Archiwum kategorii: historie

Waldemar i „Mateusz”

To historia piękna i tragiczna zarazem. Po raz pierwszy usłyszałem ją dwa lata temu. Teraz wróciła do mnie za sprawą piątkowej „Godziny prawdy” prowadzonej w Trójce przez Michała Olszańskiego.

To historia Waldemara Dąbrowskiego – kiedyś świetnego hokeisty na lodzie; potem życiowego rozbitka; a obecnie człowieka, który całego siebie wkłada w pomoc innym. Ten były zawodnik Pomorzanina Toruń i kilku zagranicznych klubów (głównie z Niemiec i Austrii), osiągnął w życiu wiele, ale niemal wszystko stracił przez nałogi. Po kilku latach zapaści stanął na nogi i całą swoją siłę włożył w stworzenie domu-ośrodka postpenitencjarnego „Mateusz”. Jest on czasowym schronieniem dla osób opuszczających więzienie, a poprzez terapię psychologiczną, edukację oraz pracę, pomaga mieszkańcom wrócić do normalnego życia wśród innych ludzi.

To historia, która została już opowiedziana kilkukrotnie, więc tylko odeślę w odpowiednie miejsca. Warto obejrzeć poniższy materiał (ale polecam również pozostałe materiały filmowe dotyczące „Mateusza” na kanale Fundacji FECWIS):

Warto obejrzeć także ten materiał. A tutaj profil facebookwy „Mateusza”. Poza tym polecam teksty o Waldemarze Dąbrowski i jego działaniach – tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj i tutaj, a także tutaj, tutaj i tutaj.

To historia, która pokazuje, jak kruche bywa to, co wydaje się sukcesem i szczęściem. Ale pokazuje także, że nie ma takiego dna, z którego nie można się odbić.

P.

PS Rozmowa z „Godziny Prawdy” do odsłuchania tutaj. Polecam także nagrania innych „sportowych” rozmów – np. z Jerzym Górskim, Adamem Bieleckim, Czesławem Langiem albo Markiem Koźmińskim. Zresztą warto samodzielnie poszperać w archiwum, bo jest ich naprawdę dużo.

Marek Citko czyli spełnienie w niespełnieniu

Marek Citko

Marek Citko20 lat temu na murawie stadionu w Zabrzu, miało miejsce jedno z ważniejszych wydarzeń w najnowszych dziejach polskiego futbolu. Kiedy w 62 minucie ligowego meczu przeciwko miejscowemu Górnikowi, Marek Citko wyskakiwał do pojedynku o górną piłkę, nie mógł nawet przeczuwać, że gdy za moment boleśnie wyląduje na ziemi, w jego życiu zmieni się, jeśli nie wszystko, to bardzo wiele. To być może najsłynniejsza kontuzja w całej historii futbolu nad Wisłą. Chyba tylko na boiskowy powrót Lubańskiego piłkarscy kibice w naszym kraju czekali z równie wielką nadzieją, jak na chwilę, gdy Citko znów wybiegnie na murawę czarować swą widowiskową grą. Okazało się jednak, że podobnie jak w przypadku Lubańskiego czy Nawałki, również i dla Citki powrót do tego, co było, nigdy już nie będzie możliwy. Kontuzja doznana wczesnym sobotnim popołudniem 17 maja 1997 roku w ogromnej mierze przekreśliła „brazylijczykowi z Białegostoku” – jak nazwał go kiedyś Franciszek Smuda – wspaniale zapowiadającą się międzynarodową karierę oraz uniemożliwiła wdarcie się do najściślejszego panteonu prawdziwych piłkarskich legend Rzeczpospolitej, a może nawet i do czegoś znacznie więcej.

Był moim pierwszym i ostatnim, rodzimym, prawdziwym piłkarskim idolem. Po nim nie było już nikogo. Gdy w dniu moich osiemnastych urodzin strzelał swą niezapomnianą bramkę na Wembley, rozkochał w sobie całą sportową Polskę, powodując wybuch zjawiska, którego fenomen ówczesny dziennikarz tygodnika „Piłka nożna” – Janusz Atlas, określił mianem „Citkomanii”. Zjawiska bezprecedensowego i niepowtarzalnego w naszych futbolowych dziejach. Marek Citko był bowiem nosicielem zupełnie nadzwyczajnego piłkarskiego talentu. Miał zadatki na wielkiego gracza światowego formatu. Ilu mieliśmy w ostatnim stuleciu polskich prawdziwych futbolowych artystów, geniuszów dryblingu, graczy, którzy niemal w pojedynkę mecz z własnym udziałem potrafili uczynić niepowtarzalnym spektaklem? Być może Wilimowski. Pewnie Deyna. Raczej Okoński. Może ktoś tam jeszcze. Tylko, że Okoński nie miał swojego koncertu na Wembley w biało-czerwonym trykocie.

„Rośnie nam wielki piłkarz” – ekscytował się po kolejnym znakomitym zagraniu Citki w meczu z Anglią, współkomentujący wówczas to spotkanie Zbigniew Boniek. Wydawało się naprawdę, że były gracz Juventusu doczekał się wreszcie swego godnego następcy. Ale Citko wielkiego futbolu dotykał niestety bardzo krótko. Kontuzja w jednym momencie bezlitośnie ucięła marzenia o wspaniałej piłkarskiej karierze. Z perspektywy czasu śmiało można jednak stwierdzić, że swoje przysłowiowe 5 minut, czy raczej kilkanaście miesięcy, jakie dostał, by pokazać się futbolowemu światu, wykorzystał najlepiej jak tylko mógł. Dokonał w tym czasie więcej niż niejeden polski piłkarz przez 20 lat kariery. Strzelał bramki Anglii, Brazylii, Borussii Dortmund czy w sposób najspektakularniejszy z możliwych – Atletico Madryt. Na krótką chwilę rozkochał w sobie piłkarską Europę. Po raz pierwszy od czasów Bońka o polskiego gracza biły się największe klubowe firmy Starego Kontynentu. A przede wszystkim w czasach posuchy epoki szesnastolecia międzymundialowego, był Citko uosobieniem nadziei polskich kibiców na lepsze czasy naszego futbolu. Kimś, kto na krótki czas zapalił światło w ciemnym pokoju oczekiwania na sportowy sukces. Mimo, że patrząc na całą sprawę wyłącznie szkiełkiem i okiem, był on przecież tylko wielkim wygranym przegranych meczów. Piłkarzem, który nigdy nie zagrał w ważnej imprezie, a dorobek reprezentacyjny zamknął na identycznym bilansie, jaki jest udziałem choćby Macieja Iwańskiego.

Citko przychodzi na świat w roku, w którym polski futbol święci na zachodnioniemieckim mundialu swe największe triumfy. Gdy w wieku szesnastu lat, młody wychowanek białostockiego Włókniarza przenosi się do potężniejszego sąsiada zza miedzy, Jagiellonia właśnie dopiero co z hukiem spada z ekstraklasy, choć przecież jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej toczy niezapomniany bój w finale Pucharu Polski z warszawską Legią. Citko w Jadze trafia pod skrzydła trenera Ryszarda Karalusa (to od niego przejmował białostocki zespół Janusz Wójcik, zanim wprowadził go w 1987 roku po raz pierwszy w historii do ekstraklasy), dysponującego wówczas naprawdę ciekawą grupą graczy, którzy po latach będą w polskim futbolu znaczyć bardzo wiele. Marek Citko, Mariusz Piekarski, Tomasz Frankowski, Jacek Chańko, Bartosz Jurkowski czy Daniel Bogusz to piłkarze, którzy od Karalusa słyszeć będą jak mantrę, że to „technika, technika, technika” jest w piłce najważniejsza. Citko nigdy tej nauki nie zapomni i dzięki temu jego gra wielokrotnie pieścić będzie oczy futbolowych fanów w naszym kraju. Podczas rozmowy z Dariuszem Faronem dla Onet.pl, Karalus tak wspomina Citkę: Od początku się wyróżniał. Dobrze grał ciałem, miał silne nogi. W młodszych rocznikach nie zabraniałem dryblingu, a w grze jeden na jeden, która jest tak ważna, Marek radził sobie kapitalnie.

16-letni białostoczanin grywa w juniorskiej reprezentacji Polski, prowadzonej przez Wiktora Stasiuka. W maju 1990 roku nie załapuje się jeszcze do kadry (czołowymi postaciami tamtej ekipy byli m.in. Onyszko, Ratajczyk, Chańko czy Wojciechowski) na Mistrzostwa Europy w NRD, która przywiezie stamtąd brązowe medale. Ale w sierpniu tego roku Citko strzela już gole w koszulce z orłem na piersi, zarówno Norwegom, jak i Węgrom. W turnieju eliminacyjnym do kolejnego europejskiego czempionatu, Citko gra w zdecydowanej większości spotkań, Irlandczykom strzeli nawet gola w Warszawie, ale jest raczej głównie zmiennikiem dla Sazonowicza czy Apryjasa. 3 czerwca 1992 roku zagra jeszcze pierwsze 41 minut w towarzyskim spotkaniu z Czechosłowacją, po czym nastąpi trwająca niemal trzy i pół roku przerwa w jego przygodzie z reprezentacyjną koszulką. Podczas lipcowego, kończącego się dosłownie kilka dni przed rozpoczęciem igrzysk olimpijskich w Barcelonie, turnieju Mistrzostw Europy juniorów w Niemczech, znów zabraknie dla niego miejsca. W pierwszej linii zespołu Stasiuka grają tam wtedy Moskalewicz, Bociek czy Róg (w ekipie są również takie postaci, jak Wyparło, Ledwoń, Bogusz, Ratajczyk, Berensztajn czy Wojciechowski). Biało-czerwoni przegrywają zarówno z Anglikami, jak i Niemcami i szybko odpadają z turnieju. Na pociechę pozostaje Citce wywalczone w imponującym stylu z Jagiellonią pod wodzą Ryszarda Karalusa, 8 lipca 1992 roku, mistrzostwo Polski juniorów. Jednak absencja na niemieckim turnieju to bolesny i zarazem jeden z kluczowych momentów w karierze Marka Citki. Po latach, w książce Bogdana Rymanowskiego „Gracze”, będzie to wspominać następująco: Reprezentacja kraju to jest coś pięknego. Od dzieciństwa o niej marzyłem. (…) Kiedy z Jagiellonią zdobyliśmy tytuł Mistrza Polski juniorów, moi klubowi koledzy pojechali na Mistrzostwa Europy juniorów. Ja powołania nie dostałem. Wracałem ze zgrupowania pociągiem i pół drogi przepłakałem. Ale powiedziałem sobie, że biorę się za siebie i że im wszystkim pokażę. Szkoła, treningi. Zacząłem się zdrowo odżywiać. Tak mnie ta porażka nakręciła, że szedłem już tylko do przodu.

