiany: 65. minuta – Cebula za Warzychę; 78. minuta – Czerwiec za Jałochę

HOLANDIA: 1. Ed de Goey, 2. Ulrich van Gobbel, 3. Frank de Boer, 4. Ronald Koeman, 5. Erwin Koeman, 6. Jan Wouters, 7. Marc Overmars, 8. Aron Winter, 9. Ronald de Boer, 10. Dennis Bergkamp, 11. Bryan Roy

Rezerwowi: 12. John Bosman, 13. Wim Jonk, 14. John de Wolf, 15. Arthur Numan, 16. Theo Snelders

B.

Sprawdź, jaki był mecz, gdy się urodziłeś. Lech Poznań – Plastika Nitra, czyli Intertoto w Śremie

Lech Poznań – Plastika Nitra (Puchar Intertoto 1987)

Piłka nożna doskonale ułatwia zapamiętywanie dat wydarzeń zarówno osobistych, jak i całkiem globalnych – pisał o tym Wojciech Kuczok, pisaliśmy też sami na naszym blogu. Gdyby kiedyś dotknęła mnie wybiórcza amnezja i musiałbym sprawdzić, którego dnia i o której godzinie urodził się mój syn, szukałbym meczu Zagłębie Lubin – Piast Gliwice, kończącego rundę jesienną. Kiedy było wesele kuzyna? Wtedy, gdy był mecz Polska – Słowenia. Kiedy była ustna matura z polskiego? Wtedy, gdy był finał FC Barcelona – Arsenal. Kiedy w domu pierwszy raz został odpalony magnetowid? W dniu meczu Turcja – Chorwacja na Euro 1996. Kiedy doszło do zamachu w Paryżu? W dniu meczu Polska – Islandia. Jasne i proste.

Najważniejszym z wydarzeń, którego człowiek nie jest w stanie pamiętać – i to nie dlatego, że był nietrzeźwy – jest moment jego narodzin. Tak się akurat składa, że parę dni temu – 23 lipca – miałem przyjemność odwiedzić Śrem (polecam Cafe Ole i Pumpenplatz!), moje urodziny przypadają 24 lipca, a 25 lipca – właśnie 1987 roku, w pierwszej dobie mojego życia – doszło na śremskim stadionie (wtedy nazywanym XV-lecia PRL) do spotkania z udziałem Lecha Poznań.

To był mecz tyleż nieważny, co niepowtarzalny. Po pierwsze – nieistniejący już Puchar Intertoto, nazywany słusznie Pucharem Lata, bo emocje w nim były właśnie letnie. Po drugie – Kolejorz podejmował Plastikę Nitra, drużynę reprezentującą nieistniejącą już Czechosłowację. Po trzecie – no właśnie, mecz odbył się w Śremie. Lech w – mimo wszystko – oficjalnych meczach, robił sobie tournee po Wielkopolsce, bo wcześniej przegrane 0:1 spotkanie z Lyngby rozegrał w Szamotułach. Próba w Śremie była dużo bardziej udana, nie tylko ze względu na wynik – wygraną 3:0 – ale też otoczkę i atmosferę na trybunach.

„Pomysł z organizacją meczu w Śremie był dobry. Z jednej strony zaprezentowano się nowej widowni, z drugiej okazano zaufanie miejscowym działaczom Klubu Kibica Lecha, którzy wywiązali się z zadania bez zarzutu” – pisał Wojciech Michalski w Expressie Poznańskim.

Lech Poznań – Plastika Nitra (Puchar Intertoto 1987)

„Mecz w Śremie odbył się w ramach 65-lecia obchodów kolejowego klubu” – to już Jan Rędzioch w książce „Lech Poznań w europejskich pucharach”. I dalej: „Obserwatorzy byli świadkami przebudzenia poznańskich piłkarzy. Lechici łatwo wygrali 3:0, odbierając tym samym Słowakom szansę na wygranie grupy. Akcje poznańskich piłkarzy były szybkie i pomysłowe. Gdyby grali tak od początku grupowej rywalizacji, ich końcowe zwycięstwo byłoby pewne. Na nic zdała się dzielna postawa bramkarza gości, Petera Palucha, który trzy lata później na mundialu we Włoszech pełnił trzeciego bramkarza. Wodzirejem był syn dawnego piłkarza Polonii Bydgoszcz, ŁKS i Odry Opole i reprezentacji Polski, Henryka Szczepańskiego – Adrian.”

Jan Rędzioch podał, że sześciotysięczny stadionik w Śremie wypełnił się 5 tys. widzów. Redaktor Michalski w notce „Posprzątają” nie zostawił suchej nitki na kibicach z Poznania, którzy stanowili mniejszość na tle tubylców. Niestety – wyróżniającą się: „Przybyła też do Śremu skromna grupka kibiców z Poznania. Szaliki, flagi, inne akcesoria mające świadczyć, że i oni są kibicami Lecha. Zostawili po sobie na stadionie w Śremie okropny bałagan. Rzucali w górę podarte papiery, powodując, że uroczy obiekt wyglądał po prostu po meczu zaśmiecony. No nic, ci prawdziwi kibice ze Śremu, posprzątają”.

