Archiwum kategorii: Lech Poznań

Lech Poznań w Udine, konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością

Udine

Z jednej strony, pewnie bardziej żal mi odpadnięcia Lecha Poznań z Bragą w 2011 roku. W następnej rundzie czekał słynny Liverpool, a skoro rewanż oglądałem na własne oczy na pięknym stadionie wykutym w skale, to i rozgoryczenie doznane wtedy w Portugalii siedzi w człowieku głębiej.

Z drugiej jednak strony, wokół meczu z 26 lutego 2009 roku ze Stadio Friuli, też postawiłem solidny ołtarzyk w swojej pamięci. Lech w Udine zagrał najlepsze 45 minut, jakie w życiu widziałem – tak zapamiętałem tę pierwszą połowę włoskiego rewanżu. Nie dobre, bardzo dobre, czy świetne – najlepsze! Do obejrzenia powtórki tego spotkania, równo po dekadzie, podchodziłem więc ze strachem podobnym do tego, gdy po latach odwiedzamy miejsce kultowe dla nas w młodości albo spotykamy kumpla z dzieciństwa. Ze strachem przed odczarowaniem legendy. Przed rozczarowaniem, że owszem, może i Lech zagrał z wielką pasją z Austrią Wiedeń (tę powtórkę mam za sobą), może i mógł wygrać z Deportivo La Coruna, ale tak naprawdę więcej wokół drużyny Franciszka Smudy jest mitu niż było rzeczywistej jakości.

Teraz wątpliwości nie mam. Jak na warunki polskiej ligi w XXI wieku, Lech Poznań 2008-2009-2010 to była ekipa niemal wybitna. Ta pierwsza połowa z Udine jest specyficzna o tyle, że choć Kolejorz miał mnóstwo szans na gola – za chwilę do nich przejdziemy – to nie były to okazje tak stuprocentowe jak np. te Arboledy i Wilka z Deportivo czy Rudnevsa z Bragą (po niej była jeszcze poprzeczka Wilka). A jednak płynność i tempo, w którym poznaniacy wyprowadzali ataki (i nie były to tylko kontrataki) pokazują, jak świetnie wyszkoleni to byli grajkowie.

Nie chodzi mi tylko o tych, którzy pewnie w pierwszej kolejności kojarzą się z tamtym podbojem Pucharu UEFA – o zaciąg z lata 2008 (Robert Lewandowski, Manuel Arboleda, Semir Stilić; Sławomir Peszko w Udine nie zagrał przez kontuzję) i strzelców kluczowych goli (Rafał Murawski i Hernan Rengifo). Owszem, oni przeciw Udinese zagrali kapitalnie. Nie wiem jednak, czy najlepsi na boisku podczas tej fenomenalnej pierwszej połowy nie byli dwaj inni graczy, pozostający zawsze trochę w cieniu wymienionej grupy gwiazd.

Tomasz Bandrowski w Udine wyczyniał cuda zarówno w odbiorze, jak i w rozegraniu piłki, Grzegorza Wojtkowiaka w ofensywie chwilami było aż za dużo, bo potem brakowało go na prawej obronie. Oglądanie ich gry w meczu Udinese – Lech to wielka przyjemność.

Lech według Franciszka Smudy ten mecz miał zacząć spokojnie i… nie wyszło. Nie minęło sto sekund gry, a już Pasquale wybijał piłkę z bramkę po strzale Stilicia. Nie minęło pięć minut – a strzał Rengifo z pola karnego został zablokowany, a lechici po swoim drugim rzucie rożnym niefartem minęli się z piłką.

Potem była jeszcze ta akcja Bandrowski – Rengifo z Lewandowskim, który nie sięgnął podania. Następna akcja, przejęcie piłki zaraz po wybiciu bramkarza Belardiego – i gol. Też po świetnej akcji. Wymieńmy aktorów tej sceny: Stilić walczy w powietrzu, Rengifo wycofuje piłkę, Murawski zgrywa ją głową, dalej na spokoju Bandrowski, Bosacki, Arboleda i Djurdjević, Bandrowski przyspiesza, Murawski wycofuje do Djurdjevicia, by ten przesunął akcję podaniem do Lewandowskiego, kolejne podanie, szybka wymiana Rengifo – Stilić – Rengifo, po dwunastu podaniach w końcu strzał Peruwiańczyka i gooool! – To jest właśnie Lech Poznań w europejskich pucharach! – krzyknął Maciej Iwański, komentujący mecz w TVP.

Stilić – Lewandowski – Rengifo to był trójkąt piłkarzy, którzy dobrze się rozumieli, dysponowali świetną techniką i nie wahali się jej użyć, jednocześnie nie przesadzając z niepotrzebnymi popisami (nawet Bośniak, jak na niego, myślał i zagrywał szybko w Udine). W drugiej połowie, już przy 1:1, ich współpraca doprowadziła Roberta Lewandowskiego do dwóch niezłych sytuacji. Szczerze – w ogóle o nich nie pamiętałem.

Trudno do dziś pojąć, że Lech na koniec kadencji Franciszka Smudy, w ekstraklasie dał się wyprzedzić i Wiśle, i Legii. W tabeli strzelców, było podobnie – Brożek i Chinyama skończyli z 19 golami, Lewandowski z 14, a Rengifo i Stilic – z dziewięcioma.

To oczywiście teza, której prawdziwości nigdy nie sprawdzimy, ale uważam, że gdyby Lech przeskoczył Udinese, to nawet jeśli w kolejnej rundzie by poległ z Zenitem St. Petersburg, na fali pucharowego entuzjazmu, nie wypuściłby prowadzenia w lidze.

Jeśli na kimś nie robi wrażenia skład Udinese Calcio z tamtych gier, z Antonio Di Natale i Fabio Quagliarellą oraz Kwadwo Asamoahem (który po prawie 150 meczach w Juventusie, został podstawowych graczem Interu), to podrzucę jeszcze wyniki Włochów z tamtej edycji Pucharu UEFA: Borussia Dortmund 2:0 i 0:2 (karne 4:3), Tottenham Hotspur 2:0, Spartak Moskwa 2:1, Dinamo Zagrzeb 2:1, NEC Nijmegen 0:2.

Pewnie, można powiedzieć, że to było tylko pół meczu, że na końcu liczy się wynik, że Lech we Włoszech przegrał i odpadł. Ale popatrzcie jeszcze raz na te akcje, zastanówcie się, jak często polskie drużyny grały tak na tle rywala z top 5 europejskich lig. Dla mnie gra Lecha w Udine znaczy więcej niż np. wygrana z Fiorentiną, którą mogłem podziwiać z trybun we Florencji, ale która, bądźmy szczerzy, była dość szczęśliwa i przypadkowa.

„Piłkarze Lecha po końcowym gwizdku sędziego z Holandii przykucnęli na trawie podłamani. Za kilka tygodni, miesięcy czy lat, ten okres i ten start będą pewnie wspominać z czułością” – zakończenie relacji Wyborczej z Włoch, piórem Radosława Nawrota i Piotra Leśniowskiego, okazało się prorocze. Od jesieni 2010 roku podbój europejskich pucharów jest w Poznaniu tylko wspomnieniem. Lech od pewnego czasu podaje frekwencję przy Bułgarskiej, z wyszczególnieniem liczby dzieci do lat 13 – na spotkaniu z Legią było ich 1,5 tys. To młode pokolenie fanów, tamtych dni chwały w Europie nie pamięta – zasługuje, by samemu takie mecze przeżyć.