W tak zwanym międzyczasie wychowanek Włókniarza zaczyna powolutku przebijać się do piłki seniorskiej. W czerwcu 1991 roku Jagiellonia jest już jedną nogą w ekstraklasie. W barażowym meczu pokonuje w Sosnowcu tamtejsze Zagłębie 2:0. Ale w rewanżu na własnym boisku gospodarze dokonują rzeczy niemal niemożliwej. Wypuszczają awans z rąk. Gdy po godzinie gry, młodziutki Citko schodzi z boiska, jego zespół przegrywa z piłkarzami z Sosnowca 0:1. Ale podopieczni Zbigniewa Mygi, wśród których brylują m.in. Czerwiec i Mandrysz, dokładają drugiego gola i ostatecznie po serii jedenastek goście wywalczają pierwszoligowy awans.

Rok później Jaga powraca jednak do ekstraklasy. A gdy po Szerszenowiczu trenerem zespołu zostaje były bramkarz Mirosław Sowiński, 18-letni Citko dostaje swą upragnioną szansę na pierwszoligowe szlify. 26 września 1992 roku przed własną publicznością Marek Citko debiutuje w rozgrywkach ekstraklasy, zmieniając w 67 minucie bezbramkowego meczu z GKS Katowice Roberta Grzankę. Gdy w rundzie wiosennej pierwszy zespół obejmie Ryszard Karalus, który odważnie stawia na swych młodych wychowanków, Citko będzie grywał już regularnie, a 13 marca 1993 roku w białostockim meczu przeciwko poznańskiej Olimpii uzyska swe pierwsze trafienie na dorosłych boiskach. Ponad miesiąc później, również przed własną publicznością pokona także Adama Matyska z wrocławskiego Śląska i zakończy sezon z dwoma trafieniami na koncie oraz spadnie z hukiem wraz ze swym klubem na drugoligowe zaplecze. Tam jesienią tworzyć będzie duet napastników z białostocką gwiazdą – Jackiem Bayerem i spędzi na tym poziomie rozgrywkowym dwa następne sezony, strzelając łącznie 10 goli.

I wcale nie wykluczone, że Citko ugrzązłby tam na dobre, ale wiosną 1995 roku Jagiellonia gra sparing z pierwszoligową Stalą Mielec. Stal trenuje wówczas Franciszek Smuda i jest on pod ogromnym wrażeniem gry wychowanka Włókniarza. Zaraz po meczu Smuda proponuje mieleckim decydentom, by jak najszybciej ściągnęli Citkę do Stali. Oni jednak przygotowywali się raczej powoli do pożegnania z Franzem i nie byli nadmiernie skorzy do realizacji jego transferowych zamierzeń. Kilka tygodni później, na początku maja 1995 roku, Smuda jest już w łódzkim Widzewie, gdzie przejmuje posadę po Władysławie Stachurskim i nie zapomina o Citce. Wypytuje o niego wielokrotnie obrońcę Widzewa Daniela Bogusza, który świetnie zna go jeszcze z czasów wspólnej gry dla Jagielloni. Smuda kilkukrotnie jeździ do Białegostoku oglądać obiecującą dychę Jagi. Jak powie po latach, w niektórych z tych meczów przyszły bohater z Wembley grał straszną „padlinę”, ale w przeważającej części były to jednak występy znakomite.

Wydawało mi się, że ten chłopak przyjechał z Brazylii, bo takie umiejętności techniczne posiadał – wyzna przyszły polski selekcjoner w filmowym dokumencie „Wciąż idę swoją drogą”. Smuda przyjechał kiedyś na mecz do Białegostoku no to zrobiłem show. Sześciu rywali kiwnąłem, później bramkarza, poczekałem aż wrócą i strzeliłem do bramki, od słupka. Tak przedstawiłem się Smudzie – wspominał z kolei w zeszłorocznej rozmowie z Piotrem Wołosikiem dla „Przeglądu Sportowego” sam Citko. Smuda jest oczarowany umiejętnościami młodego gracza Jagielloni i chce za wszelką cenę wzmocnić nim prowadzony przez siebie zespół łódzkiego wicemistrza kraju, walczącego z Legią o prymat w ekstraklasie. Citko staje się bezwzględnym transferowym priorytetem na liście życzeń RTS-u. I choć wychowankiem Włókniarza interesuje się w tamtym czasie również grająca przecież wówczas w Champions League warszawska Legia, ten wybiera jednak Smudę i jego Widzew.

Latem 1995 roku Marek Citko rozegra jeszcze w Iławie przeciwko tamtejszemu Jeziorakowi swój pożegnalny mecz w barwach Jagielloni (w kadrze Jagi są wówczas m.in. Dariusz Bayer czy Radosław Sobolewski) i po ponad dwóch latach przerwy, znów pojawia się na boiskach ekstraklasy. Widzewski debiut przeciwko Pogoni Szczecin 20 września 1995 roku jest bardzo udany. W 63 minucie meczu Citko wchodzi na boisko za Piotra Szarpaka, znacznie napędza ofensywne poczynania zespołu, popisuje się kilkoma efektownymi zagraniami i dryblingami, a Widzew strzela w tym czasie dwa gole i po hat-tricku Koniarka wygrywa 3:0. Białostocki wirtuoz niemal z miejsca staje się ulubieńcem łódzkiej publiczności, a miejsca w podstawowym składzie Widzewa już nie odda nikomu.

Początki Citki w Widzewie, tak wspominał w rozmowie z Weszlo.com Tomasz Łapiński: Jak Franek go wyciągnął z Białegostoku, Citek był strasznie zapuszczony fizycznie. Trenowaliśmy w Buku i jeszcze nie było żadnych poważnych obciążeń: 15-20 minut biegu, spokojne tempo. Tymczasem Citek sto metrów za nami i ledwo dycha. Rozciąganie na treningu? Sięgał dłońmi do kolan, dalej nie dawał rady. Był twardy jakby kija połknął. A potem wychodził na boisko i zabierz mu piłkę. Kapitalny technicznie, świetne panowanie nad piłką, dużo widział… Był też bardzo silny, fizycznie jak klocek. Mało jest takich ludzi, którzy z piłką przy nodze potrafią wygrać fizycznie pojedynek – Lewy też to ma.

Wszystko nabiera teraz coraz większego przyspieszenia. 28 października 1995 roku o Marku Citce jest już głośno, gdy w hitowym, zremisowanym 1:1 meczu polskiej ekstraklasy Widzewa z Legią (będącą wówczas w trakcie dwumeczu z Blackburn), piłkarz z Białegostoku niejednokrotnie wręcz ośmiesza tak renomowanych obrońców zespołu mistrza Polski, jak Jóźwiak czy Mandziejewicz. Po spotkaniu trener legionistów, Paweł Janas nie może się nachwalić młodego piłkarza rywali. 4 listopada 1995 roku, na zaśnieżonym boisku w Mielcu, Citko strzela tamtejszej Stali, dla której mógł przecież grać, swego pierwszego widzewskiego gola w ekstraklasie. W 58 minucie gry pokonuje pięknym strzałem piętą kolegę z juniorskich reprezentacji, Bogusława Wyparłę. Dziesięć dni później po kilkuletniej przerwie zagra też wreszcie w reprezentacyjnym stroju. W tureckim Akhaabat podczas ostatniego eliminacyjnego meczu olimpijskiej reprezentacji Mieczysława Broniszewskiego, teoretycznie już tylko zmagającej się o awans na igrzyska w Atlancie, Citko pokonuje w 17 minucie azerskiego bramkarza i biało-czerwoni wygrywają 2:1.

1996 rok cały należy już do Marka Citki. Nowy selekcjoner, Władysław Stachurski, powołuje piłkarza Widzewa na wyjazd do Hongkongu i 19 lutego Citko debiutuje w pierwszej reprezentacji Polski meczem przeciwko Japonii. Zaliczy pełne 90 minut i nie gra źle, stara się, szarpie, trafia nawet w poprzeczkę japońskiej bramki, ale debiut kończy się blamażem 0:5. Dziewięć dni później w Rijece jest już dużo lepiej. Biało-czerwoni przegrają co prawda z Chorwatami 1:2, tracąc bramkę w ostatnich minutach meczu, ale fatalne wrażenie po japońskim laniu zostaje nieco zatarte. 27 marca 1996 roku w dniu swych 22 urodzin Marek Citko rozegra na stadionie Widzewa 63 minuty w meczu przeciwko Słowenii. I będzie to jedyny niepełny mecz pośród jego występów w dorosłej reprezentacji. Na niwie klubowej, Citko uzyskuje wiosną łącznie 4 trafienia w ekstraklasie, a po zwycięstwie 22 maja w Warszawie nad Legią 2:1, widzewiacy mogą praktycznie cieszyć się z mistrzostwa kraju. Pamiętam, że gdy przed meczem z Legią, Franciszek Smuda powiedział w jednym z wywiadów, że Citko jest obecnie najlepszym polskim piłkarzem, wydawało mi się, że sporo w tym stwierdzeniu jednak przesady. Kilka miesięcy później niewielu pewnie odważyłoby się z tą śmiałą tezą Franza polemizować.

