Archiwum kategorii: [nie]znani zapomniani

Łukasz Jarosiewicz – znikający Jaro

Przy Konwiktorskiej myśleli, że złapali Pana Boga za nogi. Łukasz Jarosiewicz (ur. 1981), dzisiejszy jubilat,

jaro

miał raptem 21 lat, gdy zaczął pobłyskiwać w solidnej ekipie Czarnych Koszul. Najpierw dobra wiosna 2003 roku (13 meczów – 1 gol), zaraz po transferze z Gwardii Koszalin. A potem solidny sezon 2003/2004 (21-1) i rewelacyjna jesień 2004 (8 meczów i 2 gole w lidze + 6 meczów i 5 goli w PP [w tym hat-trick z Koroną]). Trzeba mu oddać, że kibicom zaprezentował się pięknie, bo nie każdy strzela takie gole w derbach Warszawy (1:4), nominowane później przez C+ do tytułu „Bramki Roku”

i nie każdy potrafi tak dać zwycięstwo swojej drużynie w ostatnich minutach spotkania.

Diamencik, cudowne dziecko, bez dwóch zdań. W kalendarzu kończył się 2004 rok i wszystko wskazywało na to, że przed Jarosiewiczem świetlana przyszłość. Starać się o niego miały „kluby z dolnej półki Premiership, Holandii albo z dołu tabeli Bundesligi oraz Turcji”. Transfer proponował również Sheriff Tyraspol.

Niestety nie było transferów, ani „nie było niczego”. Piłkarz zaczął… znikać. Nie pojawiał się na treningach, miał zachorować na depresję. W tym sezonie już nie zagrał, w kolejnym zaliczył wiosną cztery ogony i… pożegnał się z poważną piłką. Pojawił się na chwilę w Anglii, na chwilę w Grecji, potem niższe ligi w Polsce, na moment zaplecze ekstraklasy w Kolejarzu Stróże (15-4), potem wyjazd do Szkocji, stamtąd do Anglii, następnie znowu niższe ligi Pomorza i okolic, a ostatnio regionalna liga w Niemczech. Sporo tych przeprowadzek, prawda?

To byłaby zwyczajna historia o tym, że kariera nie układa się tak jak powinna, gdyby nie to, że jest… kolejną historią o zmarnowanym na własną prośbę talencie. Według relacji dziennikarzy i byłych kolegów Jarosiewicza – przehulana, przepita i przegrana. O utracjuszowskim potencjale eks-polonisty z uznaniem wypowiadał się nawet Grzegorz Król, a to już musi budzić uznanie.

Trochę do poczytania o Jarosiewiczu:

Moja psychika nigdy nie była taka, jaka powinna być. Nadszedł czas, abym zmądrzał.

Wywiad – tutaj

Myślałem o samobójstwie, bo nie mogłem wytrzymać

Wywiad (zwróćcie uwagę na kontekst) – tutaj

Raz wziąłem udział w takim zdarzeniu (tj. handlu meczami). Ale wiem dużo. Mam w sumie spisanych sześć meczów, daty, nazwiska „naszych sędziów”. Jak będzie trzeba, to zostanę świadkiem. Sporo tego było, w tym czasie kiedy Polonia grała w pierwszej lidze i walczyła o utrzymanie.

Wywiad Marka Wawrzynowskiego – tutaj.

Po dobrych występach posypały się oferty z kilku klubów. Odbiło mi. Miałem spore pieniądze i nieodpowiednie towarzystwo. Najpierw było piwo, później wódeczka. Zabawy i beztroskie życie spowodowały braki treningowe.

Wywiad – tutaj.

Zostaliśmy bez pensji, bez odpowiedniej organizacji. Jakoś trzeba było odreagowywać frustracje, a Łukasz akurat lubił piwo.

Wywiad z Markiem Zubem – tutaj

Żeby jednak zakończyć jakoś pozytywnie, to warto wspomnieć, że Jarosiewicz z sukcesem się przebranżowił. Przerzucił się niedawno na trenerkę – prowadził Darłovię (do przeczytania – o początku pracy tutaj, o zakończeniu tutaj), a dobrze sobie radzi także w beach soccerze. Ba, gra nawet w reprezentacji Polski. Czyli jednak – sukces :)

P.

Genk po polsku. Krzysztof Bukalski i Ernest Konon

Grzebiąc w archiwach w kontekście dwumeczu Lech – Genk trafiłem na miłe oku materiały. W tym belgijskim klubie występowało dotychczas czterech Polaków. Jakub Piotrowski gra tam obecnie, a transfer Grzegorza Sandomierskiego okazał się kompletnym fiaskiem i nasz golkiper nie zaliczył w KRC ani minuty. Lepiej zatem skupić się na pozostałej dwójce.

Pionierem w KRC był Krzysztof Bukalski (ur. 1970).

Krzysztof Bukalski - RC Genk
Krzysztof Bukalski – RC Genk

Bukalski to przede wszystkim legendarna postać Hutnika Kraków (1986-1996). Występował w nim okrągłą dekadę, był kapitanem, strzelał masę goli. Dobrze grał także dla Wisły Kraków (1998-1999) oraz Górnika Zabrze (2003-2007), w międzyczasie zaliczając również kilka innych klubów. W latach 1995-1997 występował w reprezentacji Polski (17A-2), choć nigdy nie był w niej wiodącą postacią.

Do Genk trafił po fantastycznym sezonie 1995/1996, w którym Hutnik niespodziewanie wywalczył 3. miejsce w lidze i awansował do Pucharu UEFA, a sam Bukalski – pomocnik! – strzelił 11 goli. W Belgii od razu wskoczył do pierwszego składu, a pamiętajmy, że była to silna ekipa, z Bartem Goorem i Branko Struparem. W nowym otoczeniu radził sobie bardzo dobrze, a jedyny mecz w sezonie 1996/1997 opuścił ze względu na kartki. KRC Genk zajął ósmą pozycję w tabeli, a Bukalski dorzucił się do tego pięcioma golami – do wglądu poniżej:

gol z Germinal Ekeren (gol nr 3)

dublet z meczu z Cercle Brugge (gole Bukalskiego nr 1 i 4)

oraz Eendracht Aalst (gol nr 3 oraz asysta przy golu nr 2).

Jesień 1997 była również bardzo dobra w wykonaniu Polaka (dobra gra w Pucharze Belgii ukoronowana zdobyciem go w kolejnym roku), ale mimo to zimą zdecydował się na powrót do Polski – skusił się na ofertę budowanej właśnie wielkiej Wisły Kraków. Do poczytania o Bukalskim tutaj i tutaj.

Inaczej wygląda historia Ernesta Konona (ur. 1974). Ten piłkarz miał 21 lat, gdy wyjechał z kraju, by szukać szczęścia w Belgii. Najpierw grał w KVVO Overpelt-Fabriek, ale już po roku – dość zaskakująco – przeszedł do KRC Genk. W drużynie był tylko rezerwowym, ale i tak może pochwalić się tytułem wicemistrzowskim 1998 oraz dobrym bilansem: 10 meczów i 2 gole.

z Molenbeek (gol na 5:30)

i KAA Gent (gol nr 2, 1:33)

Konon potem występował m.in. w Cercle Brugge, KRC Harelbeke, KVK Tienen, na Cyprze, w polskiej ekstraklasie (Zagłębie Lubin, Jagiellonia, Korona Kielce) oraz na jej zapleczu (Jagiellonia, Śląsk, ŁKS). Swoją drogą to ciekawa postać, polecam ten i ten wywiad z nim.

P.

Anderson Cueto w Lechu Poznań – Żaba i jej jeden wielki mecz

Anderson Cueto - Lech Poznań (fot. archiwum / Roger Gorączniak CC 3.0)
Anderson Cueto – Lech Poznań (fot. archiwum / Roger Gorączniak CC 3.0)

Lech Poznań i jego kibice pokładali w nim wielkie nadzieje. Zaskakująco wielkie, mając na uwadze, że podkręcał je nieskory raczej do promowania cudzoziemców Franciszek Smuda.

Franz bardzo wierzył w talent Andersona Cueto (ur. 24.05.1989). Przyznam, że nie przychodzi mi do głowy żaden inny młody gracz, nad którym ten trener tak piałby z zachwytu. Faktycznie – Cueto był szybki jak wiatr, miał dobry drybling i dobrą lewą nogę. Jednocześnie miał także poważne słabości. O jego charakterze Smuda mówił tak: „Największy leń to ten mały Cueto. Ta żaba nie chce się uczyć”. Dotyczyło to zarówno nauki języka polskiego, jak i pracy na treningach.

Może była to kwestia zbyt dużej zmiany dla bardzo młodego wówczas piłkarza? Cueto trafił do Kolejorza na początku 2008 roku. Jak łatwo można policzyć miał wtedy 19 lat. Choć konkurencja w ofensywie Lecha była wówczas ogromna (Reiss, Rengifo, Quinteros, Zając), to Smuda chciał na niego stawiać. Już od początku wiosny wpuszczał go na ogony i równocześnie ogrywał w Młodej Ekstraklasie. W połowie kwietnia Cueto po raz pierwszy pojawił się w podstawowej jedenastce (mecz z Dyskobolią), a dwa tygodnie później rozegrał swój najlepszy mecz dla Lecha. Jedyny warty zapamiętania.

Lech – Jagiellonia 6:1 i dwa gole Peruwiańczyka. W 35. minucie otworzył wynik zawodów popisując się pięknym strzałem z powietrza z ostrego kąta.

W drugiej połowie zaś podwyższył na 3:1 – znowu z ostrego kąta, znowu lewą nogą, znowu bramkarz Jagiellonii bezradny.

Świetny mecz lechitów (choć trzeba pamiętać, że Jaga kończyła go w dziewiątkę, a jedna z czerwonych kartek została pokazana niesłusznie) i wspaniały występ Cueto. Wszyscy mieli więc prawo liczyć, że kolejne w jego wykonaniu równie dobre.

Ale nie były.

W dwóch ostatnich kolejkach sezonu 2007/2008 Cueto wychodził w pierwszym składzie, ale nic już nie wskórał. W kolejnych rozgrywkach był już tylko rezerwowym grającym końcówki spotkań – w ataku niepodzielnie rządzili Lewandowski z Reniferem. Rozegrał 16 meczów w ekstraklasie (15 jako rezerwowy, łącznie… 278 minut), 4 w Pucharze Ekstraklasy (tu wszystkie w pierwszym składzie i jeden gol!), 4 w Pucharze Polski, 3 w Pucharze UEFA (łącznie 14 minut) i 7 w Młodej Ekstraklasie. Bez szału, sami powiedzcie.