Udinese Calcio – Lech Poznań 2:1 (0:1)

Gole: 0:1 Rengifo (12. minuta), 1:1 Pepe (57.), 2:1 Di Natale (90.)

Udinese: Belardi – Zapata, Coda, Domizzi, Pasquale (77. Luković) – Inler, D’Agostino, Asamoah, Pepe (52. Isla) – Quagliarella (46. Floro Flores), Di Natale.

Lech: Turina – Wojtkowiak (83. Kikut), Bosacki, Arboleda, Djurdjević – Bandrowski, Murawski, Injac (71. Wilk) – Lewandowski, Stilić – Rengifo.

B.

Poznań 2000 – USA 2018. Ian Russell, Jimmy Conrad, Wojtek Krakowiak

Fajna to historia i większość kibiców, a przynajmniej kibiców Lecha Poznań, ją zna. Jesienią 2000 roku do grającego na zapleczu ekstraklasy Kolejorza przybywa trójka Amerykanów z zespołu San Jose Earthquake: Wojtek Krakowiak (pochodzący z Kielc i znający się z ówczesnym trenerem Adamem Topolskim), Jimmy Conrad i Ian Russell. Zadebiutowali we wrześniu, pożegnali się z kibicami w listopadzie. Mecze z ich udziałem do znalezienia tutaj. Wiedza o ich po-poznańskich dokonaniach jest jednak bardzo zróżnicowana. Dodatkowo, z wymienionej trójki ten ostatni jegomość – Ian Russell – ma dzisiaj urodziny (ur. 30.08.1975).

Jimmy Conrad – Jimmy Super Star

O Jimmy’m Conradzie napisano sporo. Z San Jose Earthquake wywalczył mistrzostwo USA 2001, szybko został czołowym defensorem w MLS, przebił się do reprezentacji USA i wystąpił z nią na Gold Cup 2005, mundialu 2006 (mecze z Włochami i Ghaną) oraz Copa America 2007. Teraz jest celebrytą, prowadzi własny, niezwykle popularny kanał futbolowy na youtubie. Kariera w USA – tutaj. Do poczytania – tutaj, tutaj, tutaj i tutaj. Po angielsku choćby tutaj, a do posłuchania – tutaj i tutaj. No i filmik z golami.

A jak chcecie sprawdzić czy Jimmy jest sympatyczny, to polecam ten krótki filmik.

Wojtek Krakowiak – uniwersyteckie ławki

Choć o Wojtku Krakowiaku w Polsce wiadomo niewiele, to w Stanach jest on cenionym fachowcem od szkolenia młodzieży akademickiej (tu dla kontrastu – angielska wikipedia nawet nie odnotowuje jego pobytu w Poznaniu (!)). Po powrocie pograł dwa sezony w MLS (w San Jose Earthquake i Tampa Bay Mutiny), a potem kopał już wyłącznie w niższych, i coraz niższych ligach. Po zakończeniu kariery trenował kobiece drużyny uniwersyteckie – Ruttgers-Newark i Montana State Billings. Polecam ten fajny materiał o nim.

W 2016 roku zrezygnował z pracy w Montanie i został dyrektorem technicznym w United Hurricane’s w Howard (Wisconsin). Obecnie w kobiecej Green Bay Phoenix. Biogram do doczytania tutaj i tutaj.

Ian Russell – niestrzelający napastnik, dobry trener

Ian Russell to z kolei piłkarsko ciekawy przypadek. Był on bowiem napastnikiem, który nie strzelał zbyt wielu goli, choć często asystował. Po zakończeniu wielkopolskiego epizodziku Russell wrócił do San Jose Earthquake. Grał tam przez pięć lat (2001-2005), wywalczył mistrzostwo MLS 2001 i 2003, ale choć był popularnym zawodnikiem (w 2001 roku został wybrany do MLS All-Stars Game), to w przeciwieństwie do Conrada nie wypłynął na reprezentacyjne wody. Być może blokowała go właśnie skuteczność. Na osłodę jednak – dwa jego trafienia.

W 2007 roku rozegrał jeszcze kilka meczów dla LA Galaxy i zawiesił buty na kołku. Po zakończeniu kariery wziął się za trenowanie. Pełnił rolę asystenta, a przez moment również epizodycznego trenera, w San Jose Earthquake. W listopadzie 2016 roku objął zespół mający zadebiutować w USL (II liga) – Reno 1868 FC. Russell świetnie poradził sobie z trudnym zadaniem. Jego podopieczni zakończyli sezon na 3. pozycji w Western Conference. Sezon 2018 zakończył na 6. miejscu. Pozostaje trzymać kciuki, szczególnie w jego urodziny, za dalsze sukcesy.

P.

Anderson Cueto w Lechu Poznań – Żaba i jej jeden wielki mecz

Anderson Cueto - Lech Poznań (fot. archiwum / Roger Gorączniak CC 3.0)
Anderson Cueto – Lech Poznań (fot. archiwum / Roger Gorączniak CC 3.0)

Lech Poznań i jego kibice pokładali w nim wielkie nadzieje. Zaskakująco wielkie, mając na uwadze, że podkręcał je nieskory raczej do promowania cudzoziemców Franciszek Smuda.

Franz bardzo wierzył w talent Andersona Cueto (ur. 24.05.1989). Przyznam, że nie przychodzi mi do głowy żaden inny młody gracz, nad którym ten trener tak piałby z zachwytu. Faktycznie – Cueto był szybki jak wiatr, miał dobry drybling i dobrą lewą nogę. Jednocześnie miał także poważne słabości. O jego charakterze Smuda mówił tak: „Największy leń to ten mały Cueto. Ta żaba nie chce się uczyć”. Dotyczyło to zarówno nauki języka polskiego, jak i pracy na treningach.

Może była to kwestia zbyt dużej zmiany dla bardzo młodego wówczas piłkarza? Cueto trafił do Kolejorza na początku 2008 roku. Jak łatwo można policzyć miał wtedy 19 lat. Choć konkurencja w ofensywie Lecha była wówczas ogromna (Reiss, Rengifo, Quinteros, Zając), to Smuda chciał na niego stawiać. Już od początku wiosny wpuszczał go na ogony i równocześnie ogrywał w Młodej Ekstraklasie. W połowie kwietnia Cueto po raz pierwszy pojawił się w podstawowej jedenastce (mecz z Dyskobolią), a dwa tygodnie później rozegrał swój najlepszy mecz dla Lecha. Jedyny warty zapamiętania.

Lech – Jagiellonia 6:1 i dwa gole Peruwiańczyka. W 35. minucie otworzył wynik zawodów popisując się pięknym strzałem z powietrza z ostrego kąta.

W drugiej połowie zaś podwyższył na 3:1 – znowu z ostrego kąta, znowu lewą nogą, znowu bramkarz Jagiellonii bezradny.

Świetny mecz lechitów (choć trzeba pamiętać, że Jaga kończyła go w dziewiątkę, a jedna z czerwonych kartek została pokazana niesłusznie) i wspaniały występ Cueto. Wszyscy mieli więc prawo liczyć, że kolejne w jego wykonaniu równie dobre.

Ale nie były.

