Archiwum kategorii: numer 10

Dziesiątka (nie zawsze) zobowiązuje

numer10

Jak wszyscy wiedzą numer „10” (dziesiątka, dyszka, dycha!) jest adorowany na tym blogu. Z zainteresowaniem więc śledzimy losy trykotów oznaczonych tą właśnie liczbą na boiskach naszej ekstraklasy.

Jedną z najbardziej charakterystycznych dziesiątek w ekstraklasie jest grający w Miedzi Legnica Petteri Forsell (ur. 1990). Ach, rasowa dycha! To niewysoki (168 cm) i nieco okrągły (72 kg) pomocnik, który ma na swoim koncie występy w reprezentacji Finlandii (lata 2013-2017, a na fali świetnych występów w lidze wrócił do kadry i zagrał w niedawnym meczu LN z Estonią) oraz w fińskiej, tureckiej i szwedzkiej ekstraklasie. W Legnicy gra od początku 2016 roku, choć próbował już w międzyczasie zmienić klub. W czerwcu 2017 podpisał już nawet kontrakt z Cracovią, ale trener Probierz zrezygnował z niego, gdy zauważył… jego sporą nadwagę! Jesień 2017 spędził za to w szwedzkim Orebro SK. Pomimo tych krótkich wypadów fani Miedzi wciąż mogą oklaskiwać jego efektowną grę (w obecnym sezonie rozegrał 13 meczów i strzelił 7 goli). I cokolwiek by się w przyszłości wydarzyło z Finem to i tak ma wyryte miejsce w dziejach Legnicy. To on bowiem strzelił pierwszą w historii bramkę dla Miedzi w ekstraklasie.

Co ciekawe, Forsell obecnie występuje z „10” na plecach, ale praktycznie co roku zmienia numer – nosił już „17” i „20”.

W poznańskim Lechu trykot z „dychą” dzierży Darko Jevtic. Dla niego to już piąty rok w Lechu. Choć swoją przygodę w Kolejorzu zaczynał z numerem „16”, to od sezonu 2015/2016 on właśnie nosi brzemię „magicznej dziesiątki”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że szwajcarsko-serbski pomocnik najlepszy czas przy Bułgarskiej ma już za sobą, ale wciąż potrafi pokazać tę nadprzyrodzoną iskrę.

Obaj zawodnicy – Forsell i Jevtic – najpełniej wpisują się w klasyczne wyobrażenie zawodnika występującego z „10”: są świetni technicznie, dysponują niebanalnym podaniem, świetnym strzałem i rewelacyjnym przeglądem pola. Rzut oka na inne drużyny ekstraklasy dowodzi, że z dziesiątką grają najczęściej piłkarze o dość podobnej charakterystyce.

Największą grupę stanowią właśnie pomysłowi rozgrywający. W Śląsku Wrocław to błyskotliwy irański playmaker Farshad Ahmadzadeh,

w Piaście Patryk Dziczek, a w Pogoni Szczecin – eks-lechita Radosław Majewski. Podobnymi atrybutami dysponować mają również dwa młodziaki, które w lidze pograły na razie niewiele albo wcale – Callum Rzonca z Zagłębia Sosnowiec (168 cm) oraz Indonezyjczyk Egy Maulan Vikri z Lechii Gdańsk (też 168 cm!). Natomiast nieco innymi cechami dysponuje Vullnet Basha z Wisły Kraków, ale on również jest środkowym pomocnikiem, choć zorientowanym nieco bardziej defensywnie.

Druga grupa to z kolei szybcy i błyskotliwi atakujący, zwykle skrzydłowi – Gruzini Giorgi Merebaszwili z Wisły Płock

oraz Luka Zarandia z Arki Gdynia,

Bośniak Ivan Jukic z Korony Kielce, Estończyk Sergei Zenjov z Cracovii oraz leczący zerwane więzadła Łukasz Wolsztyński z Górnika Zabrze. Do tego grona należy także zaliczyć Słoweńca Dejana Lazarevica, który niedawno pożegnał się z Jagiellonią Białystok.

Na zakończenie warto również wspomnieć, że w dwóch klubach „dziesiątka” jest zastrzeżona.  Legia Warszawa zrobiła to ku pamięci Kazimierza Deyny, a Zagłębie Lubin – tragicznie zmarłego Pawła Piotrowskiego.

Tekst na podstawie programu meczowego Lecha Poznań

P.

Dariusz Skrzypczak i urodzinowa szansa na sukces

skrzypczak
 
Dariusz Skrzypczak był jednym z najlepszych i najefektowniej grających piłkarzy naszej ekstraklasy pierwszej połowy lat 90. Niekwestionowaną ikoną poznańskiego Lecha i niezastąpionym dyrygentem boiskowych poczynań Kolejorza w czasach jego świetności, kiedy to aż trzykrotnie zespół ten sięgał po mistrzowski laur na krajowym podwórku. Na jego grę patrzyło się z prawdziwą przyjemnością. Świetnie wyszkolony technicznie, bardzo kreatywny, dysponujący znakomitym uderzeniem z dystansu (kiedyś Wiśle Kraków strzelił gola niemal z 40 metrów), do tego poruszający się po boisku z pewną futbolową dystynkcją. Styl jego gry, dziś powiedzielibyśmy, iż nieco już archaiczny, ale jakże miły dla oka, nieodparcie przypominał mi zawsze, zachowując oczywiście odpowiednie proporcje, ten, który prezentowali tacy ówcześni czołowi playmakerzy globu, jak Giuseppe Giannini czy Carlos Valderrama. Choć czysto piłkarską klasą Skrzypczakowi niewątpliwie trochę do nich brakowało, to jednak i on stanął kiedyś przed wielką szansą, by zapisać się na trwałe w historii nie tylko polskiego futbolu. Bo są czasem takie mecze, które poprzez swoją wyjątkowość i niepowtarzalność decydują o czyimś piłkarskim być albo nie być. To taka szansa na sukces, która już nigdy więcej w życiu nie powie ci: dzień dobry. 25 lat temu, Dariusz Skrzypczak stanął przed taką właśnie szansą. W dniu swoich 24. urodzin, na tak bliskiej jego sercu murawie stadionu poznańskiego Lecha, miał Skrzypczak w meczu przeciwko jednej z czterech ówcześnie najsilniejszych drużyn świata (Anglicy zajęli 4 miejsce na MŚ Italia ’90), jako reżyser gry polskiej reprezentacji, poprowadzić biało-czerwonych do zwycięstwa i pierwszego w historii awansu na Mistrzostwa Europy. Dziś, po upływie równo ćwierćwiecza, pragniemy znów na moment pochylić się nad tamtymi listopadowymi chwilami z Poznania.
 
Przyglądając się karierze Dariusza Skrzypczaka trudno oprzeć się wrażeniu, że może ona uchodzić wręcz za modelowy przykład systematycznego rozwoju piłkarza. Wypatrzony przez poznański klub i sprowadzony z Ravii Rawicz, której był wychowankiem, zadebiutował w ekstraklasie bardzo wcześnie, bo liczył sobie wówczas niewiele ponad szesnaście i pół roku życia. Jednak o obliczu gry Kolejorza decydowały wtedy takie postaci, jak Okoński, Pawlak czy Miłoszewicz, więc Skrzypczak powoli i stopniowo dojrzewał dopiero do przebicia się do podstawowego składu Lecha. Pierwszego gola w ekstraklasie osiemnastoletni pomocnik Kolejorza zdobywa wczesną wiosną 1986 roku w Łodzi, ustalając na kwadrans przed końcem spotkania wynik meczu z ŁKS na 2:2. Po latach, w wywiadzie dla katowickiego „Sportu”, Skrzypczak wspominał, że gdyby u progu sezonu 1986/87 Henryk Miłoszewicz nie wrócił z Le Havre do Poznania, prawdopodobnie już wtedy on zadomowiłby się na stałe w pierwszym składzie, pełniąc rolę głównego rozgrywającego. „A tak ustawiano mnie z boku. Raz grałem, raz nie. Nie potrafię się zbyt wykłócać o swoje” – zwierzał się poznańskiemu dziennikarzowi Andrzejowi Kuczyńskiemu.
 
W tak zwanym międzyczasie Skrzypczak regularnie zalicza kolejne szczeble wtajemniczenia w temacie reprezentacji narodowej. W 1984 roku był członkiem ekipy prowadzonej przez Mieczysława Broniszewskiego, która na Mistrzostwach Europy U-18, rozgrywanych na terenie Związku Radzieckiego, zdobyła brązowy medal, zajmując trzecie miejsce (choć podczas turnieju finałowego pomocnik Lecha nie powąchał murawy, a na boisku brylowali raczej tacy gracze, jak Rudy, Cebula, Ziober, Kosecki czy Marciniak). W lecie 1988 roku przyszedł już pierwszy poważny sukces w seniorskiej piłce, kiedy to po łódzkim remisie 1:1 z Legią oraz zwycięskiej serii rzutów karnych, Kolejorz zdobył Puchar Polski (Skrzypczak pojawił się na boisku na początku dogrywki). Niestety, wychowankowi Ravii nie dane było spijać śmietanki z tego sukcesu w postaci jesiennych, legendarnych już pucharowych bojów przeciwko słynnej Barcelonie. A wszystko dlatego, że jakiś czas wcześniej, podczas ligowego meczu ze Stalą w Mielcu, pomocnik Lecha sfaulowany brutalnie od tyłu, chciał winowajcy sam wymierzyć sprawiedliwość (choć zarzekał się później, że nawet nie dotknął rywala), za co ukarany został czerwoną kartką i trzymiesięczną dyskwalifikacją. Absencji Skrzypczaka w tych pomnikowych dla Lecha spotkaniach z wielką Barcą nie mógł odżałować ówczesny szkoleniowiec Kolejorza – Henryk Apostel.
 
Dariusz Skrzypczak był teraz już kluczowym graczem młodzieżowej reprezentacji Polski Edmunda Zientary, która jednak bez powodzenia walczyła w eliminacyjnych bojach m.in. z Anglikami i Szwedami. Latem 1989 roku miało też miejsce dziś już nieco zapomniane zdarzenie. Nieco wcześniej bowiem przed jednym z meczów polskiej młodzieżówki w Wyszkowie do Skrzypczaka zgłosili się działacze warszawskiej Legii. Byli bardzo zainteresowani ściągnięciem utalentowanego rozgrywającego do stołecznego klubu i zgodzili się na wszystkie warunki stawiane przez gracza Lecha. Na te same, na które ponoć nie mieli najmniejszej ochoty przystać włodarze z ul. Bułgarskiej. Kontrakt piłkarza z Kolejorzem właśnie wygasał. W przerwie między sezonami Skrzypczak pojechał więc na zgrupowanie z zespołem Legii do Dębicy, gdzie jak sam się zwierzał, przyjęto go bardzo dobrze. Wtedy do akcji wkroczyli postawieni pod ścianą zarządcy KKS i ostatecznie przekonali Skrzypczaka, by nadal grał dla Lecha. Były kierownik warszawskiego klubu – Kazimierz Orłowski, tak podsumowywał po latach, na łamach „Piłki nożnej” całą tę sytuację: „Czasami Legia była skutecznym argumentem w różnych pertraktacjach. Zawodnik nie mógł wyegzekwować czegoś w klubie to zgłaszał się na Łazienkowską. To miał być sygnał, że nie żartuje. Później wracał do swego klubu i dostawał czego chciał. Tak było właśnie ze Skrzypczakiem. Pojechał z nami na obóz przygotowawczy. A kiedy wrócił do Poznania, łatwiej mu było rozmawiać o pozostaniu w Lechu„. Skrzypczak swego pozostania w Lechu na pewno nie żałował, bo już po zakończeniu sezonu mógł świętować wraz z kolegami z zespołu zdobycie tytułu mistrzowskiego i szykować się do niezapomnianych europejskich bojów z Panathinaikosem oraz Olympique Marsylia, które to mecze stały się później jego wspaniałą wizytówką w futbolowym światku oraz przepustką do spełnienia marzeń o przywdzianiu trykotu pierwszej reprezentacji Polski.
 
Kolejorz miał wtedy naprawdę świetny zespół, dysponujący potężną, ofensywną siłą rażenia (z Juskowiakiem, Pachelskim i Trzeciakiem na czele), żyjącą z podań Skrzypczaka. Poznańska lokomotywa rozjechała faworyzowany Panathinaikos, a rewanżowy mecz w Atenach był wręcz fantastyczny w wykonaniu reżysera gry Lecha. Również w niezapomnianym zwycięskim meczu, rozgrywanym przy ul. Bułgarskiej przeciwko Olympique, być może najsilniejszej wówczas klubowej drużynie Europy, z takimi asami, jak Papin, Cantona, Waddle czy Tigana na pokładzie, Dariusz Skrzypczak grał pierwsze skrzypce, wodząc rej na boisku. W rewanżu niestety nie dane mu było wystąpić. Zmożony tajemniczą niedyspozycją przespał całe spotkanie w szatni na stole do masażu. „Wirowało mi w głowie, ściskało w żołądku, czułem ogromną niemoc” – wyzna po latach Enzo, jak nazywali go koledzy z zespołu na cześć urugwajskiego wirtuoza futbolu Enzo Francescolego. Bez swego lidera Lech nie był już sobą. Zresztą tego wieczoru w Marsylii sobą być po prostu nie mógł, bo niemal wszyscy piłkarze chodzili lub biegali jak struci. Trzeciak, który swoimi rajdami w Poznaniu robił z Erica Di Meco wiatrak, na Stade Velodrome poprosił o zmianę już po 20 minutach gry i zszedł do szatni, gdzie niemal natychmiast zapadł w sen. Znakomity Juskowiak mając przed sobą tylko Olmetę lub nawet pustą bramkę, potykał się o piłkę albo o własne nogi. Na tajemnicze bóle skarżył się Jakołcewicz. Bardzo głośno, choć nieoficjalnie, mówiło się wówczas, że piłkarze Lecha zostali po prostu podtruci, by nie utrudniać zespołowi miliardera Bernarda Tapie, marszu po wielkie trofea na europejskiej arenie. Sam Skrzypczak, po upływie niespełna roku od wspomnianych wydarzeń w Marsylii, w jednym z wywiadów, przyznał dość jednoznacznie: „Byliśmy podtruci, to pewne„.
 