Mistrzowski sezon 2009/2010 był jeszcze gorszy. Jacek Zieliński nie pałał już takim uczuciem do Peruwiańczyka. W efekcie zaliczył on tylko 6 meczów w ekstraklasie (141 minut), ale za to aż 18 w Młodej Ekstraklasie. Chłopak poszedł w odstawkę i zdawał sobie z tego sprawę.

Dlatego też jesienią 2010 roku, po 2,5 roku pobytu w Poznaniu, Cueto postanowił wrócić do Peru. Umówmy się, że nikt specjalnie po nim w Poznaniu nie płakał. Pomimo niewątpliwych uzdolnień nie potrafił on odnaleźć się w bardziej zdyscyplinowanej rzeczywistości.

„Żaba” więc wrócił do ojczyzny i gra tam do dziś. Wielkiej kariery nie zrobił, nie wystąpił nigdy w reprezentacji swojego kraju, rzadko grywa w kontynentalnych pucharach (łącznie 8 meczów w Copa Libertadores – 4 z Juan Aurich w 2012 roku i 4 z Real Garcilaso w 2014), ale jest solidnym ligowcem (choć… na karku ma dopiero 29 lat, a znając żywotność andyjskich futbolistów, to jeszcze dekada kopania piłki przed nim  – wszystko jest zatem jeszcze możliwe).

Występował w Sportingu Cristal, Juan Aurich (mistrzostwo 2011), Alianza Lima Real Garcilaso, Sport Boys, Club Sport Victoria oraz ponownie w Juan Aurich.

Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że Cueto trzy lata temu trafił na czołówki wielu sportowych gazet, ponieważ lekarz kazał mu występować na boisku… w okularach.

Anderson Cueto po powrocie z Lecha Poznań do Peru grał mecze w okularach
Anderson Cueto po powrocie z Lecha Poznań do Peru grał mecze w okularach
Anderson Cueto po powrocie z Lecha Poznań do Peru grał mecze w okularach
Anderson Cueto – Lech PoznańaAnderson Cueto po powrocie z Lecha Poznań do Peru grał mecze w okularach

„Żaba w okularach”, można byłoby napisać i byłaby to całkiem trafna puenta dla historii tego zawodnika.

P.

Derby Mankinka w Poznaniu – siedemdziesiąt pięć dni samotności

Derby Mankinka - Lech Poznań
Derby Mankinka – Lech Poznań

Dokładnie 25 lat temu, niedzielnym porankiem cała zapłakana Zambia chowała swych futbolowych herosów, członków narodowej reprezentacji, którzy kilka dni wcześniej u wybrzeży stolicy Gabonu Libreville zginęli w trakcie katastrofy lotniczej. Podczas uroczystej ceremonii pogrzebowej na stadionie Niepodległości w Lusace, prezydent kraju Fredrick Chiluba łamiącym się głosem, przechodzącym momentami w płacz, wygłosił niezwykle przejmującą przemowę-modlitwę, powierzając Bogu cały pogrążony w żałobie zambijski naród oraz jego tragicznie zmarłych futbolowych reprezentantów. Ci młodzi ludzie, nasi bracia, którzy odeszli, nie wiedzieli, że to był ich czas. Bo nie znamy naszego dnia. Wiemy też, że był człowiek – kontynuował Chiluba – zwany Hiobem, który jednego dnia stracił wszystkie swoje dzieci. Ale, o Boże, nawet wtedy Ci ufał. Więc i my w tej mrocznej chwili naszego narodu, powierzamy się Tobie.

Straciliśmy całe pokolenie światowej klasy piłkarzy, a z nimi mieliśmy spore szanse na awans do Mistrzostw Świata – mówił ówczesny zambijski minister sportu.

Spośród osiemnastu graczy, którzy zakończyli swe doczesne życie w wodach Atlantyku był też jeden szczególnie nam bliski. Derby Mankinka.

Derby Mankinka – najlepszy technik w Seulu, Piłkarz Roku w Zambii, gwiazd Pucharu Narodów Afryki

Derby Mankinka na igrzyskach olimpijskich w Seulu ’88 został uznany najlepszym technikiem imprezy, a legendarny włoski komentator Bruno Pizzul zachwycał się jego błyskotliwymi zagraniami, gdy z uśmiechem na ustach zakładał siatki bezradnym piłkarzom Italii, spośród których przecież aż dziewięciu sięgnie w swej karierze po medale mistrzostw świata czy Europy. Rok później, pomimo faktu, iż to sławni krajanie – Kalusha Bwalya oraz Charles Musonda błyszczeli odpowiednio w PSV Eindhoven czy brukselskim Anderlechcie, to właśnie on, głównie dzięki świetnej grze i ważnym trafieniom w eliminacjach do mundialu, został wybrany Piłkarzem Roku w Zambii. Na senegalskim Pucharze Narodów Afryki w 1992 roku swoją boiskową postawą zaimponował na tyle, że umieszczono go w jedenastce All Stars tego turnieju. Gdy jednak niewiele ponad miesiąc później zawitał do Poznania, pomimo najszczerszych chęci nie udało mu się wywalczyć miejsca w ekipie Kolejorza. Dlaczego? Na pewno nie wskutek braku futbolowej klasy, bo Mankinka był niewątpliwie jednym z najsłynniejszych i najlepszych piłkarsko obcokrajowców, jacy kiedykolwiek trafili do naszej ligi.

W 1988 roku, gdy nie miałem jeszcze dziesięciu lat, a wieści o futbolu pozakontynentalnym nie spływały, jak dziś wartkim i szerokim internetowym strumieniem, piłkarski Czarny Ląd spowity był dla mnie gęstą mgłą tajemnicy. Z całej Afryki poza autorem dwóch olimpijskich trafień z Seulu – Makinką, znałem nazwiska może jeszcze ledwie kilku piłkarzy. Na pewno byli w tym gronie Bwalya, Madjer czy Bouderbala, ale już raczej niewielu więcej. Wiosną 1992 roku przyjeżdżał więc do Poznania piłkarz nie tylko znakomity, ale i po prostu rozpoznawalny w piłkarskim świecie. Mankinka miał już na swoim koncie kilkadziesiąt występów w reprezentacji Zambii, trzy turnieje Pucharu Narodów Afryki, w tym jeden okraszony brązowym medalem (1990), igrzyska olimpijskie z legendarnym pogromem Italii jako znakiem firmowym (poza Mankinką w katastrofie zginie jeszcze trzech uczestników tego spotkania) oraz istotne trafienia w ważnych meczach o punkty swojego kraju. Tylko całkowity ignorant mógłby sądzić, że ktoś z tak bogatym bagażem futbolowych doświadczeń, ale przede wszystkim szerokim wachlarzem piłkarskich argumentów, w normalnych warunkach nie miałby szans na podjęcie rywalizacji o miejsce w składzie Kolejorza z graczami pokroju Ryszarda Remienia, Dariusza Kofnyta czy Mariusza Szeflera. A jednak Mankinka tych szans nie miał.

Zambijczycy w Pamirze Duszanbe – egzotyka w Wyższej Lidze ZSRR

Prawdą jest jednak i fakt, że poznańska przygoda Mankinki nie była pierwszym podejściem zambijskiego pomocnika do podboju futbolowej Europy. Oczywiście o ile piłkarskim Starym Kontynentem można nazwać tadżycki Pamir Duszanbe. Jesienią 1989 roku Derby Mankinka wraz z dwoma kolegami z narodowego zespołu – Wisdomem Chansą i Pearsonem Mwanzą już samym swym pojawieniem się na boiskach bardzo mocnej przecież Wyższej Ligi ZSRR wywołali prawdziwą sensację, sprawiając że radzieccy kibice aż przecierali oczy ze zdumienia nie dowierzając temu, co widzą. Fakt, że trzej Zambijczycy zaczęli kopać piłkę za naszą wschodnią granicą odbił się echem również w Polsce. Tygodnik „Piłka nożna” z wypiekami na twarzy informował o tym niezwykłym wydarzeniu, bo zaiste zambijski tercet stanowił historyczny, pierwszy legalny zagraniczny zaciąg w lidze Związku Radzieckiego. Dzielni przybysze z Afryki przyjechali do stolicy Tadżykistanu na cztery kolejki przed końcem rozgrywek, by pomóc Pamirowi w walce o utrzymanie się w Wyższej Lidze.

Debiut Mankinki w ZSRR przypadł 2 października na stadionie moskiewskiego Torpeda. Tadżycki zespół przegrał aż 0:4, a w zespole zwycięzców grali m.in. znani potem z polskich boisk Wadim Rogowskoj i Władimir Greczniew. Ten ostatni strzelił zresztą w tym meczu dwie bramki. Było to pierwsze i zarazem ostatnie 90 minut Mankinki w lidze radzieckiej. Dlaczego zambijski pomocnik nie dostanie już więcej szansy w pełnym wymiarze gry, skoro tamtejsza prasa sportowa chwaliła występ zarówno jego, jak i Chansy? „Sowietskij Sport” boiskową postawę zambijskiego rozgrywającego podsumował wymownym stwierdzeniem: „sowsiem niepłocho”. W następnej kolejce Mankinka nie wybiegł już jednak na murawę choćby na chwilę. 22 października w Wołgogradzie, w przegranym 0:1 meczu z Rotorem pojawił się na placu na ostatni kwadrans. A kilka dni później 27 października 1989 roku, w kończącej sezon kolejce, zaprezentował się po raz pierwszy i ostatni zarazem przed własną publicznością w Duszanbe. Pamir w obecności 26000 widzów zremisował bezbramkowo z Metalistem Charków (w jego barwach wybiegło wtedy wielu późniejszych piłkarzy naszej ekstraklasy: Kołokołow, Derwinskij, Susło, Raljuczenko czy Tarasow) i osiągnął upragniony cel, jakim było utrzymanie się w lidze. Mankinka opuszczając boisko w stolicy Tadżykistanu w 53 minucie spotkania z Metalistem, pożegnał się z radzieckimi murawami już na zawsze. Łącznie zaliczy na nich podczas swych trzech występów zaledwie 158 minut gry. Wieloletni trener zespołu z Duszanbe Chabi Josifowicz uzna, że zambijski zaciąg z Mankinką na czele swą misję wypełnił, ale dalej Pamir zamierza radzić sobie bez niego.