W dwóch ostatnich kolejkach sezonu 2007/2008 Cueto wychodził w pierwszym składzie, ale nic już nie wskórał. W kolejnych rozgrywkach był już tylko rezerwowym grającym końcówki spotkań – w ataku niepodzielnie rządzili Lewandowski z Reniferem. Rozegrał 16 meczów w ekstraklasie (15 jako rezerwowy, łącznie… 278 minut), 4 w Pucharze Ekstraklasy (tu wszystkie w pierwszym składzie i jeden gol!), 4 w Pucharze Polski, 3 w Pucharze UEFA (łącznie 14 minut) i 7 w Młodej Ekstraklasie. Bez szału, sami powiedzcie.

Mistrzowski sezon 2009/2010 był jeszcze gorszy. Jacek Zieliński nie pałał już takim uczuciem do Peruwiańczyka. W efekcie zaliczył on tylko 6 meczów w ekstraklasie (141 minut), ale za to aż 18 w Młodej Ekstraklasie. Chłopak poszedł w odstawkę i zdawał sobie z tego sprawę.

Dlatego też jesienią 2010 roku, po 2,5 roku pobytu w Poznaniu, Cueto postanowił wrócić do Peru. Umówmy się, że nikt specjalnie po nim w Poznaniu nie płakał. Pomimo niewątpliwych uzdolnień nie potrafił on odnaleźć się w bardziej zdyscyplinowanej rzeczywistości.

„Żaba” więc wrócił do ojczyzny i gra tam do dziś. Wielkiej kariery nie zrobił, nie wystąpił nigdy w reprezentacji swojego kraju, rzadko grywa w kontynentalnych pucharach (łącznie 8 meczów w Copa Libertadores – 4 z Juan Aurich w 2012 roku i 4 z Real Garcilaso w 2014), ale jest solidnym ligowcem (choć… na karku ma dopiero 29 lat, a znając żywotność andyjskich futbolistów, to jeszcze dekada kopania piłki przed nim  – wszystko jest zatem jeszcze możliwe).

Występował w Sportingu Cristal, Juan Aurich (mistrzostwo 2011), Alianza Lima Real Garcilaso, Sport Boys, Club Sport Victoria oraz ponownie w Juan Aurich.

Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że Cueto trzy lata temu trafił na czołówki wielu sportowych gazet, ponieważ lekarz kazał mu występować na boisku… w okularach.

Anderson Cueto po powrocie z Lecha Poznań do Peru grał mecze w okularach
Anderson Cueto po powrocie z Lecha Poznań do Peru grał mecze w okularach
Anderson Cueto po powrocie z Lecha Poznań do Peru grał mecze w okularach
Anderson Cueto – Lech PoznańaAnderson Cueto po powrocie z Lecha Poznań do Peru grał mecze w okularach

„Żaba w okularach”, można byłoby napisać i byłaby to całkiem trafna puenta dla historii tego zawodnika.

P.

Nenad Bjelica o rodzinie, golu z Barceloną, Aragonesu, Klose i Baslerze

Nenad Bjelica L'Ultimo degli Zeman
Nenad Bjelica L’Ultimo degli Zeman

Fragmenty biografii Nenada Bjelicy autorstwa Armando Napoletano, wydanej podczas pobytu Chorwata w Spezii, opublikowane za zgodą autora.

Nenad Bjelica o swoim dzieciństwie

Zawsze chciałem być piłkarzem i robić to wymaga pracy i cierpliwości w życiu. Jako chłopak moim jedynym celem było granie w NK Osijek, chciałem mieszkać w piłkę nożną i zarabiać pieniądze, jeśli wybierasz się do Europy. Miałem duże wsparcie ze strony rodziny. I próbowałem zarówno koszykówki, piłki nożnej, jak i piłki ręcznej. Nauczyłem się piłki nożnej na ulicy w Sjenjak, a nie podczas treningów. Pojechałem raz na obóz, gdzie było 25-30 chłopców, prawie nie dotknąłem tam piłki. Lepiej można się wyszkolić podczas niekończących się meczów na asfalcie – czterech na czterech, albo trzech na trzech. Tak nauczyłem się grać w piłkę nożną. W szkole sobie radziłem, ale piłka wzięła górę w moim w życiu. Nigdy nie myślałem jak inni, że pójdę na policjanta, żołnierza albo że będę pracował w biurze. Po prostu potrzebowałem w życiu tylko boiska do piłki nożnej i koszulki do grania

Nenad Bjelica o swojej rodzinie

Jesteśmy rodziną, która przeżyła wojnę. Wiemy, co znaczy wojna, widzieliśmy ją z bliska, nie z ekranu z innej części Europy. Tata, Bozo, gdy był młody, był piłkarzem w Osijeku, ale trzy kontuzje piszczeli sprawiły, że lekarze zalecili mu, by przerwał granie w wieku 25 lat. Był blisko piłki, znał tu wszystkich, ale doradził mi tylko z dystansu, nie chciał interweniować. Był człowiekiem, który niewiele mówił. Bardzo wiele mu zawdzięczam. Zmarł za wcześnie, jako 60-latek miał atak serca. Po golu w Kaiserslautern wskazałam niebo, zadedykowałem mu tę bramkę. Mam zachowane zdjęcie z tej chwili. Mama, Mirjana, jest Chorwatką, ale jej tata był Czarnogórcem.

Nenad Bjelica o swojej żonie i golu w meczu Albacete – Barcelona

Siostra, Snjeżana grała w siatkówkę i odegrała ważną rolę w moim życiu, choćby dlatego, że przyprowadziła kiedyś do domu piękną dziewczynę o imieniu Senka. Senka nic nie wiedziała o futbolu. Kiedy moja matka i Snjeżana, wydzierały się do telewizora, widząc, że strzeliłem gola dla Albacete w meczu z Barceloną Cruyffa, ona nie rozumiała, o co im chodzi. Senka zbudowała moje życie, stała się moją żoną i matką naszych dzieci. Bez takiej kobiety, bez takiego wsparcia, przegrywasz.

(gol od 13:13)

Nenad Bjelica o Luisu Aragonesie

Gdy moim trenerem był Luis Aragones, prawie nigdy mnie nie wystawiał do gry, ale bardzo dużo się od niego nauczyłem. W tym, co robię jako trener, jest wiele „aragonów”. Pamiętam, jak przygotowywał dzień przed spotkaniem odprawę, na każde spotkanie zupełnie inną. Ale prawie nie mówił o przeciwnikach. Taka odprawa to była wielka, wspaniała opowieść. Opowieść, która zawsze musiała cię zmotywować i zawsze zainteresowała każdego piłkarza. Potem słuchał, co do powiedzenia miał każdy z piłkarzy. Słuchał i zapamiętywał.

