Archiwum kategorii: którzy odeszli

Darci Monteiro w ciągłej (pozaziemskiej) podróży

Darci Monteiro

Nie było okazji napisać o nim przy okazji jego śmierci, nie zdążyłem w okolicach Wszystkich Świętych, ale uda się przypomnieć go w pierwszą rocznicę nagłego zgonu. Darci Monteiro (ur. 1968), były piłkarz Widzewa Łódź, zmarł na atak serca dokładnie rok temu – 3 stycznia 2018.

Śmierć piłkarza pociągnęła za sobą (małą) falę tekstów wspominkowych (np. tutaj, tutaj i tutaj, tutaj jeszcze tekst sprzed jego śmierci, a tutaj relacja z pożegnania z Belenenses). Podkreślano w nich, że w czasach bardzo wielu nieudanych transferów Widzewa on akurat bronił się jakością. W przeszłości występował jako napastnik, na polskich boiskach dał się poznać jako ofensywnie usposobiony obrońca albo pomocnik.

W Łodzi spędził sezon 2002/2003 i trzeba przyznać, że chyba musiało mu się podobać, bo rzadko tak długo występował w jednym klubie. Karierę zakończył w wieku 38 lat i do tego momentu zaliczył 17 zespołów z 10 krajów (Brazylia, Portugalia, USA, Arabia Saudyjska, Turcja, Polska, Malezja, Grecja, Liban, Wenezuela). W większości spędzał po kilka miesięcy. Być może zatrudniano go również dlatego, że z wyglądu przypominał nieco Ronaldo.

Całe to krótkie wspomnienie zmierza jednak w innym kierunku – w kierunku anegdotki. Otóż jak pewnie większość czytelników bloga kojarzy, prowadzona przez Janusza Wójcika (o nim do poczytania tutaj, tutaj i tutaj) montowana naprędce reprezentacja Polski, rozegrała w czerwcu 1999 roku kuriozalny, jak później okazało się – nieoficjalny, mecz ze zbieraniną podpisaną jako reprezentacja Brazylii (pisaliśmy o nim np. tutaj). Zbieranina ta wygrała 2:0. Jaki to ma jednak związek z tragicznie zmarłym piłkarzem? Otóż kiedy Darci miał reklamować swoje usługi łódzkiemu klubowi chwalić się miał tym, że jest reprezentantem Brazylii. Prawdziwym Canarinho! Ba, on w tej reprezentacji nawet strzelał gole! Ba, on strzelał je Polsce! Jako dowód przedstawiał kasetę z owego kuriozalnego spotkania.

I teraz – UWAGA! – po wielu latach niemożności obejrzenia owego spotkania jest ono wreszcie dostępne w sieci. Znajdziecie je na YT, [gol naszego bohatera od 1:14]. Jest co wspominać!

Może i sam Darci uśmiecha się widząc tamto spotkanie.

P.

Azeglio Vicini. Drugiego takiego nie będzie

Azeglio Vicini (Italy coach on Euro 1988)
Azeglio Vicini na naklejce Panini z albumu Euro 1988

Być może stosowniejszym byłoby tu rzetelne, solidne opracowanie sportowych dokonań wybitnego szkoleniowca, który oddał swe serce pracując przez lata na sukcesy włoskiego futbolu. Włoskiego futbolu, w którym jako nastoletni chłopak zakochany byłem po same uszy. Azeglio Vicini, który przed kilkunastoma godzinami przekroczył próg wieczności, na zawsze pozostanie w mej pamięci jako pewien symbol tego wszystkiego, co w tym pierwszym, słodkim powiewie niewinnego zauroczenia futbolem najpiękniejsze. Bo to właśnie za prowadzoną przez niego drużynę dałbym się kiedyś posiekać na plasterki. To z powodu niej skakałem z radości, ale i ukradkiem ocierałem łzy, śledząc z zapartym tchem jej poczynania na wielkich turniejach.

Gdy Vicini obejmował Squadrę Azzurra miał już za sobą ponad dziesięcioletnie doświadczenie w prowadzeniu młodzieżowej reprezentacji Italii i znakomity przegląd zasobów ludzkich włoskiej piłki. To właśnie u niego, nim awansowali do pierwszego narodowego zespołu, by potem wywalczyć tytuł mistrza świata w 1982 roku, swoje szlify w błękitnej koszulce zdobywali tacy gracze, jak Rossi, Cabrini, Baresi, Bergomi, Collovati czy Altobelli. Również podczas znacznie mniej udanego, meksykańskiego mundialu 1986 wychowankowie Viciniego, jak choćby Galli, Bagni czy Galderisi stanowili istotną siłę reprezentacji. Gdy po Mexico ’86 ze stanowiska selekcjonerskiego ustępował Enzo Bearzot było oczywiste, że naturalnym spadkobiercą schedy po nim jest właśnie Azeglio Vicini. Tym bardziej, że dorobił się naprawdę fantastycznej drużyny młodzieżowej, która choć pechowo przegrała karnymi finałową potyczkę z Hiszpanami, swoją grą podbiła Stary Kontynent. I to właśnie ci młodzi piłkarze, po blamażu eliminacji Euro ’84 oraz nieudanym turnieju Mexico ’86, mieli tchnąć nową siłę w Squadrę Azzurra.

Vicini bardzo mądrze wprowadził nową falę do pierwszego zespołu. Zenga, Ferri, Maldini, De Napoli, Donadoni, Giannini, Mancini i Vialli nie tylko zmienili szyld i jechali dalej, ale w krótkim czasie stali się czołowymi piłkarzami na świecie. Nigdy nie zapomnę niemieckiego Euro w 1988 roku. Tamta włoska błękitno-biała drużyna była niczym świeży, ożywczy powiew w nieco skostniałym ośmio-zespołowym turnieju. To właśnie szła młodość, która szykowana była do wielkiej misji spełnienia dwa lata później włoskiego marzenia o ponownym podbiciu futbolowego świata. Na boiskach RFN Vicini przedstawił Europie swą autorską, młodziutką drużynę (tylko renomowany, wchodzący z ławki Altobelli był po trzydziestce, a średnia wieku piłkarzy podstawowego składu wynosiła niewiele ponad 24 lata), która zdobyła brązowy medal, ale zaprezentowała potencjał czyniący z niej jednego z głównych faworytów zbliżającego się Il Mondiale Italia ’90.