Latem 1991 roku przychodzi wreszcie w karierze Dariusza Skrzypczaka piękna chwila debiutu w pierwszej reprezentacji Polski. Rywal jednak jest bardzo silny, być może najsilniejszy wówczas w Europie. Francuzi w eliminacjach do Euro zgromadzą imponujący komplet zwycięstw, również nad tak mocnymi ekipami, jak Hiszpania czy Czechosłowacja. Gdy Skrzypczak, zmieniając dawnego kolegę z brązowej kadry juniorów – Romana Koseckiego, wbiega na murawę stadionu w Poznaniu, biało-czerwoni przegrywają 1:4 z podopiecznymi słynnego Michela Platiniego. Rozgrywający Lecha już z płyty boiska może przyjrzeć się jeszcze jednej bramce dla tricolores i stać się w swym reprezentacyjnym debiucie uczestnikiem blamażu kadry Strejlaua. Jednak już tydzień później, na stadionie w Gdyni, Skrzypczak posmakuje wreszcie pełni radości z gry w narodowych barwach. Polacy pokonują Szwedów 2:0, a Enzo notuje występ w pełnym wymiarze czasu i piękną asystę przy golu Trzeciaka. Andrzej Strejlau zabiera więc wychowanka Ravii na kluczowe mecze polskiej kadry o awans na Euro ’92, które jesienią 1991 roku miały być rozegrane w stolicy Wielkopolski przeciwko Irlandii i Anglii. W spotkaniu z Eire biało-czerwoni grają naprawdę słabo, a Skrzypczak pojawia się na murawie na 10 minut przed końcowym gwizdkiem arbitra. I to właśnie w samej końcówce meczu udaje się Polakom doprowadzić do remisu 3:3 z podopiecznymi Jackie Charltona oraz przedłużyć tym samym swe nadzieje na historyczny awans na Euro.
 
Wieczorem 13 listopada 1991 roku przychodzi więc decydujący moment batalii o przepustki do Szwecji. Polacy muszą wygrać w Poznaniu z Anglią i liczyć na to, że Turcja (wówczas raczej jeszcze futbolowy outsider) urwie w Stambule choćby punkt Irlandii. Tuż przed meczem Strejlau przeprowadza istną rewolucję kadrową. Wandzik, Wdowczyk, Kubicki czy Tarasiewicz, piłkarze, którzy przez lata decydowali o obliczu gry biało-czerwonych, dość niespodziewanie idą teraz w odstawkę. Mają ich zastąpić w tym decydującym momencie gracze młodzi i głodni sukcesu. Wśród nich, kończący właśnie tamtego wieczoru 24 lata, Dariusz Skrzypczak. Angielscy dziennikarze nie dowierzają i jeszcze nawet tuż przed meczem wietrząc jakąś medialną zasłonę dymną ze strony polskiego sztabu, nachalnie dopytują o występ kapitana polskiej reprezentacji i reżysera jej poczynań w spotkaniu z Irlandią, rutynowanego Ryszarda Tarasiewicza. Ale Tarasiewicz w narodowych barwach już nigdy nie zagra. W Poznaniu swoją wielką szansę dostaje Dariusz Skrzypczak. Wielu kolegów z kadry, takich jak choćby Szewczyk, Ziober czy Kosecki, rozgrywający Lecha miał okazję poznać, przewijając się przez kolejne szczeble reprezentacji juniorskich i młodzieżowych. To ma być więc jego wielki, niezapomniany, urodzinowy wieczór, podczas którego poprowadzi biało-czerwonych do zwycięstwa nad Anglią i wykorzysta wraz z kolegami wspaniałą możliwość zapisania się w historii futbolu, wywalczając nasz pierwszy awans na Euro.
 
Podopieczni Strejlaua grają w Poznaniu naprawdę dobrze, ambitnie i są po prostu lepsi od Anglików, wśród których na boisku znajduje się ledwie czterech spośród piłkarzy, którzy stanowili o sile zespołu podczas bardzo udanego dla nich Il Mondiale Italia ’90. Gdy Roman Szewczyk uzyskuje prowadzenie dla Polaków, a w Stambule na tablicy wyników widnieje rezultat 1:1, to właśnie biało-czerwoni ze Skrzypczakiem na pokładzie mogą czuć się finalistami szwedzkiego Euro! Owo szczęście jednak, wliczając w to czas przerwy w meczu, nie trwa niestety nawet pół godziny. Najpierw dwukrotnie kapitulują Turcy i to podopieczni Jackie Charltona cieszą się teraz tymczasowo z perspektywy własnego awansu na Mistrzostwa Europy. Biało-czerwoni natomiast, przy znaczącym udziale austriackiego arbitra Huberta Forstingera, który nie podyktował bezdyskusyjnej jedenastki po ewidentnym faulu w polu karnym Woodsa na Furtoku, dają sobie wydrzeć prestiżowe zwycięstwo, skarceni golem bezlitosnego dla nas jak zawsze Linekera na 13 minut przed końcem spotkania.
 
Gdy krótko po stracie gola, 24-letni rozgrywający Lecha, który miał tego listopadowego wieczoru poprowadzić biało-czerwonych do wielkiego sukcesu, opuszczał poznańską murawę, zastępowany przez Wojciecha Kowalczyka, nie mógł przypuszczać, że podobnej szansy w ważnym meczu o wielką stawkę w barwach narodowej reprezentacji już nigdy więcej nie otrzyma. Skrzypczak nie zagrał źle, ale jednak również nie na tyle odważnie, błyskotliwie i skutecznie, jak pragnęliby tego polscy kibice. Oczekiwano od niego tamtego wieczoru na pewno zdecydowanie więcej. W polskiej sportowej prasie pisano później, że piłkarz Lecha zbyt rzadko brał na siebie ciężar gry, zbyt szybko pozbywał się piłki i nie najlepiej radził sobie w destrukcji. Niemniej jednak oceniano grę Skrzypczaka jako poprawną, pożyteczną dla zespołu i na pewno nie gorszą niż ta, którą demonstrował ostatnio jego poprzednik na kluczowej pozycji rozgrywającego w kadrze biało-czerwonych, Ryszard Tarasiewicz. Dziś, oglądając raz jeszcze po latach tamto spotkanie, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że tego, czego najbardziej zabrakło tamtego listopadowego wieczoru przed ćwierćwieczem, ówczesnemu 24-letniemu Skrzypczakowi, to właśnie doświadczenia w podobnych meczach o stawkę, przeciwko rywalom z najwyższej półki. Szkoda, że była to pierwsza i zarazem ostatnia tego typu próba i szansa na sukces utalentowanego playmakera Kolejorza. Gdy przez tygodnik „Piłka nożna”, Dariusz Skrzypczak został wybrany najlepszym polskim piłkarzem listopada ’91, sam zawodnik przyznawał, że meczu z Anglią nie może zaliczyć do udanych.
 
 
Jednak Andrzej Strejlau, który przed laty, jeszcze jako szkoleniowiec Legii, czynił usilne starania o pozyskanie do wojskowego klubu wychowanka Ravii, po poznańskim remisie z Anglią absolutnie nie zapomniał o Skrzypczaku. Już niespełna miesiąc później zabrał go na wyjazdowe mecze z Egiptem i Kuwejtem. Następnej wiosny, w maju 1992 roku, pomocnik Lecha wybiegł po raz kolejny, w podstawowym składzie biało-czerwonych. Jednak na Rasundzie, będący niemal w przededniu Mistrzostw Europy, bardzo silni gospodarze tej imprezy, rozbili Polaków aż 5:0, już do przerwy aplikując Sidorczukowi trzy gole. Gdy holenderski sędzia zagwizdał na przerwę i Skrzypczak wraz z kolegami zszedł do szatni, jego reprezentacyjna przygoda już na zawsze dobiegła końca. Mimo, że był piłkarzem zespołu mistrza Polski, występującym regularnie w europejskich pucharach, a w sezonie potrafił teraz ustrzelić na ligowych boiskach nawet i 10 bramek (kilka tygodni po wspomnianym meczu ze Szwedami, Skrzypczak w spotkaniu przy ul. Bułgarskiej z Zagłębiem Sosnowiec skompletował swego jedynego hat-tricka w ekstraklasie), to jednak już nigdy nie znalazł uznania w selekcjonerskich oczach. U zmierzchu 1992 roku, oceniając na łamach miesięcznika „Piłka nożna. Plus” piłkarzy, którzy przewinęli się przez jego reprezentację, Andrzej Strejlau podsumował Skrzypczaka następującymi słowy: „Świetnie wyszkolony technicznie zawodnik, dysponujący silnym strzałem z dystansu, dużo widzący na boisku. Ale grający za miękko, jak na dzisiejsze wymagania. Chyba zdaje sobie sprawę, że to, co wystarcza w lidze, to za mało na boiska Europy„. W roli reżysera gry biało-czerwonych, zaczął więc teraz udanie zastępować Skrzypczaka, jego ówczesny partner z drugiej linii poznańskiego Lecha, opromieniony blaskiem olimpijskiego srebra, Jerzy Brzęczek.
 
Reprezentacyjna przygoda Dariusza Skrzypczaka trwała zatem niespełna dziewięć miesięcy i zamknęła się na ledwie siedmiu występach, w tym tylko dwóch rozegranych w pełnym wymiarze czasu oraz łącznie 390 minutach spędzonych na boisku w biało-czerwonym trykocie (półtoragodzinna partycypacja w meczach o punkty). Co ciekawe blisko połowa z tych spotkań, bo aż trzy z nich toczyły się na murawie poznańskiego Lecha, którą pomocnik Kolejorza wydeptywał na co dzień. Niestety również aż trzykrotnie udziałem Skrzypczaka były dotkliwe blamaże polskiej kadry, w meczach z Francją (1:5), Egiptem (0:4) czy Szwecją (1:5). Co ciekawe jednak, sam zawodnik, podsumowując przed kilku laty swą karierę na antenie telewizji WTK w programie „Grałem w Kolejorzu”, poruszając aspekt własnego sportowego niespełnienia, mówił o nim wyłącznie w kontekście niezrealizowanych marzeń o udziale wraz z Lechem w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Podejścia Kolejorza pod Champions League w latach 1992 i 1993 były bowiem rzeczywiście boleśne nieudane, a dotkliwe porażki z IFK Goeteborg czy Spartakiem Moskwa nie stanowią z pewnością najprzyjemniejszych wspomnień. Skrzypczak spędził więc w Poznaniu łącznie aż dziesięć sezonów. Trzykrotnie zdobywał mistrzostwo kraju, dwukrotnie sięgał po Superpuchar, a raz po Puchar Polski. Ostatniego gola dla Kolejorza strzelił w swym pożegnalnym występie w barwach Lecha, w czerwcu 1994 roku przeciwko Siarce Tarnobrzeg. Kilka miesięcy później grał już dla szwajcarskiego FC Aarau, w którym zluzował Ryszarda Komornickiego i gdzie zakotwiczył na całą następną dekadę (u jego boku występowali tu w różnych okresach czasu m.in. Cezary Kucharski, Sławomir Wojciechowski czy Marek Citko), stając się jedną z największych legend klubu. Podczas dziewiętnastu sezonów spędzonych na pierwszoligowych boiskach Polski i Szwajcarii uzbierał Skrzypczak łącznie blisko pół tysiąca spotkań oraz dokładnie pół setki zdobytych goli. Wielokrotnie mógł też zaprezentować swoje umiejętności na międzynarodowej arenie klubowej w rozgrywkach europejskich pucharów, również przeciwko tak znaczącym rywalom, jak choćby Borussia Moenchengladbach, Panathinaikos, Olympique Marsylia, IFK Goeteborg, Spartak Moskwa (w barwach Lecha) czy Broendby (to już w barwach Aarau). Zapamiętany w Poznaniu jako niezwykle miły, sympatyczny, otwarty, uśmiechnięty, życzliwy człowiek, który bardzo profesjonalnie podchodził do futbolu, co niekoniecznie bywało przecież zasadą wśród polskich piłkarzy początku lat 90. Pozostaje tylko żałować, że urodzinowa szansa na sukces sprzed ćwierćwiecza, nie została przez wychowanka Ravii w pełni wykorzystana, bo być może wówczas Dariusz Skrzypczak zostałby nie tylko ikoną poznańskiego Lecha i szwajcarskiego Aarau, ale również ważną postacią w historii polskiej reprezentacji.
 
 
R.

Niebiesko-biały ciężar dychy

Numer „10” – dla wielu piłkarzy i kibiców (w tym dla autorów tego bloga) to święty numer. Noszą go zwykle piłkarze wyjątkowi. W Poznaniu od początku obecnego sezonu nosi go Darko Jevtic – dzisiejszy jubilat (23. urodziny!). Czy wciąż jeszcze młody Szwajcar pójdzie którąś ze ścieżek wytyczonych przez swoich poprzedników?

Koszulkę Lecha z numerem 10 na plecach nosili naprawdę wybitni zawodnicy. Z takim oznaczeniem bowiem biegała po boisku litera „C” ze słynnego tercetu „A-B-C”, czyli Henryk Czapczyk. Jego następcą w przywdziewaniu „10” był z kolei Janusz Gogolewski. Później mityczny trykot przywdziewały takie legendarne postacie jak Roman Jakóbczak czy Mirosław Okoński. W ostatnich dwóch dekadach XX wieku tę szczególną koszulkę zakładali m.in. Ryszard Rybak, Jarosław Araszkiewicz, Jerzy Brzęczek, Jacek Dembiński, Piotr Prabucki i Krzysztof Piskuła.

Po powrocie do ekstraklasy w sezonie 2002/2003 strój z wyjątkowym numerem założył Waldemar Przysiuda.

waldek

Trzeba przyznać, że początkowo zadziałał on niczym szczęśliwy talizman. Lechita bowiem w inauguracyjnym spotkaniu z KSZO Ostrowiec Świętokrzyski (2:0) strzelił dwie bramki i został bohaterem całego miasta. To były jednak pierwsze i ostatnie bramki, które zdobył on w tamtych rozgrywkach. W efekcie zaraz po zakończeniu rundy jesiennej przeniósł się do Ceramiki Opoczno.

Zwolniony numer przejął po nim Krzysztof Gajtkowski.

0001CD3FKTFO6RCH-C116-F4

Piłkarz ten był wówczas gwiazdą GKS Katowice. Swoim strzeleckim instynktem miał pomóc Kolejorzowi utrzymać się w lidze. Gajtek jednak nie udźwignął ciężaru nowej koszulki. Choć miał dobre wejście (dwa gole w dwóch pierwszych meczach), to później błysnął tylko w jednym spotkaniu – z Pogonią Szczecin (6:0), gdzie wbił aż pięć goli. Po pół roku oddano go z powrotem na wypożyczenie do Katowic (choć później jeszcze do Kolejorza wrócił).

Od początku sezonu 2003/2004 koszulkę z „10” przywdziewał już Krzysztof Piskuła – nowy-stary playmaker Kolejorza.

piskula

On jednak również pożegnał się z klubem po zakończeniu rozgrywek. Zdążył jednak cieszyć się wraz z drużyną z wywalczenia Pucharu Polski.

Jego następcą w kolejce do zacnego oznaczenia został w sezonie 2004/2005 Damian Nawrocik.

z16252445Q,Damian-Nawrocik

Zawodnik, który przedtem niejednokrotnie już błysnął wielkim talentem miał tym samym nawiązać do postaci Mirosława Okońskiego – świetnego technika, ale i zawodnika nie grzeszącego zbytnim zdyscyplinowaniem. Sympatyczny skądinąd Nawrocik, chłopak z Łazarza, nie poradził sobie z presją oczekiwań kibiców i nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Choć potrafił zaimponować pojedynczą akcją, to nie przekładało się to na efekty bramkowe. Po półtora roku gry z „10” na plecach, na początku 2006 roku, został on wytransferowany do Arki Gdynia. Wiosną 2006 roku panował w Kolejorzu wakat na zagospodarowaniu najbardziej prestiżowej koszulki.