Jan Rędzioch piłkarzem meczu wybrał Adriana Szczepańskiego, a Wojciech Michalski wyróżnił przede wszystkim Zbigniewa Pleśnierowicza („wygrał pojedynek, kilka razy bronił z dużym wyczuciem, a trzeba przyznać, że goście strzałowo byli nieźle usposobieni”), a także Piotra Skrobowskiego („grał pierwsze skrzypce”), „pożytecznego” Henryka Miłoszewicza i „aktywnego” Adriana Szczepańskiego.

Lech Poznań – Plastika Nitra (Puchar Intertoto 1987)

Lech Poznań – Plastika Nitra 3:0 (1:0)

Gole:

1:0 Henryk Miłoszewicz (32. lub 33. minuta, „po profesorsku, lekkim, spokojnym i precyzyjnym strzałem zakończona akcja Kruszczyńskiego i Pachelskiego)

2:0 Adrian Szczepański (74. lub 76. minuta, po solowej akcji),

3:0 Jerzy Kruszczyński (87. minuta, dobitka po akcji Araszkiewicza i strzale Pachelskiego w poprzeczkę).

Lech Poznań: Zbigniew Pleśnierowicz – Krzysztof Pawlak, Leszek Partyński, Piotr Skrobowski, Marek Rzepka (37. Marek Czerniawski), Dariusz Kofnyt, Henryk Miłoszewicz, Bogusław Pachelski, Jarosław Araszkiewicz, Adrian Szczepański, Jerzy Kruszczyński. Trener: Bronisław Waligóra

Plastika Nitra: Paluch – Chatrnúch, Lednicky, Mikuš, Czuczor (61. Molnar), Mihok, Harbulak, Borko, Jež, Gajdoš, Dekyš

***

24.07.1987

24 lipca 1987 r. to był piątek, udało mi się dotrzeć tylko do tego, że swoje mecze rozegrała wtedy liga austriacka. O dwóch polskich wątkach muszę wspomnieć:

– Grazer AK wygrał 3:2 z Austrią Klagenfurt, a jego trenerem był wtedy późniejszy szkoleniowiec Lecha, Adi Pinter;

Adolf Adi Pinter trener Lech Poznań

– w derbach Linzu Voest zremisował 1:1 z LASK, którego barw bronił opiewany na tym blogu w tekście o Zawiszy, Adam Kensy.

Dużo więcej działo się we wspomnianą sobotę 25 lipca – swój mecz z Hammarby w Pucharze Intertoto wygrała 3:0 Pogoń Szczecin, a w lidze francuskiej gole strzelali m.in. Eric Cantona dla Auxerre, Jean-Pierre Papin dla Olympique Marsylia, a Roger Milla, Safet Susić i Laureant Blanc w batach Montpellier – PSG 4:1.

Jak sprawdzić, jakie mecze odbywały się danego dnia (np. w dniu, kiedy się rodziliśmy)?

Można skorzystać z kilku stron (choć żadna z nich nie jest idealna), zmieniając odpowiednio datę na końcu adresu:

Transfermarkt ma największy porządek w datach, w dodatku można korzystać z kalendarza po prawej stronie,

Worldfootball.net, o ile ma jakiś mecz w swojej bazie, najczęściej podaje pełne składy i strzelców (tu jest też osobny formularz do wpisania interesującej nas daty),

Soccerway to dobre źródło, ale dopiero dla dat od połowy lat 90.

Wyszukiwanie dla meczów polskiej ligi we wszystkich trzech przypadkach działa jednak w ograniczonym zakresie. Wiem, że są w Polsce osoby (nie jedna i nie dwie), które dysponują bazą naszych ligowych meczów tak uporządkowaną, że wyszukanie spotkań z danego dnia nie jest żadnym problemem. Może kiedyś się nimi podzielą?

Daty urodzin wybranych piłkarzy i mecze rozegrane tego dnia

Robert Lewandowski

– ur. 21.08.1988 – w lidze holenderskiej Feyenoord – PSV Eindhoven 2:2 (grał Włodzimierz Smolarek), w Pucharze Włoch AC Milan – Licata 2:0 (Donadoni i Virdis z golami), w 2. Bundeslidze Osnabruck – Freiburg 0:4 (dwa gole zdobył Marek Majka, ex-Górnik Zabrze, wychowanek Piasta Gliwice)

Cristiano Ronaldo

– ur. 5.02.1985 – w Pucharze Niemiec Hertha Berlin – Bayer Leverkusen 0:4 (Rudolf Wojtowicz w składzie), w meczach towarzyskich Irlandia – Włochy 1:2 (gole: Rossi, Altobelli) i Bułgaria – Szwajcaria 1:0.