O turnieju Italia ’90 pisaliśmy już kiedyś nieco szerzej na blogu. Tu wystarczy wspomnieć, że zespół Viciniego, dyrygowany na Stadio Olimpico przez miejscowego idola – Giuseppe Gianniniego, a wzbogacony o najświeższe talenty włoskiej ziemi w postaci Baggio i Schillaciego, zameldował się w półfinale imprezy bez straty choćby jednej bramki. I jestem głęboko przekonany, że to właśnie Don Azeglio dysponował najlepszą w dziejach futbolu formacją defensywną. Franco Baresi, Giuseppe Bergomi, Paolo Maldini i Riccardo Ferri zapewniali Walterowi Zendze spokój na przedpolu. Ten ostatni raz jeden się pomylił, gdy długowłosy Argentyńczyk Caniggia strzałem głową uprzedził jego niefortunną interwencję a cała Italia skąpała się we łzach. Nigdy nie zapomnę tamtego smutnego letniego wieczoru, gdy pękało moje kibicowskie serce a Vicini po zakończeniu przegranych karnych chodził po neapolitańskiej murawie i z niemal ojcowską czułością pocieszał swych zapłakanych piłkarskich synów. Mundialowy brąz niewiele znaczył w konfrontacji z rozbudzonymi apetytami włoskich tifosich na najszlachetniejszy z kruszców. Pomimo jego braku Vicini nie musiał obawiać się o posadę. Doceniono pracę, jaką wykonał przywracając pełen blask włoskiej reprezentacji.

A jednak eliminacje do kolejnego Euro nie były udane. Reprezentacja ZSRR w swym przedostatnim podrygu na futbolowej mapie świata, wydarła Italii Viciniego szansę na kolejny wielki turniej. W ciemny jesienny wieczór 12 października 1991 roku na wypełnionych po brzegi niemal stutysięczną widownią moskiewskich Łużnikach, Squadra Azzurra nie mogąc przebić sowieckiego muru obronnego, zakończyła swą piękną erę pod batutą Azeglio Viciniego. Wraz ze szkoleniowcem pożegnał się z kadrą już na zawsze boiskowy dyrygent poczynań jego zespołu – Giuseppe Giannini. A kilku innych znakomitych piłkarzy ze stajni Viciniego, jak Vialli, Mancini, Schillaci, De Napoli, Zenga czy Ferri – już nigdy później nie zagrało w wielkim turnieju. I zaczął się zupełnie nowy etap w historii włoskiej piłki. A moja wariacka miłość do Italii wygasała nieubłaganie.

Po oddaniu sterów narodowego zespołu Azeglio Vicini próbował jeszcze zejść do szatni klubowej, ale przygoda z Ceseną i Udinese nie trwała długo. Bo i po kilkunastu latach dowodzenia przedsięwzięciem tak wspaniałym jak Squadra Azzurra zapewne niełatwo wykrzesać w sobie przekonanie, że może jeszcze człowieka spotkać na trenerskich szlakach równie wielka przygoda.

Zachowuję w najgłębszych zakamarkach futbolowych wspomnień tę niezwykłą postać, zawsze godnie i dostojnie doglądającą z wysokości szkoleniowej ławki swej autorskiej błękitno-białej piłkarskiej symfonii. Drużyny, dzięki której doświadczałem najpiękniejszych sportowych emocji. Po prostu Italii Viciniego.

Riposa in pace – il mio Grande Allenatore!

Komentarz z numer10.blox.pl

stanislaw414
2018/02/01 10:09:21
Ładny wpis (skoro zacząłem w miarę regularnie tutaj czytać, to postanowiłem, że odcisnę jakiś ślad ;-)

Wróciłem za sprawą powyższego tekstu na podwórko, żużlowe boisko i do pierwszych rękawic bramkarskich, w których byłem jednak zazwyczaj van Braukelenem i w ogóle Holendrami (mój brat był za Niemcami, i tamten mecz na Italia 90 z epizodem Rijkaarda jest jednym z tych, które najbardziej mi się wryły w czaszkę w dzieciństwie). Z meczu Włochy – Argentyna pamiętam tę bramkę, którą zdobył głową Caniggia (potem wszyscy tak próbowali strzelać głową za siebie…). Włochów jakoś specjalnie wtedy nie lubiłem, chociaż – trzeba przyznać – ładna była ta opowieść o Schilacim, który wskoczył do składu i zastąpił w strzelaniu bramek Vialliego.

Serdecznie pozdrawiam,
stanislaw414

Graham Taylor – trener-rzepa najsłabszej Anglii. Mocna rola Polski w filmie „Do I Not Like That”

Graham Taylor, selekcjoner reprezentacji Anglii, jako trener-rzepa w The Sun
Graham Taylor, selekcjoner reprezentacji Anglii, jako trener-rzepa w The Sun

– Robią wszystko to, co mówiliśmy im, by tego nie robili. Wszystko, czego nie mieli robić!

Graham Taylor jako rzepa – Turnip Taylor

Każdy selekcjoner uruchamia proste skojarzenia. Gdy w Polsce myślisz o Januszu Wójciku – myślisz o bajkopisarstwie i kiełbasach w górę. Jacek Gmoch to – już z późniejszych lat – analizy ze strzałkami. Jerzy Engel – wąs i szczęśliwy płaszcz. Waldemar Fornalik – brak uśmiechu. Antoni Piechniczek – medal z 1982 i kominek w Wiśle. W Anglii, nie ma mocniejszego skojarzenia niż Graham Taylor = rzepa. W przegranym 1:2 meczu o półfinał mistrzostw Europy ze Szwecją, po godzinie gry zdjął z boiska Gary’ego Linekera, a od następnego dnia przez The Sun i sporą część angielskich kibiców był porównywany właśnie do tego, popularnego w Szwecji warzywa (potem był też hiszpańską cebulą, może tych warzyw było jeszcze więcej; ciekawe, czy angielskie dyskonty wypuściły w swojej wersji świeżaków Rzepę Grahama…). Nagłówek: Szwecja 2 – Rzepy 1.

The Sun po meczu Szwecja - Anglia 2:1 na Euro 1992
The Sun po meczu Szwecja – Anglia 2:1 na Euro 1992

W meczach o punkty wygrywał tylko ze słabiutką wtedy Turcją, z San Marino (choć Gualtieri strzelił rekordowego gola po 8 sekundach) i z Polską (tylko u siebie, w Poznaniu i Chorzowie było 1:1). Pokonać nie umiał ani Irlandii (dwa remisy), ani Danii i Francji (po 0:0 na Euro 1992), ani Holandii i Norwegii (remisy u siebie, porażki na wyjeździe w eliminacjach World Cup 1994). Nie było drugiego selekcjonera reprezentacji Anglii, który miałby z nią tak słabe wyniki, ale i nie było drugiego, który byłby tak wyszydzany. A nawet – którym tak okrutnie by pogardzano. – Znowu zostałem opluty na stadionie przez kogoś z trybun, nie wiem, który to już raz. Federacja powinna coś z tym zrobić – irytował się na chamstwo angielskich kibiców już w 1995, po odejściu z kadry.

Polska – Anglia 1993. Graham Taylor a.k.a. Do I Not Like That

Presję, którą podczas kadencji selekcjonera Anglii musiał czuć zmarły w tym roku Graham Taylor, świetnie pokazuje dokument z eliminacji do mistrzostw świata 1994. „Do I Not Like That” (znany też jako „An Impossible Job”). Tytułowe, pokraczne zawołanie „Do I Not Like That”, Graham Taylor rzuca z ławki tuż przed tym, gdy jego Anglii gola w Chorzowie strzelił Dariusz Adamczuk. To – obok rzepy – jego drugi znak rozpoznawczy. Tutaj fragment, link do całego filmu na końcu wpisu.