Jednak o tym, że Citko znakomitym piłkarzem jest, przekonały ostatecznie sierpniowe batalie Widzewa o Champions League z zespołem Broendby Kopenhaga. Wychowanek Karalusa błyszczał niesamowicie. To właśnie on wypracował pierwszą bramkę dla gospodarzy w łódzkim starciu, a w Danii przy stanie 0:3 strzelił bezcennego gola, który natchnął podopiecznych Smudy wiarą, że jeszcze nie wszystko stracone. 21 sierpnia 1996 roku w Kopenhadze po heroicznej końcówce spotkania, która zapewne już na zawsze kojarzyć nam się będzie z emocjonalnym, radiowym komentarzem Tomasza Zimocha, Widzew powtórzył ubiegłoroczny wyczyn Legii i wdarł się do Ligi Mistrzów. 10 września w Dortmundzie, łódzki zespół rozegrał naprawdę znakomite spotkanie przeciwko Borussi. Bramki, które strzelali Niemcy, padły po niepotrzebnych błędach, ale Widzew walczył do końca i Marek Citko, ładnym strzałem (piłka obiła się jeszcze o Jurgena Kohlera) pokonał Stefana Klosa. W końcówce Polacy gnietli podopiecznych Hitzfelda niemiłosiernie, ale ci zdołali dowieźć minimalne zwycięstwo do końcowego gwizdka. Widzew z Citką na czele wjechał więc na europejskie salony z przytupem.

Dwa tygodnie później w Łodzi, gospodarze przetrzebieni kontuzjami, tylko przez godzinę prowadzili równorzędną walkę z Atletico Madryt. Ostatecznie polegli aż 1:4, ale to właśnie tego wieczoru, 24 września 1996 roku, tuż przed zejściem do szatni na przerwę, Marek Citko strzelił lobem Molinie, jedną z najpiękniejszych bramek w całej historii Ligi Mistrzów. To był strzał z premedytacją – opowiadał po latach sam bohater, Bogdanowi Rymanowskiemu w „Graczach” – Obejrzeliśmy wcześniej skróty meczów Atletico i wiedziałem, że Molina lubi wychodzić daleko od bramki. Zapamiętałem to i od początku spotkania go obserwowałem. Kiedy nadarzyła się okazja, pociągnąłem do przodu z piłką, spojrzałem na bramkę i nie zastanawiając się, uderzyłem. Uczestnik tamtego meczu, Andrzej Michalczuk, mówiąc o całej tej sytuacji w rozmowie z Weszlo.com, wspominał: Marek często próbował lobować, a Molina często wychodził. W Hiszpanii też go ktoś tak z dystansu zaskoczył. Marek przed meczem zapowiadał: zobaczycie, strzelę tak! Strzelę! No i jak powiedział tak zrobił. Po cudownym golu strzelonym Atletico, piłkarz Widzewa staje się powoli postacią rozpoznawalną w futbolowej Europie. Znajdujemy się więc już u progu Citkomanii, ale to, co najważniejsze dopiero nadejdzie.

Gdy po dymisji Stachurskiego, stery reprezentacji obejmuje Antoni Piechniczek, Citko otrzymuje powołanie na lipcowy obóz kadry w Wiśle. Ale początki współpracy z nowym selekcjonerem wcale nie są dla wychowanka Włókniarza Białystok łatwe. Citko otwarcie wyraża swoje zdanie, że największy pożytek dla kadry będzie z jego gry w ataku. Selekcjoner ma jednak własną koncepcję. W sparingowym meczu przeciwko Banikowi Ostrawa, Piechniczek wprowadza Citkę do gry z ławki i wystawia na prawej pomocy. Dla piłkarza bieganie od jednego pola karnego do drugiego to istna katorga. Gdy selekcjoner widzi, że piłkarz Widzewa odważnie drybluje również pod własnym polem karnym, zdejmuje go z boiska już po kilkunastu minutach, a prasie mówi potem rozżalony, że dopóki Citko nie dostosuje się do jego wizji gry zespołu, o miejscu w reprezentacji może zapomnieć. Trener szybko jednak się orientuje, że piłkarz Widzewa znajduje się w tak znakomitej formie, że rezygnowanie z niego, byłoby samobójstwem. A po wspaniałych meczach z Broendby, Borussią i Atletico, selekcjoner bez mrugnięcia okiem stawia na Citkę w otwierającym eliminacyjne zmagania o francuski mundial, meczu z Anglią na Wembley.

Ten wieczór, ten mecz, to kluczowy moment dla zrozumienia zupełnie niezwykłego fenomenu Marka Citki w dziejach polskiego futbolu. Anglicy, którzy nie tylko, że regularnie lali nas Wembley to jeszcze od 23 lat i pamiętnego trafienia Jana Domarskiego nie pozwalali Polakom nawet strzelić choćby honorowego gola. Polska reprezentacja zaś od 10 lat nie tylko nie znała smaku wielkiej imprezy, ale nawet choćby namiastki podjęcia w wyjazdowym starciu o punkty wyrównanej walki z naprawdę liczącą się w świecie futbolową siłą. Anglicy byli wówczas mocni jak rzadko kiedy. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej zajęli trzecie miejsce na Euro ’96, a przecież półfinałową potyczkę z Niemcami przegrali bardzo pechowo, po karnych i nie brakowało głosów, że to właśnie Wyspiarze byli najlepszym zespołem Starego Kontynentu. I wtedy wchodzi on – Marek Citko. Może nie cały na biało, ale częstuje kibiców takim koncertem futbolu, jakiego nie da się zapomnieć nawet po ponad dwudziestu latach. I tu już nawet nie chodzi wyłącznie o tę bramkę strzeloną w 7 minucie gry Davidowi Seamanowi po wrzutce Henryka Bałuszyńskiego. 9 października 1996 roku Citko bowiem od początku do końca grał jak w transie. To było niesamowite i niepowtarzalne widowisko w jego wykonaniu. Na tle przecież znakomitych rywali wychodziło Citce niemal dosłownie wszystko. Człowiek, który jeszcze rok wcześniej biegał po drugoligowym boisku w Iławie, teraz jest królem wieczoru na Wembley, ośmiesza największe gwiazdy europejskiej piłkarskiej potęgi, jaką jest Anglia, zakładając siatki takim tuzom, jak Gascoigne, Mc Manaman czy Ince, oraz pokonując Seamana. Czułem się jak ryba w wodzie, ciągle chciałem być przy piłce, robić akcje – wspominał Citko kilka lat temu na łamach „Przeglądu Sportowego”, pamiętne chwile na Wembley. Grał jak natchniony, bez najmniejszych kompleksów, efektownie, odważnie, finezyjnie, z polotem. Pchał polską drużynę do ataku. Każde jego dojście do piłki pachniało kłopotami dla Synów Albionu. Nic dziwnego, że zakochała się w tym graczu niemal połowa zespołów z Premier League. I to właśnie Wembley przeniosło niczym katapulta Citkę do historii polskiego futbolu. Bo czy może poza występem Wilimowskiego z Brazylią i Bońka przeciwko Belgii, mieliśmy w dziejach naszego piłkarstwa jakiegokolwiek innego gracza, który by już nawet nie błyszczał, ale w aż takiej mierze wręcz zdominował cały ważny mecz o punkty ze światową piłkarską potęgą?

Po cudownym wieczorze na Wembley, przychodzi miesiąc później znacznie słabszy, choć wreszcie zwycięski, w Katowicach przeciwko Mołdawii. Citko zalicza w październiku jeszcze dwumecz w Champions League ze Steauą Bukareszt (w Łodzi zdobywa nawet swego trzeciego gola w Lidze Mistrzów, ale sędzia nie uznaje go, bo w momencie, gdy Citko pokonywał Steleę, gdzieś przy bocznej linii autowej znajdowała się na boisku druga piłka wrzucona z trybun przez kibica). Potem listopadowa potyczka z Borussią i grudniowa z Atletico w Madrycie, kończą piękną przygodę Widzewa w Champions League. Zespół Smudy zostawia po sobie znakomite wrażenie, prezentując solidną piłkarską jakość, grę otwartą i zyskującą uznanie na Starym Kontynencie. Skromne zdobycze punktowe nawet w części nie oddają możliwości zespołu. Rundę jesienną w ekstraklasie kończy Citko z łącznym dorobkiem pięciu trafień.

Marek Citko staje się teraz najpopularniejszym polskim sportowcem. W zorganizowanym przez TVP konkursie audio-tele, dystansując nawet złotych medalistów z Atlanty, zostaje wybrany Sportowcem Roku 1996. Odbierając nagrodę, publicznie składa wówczas obietnicę, że jeszcze przez pół roku będzie chciał pograć w kraju dla rodzimych kibiców.

Czytelnicy katowickiego „Sportu” wybierają go Piłkarzem Roku ’96, a tygodnik „Piłka nożna” nieco się kompromitując przyznaje mu wówczas zaledwie tytuł Odkrycia Roku ’96, nie po raz pierwszy i nie ostatni przedkładając nad zdrowy rozum, jakąś bliżej nieokreśloną politykę. Paweł Zarzeczny pisał wówczas, że o wyborze Piotra Nowaka (który sam publicznie podkreślał, że znacznie lepszą formę prezentował w 1995 roku) zadecydował doproszony do redakcyjnej kapituły selekcjoner Piechniczek, który miał powiedzieć, że jeśli Nowak nie zostanie Piłkarzem Roku, to on nie zamierza firmować swym nazwiskiem jakiegokolwiek innego wyboru. Wszelakie nagrody spływają jednak do Citki z różnych stron. Nad wszystkim unoszą się opary Citkomanii. Piłkarz dostaje codziennie nawet kilkaset listów, na które stara się w miarę możliwości odpisywać do drugiej, trzeciej w nocy. Dziesiątki telefonów, wyznań miłosnych, próśb o spotkanie, o autograf, zdjęcie, rozmowę, pomoc finansową czy egzystencjalną. Momentami wręcz było nam go szkoda. Teraz to normalne, że piłkarze-celebryci rozdają autografy, ale wtedy byliśmy Citce wdzięczni, bo jak gdzieś wychodziliśmy, to wszyscy biegli do niego. Ściągał na siebie cale zainteresowanie, a my mieliśmy luz – wspominał w rozmowie z Weszlo.com czasy Citkomanii, kolega z Widzewa i reprezentacji, Radosław Michalski. Z czasem Citko poprosi o pomoc w kontaktach z kibicami i dziennikarzami Tomasza Zimocha, by on sam miał choć troszkę czasu na grę w piłkę.