Gdy po dwu i pół roku Derby Mankinka znów podejmuje próbę podboju kolejnej z europejskich lig, czyni to w glorii jednego z najlepszych graczy, obok takich gwiazd jak Abedi Pele, Yeboah czy Yekini, dopiero co zakończonego Pucharu Narodów Afryki. A kiedy sportowe media w Polsce informują o sensacyjnym transferze poznańskiego Lecha staje się jasne, że naszą ekstraklasę zasili naprawdę świetny piłkarz.

Noel Sikhosana z Wisły Kraków – pierwszy piłkarz z Afryki w ekstraklasie

Obok utytułowanego i najsłynniejszego cudzoziemca, jaki kiedykolwiek pojawił w naszej ekstraklasie, a grającego wówczas dla łódzkiego Widzewa Anatolija Demjanienki, Mankinka był z pewnością najbardziej znanym obcokrajowcem, jaki wylądował w tamtym czasie w polskiej lidze. A przy tym drugim, po efemerycznym przelocie przez naszą ekstraklasę urodzonego w Zambii Noela Sikoshany, ciemnoskórym piłkarzem z Afryki. Okazało się to jednak brzemieniem na tyle w ówczesnych realiach przytłaczającym, że najprawdopodobniej uniemożliwiło Derby Mankince zarówno pełną aklimatyzację, jak i zaprezentowanie choć niewielkiej części swego imponującego piłkarskiego talentu w stolicy Wielkopolski.

Wspomniany filigranowy Sikoshana, który przybył do Polski poprzedniej wiosny, zagrał w krakowskiej Wiśle zaledwie raz, więc trudno w tym przypadku mówić o jakimkolwiek przecieraniu przez niego szlaków w ekstraklasie graczom z Afryki. Robert Gaszyński, który sprowadzał Sikoshanę do Krakowa, tak opowiadał Michałowi Zichlarzowi na Afrykagola.pl o przyczynach błyskawicznego przelotu Zambijczyka przez Polskę: Noel był świetnie wyszkolonym graczem. To był taki typowy playmaker. Pamiętam jego mecz w rezerwach na boisku AGH. Drużyna wygrała sparing 3:0, a on strzelił wszystkie trzy bramki. Po przyjeździe od razu wpadł w normalny rytm treningowy. Szkoleniowcem był wtedy Adam Musiał. Noel nie był przygotowany fizycznie i psychicznie do tego, co zastał na miejscu. To był dla niego szok. Na początku lat 90. niewiele osób mówiło u nas po angielsku. Do tego dochodziła tęsknota za domem, żoną i małym dzieckiem. Starałem mu się pomóc, jak umiałem, ale szybko stwierdziliśmy, że najlepszym rozwiązaniem będzie powrót do RPA do najbliższych. Potrzebował wtedy więcej czasu, żeby pokazać na co go naprawdę stać.

To ważne słowa, bo wiele z nich można będzie niestety odnieść rok później również do sytuacji Derby Mankinki, próbując diagnozować przyczyny jego wręcz zdumiewającego niepowodzenia w poznańskim Lechu. Przytłaczająca samotność, trudności aklimatyzacyjne, poczucie własnej obcości i inności. Nie wolno nam bowiem patrzeć na poznański epizod Mankinki przez pryzmat obecnego, zglobalizowanego niemal do cna świata. Pamiętać musimy, że żyjemy dziś w zupełnie innej rzeczywistości niż ta, którą zastał zambijski piłkarz przyjeżdżając do stolicy Wielkopolski na początku lat 90. Jesteśmy przecież niemal dwie dekady po występach Emmanuela Olisadebe w polskiej reprezentacji, a przez naszą ekstraklasę i niższe ligi rozgrywkowe przewinęły się już setki kolejnych piłkarzy z Afryki. Całkiem niedawno kapitanem Kolejarza był ciemnoskóry Aziz Tetteh. Jednak wtedy, wiosną 1992 roku afrykański piłkarz na polskich boiskach stanowił istną sensację już nawet nie futbolową, ale społeczno-kulturową. I wobec efemerydy jaką okazał się być pobyt w Krakowie Sikoshany to właśnie Mankinka, chcąc nie chcąc, musiał wziął na własne barki niewdzięczne zadanie bycia pionierem animowania procesu oswajania się polskich kibiców z widokiem ciemnoskórego zawodnika na boiskach ekstraklasy. A umówmy się, że jakimś nadmiernie łatwym zadaniem z pewnością to nie było, by na eufemizmie poprzestać.

Nasz ceniony pięściarz – Izu Ugonoh, który urodził się i wychowywał w Polsce, a miał zaledwie sześć lat, gdy Mankinka przyjechał do naszego kraju, niejednokrotnie opowiadał o tym, jak momentami mało przyjemnym doświadczeniem było dla niego jako ciemnoskórego chłopaka, funkcjonowanie w polskiej rzeczywistości początku lat 90. Sam zresztą pamiętam z dzieciństwa, że gdy u schyłku lat 80. przez jeden z peronów poznańskiego dworca szedł ciemnoskóry mężczyzna (zapewne student jednej z tutejszych uczelni) to oglądali się za nim dosłownie wszyscy. Tak głęboko nieoswojony był to widok w komunistycznej, a potem świeżo postkomunistycznej Polsce. I nie chodziło tu przecież o żaden prymitywny rasizm żywiący się nienawiścią. Po prostu zwykła ciekawość, pobudzona bliskością czegoś, co tak bardzo obce i nieznane.

Derby Mankinka przyciągnął tłumy na sparing Lecha Poznań z Górnikiem Konin

Przyglądając się więc nieudanej przygodzie Mankinki w polskim futbolu nie wolno nam nawet na moment zapomnieć o całym tamtym kontekście społeczno-kulturowym. Bez niego bowiem zrozumiemy mniej niż niewiele z tamtej rzeczywistości. Dziś gdy wszyscy wytresowani jesteśmy niemal do szpiku kości w poprawności politycznej, ów kontekst dość zawstydzająco daje o sobie znać już choćby podczas zetknięcia z lekturą ówczesnej prasy, nie tylko sportowej zresztą. Właściwie wszystkie ówczesne tytuły, z „Gazetą Wyborczą” na czele, musiałyby się dziś długo rumienić i kajać za swe notatki prasowe związane z pojawieniem się Mankinki w Poznaniu.

I choć o przyjeździe Zambijczyka do stolicy Wielkopolski mówiło się już od stycznia, to ostatecznie piłkarz dotarł do Polski dopiero w pierwszych dniach marca 1992 roku. 6 marca odbył swój pierwszy trening w Kolejorzu, który następnego dnia skrzętnie zrelacjonowała na swych łamach „Gazeta Poznańska”, podsumowując całą sprawę konkluzją: „Trudno wydać jakieś ostateczne opinie po kilkunastu zagraniach. Jedno jest pewne. ‘Czarna perła’ dysponuje silnym strzałem z obu nóg”. I namawiając do wybrania się nazajutrz, w sobotnie południe na ostatni przed wiosenną inauguracją sparing z Górnikiem Konin, zachęcała: „Warto jutro wybrać się na stadion. Ciemnoskóry gracz w Lechu, tego jeszcze nie było!”.

Derby Mankinka - Lech Poznań
Derby Mankinka – Lech Poznań

I rzeczywiście, pierwszy Afrykańczyk w historii wielkopolskiego futbolu wśród poznańskich kibiców wzbudził „olbrzymie zainteresowanie” – jak relacjonował dla ogólnopolskiego, katowickiego „Sportu” Andrzej Kuczyński w tekście zatytułowanym „Murzyn Mankinka”: „Aż kilka tysięcy przyszło na ostatni sparing Lecha z trzecioligowym Górnikiem Konin. Wielu tylko dlatego, by zobaczyć w akcji Murzyna. Mankinka udowodnił, że jest wszechstronnym, nietuzinkowym piłkarzem. I choć w spotkaniu wygranym przez Lecha aż 9:0 gola sam nie strzelił, jego współudział przy kilku bramkach był znaczny”. Afrykański piłkarz, jako jeden z nielicznych przebywał na boisku pełne 90 minut. Jak się później okaże będzie to jedyne pełne spotkanie, jakie Zambijczyk rozegra dla Kolejorza.

Zagadnięty po sparingu przez poznański „Express” o przydatność piłkarza do drużyny, szkoleniowiec Lecha – Henryk Apostel odparł, że jest jeszcze za wcześnie, by wyrażać o nim ostateczne opinie, dodał jednak, że dobrych zawodników, a takim Mankinka z pewnością jest, nigdy w zespole za wiele. Nieco bardziej wylewny był Apostel podczas wywiadu dla „Przeglądu Sportowego”, gdzie dzielił się własnymi przemyśleniami dotyczącymi afrykańskiego pomocnika. Poznański szkoleniowiec doskonale zdawał sobie sprawę również z marketingowych walorów Mankinki: Z pewnością jest to magnes, który przyciągnie kibiców. Apostel miał też oczywiście świadomość piłkarskich umiejętności Zambijczyka, dzielił się jednak szczerze własnymi wątpliwościami, wynikającymi między innymi z faktu nie przepracowania przez niego wraz z drużyną okresu przygotowawczego do rundy wiosennej. Derby naprawdę dużo umie, ale nie wyobrażam sobie bym mógł po jego kilkunastodniowym pobycie w klubie stawiać w ciemno na piłkarza, którego mało znam, którego solidnie nie sprawdziłem. Na razie nie wiem tak na sto procent, czy będzie u mnie grał czy też nie. Trzeba poczekać trochę na rozwój wydarzeń. Choć jeszcze raz podkreślam – Mankinka to chłopak, który czuje futbol – wie, kiedy wrócić, pomóc kolegom z obrony. W porównaniu z próbowanym wcześniej w Lechu Argentyńczykiem Rodriguezem – to znakomitość. Żałuję tylko, że przyjechał do Polski tak późno. Miał być w Poznaniu pod koniec stycznia.

Olimpia Poznań i Bolesław Krzyżostaniak wchodzą do gry o Mankinkę

Gdy w połowie marca Lechici inaugurowali rundę wiosenną meczem z Zagłębiem Lubin przy Bułgarskiej, Mankinka wciąż jeszcze nie został potwierdzony do gry w Kolejorzu. „Snuł się z nieodłącznym walkmanem na uszach po klubowym budynku, szczerzył białe zęby w kierunku pozdrawiających kibiców” – pisał wysłannik „Przeglądu Sportowego” Janusz Basałaj. „Kiedy półtorej godziny przed meczem – czytamy dalej w relacji „PS” – Wywrot nienaganną angielszczyzną wezwał go na przedmeczową odprawę, pomyślałem że Afrykanin zadebiutuje w Lechu. Mankinka jednak szybko wyprowadził mnie z błędu: – ‘Jeszcze nie dziś. Nie dotarł do Poznania mój menedżer i nie załatwiono transferu do Lecha. Czekam…’. Pytany o wstrętną – wietrzną i deszczową pogodę w Polsce, odparł, że aura wcale nie jest taka straszna. – ‘Kilka lat temu byłem w ZSRR. Tam to było zimno…’.