Cudnych obrazków ze Stadionu Śląskiego – i w ogóle z pobytu Anglików na Śląsku – jest w tym filmie więcej. Taylor narzeka na organizację treningu – nieprzyciętą trawę i puszczonych samopas kibiców, wałęsających się tuż obok trenujących graczy, a na końcu rzucających się po autograf. Widzimy przejazd autokaru przez Katowice, szatnie w Chorzowie (te szafki!) i konferencję prasową z Andrzejem Strejlauem. Słyszymy, jak w przerwie meczu spiker ogłasza, że „młodszy brat czeka przy dyspozytorce”. To historyczny dokument też z perspektywy polskiego kibica, a już zwłaszcza dla Stadionu Śląskiego, który przecież po tamtym spotkaniu miał prawie czteroletnią przerwę w goszczeniu reprezentacji Polski.

Polska – Anglia 1:1 (Chorzów 1993)

Graham Taylor – poszukiwany żywy lub martwy

Zwycięstwa z Polską były tak naprawdę jedynymi sukcesikami kadencji Grahama Taylora. Do Euro 1992 wszedł też dlatego, że Polacy odebrali punkty Irlandii, z tego awansu cieszył się zresztą po remisie w Poznaniu (co ciekawe, murawę stadionu przy Bułgarskiej, Taylor bardzo chwalił). Mimo prowadzenia, nie był w stanie pokonać na Wembley ani Norwegii (z 1:0 na 1:1), ani Holandii (z 2:0 na 2:2). Jasne, mógłby powiedzieć, że rywale Anglików na boisku wyczyniali cuda wręcz niewyobrażalne – od strzału życia Kjetila Rekdala po majstersztyk Dennisa Bergkampa. Ale Anglicy grali zwyczajnie źle, kibice gwizdali na nich nawet w wygranym ostatecznie wysoko meczu z San Marino. A jednak długo byli w grze o mundial w Stanach, długo wydawało się, że znów się prześlizgną, jak w poprzednich eliminacjach. Wtedy jednak przyszła porażka w Oslo.

Jak po porażce ze Szwecją, angielska prasa była histeryczna. „To koniec świata” – obwieszczał na pierwszej stronie The Daily Star, jak po remisie i odpadnięciu z Polską w 1973. „Werdykt na Taylor’a – wynoś się” – to już The Mirror, który apelował też: „Przyjdź numerze piąty” (Taylor był bowiem czwartym trenerem reprezentacji od 1966 roku, kiedy Anglicy sięgnęli po tytuł mistrza świata). „Szanse Anglii zawisły na włosku po nocy w Oslo. W tym meczu jałowa technika graczy przerażała nie mniej niż taktyczne pomyłki Taylor’a” – napisał The Times. The Guardian stwierdził, że „Norwegowie znowu przekraczają Atlantyk zostawiając Anglię na jej małej, wąskiej ziemi”. Po meczu 3,5 tysiąca ludzi wzięło udział w telewizyjnym plebiscycie odpowiadając na pytanie, „czy Taylor powinien odejść?”. 95 proc. powiedziało „tak”. Po Oslo piłkarze wzięli trenera w obronę, ale to było tylko słowa. – On nie zrobił nic złego – mówił Ian Wright. – To nasza wina. To my się skompromitowaliśmy. Nie mogę czytać gazet, oglądać telewizji i słuchać radia. To, co się stało, boli mnie jeszcze bardziej – dodawał David Platt. Akurat tę dwójkę, ze wszystkich angielskich piłkarzy, „winiłbym najmniej”.

Graham Taylor z nagłówkiem "poszukiwany żywy lub martwy"
Graham Taylor z nagłówkiem „poszukiwany żywy lub martwy”

Atmosferę miał polepszyć letni turniej towarzyski w USA. Ale Anglicy przegrali ze Stanami i jazda bez trzymanki była kontynuowana. „Zrezygnuj, zrezygnuj” – nawoływał Daily Mirror i zamieszczał zdjęcie Taylor’a, podobne do listów gończych z Dzikiego Zachodu, z podpisem: „Poszukiwany żywy lub martwy. Graham Taylor – wyjęty spod prawa w angielskim futbolu”. „Angielski futbol umarł ze wstydu” – to tytuł z Daily Expressu. „Yanks (USA) 2 Planks (deski) 0” – nagłówek z „The Sun”.

Wszystko skończyło się po rewanżu z Holandią. – Co tu u diabła się dzieje?! Jeśli ktokolwiek mi powie, że sędziowanie w światowej piłce nożnej jest obiektywne i rzetelne, to znaczy, że żyjemy w różnych światach – wołał Graham Taylor na konferencji po meczu w Rotterdamie. Poszło o sytuację, w której David Platt był faulowany przez Ronalda Koemana. Nie było ani rzutu karnego, ani czerwonej kartki. A na dodatek – Koeman strzelił pierwszego gola dla Holandii. Taylor wiedział, że to jego koniec. Powiedział to nawet sędziemu technicznemu.

– Widzisz, na koniec dnia, będę zwolniony. Powiedz swojemu koledze-sędziemu, że swoimi decyzjami doprowadził do zwolnienia mnie.

Graham Taylor, Elton John i wielki Watford

Ale to nie przez jednego słabego sędziego przestał być trenerem reprezentacji Anglii. Graham Taylor był kiepskim, beznadziejnym wręcz selekcjonerem. Jak pisał Krzysztof Mrówka w Wyborczej: „Powołał 79 piłkarzy i nigdy nie miał drużyny”. Jego chyba jedyną zasługą było publiczne stwierdzenie, że Paul Gascoigne ma problem z alkoholem i trzeba coś z tym zrobić. Natomiast nie jest tak, że zawsze o problemach mówił i chciał się z nimi mierzyć. Jak wynika z relacji opublikowanych już po jego śmierci, gdy pracował w Aston Vilii, miał sygnały, że w klubie dochodzi do molestowania młodzieży. Miał powiedzieć, że lepiej sprawę wyciszyć.

Graham Taylor trenerem ligowym był natomiast wybitnym. W 1972 roku, w Lincoln, zaczął pracę trenerską w wieku zaledwie 28 lat! Był najmłodszym menedżerem w historii ligowego futbolu angielskiego! Od 1977 r., przez dekadę, pracował w Watford Eltona Johna i doprowadził klub z IV ligi do wicemistrzostwa Anglii! Tam nikt nie nazwie go rzepą.

Graham Taylor zmarł 12 stycznia 2017 roku.

B.