Nenad Bjelica o Miroslavie Klose i Mario Baslerze

Zagrałem z wieloma wspaniałymi piłkarzami, również z takimi, których talent widziałem z bliska, a rozwinęli się z czasem, pamiętam młodego Fernando Morientesa z Albacete. Wśród tych, którzy mnie wiele nauczyli i których zawsze podziwiałem, jest Miroslav Klose. Prawdziwe zjawisko. Miro jest kimś wyjątkowym, maniakalnie podchodzącym do piłki. Zawsze sobie wyobrażałem, że gdy wraca po treningu do domu, od razu znowu gra w piłkę. Był jeszcze chłopakiem, gdy znalazł się w pierwszej drużynie Kaiserslautern. Gdy przyjechałem do Niemiec, był w drugim zespole, wśród najmłodszych, a już zdobył 14 goli w 10 meczach. Niemal z zamkniętymi oczami. Technika Polaków połączona z mentalną siłą Niemców. Podczas treningu, bycie blisko niego było piękne. Andreas Brehme jako trener świetnie go rozwinął. W zespole był też Mario Basler, prawdziwy i ogromny talent, który jednak nie miał głowy Miro. Zachowywał się wręcz dokładnie odwrotnie. Basler mógł robić wielkie rzeczy, a miał tylko przebłyski w Werderze, Bayernie i Kaiserslautern. Ale to było niewiele w porównaniu z tym, co tak naprawdę umiał. To był piłkarz o unikalnej technice. Gdy jesteś w drużynie z tak wielkimi piłkarzami, sam też czujesz się lepszym graczem.

Kompleks własnego fyrtla. Artur Wichniarek i niegościnny Poznań

Artur Wichniarek, rodowity poznaniak, świętuje dzisiaj swoje urodziny (ur. 28.02.1977).

W jego piłkarskim życiu zdecydowanie więcej jest sukcesów niż porażek. To jeden z najlepszych snajperów przełomu lat dziewięćdziesiątych i pierwszej dekady XXI wieku. Ma na swoim koncie występy oraz gole w reprezentacji Polski, w Bundeslidze i w europejskich pucharach. W wielu miejscach go ubóstwiano. W Łodzi był symbolem nowej drużyny Widzewa, a w Arminii Bielefeld dorobił się przydomku „Król Artur”.

Należy jednak także pamiętać, że jego przygody w kilku innych klubach okazały się co najmniej niedosytem (np. porażką dwukrotny pobyt w Hercie Berlin, gdzie przez 3,5 roku uzbierał tam tylko cztery gole w 63 występach). Wielki paradoks polega na tym, że klubem, z którym futbolowo było mu bardzo nie po drodze, jest również Lech Poznań. Trzy razy w swojej karierze stawiał się przy Bułgarskiej i żadna z tych prób nie pokazała pełni jego talentu.

Podejście pierwsze

Kolejorz był naturalnym etapem futbolowego rozwoju Wichniarka. Jako absolwent popularnego SKS 13 Poznań trafił do Lecha już w wieku 16 lat – wiosną 1993 roku. Najpierw terminował w drużynie juniorów (później, grając już w seniorach, zdobył z nią Mistrzostwo Polski Juniorów 1995), ale szybko trafił do pierwszej drużyny. Początkowo tylko z nią trenował, ale już wiosną 1994 roku trener Jan Stępczak regularnie puszczał go w ligowy bój. Tym sposobem Wichniarek rozegrał aż 17 meczów, część jako zmiennik, ale wiele także w pierwszym składzie.

Kolejni trenerzy nie widzieli już jednak młodego zawodnika w swojej drużynie. U Romualda Szukiełowicza grał wyłącznie ogony (6 meczów w sezonie 1994/1995), a Zbigniew Franiak  korzystał z jego usług na tyle rzadko (7 meczów jesienią 1995), że zaproponował, aby Wichniarek udał się na wypożyczenie do drugoligowego Górnika Konin. Tak też się stało.

Podejście drugie

W Koninie zdolny napastnik odżył. Występował w ataku, sporo strzelał, a trenował go tam Wojciech Łazarek. Po pół roku wrócił pewny siebie do Poznania. Była jesień 1996 roku, wreszcie miały nadejść piękne dni.

Na Bułgarskiej faktycznie przyjęto go z otwartymi rękami. Trener Ryszard Polak, a później Remigiusz Marchlewicz, zawsze widzieli go w pierwszym składzie. Problemem jednak było to, że najczęściej było to miejsce…. na boku pomocy. Pozycje w ataku były bowiem zajęte przez Piotra Reissa i Piotra Prabuckiego, a później Grzegorza Króla i Macieja Bykowskiego. Wichniarkowi pozostało oranie w środkowej linii. Wiele dobrych rzeczy można o nim napisać, ale na pewno nie to, że był wydolnościowcem. Jego dorobek z sezonu 1996/1997 to 30 meczów i 4 gole.

Gdy Krzysztof Pawlak, który objął Lecha na początku sezonu 1997/1998, miał podobną wizję do swoich poprzedników, to Wichniarek zrozumiał, że, jeśli chce się rozwijać, to musi odejść. Za sprawą Andrzeja Grajewskiego trafił do Widzewa.

Zabawne, ale początkowo – za czasów Smudy – tam również… występował na lewej pomocy. Dopiero Łazarek umieścił go w ataku. I tak zaczęła się piękna kariera Wichniarka.

Podejście trzecie

Gdy 30 czerwca 2010 Wichniarek podpisał roczny kontrakt z Kolejorzem, to wydawało się, że to nie jest zły pomysł. Utytułowany (reprezentacja, Bundesliga, puchary), doświadczony (ale jeszcze nie stary – miał 33 lata), bramkostrzelny (dwukrotny król strzelców 2. Bundesligi) i żądny odbudowania się (kiepski sezon 2009/2010 w Hercie Berlin), a do tego rodowity poznaniak związany emocjonalnie z Lechem. Choć większość kibiców podkreślała, że on sam w ataku nie wystarczy do wymarzonego awansu do Ligi Mistrzów, to jednak piłkarz witany był z nadzieją.

Już w swoim „debiucie” strzelił bardzo ważną zwycięską bramkę w wyjazdowym meczu z Interem Baku (1:0). Później jednak było już gorzej. W czterech kolejnych meczach Wichniarek pudłował. W efekcie trener Jacek Zieliński posadził go na ławce i zaczął wpuszczać na ostatnie 15-30 minut. Goli jednak nie udawało się zdobyć, a Kolejorz coraz gorzej prezentował się na wszystkich frontach. W klubie pojawił się Tshibamba, a potem Rudnevs, a do tego doszły także nieporozumienia związane z kontraktem Wichniarka. Atmosfera gęstniała. Ostatecznie 5 listopada 2010, po czterech miesiącach, umowa piłkarza z Lechem została rozwiązana za porozumieniem stron. Bilans zawodnika z tego okresu to 15 meczów i 1 gol. Wkrótce po tym zakończył on karierę.

Czasami tak jest

Kariera Wichniarka świetnie ilustruje powiedzenie, że najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Choć w talii kart jego kariery znajduje się wiele asów, to te znaczone Poznaniem mają akurat najniższe wartości.

P.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego Lecha Poznań

Jacek Dembiński i torebka z Lozanny

Lausanne Sports w sezonie 1995/1996. Jacek Dembiński czwarty od lewej w najwyższym rzędzie. Zdjęcie ze strony www.bwfk.com

Jacek Dembiński (ur. 20.12.1969), to przykład piłkarza spełnionego i niespełnionego zarazem. W naszej ligowej piłce osiągnął tyle, że pozazdrościć sukcesów mogą mu największe tuzy polskiego futbolu. Trzy tytuły mistrzowskie, 95 goli w ekstraklasie, bramki w Lidze Mistrzów, podziw i szacunek. Czego chcieć więcej?

Ano można byłoby chcieć sukcesów zagranicznych. Tutaj jednak każde podejście kończyło się fiaskiem. Nie udał się bowiem Dembińskiemu podbój szwajcarskiego Lausanne-Sports (1995-1996), nie udał się także – pomimo dobrego otwarcia – pobyt w Hamburger SV (1997-2000).