Derby Mankinka - Lech Poznań
Derby Mankinka – Lech Poznań

Gdy czas nieubłaganie upływał, a kolejne ligowe mecze ze Śląskiem i Górnikiem Mankinka znów musiał przesiedzieć na trybunach, korespondent „Przeglądu” – Marek Lubawiński donosił o wielkim „rozgoryczeniu” piłkarza faktem, że wciąż nie może występować na boisku, bo opóźnia się przyjazd do Poznania jego menedżera, a tym samym dopięcie formalności transferowych.

Wreszcie jednak w stolicy Wielkopolski pojawił się długo wyczekiwany Wiesław Grabowski i od razu rozwój wydarzeń nabrał błyskawicznego tempa. U progu kwietnia „Express Poznański” informował nawet o zupełnie nieoczekiwanym zwrocie w sprawie transferu Mankinki, gdyż do gry o pozyskanie Zambijczyka włączyli się również operatywni działacze poznańskiej Olimpii. Jak donosił „Express” „ponad dwugodzinne rozmowy przyniosły skutek” i Zambijczyk miał zadebiutować w broniącym się przed spadkiem gwardyjskim zespole już na dniach, w meczu przeciwko Zagłębiu Sosnowiec. A prezes Olimpii Bolesław Krzyżostaniak niemal rozpływał się ze szczęścia: Aż trudno mi uwierzyć, że za tak niewielką kwotę można pozyskać gracza tak dobrej klasy.

Derby Mankinka w Lechu za 20 tys. dolarów. „Murzyn umówiony”

Lech nie zamierzał jednak biernie się przyglądać jak po kilku tygodniach trzymania w klubie Mankinki to rywal zza miedzy sprząta im sprzed nosa gwiazdę afrykańskiego futbolu. Działacze Kolejorza wkroczyli do akcji i ostatecznie w rozmowach z Grabowskim dopięli swego, więc „Przegląd Sportowy” mógł triumfalnie zakrzyknąć w tytule na swych łamach: „Murzyn umówiony”. Nieco więcej światła na sprawę zakontraktowania Zambijczyka do Lecha rzucił Leszek Gracz, a obszerne fragmenty jego tekstu „Bezpieczny transfer” pisanego dla „Głosu Wielkopolskiego” warto przytoczyć, bo jest on naprawdę bardzo istotny i znakomicie obrazuje ofiarą jak dziwacznej konstrukcji transferowej stał się Mankinka w Poznaniu i dlaczego jego los był przesądzony niemal już na starcie. „Duże brawa należą się działaczom Lecha” – pisał Gracz. – „Tak korzystnego i bezpiecznego transferu nie załatwił chyba w Polsce nikt dotychczas. Etatowy reprezentant Zambii, czarnoskóry Derby Mankinka podpisał wreszcie kontrakt z KKS Lech. Kwota transferowa jest śmiesznie niska, bo wynosi zaledwie 20 tysięcy dolarów. Za taką kwotę nie można kupić żadnego pierwszoligowego gracza nawet w Polsce. A przy tym działaczom Lecha udało się zawrzeć w umowie klauzulę bezpieczeństwa i zarazem opóźniony termin płatności. Mankinka już teraz, od meczu z Pegrotourem może grać w Lechu, ale zapłacić trzeba będzie za niego dopiero po 5 maja. A można i wcale nie płacić, jeśli trener Apostel uzna, iż nie jest to zawodnik przydatny dla jego drużyny. W ten sposób Zambijczyk może rozegrać w polskiej lidze pięć meczów a potem spakować walizki i wrócić do domu a Lech nie straci ani złotówki na transfer. Gdyby jednak Kolejorz zdecydował się na Mankinkę, to podpisany kontrakt gwarantuje jego występy w Poznaniu do 20 czerwca. Czy jednak Lech zechce zapłacić za następnych dziewięć meczów Afrykanina 20 tysięcy dolarów? Trochę w to wątpię, tym bardziej, że działacze Lecha okazali się bardzo przebiegli w negocjacjach i nie bez powodu poszukali takich wentyli bezpieczeństwa. Chyba, że Derby Mankinka będzie rewelacją polskiej ekstraklasy, czego jednak nie należy się spodziewać” – kończy swój wywód dziennikarz „Głosu”.

Po kilku tygodniach treningów w Lechu oraz oczekiwania na upragnione przyklepanie transferu do Kolejorza, dla Mankinki wreszcie zaświeciło się zielone światło. Teraz jego występy na Bułgarskiej uzależnione były już tylko i wyłącznie od decyzji Henryka Apostela. Poznański szkoleniowiec na łamach lokalnego „Expressu” wyznał bez entuzjazmu: W obecnej sytuacji kadrowej, wobec kontuzji Gębury czy Korniejca, nie wykluczam jego występu w meczu z Pegrotourem. Po to go wzięli działacze do naszej drużyny, by grał, a nie siedział na ławce. Zaakcentowanie faktu, że to nie on – trener, a działacze „wzięli” Mankinkę do zespołu, jest tu bardzo wymowne.

Lech Poznan – Pegrotour Dębica. Mankinka przekreślony u Apostela po debiucie

Nadszedł wreszcie 11 kwietnia 1992 roku. Lider tabeli poznański Lech podejmuje w stolicy Wielkopolski zdecydowanego outsidera – Pegrotour Dębica. Aż dwanaście tysięcy widzów zjawia się na Bułgarskiej głównie po to, by zobaczyć w akcji gwiazdę afrykańskiego futbolu. Kolejorz niemal miażdży rywala (statystyki strzałów celnych 11:0 mówią wiele). W 54 minucie spotkania, przy bezpiecznym prowadzeniu 2:0, Apostel decyduje się umożliwić Mankince debiut w ekstraklasie. Reprezentant Zambii zastępuje Jacka Dembińskiego. Kilka minut później Kolejorz podwyższa na 3:0 i jakiekolwiek resztki emocji związanych z tym pojedynkiem praktycznie wygasają. „Może na nieszczęście dla Mankinki – lechitów trzybramkowe prowadzenie zupełnie zadowoliło i mecz praktycznie się skończył. Stąd – przy najlepszych nawet chęciach – trudno ocenić grę Zambijczyka, a także dostrzec jego walory” – pisał dla krakowskiego „Tempa” w swej relacji pod nieco żenującym tytułem: „Nie bać się czarnego luda” Wojciech Michalski.

Derby Mankinka - Lech Poznań
Derby Mankinka – Lech Poznań

Ogólnopolski „Sport” piórem Andrzeja Kuczyńskiego swą relację z meczu Lecha z Pegrotourem opatrzył tytułem „Debiut Zambijczyka”. „Mimo, iż Pegrotour – czytamy dalej – nie stawiał wysokich wymagań, Mankinka nie pokazał nic szczególnego. Zdziałał jedno: przyciągnął ludzi na trybuny. A to też sukces organizacyjny Lecha”. W sposób chyba najbardziej plastyczny historyczny debiut pierwszego ciemnoskórego gracza w barwach Kolejarza starał się zrelacjonować na łamach lokalnej prasy Krzysztof Szczesiak z „Poznaniaka”: „Poznańscy kibice powitali Mankinkę burzą oklasków. Pierwsze nieudane zagranie ‚Czarnego’ wzbudziło salwę śmiechu. Później nie było lepiej. Najlepszy technik seulskiej olimpiady nie pokazał nic nadzwyczajnego. Wyróżniał się tylko… kolorem skóry. Zmarnował nawet okazję do strzelenia gola. Wydawał się zagubiony. Po jednym z fauli sędzia Mikołajewski wezwał Mankinkę do siebie. Być może miał mu coś do powiedzenia, ale nie mogli znaleźć wspólnego języka. Zwięzły instruktaż gry w piłkę nożną arbiter wyraził rękami”.

Również pozostałe lokalne tytuły nie oceniły pochlebnie jego niespełna czterdziestominutowego występu. Stanisław Garczarczyk konkludował w „Gazecie Poznańskiej”, że „Czarnoskóry piłkarz wyraźnie ustępował partnerom, zaledwie raz włączając się do akcji ofensywnej. Trudno oczekiwać jego udziału w poważniejszych pojedynkach”. Zdecydowanie najostrzej potraktował piłkarza autor wcześniejszego tekstu o „bezpiecznym transferze” – Leszek Gracz, który w „Głosie Wielkopolskim” nie przebierał w słowach, pisząc o Zambijczyku, iż ten „pętał się po boisku całkowicie zagubiony”. „Zawiódł publikę całkowicie. Ciekawe, kto z ramienia klubu jest odpowiedzialny za jego ściągnięcie. Na szczęście za Mankinkę nie trzeba będzie płacić” – starał się dostrzec światełko w tunelu dziennikarz. „Gazeta Wyborcza” zauważała, iż w grze Zambijczyka „widać było zaległości treningowe”.

Najbardziej wyrozumiały w ocenie debiutu wciąż przecież aklimatyzującego się z trudem w zupełnie nowych dla niego warunkach piłkarza z Afryki, był korespondent „Przeglądu Sportowego” Tomasz Jaroński: „Widać było, że jest trochę zagubiony, ale pokazał kilka ładnych dryblingów, a i mógł nawet strzelić gola, lecz piłka po lobie w 72 minucie nie trafiła do bramki”. Natomiast ten, który był najważniejszym jurorem boiskowych poczynań reprezentanta Zambii, czyli sam szkoleniowiec Lecha – Henryk Apostel, w swej pomeczowej wypowiedzi na łamach poznańskiego „Expressu” wystawił piłkarzowi ocenę bardzo zdawkową acz jeszcze bardziej wymowną: Jak grał Mankinka każdy widział, a ja nie mam nic do dodania. To znów ważne i brzemienne w skutki słowa Apostela, bo jak przyszłość pokaże, po swym debiucie Mankinka właściwie został przez szkoleniowca skreślony na dobre i już nigdy nie miał dostać w Lechu prawdziwej szansy.