Komentarze z numer10.blox.pl

forfit
2017/11/06 15:25:30
W reprezentacji nie szło mu wybitnie, jednak to co zrobił z klubem to zasługuje na ogromny szacunek.
swansonshop
2017/11/07 09:01:18
Za jego czasów reprezentacja to dno było, przegrywali jak szło, teraz wydaje się że Anglia ma złotą erę wszystkie młodzieżówki z tytułami w ostatnim czasie.
Gość: Asadi, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2018/03/07 09:02:43
Ciekawie przybliżyłeś mi tą postać. No najlepszy trener to to nie był ale tak tragiczny też nie, Polska reprezentacja miała gorszych haha :D

Którzy odeszli: Andrzej Biedrzycki

Andrzej Biedrzycki - legenda Stomilu Olsztyn
Andrzej Biedrzycki – legenda Stomilu Olsztyn

Nic nie poradzę – kiedy myślę o Stomilu Olsztyn z okresu mojej największej fascynacji polską ekstraklasą (czyli drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych), to zawsze pojawia się on. Andrzej Biedrzycki, zmarły nagle 21 kwietnia 2017.

Jest on jednym z najtrwalszych symboli olsztyńskiego klubu. Z ośmiu sezonów, które Stomil spędził w najwyższej polskiej klasie rozgrywkowej, Biedrzycki rozegrał w jego barwach siedem. Choć jest wychowankiem Tęczy Biskupiec, to już w wieku 15 lat trafił do Olsztyna i… został. Ze swoją ukochaną drużyną AB grał najpierw w III (do 1988), a później w II lidze. W sezonie 1993/1994 wywalczył historyczny awans do ekstraklasy. Zespół prowadzony przez Bogusława Kaczmarka i Józefa Łobockiego wyprzedzając w tabeli m.in. Petrochemię Płock, Motor Lublin, Jagiellonia Białystok czy GKS Bełchatów. Za ten triumf zawodnicy otrzymali w ramach nagrody Fiaty 126p, które po ostatnim meczu w sezonie miały wjechać na murawę stadionu przy al. Piłsudskiego. Sam Biedrzycki wspominał to tak: „Kiedy wchodziliśmy do I ligi, to było biednie, ale godnie. Jako premie za awans dostawaliśmy „malucha” na dwóch. Większość chłopaków sprzedawała samochody i dzieliła się pieniędzmi po połowie” (źródło). Ciekawa to była załoga, w składzie znajdowali się m.in. Jarosław Talik, Bogusław Oblewski, Tomasz Sokołowski, Sylwester Czereszewski, Bartosz Jurkowski, czy Dariusz Jackiewicz.

Później w latach 1994-2001 olsztynianie nieprzerwanie występowali wśród najlepszych (tutaj zdjęcie zespołu, który rozpoczął pierwszy sezon na szczycie 1994/1995). Losem Stomilu była jednak zwykle walka o utrzymanie, a największymi sukcesami zajęcie 6. miejsca w I lidze w sezonie 1995/96 oraz dotarcie do 1/4 finału Pucharu Polski w 1998/99 i 2000/01. Z ekstraklasą klub pożegnał się w sezonie 2001/2002 (już bez Biedrzyckiego w składzie, który na sezon przeniósł się do Jagiellonii, ale po spadku Stomilu do II ligi wrócił jeszcze na rok, by go wspomóc).

W tym czasie Biedrzycki wykopał sobie wyjątkowe miejsce w klubowej Hall of Fame. Został bowiem zawodnikiem, który rozegrał najwięcej spotkań w ekstraklasie w barwach Stomilu – 196 (kolejny Artur Januszewski ma ich na koncie 129), spędził także najwięcej minut na ekstraklasowych boiskach (AB – 1625; Januszewski – 11297). I to wszystko, mimo że debiutował na najwyższym szczeblu w wieku 28 lat!

Jak przystało na rasowego defensora z lat 90-tych dość rzadko za to trafiał do bramki przeciwnika. W ekstraklasie udało mu się to tylko dwukrotnie (w przegranych meczach z Górnikiem Zabrze [2:3] i Odrą Wodzisław [1:3]). Łącznie, od sezonu 1987/88 do 2002/2003, zagrał w olsztyńskim klubie w 397 ligowych meczach, w których zdobył 27 bramek (tylko w ekstraklasie zatem trafiał rzadko).

Zaraz po zakończeniu kariery wziął się za pracę trenerską. Prowadził przez 8 miesięcy zespół Stomilu, potem też takie ekipy jak Warmia i Mazury Olsztyn (awans do III ligi), Mrągowia Mrągowo, Dobromiejski Klub Sportowy, znowu Mrągowia Mrągowo, OKS Olsztyn (tutaj jako dyrektor sportowy), Start Działdowo, czy GKS Wikielec. Od lipca 2016 był asystentem trenera i kierownikiem Stomilu Olsztyn (a do 2014 również dyrektorem sportowym).

15 kwietnia 2017 zasłabł podczas treningu i trafił do szpitala, gdzie 21 kwietnia zmarł.

Po jego śmierci Stomil zastrzegł numer 2, z którym grał w tym klubie. Do jego grobu została zaś złożona najważniejsza flaga Stomilowców – pierwsza flaga „Stomil Olsztyn – Duma Warmii„, która wisiała na stadionie w latach 90′, kiedy Stomil grał w ekstraklasie (obecnie fani wywieszają replikę).

Polecam również lekturę tych i tych wspomnień.

Nazwisko Biedrzycki jednak nie zniknie jeszcze przez jakiś czas z futbolowych kronik. W piłkę grają bowiem dwaj synowie Andrzeja: Igor (ur. 1993; obecnie w Huraganie Morąg; przedtem m.in. Znicz Pruszków i Stomil) oraz Wiktor (ur. 1997; obecnie w Stomilu).

P.

Włodzimierz Wlodi Smolarek w FC Utrecht. Stary człowiek i może – z Realem, z połamanymi żebrami, z woleja, z rzutu rożnego

Włodzimierz Smolarek na stadionie Utrechtu - 2002 rok /  FOT. DAMIAN KRAMSKI / AGENCJA GAZETA
Włodzimierz Smolarek na stadionie Utrechtu – 2002 rok /
FOT. DAMIAN KRAMSKI / AGENCJA GAZETA

Euzebiusz Smolarek za wcześnie skończył kopać piłkę – najlepiej świadczy o tym fakt, że gdy zagrał swój ostatni ligowy mecz (Jagiellonia Białystok – Ruch Chorzów), był młodszy (miał 32 lata i 144 dni) niż jego ojciec, Włodzimierz Smolarek, gdy rozgrywał pierwsze oficjalne spotkanie w barwach FC Utrecht (32 lata i 188 dni). A Smolarek senior grał w Utrechcie jeszcze ponad sześć lat! Wlodi, jak mówili i pisali o nim Holendrzy, w Utrechcie starzał się pięknie, o czym często się zapomina, podkreślając w jego zagranicznym CV przede wszystkim Eintracht Frankfurt i Feyenoord. Z tych trzech klubów, właśnie w tym najmniejszym czuł się najlepiej i chyba też grał najwspanialej. Jego gole trochę mogły umykać uwadze kibica w pierwszej połowie lat 90., choćby dlatego, że Włodzimierz Smolarek – za wyjątkiem meczu z Holandią – nie był już brany pod uwagę przy powołaniach do reprezentacji, prasa więc pisała o nim mniej niż np. o Romanie Koseckim. Sam już wtedy piłką się interesowałem, ale gole Smolarka w Holandii jakoś mi umykały. Może też dlatego, że skończył z grą w piłkę tuż przed tym, gdy znałem wszystkie składy na pamięć dzięki Sensible Soccer.