Sytuacja ta zmieniła się w sezonie 2006/2007. Wtedy to, po fuzji z Amiką Wronki, do Poznania powrócił Jacek Dembiński.

z4264292Q,Abraham-Loliga-i-Jacek-Dembinski

Choć miał już wówczas na karku 37 lat, to prestiżowy numer dodawał mu skrzydeł i „Dembina” wspierał jak mógł swoich młodszych kolegów. Wysoki snajper po zakończeniu rozgrywek jednak zakończył profesjonalną karierę.

Od tego czasu przez 2,5 roku żaden piłkarz Kolejorza nie zakładał koszulki z numerem „10”. Dość trudno w to uwierzyć, mając na uwadze, że w tym czasie występowali przecież w Lechu świetni playmakerzy (Henry Quinteros, Semir Stilic, Rafał Murawski) albo rewelacyjni snajperzy (Robert Lewandowski, Hernan Rengifo, Artjoms Rudnevs). Być może kierownictwo klubu uznało, że nikomu „dycha” się nie należy, może zawodnicy bali się presji związanej z tym numerem, a może po prostu zaważyły przyzwyczajenia poszczególnych piłkarzy. Faktem jest, że próżno było wówczas szukać „dziesiątki” w meczowej kadrze lechitów.

Dopiero przybycie Sergieja Kriwca sprawiło, że szacowny trykot został odkurzony. Białorusin zawitał do Poznania wiosną 2010 roku i od razu dostał „ciężką” koszulkę.

z7393389X,Siergiej-Kriwiec-zagra-w-Lechu-Poznan-z-numerem-10-

Trudno jednoznacznie ocenić jak sobie poradził z tym wyzwaniem. Na pewno zapamiętamy go z niezwykle ważnej bramki w meczu z Ruchem Chorzów (2:1) w mistrzowskim sezonie. Na pewno też nie można mu było odmówić zaangażowania w grę (szczególnie podczas pierwszego roku jego pobytu). Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że po Kriwcu spodziewano się więcej niż tylko żelaznych płuc. Latem 2012 roku odszedł do Chin.

Przez pół roku „10” znów leżała nieużywana (formalnie jej właścicielem był Kriwiec, zgłoszony jeszcze z tym numerem do europejskich pucharów). Wiosną 2013 roku przywdział ją jednak Łukasz Teodorczyk.

z13423340Q,Lukasz-Teodorczyk-przedstawiony-jako-gracz-Lecha-P

Wszyscy pamiętamy jego trudne początki przy ul. Bułgarskiej, ale później też świetne występy w sezonie 2013/2014. Choć wydawało się, że młody zawodnik nie udźwignie presji, to jednak „Teo” stanął na wysokości zadania. Jego gole windowały Kolejorza do europejskich pucharów, zaś jego transfer do Dynama Kijów był bardzo poważnym zastrzykiem finansów do klubowej kasy.

Teodorczyk zamienił Poznań na Kijów w sierpniu 2014 roku. Po niecałym roku, czyli na początku trwającego właśnie sezonu, Darko Jevtic zamienił noszoną dotychczas „16” właśnie na „10”. Dokąd poprowadzi Kolejorza nowy posiadacz magicznego numeru?

P. (& B.)

Tekst pochodzi z Programu Meczowego

„Heeej Lech!”

Dariusz Dziekanowski

dd

Już sam dźwięk tych słów elektryzował przed laty, z różnych zresztą powodów, polskiego kibica, a i dla choćby średnio zorientowanego fana piłki kopanej na Starym Kontynencie niósł ze sobą pewne istotne znaczenie. Nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać z jakąkolwiek poważną opinią dotyczącą Dziekanowskiego, a wyrażaną przez ludzi znających się na futbolu, na szkoleniu, której osią i fundamentem zarazem nie byłby zachwyt nad olbrzymią skalą talentu, jakim dysponował popularny Dziekan. Przyznają to wszyscy, którzy kiedykolwiek zetknęli się z tym piłkarzem, mając okazję biegać z nim wspólnie po zielonej murawie, w tej samej lub przeciwnej drużynie, razem trenować,  tudzież przyglądać się z bliska jego boiskowym wyczynom. Mówią o tym selekcjonerzy, trenerzy, piłkarze. Chwilę potem pojawia się nieodłączne „ale” i litania „gdybań”, dlaczego kariera Dziekanowskiego potoczyła się tak, a nie inaczej. Uważam, że pisanie zwykłej, blogowej notki, poświęconej byłemu reprezentantowi Polski, któremu dzisiejszej niedzieli stuknie półwiecze na naszym pięknym świecie – nosi znamiona pewnej profanacji, bo Dziekanowski to solidny materiał na dobrą, naprawdę ciekawą literaturę oraz nie gorsze kino. A jednak nie napisać o nim choćby kilku linijek, i to na blogu ochrzczonym Numerem 10, byłoby jednak zaniechaniem godnym pożałowania.

Dariusz Dziekanowski jest niewątpliwie dzieckiem piłkarskiej Warszawy. Tu się urodził, tu się wychował, swym unikalnym futbolowym talentem obdarował aż trzy zespoły ze stolicy i to chyba właśnie w niej przeżył najpiękniejsze chwile swej piłkarskiej kariery. Kariery, która wystartowała niezwykle obiecująco. Dziekanowski zaczyna swą przygodę z dorosłym futbolem w drugoligowej Polonii, dla której debiutancką bramkę uzyskuje późną jesienią 1978 roku. Trenerem Czarnych Koszul jest wówczas Jerzy Engel, z którym Dziekanowski spotka się jeszcze na ścieżkach swej kariery, w murach tego samego miasta, choć już w zupełnie innym klubowym budynku. Na razie jednak Poloniści spadają do trzeciej ligi, ale zdolny Dziekanowski pozostaje na drugoligowych murawach, znajdując zatrudnienie w lokalnym rywalu – Gwardii Warszawa. Tam wychowanek Czarnych Koszul tworzy legendarny już dziś, a wówczas kipiący młodością i entuzjazmem, niesamowity ofensywny tercet wespół z Krzysztofem Baranem i Markiem Banaszkiewiczem. Przez dwa sezony gwardziści przypuszczają szturm na pierwszą ligę i w końcu, latem 1981 roku udaje się ów awans wywalczyć (Dziekanowski we wspomnianych obu sezonach na zapleczu Ekstraklasy zdobywa dla Gwardii 20 goli).

O nieprzeciętnym talencie piłkarza znad Wisły robi się coraz głośniej. Piłkarz Gwardii kroczy na czele wspaniałego pokolenia 1962 (byli tam też Urban, Tarasiewicz, Furtok, Wdowczyk i jeszcze wielu, wielu innych), które miało, jak wierzono, popchnąć w przyszłości nasz futbol do wielkich sukcesów. Dziekanowski jest niekwestionowaną gwiazdą reprezentacji Polski do lat 18. Dwukrotnie zdobywa z tą drużyną wicemistrzostwo Europy. Na finałowym turnieju, rozgrywanym na boiskach we wschodnich Niemczech, Dziekan trafia trzykrotnie do siatki rywali. Najważniejszą bramką jest ta uzyskana w ścisłym finale na stadionie w Lipsku, a dająca Polakom prowadzenie w 34 min. meczu przeciwko Anglikom. Ostatecznie jednak Synowie Albionu, po golach Allena i Gibsona w ostatniej fazie spotkania, przechylają szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Po roku, na wiosnę 1981, znów Polacy grają znakomicie (Dziekanowski strzela na turnieju aż 5 goli) i docierają do ścisłego finału. Tam jednak, na stadionie w Dusseldorfie, muszą uznać wyższość gospodarzy, ulegając zespołowi RFN 0:1.

Wydaje się, że dla Dziekanowskiego bramy do wielkiej piłkarskiej kariery stają otworem. Zaledwie 2 miesiące po wywalczeniu drugiego z rzędu młodzieżowego wicemistrzostwa Europy, w sierpniu 1981 r., Dariusz Dziewanowski wdziera się przebojem na boiska Ekstraklasy. Ówczesny gwardzista strzela dla swojego klubu jesienią 6 ligowych bramek, a 15 listopada 1981 r., na stadionie olimpijskim we Wrocławiu, w meczu eliminacyjnym do hiszpańskiego Mundialu przeciwko Malcie zalicza swój debiut w dorosłej reprezentacji Polski. W 68 min. tego spotkania, 19-letni wówczas piłkarz, zastępuje na boisku Smolarka, a już 12 min. później strzela Maltańczykom gola. Wszystko toczy się jak w bajce.

Dla wielu wydaje się oczywistym, iż dla młodziutkiego warszawskiego brylantu powinno znaleźć się miejsce w mundialowej ekipie na Espana ‘82. Dziekanowski zagra jeszcze w lutowym, towarzyskim meczu kadry z reprezentacją Mediolanu (wygrany przez biało-czerwonych 2:1), ale piękny sen o udziale w hiszpańskim Mundialu przerywa mu swą decyzją Antoni Piechniczek. Dziekan zostaje w domu, a Mistrzostwa świata obejrzy tylko w telewizji. Szkoda. Dla młodego, ponadprzeciętnie utalentowanego gracza ten turniej mógł być prawdziwą trampoliną do wielkiej futbolowej przygody. Tym bardziej, że Polacy odnieśli na hiszpańskim turnieju niewiarygodny wręcz sukces. Szlify nabrane na imprezie tej rangi, każda minuta spędzona na murawie, mogły w przyszłości bardzo wyraźnie zaprocentować. To jeden z ważniejszych momentów w jego karierze. To jeden z istotniejszych kluczy do zrozumienia, dlaczego potoczyła się ona później tak, a nie inaczej. Niespełna dwa miesiące po Mundialu, kadra biało-czerwonych rozgrywa towarzyski mecz na paryskim Parc de Princes, gdzie miażdży gospodarzy, gromiąc Francuzów w stosunku 4:0. To jest już drużyna, której pewnym punktem staje się Dziekanowski. Wywalcza sobie niepodważalne miejsce w podstawowej jedenastce. Strzela ważną bramkę w eliminacyjnym spotkaniu do Euro ‘84 przeciwko Finlandii. Można więc zaryzykować twierdzenie, że do występu na hiszpańskim Mundialu zabrakło mu zaledwie kilkudziesięciu dni lub też po prostu dobrej woli i odwagi selekcjonera.

Sezon 1982/83 jest ostatnim spędzonym przez Dziekana w gwardyjskich barwach. Jego klub spada z ekstraklasy, ale po Dziekanowskiego wyciąga ręce potężny wówczas łódzki Widzew. Dziekan przechodzi do Łodzi za niebotyczną jak na ówczesne polskie warunki kwotę. W Widzewie gra i strzela bramki w europejskich pucharach, jako piłkarz tego klubu strzela też kolejne gole dla reprezentacji. Ale nie czuje się dobrze w przemysłowym mieście. Udziela słynnego wywiadu, w którym zwierza się, że łódzkie powietrze mu nie służy, że sytuacja w klubie i atmosfera wewnątrz zespołu jest wręcz fatalna, że dochodzi nawet do tego, iż podczas meczów koledzy celowo unikają podawania mu piłki. Wraca więc do ukochanej Warszawy. Miejsca, które zawsze wita go z otwartymi rękami. Tym razem zachwyca kibiców stołecznej Legii. Już w debiucie strzela bezcenną bramkę w końcówce meczu z gdyńskim Bałtykiem. Swoją grą, swym piłkarskim kunsztem, wspaniałym, niespotykanym na naszych boiskach dryblingiem, znakomitym wyszkoleniem technicznym – rozkochuje w sobie bez opamiętania kibiców przy Łazienkowskiej. Na pozostałych polskich, ligowych boiskach jest najczęściej, najmocniej i najgłośniej wygwizdywanym graczem, jako właśnie symbol, nielubianej Legii. Dziekanowski był w tym kontekście takim ówczesnym, polskim, ligowym Cristiano Ronaldo. Gwizdano na niego przeraźliwie, ale wszyscy i tak doceniali jego ogromną piłkarską klasę, jego olbrzymie umiejętności.

W Legii Dziekanowski rzeczywiście odżył. Został wybrany piłkarzem roku w Polsce w 1985 roku. To właśnie tu, znów pod wodzą Jerzego Engela, przyszło Dziekanowi stoczyć cztery niezapomniane, pucharowe boje z mediolańskim Interem. To były prawdziwe piłkarskie wojny, porywające, emocjonujące, dramatyczne. W obu z nich nieznacznie lepsi okazali się być ostatecznie Włosi, ale Dariusz Dziekanowski (strzelił jedną bramkę) swoją znakomitą grą wywarł na włodarzach klubu z Mediolanu piorunujące wrażenie. W tak zwanym międzyczasie dołożył jeszcze na stadionie Śląskim w Chorzowie fantastyczne trafienie, dzięki któremu Polacy pokonali włoskich mistrzów świata 1:0. Wszystko to sprawiło, że zaczęto mówić o transferze legionisty do wielkiego Interu, gdzie mógłby stworzyć wspaniały ofensywny tercet wespół z Altobellim i Rummenigge (i powiedzmy to otwarcie: potencjałem czysto piłkarskim, Dziekanowski obu wspomnianym gwiazdorom światowego futbolu na pewno nie ustępował). Temat odżywał i powracał nie raz. Ale piłkarzowi po prostu nie pozwolono na ten transfer. Zablokowano mu tę szansę. Podarto w strzępy marzenia o pięknej karierze w najwspanialszej i najmocniejszej wówczas lidze świata. Inter spasował, nie miał zamiaru się szarpać z beznadziejną polską, czerwoną rzeczywistością. Sam Dziekanowski wielokrotnie i przy różnych okazjach podkreślał potem, że był to decydujący, przełomowy moment w jego karierze. Temat odżył jeszcze na chwilę w lecie 1987 roku, kiedy to bardzo zapragnęła Dziekanowskiego w swych szeregach Pescara, która właśnie wkroczyła do Serie A. Piłkarzowi pozwolono nawet pojechać na trzydniowe testy do Włoch, ale tylko po to, by i tak ostatecznie zablokować mu ten transfer. Kilkadziesiąt dni później, po jesiennym, towarzyskim meczu z reprezentacją Czechosłowacji w Bratysławie, ucieczkę do lepszego świata proponował Dziekanowskiemu Bayer Leverkusen. Wszystko ze strony Niemców było już ponoć gotowe, dopięte na ostatni guzik, ale Dziekanowski uciekać nie chciał.