Derby Mankinka - Lech Poznań
Derby Mankinka – Lech Poznań

Mankinka bez podań i pomocy od piłkarzy Lecha

A jednak, gdy tydzień po meczu z Pegrotourem, podczas wyjazdowego spotkania w Mielcu z tamtejszą Stalą, już po 20 minutach gry boisko z powodu złamania kości piszczelowej musiał opuścić Jacek Dembiński, Apostel chcąc nie chcąc znów zmuszony był, aby w roli jego zmiennika wysłać na murawę Derby Mankinkę. Zambijczyk dostał więc niespodziewanie aż 70 minut gry i wykorzystał ten czas nie tylko na podziwianie z bliska efektownych czarnych wąsów czołowej gwiazdy rywali – Adama Fedoruka, lecz i sam wypadł piłkarsko całkiem nie najgorzej. Spotkanie to jednak pokazało również jak mało akceptowany jest przez swoich klubowych kolegów piłkarz z Afryki. Ludzie, którzy byli bardzo blisko poznańskiego zespołu wspominali po latach, że w Mielcu Mankinka momentami dawał próbkę naprawdę sporych umiejętności i mógł nawet uzyskać jakiś bramkowy łup, ale koledzy nie bardzo chcieli z nim grać, więc w kluczowych momentach nie otrzymywał od partnerów podań, ze szkodą zresztą dla całej drużyny. Lech wygrał jednak ze Stalą i wzbogacił się o cenne punkty na drodze do mistrzowskiego tytułu.

Następne trzy spotkania Zambijczyk znów przesiedział na ławce rezerwowych. Na początku maja pojawiła się nawet informacja o możliwości przejścia Mankinki do drugoligowej Warty Poznań, mającej wówczas naprawdę ciekawy zespół, ale kierownictwo „Zielonych” natychmiast podniosło dementi. 9 maja 1992 rokuna stadionie w Nowej Hucie Mankinka wybiega więc na ostatnie 10 minut meczu Kolejorza przeciwko Hutnikowi. Zambijski pomocnik pojawił się na murawie, gdy lechici przegrywali 1:2, ale już kilka minut po jego wejściu Trzeciak uzyskał bardzo efektowne wyrównujące trafienie. Gdy Mankinka opuszczał boisko na krakowskich Suchych Stawach chyba jeszcze nie przypuszczał, że będą to jego pożegnalne minuty w polskiej lidze.

Mankinka obok zespołu: karty w autokarze po Legia – Lech, „sprzedawczyki” po derbach z Olimpią

Kilka dni później pojedzie jeszcze do Warszawy na arcyważny mecz przeciwko Legii. Reporter „Poznaniaka” uwiecznił w swej relacji wciąż jeszcze żywe nadzieje Zambijczyka na otrzymanie wreszcie prawdziwej szansy w ważnym meczu Lecha. Jestem tu pierwszy raz. Jeszcze nigdy nie grałem w Warszawie. Może dziś trener da mi szansę – zwierzał się Mankinka. Owej upragnionej szansy przy Łazienkowskiej jednak nie otrzymał. Kolejorz po bramkach Kowalczyka i Kopcia przegrał 0:2. Opisana w reportażu scenka z drogi powrotnej lechitów autokarem do Poznania, gdy koledzy z zespołu razem grają w karty, a Zambijczyk nakłada nieodłączne słuchawki od walkmana na uszy i nakrywa się bluzą z kapturem, również wiele mówi o jego pozycji w zespole i braku asymilacji z resztą drużyny. To z pewnością smutny obrazek. Tym bardziej, że nawet z wewnątrz tamtej ekipy dochodzą po latach głosy, że zespół traktował Mankinkę jak ciało obce – zarówno na boisku, jak i poza nim. Afrykański piłkarz po prostu nie miał szansy, by przebić ten mur. Nie dostał jej ani od kolegów, ani od trenera. Zabrakło z ich strony zwykłej refleksji, że Lech z Mankinką na pokładzie może wiele zyskać i być po prostu lepszą drużyną.

16 maja Mankinka już z wysokości trybun po raz ostatni śledzi na żywo grę Lecha. I w tym akurat przypadku być może lepiej, że nie znalazł się na murawie, bo poznańskie derby z Olimpią kończą się podziałem punktów i całym gradem epitetów zaserwowanych przez kibiców Kolejorza swym piłkarzom, z których „sprzedawczyki” należały do zdecydowanie najłagodniejszych. Jeszcze przed spotkaniem w klubowej kawiarence dziennikarz „Głosu” usłyszał od Zambijczyka, że ten jest już spakowany i za kilka dni z żalem opuszcza nasz kraj – „z żalem, bo bardzo liczył na grę w polskiej lidze”. Lokalny „Express” dodaje jeszcze, że odchodzącym z Lecha afrykańskim pomocnikiem zainteresowanie wyraził francuski Montpellier, podsumowując całą sprawę Mankinki cokolwiek lapidarnie: „Tak więc z krajobrazu zniknie egzotyka. Trochę szkoda”.

Mankinka „niepożyteczny dla zespołu”?

Już po zakończonym sezonie i wywalczonym tytule Mistrza Polski, zagadnięty przez tygodnik „Piłka nożna” o Mankinkę, Henryk Apostel powiedział krótko: Był taki. I dodał: Oceniliśmy w gronie trenerskim, że nie jest pożyteczny dla zespołu. Dlatego z niego zrezygnowaliśmy i na tym bym skończył. Natomiast kilkunastu dziennikarzy, głównie lokalnych, wybierze Mankinkę w swym plebiscycie największym rozczarowaniem sezonu w barwach Kolejorza.

We wtorek 19 maja 1992 roku Derby Mankinka rozgoryczony nieudaną poznańską przygodą wylatuje z Polski.

Rok później, jego młodziutka żona będzie już wdową, a małe dzieci nie będą miały ojca.

Dlaczego nie udało się Mankince w Lechu? A może raczej dlaczego nie udało się Lechowi z Mankinką? Powodów na pewno było wiele, ale myślę, że zambijski pomocnik po prostu nie dostał swej prawdziwej szansy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że został skreślony już na starcie. Najpierw potraktowany jakimś uwłaczającym jego sportowej klasie para-kontraktem przez działaczy, a potem wypluty przez kolegów z zespołu i trenera. Być może jako czarnoskóry piłkarz przyjechał Mankinka do Polski po prostu jeszcze zbyt wcześnie. A bycie pionierem i przecieranie szlaków zawsze boli i kosztuje. Pamiętajmy też, że problemy pierwszych afrykańskich graczy w poszczególnych ligach europejskich nie były wyłącznie polską specyfiką. Aklimatyzacja zazwyczaj przebiegała topornie. Szczególnie w Europie postkomunistycznej. Potwierdzają to przykłady choćby z ligi czechosłowackiej czy węgierskiej. Reprezentacyjny kolega Mankinki – Timothy Mwitwa, który również zginie u wybrzeży Gabonu, uciułał w praskiej Sparcie niewiele więcej występów niż ten w Lechu.

Zresztą również za naszą zachodnią granicą przecieranie szlaków przez afrykańskich futbolowych prekursorów nie było wcale łatwiejsze. Pierwsi ciemnoskórzy gracze w Bundeslidze – Ibrahim Sunday czy Etepe Kakoko na przełomie lat 70. i 80. uzbierali razem półtorej występu. Dopiero w połowie lat. 80. Anthony Baffoe potrafił przebić się na dobre w RFN. Również u nas Sikoshana i Mankinka odgrywali niewdzięczną rolę pionierów. Następnym było już znacznie łatwiej. To oczywiście paradoks, że występujący w Kolejorzu zaledwie kilka lat po Mankince – Gwinejczyk Sekou Drame, choć piłkarsko z pewnością prezentował niższą jakość od Zambijczyka, znaczył dla Lecha znacznie więcej. Ktoś jednak wcześniej musiał przetrzeć mu szlaki. W połowie lat 90. Mapeza, Lambo, Tetteh, Yahaya, Zeigbo czy wreszcie Olisadebe byli już w naszej lidze prawdziwymi gwiazdami. Czy jednak udałoby im się nimi zostać, gdyby to oni byli tymi pierwszymi afrykańskimi graczami na naszej ziemi, jak Derby Mankinka? Prawda bowiem jest taka, że przecież żaden z nich nie znaczył w reprezentacji swego kraju nawet połowy tego, co pomocnik Lecha w swej ojczyźnie. Warto też zdać sobie sprawę z faktu, że minęło przecież ponad ćwierćwiecze, a z kontynentu afrykańskiego już nigdy potem nie przyjechał do Polski piłkarz o podobnej renomie i rozpoznawalności w futbolowym świecie, co zambijski olimpijczyk z Seulu.

Mankinka „był dla Zambii tym, czym Steven Gerrard dla Liverpoolu”

Derby Mankinka był blisko stukrotnym reprezentantem swego kraju. Strzelał piękne i cenne bramki w najważniejszych meczach o punkty. I choć ma w dorobku cztery istotne turnieje to na pewno zabrakło tego najważniejszego – mundialu. A reprezentacja, w której grał, naprawdę nie była daleka od osiągnięcia tego upragnionego celu. Zawsze jednak brakowało trochę szczęścia, a eliminacji do amerykańskiego World Cup ’94 Mankince oraz osiemnastu jego kolegom niestety nie dane było dokończyć. Na zambijskich forach kibiców były piłkarz Lecha wspominany jest jako najlepszy defensywny pomocnik w historii tego kraju: Silny, utalentowany, niestrudzony, z bardzo mocnym i precyzyjnym strzałem z obu nóg. W innej z opinii czytamy: Mógł sam odmienić losy meczu. Jego styl był prosty, ale zawsze niesamowicie wydajny. Był dla Zambii tym, czym Steven Gerrard dla Liverpoolu. Jedyna różnica, że Bóg wziął go za wcześnie!

Mankinka, który choć reprezentował Zambię to jednak urodził się w Zimbabwe i uważany jest za prawdziwą legendę tamtejszej ligi, być może nawet najlepszego gracza w całej jej historii. Stewart Murisa zaliczany kiedyś do czołowych futbolistów w Zimbabwe, a przymierzany swego czasu do Sokoła Pniewy (choć nie zagrał w nim nawet minuty), uważa Mankinkę za najznakomitszego piłkarza z jakim kiedykolwiek grał: Derby był kompletnym graczem, całkowitym profesjonalistą i prawdziwym cudem, któremu mogłem przypatrywać się bez końca zarówno podczas meczu, jak i na treningu.

Ponad ćwierć wieku temu Derby Mankinka odnalazł w Poznaniu jedynie żal, niezrozumienie i siedemdziesiąt pięć dni samotności. W historii Lecha zapisał się jednak na stałe. Nikt go już z niej nie wymaże. Pozostanie niestety, jak to trafnie ujął niedawno Radosław Nawrot, „czarnoskórym wyrzutem sumienia” na kartach dziejów Kolejorza.