Smolarek w rytmie Volare na Feyenoordzie

Pobytu w Feyenoordzie na pewno nie musiał się wstydzić: jego bilans to 46 meczów i 13 goli w Eredivisie i jeden mecz w Pucharze UEFA (z VfB Stuttgart). Bramki zdobył i w meczu z Ajaxem, i z PSV Eindhoven, do tego dołożył hat-trick w derbach ze Spartą. A debiutował w towarzyskim turnieju, spotkaniem z Realem Madryt, wywalczył karnego na remis, po którym zapanowała w Rotterdamie jakaś niebywała – jak na piknikowe znaczenie imprezy – euforia. Nawet trenujący Real Leo Beenhakker zamiast powtarzać z uśmiechem pod nosem „international level”, „little by little – krop po kroku” albo „surprise, surprise, Pazdan”, ewidentnie zaklął szpetnie.

Włodzimierz Smolarek wyprowadzał się z Rotterdamu na przełomie 1989 i 1990 roku, męczyły go nieustanne zmiany na stołkach dyrektorskich i trenerskich, do tego uważał, że gra coraz mniej nie dlatego, że jest słabszy od rywali-obcokrajowców (limit pozwalał wtedy na dwóch w składzie), a że nie pasuje do układu towarzysko-menedżerskiego (twierdził, że grał znajomek dyrektora Stanislav Griga). Odszedł w trakcie sezonu, który dla Feyenoordu zakończył się najgorszym miejscem w lidze holenderskiej w historii – jedenastym! Zamienił Rotterdam na Utrecht, który na początku tego właśnie sezonu, sprał Feyenoord 3:0.


Włodzimierz Smolarek – Feyenoord Rotterdam vs… przez numer10

Kibice Feyenoordu nie tylko nie mieli mu za złe odejścia, ba – nawet, gdy grał z Utrechtem na De Kuip (a pierwsza okazja była od razu, debiut Smolarka w Utrechcie – 20 stycznia 1990 – przytrafił się właśnie w Rotterdamie), śpiewali „Smolarek-oooo” na melodię „Volareeee”. Jak opisywał, we Frankfurcie czuł się jak gastarbeiter, a w Holandii czuł się traktowany jak Holender. Dla nich Wlodi to był swój chłop, który z każdym chętnie poszedłby na ryby – tak przynajmniej wynika z epickiego materiału holenderskiej telewizji.

Włodzimierz Smolarek i FC Utrecht – układ idealny

Właśnie do bramki Feyenoordu, w grudniu 1990 roku, Włodzimierz Smolarek strzelił jednego ze swoich efektowniejszych goli w Holandii. Strzał z woleja i bramkarz był bez szans, tak jak cały zespół z Rotterdamu był tego dnia w starciu z Utrechtem bezradny jak biedronka przewrócona na plecy. A Smolarek w meczu, z poprzednim pracodawcą, był najlepszy na boisku – strzelił jednego gola, ale mógł, a nawet powinien dwa-trzy.

Miał więc na rozkładzie Feyenoord, miał też pozostałych mocarzy z wielkiej trójki niderlandzkich klubów. W krótkim czasie po meczu Holandia – Polska 2:2 (w październiku 1992), w którym zmarnował piłkę meczową na 2:3, trafił i do bramki Hansa van Breukelena z PSV Eindhoven, i do bramki broniącego w tamtym meczu reprezentacji Stanleya Menzo z Ajaksu Amsterdam. O tym drugim w książce Jacka Perzyńskiego „Smolar. Piłkarz z charakterem” możemy przeczytać: „Był to chyba mój jedyny zdobyty gol w karierze, po którym zbytnio się nie cieszyłem. Koledzy z drużyny i kibice nie wiedzieli dlaczego. Jeszcze bardziej zdziwili się, gdy podleciał do mnie uśmiechnięty Stanley Menzo, złapał mnie wpół i powiedział: ‘Widzisz, Smoli, takie jest życie – dzisiaj ty byłeś górą, wcześniej ja’. Dreszcz emocji ze mnie schodził, do końca meczu jak bumerang wracała do mnie ta myśl o niewykorzystanej sytuacji z meczu z Holandią. Wolałbym strzelić w reprezentacji Polski, a nie strzelić w klubie. Stało się inaczej, a ja będę ten mecz pamiętał do końca życia”.

Mecz z Holandią był bowiem ostatnim Włodzimierza Smolarka w reprezentacji Polski.

W spotkaniach Ajax – Utrecht strzelił jeszcze potem dwa razy, pokonał też swojego kolegę Henryka Bolestę, który po krótkim pobycie w Feyenoordzie znalazł miejsce w bramce Rody Kerkrade. W końcu zdobył nawet gola bezpośrednio z rzutu rożnego, prosto do bramki RKC Walwijk.

Wszystkie te wspomnienia bledną jednak przy golu w Pucharze UEFA, strzelonym na 1:0 w spotkaniu z Realem Madryt. By do tego meczu doszło, Utrecht musiał wyeliminować Sturm Graz, w czym Włodzimierz Smolarek pomógł dwoma golami.

Wlodi Smolarek i gol z Realem Madryt


Włodzimierz Wlodi Smolarek – gole dla FC Utrecht przez numer10

Gol z Realem to niesamowita historia, bo Wlodi Smolarek w tym meczu w ogóle nie powinien grać. Nikt z połamanymi żebrami nie powinien grać w piłkę. Jeszcze raz fragment „Smolara” Jacka Perzyńskiego.

– Po meczu ligowym miałem połamane żebra i nic nie wskazywało na to, że zagram (…). W dniu meczu, a graliśmy pierwsze spotkanie u siebie, o piątej rano byłem jeszcze w szpitalu. Żebra były niezrośnięte i cały czas byłem poowijany bandażami. Byłem w ten sposób usztywniony. Zdecydowałem, że w meczu zagram na własną odpowiedzialność, chociaż mało kto wiedział, jak poważna była moja kontuzja. O tym, że jestem jeszcze połamany i poowijany bandażami, nie wiedział w klubie prawie nikt. Kibice byli zadowoleni, ale zastanawiali się tylko, dlaczego nie wyskakuję do górnych piłek. Nie zdawali sobie sprawy z tego, co miałem pod koszulką. (…) Czułem się na tyle silny, że wiedziałem, że dam sobie radę. Wyszedłem na boisko, przeleciałem się trochę po nim i pomyślałem sobie, że jest nieźle. W osiemnastej minucie daję prowadzenie Utrechtowi 1:0. Po strzelonym golu nie skakałem z radości i starałem się bardzo oschle przyjmować gratulacje kolegów, bo to mogło być przyczyną odnowienia się kontuzji. Założyłem sobie, że muszę dograć do końca pierwszej połowy. Tak też było.