Dariusz Dziekanowski był wówczas, wciąż przecież młodym jeszcze, 25-letnim zawodnikiem, ale mentalnie był już graczem, którego kariera, tak na dobrą sprawę dobiegła w pewnym sensie końca. Wydaje się, ze wszelkie sportowe ambicje i motywacje wyparowały z niego niemal bezpowrotnie. Stracił wszelkie złudzenia. Przypuszczał, że do końca swych piłkarskich dni ugrzęźnie w naszej ligowej szarzyźnie. Jego postawa coraz częściej przypominała pewien rodzaj wcale nie słodkiej, lecz bardzo świadomej, beznadziejnej zemsty na tych, którzy uniemożliwili mu spełnienie najpiękniejszych piłkarskich marzeń. Grał chimerycznie, egoistycznie, irytująco, z aż nazbyt rzucającym się w oczy brakiem jakiegokolwiek zaangażowania, często przechodząc obok meczu. Przebłyski niezwykłego kunsztu wciąż jeszcze się zdarzały, ale już coraz rzadziej Dziekanowskiemu chciało się je ujawniać. Sprawiał wrażenie cynicznego, ironicznego, zobojętniałego na wszystko człowieka Doszło nawet do tego, że gdy jesienią 1988 roku, polscy ligowcy mieli zagrać w Mediolanie towarzyskie spotkanie z reprezentacją ligi włoskiej, Dziekanowi będącemu wówczas królem strzelców Ekstraklasy, zablokowano możliwość wyjazdu na ten mecz, odsuwając go od kadry. Uczyniono to na wniosek Strejlaua, który chciał w ten sposób ukarać zawodnika, nie stawiającego się od kilku dni na treningi Legii bez żadnego usprawiedliwienia.

Gdy wreszcie pozwolono mu wyjechać na kontrakt do Celtiku Glasgow w 1989 roku, Dariusz Dziekanowski miał 27 lat, czyli wciąż był jeszcze w bardzo dobrym piłkarsko wieku. Ale to nie był już ten Dziekanowski. Mimo to, Billy McNeill niemal piał z zachwytu nad nowym nabytkiem Celtów: Dziekanowski był wspaniały, miał niesamowity talent. Był świetnie wyszkolony technicznie. W Celtiku przez dwa sezony Dziekan ustrzelił 22 gole (w tym 10 ligowych), ale nie zawsze zachwycał. Choć pucharowej batalii z Partizanem Belgrad, w którym Polak strzelił 4 gole, a jednego wypracował, nie zapomną w Glasgow jeszcze przez dziesięciolecia. To był ten prawdziwy Dziekanowski, który rzeczywiście podejmuje trud ujawnienia swego olbrzymiego talentu, którym został tak hojnie obdarowany.

Potem była jeszcze gra na zapleczu Premier League – w zespole Bristol City, gdzie dojrzewał w cieniu Dziekana późniejszy gwiazdor MU i reprezentacji Anglii, Andy Cole. Polak jest tam po dziś bardzo ciepło wspominany i uchodzi za prawdziwą legendę klubu. A potem jeszcze tułaczka po niższej lidze niemieckiej w barwach Alemanii Aachen oraz bezskuteczna próba przebicia się choć raz do podstawowego składu FC Koeln, prowadzonego przez Mortena Olsena. Na koniec jeszcze powrót do Polski, oczywiście do Warszawy, by zakończyć karierę w barwach, w których ją rozpoczął, czyli w czarnej, polonijnej koszuli.

Szansa na udział w wielkiej piłkarskiej imprezie nie przepadła Dziekanowskiemu bezpowrotnie wraz z brakiem powołania na hiszpański Mundial. Reprezentacja Piechniczka awansuje bowiem również i na następne Mistrzostwa świata, rozgrywane w Meksyku. Zresztą Dziekanowski położył w tym awansie ogromne zasługi strzelając trzy bramki w dwumeczu przeciwko Grekom. Szczególnie jego dwa trafienia, uzyskane w zabrzańskim pojedynku były trudne do przecenienia. W tym spotkaniu Dziekanowski ujawnił wiele ze swego piłkarskiego kunsztu.

Sam meksykański Mundial 1986, był dla Dziekana, jak i zresztą dla całej naszej ekipy, wielkim rozczarowaniem. Ale w przypadku Dziekanowskiego zawód był tym sroższy, że to w nim pokładano największe nadzieje i to na jego dobrą postawę liczono najbardziej. Dość powiedzieć, że po pierwszym meczu z Maroko (0:0), Piechniczek otwarcie skrytykował boiskową postawę właśnie Dziekanowskiego, zarzucając mu, że nie stanowił żadnego zagrożenia dla bramki rywala, ściągając z boiska już w 55 min. meczu oraz odgrażając się, że jeśli Dziekan jeszcze na tym turnieju w ogóle zagra, to już wyłącznie w drugiej linii, a nie w ataku, gdzie jest bezproduktywny. Dziekanowski obraził się na selekcjonera za te słowa, ale w kolejnych spotkaniach zagrał już pełne 90 minut na pozycji, jaką wyznaczył mu Piechniczek. Szczególnie udany był występ przeciwko Portugalii, podczas którego Dziekanowski kilka razy popisał się udanymi akcjami, zagraniami i dryblingami, a także zaliczył efektowną, bezcenną asystę przy jedynym na tym Mundialu, golu dla naszej drużyny. Po zakończonym turnieju, suchej nitki na Dziekanowskim nie zostawił kapitan naszej reprezentacji Zbigniew Boniek, który bardzo głośno wyrażał swoje zdumienie, że tak ogromnie utalentowany gracz, jak Dziekanowski nie wykorzystał tak wspaniałej okazji jak Mundial, by wobec całego świata ujawnić eksplozję swego nieprzeciętnego potencjału. To miał być Mundial Dziekanowskiego, tak jak poprzedni Mundial był Mundialem Bońka – mówił piłkarz Serie A.

Po Mexico ’86 stery kadry objął Wojciech Łazarek. W przegranych pod jego wodzą eliminacjach do Euro ’88, Dziekanowski uzyskał trzy trafienia. Potem próbował postawić na niego jeszcze Andrzej Strejlau, który doskonale znał Dziekana z pracy w Legii. W wywiadzie dla „France Football” nasz selekcjoner nazwał kiedyś swego podopiecznego „polskim Cantoną” oraz prawdziwym „enfant terrible” polskiego futbolu. Porównanie, trzeba przyznać, całkiem trafne. W nowej drużynie Strejlaua, Dziekanowski, już jako piłkarz Celtiku rozegrał naprawdę znakomity mecz z Anglią w Chorzowie. Po raz ostatni, wybiegł na murawę w narodowych barwach, jesienią 1990 roku, strzelając zresztą Turkom jedynego, zwycięskiego dla naszej drużyny gola. Rozpoczął więc swą przygodę z reprezentacją od strzelania bramki i na strzeleniu gola ją zakończył.

Dariusz Dziekanowski w opinii wielu był jednym z najbardziej utalentowanych piłkarzy na całym Starym Kontynencie w latach 80. Na naszym, rodzimym podwórku, być może nie było w historii piłkarza o większym potencjale niż on. Jeszcze jesienią 1993 r., gdy Dziekanowski po długiej przerwie znów zawitał do Legii, będąc już przecież ledwie cieniem gracza sprzed lat, tak wspominał go Wojciech Kowalczyk. Wolałem grać z Dziekanem, niż z nim nie grać, bo to był świetny zawodnik. Na treningach obrońcy spinali się, żeby tylko odebrać mu piłkę. Ruszał taki Rataj, czy Beret na niego, a ten pyk, zasłonięcie, obrót i obrońca zamiast odbiec z piłką, lądował na plecach. Dziekan miał mnóstwo wyćwiczonych piłkarskich ruchów. Wszyscy się cieszyliśmy, że do nas dołączył. Na zimowym zgrupowaniu były piłkarz Bristol został jednak karnie wyrzucony z zespołu.

Bardzo cenne wydaje się być to spojrzenie na osobę i karierę Dziekanowskiego, jakie pozostawił po sobie jego partner zarówno z widzewskiego, jak i reprezentacyjnego ataku ś.p. Włodzimierz Smolarek (w wartościowej książce Jacka Perzyńskiego „Smolar. Piłkarz z charakterem”). Darek był zawodnikiem z zupełnie innej epoki. Był elokwentny, pewny siebie i nie miał kompleksów. Często miał własny punkt widzenia, który głośno artykułował. (…) Może rzeczywiście zbyt często mecze dobre przeplatał meczami słabymi. Te wahania formy były zadziwiające dla wszystkich. (…) Największym mankamentem Darka było, że kiedy przejął piłkę, zrobił technicznie kilka zwodów, nie szedł za ciosem z piłką do przodu. Wydawało się, że był za miękki. Kiedy pilnowano go, czy wokół niego kręcili się mocni, twardzi i zdecydowani piłkarze, on jakby pasował, odpuszczał, rezygnował z walki. Darek często szybko się zniechęcał, jeśli coś nie szło po jego myśli. Czasami obrażał się i irytował na cały świat, a tego nikt nigdy nie lubi. Wyglądało to tak, jakby stał z boku drużyny. Nie lubił, kiedy ktoś go pouczał lub powiedział coś niemiłego. (…) Ach ten Dziekan. Te jego zwody, dryblingi, tańce z piłką naprawdę były świetne. Często być może za szybko zadowalał się w meczu tym, co już zrobił i później odpuszczał, grał nonszalancko. Pod tym względem przypominał mi Węgra Lajosa Detari, z którym grałem razem w Eintrachcie. O Detarim przez cały czas trwania jego kariery mówiło się, że to wielki talent, który kiedyś wreszcie eksploduje i pokaże, na co go stać. Zmieniał kluby, zmieniał ligi, ale nigdy do końca nie błyszczał tak, jak powinien. Potrafił w meczu zagrać kilka fenomenalnych piłek, a później usunąć się w cień na zasadzie – ja już dzisiaj swoje zrobiłem, niech inni pokażą, co potrafią. Z Dziekanem było chyba podobnie. Miał zbyt duże wahania formy, i to w czasie jednego meczu. Szkoda.

Dariuszowi Dziekanowskiemu, jednemu z najzdolniejszych piłkarzy, jacy kiedykolwiek pojawili się między Odrą a Bugiem, niewątpliwie zablokowano olbrzymią szansę na właściwy i adekwatny do skali posiadanego talentu, rozwój jego piłkarskiej kariery. Dziś możemy już tylko pogdybać, jak wyglądałaby piłkarska przygoda Dziekanowskiego, gdyby dano mu szansę na hiszpańskim Mundialu, czy przede wszystkim, gdyby pozwolono mu spróbować swych sił w najsilniejszej wówczas na świecie Serie A. Być może boiskowa rywalizacja z takimi graczami jak Maradona czy Platini oraz wdrożenie w profesjonalne funkcjonowanie poważnego klubu, wyzwoliłyby w młodym i wciąż jeszcze kształtującym wówczas swój piłkarski charakter zawodniku, niezbędną motywację i ambicję. Ale z drugiej strony, warto też pamiętać i o tym, że również sam Dziekanowski nader często przeszkadzał własnej karierze, zarówno swoją postawą boiskową, jak i pozaboiskową. Oczywiście, można żałować, że nie znalazł się trener czy selekcjoner, który w odpowiednim momencie dotarłby do tego niełatwego na pewno zawodnika. Ale wypada również użalić się i nad tym, że dotrzeć do Dziekanowskiego nie udało się chyba nawet jemu samemu. Nie ulega wątpliwości, że polski futbol miał w osobie Dariusza Dziekanowskiego jednego z najznakomitszych piłkarzy w całej swej historii. Tak, jak nie ulega wątpliwości, że mógł mieć najlepszego z najlepszych. 

R.

Mecz, którego nie obejrzał sąsiad Amelii

Minęło dziesięć lat, gdy do kin weszła ”Le Fabuleux destin d’Amelie Poulain” (”Niezwykłe przeznaczenie Amelii Poulain”), czyli ”Amelia”. Podczas filmu można podzielać rozczarowanie dziewczyny, że w starych amerykańskich filmach, kierowcy nie patrzą na drogę prowadząc samochód. W zadumę może wprawić ewentualna przyjemność płynąca ze skrzyżowania pracy dziurkacza z liśćmi wawrzynu. W końcu można rozważać, co znalazłoby się w naszym Magicznym Pudełku Z Dzieciństwa.

W takim jak to, które Dominique Bretodeau znów trzymał w swoich rękach dzięki Amelii.

O ile nazwisko kolarza Federico Bahamontesa, jako bohatera chłopca zostało przedstawione, to narrator milczy o tym, kto jest na zdjęciu, które pozwala podglądać ciotkę Josette. A jest to, oczywiście, legenda francuskiej piłki, Just Fontaine. Król strzelców mistrzostw świata w 1958 roku, a jednocześnie z 13 golami rekordzista pod względem bramek zdobytych na jednym mundialu. Nie sądzę, by kiedykolwiek ten rekord został pobity. Przy okazji: to niesamowite, że dwa lata później, na pierwszych w historii mistrzostwach Europy (i to rozegranych we Francji), napastnik nie dostał choćby minuty gry w turnieju finałowym.

Zagadkę Justa Fontaine’a można było rozwikłać dość szybko. Dłużej męczyłem się, by odkryć, jakiego to meczu Amelia nie pozwoliła obejrzeć w spokoju swojemu wrednemu sąsiadowi. Temu, który winę za stłuczkę samochodową zwalił na dziewczynkę i jej ukochany aparat fotograficzny.

Wszystko wskazuje na to, że liga francuska właśnie stoi u progu dominacji bogatego Paris Saint-Germain. W 1983 roku, bo do tego roku się cofniemy, PSG bronił swojego pierwszego trofeum w historii – Pucharu Francji. Naprzeciw paryżan stanął rychło potem koronowany mistrz kraju, FC Nantes. Wyszedł z tego kawał widowiska, więc nic dziwnego, że widz transmisji przerywanej był wściekły.

Już w trzeciej minucie po rzucie wolnym huknął z daleka Pascal Zaremba i było 1:0 dla PSG. Jeszcze w pierwszej połowie prowadził już jednak Nantes: najpierw z obrony rywali nic nie zrobił sobie Bruno Baronchelli, a naprawdę przepięknego gola zdobył Jose Toure. Raz, dwa, trzy i bach! – Extraordinaire! – krzyczy komentator. I ma rację, bo to była nadzwyczajna akcja.

Tego dnia wygrać miał prawo tylko ten zespół, który miał w składzie Safeta Susicia. A Jugosłowianin grał dla PSG. Jego gol na 2:2 to kolejny w tym meczu majsterszyk. Okrzyki komentatorów o nadzwyczajności znów są w pełni uzasadnione.

Na osiem minut przed końcem meczu podanie od obecnego selekcjonera reprezentacji Bośni i Hercegowiny dostał Nabantingue Toko i wykorzystał okazję. Czad – to kraj, w którym urodził się Toko i stan euforii w który wpadli kibice z Paryża.