Derby Mankinka - Lech Poznań
Derby Mankinka – Lech Poznań

Minęło tyle lat, ale jego nieobecność wciąż boli, każdego dnia – wyznaje dorosła już dziś córka Mankinki.

Spoczywaj w pokoju, Derby.

Trzeciak – jasność z czasów bryndzy i gość od spławiania Lewego?

Półwiecze stuknęło wczoraj Mirosławowi Trzeciakowi (ur. 11.04.1968), a mnie naszła taka refleksja, że dość niesprawiedliwie obchodzi się z nim najnowsza historia.

Mirosław Trzeciak - Osasuna Pampeluna
Mirosław Trzeciak – Osasuna Pampeluna

Młodsi kibice kojarzą go bowiem niemal wyłącznie z aktywności dyrektorsko-technicznej (w latach 2007-2010 był wiceprezesem zarządu Legii Warszawa oraz dyrektorem ds. rozwoju sportowego). Aktywności o niskiej jakości – powiedzmy to sobie od razu. W dziejach najświeższych Trzeciak zapisał się przede wszystkim jako człowiek, który spławił z Legii dzisiejszego kapitana reprezentacji Polski – „Możecie sprzedawać Lewandowskiego, mamy Arruabarrenę”. Historia znana i lubiana, poczytać można o niej choćby tutaj, tutaj i tutaj.

Trzeciak nie był wybitnym działaczem, nie był też dobrym trenerem. Ale w mojej pamięci pozostaje jednak piłkarzem, który w kompletnej bryndzy drugiej połowy lat 90-tych był jednym z nielicznych efektownych punktów reprezentacji Polski.

Mirosław Trzeciak – reprezentacja Polska, nr 11

Choć w kadrze zadebiutował w 1991 roku jako gracz Kolejorza (3 mecze towarzyskie – ze Szwecją [piękny gol!], Egiptem i Kuwejtem), to na kolejne powołania czekał sześć lat. Okres 1997-1999 to jednak jego czas w reprezentacji. Załapał się jeszcze na finisz Piechniczka (mecz ze Szwecją) i epizod Pawlaka (strzelił nawet gola Gruzji), ale tak naprawdę dał mu pograć dopiero Wójcik. Trzeciak odpłacał mu jak mógł. Choć ofensywa nie była mocną stroną „taktyk” Wuja i generalnie królowała defensywna toporność, to Trzeciak orał jak mógł i często udawało mu się coś ugrać. W el. EURO 2000 trafił do bramki Luksemburga (3:0), asystował też przy golu Brzęczka na Wembley (1:3) i przy kilku innych golach (m.in. pierwszym golu Czereszewskiego z Bułgarią czy Juskowiaka z Luksemburgiem).

Jeszcze bardziej hulał w towarzyskim meczach. Z Rosją (3:1) ratował skórę Wójcikowi. Trafiał też z Ukrainą (2:1), Izraelem (2:0), Armenią (1:0) i Czechami (2:1).

Świetnie się zastawiał, kapitalnie dryblował, celnie podawał, był bardzo pożyteczny, dobrze współpracował z Juskowiakiem. Naprawdę dobry grajek. Jego epoka skończyła się jednak wraz ze zwolnieniem Wuja. Engel nie dał mu już szansy, mimo że swój debiut zaliczył z Hiszpanią (0:3), w której lidze występował wówczas Trzeciak.

Trzeciak – Lech, ŁKS, Osasuna

Pomijam w tym całym wywodzie fakt, że Trzeciak to postać wybitna na poziomie naszej ekstraklasy (cztery mistrzostwa, tytuł króla strzelców, bilans 246-78) i jest – a przynajmniej powinien być – legendarną postacią dla dwóch polskich klubów. W Lechu Poznań spędził osiem lat i wywalczył w tym okresie mistrzostwo Polski 1990, 1992 i 1993, Puchar Polski 1988 i 1993 (choć ja pamiętam go tylko z sezonu 1995/1996, gdzie na tle kiepsko grających kolegów był absolutnie wyróżniającym się graczem). Z ŁKS sięgnął natomiast po mistrzostwo Polski 1998 oraz koronę króla strzelców 1997 (w ogóle dla ŁKS Trzeciak ma piękny bilans – 56 meczów i 27 goli). A ciepło wspominają go także kibice Osasuny Pampeluna (1998-2001), bo to jego trafienie w dramatycznych okolicznościach dało drużynie awans do Primiera Division (ironia – w kolejnym sezonie, już na najwyższym szczeblu, Trzeciak rozegrał tylko 10 meczów, bez gola; w sezonie 1998/1999 – był tam gwiazdą; 1999/2000 – częściej zmienianym; 2000/2001 – rezerwowym).

*

Także szkoda mi nieco Trzeciaka, że dzisiaj jest wyłącznie obiektem heheszek. Dla mnie to świetny piłkarz, jasny punkt lat 90-tych. A na to, co robił po zakończeniu kariery staram się po prostu nie zwracać uwagi :)

P.

Kompleks własnego fyrtla. Artur Wichniarek i niegościnny Poznań

Artur Wichniarek, rodowity poznaniak, świętuje dzisiaj swoje urodziny (ur. 28.02.1977).

W jego piłkarskim życiu zdecydowanie więcej jest sukcesów niż porażek. To jeden z najlepszych snajperów przełomu lat dziewięćdziesiątych i pierwszej dekady XXI wieku. Ma na swoim koncie występy oraz gole w reprezentacji Polski, w Bundeslidze i w europejskich pucharach. W wielu miejscach go ubóstwiano. W Łodzi był symbolem nowej drużyny Widzewa, a w Arminii Bielefeld dorobił się przydomku „Król Artur”.

Należy jednak także pamiętać, że jego przygody w kilku innych klubach okazały się co najmniej niedosytem (np. porażką dwukrotny pobyt w Hercie Berlin, gdzie przez 3,5 roku uzbierał tam tylko cztery gole w 63 występach). Wielki paradoks polega na tym, że klubem, z którym futbolowo było mu bardzo nie po drodze, jest również Lech Poznań. Trzy razy w swojej karierze stawiał się przy Bułgarskiej i żadna z tych prób nie pokazała pełni jego talentu.

Podejście pierwsze

Kolejorz był naturalnym etapem futbolowego rozwoju Wichniarka. Jako absolwent popularnego SKS 13 Poznań trafił do Lecha już w wieku 16 lat – wiosną 1993 roku. Najpierw terminował w drużynie juniorów (później, grając już w seniorach, zdobył z nią Mistrzostwo Polski Juniorów 1995), ale szybko trafił do pierwszej drużyny. Początkowo tylko z nią trenował, ale już wiosną 1994 roku trener Jan Stępczak regularnie puszczał go w ligowy bój. Tym sposobem Wichniarek rozegrał aż 17 meczów, część jako zmiennik, ale wiele także w pierwszym składzie.

Kolejni trenerzy nie widzieli już jednak młodego zawodnika w swojej drużynie. U Romualda Szukiełowicza grał wyłącznie ogony (6 meczów w sezonie 1994/1995), a Zbigniew Franiak  korzystał z jego usług na tyle rzadko (7 meczów jesienią 1995), że zaproponował, aby Wichniarek udał się na wypożyczenie do drugoligowego Górnika Konin. Tak też się stało.

Podejście drugie

W Koninie zdolny napastnik odżył. Występował w ataku, sporo strzelał, a trenował go tam Wojciech Łazarek. Po pół roku wrócił pewny siebie do Poznania. Była jesień 1996 roku, wreszcie miały nadejść piękne dni.

Na Bułgarskiej faktycznie przyjęto go z otwartymi rękami. Trener Ryszard Polak, a później Remigiusz Marchlewicz, zawsze widzieli go w pierwszym składzie. Problemem jednak było to, że najczęściej było to miejsce…. na boku pomocy. Pozycje w ataku były bowiem zajęte przez Piotra Reissa i Piotra Prabuckiego, a później Grzegorza Króla i Macieja Bykowskiego. Wichniarkowi pozostało oranie w środkowej linii. Wiele dobrych rzeczy można o nim napisać, ale na pewno nie to, że był wydolnościowcem. Jego dorobek z sezonu 1996/1997 to 30 meczów i 4 gole.

Gdy Krzysztof Pawlak, który objął Lecha na początku sezonu 1997/1998, miał podobną wizję do swoich poprzedników, to Wichniarek zrozumiał, że, jeśli chce się rozwijać, to musi odejść. Za sprawą Andrzeja Grajewskiego trafił do Widzewa.

Zabawne, ale początkowo – za czasów Smudy – tam również… występował na lewej pomocy. Dopiero Łazarek umieścił go w ataku. I tak zaczęła się piękna kariera Wichniarka.

Podejście trzecie

Gdy 30 czerwca 2010 Wichniarek podpisał roczny kontrakt z Kolejorzem, to wydawało się, że to nie jest zły pomysł. Utytułowany (reprezentacja, Bundesliga, puchary), doświadczony (ale jeszcze nie stary – miał 33 lata), bramkostrzelny (dwukrotny król strzelców 2. Bundesligi) i żądny odbudowania się (kiepski sezon 2009/2010 w Hercie Berlin), a do tego rodowity poznaniak związany emocjonalnie z Lechem. Choć większość kibiców podkreślała, że on sam w ataku nie wystarczy do wymarzonego awansu do Ligi Mistrzów, to jednak piłkarz witany był z nadzieją.

Już w swoim „debiucie” strzelił bardzo ważną zwycięską bramkę w wyjazdowym meczu z Interem Baku (1:0). Później jednak było już gorzej. W czterech kolejnych meczach Wichniarek pudłował. W efekcie trener Jacek Zieliński posadził go na ławce i zaczął wpuszczać na ostatnie 15-30 minut. Goli jednak nie udawało się zdobyć, a Kolejorz coraz gorzej prezentował się na wszystkich frontach. W klubie pojawił się Tshibamba, a potem Rudnevs, a do tego doszły także nieporozumienia związane z kontraktem Wichniarka. Atmosfera gęstniała. Ostatecznie 5 listopada 2010, po czterech miesiącach, umowa piłkarza z Lechem została rozwiązana za porozumieniem stron. Bilans zawodnika z tego okresu to 15 meczów i 1 gol. Wkrótce po tym zakończył on karierę.