Leo Messi

– ur. 24.06.1987 – baraż o 1. Bundesligę FC St. Pauli – FC Homburg 2:1 (gol Wójcickiego i gra Buncola dla przegranych)

Ze Roberto

– ur. 6.07.1974 – urodzony w dniu, w którym Brazylia przegrała z Polską mecz o trzecie miejsce na mundialu w RFN – pisał nawet tym w przedmowie do polskiego wydania książki „Wymarzone podanie od życia. Z Bogiem na lewym skrzydle”

Ze Roberto – książka „Wymarzone podanie od życia”

Hernanes

– ur. 29.05.1985 – 30 lat po tym, jak urodził się w dniu finału Pucharu Mistrzów Juventus – Liverpool 1:0 (i tragedii na Heysel), został piłkarzem Juve

Kevin Trapp

– ur. 8.07.1990 – niemiecki bramkarz urodził się w dniu triumfu RFN na włoskim Mondiale – finał RFN – Argentyna 1:0

Joel Campbell

– ur. 26.06.1992 – finał Euro 1992 Dania – RFN 2:0

Anderson Cueto

– ur. 24.05.1989 – finał Pucharu Mistrzów Steaua – AC Milan 0:4 (po dwa gole Gullit i van Basten)

Gervinho

– ur. 27.05.1987 – finał Pucharu Mistrzów FC Porto – Bayern 2:1 z Józefem Młynarczykiem w bramce

Gokhan Inler

– ur. 27.06.1984 – finał Euro 1984 Francja – Hiszpania 2:0

 

B.

Komentarze z numer10.blox.pl

Gość: gp, *.inet-siec.pl
2017/08/01 15:43:51
Z takich skojarzeń, to pamiętam, że w dniu kiedy uchwalano konstytucję, Polska grała z Włochami. 0-0 i ta główka Wojtali nad poprzeczką, która mi się potem śniła…
silvermane
2017/08/03 13:50:20
Wyszukiwanie meczów po dacie jest także dostępne w footballdatabase.eu. Jest tam też polska I liga i częściowo II oraz PP.

Trzeba jednak pamiętać, że nie wszystkie daty są dokładne (głównie problem sobota/niedziela). Dotyczy to m.in. Pucharu Intertoto właśnie, a także niższych lig i meczów sprzed 2000 roku, gdy zaczęły pojawiać się pierwsze strony typu livescore.

Superpuchary, których… nie było

Dzisiejszym meczem o Superpuchar Polski między Legią a Arką symbolicznie rozpocznie się kolejny sezon ligowy. Kibice przywykli już do takiej formuły tego spotkania. Warto jednak pamiętać, że idea ideą, ale… bywało różnie. Mecz bowiem czasem w ogóle się nie odbywał.

ffndbt73m4q4

Sam pomysł na rozgrywanie Superpucharu Polski zrodził się w 1980 roku. Ówczesne władze PZPN uznały, że konfrontacja najlepszej drużyny w kraju z zespołem, który sięgnął po krajowy puchar może być nie lada atrakcją dla kibiców. Kiedy jednak rywalem Legii Warszawa (zdobywca PP 1980) okazać się miał zupełnie nieoczekiwany triumfator ligi – Szombierki Bytom – z pomysłu się wycofano! Decyzję argumentowano tym, że takie zawody nie spotkają się ze zbyt dużym zainteresowaniem fanów.

Do idei wrócono trzy lata później, czyli w 1983 roku. Wtedy też rozegrano pierwszy w historii Superpuchar Polski. Lechia Gdańsk (zdobywca PP 1983, świeżo po awansie z III do II ligi) wygrała na swoim stadionie z… Lechem Poznań (mistrz Polski 1983). Jedynego gola strzelił Jerzy Kruszyński, który dwa lata później przeniósł się do Kolejorza.

Pomimo frekwencyjnego sukcesu premierowego spotkania (na trybunach zasiadło 15 000 kibiców) na kolejny mecz o Superpuchar trzeba było czekać aż cztery lata (1984-1986). Nikt bowiem nie kwapił się do organizacji kolejnych spotkań. Dopiero w 1987 roku PZPN, na wniosek Kazimierza Górskiego, zadecydowano, że pieczę nad spotkaniem obejmie piłkarska centrala. Mecz odbywać się miał zawsze na tydzień przed rozpoczęciem rozgrywek ekstraklasy i być formą inauguracji sezonu. Honorowym patronem wydarzenia została Fundacja „Gloria Victis” zajmująca się wspieraniem byłych sportowców. Dochód ze spotkania miał wspierać jej właśnie konto. Lokalizacja kolejnych meczów była ruchoma i docelowo trafiała również do mniejszych piłkarskich ośrodków. Wdrożenie tych szlachetnych założeń rozpoczęło się 2 sierpnia 1987 roku, kiedy to Śląsk Wrocław (zdobywca PP) pokonał Górnika Zabrze (mistrz Polski) na stadionie w Białymstoku (2:0). Od tego czasu Superpuchar rozgrywany jest już regularnie, choć i w tym okresie nie brakuje wpadek.