Po wspaniałej jesieni w wykonaniu Citki, bramkach z Borussią i Atletico, ale przede wszystkim po meczu na Wembley ustawia się po piłkarza łódzkiego Widzewa długa kolejka znaczących europejskich klubów. Sam Citko potwierdza autentyczność ofert z Interu, Milanu, Udinese, Arsenalu, Liverpoolu, Blackburn, Evertonu, West Ham, Atletico, Bayeru Leverkusen. Jemu samemu nie mówiono jednak wtedy o wszystkich wpływających do klubu ofertach. W mediach dywagowano wówczas również o Realu Madryt, Leeds, Sunderlandzie czy Bochum. Najkonkretniejszą i najbardziej atrakcyjną finansowo ofertę składa jednak Blackburn. Rozmowy toczą się na przełomie stycznia i lutego 1997 roku. Włodarze Widzewa wywierają ogromną presję na Citkę, by ten zgodził się na transfer do byłych mistrzów Anglii i dał zarobić sobie, klubowi i im. Grajewskiego nie interesował mój sportowy rozwój. Myślał tylko o pieniądzach. Gdyby traktował mnie w negocjacjach jak partnera, a nie jak rzecz, na której można się wzbogacić, może podjąłbym inną decyzję – wspominał po latach w tekście Dariusza Farona dla Eurosport.onet.pl, Marek Citko. Na wyjazd do Blackburn namawia też swego byłego wychowanka trener Ryszard Karalus. Sceptyczny jest natomiast Franciszek Smuda. Citko od samego początku nie ma zamiaru wiązać się z walczącym o utrzymanie w Premier League (ostatecznie się utrzyma z dwoma punktami nad strefą spadkową, a w sezonie 1997/98 zaatakuje górną część tabeli), prezentującym toporny styl gry klubem. Ale kwota 9 milionów dolarów sprawia, że włodarze Widzewa za wszelką cenę nakłaniają piłkarza, by przyjechał do Blackburn i wziął udział w treningu. Wychowanek Włókniarza spełnia tę prośbę, przyjeżdża na trening i niemiłosiernie wręcz kręci niedoszłymi klubowymi kolegami, czym jeszcze bardziej wzmaga zainteresowanie tamtejszych włodarzy własną osobą, po czym spokojnie wraca do Polski i ostatecznie ogłasza, że pozostaje w Łodzi do końca rundy wiosennej 1997 roku. Po latach przyzna, że głównym powodem był niski poziom sportowy zespołu Blackburn, podczas, gdy on miał ambicje trafić do wielkiego klubu, który walczy o najwyższe laury. Tym bardziej, że ofert z tego typu drużyn nie brakowało. Również sam klimat miasta, mglisty, szary, depresyjny mu nie odpowiadał. Kwota miliona funtów gwarantowanej pensji nie skusiła go do zmiany zdania. Citko po prostu celował w zupełnie inne miejsca na futbolowej mapie Europy.

W wywiadzie udzielonym pod koniec lat 90. Tomaszowi Lipińskiemu dla „Piłki nożnej”, Citko tłumaczył: Przedstawiciele Interu Mediolan byli w Madrycie podczas naszego ostatniego meczu Champions League z Atletico. Po meczu podeszli do mnie i zaczęli rozmowę. Kiedy tylko pan Grajewski to zobaczył, natychmiast do nas doskoczył i powiedział, żebym nie rozmawiał i że on wszystkim się zajmie. Podyktował Włochom zaporową cenę i na tym jego rozmowy się skończyły. Nie chciałem iść do Blackburn. Natomiast do Interu bym odszedł. Po latach były już piłkarz dopowiedział Piotrowi Wołosikowi w „Przeglądzie Sportowym”: Inter miał na transfer i mój trzyletni kontrakt dziesięć milionów dolarów. Ale skoro mieli zapłacić Widzewowi 9 milionów, bo tyle żądali, to nie miałem zamiaru tam iść, by w trzy lata zarobić milion dolarów. Włosi tłumaczyli: „OK, jeżeli klub weźmie pięć, to ty dostaniesz drugie pięć. Ale Widzew żądał za wiele. 9 milionów dolarów dawało tylko Blackburn. Citko przyznaje, że gdyby miał wtedy kilka lat więcej dałby się skusić gigantycznej gaży i poszedłby do Blackburn. Ale w wieku 22 lat, mając mnóstwo wspaniałych ofert z wielkich klubów, patrzył też na poziom sportowy, który mu oferowano. Chciał trafić do klubu, który stawiałby na bardziej techniczną piłkę, a w Blackburn spotkał się tylko z ponurą kopaniną. Co prawda pouczający przykład filigranowego i fantastycznie wyszkolonego technicznie Gruzina Georgi Kinkładze, który w barwach Manchesteru City błyszczał wówczas na boiskach Premier League, przekonywał, że i dla futbolowej finezji jest miejsce w nieco topornej wówczas wyspiarskiej piłce. Niemniej Citko postanowił jednak poczekać jeszcze pół roku. Tym bardziej, że czuł się zobowiązany dotrzymać słowa danego publicznie polskim kibicom. W międzyczasie nawiązał kontakt z przedstawicielami Liverpoolu, z którym miał podpisać kontrakt pod koniec maja. Kontuzji nie mógł przecież przewidzieć…

W połowie lutego, Citko zalicza na Cyprze dwa kolejne, zwycięskie towarzyskie mecze z orzełkiem na piersi, wygrane po 3:2 zarówno z gospodarzami, jak i z Łotwą. 26 lutego pośród wysokich traw na boisku w Goianii, pomimo nieco zwodniczego wyniku 2:4 (to najłagodniejszy z możliwych wymiarów kary), biało-czerwoni dostają srogą lekcję futbolu od Brazylijczyków, napędzanych tego dnia przez fantastyczny duet Romario-Ronaldo. Marek Citko notuje piękną asystę oraz zdobywa gola po dobitce własnego strzału z karnego. Oceniając postawę gracza Widzewa w tym meczu, Janusz Atlas relacjonował z Goiani, iż Citko potwierdził, że nadal jest najbardziej uzdolnionym polskim piłkarzem, najbliższym klasy Brazylijczyków. Gdyby Citko miał obok siebie równorzędnych partnerów, zapewne postępowałby na boisku mniej egoistycznie.

Z początkiem marca wznowione zostają rozgrywki ekstraklasy. Widzew niespodziewanie przegrywa dwa pierwsze mecze, a Marek Citko coraz częściej uskarża się na stan zdrowia. Nie gra w dwóch następnych marcowych ligowych spotkaniach. Wystąpi dopiero 2 kwietnia 1997 roku w eliminacyjnym meczu z Włochami w Chorzowie. Polacy są bliscy zwycięstwa, ale bezbramkowy remis musi wystarczyć, Citko nie błyszczy może równie mocnym blaskiem jak na Wembley, ale wciąż jest pomysłowym, nieszablonowym graczem, który stanowi o wartości reprezentacji. Efektowne siatki zakładane wielkim gwiazdom europejskiego futbolu – Paolo Maldiniemu czy Alessandro Costacurcie też mają swoją wymowę. W kwietniu Citko gra już w lidze regularnie i strzela bramki Odrze oraz Lechowi. 30 kwietnia 1997 roku na Stadio San Paulo w Neapolu, który kiedyś przez lata czarował swą grą Diego Maradona, Citko jak się później okaże, po raz ostatni wybiegnie na murawę w koszulce z orłem na piersi. Włosi tłamszą Polaków, rozbijając ich 3:0. Citce udaje się postraszyć squadrę azzurra tylko jedną akcją w pierwszych minutach meczu.

Po powrocie z kadry Citko zagra jeszcze 3 maja w spotkaniu przeciwko Wiśle Kraków, w którym nie wykorzysta rzutu karnego. Potem przez aż trzy kolejki ligowe nie pojawi się na boisku. I wreszcie wybiegnie na nie w Zabrzu w sobotę 17 maja 1997 roku o godzinie 14. Dla nas to będzie mecz na śmierć i życie. Na żadną wpadkę nie możemy już sobie pozwolić. Mistrzostwo jest dla nas celem absolutnie nadrzędnym – mówił przed meczem Franciszek Smuda. Gdy w 62 minucie spotkania, na wysokości ławki trenera Widzewa Marek Citko wyskoczył do piłki, a następnie upadł na murawę, Smuda wiedział, że stało się coś poważnego. Miał wrażenie, jakby bezwładnie spadała kłoda, a nie piłkarz. Citko zszedł z boiska i ostatnie pół godziny spotkania oglądał z ławki rezerwowych. Widzew wygrał 1:0. Bohater z Wembley dowiedział się natomiast, że zerwał ścięgno Achillesa.

„Idol na noszach” – krzyczał na pierwszej stronie katowicki „Sport”. Prognozowano półroczną przerwę w grze. Rozpoczął się najbardziej dramatyczny etap w piłkarskiej karierze Marka Citki. Problem ze ścięgnem zaczął się już w styczniu podczas okresu przygotowawczego do rundy wiosennej. To wtedy Citko zaczął odczuwać bóle, ale intensywność spotkań i treningów była tak duża, że nie było kiedy się leczyć. W marcu pojechał do Freiburga, jednak masaże i ćwiczenia niewiele pomogły i piłkarz nadal utykał wychodząc na boisko. Momentem przełomowym była wizyta u pewnego lekarza z Łodzi, który zamiast leczyć piłkarza, po prostu założył mu blokadę, wstrzykując preparat sterydowy uśmierzający ból. Piłkarz powrócił do treningów i gry, ale miało to fatalne konsekwencje w zdarzeniu z 17 maja. Marek Citko znajdował się pod nieustanną presją wyniku. Gdy wracałem ze zgrupowania kadry i mówiłem, że chcę odetchnąć, trener Smuda odpowiadał: Aha, dla Piechniczka to grałeś, a w klubie chcesz odpoczywać, tak? Kiedy jechałem na kadrę, trenerzy zamieniali się rolami. No tak, dla Smudy to grać mogłeś. No więc grałem cały czas. To były czasy, gdy lekarz nie miał praktycznie nic do powiedzenia, decydował trener. Lekarz miał zrobić wszystko, żeby piłkarz zagrał. A nie wolno z bólem grać w piłkę. Męczyłem się ja, męczył się ze mną zespół, bo nie korzystał z mojej gry – zwierzał się piłkarz Bogdanowi Rymanowskiemu. Po operacji w Polsce Citko zaczął szukać pomocy na własną rękę. W czasie leczenia i rehabilitacji piłkarz czuł się całkowicie opuszczony przez działaczy Widzewa i pozostawiony sam sobie. Pojechał więc do Szwecji. Jak tamtejsi lekarze zobaczyli, że mam gips od stopy do pachwiny, chwycili się za głowy – opowiada dalej w „Graczach” – Powiedzieli, że u nich operowano tak 20 lat temu. Kiedy ten gips mi zdjęli nie mogłem wyprostować kolana. Okazało się też, że mam stan zapalny wokół drugiego Achillesa. Zaproponowali mi zabieg. O dziewiątej rano była operacja, o szesnastej siedziałem w samolocie do Polski. Na nogę, z której zdjęli gips, dostałem usztywniający but. Lewą, którą mi zoperowali, od razu mogłem obciążać. Do Warszawy wróciłem jedynie o kulach. To był szok. Gdybym tam trafił od razu, do dawnej formy mogłem wrócić błyskawicznie.