Po pięknym meczu z pięknymi golami 3:2 i Puchar Francji dla PSG. Nie dziwię się, że w 2010 roku Safet Susić został wybrany przez France Football na najlepszego piłkarza w historii tego klubu.

Finał Pucharu Francji, Parc des Princes, Paryż, 11 czerwca 1983 r.
Paris Saint-Germain – FC Nantes 3:2 (1:2)

Bramki:
1:0 Pascal Zaremba (3. minuta)
1:1 Bruno Baronchelli (17.)
1:2 Jose Toure (40.)
2:2 Safet Susic (65.)
3:2 Nambatingue Toko (82.)

PSG: Dominique Baratelli – Franck Tanasi, Jean-Marc Pilorget, Dominique Bathenay (50. Mustapha Dahleb), Jean-Claude Lemoult – Pascal Zaremba, Luis Fernandez, Safet Susić – Nabatingue Toko, Dominique Rocheteau, Michel N’Gom
Trener – Georges Peyroche.

Nantes: Jean-Paul Bertrand-Demanes – William Ayache, Patrice Rio, Maxime Bossis, Michel Bibard (83. Fabrice Picot) – Seth Adonkor, Thierry Tusseau (73. Oscar Muller), Jose Toure – Bruno Baronchelli, Vahid Halilhodzic, Loic Amisse.
Trener – Jean-Claude Suaudeau.

B.

Czytaj też: Lisbon Story a mecz, którego nie było 

Ostatni gol Kazimierza Deyny

W Danii w dniach 23-30 lipca 1989 roku rozegrano piłkarskie I Mistrzostwa Europy ”over 34” (pierwsze i chyba też ostatnie). Wzięło w nich udział 8 drużyn podzielonych na dwie grupy. W pierwszej grupie wystąpiły Anglia, Holandia, Szwecja i Dania, a w drugiej ZSRR, RFN, Włochy i Polska.

W pierwszym meczu Polacy przegrali 2:4 z ZSRR. Bramki dla Polski zdobyli Andrzej Szarmach i Kazimierz Deyna.

Deyna trafił do siatki również w meczu z Włochami. I to był jego ostatni gol w życiu.

(filmik zamieszczony przez doskonałego VolleyPretoriana)

Nawet kiedy pojechał w lipcu do Danii na europejskie mistrzostwa oldboyów i spotkał się z kolegami sprzed lat, nie mówił nikomu o swoich problemach. Jak dawniej, jak zawsze. Wspólnie pity Carlsberg, teraz już w ilościach znacznie większych niż dawniej, też nie rozwiązał języka. A po ”polskiej” nocy wychodził na boisko znów jako kapitan drużyny i znów, jak przed laty, grał na nich pierwsze skrzypce. Chłopcy mówili mu – ”Kaka”, masz godzinę lotu do Warszawy. Wsiadaj z nami. Nie byłeś w Polsce dziesięć lat.

Odpowiedział tylko – nie mogę. Może nie miał pieniędzy, może były jakieś inne powody.

Już się nie dowiemy.

(Stefan Szczepłek, Deyna)

Zico – wielki i kłopotliwy numer 10 Udinese

Jaka jest największa gwiazda w historii Udinese? Bierhoff? A kto to był Bierhoff?! ;) Przez dwa sezony kibice ze Stadio Friuli mieli szczęście podziwiać zawodnika naprawdę wybitnego. Na takie określenie zasługuje niewielu, ale jednym z takich piłkarzy z pewnością był Arthur Antunes Coimbra, nazywany „Białym Pele”, wspaniały Brazylijczyk Zico!

Wydarzenie nad wydarzeniami, sensacja nad sensacjami! W 1983 roku Udine obiegła najważniejsza dla tego miasteczka wiadomość XX wieku: w biało-czarnej koszulce zagra słynny Zico. Euforia kibiców z powodu przyjścia gracza, który wcześniej dla Flamengo Rio de Janeiro strzelił 309 goli w 470 meczach (!), trwała jednak krótko. 9 czerwca 1983 FIGC (federacja włoskiej piłki nożnej) podjęła bowiem decyzję o zakazie transferów zagranicznych piłkarzy! Federacja uzasadniła to motywami ekonomicznymi i… troską o Udinese: „koszt 6 miliardów lirów mógłby zrujnować klub” (w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że zwariowali; w drugiej – czy przy okazji niedoszłego transferu Kaki nie mówiono o podobnych ograczeniach?). W Udine zawrzało. Wściekły tłum wyległ na główny plac miasta z okrzykami ”Albo Zico albo Austria!”, sugerując tym samym… przeniesienie klubu do bliskiego, sąsiedniego kraju. Udinese apelowało do kogo się dało – do trybunału przy włoskim komitecie olimpijskim, a nawet do samego prezydenta Włoch! Nieoczekiwanie, drugie z tych działań okazało się skuteczne. Prezydent Republiki Sandro Pertini powiedział: „chciałbym zobaczyć Zico grającego we Włoszech”, a krótko potem włoski komitet olimpijski nominował trzech prawników, którzy w kilka dni zezwolili na ściągnięcie Brazylijczyka do Włoch. Kontrakt nabrał mocy prawnej, a Zico wreszcie mógł założyć koszulkę z magicznym numerem 10.

7 listopada 1983 na Friuli odbywa się mecz Udinese – Roma. W debiucie Zico gra genialnie. Po podaniu włoskiego mistrza świata Franco Causio zdobywa gola. Tłum szaleje. Udinese stało się dzięki niemu drużyną niezwykłą. Niesamowity mecz z Milanem na San Siro kończy się remisem 3:3, a Brazylijczyk jednego z dwóch goli zdobywa przepiękną przewrotką.

Kibice ze Stadio Friuli wykupili wówczas 29 tysięcy karnetów, co nie zdarzyło się nigdy więcej w historii klubu! „Zebry” ukończyły sezon na 9 miejscu, tylko 2 punkty od prawa gry w Pucharze UEFA. Zico w pierwszym roku we Włoszech strzelił 19 bramek. O jednego gola mniej niż król strzelców Michel Platini, który w barwach Juventusu zagrał jednak aż sześć meczów więcej.

Ciężko wybrać najpiękniejszego z goli. Może ten?

Pomimo odejścia wielu zawodników (a jednak – problemy z kasą), m.in. partnera z ataku Pietro Paolo Virdisa (króla strzelców w barwach Milanu trzy lata później), Zico postanawia zostać na kolejny rok w Udine. Sezon 1984/85 zaczął się dla biało-czarnych w miarę dobrze, ale z czasem drużynie szło coraz gorzej. Sam Zico również nie prezentował się już tak błyskotliwie (w całym sezonie strzelił tylko 3 gole), a jego występy dla Udinese skończyły się na meczu przeciwko Napoli. Brazylijczyk ostro skrytykował arbitra, który przeoczył, że Maradona strzelił gola… ręką (widać przed mundialem ’86 Argentyńczyk czynił stosowne próby).

Zico: Myślę, że wyniki Udinese są przesądzane przez sędziów; widzimy wszyscy, że to był już kolejny raz. To staje się bezsensowne: pocić sie cały tydzień, pracować, wkładać duży wysiłek i tak aż do niedzieli. I wtedy przychodzi ktoś ułomny, niezdolny i odbiera ci nie tylko 2 punkty, odbiera też coś więcej. To coś strasznego.

Po tych słowach „Biały Pele” został zdyskwalifikowany na tydzień, jednak w oficjalnym meczu Udine już nigdy nie zagrał – również dlatego, że z powodu kłopotów (prawdopodobnie rodzinnych) musiał wrócić do Brazylii. Udinese pozostało jedyną europejską drużyną, w której występował Zico – zdobywca 66 goli w 88 meczach dla reprezentacji Brazylii i zdaniem FIFA jeden ze 100 najlepszych piłkarzy w historii.

B.

Gheorghe Hagi – król futbolu

Gheorghe Hagi
Gheorghe Hagi

Gdyby Jana Matejkę wskrzeszono nagle z martwych i postawiono przed zadaniem stworzenia unikatowego pocztu królów futbolu, 44-letni od kilku dni Gheorghe Hagi byłby niechybnie jednym z pierwszych, którzy poszliby pod pędzel mistrza. W całej historii piłkarstwa bowiem, zawodników lepszych od Rumuna udało by nam się doszukać zapewne mniej niż niewielu. Może Pele. Może Maradona. Może ktoś tam jeszcze. Powtarzam – może.

Gheorghe Hagi był graczem absolutnie genialnym. Należał do najściślejszej elity futbolowych artystów wszechczasów. Był jednym z tych nielicznych wirtuozów dających innym, własną grą, niezwykłe, bezcenne wręcz poczucie, iż piłka nożna nie wyczerpuje swego potencjału dostarczając ludziom jedynie rozrywki, lecz że futbol, w swych porywach, potrafi być również sztuką. To właśnie dzięki takim piłkarzom jak Hagi miliony kibiców na świecie uważają, że sport jest czymś naprawdę pięknym.

Piłkarska kariera Gicy Hagiego już od zarania przejawiała znamiona nieprzeciętności. Urodzony 5 lutego 1965 roku w siedmiogrodzkim, 30 tysięcznym miasteczku Sacele, zakładając koszulkę Farulu Constanta, już w wieku 17 lat zadebiutował w rumuńskiej Divizii A. W swym premierowym sezonie podczas osiemnastu ligowych występów młodziutki chłopak aż siedmiokrotnie posyłał piłkę do bramki rywali. Niedługo potem, 10 sierpnia 1983 roku podczas bezbramkowej, towarzyskiej potyczki norweskie Oslo jest świadkiem pierwszych kroków niezwykłego dziecka rumuńskiego futbolu w koszulce narodowej reprezentacji. Niecały miesiąc później – 7 września 1983 roku osiemnastoletni chłopak z Sacele przyjeżdża do Krakowa, by na stadionie Wisły rozegrać trzeci już mecz dla kadry swego kraju. Hagi zostaje zmieniony w 66 minucie meczu a spotkanie kończy się remisem 2:2. Czy ktokolwiek spośród 8.000 polskich kibiców, którzy przyszli tego dnia dopingować zespół Antoniego Piechniczka mógł wówczas przypuszczać, że gościmy właśnie pod Wawelem jednego z najwybitniejszych piłkarzy jacy kiedykolwiek wydeptywać będą wiślacką murawę? Do Polski przyjedzie Rumun ze swą reprezentacją jeszcze dwukrotnie, w obu przypadkach zresztą po porażkę (1987 r. Bydgoszcz – 1:3 i 1989 r. Warszawa – 1:2)

Na jesieni 1983 roku Hagi opuszcza Konstantę i przenosi się do znacznie silniejszego Sportulu Studentesc. Tu jego kariera nabiera znacznego przyspieszenia. Choć pierwszy sezon w nowym klubie Gica kończy z dorobkiem ledwie dwóch trafień na koncie, to jednak w tak zwanym międzyczasie udaje mu się przebić na dobre do rumuńskiej kadry, z którą jako 19-letni chłopak wyjeżdża na francuskie finały ME. W premierowym meczu Rumunów z późniejszym wicemistrzem Starego Kontynentu – Hiszpanią (1:1) Hagi pojawia się na boisku na ostatni kwadrans, a przeciwko Niemcom młody zawodnik Sportulu dostaje szansę występu przez całą pierwszą część spotkania. Podopieczni Mircei Lucescu ostatecznie zdobywaja zaledwie 1 pkt i zajmują ostatnie miesjce w swej grupie, ale Hagi dzięki kilku odważnym, błyskotliwym akcjom pokazuje się na tej wielkiej imprezie jako niesamowicie ciekawy, bardzo perspektywiczny zawodnik o ogromnym potencjale.

W eliminacjach do meksykańskiego Mundialu 1986 roku Hagi jest już centralną postacią rumuńskiej reprezentacji. We wrześniu 1984 roku, podczas trudnej, wyjazdowej potyczki z Irlandią Północną, strzela w Belfaście swą pierwszą bramkę dla drużyny narodowej. Gheorghe aplikuje piękne bramki również Turkom i Finom, a w obu remisowych meczach z Anglią należy do pierwszoplanowych postaci na murawie.

Mimo to nie udaje mu się wywalczyć wraz z kolegami upragnionej przepustki na meksykańskie święto futbolu. Bo choć Rumuni awans mają już praktycznie w kieszeni, to jednak fatalnie zawalają sprawę przegrywając w Bukareszcie z Irlandią Północną 0:1. Przyjacielski remis na Wembley Anglików i Irlandczyków z północy wszystko przypieczętowuje, dając tym ostatnim bezcenny a brakujący im do wykolegowania z całej zabawy Rumunów – punkt.

Tymczasem w Sportulu Hagi dokonuje rzeczy wręcz niebywałych. Co prawda w sezonie 1984/85 w 30 spotkaniach trafia do siatki ligowych rywali ‚tylko’ dwudziestokrotnie, ale już następny kończy w glorii wicemistrza kraju, z przeimponującym indywidualnym dorobkiem 31 meczów i 31 goli!!! Dwukrotnie z rzędu wywalcza, w obu rzeczonych sezonach, tytuł ligowego króla strzelców.

Jesień 1986 roku Gica zagra jeszcze dla Sportulu, ale już od samego początku roku 1987 czekają na niego nowe, większe wyzwania. Oto zapragnęła go w swych szeregach bukaresztańska Steaua. Zespół ten, jeszcze świeżo po największym tryumfie w historii klubowej rumuńskiej piłki na międzynarodowej arenie (zwycięstwo w Pucharze Europy po serii rzutów karnych z FC Barceloną w 1986 roku), w glorii najlepszej drużyny Starego Kontynentu, szykuje się właśnie do potyczki o Superpuchar Europy z Dynamem Kijów. 24 lutego 1987 roku w Monaco specjalnie sprowadzony na to spotkanie Hagi strzela dla Steauy jedynego, zwycięskiego gola dającego Rumunom Superpuchar, będący potwierdzeniem ich dominacji wśród europejskiej klubowej gromadki.

Po transferze do bukaresztańskiej „Gwiazdy” kariera Hagiego nabiera właściwego rozmachu. W barwach Steauy kompletuje trzy tytuły mistrzowskie pod rząd (87,88,89). W czternastu wiosennych meczach 1987 roku Gica strzela dla swej nowej drużyny 10 goli. W następnym sezonie to już 25 trafień w 31 ligowych spotkaniach, a w sezonie 1988/89 to już niesamowity bilans 31 bramek w 30 potyczkach!!! (a pamiętajmy, że Gheorghe nie jest napastnikiem). Chłopak z Sacele staje się niekwestionową gwiazdą Divizia A.

W 1988 roku Hagi zostaje też najskuteczniejszym strzelcem europejskich rozgrywek, a jego Steaua dociera do półfinału Pucharu Mistrzów, gdzie ulega jednak Benfice Lizbona. Rok później piłkarze ze stolicy Rumunii grają już w ścisłym finale, gdzie zostają rozbici przez wielki Milan (0:4). Na Camp Nou Hagi jest jeszcze wyraźnie w cieniu Gullita i van Bastena, którzy prowadzą Mediolańczyków do pewnego zwycięstwa.