W 1993 roku zaplanowane już spotkanie (miało odbyć się w Radomiu) zostało odwołane z powodu afery „ostatniej kolejki” sezonu 1992/1993. Wtedy to Legia i ŁKS ścigały się w strzelaniu bramek swoim przeciwnikom w korespondencyjnym boju. Za karę obu drużynom unieważniono wyniki ostatniego spotkania oraz nie dopuszczono do występów w europejskich pucharach. Tym samym mistrzem Polski ostatecznie został Lech Poznań, ale jego superpucharowego meczu z GKS Katowice (zdobywca PP) postanowiono już nie rozgrywać.

Początek XXI wieku to trudny czas dla Superpucharu. W 2000 roku z jego współorganizowania wycofała się Fundacja Gloria Victis. Jedynym podmiotem odpowiedzialnym za wydarzenie został więc PZPN. Skutki tej sytuacji szybko zaczęły być widoczne.

W 2002 roku zawody dość niespodziewanie odwołano. Ciekawie zapowiadający się mecz Legii i Wisły miał być toczony na stadionie w Suwałkach. Władze PZPN uznały jednak, że w kontekście MŚ 2002… nie są w stanie znaleźć dla niego dobrego terminu. Padały różne daty, w końcu zdecydowano się na grę na początku września, po czym wycofano się w ogóle z pomysłu rozgrywania spotkania.

Rok później, czyli w 2003 roku, o przeprowadzeniu Superpucharu już w ogóle nie myślano. PZPN uznał, że nie jest zainteresowany organizacją takiego przedsięwzięcia, więc nawet nie poczyniono żadnych przymiarek związanych z jego przeprowadzeniem.

Historię z 2004 roku znają doskonale przede wszystkim kibice poznańskiego Lecha. Do meczu o Superpuchar z pewnością znowu by nie doszło, ale działacze Kolejorza (zdobywcy PP) zaproponowali, aby potraktować w tych kategoriach spotkanie ostatniej kolejki sezonu – właśnie ze świeżo koronowanym mistrzem Polski Wisłą Kraków. Mecz przy ul. Bułgarskiej zakończył się remisem 2:2 i wobec tego arbiter zarządził… konkurs rzutów karnych. Jedyny raz w historii takie wydarzenie towarzyszyło ligowemu spotkaniu.

W 2005 roku powtórzyła się historia z lat 2002-2003. Polska reprezentacja „szykowała się” do MŚ 2006 w Niemczech, a sam PZPN zmagał się ze szczytem afery korupcyjnej. O Superpucharze nikt wówczas nie pomyślał.

Zły los cyklicznego spotkania odmienił się dopiero w 2006 roku. Wtedy to pod swoje skrzydła wzięła go nowo powołana spółka Ekstraklasa SA. Od tego czasu wydarzenie pod zmienioną nazwą Superpuchar Ekstraklasy SA miał toczyć się rokrocznie bez względu na okoliczności. Tak się jednak nie stało.

W 2011 roku zaplanowano, że odbędzie się on na świeżo wybudowanym na EURO 2012 Stadionie Narodowym w Warszawie. Termin oddania obiektu do użytku ciągle jednak przesuwano. Ostatecznie mecz miał być rozegrany… w lutym 2012 roku. Policja jednak zakwestionowała gotowość stadionu na przyjęcie kibiców Legii i Wisły. Dodatkowo same kluby zadeklarowały, że nie są zainteresowane takim spotkaniem rozgrywanym w zimowej aurze, ponieważ kolidowałoby on w ich przygotowaniach do 1/16 Ligi Europy.

Wreszcie w 2013 roku Superpuchar Ekstraklasy również się nie odbył. PZPN argumentował tę decyzję reformą rozgrywek Ekstraklasy zwiększająca liczbę meczów ligowych w sezonie (wprowadzono wtedy podział na grupy mistrzowską i spadkową, po 30 kolejkach rundy zasadniczej) oraz zmianami organizacyjnymi w Pucharze Polski.

Jak widać historia inaugurujących sezon potyczek mistrza Polski ze zdobywcą Pucharu bywa burzliwa. Mimo to dzisiaj wieczorem piłkarze powinni jednak wybiec na murawę.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego Lecha Poznań

P.

Głęboki grudzień

PA2341753

Grudzień raczej nie kojarzy się kibicom z występami kadry narodowej. Choć swego czasu panowała moda na rozgrywanie meczów w ostatnim miesiącu roku, to Adam Nawałka nie jest jej zwolennikiem.

Trudno polemizować z koncepcją selekcjonera, bo jeśli sięgniemy pamięcią do tych grudniowych pierników, to zwykle były to spotkania dość cudaczne. Warto jednak pochylić się nad grudniowym profilem dotychczasowej aktywności kadry.

W całej swojej historii biało-czerwoni rozegrali w grudniu 23 spotkania (z czego mecz Polska – Bośnia i Hercegowina [1:0] z 2007 roku ostatecznie nie jest uznawany przez FIFA). Bilans tych spotkań: 13 zwycięstw – 3 remisy – 7 porażek. Nie świadczy to jednak o zimowe mocy naszych zawodników, ale raczej o jakości przeciwników (aż trzy razy mierzyliśmy się z młodzieżowo-olimpijsko-rezerwową kadrą Bośni i Hercegowiny). Choć trzeba dojrzeć również mocnych przeciwników: Węgrów (1921), Niemców (1933), Argentyńczyków (1968) czy Włochów (1984).