Ostatecznie Achillesa Citki i zarazem Citkę dla polskiego futbolu ratuje dopiero w sierpniu 1997 roku dr Robert Śmigielski, który tak opowiada o tym w dokumencie „Wciąż idę swoją drogą”. Wiele osób odradzało mi podjęcie się tego zabiegu. Bo to przecież Citko i jeśli coś nie wyjdzie, będzie się to potem za mną ciągnęło. Pomyślałem, że jeśli w ten sposób my lekarze będziemy do sprawy podchodzili to ten facet zostanie sam. Każdy będzie umywał ręce, bo to Citko. Wszyscy zamknęli mi drzwi przed nosem na hasło, że chcę operować Marka Citkę (…) Operacja trwała 7 godzin i jest to wykładnikiem jak skomplikowany był to proces. Normalnie zabieg na Achillesie trwa ok. godziny do półtorej. Ale to nie było świeże uszkodzenie. To było uszkodzenie już z historią. Kolejne zerwanie tego samego ścięgna. Były blizny. Po tej operacji wypiłem chyba ze 3 litry wody jednym ciurkiem. Wszyscy czekali, żeby mi nie wyszło i żeby można było mnie ukrzyżować. (…) Potem sporo rozmawiałem z różnymi ludźmi na świecie i oni uważali, że to że udało się Citce wrócić do piłki to jest naprawdę cud. (…) Gdyby udało się za pierwszym razem zrobić to tak, jak należy to podejrzewam, że nie byłoby tego wszystkiego.

Ostatecznie z prognozowanej początkowo półrocznej przerwy zrobiło się półtora roku. Z samego epicentrum Citkomanii, wychowanek Włókniarza Białystok i jeszcze przed chwilą idol tysięcy młodych ludzi w Polsce, wpadł w czarną piłkarską dziurę oczekiwania na powrót do wielkiej gry. Na szczęście najważniejsze rzeczy piłkarz poukładał sobie w głowie, sercu i życiu już znacznie wcześniej, więc był dobrze przygotowany do trudnego czasu próby.

Będąc jeszcze młodym piłkarzem Jagielloni doświadczył głębokiej duchowej przemiany, która uporządkowała jego życie. Dzięki regularnej modlitwie i Eucharystii znalazł wewnętrzną siłę m.in. do uwolnienia się z hazardowego nałogu, który swego czasu wpędził go w takie długi, że musiał sprzedać samochód. Zaczął odważnie świadczyć o Bogu, własnym życiem przede wszystkim, co zawsze jest najbardziej przekonujące. Swoją skromnością, pogodą ducha i naturalnością w chwilach największej popularności zjednywał sobie sympatię zwykłych ludzi. O tym, że istotą chrześcijaństwa jest nadzieja nie zapomniał również podczas trudnego czasu zmagania się z kontuzją. Citko zaczytywał się w Księdze Hioba, który pomimo utraty wszystkiego, co było dla niego najcenniejsze, nie przestał żyć w przyjaźni z Bogiem, Który zawsze widzi dalej i głębiej. Kontuzjowany piłkarz starał się z ufnością, uśmiechem i pokorą przyjmować rzeczywistość, która go dopadła. Miał teraz czas i możliwość, by nabrać dystansu do tego wszystkiego, co pochłaniało go jeszcze do niedawna. Tłum wielbicieli coraz bardziej topniał w coraz dłuższym oczekiwaniu na powrót idola. Pozostali tylko ci najwierniejsi przyjaciele. Między innymi przyszła żona, Agnieszka – studentka dziennikarstwa, z którą Citko poznał się podczas wywiadu dla „Rzeczpospolitej” i z którą właśnie w okresie rekonwalescencji wziął ślub i założył rodzinę.

Bardzo ciepło o pozaboiskowej postawie kolegi z reprezentacji juniorów wypowiada się w książce Izabeli Koprowiak „Fucking Polak. Nowe życie”, Arkadiusz Onyszko: Citkę znałem już od dawna. Graliśmy razem w kadrach juniorskich. Bardzo zbliżył się do Boga i podejrzewam, że dzięki temu tak dobrze układało mu się na boisku. Podczas jednego ze zgrupowań reprezentacji pojechałem z nim do Częstochowy. Na miejscu nie mogliśmy spokojnie przejść stu metrów, wszyscy nas zatrzymywali, by zrobić sobie zdjęcie z Markiem. W Sanktuarium na Jasnej Górze wygłosił świadectwo wiary. Opowiedział w jaki sposób doświadczył obecności Boga. Zawsze biło od niego ciepło, dobroć, choć podejrzewam, że wiele osób mogło to wykorzystywać.

Andrzej Michalczuk, wspomina w rozmowie z Weszło: Środek Citkomanii, Marek rozdaje pięćdziesiąt autografów gdziekolwiek się pojawi. Gdy dowiedział się, że mam przeprowadzkę, od razu sam zaoferował się, że pomoże mi taszczyć meble. Tego typu sytuacje były codziennością.

Swoje trzy grosze na temat brazylijskiego podopiecznego dorzuca też Franciszek Smuda: Przeporządny człowiek, inteligentny, uczciwy, lojalny.

Choć pozasportowo Citko wyszedł z okresu kontuzji zdecydowanie obronną ręką, na boisku nic już nie było jak wcześniej. Nie grałem przez półtora roku – zwierza się Rymanowskiemu w „Graczach” – Mięśnie prawej nogi na skutek gipsu zmniejszyły się o 30 procent. Na początku nie miałem żadnej rehabilitacji, a przecież trzeba je było odbudować. Siadły mi mięśnie, które decydowały o szybkości i zwinności. Straciłem wszystkie atuty. Powinienem był pół roku ćwiczyć bez piłki, tylko odbudowując mięśnie. Ale skąd ja to miałem wiedzieć? Wróciłem za szybko. Biegałem po boisku, utykając. Technicznie jakoś sobie radziłem, ale szybkościowo wszyscy mnie przeganiali. Nie było już czasu, żeby mięśnie odbudować w stu procentach.

W rozmowie z portalem widzew.com, Citko podkreśla: Z perspektywy czasu wiem już, że byłem wtedy bez szans. Po takiej przerwie powinienem minimum pół roku odbudowywać mięśnie. Na to nie było czasu, bo każdy chciał, żebym jak najszybciej wrócił do gry. Wróciłem więc na boisko, ale zupełnie bez szybkości. Brakowało też dynamiki oraz wielu innych ważnych piłkarskich elementów. Marek Citko po kontuzji po prostu nie miał najmniejszych szans, by zademonstrować na murawie choć odrobinę więcej niż 70-80 procent tego, na co było go stać jeszcze na chwilę przed feralnym wyskokiem do główkowego pojedynku 17 maja 1997 roku. Główną przyczyną tego stanu rzeczy był po prostu brak odpowiedniej rehabilitacji i odbudowania organizmu.

Ale mogło być przecież jeszcze gorzej. Bo dziś Citko ma już świadomość, że w początkowym procesie jego leczenia popełniono rażące błędy. Gdyby ich w porę nie wykryto najprawdopodobniej już nigdy nie mógłby normalnie chodzić. A jednak udało się wrócić do piłki. 23 września 1998 roku po godzinie gry przeciwko Pogoni Szczecin, Citko pojawia się wreszcie na boisku po 16-miesięcznej przerwie. Jednak tuż po powrocie gra, zamiast przyjemnością, staje się dla Citki istną męczarnią. Dopiero 18 listopada 1998 roku po raz pierwszy wyjdzie w podstawowym składzie Widzewa i strzeli nawet gola Amice we Wronkach. 22 maja 1999 roku pokona też bramkarza Ruchu Chorzów i będzie to jego ostatnie trafienie dla Widzewa. Choć jesień 1999 roku spędzi jeszcze w Łodzi (nie odnotuje żadnych zdobyczy bramkowych) to jednak zimą przechodzi już do prowadzonej przez Franciszka Smudę warszawskiej Legii.

Wejście do stołecznego zespołu ma Citko bardzo mocne, bo w swym debiucie 15 marca 2000 roku już kilkanaście minut po pojawieniu się na boisku w Lubinie strzela Zagłębiu zwycięskiego gola na 3:2 dla swojej nowej drużyny. Wydaje się, że wszystko jest na dobrej drodze.

Jeszcze w kwietniu 2000 roku nowy selekcjoner polskiej reprezentacji, Jerzy Engel, chwali legionistę na łamach „Piłki nożnej”: Marka Citkę zaliczam do zawodników wysokiej klasy, którzy nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Dlatego od dłuższego czasu bacznie mu się przyglądam. Powiedziałbym, że jego powrót do wysokiej formy przebiega planowo. Nie jest on jeszcze w dyspozycji, jaką zachwycał nas jesienią 1996 roku, choć w kolejnych meczach potwierdza swe nieprzeciętne umiejętności. Bezwzględnie znajduje się w kręgu moich zainteresowań.