Czasami tak jest

Kariera Wichniarka świetnie ilustruje powiedzenie, że najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Choć w talii kart jego kariery znajduje się wiele asów, to te znaczone Poznaniem mają akurat najniższe wartości.

P.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego Lecha Poznań

Pół twarzy filozofii Realu Madryt. Pavon(es y Zidanes)

Pavon - Real Madryt

Niewielu piłkarzy w historii może się pochwalić tym, że wokół nich zbudowano pewną filozofię. Takiego zaszczytu doświadczył dzisiejszy jubilat. Ale trudno powiedzieć, czy był z tego zadowolony. Francisco Pavon (ur. 9.01.1980) stał się twarzą (a dokładniej – jedną z dwóch twarzy) filozofii uprawianej przez Real Madryt w pierwszej dekadzie XXI wieku (w jej pierwszej połowie). Określano ją mianem Zidanes y Pavones.

Proklamował ją prezes Królewskich Florentino Perez, a jej sensem było kupowanie do Realu za kosmiczne sumy największych światowych gwiazd piłki (jak Zidane, Beckham, Figo, Owen czy Ronaldo) i uzupełnianie składu wychowankami (jak właśnie Pavon albo Alvaro Mejia, Borja czy Raul Bravo).

Piłkarskie skutki Zidanes y Pavones były jednak dość przeciętne. Za czasów gry obu panów w Królewskich, tj. lipiec 2001 – czerwiec 2006, Real tylko raz świętował mistrzostwo Hiszpanii – w 2003 roku. Do tego jednak dorzucił zwycięstwo w Lidze Mistrzów 2002. Szału jednak nie ma, powiedzieć, że kibice liczyli na więcej, to nic nie powiedzieć. A dodatkowo zdarzały się astralne tąpnięcia, jak choćby sezon 2003/2004, gdzie piłkarze z Madrytu zajęli 4. miejsce w lidze (za Valencią, Barceloną i Deportivo) i odpadli w 1/4 Champions League (wyeliminowani przez AS Monaco).

Jeszcze gorsze były jednak skutki finansowe. Ściągani za galaktyczne kwoty gwiazdorzy na wiele lat zadłużyli kasę Realu, choć dług ten jest oczywiście czysto wirtualny.

Projekt Zidanes y Pavones był jednak dość wyjątkowy, jeśli spojrzeć na niego pod kątem socjologicznym. To przejaw epoki, wykwit hossy początku wieku, gdzie nie liczyły się pieniądze, a ważny był odurzający spektakl! Show must go on! Miało być jak w holywoodzkim filmie! Nikt specjalnie nie zastanawiał się jak ma działać drużyna z lichą defensywą, skoro w ofensywie hasają największe asy na świecie. Zobaczcie jak odległa to perspektywa, gdy porównamy ją z perfekcyjnie dziś naoliwionymi maszynami Guardioli. Bliżej jej raczej do zapędów bogatych szejków, którzy najchętniej zrobiliby drużynę z 10 Neymarów a na bramce umieścili przypadkowego przechodnia.

Sam Pavon poza Realem kariery nie zrobił żadnej. Po po opuszczeniu Madrytu przez trzy lata bawił w Realu Saragossa, ale był tam głównie rezerwowym (widocznie konkurencja na jego pozycji była większa niż w Madrycie). Potem zaliczył sezon we francuskim AC Arles-Avignon i zakończył przygodę z piłką. Na koncie ma jednak rozegranych dla Realu 106 meczów (+ 1 gola) w Primera Division oraz 34 w Champions League. Całkiem sporo. Zabawne – jedynego swojego gola w europejskich pucharach strzelił… Wiśle Kraków.

Więcej o Pavonie możecie poczytać tutaj, tutaj i tutaj.

Polecam też tekst o piłkarzach, których nazwiska była słynniejsze niż oni sami – tutaj.

P.

Jacek Dembiński i torebka z Lozanny

Lausanne Sports w sezonie 1995/1996. Jacek Dembiński czwarty od lewej w najwyższym rzędzie. Zdjęcie ze strony www.bwfk.com

Jacek Dembiński (ur. 20.12.1969), to przykład piłkarza spełnionego i niespełnionego zarazem. W naszej ligowej piłce osiągnął tyle, że pozazdrościć sukcesów mogą mu największe tuzy polskiego futbolu. Trzy tytuły mistrzowskie, 95 goli w ekstraklasie, bramki w Lidze Mistrzów, podziw i szacunek. Czego chcieć więcej?

Ano można byłoby chcieć sukcesów zagranicznych. Tutaj jednak każde podejście kończyło się fiaskiem. Nie udał się bowiem Dembińskiemu podbój szwajcarskiego Lausanne-Sports (1995-1996), nie udał się także – pomimo dobrego otwarcia – pobyt w Hamburger SV (1997-2000).

Szczególnie wyjazd do Szwajcarii okazał się spektakularną klapą. Najpierw pojawiły się problemy z samym transferem. Zespół z Lozanny nie zapłacił kwoty odstępnego, bo menedżer piłkarza obiecał Helwetom, że nie ma takiej konieczności. Okazało się jednak, że taka konieczność była, bo o swojego piłkarza upomniał się Lech Poznań, udowodniając, że transfer był bezpodstawny. Lech ostatecznie otrzymał sporą wówczas sumę za wypożyczenie piłkarza. Sprawa została wyjaśniona i wydawało się, że Dembiński wreszcie pokaże na co go stać.

I faktycznie – już w debiucie trafił do siatki St. Gallen (1:2), a kolejnego gola dorzucił w swoim czwartym występie (3:0 z FC Zurich). Rundę jesienną zakończył z bilansem 19 meczów – 3 gole. Szału nie było, ale nadzieje na jeszcze lepszą wiosnę – tak.

Gdy wydawało się, że najgorsze już za Dembińskim to w styczniu 1996… wybuchła afera torebkowa. Otóż piłkarz został wyrzucony z klubu pod zarzutem kradzieży i paserstwa. Miał się bowiem dopuścić kradzieży torebki z sklepu. Sam zawodnik odpierał zarzut, twierdząc, że cała ta sprawa to koszmarne nieporozumienie. Miał on wynieść torebkę ze sklepu przez przypadek, będąc zaaferowany wybieraniem produktów wraz ze znajomymi. Wokół tej sytuacji zrobiło się sporo szumu, przeciwko piłkarzowi wszczęto postępowanie karne, a Lausanne po prostu rozwiązało z nim umowę. Choć ostatecznie piłkarz wyjaśnił sprawę, to u Helwetów nie miał już czego szukać i wrócił do Polski. Na szczęście dla siebie i dla polskich klubów korzystających później z jego usług strzeleckich.

Można oczywiście mówić, że to pech pokrzyżował zagraniczne losy Dembiny, ale wielu piłkarzy, którzy go znali wskazywało na szerszy problem. Podkreślano bowiem, że był on klasowym zawodnikiem, jednak zbyt nieśmiałym i niepewnym swoich możliwości, by odnieść sukces w świecie grubych ryb. Pisał o tym w swojej książce Wojciech Kowalczyk, wspominał też Szamotulski i inni. Cichy, spokojny, opanowany, nieawanturujący. Nie potrafiący się wepchnąć (poza boiskiem), zachować się bezczelnie i postawić na swoim.

To może być też powód dla którego reprezentacyjna kariera Dembińskiego jest tak bardzo nieimponująca. Rozegrał on raptem 10 meczów, w których ani razu nie trafił do siatki. Szansę dawali mu Apostel, Piechniczek, Pawlak i Wójcik. U tego pierwszego był tylko rezerwowym, ale Piechniczek widział w nim ważne ogniwo kadry, szczególnie po konflikcie z Juskowiakiem i Kowalczykiem. Dembina zagrał cały mecz eMŚ 1998 z Anglią (0:2), a po zwolnieniu Piechniczka – prawie cały z Gruzją (4:1). Nic jednak nie wskórał i chyba właśnie wtedy pogrzebał swoje reprezentacyjne szanse. Co prawda blisko kadry trzymał go także Wójcik, ale wystawiał go tylko w meczach towarzyskich (z Węgrami, dwa razy z Izraelem i Rosją), preferując zdecydowanie duet Kowal – Jusko albo ustawienia z sześcioma obrońcami.

Te wszystkie porażki Dembińskiego niech nie przysłonią tego, że dla kibiców Lecha Poznań i Widzewa Łódź (oraz Amiki Wronki) jest on postacią absolutnie kultową. Fani Kolejorza z pewnością z łezką w oku wspominają gole młodego Dembińskiego w latach 90-tych, gdy wokół było buro i ponuro, a JD trafiał do bramki z imponującą sprawnością. To jego gol dał lechitom zwycięstwo nad Legią przy Łazienkowskiej w maju 1995 roku, to on zaliczył rzadko wówczas oglądany w Poznaniu hat-trick (ze Stalą Stalowa Wola w kwietniu 1995).

O jego zasługach dla Widzewa nawet nie ma co wspominać, więc tylko przywołam jeden jego mecz, który – obok występów pucharowych – utkwił mi najbardziej. Widzew – Raków 5:1, pięć goli Dembińskiego. A bramkę z Legią fani łodzian też na pewno dobrze pamiętają.

Dembiński jest więc syty, ale z pewnością odczuwa i pewien niedosyt. Jednak w mediach nigdy nie narzeka, a piłka wciąż sprawia mu przyjemność. W ostatnim czasie Dembiński udzielił kilku ciekawych wywiadów. Można je przeczytać tutaj, tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.

P.

Dmitrij Riekisz – kupiony i zapomniany

Dmitrij Riekisz

Urodziny dziś obchodzi Dmitrij Riekisz (ur. 14.09.1988). Nie kojarzycie? Nie dziwię się. W jego historii najciekawsze jest właśnie to dlaczego polscy, a w szczególności stołeczni, kibice go nie kojarzą. A będąc bardziej precyzyjnym – dlaczego nie mieli w ogóle okazji go skojarzyć.

Riekisz był gwiazdeczką kolejnych juniorskich zespołów Białorusi. W 2010 roku stał się jednym z głównych architektów awansu (bardzo silnej) reprezentacji młodzieżowej na EURO U-21 2011 rozgrywanego w Danii (kapitanem tej drużyny był Michaił Siwakow z Wisły Kraków, a obrońcą Oleg Wierietiło z Podbeskidzia Bielsko-Biała). Jednocześnie od 18. roku życia występował w pierwszym składzie Dinama Mińsk, dwukrotnie sięgając z tym klubem po wicemistrzostwo kraju. Jeśli ktoś ma mocne nerwy i dużo czasu to może sobie obejrzeć jego klipy – ten i ten.