Co ciekawe, pierwszy oficjalny mecz kadry toczony był właśnie w tym świątecznym miesiącu, dokładnie 18 grudnia 1921. Polacy przegrali wtedy w Budapeszcie z Węgrami (0:1).

Jednak z tego całego zbioru tylko dwa mecze były o pozatowarzyską stawkę.

5.12.1971 – Turcja – Polska 1:0, eME

Swoją drogą to była bardzo zaskakująca porażka, bo kilka miesięcy przedtem drużyna Górskiego rozbiła Turcję u siebie aż 5:1)

7.12.1980 – Malta – Polska 0:2, eMŚ, skrót tutaj

Szczególnie te maltańskie zawody (murawa!) pokazały, że granie w grudniu nie jest specjalnie dobrym pomysłem. Zresztą mecz z Maltą z różnych względów jest legendarny.

Najpóźniejszy kalendarzowo mecz reprezentacja Polski rozegrała 19 grudnia 1990 roku. Wtedy to ekipa prowadzona przez Andrzeja Strejlaua zmierzyła się z Grecją w mieście Volos. Nasz selekcjoner dał wówczas zadebiutować z orzełkiem na piersi aż czterem zawodnikom: Sidorczukowi, Lesiakowi, Cebuli i Grzesikowi. To jednak nie zdezorientowało Polaków, który wygrali 2:1 po golach Soczyńskiego i Koseckiego. Skrót meczu tutaj.

P.

Argentyna – Polska 1:2 w 1981: szukaj bramkarza i bij mistrza świata

500px-Flag_of_Argentina.svg

Największy problem ze zwycięskim meczem Polski w Argentynie z 1981 roku  jest taki, że większość wspomnień ogranicza się do rozpaczliwego poszukiwania bramkarza, łamane przez rozpaczliwego poszukiwania Józefa Młynarczyka.

Było tak, że Janowi Tomaszewskiemu – tu zacytuję powtarzanego przez niego latami suchara – odwaga pomyliła się z odważnikiem i z kadrą Antoniego Piechniczka było mu nie po drodze.

Powołania, a razem z nimi wizy do Argentyny dostali: Józef Młynarczyk, Jacek Kazimierski i Piotr Mowlik. Kazimierski doznał kontuzji, Mowlikowi zmarł ojciec, a Młynarczyk… przepadł. 

Jak opisuje Andrzej Iwan w swojej autobiografii Spalony, do Łodzi na poszukiwania została wysłana specjalna grupa. Chodziła po wszystkich możliwych znajomych i… nic! Sprawa była poważna, chodziło w końcu o mecz z mistrzami świata, w którym wypadałoby wstawić kogoś do bramki. Wiceprezesem PZPN był wtedy płk Henryk Calek, który – jak pisze Stefan Szczepłek w albumie „Moja historia futbolu” – był wtedy wysoko postawiony w MO, więc postawił na nogi milicję w całym kraju. Młynarczyk znalazł się na Mazurach, był na rybach. Nie tyle się chował, co – jak opisywał Andrzej Iwan – o kontuzji po meczu Widzewa nikomu nie powiedział, spakował tobołek i wyjechał zapijać ból spowodowany otwartym złamaniem palca. Zapijał na tyle, że na zgrupowanie dotarł – cytat z Iwana – zalany w trupa, przywieziony zresztą został do Warszawy radiowozem. Trudno było w to wszystko uwierzyć. Andrzej Iwan: No to pięknie! Lecimy na mecz z mistrzami świata z jednym tylko bramkarzem – pijanym i ze złamanym palcem. Palec zabandażowano i usztywniono, ale – do cholery! – ciągle był złamany! Ten facet kwalifikował się do szpitala, a tymczasem siedział obok mnie w samolocie i albo wył z bólu, albo bełkotał.

W samolocie nie było łatwiej Młynarczykowi łatwiej, kiedy tylko alkohol puszczał, ból się nasilał, więc – tu znów cytat z Iwana – trzeba było go podczas lotu podlewać. Dopiero w Buenos Aires stopniowo zmniejszano aplikowanie alkoholu, a zwiększano – środków przeciwbólowych. Jednocześnie – jak opisuje Stefan Szczepłek – Józef Młynarczyk był cały czas przez Antoniego Piechniczka i szefa banku informacji Jerzego Engela utrzymywany w przekonaniu, że przeciw Argentynie nie zagra, bo awaryjnie sprowadzany jest Jan Tomaszewski.