Jesienią 2000 roku Citko strzela cztery gole dla Legii. Robi co może, Miewa chwilowe przebłyski dawnej świetności. Kibice wybierają go najlepszym piłkarzem klubu rundy jesiennej. Tygodnik „Piłka nożna” umieści go wśród piątki najlepszych polskich bocznych napastników. Ale do dyspozycji sprzed kontuzji Citko już nigdy nie wróci. Po odejściu Smudy i nowych porządkach Dragomira Okuki w 2001 roku dla Citki zaczyna brakować miejsca w szatni legionistów. Jesienią Citko odejdzie do Grodziska, gdzie z powodu kontuzji rozegra jednak zaledwie trzy spotkania, a wiosną 2002 roku wyjeżdża do Izraela. W Hapoelu Beer-Sheva zawodnik nieco się odradza. Zespół jest wysoko w tabeli, ale okres wypożyczenia się kończy i Citko wraca do Warszawy. Okuka jednak wciąż nie chce go w zespole, więc przez moment bohater z Wembley biega nawet po boisku w zespole rezerw stołecznego zespołu.

W 2003 roku Marek Citko trafia do szwajcarskiego FC Aarau i tam przeżywa bodaj ostatnie podrygi swej futbolowej świetności. Jest ważną i szanowaną postacią w zespole. Strzela gole, notuje mnóstwo asyst, jest w świetnej dyspozycji, rozgrywa wiele udanych spotkań. Mówi nawet, że zbliża się do formy z Wembley. Na nowo zaczyna wierzyć w wymarzony powrót do reprezentacji. Zdaje sobie jednak sprawę, że ze Szwajcarii nie będzie łatwo przebić się do narodowej kadry. Dlatego, gdy na przełomie kwietnia i maja 2004 roku pojawia się oferta z szykującej się do powrotu na salony Bundesligi Arminii Bielefeld (były też oferty z walczących o awans do Serie A Cagliari i Palermo), 30-letni Citko czuje, że znów wraca do poważnej gry. Zresztą to już naprawdę ostatni dzwonek. Testy w Arminii wypadły znakomicie, a polski piłkarz ma już wybrać sobie samochód. Niestety przedostanie się do mediów informacji o planowanym transferze sprawia, że telefony z Polski dwóch osób „życzliwych”,(jedna z nich przed laty za wszelką cenę próbowała upchnąć Citkę w Blackburn), sugerujące niedoszłym pracodawcom, że piłkarz jest po ciężkiej kontuzji, a w dodatku ma trudny charakter, przesądzają o tym, iż decydenci z Bielefeldu wycofują się z zamiaru pozyskania polskiego piłkarza.

Citko wraca więc do ojczyzny. Ale sezon w Cracovii nie jest dla niego udany. U trenera Stawowego piłkarz z numerem 10 na plecach najczęściej bywa zmiennikiem, zaledwie raz rozgrywając pełne spotkanie. Jesień 2005 roku to znów wyjazd do Szwajcarii, ale pobyt w Yverdon, ze względu na kontuzję, jest raczej wyłącznie epizodem (łącznie niespełna 250 minut spędzonych na boisku). Po ponownym powrocie do kraju, wiosną 2006 roku, Marka Citkę przygarnia Polonia Warszawa. Dla Czarnych Koszul Citko staje się ważną postacią, a 25 marca, na dwa dni przed swymi 32 urodzinami w meczu przeciwko Górnikowi Zabrze, który już zawsze będzie mu się pewnie kojarzył z feralną kontuzją i zarazem po 13 latach od swego debiutanckiego gola w barwach Jagi przeciwko poznańskiej Olimpii, zaliczy Citko swe ostatnie trafienie na boiskach ekstraklasy.

Podobnie jak kiedyś z Jagiellonią, tak teraz z Polonią Warszawa poznaje Marek Citko gorzki smak degradacji na drugoligowe zaplecze. I to właśnie tam, wychowanek Włókniarza raz jeszcze zaprezentuje na do widzenia przebłysk swego futbolowego geniuszu, strzelając Zawiszy Bydgoszcz bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego. Łącznie Citko strzeli dla drugoligowej Polonii sześć goli i 26 maja 2007 roku rozegra w Legnicy swój ostatni mecz w piłkarskiej karierze.

Antoni Piechniczek w samych superlatywach opowiada w tekście Farona „Być jak Hiob” o swoim byłym podopiecznym z polskiej reprezentacji: To na pewno jeden z większych talentów, jakie trenowałem. Świetnie się z nim współpracowało. Kochał piłkę i treningi. Lubił grać indywidualnie, błyszczeć, a ja mu na to pozwalałem. Dostrzegałem, że ma wielki talent i jedną akcją może odwrócić losy meczu. Wiedziałem, że jak wkomponuje się w zespół, to dużo da tej drużynie. Potwierdzeniem tego było spotkanie na Wembley. Marek Citko był niewątpliwie piłkarzem wybitnie utalentowanym, który mógł zrobić wspaniałą międzynarodową karierę. I choć czuje się jednak trochę ofiarą polskiej medycyny lat 90., to nie hoduje w sobie żalu do kogokolwiek. Po prostu samemu będąc dziś menedżerem stara się towarzyszyć swym piłkarzom na dobre i na złe, wyciągać do nich pomocną dłoń również w tych najtrudniejszych dla nich chwilach. I zdecydowanie nie traci czasu na snucie historii alternatywnych, co by było, gdyby skorzystał z bajecznej oferty Blackburn i został polskim Kinkładzem Premier League. Ma na to wszystko pod ręką prostą odpowiedź, którą dzieli się z nami w dokumencie „Wciąż idę swoją drogą”: Nie żałuję tego, że nie wyjechałem. Zawsze patrzę do przodu. Widocznie tak to miało być. A dzięki temu, że nie wyjechałem, podpisałem znacznie lepszy kontrakt – kontrakt małżeński. Mam wspaniałą żonę, fajne dzieciaki, jesteśmy fajną rodzinką. Opatrzność czuwa. A w rozmowie z Rymanowskim precyzuje: Nie wiem, czy byłbym przygotowany na większy sukces i wielkie pieniądze. A może by mi odbiło? A może byłbym bardzo bogatym i równie nieszczęśliwym człowiekiem? I teraz pytanie, co jest ważniejsze: kariera czy szczęście rodzinne? W pewnym momencie oddałem swoje życie w ręce Boga i powiedziałem: „Co ma być, to będzie”.

Gdy żona Agnieszka była w drugim miesiącu ciąży – snuje dalej swą opowieść Citko – lekarze wykryli u dziecka poważną wadę serca. Sugerowano, że dziecko będzie rośliną, że jesteśmy młodzi i po co się męczyć. Powiedziałem, że nie ma mowy o aborcji. Mówiono żonie, że dziecko nie tylko urodzi się chore, ale zaraz po porodzie umrze. Pomyślałem: Niech pożyje chociaż godzinę czy dwie, ale niech się urodzi. Lekarze naciskali, że mało czasu zostało i trzeba usuwać. Ale nie poddawaliśmy się. Zaufałem Jezusowi. Wierzyłem, że może zdarzyć się cud. Uruchomiłem przyjaciela, księdza, z prośbą o modlitwę. O wsparcie poprosiłem siostry zakonne, rodzinę, znajomych. Sam też napisałem modlitwę i codziennie ją odmawiałem. Żona skontaktowała się z matką dziecka z podobną wadą, która powiedziała, żeby nie słuchała lekarzy, bo jej dziecko, które rzekomo nie miało szans się narodzić żyje i dobrze się rozwija. Gdy Konrad się urodził bardzo szybko go ochrzciliśmy. Byliśmy z nim jeden dzień, a po tygodniu miał już pierwszą operację na otwartym sercu. My w tym czasie modliliśmy się w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Dziecko wymagało jeszcze dwóch kolejnych operacji, ale obie skończyły się pomyślnie. Dziś Konrad ma czternaście lat. I normalnie się rozwija. Biega, gra w piłkę. Zawodowym piłkarzem na pewno nie zostanie. Ma przecież połowę serca. Wie, że jak się zmęczy, musi odpocząć, zrobić sobie przerwę. Ale co roku wyniki badań są lepsze. To taki kolejny cud w moim życiu. Księga Hioba pozwala mi wierzyć, że to wszystko ma sens.

To między innymi dlatego Marek Citko lubi o sobie mówić, że jest niespełnionym piłkarzem, ale spełnionym człowiekiem.

Oleśnica dream

Awans do półfinału Pucharu Polski Błękitnych Stargard Szczeciński to największe osiągnięcie zespołu z II ligi (trzeciego poziomu rozgrywek) w PP od czasu Pogoni Oleśnica. Pogoni Oleśnica… Siadam więc na chwilę i z rozrzewnieniem wspominam niezwykłą drogę oleśniczan w sezonie 1995/1996. Jakaż to była romantyczna historia!

Oleśnica to 36-tysięczne miasteczko z województwa dolnośląskiego. Tamtejsza Pogoń została założona w 1945 roku, ale całe dekady jej funkcjonowania to rubieże profesjonalnego futbolu. Małe sukcesy przyszły dopiero w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. W sezonie 1993/1994 Pogoń awansowała na zaplecze ekstraklasy (ówczesna II liga). Po roku jednak z hukiem z niej spadła (ostatnie, 18. miejsce; 14 punktów i aż 10 punktów straty do przedostatniej Arki Gdynia). Wydawało się więc, że piękny sen się skończył, gdy przyszedł sezon 1995/1996 i rozgrywki Pucharu Polski.

Oleśniczanie okazali się w nich prawdziwymi pogromcami faworytów. Pogoń po kolei eliminowała kolejne drużyny grające jedną lub dwie klasy rozgrywkowe wyżej od siebie. Najpierw – Śląsk Wrocław (1-0 po dogrywce; II runda), później Ślężę Wrocław (1-0; III runda), a następnie Olimpię Poznań (2-1; IV runda). Już wtedy o zespole zrobiło się głośno, bo w pokonanym polu zostawił przecież dwie ekipy z ekstraklasy. Prawdziwe eksplozje miały jednak dopiero przyjść.

W V rundzie PP Pogoń wyeliminowała trenowany przez Zbigniewa Franiaka Lech Poznań (1-0). W ćwierćfinale natomiast odstrzelony został Górnik Zabrze (1-0 po dogrywce). I to jak pięknie został odstrzelony! Dla autora trafienia, Krzysztofa Michalewskiego, to pewnie jedno z najprzyjemniejszych wspomnień w życiu. Zobaczcie te tłumy na trybunach! Tutaj relacja z wikigórnik.