Po rozmowie z trenerem Abbem Tafficiem uznał, że już wystarczy tego grania – ostatni oficjalny mecz zagrał 30 marca 1996 z FC Groningen, potem miał jeszcze pożegnanie podczas towarzyskiego spotkania z Sheffield Wednesday. Ze światem, Włodzimierz Smolarek, jeden z najlepszych piłkarzy w historii Polski, pożegnał się 7 marca 2012 r.

Którzy odeszli: Cesare Maldini

Należę już do pokolenia, które z boiska zna wyłącznie jego syna – Paolo Maldiniego. Cesare kojarzę już tylko z ławki trenerskiej, choć aura legendy AC Milan wciąż nad nim się unosiła. Cesare Maldini, wielki kapitan wielkiej drużyny przełomu 50. i 60. lat.

mal

Jego piętnastoletnią karierę piłkarską długością bije jednak aktywność trenerska. Szkoleniem kolejnych pokoleń zawodników zajmował się bowiem aż trzy dekady (1972 – 2002). Pomimo historycznego oddechu jego pracy w tej branży, to rzadko gościł on w Polsce. Jako pierwszy trener seniorskich drużyn (ma on też w dorobku także pracę asystenta dorosłej kadry Włoch oraz zawiadowanie kadrą U-21 [trzy mistrzostwa Europy z rzędu – 1992, 1994 i 1996!]) raptem dwukrotnie meldował się on w naszej ojczyźnie.

W październiku 1972 roku prowadzeni przez niego rossoneri w 1/8 Pucharu Zdobywców Pucharu trafili na Legię Warszawa. W stolicy Polski było 1:1 (gole: Deyna – Golin). Opis tego wydarzenia można znaleźć tutaj. W rewanżu zaś lepsi okazali się Włosi (2:1), ale aby to udowodnić potrzebowali dogrywki (gole: Zignoli, Chiarugi – Pieszko). AC Milan zwyciężał w całych rozgrywkach, ale to Wojskowi byli drużyną, która postawiła im największy opór.

Druga wizyta odbyła się niemal ćwierć wieku później. W eliminacjach do MŚ 1998 los skojarzył Polaków właśnie z prowadzonymi przez Maldiniego Włochami (a także Anglią, Gruzją i Mołdawią). W kwietniu 1997 roku w Chorzowie padł bezbramkowy remis, mimo że to biało-czerwoni mieli lepsze okazje do zdobycia bramki.

W rozgrywanym kilka tygodni później rewanżu nie było już przebacz i Orły Piechniczka dostały już od ekipy Maldiniego prawdziwego łupnia (0:3).

Potem Squadra azzura awansowała na MŚ 1998. Tam zasadniczo pokazała się z dobrej strony (2:2 z Chile, 3:0 z Kamerunem, 2:1 z Austrią w grupie, 1:0 z Norwegią w 1/8), ale odpadła w ćwierćfinale (0:0 i k. 3:4 z Francją), zawodząc chyba jednak nadzieje swoich fanów. Po mundialu Maldini podał się do dymisji.

Na marginesie można wspomnieć, że mistrzostwa wrócił on cztery lata później. Dość niespodziewanie otrzymał propozycję prowadzenia reprezentacji Paragwaju na MŚ 2002. Jego podopiecznym udało się wyjść z grupy prezentując ofensywną piłkę (2:2 z RPA, 1:3 z Hiszpanią i 3:1 ze Słowenią), jednak w 1/8 finału przegrali z Niemcami (0:1). 70-letni wówczas Maldini był najstarszym selekcjonerem uczestniczącym w tamtym turnieju.

Cesare Maldini już nie poprowadzi żadnej drużyny na mundialu, ani nie odwiedzi Polski.

Zmarł 3 kwietnia 2016 roku w wieku 84 lat.

P.

PS O Cesare wspominaliśmy już kiedyś na blogu tutaj. A Maldiniemu jr. poświęciliśmy nawet tryptyk.

Którzy odeszli: I am Ali

ali

– To jest mikrofon. Kiedy będziesz dużą dziewczynką, będę ci włączał to nagranie, byś mogła posłuchać, jak to było, gdy byłaś mała – mówi Muhammad Ali do swojej córeczki.

Kaseta w magnetofonie, przyciskamy play i słuchamy, jak wielki bokser gawędzi ze swoimi małymi dziećmi. Nagrań, które stanowią osnowę dokumentu „I am Ali” – prosto od twórców fantastycznego „Sugarmena” – jest kilkanaście, to one w dużym stopniu sprawiają, że ten film to coś większego niż tylko the best of Ali na YouTubie w wersji HD.

To w równym stopniu historia tego – proszę wybaczyć banał – kim był jako człowiek, jak i jakim był bokserem. A może przede wszystkim to opowieść o tym, kim był Ali jako rodzic.

Boks? O tym jak podczas walk dogadywał rywalom – na to mocno czekałem – opowiada tu tylko George Foreman. Samych szopek dookoła walk oglądamy jednak kilka. Zagorzali fani boksu za wiele nowego w warstwie sportowej w tym filmie pewnie nie dostają, ale ja do nich nie należę, więc np. ujęcia z Zairu sprzed „Rumble in the Jungle” zdają mi się być prawdziwą perłą.

Dokument miał premierę 20 miesięcy przed śmiercią legendy sportu, ale na szczęście nie jest zbyt rzewny. O chorobie sportowca wspomina się w zaledwie kilku zdaniach. Jest za to wzruszająco, gdy trener opowiada historię ciężko chorego chłopca, wspieranego przez pięściarza.

Pewnie najlepiej to, jaki był Muhammad Ali, oddaje opowieść o słynnej okładce magazynu „Esquire”. Jak zgodę na pozowanie a’la św. Sebastian musiał mu dać jego duchowy mentor. Sama sesja zdjęciowa też trwała długo, jak wspomina fotograf:

– Strzały nie chciały się trzymać. A on sam strasznie się wiercił. Wymagał dużo uwagi.

Taki już był Muhammad Ali.

B.

Którzy odeszli: Adam Grad

grad1

Miałem to szczęście, że pierwszy sezon ekstraklasy, który pamiętam (1994/1995), był też ostatnim, w którym grały aż trzy kluby z Poznania: Lech, Olimpia i Warta. Całej tej trójce starałem się kibicować ze wszystkich sił, jakie może mieć 7-8-latek – przy czym było to kibicowanie na zasadzie sprawdzania wyników w studiu S-13, sporcie po „Wiadomościach” oraz gazetach sportowych.