Mistrzostwa Europy w Niemczech (1988) również przechodzą Gicy koło nosa. Rumuni, podobnie jak w przypadku batalii o meksykański Mundial znów są o krok od awansu do wielkiej imprezy i znów brakuje im odrobiny szczęścia. Na skutek trafienia Carrasco w ostatniej minucie wyjazdowego meczu z Austrią, dającego Hiszpanom bezcenne zwycięstwo, Hagi i spółka muszą pokonać tychże samych Austriaków w wieńczącym eliminacyjne zmagania listopadowym meczu w Wiedniu (1987). Spotkanie kończy się jednak bezbramkowym remisem i Rumunom przychodzi przełknąć gorzką pigułkę.

Niemal równo 2 lata później – 15 listopada 1989 roku znów potrzebują oni zwycięstwa, by pojechać na wielką imprezę. Tym razem jednak wreszcie się udaje. Pokonując 3:1 Duńczyków w Bukareszcie podopieczni Emericha Ieneia wywalczają upragnioną przepustkę do Italii.

Mistrzostwa we Włoszech nie stają się jednak aż tak ogromnym przełomem w karierze Gheorghe Hagiego jak można było przypuszczać. Zresztą cały zespół Rumunii nie wypada na Il Mondiale olśniewająco. Hagi debiutuje na Mistrzostwach Świata w przegranym meczu (1:2) przeciwko rewelacyjnemu Kamerunowi i schodzi z boiska po niespełna godzinie gry. W spotkaniu z obrońcami tytułu najlepszej drużyny globu – Argentyną, zakończonym premiującym oba zespoły remisem (1:1) Hagi ujawnia już całkiem sporo ze swego geniuszu. Mecz ten jest jednak przede wszystkim możliwością konfrontacji Maradony Karpat, jak ochrzczono swego czasu idola rumuńskich kibiców, z Maradoną właściwym. Momentami Gica przyćmiewa gwiazdora klubu z Neapolu. W pewnym sensie symboliczną jest scena z początkowych minut meczu, gdy Diego Maradona, skądinąd najczęściej faulowany gracz na świecie, nie mogąc sobie poradzić z dryblującym Rumunem, powala go właśnie za pomocą faulu na murawę.

Podopieczni Ieneia wychodzą z grupy, lecz w następnej rundzie, po ciężkim boju muszą uznać wyższość Irlandczyków w strzelaniu jedenastek (choć Hagi akurat trafia bezbłędnie) i powoli zacząć się pakować do podróży powrotnej.

Upragniony występ na włoskim Mundialu z pewnością nie dał Gheorghe Hagiemu spełnienia. Choć Hagi swą grą udowodnił, że jest jednym z najlepszych piłkarzy na świecie, to jednak pewien niedosyt niewątpliwie pozostał.

Po turnieju Gica przechodzi do wielkiego Realu Madryt. Wielu zastanawiało się, czy przypadkiem Rumun nie podzieli losu innych piłkarzy zza żelaznej kurtyny, którzy nie potrafili się odnaleźć w słynnych zespołach zachodniej krainy futbolu. Hagi jednak w Madrycie na pewno nie zawiódł. Był tam prawdziwym mózgiem zespołu, zawodnikiem strzelającym ważne i piękne bramki, klasycznym numerem „10”. W 65 meczach ligowych strzelił dla Królewskich 15 bramek (najczęściej niezwykłej urody).

Nie udało mu się jednak sięgnąć po Mistrzostwo Hiszpanii, które Real, prowadzony wówczas przez Leo Beenhakkera, przegrał w ostatniej kolejce na Teneryfie (nie pomogła nawet przepiękna bramka Hagiego z kilkudziesięciu metrów). W Pucharze UEFA (1991/1992) Królewscy również nie dobiegają do mety zatrzymani w półfinale przez AC Torino (bramka Hagiego w Madrycie)

Gdy w 1992 roku, po kolejnej, pechowo przegranej, batalii o Euro (Rumuni znów potrzebowali w ostatnim meczu wyjazdowego, tym razem dwubramkowego zwycięstwa nad Bułgarią; prowadzili nawet w Sofii przez kilkadziesiąt minut, jednak Sirakow wyrównującym golem wybił im szwedzki turniej z głowy) Hagi przechodził z Realu do Brescii można było odnieść wrażenie, że czyni krok wstecz. Owszem, Serie A uchodziła wówczas za najsilniejszą ligę na świecie, gdzie grać jest prawdziwym wyzwaniem, jednak zespół prowadzony przez Mirceę Lucescu jedynych, naprawdę wartościowych graczy miał właśnie w postaci kolonii Rumunów – Hagiego, Raducioiu, Sabau i Mateuta. No i stało się. Już po jednym sezonie w Serie A Hagi (zaliczył 6 trafień) wraz z kolegami spadł z hukiem do drugiej ligi. Kiedy kapitan reprezentacji Rumunii postanowił czynem zaświadczyć o swej lojalności i pozostać w Brescii na dobre i złe (tzn na wspólne zmagania na drugoligowym froncie) wielu zaczęło pukać się w czoło i stawiać już na dobijającym powoli trzydziestki piłkarzu – przysłowiowy krzyżyk.

Paradoksalnie jednak, to właśnie Hagi, jako zawodnik drugoligowej Brescii osiągnął w swej karierze najważniejszy etap. W eliminacjach do amerykańskiego Mundialu Rumuni poczynają sobie nieźle, jednak sytuacja w grupie jest tak pogmatwana a zespoły rywalizujące ze sobą tak wyrównane, że w swym ostatnim, tradycyjnie już listopadowym meczu, Rumuni również tradycyjnie grają o wszystko, czyli o zwycięstwo. Rywalem jest naprawdę silny wówczas zespół Walii (z Rushem, Hughesem, Saundersem, Giggsem) wietrzący niepowtarzalną szansę awansu, do którego również niezbędne jest im zwycięstwo. To właśnie jesienny bój w Cardiff z 1993 roku jest jednym z tych momentów, dzięki którym łatwiej zrozumieć dlaczego Rumunii tak ogromnie kochają Gheorghe Hagiego. I na czm polegał geniusz tego niezwykłego, unikalnego w skali światowej piłkarza. Jest 32 minuta gry, Walijczycy napierają jak szaleni, rumuńska obrona nie ma nawet czasu otrzeć potu z czoła. Trzeba to wszystko trochę uspokoić, poukładać, posklejać, nim zapora pęknie i posypią się gole walijskich gwiazdorów. Piłka wędruje do Hagiego, niech przetrzyma, podrybluje, da odsapnąć. Ale Hagi jest właśnie jednym z tych piłkarzy, którzy w pojedynkę potrafią wygrwać mecze, którzy w najtrudniejszych momentach umieją diametralnie odmienić losy spotkania, którzy mają niezwykłą moc pociągnięcia swego zespołu do największych sukcesów. W Cardiff Gica strzela bezcenną, niezapomnianą bramkę, która otwiera Rumunom drzwi do najwspanialszej piłkarskiej imprezy w całej ich historii. Tylko Hagi mógł strzelić taką bramkę. Tylko on mógł mieć odwagę, by w ogóle oddać strzał, z takiej odległości, w meczu o taką stawkę.

https://youtube.com/watch?v=5XnxAsUEpWs

W amerykański Mundial Rumuni wchodzą z przytupem. Ich mecz z silną Kolumbią jest okrasą całych mistrzostw. Rumuni zaskakują wszystkich. Wygrywają gładko i w pełni zasłużenie 3:1. Najpierw Hagi po efektownym dryblingu idealnie obsługuje Florina Raducioiu. W 34 minucie kapitan Rumunów podwyższa prowadzenie strzelając jedną z najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych bramek w historii piłkarskich mistrzostw świata. Z kilkudziesięciu metrów lobuje kolumbijskiego bramkarza Cordobę, który nie może uwierzyć jakim cudem piłka uderzona przez Rumuna znalazła się w siatce.

To był właśnie cały kunszt Hagiego. Jego geniusz i fenomen. Wychowanek Farulu Konstanta nigdy nie bał się podejmować odpowiedzialności za najbardziej nawet ryzykowne i niekonwencjonalne zagrania. A że zagrania te najczęściej przynosiły ogromne profity całemu zespołowi a kibicom dawały poczucie uczestniczenia w niezwykłym spektaklu – świadczy to o jego niewątpliwej, boiskowej wielkości. Przy bramce na 3:1, przypieczętowującej zwycięstwo podopiecznych Iordanescu, Gheorghe Hagi oczywiście również brał udział, znów perfekcyjnie zagrywając do Raducioiu.

O drugim meczu turnieju rumuńscy kibice chcieliby zapewne jak najszybciej zapomnieć. Zespół, który kilka dni wcześniej rozbił Kolumbię, teraz sam zostaje rozgromiony przez przeciętnych Szwajcarów 1:4. Hagi strzela w tym spotkaniu przepiękną bramkę wyrównującą stan meczu, jednak jego koledzy nie zechcieli pójść za ciosem i skupili się raczej na obserwowaniu poczynań Helwetów ładujących im kolejne zawiniątka do siatki.

Ostatni mecz grupowy z Amerykanami, gospodarzami imprezy, jest więc spotkaniem o wszystko. Rumuni wytrzymują presję i po fantastycznej, koronkowej akcji, oczywiście z ogromnym udziałem Hagiego zapewniają sobie zwycięstwo dające im w konsekwencji awans do następnej rundy.

Na Rose Bowl Pasadena, szczęśliwym dla chłopców Iordanescu (to tu właśnie wygrali z Kolumbią i USA; ze Szwajcarią przegrali w Pontiac) Rumuni rozgrywają bodaj najlepszy mecz w historii ich piłkarstwa. Tym razem w meczu przeciwko Argentynie do pojedynku dwóch futbolowych artystów, jak przed czterema laty, niestety nie dojdzie. Na boisku jest bowiem tylko jeden „Maradona” – Hagi. Diego ogląda mecz z trybun, po tym jak badania antydopingowe wykryły w jego organizmie substancje, których żadną miarą być w nim nie powinno. Ogląda i płacze. Natomiast Hagi rozgrywa jeden ze swych najlepszych meczów w karierze. Przy drugiej bramce zalicza cudownie bajeczną asystę, po której Dumitrescu tylko przystawia nogę pokonując Islasa. Trzecią strzela już sam – po niesamowitej akcji Ilie Dumitrescu, Gica dobija Argentyńczyków swą prawą, mniej genialną kończyną dolną. Tego dnia jesteśmy świadkami niezapomnianego spotkania oraz narodzin wspaniałej rumuńskiej drużyny. Dla wielu fachowców to właśnie 29-letni Gheorghe Hagi jest postacią numer jeden amerykańskiego Mundialu, najlepszym graczem tych mistrzostw.

Do dziś nie wiadomo, czy Rumuni aż tak mocno uwierzyli w swą potęgę, że zlekceważyli Szwedów, czy też byli tak strasznie wycieńczeni po morderczym pojedynku z Argentyńczykami, iż na Trzy Korony sił już nie starczyło. Faktem jest jednak, że wspaniała drużyna prowadzona z ławki przez Iordanescu a na boisku przez fenomenalnego Hagiego zmarnowała ogromną, być może dla Rumunii niepowtarzalną już szansę na mistrzowski medal. Jeśli ktokolwiek był na tym turnieju drużyną od nich lepszą, to chyba tylko Brazylia. Jeśli ktokolwiek był.

Po zażartym boju (2:2) trzeba jednak było uznać wyższość Szwedów, którzy podobnie jak 4 lata wcześniej Irlandczycy skuteczniej egzekwując jedenastki wyrzucili Rumunię za burtę (Hagi oczywiście pokonał Ravellego z wapna). Wspaniała przygoda skończyła się więc na ćwierćfinale. To może dlatego w wyborach najlepszego piłkarza turnieju przed Hagiego wskoczą Romario i Stoiczkow, którzy ze swymi drużynami przedarli się dalej.

Tak czy inaczej, blisko 30-letni zawodnik drugoligowego włoskiego zespołu podczas amerykańskiego Mundialu udowadnia wreszcie wszem i wobec jak wielkim, jak wybitnym jest futbolistą. Te mistrzostwa są ogromnym tryumfem Gheorghe Hagiego, którego wielu już gdzieś po drodze zdążyło przekreślić, osądzając mianem nieprzeciętnego acz zdecydowanie niespełnionego gracza.

Podczas Mundialu w Gicy zakochał się nawet słynny Johann Cruyff, który zapragnął mieć rumuńskiego geniusza w prowadzonej przez siebie wielkiej Barcelonie. Hagi, w stolicy Katalonii towarzystwo do gry w piłkę ma naprawdę najwyższej klasy. Romario i Stoiczkow też tu są. Trzej najlepsi piłkarze świata kopią teraz dla jednego klubu. Okres pobytu w Barcelonie nie przynosi jednak Hagiemu sportowego spełnienia. Rumuna trapią powtarzające się kontuzje. Z Barcą zdobywa Superpuchar Hiszpanii (1994) a w roku 1996 dochodzi z nią do półfinału Pucharu UEFA, gdzie pomimo trafienia Gicy, zaporą nie do przejścia okazuje się monachijski Bayern. Łącznie podczas dwóch sezonów gry dla Dumy Katalonii Hagi w 35 ligowych spotkaniach zdobywa 7 bramek. Wynosi za to stamtąd silną przyjaźń z Christo Stoiczkowem, który w lecie 1995 roku, gdy Rumun strasznie pogubi się na krętych ścieżkach żywota swego, jest nawet świadkiem na drugim już ślubie Gheorghe w jednej z bukaresztańskich świątyni.

Po znakomitej grze na amerykańskim Mundialu Rumuni wydają się być murowanym faworytem do awansu na angielskie finały Mistrzostw Europy w 1996 roku. I rzeczywiście, podopieczni Anghela Iordanescu zdecydowanie wiodą prym w naszej grupie. Choć z Polakami strasznie się męczą, to jednak dzięki fantastycznej współpracy z Wandzikiem udaje się Rumunom ograć chłopców Apostela 2:1. W wyjazdowym, najtrudniejszym spotkaniu z młoda, ciekawą i budowaną dopiero przez Aime Jacqueta francuską drużyną, Rumuni będąc zespołem dojrzalszym i lepszym bezpiecznie, bezbramkowo remisują. Ich planowe zwycięstwa odniesione nad pozostałymi, słabszymi rywalami sprawiają, że po remisie 0:0 na stadionie w Zabrzu, Hagi (choć on akurat w tym spotkaniu nie wystąpił) i spółka mają już awans w kieszeni. Teraz mogą sobie spokojnie pozwolić na rażące wręcz nie zaangażowanie w grę (by na eufemizmie poprzestać) podczas bukaresztańskiej potyczki z Francją (1:3) i przepuszczenie trójkolorowych na angielskie Euro kosztem biało-czerowonych. Ostentacyjnie rejtanowym gestem kapitana Polaków Romana Koseckiego, który na znak protestu przeciwko rumuńsko-francuskim układankom zdjął koszulkę i położył na murawie podczas swego zejścia z boiska na stadionie w Bratysławie nikt się nadmiernie nie przejął.