Dmitrij Riekisz w Polonii Warszawa Józefa Wojciechowskiego

Czysty talent, szybko zwrócił na siebie uwagę zagranicznych klubów. Jednym z nich była Polonia Warszawa. Tak, ta Polonia Warszawa zarządzana przez Józefa Wojciechowskiego… Sezon 2010/2011 to prawdziwa orgia na Konwiktorskiej. Do połowy września trenerem Czarnych Koszul był Bakero, potem zastąpił go Paweł Janas. 6 stycznia 2011 szkoleniowcem Polonii został śp. Theo Bos. Jednym z pierwszym ruchów transferowych za jego czasów było wypożyczenie Riekisza z Dinama. – W jego przypadku testy nie były konieczne, w końcu to reprezentant Białorusi. Poza tym to na razie półroczne wypożyczenie, zobaczymy, jak się sprawdzi. W czerwcu zapadnie decyzja, czy warto podpisać z nim kontrakt definitywnymówił szef skautingu Polonii Marek Citko.

21 lutego Białorusin stawia się na Konwiktorskiej. 7 marca rozgrywa swój pierwszy mecz, na początek w Młodej Ekstraklasie. 14 marca Theo Bos zostaje zwolniony, a jego miejsce przychodzi Piotr Stokowiec. Po tygodniu Stokowca zmienia Jacek Zieliński. Temat Białorusina znika.

Nowi trenerzy… nawet nie wiedzą, że mają takiego zawodnika jak Riekisz w kadrze! W klubowej szatni panuje bowiem ścisk, po korytarzach snują się bizantyjsko opłacani rodzimi piłkarze. Dima gra więc dalej w Młodej Ekstraklasie, wypatrując szansy na debiut w pierwszej drużynie (jego łączny dorobek w ME to 9-1). Ten jednak nie przychodzi. W młodzieżowych rozgrywkach miał ponoć prezentować się na tyle kiepsko, że Zieliński nie myślał nawet o włączaniu go do meczowej osiemnastki (stało się tak tylko raz – z braku laku, w której na ostatni mecz przy Konwiktorskiej z Bełchatowem).

W międzyczasie Riekisz wciąż jednak powoływany jest do białoruskiej młodzieżówki. Ba, w jednym z meczów strzela nawet gola Hiszpanii (1:1). Potem trafia do kadry startującej na EURO U-21.

Zanim jednak turniej się rozpocznie, to 2 czerwca 2011 Polonia wydaje komunikat, że nie jest zainteresowana dalszym wypożyczeniem ani definitywnym transferem Riekisza.

Z tą informacją w głowie, choć formalnie wciąż jako gracz Czarnych Koszul, Białorusin rusza na młodzieżowe EURO. Na samym turnieju pełnił rolę pierwszego rezerwowego (grał w czterech z pięciu spotkań), ale jego zespół sensacyjnie wywalczy brązowy medal!

jznqe4_w631h356

Na Białorusi euforia i nikt nie może zrozumieć, że taki gość jak ich Dimka nie przebił się w siódmej drużynie polskiej ekstraklasy. Świat staje otworem wystarczy tylko skorzystać.

Życie jednak pokazało, że Riekisz tego świata nie zawojował. Przeciętnie radził sobie w Torpedo Żodzino i Niemanie Grodno, kiepsko wypadł w czeskim Fotbal Trinec. Jego najlepszy dotychczas seniorski sezon to 2015 rok spędzony w litewskim Spirysie Wilno (11 goli).

Potem już gorzej wiodło mu się w Traku FK, a od jesieni 2016 znów występuje w Torpedo Żodzino.

bbbIMG_9164

Nigdy nie wystąpił w seniorskiej reprezentacji, a jego szczytowym osiągnięciem są występy w el. LE. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że Riekisz jest w swojej ojczyźnie wielkim celebrytą. W zasadzie nie ma miesiąca, żeby największy białoruski serwis sportowy nie zameldował co nowego u niego.

Choć więc w Polonii zapomniano, że mają w ogóle takiego piłkarza w kadrze, to jego dalsze losy pokazują, że w sumie… dobrze zrobili.

P.

Rzeczy, których (być może) nie wiesz o Żurawiu

DARIUSZ ŻURAW został właśnie trenerem drugoligowego Znicza Pruszków.  Wcześniej pracował jako pierwszy szkoleniowiec w WKS-ie Wieluń, Odrze Opole oraz Miedzi Legnica. Był także asystentem Macieja Skorży w Lechu Poznań, w czasie, gdy ten zdobywał Mistrzostwo Polski 2015.

Pewnie nie jest to news rzucający na kolana, ale stanowi on dobrą okazję, żeby nieco przypomnieć postać Żurawia-piłkarza, jednego z najbardziej niedocenionych polskich zawodników w XXI wieku (!). Oto zatem wyjściowa jedenastka ciekawostek o nim.

Klub od dziadków. Choć Żuraw urodził się (w 1972 roku) i wychował w Wieluniu (województwo łódzkie) to jego pierwszym klubem był klubik z pobliskiej wsi – LZS Ostrówek. Dlaczego właśnie ten zespół? Powód jest dość niezwykły. Pewnego dnia młody Darek pojechał w odwiedziny do dziadków mieszkających Ostrówku. Wujek zabrał go na mecz, a ponieważ brakowało jednego zawodnika zapytano się go czy może chce zagrać. On zgodził się, a przy tym zaprezentował się na tyle dobrze, że został już w drużynie do końca sezonu.

Przez LZS do Lubina. Kariera zdolnego defensora nabierała rozpędu. W kolejnym roku przeniósł się do LZS Rychłocice. W 1992 trafił do rodzinnego III-ligowego WKS Wieluń. Po czterech latach przebił się klasę wyżej, do II-ligowego Okocimskiego Brzesko, by wreszcie w przerwie sezonu 1997/1998 zostać zawodnikiem grającego w ekstraklasie Zagłębie Lubin.

Miedziowy top. 3,5 roku – tyle potrzebował w Lubinie Żuraw, żeby wyrobić sobie markę jednego z najlepszych defensorów polskiej ligi. Choć rosły obrońca w Zagłębiu nie grał zbyt długo to uzbierał równo 100 meczów i 10 goli. Wielu kibiców widzi go w jedenastce wszech czasów miedziowej drużyny.

z12653011QDariuszZurawwbarwachZaglebiaObokemanuleOli

Niemieckie saksy. Latem 2001 roku Żuraw przeniósł się do grającego w 2. Bundeslidze zespołu Hannoveru 96. Już po roku cieszył się jednak z awansu – pierwszego w historii klubu – do najwyższej klasy rozgrywkowej. W tej niemieckiej drużynie polski defensor spędził siedem lat – sześć w 1. Bundeslidze i rok na jej zapleczu. Jego bilans w 1. Bundeslidze: 131 meczów i 5 goli. W 2. Bundeslidze: 16 – 2. Godny bilans, trzeba przyznać.

sl300

Uwaga na głowę! Rosły Żuraw wspaniale grał głową. Dzięki temu strzelał całkiem sporo goli jak na defensora. W Bundeslidze tym sposobem uzyskał cztery z pięciu swoich trafień. Udało mu się skierować futbolówkę do bramki takich zespołów jak TSV 1860 Monachium, Werder Brema, HSV Hamburg (dwukrotnie), a także Bayernu Monachium.

Arka tonie, Żuraw ratuje. Po powrocie z Niemiec Żuraw jeszcze przez rok występował jeszcze w Arce Gdynia. Choć miał już na karku 36 lat to był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem drużyny. To głównie dzięki niemu gdynianie obronili się przed spadkiem z ekstraklasy. Dość powiedzieć, że z sześcioma golami na koncie był najlepszym strzelcem Arki (wraz ze Zbigniewem Zakrzewskim). Po zakończeniu sezonu zakończył profesjonalną karierę i tylko okazjonalnie kopał piłkę w WKS Wieluń.

Jedna czerwień. Żuraw przez całą swoją karierę otrzymał tylko jedną czerwoną kartkę! Stało się to 18 września 2004 roku. W 19. minucie wyjazdowego spotkania z Werderem Bremen Polak został usunięty z boiska za faul w polu karnym na Nelsonie Valdezie.  Hannover przegrał potem całe spotkanie aż 0-3.

Kadra i reklama. Osobną kwestią pozostaje reprezentacyjna „przygoda” Żurawia. Choć plasował się w absolutnej czołówce polskich defensorów to kolejni selekcjonerzy – Jerzy Engel, Zbigniew Boniek, Paweł Janas i Leo Beenhakker – nie widzieli dla niego miejsca w koszulce z orzełkiem na piersi. W efekcie w narodowych barwach wystąpił tylko raz. Stało się to w towarzyskim meczu z Białorusią (1:3 w lutym 2005 roku). Jest w tym wszystkim jednak jeden zabawny element. Tak się złożyło, że akurat wtedy reklamę z udziałem kadrowiczów kręciła Telekomunikacja Polska. Dzięki obecności na zgrupowaniu Żuraw później bardzo często pojawiał się na billboardach i w telewizyjnych reklamach właśnie w reprezentacyjnej koszulce.

Trenerka, trudny chleb. Po zawieszeniu butów na kołku Żuraw wziął się za trenerkę. W latach 2010-2012 prowadził WKS Wieluń, jednocześnie sam będąc zawodnikiem tego zespołu. W sezonie 2012/2013 został trenerem Odry Opole, z którą w tym samym sezonie uzyskał awans do II ligi oraz zdobył Puchar Polski na szczeblu okręgowym województwa opolskiego. Jednak już w listopadzie 2013 roku został zwolniony. Od początku maja do połowy czerwca 2014 roku prowadził zespół I-ligowej Miedzi Legnica. Od września 2014 do października 2015 pracował natomiast przy ul. Bułgarskiej jako asystent Skorży. Niemal przez dwa lata pozostawał zatem bez pracy.

Tygrysi skok. W internecie można znaleźć filmik, na którym Dariusz Żuraw wchodząc na boisko najpierw wita się z kibicami, tygrysim susem pokonuje bandę reklamową i… pada jak ścięty. Całkiem zabawne.

Syn. Śladem swojego ojca poszedł również syn Dariusza Żurawia – Szymon. Występował on w zespole WKS Wieluń – najpierw jako junior, a później pojawiał się w zespole seniorów III-ligowego klubu. Obecnie studiuje na AWF we Wrocławiu.

Więcej do poczytania o Żurawiu – tutaj i tutaj.

Tekst pochodzi z programu meczowego Lecha Poznań

P.