Szczególnie wyjazd do Szwajcarii okazał się spektakularną klapą. Najpierw pojawiły się problemy z samym transferem. Zespół z Lozanny nie zapłacił kwoty odstępnego, bo menedżer piłkarza obiecał Helwetom, że nie ma takiej konieczności. Okazało się jednak, że taka konieczność była, bo o swojego piłkarza upomniał się Lech Poznań, udowodniając, że transfer był bezpodstawny. Lech ostatecznie otrzymał sporą wówczas sumę za wypożyczenie piłkarza. Sprawa została wyjaśniona i wydawało się, że Dembiński wreszcie pokaże na co go stać.

I faktycznie – już w debiucie trafił do siatki St. Gallen (1:2), a kolejnego gola dorzucił w swoim czwartym występie (3:0 z FC Zurich). Rundę jesienną zakończył z bilansem 19 meczów – 3 gole. Szału nie było, ale nadzieje na jeszcze lepszą wiosnę – tak.

Gdy wydawało się, że najgorsze już za Dembińskim to w styczniu 1996… wybuchła afera torebkowa. Otóż piłkarz został wyrzucony z klubu pod zarzutem kradzieży i paserstwa. Miał się bowiem dopuścić kradzieży torebki z sklepu. Sam zawodnik odpierał zarzut, twierdząc, że cała ta sprawa to koszmarne nieporozumienie. Miał on wynieść torebkę ze sklepu przez przypadek, będąc zaaferowany wybieraniem produktów wraz ze znajomymi. Wokół tej sytuacji zrobiło się sporo szumu, przeciwko piłkarzowi wszczęto postępowanie karne, a Lausanne po prostu rozwiązało z nim umowę. Choć ostatecznie piłkarz wyjaśnił sprawę, to u Helwetów nie miał już czego szukać i wrócił do Polski. Na szczęście dla siebie i dla polskich klubów korzystających później z jego usług strzeleckich.

Można oczywiście mówić, że to pech pokrzyżował zagraniczne losy Dembiny, ale wielu piłkarzy, którzy go znali wskazywało na szerszy problem. Podkreślano bowiem, że był on klasowym zawodnikiem, jednak zbyt nieśmiałym i niepewnym swoich możliwości, by odnieść sukces w świecie grubych ryb. Pisał o tym w swojej książce Wojciech Kowalczyk, wspominał też Szamotulski i inni. Cichy, spokojny, opanowany, nieawanturujący. Nie potrafiący się wepchnąć (poza boiskiem), zachować się bezczelnie i postawić na swoim.

To może być też powód dla którego reprezentacyjna kariera Dembińskiego jest tak bardzo nieimponująca. Rozegrał on raptem 10 meczów, w których ani razu nie trafił do siatki. Szansę dawali mu Apostel, Piechniczek, Pawlak i Wójcik. U tego pierwszego był tylko rezerwowym, ale Piechniczek widział w nim ważne ogniwo kadry, szczególnie po konflikcie z Juskowiakiem i Kowalczykiem. Dembina zagrał cały mecz eMŚ 1998 z Anglią (0:2), a po zwolnieniu Piechniczka – prawie cały z Gruzją (4:1). Nic jednak nie wskórał i chyba właśnie wtedy pogrzebał swoje reprezentacyjne szanse. Co prawda blisko kadry trzymał go także Wójcik, ale wystawiał go tylko w meczach towarzyskich (z Węgrami, dwa razy z Izraelem i Rosją), preferując zdecydowanie duet Kowal – Jusko albo ustawienia z sześcioma obrońcami.

Te wszystkie porażki Dembińskiego niech nie przysłonią tego, że dla kibiców Lecha Poznań i Widzewa Łódź (oraz Amiki Wronki) jest on postacią absolutnie kultową. Fani Kolejorza z pewnością z łezką w oku wspominają gole młodego Dembińskiego w latach 90-tych, gdy wokół było buro i ponuro, a JD trafiał do bramki z imponującą sprawnością. To jego gol dał lechitom zwycięstwo nad Legią przy Łazienkowskiej w maju 1995 roku, to on zaliczył rzadko wówczas oglądany w Poznaniu hat-trick (ze Stalą Stalowa Wola w kwietniu 1995).

O jego zasługach dla Widzewa nawet nie ma co wspominać, więc tylko przywołam jeden jego mecz, który – obok występów pucharowych – utkwił mi najbardziej. Widzew – Raków 5:1, pięć goli Dembińskiego. A bramkę z Legią fani łodzian też na pewno dobrze pamiętają.

Dembiński jest więc syty, ale z pewnością odczuwa i pewien niedosyt. Jednak w mediach nigdy nie narzeka, a piłka wciąż sprawia mu przyjemność. W ostatnim czasie Dembiński udzielił kilku ciekawych wywiadów. Można je przeczytać tutaj, tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.

P.

Lech Poznań – IFK Goeteborg: 4 powody zmarnowania pierwszej szansy na Ligę Mistrzów

Długo katowałem się meczami Lecha z IFK i im dłużej myślę o tym, co wydarzyło się ćwierć wieku temu, u zarania Ligi Mistrzów, tym bardziej jestem przekonany, że poznaniacy swoją szansę zaprzepaścili w Göteborgu. To znaczy, żeby była jasność – rewanż w Poznaniu, przegrany 0:3, to jeden z najbardziej kompromitujących meczów w historii Lecha. Same tylko stracone gole pokazują pierwszy powód odpadnięcia Kolejorza.

  1. Beznadziejna gra obronna

Szwedzi mieli tyle miejsca na boisku – i to w rejonie pola karnego! – że wołało to o pomstę do nieba. Przemysław Bereszyński i Marek Rzepka są szwagrami, ale zachowywali się, jakby widzieli się pierwszy raz w życiu. 19-letni Jacek Bąk w Göteborgu grał przyzwoicie, ale w Poznaniu chyba przytłoczył go 25-tysięczny tłum przy Bułgarskiej. W końcu Waldemar Kryger, który – o ile dobrze widzę – tylko przyglądał się akcjom bramkowym, najczęściej w końcowym etapie.

  1. Nieskuteczność w Göteborgu, zwłaszcza Jerzego Podbrożnego

Jeśli przypomnimy sobie pierwszą połowę lat 90., to nie było w Lechu Poznań piłkarza obarczanego winą za wszystkie nieszczęścia świata tak bardzo, jak Mirosław Trzeciak. Student nie był ulubieńcem ani kibiców, ani trenera Henryka Apostela. Permanentnie był obwiniany, często przesadnie i na zapas. Ale w przypadku meczów nie wyróżniał się szczególnie in minus. Za to za nieskuteczność Jerzego Podbrożnego poznaniacy zapłacili wysoką cenę. To Podbrożny miał dwie znakomite okazje do gola (z czterech – pozostałe mieli Jarosław Araszkiewicz plus wybicie piłki z bramki po główce Kazimierza Moskala). Przekombinował. Albo zabrakło mu techniki. Albo szybkości. Albo wszystkiego na raz. Mecz w Szwecji mógł być wygrany. Mecz w Szwecji powinien być wygrany. Ale Podbrożny przeciw IFK trafił dopiero trzy lata później. Dla Legii.