Całej trójce – czyli Olimpii też. Po reakcjach braci wyczuwałem, że coś z tym klubem jest nie tak, ale widocznie uznali, że gwardyjsko-milicyjne pochodzenie oraz rządy Bolesława Krzyżostaniaka to zbyt skomplikowane sprawy, by mnie wtedy z nimi zaznajamiać.

Olimpię, a później Olimpię / Lechię Gdańsk upodobałem sobie jako jeden z kilku zespołów do gry w piłkarzyki na sprężynkach, w naszym domu nazywane od wydawanego dźwięku „Brzdęk Brzdęk” (wszystkie prawa do nazwy zastrzeżone). Każdy zawodnik na sprężynce był przyporządkowany do jednego prawdziwego piłkarza. Jednym z najlepszych w Olimpii i w mojej grze był Adam Grad.

Przeżył 45 lat, zmarł 7 lutego tego roku, a ja tego dnia zacząłem się zastanawiać, czy widziałem *w całości* choć jeden mecz z jego udziałem. Raczej nie.

Tak już się życie Adama Grada potoczyło – gdy wydawało się, że lada moment odniesie sukces (lub chociaż sukcesik), domek z kart się zawalał. Najlepszy (i chyba zresztą jedyny kompetentny) tekst na ten temat napisał Antoni Bugajski w Przeglądzie Sportowym. Adam Grad kolejny raz miał złamać zakazu balowania nałożony przez Janusza Wójcika. Czy gdyby tego nie zrobił, zostałby gwiazdą igrzysk w Barcelonie? Czy w ogóle by na nie pojechał? Trudno powiedzieć – umówmy się, że olimpijska napastników miała wybornych, a Adam Grad sezon 1991/1992 skończył z zaledwie dwoma golami ligowymi dla ŁKS (Mirosław Waligóra miał ich aż 20, Andrzej Juskowiak i Wojciech Kowalczyk – po 11, Grzegorz Mielcarski – 9).

Janusz Wójcik musiałby być naprawdę sentymentalny i pamiętać, że to właśnie Adam Grad dał pierwsze zwycięstwo w debiucie tamtej jego drużyny. To był towarzyski mecz z Bułgarią w Jaworznie (22.08.1989).

Polska zagrała w składzie: Kłak – Adamczyk, Łapiński, Wałdoch, Gajewski – Kamiński (69. Drączkowski), Koseła, Pyc (29. Brzęczek), Tułacz (72. Wilk) – Staniek (82. Jaworek), Grad. Gole: Grad 33., 35.

Potem strzelił też z Izraelem i w dużo ważniejszej, eliminacyjnej grze z Turcją.

Zaczynał w Energetyku Łódź, a spośród kilkunastu klubów, z którymi był związany, najbardziej kojarzony jest z Łódzkim Klubem Sportowym. Tu wypłynął na szerokie wody, gola zdobył już w debiucie z Pogonią. Na youtube znaleźć można jednego jego gola z czasów ŁKS (pierwszy film od 2:05) i jednego z Olimpii z derbów Poznania z Lechem (drugi film).

 

Objechał Polskę od Jeleniej Góry (Karkonosze trenowane przez Marka Chojnackiego, z Pawłem Primelem w bramce i Januszem Gałuszką w obronie) do Białegostoku (17 goli Grada nie uratowały Jagiellonii przed spadkiem do III ligi – więcej na Jurowiecka 21), od Tychów po Gdańsk – dwa żegnające się z ekstraklasą miasta. Grał i w Koninie, i w Krotoszynie, i w Mławie, i w Skierniewicach, i w Staszowie, i w Tarnobrzegu i na końcu w Tuszynie. I w tureckim Kayserisporze też.

Pewnie najbliżej wyjścia na prostą był w Koronie Kielce.

Zanim Korona po wejściu Kolportera zatrudniła jako trenera Dariusza Wdowczyka, to właśnie Adam Grad – jako najbardziej doświadczony z nowych piłkarzy – prowadził treningi po Tomaszu Muchińskim. W sezonie 2002/2003 był wielkim liderem Korony i – z 15 golami – jej najlepszym strzelcem. Ale ligę wyżej weszła wtedy Cracovia, a już po jesieni 2003 miał się pakować i wyjeżdżać z Kielc. I na wyższy poziom Adam Grad już nie wszedł.

grad2

B.

Którzy odeszli: Wojciech Wąsikiewicz

z5847438Q

To był jeden z najbardziej „wielkopolskich” szkoleniowców w historii ekstraklasy. Wojciech Wąsikiewicz trenował wszystkie kluby z ambicjami na terenie tego województwa. Jednocześnie zapisał się na kartach polskiego futbolu jako jeden z głównych trybików korupcyjnej machiny. Postać tragiczna.

Na świat przyszedł w stolicy Wielkopolski (1946 rok) i z tym regionem związany był przez większość swojej działalności w sporcie. Nie zrobił furory jako piłkarz. Ukończył naszą Akademię Wychowania Fizycznego, ale szczytem jego boiskowych osiągnięć były rezerwy Olimpii Poznań. Znacznie mocniej zaznaczył swoją obecność w światku trenerskim.

Najpierw prowadził poznańskie klubu z niższych lig (Admira, Grunwald) oraz Olimpię Poznań. W latach 1985 – 1990 trenował piątoligową wówczas Dyskobolię Grodzisk Wielkopolski. W sezonie 1992/1993 objął stery Warty Poznań, którą poprowadził do awansu do ekstraklasy (po 43 latach przerwy). Po tym sukcesie, ku zaskoczeniu kibiców, Wąsikiewicz zdecydował się opuścić Zielonych i sięgnął po posadę szkoleniowca Sokoła Pniewy (zespół ukończył rozgrywki na 10. miejscu w ekstraklasie). Szybko jednak wrócił na Drogę Dębińską. Kolejny bowiem sezon (1994/1995) to jego powrót do Warty. Powrót ten okazał się przykry, bo Zieloni spadli do II ligi.

Przez następne dwa lata Wąsikiewicz nie mógł znaleźć posady pierwszego trenera i zadowalał się pracą asystenta (w Petrochemii Płock i Olimpii/Lechii Gdańsk). Lepsze czasy przyszły dopiero wraz z sezonem 1997/1998. Wtedy objął zespół Amiki Wronki.

Dziś znamy już kulisy ówczesnego działania wronieckiego klubu, ale to właśnie Wąsikiewicz firmuje swoim nazwiskiem jeden z największych sukcesów Amiki – Puchar Polski 1998 („słynny” finał z Aluminium Konin) oraz Superpuchar Polski 1998. To wtedy Fryzjer miał powiedzieć o nim, że to „co najwyżej trener trzecioligowy, ale z pierwszoligowymi wynikami”.

W sezonie 1998/1999 popularny „Wąs” prowadził już drugoligowe Aluminium Konin. W kwietniu 2000 roku został natomiast trenerem Lecha Poznań.