 Ale kadra przyleciała do Argentyny, a Tomaszewski na nią nie czekał. Nie pojawił się też na treningu. Kiedy trzeba było już wyjść na mecz, a Młynarczyk nie był w stanie włożyć rękawicy na spuchniętą rękę, uspokajano go, że Tomaszewski już dojeżdża do stadionu, tylko taksówka stanęła w korku. A kiedy mecz się rozpoczął, Młynarczykowi było już wszystko jedno. Bronił jedną ręką, nogami i przepuścił tylko jeden strzał – Daniela Passarelli. 

Przeciw Polsce zagrało w sumie siedmiu mistrzów świata z mundialu 1978, z Mario Kempesem i Ubaldo Filollem na czele. Debiutantem był za to – na co zwrócił uwagę Paweł Czado – Edgardo Bauza, mianowany selekcjonerem Argentyny po przegranym finale Copa America 2016 i wielkim zamieszaniu w federacji. Bauza u Menottiego już nie zagrał, choć – jak przekonuje Bartek Rabij – nie był to skutek błędów w meczu z Polską, a dużej konkurencji o miejsce w obronie.

Cesar Luis Menotti po meczu chwalił Polaków za umiejętność gry z kontrataku, ale gole biało-czerwoni strzelali po stałych fragmentach gry. Najpierw był rzut rożny, po którym piękną akcję przeprowadził Andrzej Iwan, a wykończył ją Andrzej Buncol. Wynik na 2:1 dla Polski ustalił strzałem z rzutu wolnego Zbigniew Boniek, który dokładnie w 35. rocznicę tego meczu został wybrany na drugą kadencję prezesem PZPN.

Estadio Monumental, Buenos Aires, 28 października 1981 (godz. 17.00)
Argentyna – Polska 1:2 (1:0)
Bramki: 1:0 Daniel Pasarella (42. minuta), 1:1 Andrzej Buncol (55.), 1:2 Zbigniew Boniek (70.)
Argentyna: Ubaldo Matildo Fillol – Jose Mario Olguin, Daniel Alberto Pasarella, Edgardo Bauza, Alberto Tarantini, Juan Alberto Barbas, Americo Ruben Gallego, Mario Alberto Kempes, Luis Amuchastegui, Ramon Angel Diaz, Ricardo Alberto Gareca (60. José Daniel Valencia)
Polska: Józef Młynarczyk – Marek Dziuba (kapitan), Władysław Żmuda, Paweł Janas, Jan Jałocha, Stefan Majewski, Zbigniew Boniek, Waldemar Matysik, Andrzej Buncol, Andrzej Iwan (80. Andrzej Pałasz), Włodzimierz Smolarek
Trener: Antoni Piechniczek
Sędzia: Juan Daniel Cardellino (Urugwaj)
Widzów: 40 tys.

PS

Z argentyńskiego punktu widzenia ten mecz został zapamiętany jako spotkanie bez Diego Maradony. To ciekawa sprawa, jak pisze El Pais.

Porażka reprezentacji Argentyny w meczu przeciwko Polsce, w pierwszej grze z serii trzech bez Diego Maradony, niepokoi fanów i wzbudza kontrowersje w kraju. Maradona ogłosił niedawno, że jest psychicznie wyczerpany, że czuje iż nie ma ochoty na kopanie piłki. Poprosił Cesara Luisa Menottiego, by ten nie wystawiał go w trzech meczach towarzyskich. I przeciw Polsce Maradona faktycznie nie zagrał, ale Menotti odmówił preferencyjnego traktowania go w kadrze. Brak Maradony – jak widać po meczu z Polską – skazuje Argentynę na niepowodzenie.
Podczas meczu z Polską w Buenos Aires widzowie na trybunach skandowali nazwisko Maradony. Menotti musi się teraz zastanowić, jak rozwiązać sprawę Diego.

Grannygate

Dziś Dzień Babci. Tak się składa, że na początku XXI wieku to właśnie babcie, w zupełnie nieświadomy sposób, stawały się przyczynami sportowych skandali. Najgłośniejsze są dwa z nich – walijski z 2000 roku i nowozelandzki z 2006 roku.

W 2000 roku federacja Rugby Union zawiesiła trzech zawodników. Urodzeni w Nowej Zelandii Shane Howath i Brett Sinkinson zadeklarowali bowiem, że ich babcie pochodzą z Walii, dzięki czemu mogli występować w reprezentacji Walii. Natomiast urodzony w Anglii Dave Hilton orzekł, że jego dziadek urodził się w Szkocji, co otworzyło mu z kolei drogę do szkockiej kadry. Gdy okazało się, że ich babciowo-dziadkowe rodowody są zmyślone, zawodnicy zostali zdyskwalifikowani. O skandalu do poczytania tutaj i tutaj.

Podobna historia spotkała w 2006 roku Australijczyka Nathana Fiena.

2703276-3x2-340x227

On drzwi do słynnej reprezentacji Nowej Zelandii otworzył sobie właśnie – rzekomo – pochodzącą stamtąd babcią. Jakiś czas później gazeta „Daily Telegraph” dotarła jednak do informacji, że z Nowej Zelandii nie pochodzi babcia zawodnika, ale jego… prababcia. Rugbysta został zdyskwalifikowany, a reprezentacji NZ odjęto punkty.