  1. Dariusz Skrzypczak cieniem samego siebie, fizyczne odbijanie się od Szwedów

Przykro jest patrzeć na Dariusza Skrzypczaka w meczach Lech – IFK Göteborg, bo to jeden z ulubionych piłkarzy jednego z autorów tego bloga. Ale rozgrywający przeciw Szwedom nie pokazał nic, za co można by go poklepać po plecach. Zero. Podania w aut, straty (od niego zaczęła się akcja IFK na 1:0 w Poznaniu), hamowanie akcji. Lechowi brakowało lidera w formie, Lechowi brakowało rozgrywającego w formie, Lechowi po prostu brakowało starego, dobrego Dariusza Skrzypczaka.

Ale Skrzypczak nie był jedynym lechitą, który odbiegał od Szwedów, też fizycznie odbiegali wszyscy. I odbijali się, jak pionki albo kręgle, tak jak w tej akcji Ekströma.

  1. Za późny transfer Jerzego Brzęczka, brak transferu Grzegorza Mielcarskiego

Grzegorz Mielcarski w Lechu Poznań podczas sparingu z Hapoelem Petah Tikva (24.07.2004)
Grzegorz Mielcarski w Lechu Poznań podczas sparingu z Hapoelem Petah Tikva (24.07.2004) / fot. Tomasz Kamiński Agencja Gazeta

Henryk Apostel przed eliminacjami Ligi Mistrzów, chciał mieć u siebie w drużynie trzech nowych piłkarzy: Jacka Bąka do obrony (dostał go), Jerzego Brzęczka do pomocy (dostał go, ale za późno) i Grzegorza Mielcarskiego do ataku (dostał – za niego? – Araszkiewicza). Wobec fatalnej dyspozycji Skrzypczaka, wstawienie za niego znajdującego się w niesamowitym cugu po igrzyskach w Barcelonie Brzęczka, mogło być rozwiązaniem wszystkich, a przynajmniej wielu problemów Lecha. Byłyby podania na głowę Podbrożnego, na dobieg do Arasia, na klepkę z Trzeciakiem. Mielcarski – patrząc na celownik Podbrożnego na początku sezonu 1992/1993 – też byłby nowym, ważnym ogniwem mistrza Polski. Ale wszystko rozbiło się przez toksyczny związek Lecha z Ryszardem Górką, który w tamtym czasie miał (de facto) w garści trzy poznańskie kluby (Olimpię i Wartę też, próbował zresztą nieudolnej fuzji), a do tego karty zawodnicze świetnych olimpijczyków. Brzęczek w Lechu był krótko, a Mielcarski wcale (wtedy kopał na Golęcinie, gdzie nie był szczęśliwy). Co ciekawe, jeszcze na sam koniec kariery, Mielcarski był przymierzany do Lecha, jeszcze przed wejściem Amiki. Był nawet na grupowym zdjęciu. Ale w Kolejorzu, ostatecznie, nie zagrał. Schował korki do pudła i poszedł w dyrektory i komentatory.

B.

Komentarz z numer10.blox.pl

Gość: Rav, *.easy-com.pl
2017/11/30 20:10:35
Lech odpadł bo wyraznie odstawał motoryką od IFK w obu meczach: w Szwecji gdzie Kolejorz gral z kontry to jeszcze jakoś wyglądało, w Poznaniu była tragedia…
To wróżenie z fusów: Darek Skrzypczak to byl fajny zawodnik, ale spalał sie w ważnych meczach. Poza tym musiał mieć zawsze troche luzu za plecami, czesto w lidze pracował na niego z tyłu Kofnyt, wiec Darek mógł się skupić na tylko na ofensywie. Natomiast w meczach z IFK cała defensywa i pomoc próbowała nadążyć za Szwedami. Poznański „Alfred Olek’ czyli Rysiu Remień był w tych meczach tłem dla rywali. Nawet On, „Żelazne płuca”!
Po meczu w Poznaniu trener Apostel ujawnił w „GP” że na ławce rezerwowych siedział psycholog. Jegomość ów powiedział trenerowi już w 20 minucie ze Lech nie wygra rewanżu z IFK. Ze względów psychologicznych. „Oni wiedzą że nie dadzą rady” stwierdził. I niestety w powtórkach na Lech TV często to widać…

Sprawdź, jaki był mecz, gdy się urodziłeś. Lech Poznań – Plastika Nitra, czyli Intertoto w Śremie

Lech Poznań – Plastika Nitra (Puchar Intertoto 1987)

Piłka nożna doskonale ułatwia zapamiętywanie dat wydarzeń zarówno osobistych, jak i całkiem globalnych – pisał o tym Wojciech Kuczok, pisaliśmy też sami na naszym blogu. Gdyby kiedyś dotknęła mnie wybiórcza amnezja i musiałbym sprawdzić, którego dnia i o której godzinie urodził się mój syn, szukałbym meczu Zagłębie Lubin – Piast Gliwice, kończącego rundę jesienną. Kiedy było wesele kuzyna? Wtedy, gdy był mecz Polska – Słowenia. Kiedy była ustna matura z polskiego? Wtedy, gdy był finał FC Barcelona – Arsenal. Kiedy w domu pierwszy raz został odpalony magnetowid? W dniu meczu Turcja – Chorwacja na Euro 1996. Kiedy doszło do zamachu w Paryżu? W dniu meczu Polska – Islandia. Jasne i proste.

Najważniejszym z wydarzeń, którego człowiek nie jest w stanie pamiętać – i to nie dlatego, że był nietrzeźwy – jest moment jego narodzin. Tak się akurat składa, że parę dni temu – 23 lipca – miałem przyjemność odwiedzić Śrem (polecam Cafe Ole i Pumpenplatz!), moje urodziny przypadają 24 lipca, a 25 lipca – właśnie 1987 roku, w pierwszej dobie mojego życia – doszło na śremskim stadionie (wtedy nazywanym XV-lecia PRL) do spotkania z udziałem Lecha Poznań.

To był mecz tyleż nieważny, co niepowtarzalny. Po pierwsze – nieistniejący już Puchar Intertoto, nazywany słusznie Pucharem Lata, bo emocje w nim były właśnie letnie. Po drugie – Kolejorz podejmował Plastikę Nitra, drużynę reprezentującą nieistniejącą już Czechosłowację. Po trzecie – no właśnie, mecz odbył się w Śremie. Lech w – mimo wszystko – oficjalnych meczach, robił sobie tournee po Wielkopolsce, bo wcześniej przegrane 0:1 spotkanie z Lyngby rozegrał w Szamotułach. Próba w Śremie była dużo bardziej udana, nie tylko ze względu na wynik – wygraną 3:0 – ale też otoczkę i atmosferę na trybunach.

„Pomysł z organizacją meczu w Śremie był dobry. Z jednej strony zaprezentowano się nowej widowni, z drugiej okazano zaufanie miejscowym działaczom Klubu Kibica Lecha, którzy wywiązali się z zadania bez zarzutu” – pisał Wojciech Michalski w Expressie Poznańskim.