Piękny sen oleśniczan skończył się dopiero w półfinale. Tam odpór trzecioligowcowi dał dopiero chorzowski Ruch (0-3), który później okazał się triumfatorem całych rozgrywek.

Wspominam to wszystko z uśmiechem na twarzy, bo to chyba ostatni w polskiej piłce taki duży sukces drużyny kompletnie anonimowej. Media wówczas nie działały przecież tak jak dzisiaj. Gazety miały problem, żeby w ogóle podać meczowy skład Pogoni. Jako kibic Lecha pamiętam, że nawet trudno było ustalić, kto strzelił bramkę dla oleśniczan w meczu z Kolejorzem. Dopiero od spotkania z Górnikiem piłkarze trzecioligowca stali się nieco bardziej popularni, a Krzysztofowi Michalewskiemu, zdobywcy gola w ćwierćfinale, „Piłka Nożna” poświęciła całe ćwierć strony. Dzisiaj natomiast można wyklikać, ba, często nawet obejrzeć, dowolny mecz z dowolnej ligi. Fajnie? Fajnie. Ale mgiełki magii już nie ma :)

P.

Brzeszcze znowu w centrum kraju

z16296783Q,Kopalnia--Brzeszcze-

Miasto Brzeszcze, które z racji górniczych protestów od wielu dni nie schodzi z pierwszych stron gazet, w przeszłości miało już swoje głośne dni. A wszystko, a jakże, za sprawą sportu.

Najwięcej mówiono o małopolskim miasteczku latem 1992 roku. Wtedy to pięcioboista Arkadiusz Skrzypaszek zdobył dwa złote medale Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie – indywidualnie i drużynowo.

arkadiusz_skrzypaszek_1992Skrzypaszek co prawda urodził się w Oświęcimiu, ale całą młodość, aż do czasów liceum, spędził w właśnie w Brzeszcach. Swoje pierwsze sukcesy juniorskie odnosił właśnie jako zawodnik Górnika Brzeszcze. Po jego sukcesie w stolicy Katalonii hucznie świętowało całe miasteczko. Do poczytania o Skrzypaszku – tutaj, tutaj i tutaj, do pooglądania – tutaj.

Po raz kolejny oczy fanów – dość nieoczekiwanie – skierowały się na Brzeszcze niecały rok później. Oto bowiem 31 marca 1993 roku towarzyski mecz rozegrała prowadzona przez Andrzeja Strejlaua reprezentacja Polski. Rywalem była Litwa, a spotkanie zakończyło się remisem 1:1. Gola dla dla nas strzelił Piotr Świerczewski, a dla rywali – Eimantas Poderis.

Lokalizacja spotkania w mieście bez większych tradycji piłkarskich (Górnik Brzeszcze występował co najwyżej w III lidze) może dziwić. Jednocześnie należy pamiętać, że biało-czerwoni intensywnie wówczas zwiedzali mniejsze ośrodki – Radom, Gdynię, Jastrzębie-Zdrój czy Iławę. Dodatkowo w Brzeszczach dopisała frekwencja i na „trybunach” obiektu zebrało się 7000 widzów.

Z ciekawostek piłkarskich związanych ze spotkaniem należy zwrócić uwagę, że to pierwszy w historii spotkanie obu reprezentacji. Kapitanem naszej kadry po raz pierwszy był Jerzy Brzęczek, zadebiutował w niej Jacek Bednarz, a ostatnie występy zaliczyli wówczas Dariusz Grzesik i Maciej Śliwowski. Interesujący jest również fakt, że dla Litwinów był drugi mecz w ciągu.. doby. Dzień wcześniej zagrali ze Słowacją (2:2). Wszystkie te informację przytaczam za Encyklopedią FUJI, a więcej o meczach Polski z Litwą można poczytać tutaj.

Miejmy zatem nadzieję, że o Brzeszczach wkrótce znów będzie można usłyszeć w sympatyczniejszym kontekście niż problemy polskiego górnictwa.

P.

Czy Lubański mógł zginąć w Lokeren? "Włodek, był zamach"

lubanski+77
Trudno jest dziś zrozumieć realia rządzące polskim sportem w PRL. Trudno zrozumieć, że zamiast do któregoś z najlepszych klubów świata, Kazimierz Deyna ostatecznie trafił do przeciętnego wówczas Manchesteru City (gdzie nie radził sobie najgorzej, ale też nie najlepiej).  O ile jednak MC w ostatnich latach wyrósł na mocarza (przecież właśnie pobił Bayern), to belgijskiemu Lokeren, grupowemu rywalowi Legii, tego typu wzlotów nie dane było przeżyć. Ani ostatnio, ani w czasie, gdy przechodził do niego z Górnika Zabrze Włodzimierz Lubański.

Lubański w Lokeren dorobił się świetnego bilansu (82 gole w 192 meczach)…

ale to nie będzie wpis o tym, jak w czasach „belgijskich” był niebezpieczny dla rywali, a o tym jak przeciwnicy – terroryści! – byli niebezpieczni dla Lubańskiego. Piłkarz opowiedział o sprawie w książce „Ja, Lubański” Krzysztofa Wyrzykowskiego, co przytoczyła też jego druga biografia („Włodek Lubański”). Relacjonował ją także „Dziennik Zachodni”.

Najpierw – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – belgijska organizacja terrorystyczna próbowała wywieźć pewne dziecko z Polski („DZ” ogranicza się do stwierdzenia „przestępstwo graniczne”). Próba okazała się nieudana, dwóch (niedoszłych) porywaczy zostało złapanych. W odpowiedzi polska ambasada w Brukseli usłyszała przez telefon, że jeśli towarzysze broni nie zostaną uwolnieni, to odwet zostanie wymierzony w Polaków. I nie było to gadanie po próżnicy. Wszystko mogłoby się skończyć naprawdę bardzo źle, gdyby na początku grudnia 1978 roku Włodzimierz Lubański nie zamienił apartamentu na domek.

Po przeprowadzce rodzina Lubańskich zachowała ten sam numer telefonu stacjonarnego. W ich dawnym mieszkaniu urządził się czechosłowacki trener Lokeren, Josef Vacenovsky.

– W moim domku trzykrotnie zadzwonił telefon. Nie mogłem się dowiedzieć, o co chodzi, ponieważ rozmówca ograniczał się tylko do jednego pytania: „Czy to Lubansky?”. Ostatni raz zadzwonił o wpół do dwunastej. Pięć minut później, kiedy poszedłem na górę do sypialni, wokół naszego domu zrobiło się nagle jasno jak w dzień. Wozy policyjne, karetki pogotowania, zamieszanie. Ki diabeł? I wreszcie dzwonek do drzwi. Otwieram, a za nimi dwóch mocno zdenerwowanych policjantów, których znałem, bo tworzyli zazwyczaj obstawę na naszych meczach – opisuje piłkarz.

– Nic się nie stało? Nikt nie jest ranny? Wszystko w porządku – pytali.

– Oczywiście, że w porządku. Wszyscy w porządku. A cóż niby miało się stać – odpowiedział świetny kolega Mortena Olsena.

– Włodek, był zamach. Na twoje dawne mieszkanie. Postrzelono Vacenovsky’ego.

Słysząc nazwisko „Lubański” w domofonie, Czech spokojnie otworzył drzwi. Był przekonany, że Polak złożył mu późną wizytę. Zamachowiec natomiast, mówiąc „Lubański”, chciał się jeszcze upewnić, czy na pewno trafił pod właściwy adres.

1980grootw środkowym rzędzie: pierwszy z lewej trener Josef Vacenovsky, trzeci z prawej Grzegorz Lato, czwarty Włodzimierz Lubański

Vacenovsky otworzył drzwi do mieszkania i zamiast na uśmiechniętego Polaka natknął się na lufę pistoletu. Jak opisywała belgijska strona organizacji VMO (która odcięła się od akcji – miała ona być indywidualną inicjatywą jej członków): „Zaskoczony trener zobaczył napastników z bronią i zatrzasnął drzwi. Padły cztery strzały, kule przebiły drzwi. Vacenovsky miał szczęście. Był tylko raniony [w rękę] przez drzazgi. Na pomoc pospieszyli sąsiedzi, napastnicy uciekli do białego volkswagena”.

– Przyszli zdeterminowani, żeby mnie porwać, miałem być zakładnikiem w momencie negocjacji. Jeden z tej bandy został przyłapany na przemycie i był zamknięty w Polsce, druga część chciała w jakiś sposób zmusić władze naszego kraju, żeby tego łobuza wypuszczono – opowiadał w „Dzienniku Zachodnim” Włodzimierz Lubański. 

 – Myślałem, co by było, gdybym to ja znalazł się na miejscu trenera. Nie wiem, jak by to się skończyło, ale znając siebie, na pewno wyszedłbym bez obaw z mieszkania i w ten sposób wystawiłbym się im do porwania – przyznawał Lubański. 

Według jednej wersji przestępcy zostali schwytani, według innej – sami zgłosili się na policję w drugi dzień Bożego Narodzenia. W maju 1979 roku doszło do procesu, który trwał tylko kilka godzin. Werner van Steen i Josef de Jonghe odpowiedzieli za próbę uprowadzenia Lubańskiego, najście na mieszkanie trenera Vacenovsky’ego, oddanie strzałów i nielegalne posiadanie broni. Przyznali, że przez porwanie polskiego piłkarza chcieli wymusić na władzach PRL zwolnienie z aresztu ich przyjaciela.

Prokurator żądał kary wieloletniego pobytu w więzieniu. Ale sąd skazał napastników na dwa i pół roku, w tym 20 miesięcy w zawieszeniu. Do tego grzywna w wysokości 8 tys. franków. W sumie, odliczając ich pobyt w areszcie śledczym, po wyroku spędzili za kratkami tylko pięć miesięcy.

B.

Włodzimierz Lubański na banderoli od papierosów

Maratoński genderyzm

Już za 2 dni 15. Poznań Marathon, a na jego starcie stanie około siedmiu tysięcy biegaczy. Będą wśród nich zarówno mężczyźni, jak i kobiety, co jeszcze pół wieku temu było trudne do zaakceptowania przez część społeczeństwa.