Z czasem jednak jednak Fien wrócił do zespołu Kiwi – już nie dzięki przodkom, ale dzięki uzyskanemu obywatelstwo Nowej Zelandii. O bohaterze skandalu można poczytać tutaj, a o samej sprawie tutaj, tutaj i tutaj.

P.

John Lennon zastrzelony – Ameryka dowiedziała się podczas meczu

lennon_walls_bridges

Mały John jakoś specjalnie futbolem się nie fascynował, choć – jak to w Liverpoolu, przy ojcu-kibicu – pewnie nie było mu o to łatwo. Finał Pucharu Anglii uznał jednak za na tyle ważne wydarzenie dla każdego 11-latka bawiącego się w rysowanie i malowanie, że postanowił go uwiecznić. Oto moment z meczu Arsenal – Newcastle na Wembley. Chilijczyk Jorge „George” Robledo uderza piłkę głową, a ta leci w kierunku bramkarza George’a Swindina. Możliwe, że tak w 84. minucie Newcastle zdobyło jedynego gola meczu. John Lennon pewnie żałował, że nie strzelił go Jackie Milburn, ten z 9-tką na plecach. Numer 9 zawsze był jego ulubionym. To, że wydana przez niego w 1974 roku płyta „Walls and Bridges” miała okładkę właśnie z tym rysunkiem, a jedna z piosenek ma tytuł „#9 Dream” nie jest przypadkiem. Możliwe, że John narysował to, co widać na tym zdjęciu.

 ***

– Możesz w to uwierzyć? John Lennon!

– Przepraszam, panie funkcjonariuszu. Co pan powiedział?

Rozmowę policjantów usłyszał Alan Weiss z telewizji ABC. Był w szpitalu Roosevelta w Nowym Jorku po wypadku motocyklowym. W tym samym szpitalu właśnie próbowano ratować życie Johna Lennona. Bezskutecznie. Chwilę potem rozległy się dramatyczne krzyki Yoko Ono.

Alan Weiss najwyraźniej był w na tyle dobrym stanie zdrowia, że zadzwonił z automatu na szpitalnym korytarzu i przekazał wiadomość swojej redakcji.

Telewizje wiodły w latach 80. w miarę spokojne życie, bez takiej gonitwy i pasków informacyjnych. „Na żywo” to musiały lecieć mecze. I leciały: w poniedziałek 8 grudnia stacja ABC pokazywała mecz New England Patriots – Miami Dolphins. Oczywiście, w ramach kultowego w Stanach „Monday Night Football”

monday

Wiadomość o śmierci Johna Lennona była już u Boba Goodricha, w wozie transmisyjnym na meczu. On przekazał ją do komentatorów, Howarda Cosella i Franka Gifforda, by ogłosili ją na wizji. Sytuacja była niespotykana i o tyle trudna, że jeden z nich, Howard Cosell, znał Johna Lennona osobiście. Gościł go w „Monday Night Football” w 1974 roku. Właśnie wtedy, gdy wyszła płyta „Walls and Bridges”.

Howard Cosell miał wątpliwości. Decyzja musiała zostać podjęta błyskawicznie, wiadomość musiała zostać podana tuż po przerwie reklamowej, ale jeszcze przed wznowieniem gry. Po latach można posłuchać rozmowę komentatorów spoza anteny.

Howard Cosell: Panowie, naprawdę nie wiem. Chcę znać waszą opinię. Nie widzę, by ten mecz pozwalał na puszczenie takiego newsa. A wy?
Frank Gifford: Przeciwnie, ja to widzę.
Howard Cosell: Naprawdę?
Frank Gifford: Musimy to zrobić. Jeśli już wiemy, musimy o tym powiedzieć.
Howard Cosell: Dobrze.
Frank Gifford: Ja bym nie czekał. To tragiczny moment, który wstrząśnie całym światem.
Howard Cosell: Dobrze. Zrobię to. Pozwolę „Giffowi” zacząć.

Przy remisie 13:13 w czwartej kwarcie widzowie meczu Patriots – Dolphins oglądali przymierzającego się do kopnięcia Johna Smitha. I usłyszeli coś, co wstrząsnęło nimi na długi czas.

Frank Gifford: John Smith za chwilę na linii. Ale nie obchodzi mnie, kto jest na linii, Howard. Musisz powiedzieć o tym, co obaj już wiemy.
Howard Cosell: Tak, musimy to powiedzieć. Pamiętajmy, że to tylko mecz, bez znaczenia kto wygra, a kto przegra. Informację o niewypowiedzianej tragedii w Nowym Jorku potwierdziło dla nas ABC News. John Lennon, przed swoim mieszkaniem na West Side w Nowym Jorku, pewnie najsłynniejszy ze wszystkich Beatlesów, postrzelony dwa razy w plecy, zmarł po przewiezieniu do szpitala Roosevelta. Ciężko wracać do gry po takiej informacji, ale to nasz obowiązek.