Samych Mistrzostw Starego Kontynentu rozgrywanego na Wyspach Rumuni jednak na pewno nie wspominają zbyt ciepło. Choć grali bardzo przyzwoicie i zostali ogromnie skrzywdzeni przez sędziów, którzy w aż dwóch spotkaniach nie uznali prawidłowo zdobytych przez nich goli, to jednak nie przypominali już tej fantastycznej drużyny z amerykańskich boisk. Z Francją przegrywają na otwarcie 0:1 absolutnie nie będąc zespołem słabszym. Ogrywają ich również Bułgarzy po bramce Stoiczkowa (nie zapomnę pięknego gestu Christo, gdy po końcowym gwizdku sędziego podbiegają do niego uradowani koledzy z zespołu, a ten ich odgania i podchodzi do zmęczonego, smutnego, przegranego przyjaciela – Hagiego, by go uścisnąć i pogratulować walki). Ostatni pojedynek z Hiszpanami ma więc już tylko rangę czysto prestiżową. Również i tu Rumuni przegrywają jedną bramką (1:2) i z trzema porażkami oraz całkiem niezłą grą odpadają z imprezy.

Po turnieju Hagi decyduje się na dość kontrowersyjny i nieco ryzykowny krok. Odchodzi z Barcelony, by grać teraz dla tureckiego Galatasaray. I znów wielu stuka się w czoło. Wydaje się, że teraz to już nieodwołalnie olbrzymimi krokami zbliża się przedświt zmierzchu tego wybitnego gracza. Po prostu 31-letni piłkarz najwidoczniej jest już zmęczony wielką piłką i chce sobie doczekać do emeryturki w przeciętnym europejskim zespole.

Dziś wiemy, że przejście do popularnej Galaty było przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Zyskali na tym wszyscy. Rumun się odrodził, odzyskał zapał i świeżość motywacji do gry, natomiast Turcy dzięki swemu transferowi wszechczasów i pozyskaniu genialnego pomocnika sięgnęli po sukcesy o jakich odniesienie, jeszcze kilka lat wcześniej, nikt przy zdrowych zmysłach by ich nie podejrzewał. Kibice ze Stambułu zakochują się w Gicy po uszy. Jego cudowne bramki, fantastyczne zagrania jakich nikt nigdy nie miał do tej pory nad Bosforem możliwości oglądać, sprawiają, że w uwielbieniu dla Hagiego Turcy nie pozwalają się wyprzedzać nawet kibicom rumuńskim. Hagi rządzi ligą turecką. Występuje z Galatą rok po roku w prestiżowych rozgrywkach Ligi Mistrzów. A tam wyczynia dla swego zespołu niezwykłe rzeczy, częstuje tureckich fanów najpiękniejszymi sportowymi przeżyciami i wzruszeniami. Zwycięska bramka jaką strzelił na jesieni 1998 roku w Champions League, w doliczonym czasie gry Hiszpanom z Athletic Bilbao zjednała mu dozgonną miłość całego piłkarskiego Stambułu.

Na niwie reprezentacyjnej przychodzi Mundial roku 1998. Przez eliminacje Rumuni przechodzą jak burza, wygrywając aż 9 spotkań w swej grupie i tylko jedno remisując. Francuskie Mistrzostwa Świata są trzecią i ostatnią tego typu imprezą w karierze Gheorghe Hagiego, który przed turniejem zapowiedział, że po jego zakończeniu definitywnie żegna się z reprezentacyjną przygodą. Rumuni, jak na pamiętnym amerykańskim czempionacie znów rozpoczynają w wielkim stylu. Zresztą, podobnie jak wtedy, tak i teraz przychodzi im się mierzyć na początek z Kolumbią. I choć Kolumbijczycy najlepsze lata mają już za sobą, a ze wspaniałego pokolenia graczy pozostał tylko nieco już wypalony i pomnikowy, dostojnie człapiący po boisku Carlos Valderrama, to jednak wciąż jest to drużyna groźna dla najlepszych. Rumuni wygrywają pewnie, choć jednobramkowo, po przepięknej akcji duetu Gheorghe Hagi-Adrian Ilie. Hagi fantastycznie zagrywa piętą wypuszczając młodego Ilie w obręb pola karnego, gdzie ten ostatni zdobywa cudownego gola. Tę akcję, to trafienie oglądać można (podobnie zresztą jak te z pojedynku przeciwko Argentynie w 1994 roku) bez końca. Kunszt piłkarski najwyższej miary.

W Tuluzie, w pojedynku z Anglikami podopieczni generała Iordanescu zaprezentują się jeszcze lepiej. Po akcji Hagiego, Moldovan uzyskuje prowadzenie a w końcówce meczu po zagraniu Gicy wynik na 2:1 ustali Dan Petrescu. Rumuni znów są wielcy. Wydaje się, że podobnie jak przed czterema laty jesteśmy świadkami narodzin wspaniałej mundialowej Rumunii. Hagi i spółka, po efektownym zwycięstwie nad Anglią zaczynają być przez wielu fachowców postrzegani jako jedni z najpoważniejszych kandydatów do najwyższych laurów.

Niestety, nic z tego. Chłopcom Iordanescu chyba nieco zaczęło się nudzić. Postanowili pobawić się własnymi fryzurami i ubarwić je kolorami narodowej flagi. Na pierwszy ogień poszła żółć. Zamykający grupowe zmagania mecz z Tunezją, (którego wynik nie miał większego znaczenia, gdyż Rumunia dzięki dwóm wcześniejszym zwycięstwom zapewniła już sobie awans) nie był udany a rumuńscy gracze miast koncentrować uwagę kibiców na swych znakomitych zagraniach przykuwali raczej ich wzrok ekscentrycznym, żółtym kolorem własnych czupryn. Eksperyment, który w swym szlachetnym zamierzeniu miał zintegrować grupę piłkarzy jakoś dziwnie ich rozkojarzył. Przefarbowani i jakby dziwnie odmienieni Rumuni nie potrafili już odnaleźć formy z meczów przeciwko Kolumbii oraz Anglii. Pojedynek w Bordeaux z Chorwacją, przegrany 0:1, pozostawił ogromny niedosyt. Znów, podobnie jak przed czterema laty ze Szwecją, przegapili rumuńscy piłkarze niesamowitą szansę na ogromny sukces. Porażka bolała tym bardziej, że z reprezentacją żegnała się ikona rumuńskiego sportu, ten który przez lata pchał swych kolegów w górę, który wprowadził ich na najwspanialsze futbolowe imprezy świata, gdzie przedtem nie potrafili się przebić przez całe dziesięciolecia. Na pożegnalnej gali zorganizowanej po powrocie z Mundialu, na stadionie wypełnionym po brzegi Gheorghe Hagi, łamiącym się głosem, ze łzami w oczach pożegnał się z rumuńskimi kibicami, dla których tak przepięknie grał przez wszystkie te lata.

Rozbrat z reprezentacyjną koszulką potrwa na szczęście niecałe dwanaście miesięcy i w czerwcu 1999 roku Hagi daje się ubłagać narodowi, by wspomóc kadrę w jej wielkiej potrzebie. Podczas meczu z Węgrami kibice owacją bliską euforii witają niemal każde dojście swego idola do piłki. Gica, jak za dawnych czasów, nie zawodzi, prowadząc Rumunów do pewnego zwycięstwa 2:0. W dwóch następnych, ważnych eliminacyjnych potyczkach ze Słowacją oraz Portugalią Hagi strzela po golu i powoli może zacząć przygotowywać się do swojej kolejnej, szóstej już wielkiej mistrzowskiej imprezy.

Turniej Euro 2000 podopieczni Ieneia rozpoczynają od remisu z Niemcami 1:1. Pechowa porażka z Portugalczykami 0:1 po stracie bramki w ostatniej minucie meczu stawia Rumunów pod ścianą. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że kapitan zespołu – Hagi nie będzie mógł zagrać w decydującej o wszystkim batalii z Anglikami, którą trzeba wygrać. Pojedynek w Charleroi zapamiętam na zawsze jako jedno z najbardziej emocjonujących spotkań jakie kiedykolwiek dane mi było na Mistrzostwach Europy oglądać. Choć pozbawieni swego największego atutu w postaci Hagiego, którego godnie próbował zastąpić, znakomicie owego dnia dysponowany, Dorin Munteanu, Rumuni wznieśli się na wyżyny swoich możliwości. Napierali na Anglików przez niemal całe spotkanie i wreszcie w końcówce meczu udało im się przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Wygrywając po fantastycznej walce 3:2, koledzy Hagiego nie tylko wywalczyli dla Rumunii pierwszy w historii awans do ćwierćfinału ME, ale sprawili też wspaniały prezent samemu Gicy, który dzięki temu otrzymał jeszcze jedną szansę na grę dla swych kibiców i pożegnanie z reprezentacją bardziej efektowne niż grupowa porażka z Portugalią.

Trudno jednoznacznie zawyrokować czy owo pożegnanie podczas meczu z Włochami wypadło okazalej. Na pewno dramatyczniej. Hagi poza świeżo ogoloną głową zaprezentował też kawał dobrego futbolu. Miał nawet niesamowitą szansę, by strzelić piękną bramkę, lecz piłka posłana przez niego lobem zatrzymała się na słupku bramki strzeżonej przez Francesco Toldo. A potem już w roli wodzireja na ostatnim wielkim balu „Maradony Karpat” postanowił wystąpić portugalski arbiter Melo Pereira. Najpierw jak najbardziej słusznie obdarował Gicę żółtą kartką za brutalny faul na Antonio Conte. Niedługo potem jednak dał się nabrać jak dzieciak i za cwaniackie zagranie Zambrotty, który przewrócił Hagiego w polu karnym żółtą kartką ukarał… tego ostatniego, zarzucając mu chęć wymuszenia jedenastki. Hagi opuszczając w 60 minucie murawę uśmiechał się z niedowierzaniem. Uśmiechał się przez łzy. Zepsuto mu prawdziwe święto. Rumuni byli tego dnia zespołem słabszym i przegrali zasłużenie (0:2), ale Gheorghe tym wszystkim, co zrobił dla światowej piłki zasłużył sobie na dalece godniejszy moment opuszczenia boiska po swym ostatnim reprezentacyjnym boju niż ten, który mu zafundował swą przedziwną decyzją Melo Pereira. 24 czerwca 2000 roku na stadionie w Brukseli porywająco piękna, siedemnastoletnia przygoda Gheorghe Hagiego z narodowym zespołem Rumunii, w którym przez niemal dekadę pełnił rolę kapitana, dobiegła kresu.

hagi00

Za to w Turcji Gica wciąż przeżywa swą drugą młodość. Aż czterokrotnie zdobywa z Galatą mistrzostwo kraju. W roku 2000 doprowadza swój zespół do niebywałego sukcesu – zdobycia Pucharu UEFA. W drodze do finału Turcy pokonują m.in. Bolognę, Borussię Dortmund (gol Hagiego), Mallorcę czy angielskie Leeds (trafienie Hagiego). Ostatnią zaporą jest Arsenal Londyn. W kopenhaskim finale szczęśliwe dla Galaty rozstrzygnięcie przynoszą dopiero rzuty karne. Hagi wyrzucony z boiska na samym początku dogrywki jedenastek już nie doczeka. Jednak jego wkład w sensacyjne zdobycie cennego trofeum jest przeogromny.

W sierpniu 2000 roku Gica poprowadzi zespół ze Stambułu do kolejnego niezwykle prestiżowego sukcesu. Galatasaray w potyczce o Superpuchar Europy pokonuje po dogrywce wielki Real Madryt 2:1. 35-letni Rumun zdając sobie chyba sprawę, że to już jedna z ostatnich okazji na pokazanie swego geniuszu w naprawdę wielkim meczu, niestrudzenie sypie tego dnia błyskotliwymi zagraniami.

Swój ostatni sezon w karierze Hagi uwieńczy jeszcze doprowadzeniem Galaty do ćwierćfinału Ligi Mistrzów oraz wicemistrzostwem Turcji. Gica czuł się w Stambule naprawdę znakomicie. Rozkochani w nim do szaleństwa fani tego zespołu nosili swego idola na rękach. Okazało się, że to właśnie Galatasaray jest klubem, w którym Rumun spędził najwięcej czasu. Dla Turków bowiem grał Hagi aż przez 5 sezonów (w 132 meczach strzelił 59 bramek) stając się żywą legendą i najwspanialszym graczem w historii Galaty. Tam odniósł też największe sukcesy na niwie klubowej, sięgając po dwa bezcenne europejskie trofea.

https://youtube.com/watch?v=NvRIymOJALg

Hagi w trakcie swej ligowej kariery na boiskach Rumunii, Hiszpanii, Włoch i Turcji rozegrał 513 meczów strzelając w nich aż 237 bramek. Dwukrotnie zdobywał klubowy Superpuchar Europy. Wywalczył też Puchar UEFA. W rozgrywkach europejskich pucharów zdobył 28 goli. Siedmiokrotnie zdobywał mistrzostwo kraju (4x Turcja i 3xRumunia). Trzykrotnie brał udział w piłkarskich Mistrzostwach Świata. Trzykrotnie zagrał również na turniejach Mistrzostw Europy. Dla reprezentacji Rumunii przez 17 lat rozegrał 125 meczów i strzelił w nich 35 bramek. Został uznany najlepszym piłkarzem wszechczasów w Rumunii oraz jednym ze stu najlepszych piłkarzy XX wieku na świecie. Wielokrotnie wybierano go rumuńskim piłkarzem roku.

Gheorghe Hagi był piłkarzem fenomenalnym. Zawodnikiem, który dzięki swemu futbolowemu geniuszowi z przeciętnej drużyny potrafił uczynić zespół walczący o najwyższe laury. To nie przypadek, że Rumuni, których „Maradona Karpat” aż sześciokrotnie zaciągnął na największe piłkarskie imprezy, po zakończeniu przez niego kariery bardzo długo nie potrafili wywalczyć awansu na turniej mistrzowski (udało im się to dopiero na Euro 2008). To nie przypadek, że Galatasaray Stambuł z Gicą na pokładzie zawitał nagle w szeregi ścisłej czołówki europejskich drużyn klubowych, sięgając po Puchar UEFA i Superpuchar Europy.