Lech Poznań – Plastika Nitra (Puchar Intertoto 1987)

„Mecz w Śremie odbył się w ramach 65-lecia obchodów kolejowego klubu” – to już Jan Rędzioch w książce „Lech Poznań w europejskich pucharach”. I dalej: „Obserwatorzy byli świadkami przebudzenia poznańskich piłkarzy. Lechici łatwo wygrali 3:0, odbierając tym samym Słowakom szansę na wygranie grupy. Akcje poznańskich piłkarzy były szybkie i pomysłowe. Gdyby grali tak od początku grupowej rywalizacji, ich końcowe zwycięstwo byłoby pewne. Na nic zdała się dzielna postawa bramkarza gości, Petera Palucha, który trzy lata później na mundialu we Włoszech pełnił trzeciego bramkarza. Wodzirejem był syn dawnego piłkarza Polonii Bydgoszcz, ŁKS i Odry Opole i reprezentacji Polski, Henryka Szczepańskiego – Adrian.”

Jan Rędzioch podał, że sześciotysięczny stadionik w Śremie wypełnił się 5 tys. widzów. Redaktor Michalski w notce „Posprzątają” nie zostawił suchej nitki na kibicach z Poznania, którzy stanowili mniejszość na tle tubylców. Niestety – wyróżniającą się: „Przybyła też do Śremu skromna grupka kibiców z Poznania. Szaliki, flagi, inne akcesoria mające świadczyć, że i oni są kibicami Lecha. Zostawili po sobie na stadionie w Śremie okropny bałagan. Rzucali w górę podarte papiery, powodując, że uroczy obiekt wyglądał po prostu po meczu zaśmiecony. No nic, ci prawdziwi kibice ze Śremu, posprzątają”.

Jan Rędzioch piłkarzem meczu wybrał Adriana Szczepańskiego, a Wojciech Michalski wyróżnił przede wszystkim Zbigniewa Pleśnierowicza („wygrał pojedynek, kilka razy bronił z dużym wyczuciem, a trzeba przyznać, że goście strzałowo byli nieźle usposobieni”), a także Piotra Skrobowskiego („grał pierwsze skrzypce”), „pożytecznego” Henryka Miłoszewicza i „aktywnego” Adriana Szczepańskiego.

Lech Poznań – Plastika Nitra (Puchar Intertoto 1987)

Lech Poznań – Plastika Nitra 3:0 (1:0)

Gole:

1:0 Henryk Miłoszewicz (32. lub 33. minuta, „po profesorsku, lekkim, spokojnym i precyzyjnym strzałem zakończona akcja Kruszczyńskiego i Pachelskiego)

2:0 Adrian Szczepański (74. lub 76. minuta, po solowej akcji),

3:0 Jerzy Kruszczyński (87. minuta, dobitka po akcji Araszkiewicza i strzale Pachelskiego w poprzeczkę).

Lech Poznań: Zbigniew Pleśnierowicz – Krzysztof Pawlak, Leszek Partyński, Piotr Skrobowski, Marek Rzepka (37. Marek Czerniawski), Dariusz Kofnyt, Henryk Miłoszewicz, Bogusław Pachelski, Jarosław Araszkiewicz, Adrian Szczepański, Jerzy Kruszczyński. Trener: Bronisław Waligóra

Plastika Nitra: Paluch – Chatrnúch, Lednicky, Mikuš, Czuczor (61. Molnar), Mihok, Harbulak, Borko, Jež, Gajdoš, Dekyš

***

24.07.1987

24 lipca 1987 r. to był piątek, udało mi się dotrzeć tylko do tego, że swoje mecze rozegrała wtedy liga austriacka. O dwóch polskich wątkach muszę wspomnieć:

– Grazer AK wygrał 3:2 z Austrią Klagenfurt, a jego trenerem był wtedy późniejszy szkoleniowiec Lecha, Adi Pinter;

Adolf Adi Pinter trener Lech Poznań

– w derbach Linzu Voest zremisował 1:1 z LASK, którego barw bronił opiewany na tym blogu w tekście o Zawiszy, Adam Kensy.

Dużo więcej działo się we wspomnianą sobotę 25 lipca – swój mecz z Hammarby w Pucharze Intertoto wygrała 3:0 Pogoń Szczecin, a w lidze francuskiej gole strzelali m.in. Eric Cantona dla Auxerre, Jean-Pierre Papin dla Olympique Marsylia, a Roger Milla, Safet Susić i Laureant Blanc w batach Montpellier – PSG 4:1.

Jak sprawdzić, jakie mecze odbywały się danego dnia (np. w dniu, kiedy się rodziliśmy)?

Można skorzystać z kilku stron (choć żadna z nich nie jest idealna), zmieniając odpowiednio datę na końcu adresu:

Transfermarkt ma największy porządek w datach, w dodatku można korzystać z kalendarza po prawej stronie,

Worldfootball.net, o ile ma jakiś mecz w swojej bazie, najczęściej podaje pełne składy i strzelców (tu jest też osobny formularz do wpisania interesującej nas daty),

Soccerway to dobre źródło, ale dopiero dla dat od połowy lat 90.

Wyszukiwanie dla meczów polskiej ligi we wszystkich trzech przypadkach działa jednak w ograniczonym zakresie. Wiem, że są w Polsce osoby (nie jedna i nie dwie), które dysponują bazą naszych ligowych meczów tak uporządkowaną, że wyszukanie spotkań z danego dnia nie jest żadnym problemem. Może kiedyś się nimi podzielą?

Daty urodzin wybranych piłkarzy i mecze rozegrane tego dnia

Robert Lewandowski

– ur. 21.08.1988 – w lidze holenderskiej Feyenoord – PSV Eindhoven 2:2 (grał Włodzimierz Smolarek), w Pucharze Włoch AC Milan – Licata 2:0 (Donadoni i Virdis z golami), w 2. Bundeslidze Osnabruck – Freiburg 0:4 (dwa gole zdobył Marek Majka, ex-Górnik Zabrze, wychowanek Piasta Gliwice)

Cristiano Ronaldo

– ur. 5.02.1985 – w Pucharze Niemiec Hertha Berlin – Bayer Leverkusen 0:4 (Rudolf Wojtowicz w składzie), w meczach towarzyskich Irlandia – Włochy 1:2 (gole: Rossi, Altobelli) i Bułgaria – Szwajcaria 1:0.

Leo Messi

– ur. 24.06.1987 – baraż o 1. Bundesligę FC St. Pauli – FC Homburg 2:1 (gol Wójcickiego i gra Buncola dla przegranych)

Ze Roberto

– ur. 6.07.1974 – urodzony w dniu, w którym Brazylia przegrała z Polską mecz o trzecie miejsce na mundialu w RFN – pisał nawet tym w przedmowie do polskiego wydania książki „Wymarzone podanie od życia. Z Bogiem na lewym skrzydle”

Ze Roberto – książka „Wymarzone podanie od życia”

Hernanes

– ur. 29.05.1985 – 30 lat po tym, jak urodził się w dniu finału Pucharu Mistrzów Juventus – Liverpool 1:0 (i tragedii na Heysel), został piłkarzem Juve

Kevin Trapp

– ur. 8.07.1990 – niemiecki bramkarz urodził się w dniu triumfu RFN na włoskim Mondiale – finał RFN – Argentyna 1:0

Joel Campbell

– ur. 26.06.1992 – finał Euro 1992 Dania – RFN 2:0

Anderson Cueto

– ur. 24.05.1989 – finał Pucharu Mistrzów Steaua – AC Milan 0:4 (po dwa gole Gullit i van Basten)

Gervinho

– ur. 27.05.1987 – finał Pucharu Mistrzów FC Porto – Bayern 2:1 z Józefem Młynarczykiem w bramce

Gokhan Inler

– ur. 27.06.1984 – finał Euro 1984 Francja – Hiszpania 2:0

 

B.