Tak się składa, że John Smith był wielkim fanem The Beatles i Johna Lennona, głośno śpiewał ich piosenki kolegom z zespołu. Był też jedynym Anglikiem z profesjonalnym kontraktem w futbolu amerykańskim.

Dwie dekady czekania na derby

Dokładnie dzisiaj 103. urodziny świętuje Warta Poznań. Do tego minęło właśnie 20 lat od kiedy ostatni raz na poziomie ekstraklasy mogliśmy obserwować derby Poznania. Nie będzie chyba lepszej okazji, aby wrzucić ten tekst.

z13296917Q,Sparing-Lech-Poznan---Warta-Poznan--Z-pilka-Marcin

Sezon 1994/1995 był ostatnim sezonem, w którym o punkty na najwyższym szczeblu rozgrywek rywalizowały wspólnie trzy mające siedzibę w Poznaniu kluby: Lech, Olimpia i Warta. O ile dzieje Lecha Poznań – jego awansów i spadków – są dobrze znane, o tyle warto przypomnieć status dwóch jego rywali zza miedzy w latach dziewięćdziesiątych. Olimpia grała w ekstraklasie w latach 1987-1993 oraz 1994-1995. Przed sezonem 1995/1996 zespół dokonał fuzji z Lechią Gdańsk, wyprowadził się ze stolicy Wielkopolski i stworzył Lechię/Olimpię Gdańsk z siedzibą w Gdańsku. Po sezonie drużyna spadła jednak do II ligi. Warta z kolei awansowała do ekstraklasy w 1993 roku i występowała w niej dwa sezony – 1993/1994 i 1994/1995. Należy także dodać, że w sezonie 1993/1994 Lech zajął 9. miejsce, Warta – 14. miejsce, a Olimpia dające awans 2. miejsce w II lidze. Do „trójderbowego” sezonu 1994/1995 zespoły przystępowały więc z różnymi doświadczeniami.

W rundzie jesiennej Kolejorz występując na obiektach swoich rywali nie dał im szans. W „poznańskich” meczach padły następujące rozstrzygnięcia:

27.08.1994, Olimpia – Warta 1:1. Gole: Mielcarski – D. Wojciechowski. Widzów: 5000.

23.10.1994, Warta – Lech 0:2. Gole: Trzeciak, Reiss. Widzów: 4000.

6.11.1994, Olimpia – Lech 0:2. Gole: Twardygrosz, Reiss. Widzów: 5000

Co zabawne, w rundzie wiosennej role się poodwracały i Kolejorz dwukrotnie oddał punkty na własnym stadionie.

1.04.1995, Warta – Olimpia 3:0. Gole: Prabucki x 3. Widzów: 2500.

14.05.1995, Lech – Warta 1:2. Gole: Wojtala – Prabucki x 2. Widzów: 2000.

27.05.1995, Lech – Olimpia 0:2. Gole: Suchomski, Burlikowski. Widzów: 1645.

Obie porażki były bardzo zaskakujące dla fanów Lecha, ale ta z dołującą Wartą była prawdziwym szokiem. Dość powiedzieć, że „Zieloni” przed konfrontacją z Kolejorzem zaliczyli passę czterech kolejnych porażek. Punkty zdobyte przy Bułgarskiej były zaś dla warciarzy ostatnimi punktami jakie kiedykolwiek zdobyli oni w ekstraklasie. Później zanotowali bowiem pięć porażek i z hukiem spadli do II ligi. Co jeszcze ciekawe, patrząc na nazwiska piłkarzy trafiających do siatki lechitów w derbach można zauważyć, że dwóch z nich (Prabucki i Suchomski) wkrótce zasiliło Lecha.

Sezon 1994/1995 poznańskie drużyny zakończyły więc następująco: Lech – 6. miejsce, Olimpia – 12. miejsce, Warta – 18. miejsce (ostatnie, spadek).

Tak jak zaznaczałem na wstępie Olimpia formalnie występowała jeszcze w ekstraklasie w kolejnym sezonie, ale nie był to już „poznański” klub. Gwoli ścisłości napiszę tylko, że mecz w Gdańsku się nie odbył (Lechia/Olimpia czekała na Lecha w Gdańsku, Lech „stawił” się na stadionie na Golęcinie; PZPN przyznał Kolejorzowi walkowera), a na Bułgarskiej padł bezbramkowy remis (5.05.1996).

Choć do kolejnych ligowych poznańskich derbów zbyt szybko nie dojdzie (Lech gra w ekstraklasie, Warta w III lidze, a Olimpia jakiś czas temu rozwiązała sekcję piłkarską), to należy wspomnieć, że w ostatnim czasie Lech dwukrotnie zmierzył się z Wartą w meczu sparingowym. W styczniu 2013 roku (po ośmiu latach przerwy!) padł remis 2:2 (gole dla Kolejorza: Ubiparip x 2), a w kwietniu 2014 roku 3:0 wygrał Kolejorz (gole: Claasen x 2, Kownacki).

Tekst pochodzi z programu meczowego „Heej Lech!”

P.