To był wówczas szalenie trudny czas dla Kolejorza. Klub drżał w posadach i coraz szybciej osuwał się w stronę II ligi. Od początku sezonu 1999/2000 pracę straciło już trzech trenerów: Adam Topolski, Marian Kurowski i Zbigniew Franiak. Wąsikiewicz dokończył sezon na Bułgarskiej. I zgasił światło. Poprowadził zespół w sześciu meczach ligowych: Lech – Petro 1:0; Wisła – Lech 2:0; Lech – Widzew 3:5; ŁKS – Lech 1:0; Lech – Ruch Radzionków 3:1; Lech – Dyskobolia 0:0. Bilans: 2 zwycięstwa – 1 remis – 3 porażki. Bezbramkowy remis z Dyskobolią w ostatniej kolejce oznaczał spadek zespołu z ekstraklasy. Jeszcze tego samego dnia „Wąs” pożegnał się z klubem.

Dalsza praca trenerska Wąsikiewicza to historia bez sukcesów. Trener próbował szczęścia w Górniku Łęczna (2000) oraz Warcie Poznań (2001-2004). W sezonie 2005-2006 prowadził Arkę Gdynia, a później pełnił obowiązki trenera-koordynatora w Unii Janikowo i Piaście Choszczno.

W następstwie wybuchu afery korupcyjnej i ujawnianiu kolejnych faktów z nią związanych został zatrzymany i w grudniu 2007 roku skazany prawomocnym wyrokiem na 3,5 roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 7 lat za udział w ustawianiu wyników Arki Gdynia. Wąsikiewicz przyznał się do winy i dobrowolnie poddał się karze. Do tego udzielił również szczegółowo opowiedział jak wygląda proces organizacyjny kupowania punktów (do wglądu tutaj), mimo że przedtem zapewniał o swojej niewinności. Po tych wydarzeniach usunął się w cień.

Na ławce szkoleniowej pojawił się nieoczekiwanie w Concordii Murowana Goślina, jednak w kwietniu 2009 roku Wydział Dyscypliny PZPN nałożył na niego roczny zakaz trenowania drużyn piłkarskich. Później w rolę trenera wszedł już tylko raz. W 2011 roku pomagał Pawłowi Kaczorowskiemu w prowadzeniu II-ligowego Tura Turek.

Zmarł 4 marca 2015 roku, po długiej i ciężkiej chorobie nowotworowej.

Jeszcze w czasie, gdy już zmagał się chorował, to wciąż można go było spotkać na trybunach wielkopolskich stadionów. Naprawdę kochał futbol, a tragizm jego postaci polega na tym, że przez wiele lat przyczyniał się jej psucia i demoralizacji.

Bez względu na jego moralną ocenę w taki dzień jak dziś warto w Poznaniu pamiętać o trenerze, który prowadził w ekstraklasie Wartę, Sokoła, Amikę i Lecha.

P.

Tekst na podstawie artykułu

z programu meczowego Lecha Poznań

Którzy odeszli: Luis Aragones

Choć był architektem największej reprezentacyjnej drużyny XXI wieku, to odchodził w ciszy. Luis Aragones zmarł na białaczkę 1 lutego 2014 roku, ale tylko uważne oko wyłuskało tę wiadomości w zalewie newsów.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że wyjątkowo dowcipna ręka prowadziła Aragonesa przez kolejne trenerskie ławki. Choć szkoleniowe sukcesy odnosił w Primera Division już od lat siedemdziesiątych (mistrzostwo 1977 z Atletico), to selekcjonerem narodowej kadry został dopiero w wieku 66 lat! Jego kandydatura była co prawda poważnie brana pod uwagę w latach dziewięćdziesiątych – za pierwszym razem postawiono jednak na Vicente Mierę (1991), a za drugim na Jose Antonio Camacho (1998).

Być może jednak tak miało być, być może Aragones miał nie trafić na przeciętny skład La Furia Roja z początku ostatniej dekady XX wieku, być może miał też nie nadziać się na pajaca udającego sędziego na MŚ 2002 w meczu z Koreą. Dzięki temu dokonał czegoś, co nie udało się jego bezpośrednim poprzednikom – zdobył mistrzostwo Europy w 2008 roku.

Do dziś zastanawiam się, czy ekipa Hiszpanii z 2008 roku była faktycznie lepsza niż ta z MŚ 2002 (Camacho, skandaliczna porażka z Koreą w 1/4 finału) czy nawet prowadzonej już przez Aragonesa załogi na MŚ 2006 (fenomenalne występy w grupie i później porażka w 1/8 finału z Francją). Faktem jednak jest, że zespół z Austrii i Szwajcarii, poza wielkimi umiejętnościami piłkarskimi, miał to coś, co muszą mieć mistrzowie. Co?

Przebłysk szczęścia. Moment fartu. Ta sekunda, w której decyduje się – jak malowniczo opowiadał Woody Allen w „Match Point” – czy piłeczka uderzona w siatkę spadnie na Twoje pole, czy pole przeciwnika.

Dla Hiszpanów na EURO 2008 takim momentem był ćwierćfinał z mordującymi przedtem futbol na turnieju Włochami. Wymęczeni podopieczni Aragonesa (komplet zwycięstw w grupie) trafili na mur, z którym nie mieli sił i pomysłu sobie poradzić. Po 90 minutach i dogrywce na tablicy widniało wciąż 0:0 i nadeszły rzuty karne. Było już 3-2 dla Hiszpanii (pomylił się De Rossi) i wystarczyłoby, że piłkę w bramce umieściłby Guiza i byłoby po zawodach. Ten jednak się pomylił i awans zawisnął na włosku. Wtedy jednak ktoś podał Aragonesowi rękę, piłeczka spadła po właściwej stronie. Do piłki podszedł bowiem Di Natale, ale się pomylił. Chwilę później kropkę nad „i” postawił Fabregas.

Później leciało już z górki, zarówno w półfinale z Rosją, jak i finale z Niemcami. Hiszpanie dali radę, Aragones dał radę. Te triumf ukształtował zespół i stworzył drużynę, która później, już pod wodzą Del Bosque, sięgała po mistrzostwo świata 2010 i mistrzostwo Europy 2012. Zachęcam, żeby porównać sobie kadry Hiszpanów na tych turniejach. Rotacja personalna porównywalna jest tam z rotacją prezydentów Poznania, Wrocławia czy Krakowa. Aragones miał więc szczęście, ale miał też wizję.

Na zakończenie dodam także, że cenię go za coś jeszcze. W chwili triumfu na EURO 2008 był tuż przed siedemdziesiątymi urodzinami. Wracił do kraju w glorii mistrza. Większość trenerów na jego miejscu usiadłoby w hamaku i z tej pozycji komentowała krajowe rozgrywki. Co zrobił Aragones? Przepakował walizki i poleciał prowadzić Fenerbahce Stambuł, czyli zasiąść na jednym z najgorętszych stołków w Europie! I faktycznie stołek go oparzył, bo po niecałym roku podziękowano mu za współpracę.

Myślę jednak, że wycieczki nie żałował, bo po prostu kochał tę robotę.

P.