Komentarze z numer10.blox.pl

Gość: gp, *.inet-siec.pl
2017/08/01 15:43:51
Z takich skojarzeń, to pamiętam, że w dniu kiedy uchwalano konstytucję, Polska grała z Włochami. 0-0 i ta główka Wojtali nad poprzeczką, która mi się potem śniła…
silvermane
2017/08/03 13:50:20
Wyszukiwanie meczów po dacie jest także dostępne w footballdatabase.eu. Jest tam też polska I liga i częściowo II oraz PP.

Trzeba jednak pamiętać, że nie wszystkie daty są dokładne (głównie problem sobota/niedziela). Dotyczy to m.in. Pucharu Intertoto właśnie, a także niższych lig i meczów sprzed 2000 roku, gdy zaczęły pojawiać się pierwsze strony typu livescore.

Bogusław Pachelski i Andrzej Łatka. Strefa ciszy na Camp Nou, czyli o dwóch takich, co się Barcy nie kłaniali

Bogusław Pachelski i Andrzej Łatka

Jeśli w najbliższą środę, podopiecznym Macieja Skorży, uda się w meczu z Beitarem odrobić minimalną stratę z pierwszego spotkania, a jerozolimska zapora nie okaże się dla Krakowian ścianą płaczu, przed piłkarzami z ulicy Reymonta stanie otworem jedna z najwspanialszych i najbardziej legendarnych aren klubowej piłki – Camp Nou. Twierdza tyleż bajeczna, co przerażająca. No i nie do zdobycia. Ale czy na pewno?

Dziś chcemy przypomnieć sylwetki dwóch polskich piłkarzy, którym przed kilkunastu laty nie zadrżały nogi na widok sławnego rywala, a swymi popisami dokonali rzeczy wręcz niebywałej – udało im się uciszyć i wprawić w osłupienie kibiców Dumy Katalonii.

Rok 1962. Początek kryzysu kubańskiego. Algieria uzyskuje niepodległość. Telewizja Polska emituje pierwszą dobranockę: „Jacek i Agatka”. Na świat przychodzą m.in. Jim Carrey, Katarzyna Figura, Cezary Pazura, Ruud Gullit czy Aleksander Litwinienko.

A już przy znacznie mniejszym zapewne wtórze fanfar, roku owego, w Płocku pojawia się na naszym pięknym świecie Bogusław Pachelski, w Grybowie zaś Andrzej Łatka.

Pachelski i Łatka. Łatka i Pachelski. Łączy ich wiele. Obaj byli napastnikami grającymi w czołowych zespołach naszej ligi – Lechu i Legii. Obaj obdarzeni sporym talentem, niezwykle błyskotliwi, ciekawi, pomysłowi, nieprzewidywalni, z nienaganną techniką. Obaj nigdy nie dostąpili zaszczytu gry w reprezentacji Polski (Łatka został nawet powołany przez Łazarka na pamiętny mecz z Koreą Północną w 1986 r., był jednak jednym z nielicznych, którzy nie wybiegli tego dnia na boisko). Dziś, gdy powołanie na kadrę otrzymują nawet gracze, którzy ledwo liznęli ligową piłkę wydaje się wręcz niebywałe, że Pachelskiemu i Łatce nie było to dane. Obaj osiągnęli w futbolu zdecydowanie zbyt mało, biorąc pod uwagę możliwości czysto piłkarskie, jakimi dysponowali. Wielu twierdzi, że kariera obu nie nabrała właściwego rozmachu głównie na ich własne życzenie, ale to już zupełnie inna sprawa. Wspólnym jest również fakt, że w pewnym sensie w cieniu obu tych niespełnionych piłkarzy stawiali swe pierwsze kroki w poważnej piłce dwaj o wiele młodsi od nich napastnicy, spełnieni na pewno w znacznie większym stopniu – Andrzej Juskowiak z Lecha i Wojciech Kowalczyk z Legii (to właśnie kontuzja Łatki w pierwszych minutach słynnego meczu z Sampdorią umożliwiła występy w obu tych spotkaniach Kowalowi). Wreszcie łączy ich i to, że obaj wybiegli kiedyś na Camp Nou, w założeniu tylko po to, by stojąc gdzieś z przodu osamotnieni i trzęsący się z zimna (i ze strachu) grzecznie przyglądać się jak ich koledzy „na tyłach” przyjmują kolejne razy od gwiazdorów z Barcelony…

Gdy niespełna 20 lat temu Bogusław Pachelski rozgrzewając się przed meczem Lecha z Barceloną truchtał po murawie Camp Nou, dla jednego z najlepszych wówczas europejskich bramkarzy – Zubizarrety był zapewne jednym z jedenastu nieznanych grajków w białej koszulce, którzy przyjechali z dalekiego kraju po solidny łomot. Ale gdy popularny w Poznaniu „Bodek” wyjeżdżał ze stolicy Katalonii, już po spotkaniu, był kimś zupełnie innym. Był tym, którego miejscowa prasa nazwała „un satan blanco” – szatanem w bieli, a który w 71 minucie spotkania zapewnił Lechowi sensacyjny remis, ośmieszając wręcz bramkarza reprezentacji Hiszpanii i posyłając mu piłkę między nogami do bramki. Pachelski wykazał się w tej sytuacji zimną krwią, wspaniałą techniką i niebywałym wręcz kunsztem strzeleckim.

Choć był znakomitym napastnikiem i strzelał, również i potem, niezwykle ważne dla Lecha bramki na europejskiej arenie (wspaniałemu wówczas Olympique Marsylia czy Panathinaikosowi na jego gorrrącym stadionie w Atenach), to jednak fantastyczny gol strzelony ze stoickim spokojem, „garażem”, wielkiemu Zubizarrecie na zawsze pozostanie jego najlepszą wizytówką i chyba szczytowym osiągnięciem w karierze.

Wyczynu Pachelskiemu pozazdrościł najwyraźniej Andrzej Łatka. Piłkarz, który w 1981 zdobył wicemistrzostwo Europy juniorów, a poza Legią bramki strzelał również dla Stali Mielec, Motoru Lublin czy Polonii Warszawa, przed niespełna 19 laty na słynnym Camp Nou zaliczył trafienie, którym przed Pachelskim wstydzić się na pewno nie musi. Była 21 minuta meczu. Legioniści przeprowadzili niezwykle dynamiczną, koronkową akcję (aż przyjemnie popatrzeć) i po chwili Łatka z 30 metrów posłał piłkę do bramki Zubizarrety, który najwyraźniej nie docenił umiejętności technicznych wychowanka Grybovii Grybów. W samej końcówce meczu Barcelonie udało się wyrównać, jednak remis 1:1 stawiał legionistów w znakomitej sytuacji przed rewanżem.

Pachelski i Łatka choć mogli i powinni osiągnąć w swej karierze znacznie więcej, strzelając tak piękne bramki, dające sensacyjne remisy, skazanym na pożarcie w konfrontacji ze słynną Barceloną na jej stadionie, polskim zespołom i tak zapisali się na trwałe w historii naszej piłki. Choć minęło tyle lat ich gole wciąż przecież żyją w pamięci polskich kibiców. Bo uciszyć Camp Nou to naprawdę jest coś, co nie zdarza się co dnia.

R.