Piłkarz taki jak Hagi rodzi się raz na dziesiątki lat. Patrząc na jego bajeczną, przesyconą artyzmem grę trudno dziwić się uwielbieniu, jakie otaczało go w ojczystej Rumunii czy też w Turcji. Niezwykłość Hagiego polegała na tym, że o swym futbolowym geniuszu przekonywał niemal każdym kolejnym meczem, każdym zagraniem. Nigdy nie bał się brania na siebie odpowiedzialności za podejmowanie najbardziej nawet ryzykownych, nieprzewidywalnych rozwiązań na boisku. To znamionowało jego wielkość. Ale też dzieki temu, spośród ponad 300 bramek jakie zdobył podczas swej kariery, większość była unikalnej urody. Pokażcie mi drugiego takiego piłkarza na świecie, który strzelił tak ogromną liczbę tak niesamowitych goli. Bramek z połowy boiska, z 40, 30 metrów Hagi posiada w swej kolekcji dziesiątki! Właściwie zaryzykowałbym tezę, iż Rumun bardzo rzadko strzelał bramki przeciętne (pomijając oczywiście te, które uzyskał z rzutów karnych, których był niezawodnym egzekutorem).

Pochylając się raz jeszcze nad niezwykłą postacią oraz karierą rumuńskiego króla futbolu, przeglądając po raz kolejny te wspaniałe karty jakie zapisał swą grą w księdze dziejów światowej piłki, mam nieodparte wrażenie, że choć ani ze mnie Rumun, ani Turek, za te chwile najpiękniejszych sportowych przeżyć, którymi przez lata Gheorghe Hagi tak hojnie obdarowywał, jak każdy zresztą prawdziwy kibic mam obowiązek i niekłamaną wolę by mu powiedzieć – dziękuję!

R.

***

Z komentarzy na numer10.blox.pl

airborell
2009/02/10 13:56:42

Problemem Rumunów na tych MŚ była chimeryczność i jednak ogromne uzależnienie, jeśli idzie o grę w ataku, od duetu Hagi-Raducioiu (chociaż w 1/8 Florina godnie zastąpił Dumitrescu). Szwedów na pewno nie zlekceważyli od początku meczu, to była po prostu świetna drużyna. Ale, w dogrywce, prowadząc 2:1 i grając przeciwko dziesiątce rywali… Nie potrafię tego odżałować. Jeśli ktoś miał pokonać Brazylię na tych MŚ, to właśnie Rumunia.

BTW, Szwajcaria nie była bynajmniej przeciętna, a na tamtych MŚ miała kilka bardzo ciekawych indywidualności. No i mecz z Rumunią im wyszedł wyjątkowo.

kalekowspolecznychtrzech
2009/02/13 18:41:27
Normalnie nie wiem co powiedzieć. Hagi był jednym z moich ulubionych piłkarzy i na zawsze zapamiętam tego gola przeciwko Kolumbii z WC 94. Co do jego pobytu w Galacie, to wbrew pozorom tam była wtedy naprawdę solidna paka do grania. W bramce mieli przecież Taffarela, dzielnie Hagiemu sekundował wiecznie niedoceniany Popescu, wreszcie w ataku brylował Hakan Sukur w swojej najlepszej formie (potem chyba odszedł, a na jego miejsce przyszedł Mario Jardel z Porto, ale mogły mi się okresy pomylić). Trzeba jednak przyznać, że wszyscy oni byli tylko dzielnymi adiutantami generała Hagiego.
Pozdrawiam
Aryjczyk from Kaleków Społecznych Trzech

Krzysztof Nowak – Numer 10 Serc

Dziś Krzysztof Nowak skończyłby 33 lata. Od ponad trzech lat reprezentanta Polski nie ma wśród nas, ale pamięć o Nim nigdy nie zginie. Oto kilka słów – Krzysztofa i o Krzysztofie – Numerze 10 w sercach kibiców. Nie chcę jednak przypominać jego strasznej choroby, która pod koniec nie pozwalała mu nawet na poruszanie się o własnych siłach, ale o Nim – Krzysztofie Nowaku, Piłkarzu.

 

Mając 18 lat przeszedłem z Ursusa do Sokoła Pniewy. Tam musiałem sobie radzić sam. Podobnie jak w greckim Panachaiki Patras czy brazylijskim Atletico Paranaense. Dzisiaj mam dopiero 23 lata, więc jeszcze wszystko przede mną. Trener VfL Wolfsburg, Wolfgang Wolf, na ogół chwali mnie za grę. Ale przyczyną tego, że w Bundeslidze nie ‚pękłem’, jest brak kompleksów wobec bardziej utytułowanych rywali. Kiedyś grałem przeciwko Ronaldo i Bebeto i łydki mi nie drgały.

Do Sokoła sprowadzał go trener Adam Topolski:

Robiłem wówczas testy dla piłkarzy z niższych klas. Szukaliśmy utalentowanych graczy do drugoligowego wówczas Sokoła. I tak Krzysztof trafił do nas. Miał wówczas 17 lat, przyjechał i został – wspomina. – Jak na ten wiek wiedział dobrze czego chce i to zrealizował. Miał dobre warunki fizyczne i spore umiejętności techniczne. Widziałem go w roli defensywnego pomocnika i na takiej pozycji grał w drugiej lidze, a kiedy awansowaliśmy do pierwszej, także w ekstraklasie. Był niezwykle pracowitym i sumiennym piłkarzem. Te cechy przekładały się na jego życie prywatne. W Pniewach zdał maturę z wyróżnieniem i w tym czasie poznał swoją przyszłą żonę, która pochodzi z tej miejscowości.

W 1996 roku młodzieżowa kadra Edwarda Lorensa wyjechała na zgrupowanie do Ameryki Południowej. Tam drużyna, której trzon stanowili zawodnicy walczący w eliminacjach do igrzysk w Atlancie zaprezentowała się nieźle w meczach z Argentyną (0:2) i Brazylią (1:3). Warto przytoczyć nazwiska uczestników tego tournee, bo to naprawdę niezła mieszanka talentów i przeciętniaków: Dudek, Żewłakow, Krzętowski, Skrzypek, Kaczmarczyk, Krzyżanowski, Berensztajn, Jackiewicz, K. Nowak, A. Bąk, R. Wilk (k), Piekarski, Karwan, Dubicki, Wojnecki, Malinowski, Majewski. Dla porównania – w Argentynie zagrali Zanetti, Ayala, Sensini, Chamot, Simeone, Veron, Claudio Lopez czy Balbo, a w Brazylii Dida, Roberto Carlos, Aldair, Rivaldo, Juninho, Bebeto, Ronaldo i Ronaldinho! Składy wręcz powalające, ale dla obu reprezentacji to był szczyt przygotowań do IO w Atlancie.

Wyjazd organizował menedżer Juan Figer, Żyd z Białegostoku. Potem zaproponował Nowakowi oraz dwóm kolegom z reprezentacji Danielowi Dubickiemu (strzelił gola Brazylii) i Mariuszowi Piekarskiemu grę w lidze brazylijskiej. Dubickiemu problemy w wyjeździe robił właściciel ŁKS – Antoni Ptak, więc pierwszymi Polakami w kraju Canarinhos zostali tylko Nowak i Piekarski.

Zachował się nawet jeden z goli Nowaka dla Atletico – to (prawdopodobnie) ten pierwszy dla czerwono-czarnych

Pobyt w Brazylii zaplanował na 2-3 lata – do Niemiec wyjechał ostatecznie po dwóch sezonach. VfL Wolfsburg zrobił świetny interes – zwłaszcza w porównaniu do Bastii, która sprowadziła Piekarskiego. W Bundeslidze Nowak zagrał 83 razy, strzelając 10 goli. Kilka z tych trafień było na wagę zwycięstwa „Wilków” – tak jak to z ostatniej minuty pojedynku z TSV Monachium.

W reprezentacji Polski Nowak wystąpił 10 razy. Jedynego gola strzelił w swoim debiucie – meczu z Gruzją podczas jednomeczowej kadencji Krzysztofa Pawlaka. W kadrze Wójcika wszedł do pierwszego składu po brzemiennym w skutkach błędzie Brzęczka ze Szwecją. Możliwe, że w każdym meczu kadry, gdy wybiegał w pierwszym składzie – miał na plecach Numer 10. W meczu towarzyskim z Czechami, gdy świetnym podaniem obsłużył Wichniarka – też.

U Engela nie zagrał – ów twierdził, że Nowak gra zbyt defensywnie (tja, a Świerczewski to ofensywny, że hoho…). Ale i trzeba przyznać, że sam zawodnik był krytyczny w stosunku do siebie mówiąc: Nie jestem, nigdy nie byłem, ani nie czułem się piłkarzem prowadzącym grę.

 

Pytany o chorobę odpowiadał: To wszystko jest jak w futbolu – nigdy nie wiesz, jak się zakończy.

Ostatni mecz na boisku zagrał 10 lutego 2001 roku w Berlinie z Hertą. Mecz o życie niestety przegrał – 26 maja 2005.

Spieszmy się kochać piłkarzy…

B.

Dziś prawdziwych "10" już nie ma… (no a na pewno jest ich coraz mniej)

Dla Brazylijczyków i wielu innych futbolowych nacji numer "10" na koszulce oznaczał boiskowego lidera, mózg i ośrodek kierowania grą zespołu. "10" na plecach nadawała zawodnikowi pewien dodatkowy stygmat, rozpoznawalny komunikat – to kluczowa dla poczynań drużyny persona, główny rozgrywający. Cała Ameryka Południowa – niemal bez wyjątków – czciła tą liczbę, a co za tym idzie również jej posiadacza. Zawsze byli to zawodnicy niezwykle charyzmatyczni, niebanalni, odróżniający się od reszty. W Argentynie Maradona (skąd inąnd po zakończeniu przez niego kariery rozpętała się ogólnonarodowa dyskusja komu powierzyć "10" i czy w ogóle można ją komuś powierzyć – koniec końców staneło na Ortedze, ale to byl raczej kiepski wybór), w Brazylii Pele, Rivaldo, Ronaldinho, w Urugwaju Francescoli, w Boliwii Etcheverry, w Kolumbii Valderamma czy wreszcie Aguinaga w Ekwadorze. W Europie przez długie lata również z tymi dwiema cyframi występowali reżyserowie i wielcy wizjonerzy, że wspomnę tylko o Zidanie, Hagim czy Laudrupie.

Przyszli mi oni wszyscy do głowy, gdy przeglądałem ostateczne kadry polskich ligowców na nadchodzący sezon. Nasze kluby wpisały się w coraz silniejszy trend w dawaniu "10" komu popadnie albo… nie dawaniu jej wcale. Z lupą szukać pelnokrwistych liderów biegających z tym numerem na plecach po rodzimych murawach. Politykę klubów względem tej właśnie koszulki można podzielić na 4 modele:

1/ JEDNOOSOBOWY MODEL BYŁEJ REPREZENTACJI POLSKI (TZW. MODEL KAŁUŻNO-LEWANDOWSKI):

Dariusz Kłus (Cracovia) – to "10" a’la czasy reprezentacji Engela i Janasa – nikt się do niej nie rwał, więc dostał ją defensywny pomocnik – wysoki, pracowity, wojowniczy. Ta sytuacja obrazuje moim zdaniem filozofię gry Cracovii wpajaną przez Doktora Stefana – mózgiem drużyny jest defensywny przecinak…

2/ MODEL ATAKUJĄCY

WERSJA A: Owenowo – Neuvillowa – mały, szybki i dobrze wyszkolony napastnik, często nie lider, nieraz przesiadujący pół meczu na ławce, ale jak już wejdzie to może solidnie namieszać

Damian Nawrocik (Arka Gdynia)

Andrzej Rybski (Lechia Gdańsk)

Dawid Jarka (Górnik Zabrze)

Bartłomiej Socha (Odra Wodzisław)

Krzysztof Kukulski (Piast Gliwice)

WERSJA B: Kollerowo – Sheringhamowo – wysoki napastnik (często jako jedyny), świetnie grający głową, potężny i nie dający się zbyt łatwo przewrócić rywalom, ostoja drużyny, często serce i płuca drużyny, ale raczej nie jej mózg

Grzegorz Podstawek (Polonia Bytom)

Jacek Kosmalski (Polonia Warszawa)

WERSJA X – PRAWIE KLASYCZNA: Figowo – Ronaldinhowy – teoretycznie boczny pomocnik, ale w praktyce równie często skrzydłowy, rozgrywający jak i cofnięty napastnik – czasem bierze na własne barki ciężar kierowania grą, czasem ogranicza się do hasania po swojej stronie boiska

Damir Kajosevic (Jagiellonia Białystok) – media donoszą, że tak właśnie gra nowy nabytek Jagi – wkrótce rzeczywistość zweryfikuje te doniesienia

3/ MODEL KLASYCZNA "10" – rozgrywający, mózg, charyzmatyczny lider, często kapitan. "Taki lud na wymarciu"…:)

Łukasz Garguła (GKS Bełchatów) – już od kilku lat wszyscy upatrują w nim polskiej nadziei na odrodzenie reprezentacyjnej "10" – z tym numerem Gargi pojechał nawet na Euro. Problem w tym, że tylko pojechał a nie zagrał. W konforntacjach z bardziej wymagającymi rywalami praktycznie nie istnieje na boisku. W lidze często gra wybornie, ale ostatnio notorycznie pod formą. Jeśli nie chce skończyć tak jak jego przyjaciel Matusiak powinien wreszcie się obudzić i przejść do dobrego klubu.

Jerzy Brzęczek (Górnik Zabrze) – "10" niemal już emerytowana, ale cały czas z charakterem. Górnik aktualnie gra piach, ale Brzęczkowi nie można odmówić woli walki. Nie byłem nigdy jego miłośnikiem, uważam, że dzieliła go przepaść od swoich poprzedników w reprezentacji (Kosecki, Nowak), ale swoje grać umie i jeszcze niejeden Pazdan z Madejskim coś może się od niego nauczyć.

4/ MODEL BEZ MODELÓW – co jednak dość zaskakujące aż 5 klubów Ekstraklasy – Lech Poznań, Wisła Kraków, Legia Warszawa, Ruch Chorzów, Śląsk Wrocław – zdecydowało się nie powierzać koszulki z numerem "10" nikomu! Jak już pisaliśmy wcześniej, Legia ma taki trykot zastrzeżony ku pamięci Deyny. A pozostałe… W Śląsku, wedle większości gazet, miał z nim grać Vuk Sotirovic, ale on załapał się na numer "69". W Lechu i Wiśle on ewidentnie nie leży nikomu. W Poznaniu w przeciągu ostatnich 7 sezonów był on w użyciu dwukrotnie (Nawrocik i Dembiński) a w Krakowie, od czasów Czerwca i Uche, podrzucany komu popadnie (Mijajlovic, Paulista, w poprzednim Pucharze Ekstraklasy występował z nim… Mączyński). W Ruchu… tęksnią za Śrutwą:)

Trudno jednoznacznie orzec czy niewręczanie "10" oznacza poważanie dla tego numery – i w razie braku odpowiednich kandydatów – rezygnację z niego – czy też stanowi splot przypadkowych wydarzeń. Jedno jest pewne – prawdziwych "10" jest już coraz mniej.

P.