Pierwszą kobietą, która pokonała dystans maratoński była Roberta „Bobbi” Gibb. W 1966 roku przebiegła ona Maraton Bostoński (organizowany od 1897 roku!), ale… nie została oficjalnie sklasyfikowana jako uczestniczka zawodów. Nie mogąc bowiem normalnie startować podłączyła się do biegaczy chwilę przed startem. Powód? Kobiety nie mogą startować w maratonie. Dlaczego? Bo kobiety nie biegają, tylko siedzą w kuchni. Gibb chciała sobie pobiec? OK. Ale niech wie, że robiła to na własną rękę, „obok” imprezy (o Gibb czytajcie też tutaj, tutaj i tutaj).

Pierwszą kobietą, która została „oficjalnie” zgłoszona do udziału w maratonie (również bostońskim) i ukończyła zawody była Kathrine Switzer w 1967 roku.

 

Musiała w tym celu posłużyć się jednak pewnym wybiegiem. Otóż zapisała się na listę startową jako nie budzący podejrzeń „K.V. Switzer”. Nikt nie protestował, więc maratonka mogła „legalnie” przystąpić do biegu. Sprawa jednak wyszła na jaw i wokół zawodniczki zrobił się szum. Nieprzychylność gawiedzi była tak duża, że nawet podczas samego biegu próbowano zedrzeć jej numer i zepchnąć ją z trasy (co ciekawe akcję tę podjął inny były biegacz – Jock Semple)!

Mimo to bieg ukończyła (czas: 4 godz. 20 min.) i dziś – podobnie jak Bobbi Gibb – jest legendą (o Switzer poczytajcie też na jej stronie i tutaj). Również organizatorzy Maratonu Bostońskiego dali za wygraną i od 1972 roku kobiety mogą normalnie brać udział w zawodach.

Historia udziału kobiet w maratonie to dla mnie piękna ilustracja „ideologii gender”, czy też jeszcze bardziej przerażającego „genderyzmu”, którym to straszą innych niedouczone (albo zwyczajnie cyniczne) zastępy stróżów porządku moralnego. Kiedyś rolą chłopca było „biegać!”, a dziewczynki „nie biegać! sprzątać! gotować!”. Genderystyczna bestia wychyliła jednak swą paskudną głowę z ciemnych czeluści i kobiety zaczęły stawać na starcie maratonu.

Upadek moralny i agonia społeczeństwa cywilizowanego człowieka trwa, końca nie widać.

P.

Kiedy Mieszko rusza w bój, czyli ćwierć wieku po gnieźnieńskim, futbolowym cudzie

W przepięknej Złotej Kaplicy poznańskiej Katedry, gdzie biją źródła polskiej państwowości, oczy przechodnia już od pierwszego wejrzenia bezlitośnie absorbuje niesamowity obraz Januarego Suchodolskiego: „Mieczysław kruszy bałwany”, przedstawiający historycznego władcę, który na niełatwej drodze wszczepiania naszego kraju w nurt wielkiego dziedzictwa chrześcijańskiej kultury europejskiej, dziarsko bierze się za bary z resztkami pogańskiej graciarni. Po upływie przeszło dziesięciu stuleci godnymi naśladowcami mieszkowej odwagi, który niegdyś chwacko obijał Niemca pod Cedynią i zwycięsko wkraczał do czeskiej Pragi, postanowili zostać gnieźnieńscy piłkarze, grający dla klubu, któremu patronuje wspomniany pierwszy historyczny polski władca. Oni również, w myśl przytaczanej przez naszych wybitnych historyków wieków dawnych – Jana Długosza i Wincentego Kadłubka, etymologii mieszkowego imienia, mającego oznaczać „zamieszanie” albo „poruszenie„, postanowili zasiać nieco i zamieszania, i poruszenia na naszej futbolowej mapie. Mija właśnie dokładnie 25 lat od momentu, gdy zespół z ligi okręgowej rozpoczął na szczeblu centralnym Pucharu Polski swą sensacyjną, niezwykłą przygodę, która doprowadziła go aż do ćwierćfinałowych, niezapomnianych batalii, z naszpikowaną gwiazdami polskiej reprezentacji – warszawską Legią. Legią, która kilkadziesiąt dni wcześniej po wspaniałej grze zremisowała na Camp Nou z wielką Barceloną i omal nie wyrzuciła Katalończyków z europejskich rozgrywek…

Gdy 22 lipca 1989 roku piłkarze Mieszka Gniezno inaugurowali w Gorzowie swe zmagania na szczeblu centralnym Pucharu Polski, mieli już za sobą sześć zwycięskich, pucharowych batalii na szczeblu okręgowym. Na dzień dobry pokonali w Pobiedziskach miejscowy Huragan 4:1 i to właśnie gnieźnieńscy piłkarze z huraganowym impetem przetaczali się dalej ku następnym rundom rozgrywek. Nieco problemów sprawiła po drodze piłkarzom z historycznej stolicy Polski Sparta Szamotuły, ale summa summarum i ona poległa dwukrotnie (2:3, 1:2). 14 czerwca 1989 roku w rozgrywanym na poznańskim stadionie noszącym dziś imię Edmunda Szyca, okręgowym finale PP, podopieczni Mariana Pokładeckiego, po golach strzelanych w drugiej części meczu przez Roberta Cieślewicza i Janusza Kustrę, dość nieoczekiwanie pokonali Wartę 2:0.

Również trafienia duetu Cieślewicz-Kustra umożliwiły zwycięstwo 2:1, we wspomnianym wcześniej Gorzowie, nad rezerwami Stilonu. Zaledwie kilka dni później trzeba już było zmagać się z rywalem bez porównania silniejszym, będącym świeżo upieczonym spadkowiczem z drugoligowego frontu, zespołem Ślęzy Wrocław. W Gnieźnie przy ulicy Strumykowej, kibice otrzymali naprawdę sporą porcję emocji. Mieszko objął nieoczekiwane prowadzenie po ‚golu do szatni’, najlepszego na boisku Tomasza Kurowskiego. Cieślewicz mógł zapewnić gospodarzom sukces, lecz jego strzał głową trafił w poprzeczkę. Niepewnie bronił golkiper miejscowych – Jaśniewicz. Wrocławianie wyrównali po bramce Grzegorza Kowalskiego. W dogrywce to piłkarze Mieszka zadali jednak decydujący cios. W 110 minucie spotkania sfaulowany w polu karnym Ślęzy został Cieślewicz, a Kurowski zamienił jedenastkę na gola, dającego gospodarzom zupełnie nieoczekiwany awans do kolejnej rundy.

O ile pojedynek ze Ślęzą buzował od emocji i zakończył się wielkim sukcesem Mieszka, o tyle 16 sierpnia 1989 roku przy Strumykowej w Gnieźnie stało się coś wręcz niebywałego. I gdyby tylko na tym wydarzeniu zakończyła się wówczas pucharowa przygoda miejscowych piłkarzy już należałoby mówić o wielkiej sensacji. O ile po zwycięstwie nad Ślęzą trener Pokładecki mógł jeszcze starać się tonować nastroje mówiąc, że dla niego zdecydowanie ważniejsze są rozgrywki ligowe, to po sierpniowej, niezapomnianej batalii z warszawską Gwardią, trudno mu już było przebić się ze swą tezą poprzez świeżo nadmuchane na fali sukcesu, piękne gmachy gnieźnieńskiej futbolowej euforii. W historycznej stolicy Polski wszyscy czuli już bardzo namacalnie, że właśnie dzieje się na ich oczach coś wielkiego, być może największego w całych dziejach tamtejszego futbolu. Hasłem: „W Polskę idziemy” zaczynało powoli przesiąkać powietrze w całym pięknym gnieźnieńskim grodzie. Jednak po kolei.

Gdy zażarcie walcząca jeszcze kilkadziesiąt dni wcześniej o awans do ekstraklasy warszawska Gwardia (ostatecznie zabrakło jej ledwie czterech punktów do bydgoskiego Zawiszy), przyjeżdżała mierzyć się z Mieszkiem w ramach 1/32 Pucharu Polski, wydawała się być przy miejscowym zespole niemal futbolowym gigantem. Dość powiedzieć, że z trenerskiej ławki stołeczny zespół prowadził Lesław Ćmikiewicz, ówczesny już asystent selekcjonera reprezentacji Polski, Andrzeja Strejlaua. Teoretycznie więc, pukająca nachalnie do drzwi ekstraklasy, Gwardia powinna stłamsić rywala z Wielkopolski nie przepacając nadmiernie koszulek, nawet biorąc poprawkę na trzydziestostopniowy upał tamtego sierpniowego popołudnia. Jednak piłkarze klubu szczycącego się patronatem Mieszka I, który nie zwykł trząść portkami z byle powodu, postanowili godnie go naśladować i dzielnie stawić czoła temu, co zafundował im pucharowy los. Jeśli o meczu ze Ślęzą napisaliśmy, iż buzował on od emocji, to 16 sierpnia 1989 roku piłkarze Mieszka i Gwardii zafundowali kibicom przy Strumykowej istny piłkarski horror. Już w 11 minucie Kustra po błyskotliwej, indywidualnej akcji trafił piłką w poprzeczkę. W 70 minucie zadrżała dla odmiany poprzeczka gnieźnieńskiej bramki po strzale Aleksandrowicza. Gdy na osiem minut przed końcem spotkania Przybysz silnym uderzeniem z daleka dał gościom prowadzenie, wydawało się, że faworyzowany stołeczny zespół, w którego barwach biegali wówczas po gnieźnieńskiej murawie m.in. Miąszkiewicz, Dźwigała, Rajkiewicz czy Szeliga, dopnie swego. Uboga w nadzieję część publiczności, która nie była świadoma jak długa pucharowa przygoda jeszcze ją czeka, zaczęła już nawet opuszczać stadion (zawsze i wszędzie znajdą się tacy cierpliwi-inaczej, nigdy tego zjawiska nie zrozumiem), lecz w ostatniej minucie spotkania Ireneusz Furmaniak po zamieszaniu w polu karnym na skutek egzekwowania rzutu rożnego, z kilku metrów wpakował piłkę do bramki Wiesława Rutkowskiego, czym spowodował istną eksplozję radości gnieźnieńskich trybun. W emocjonującej dogrywce bohaterem znów postanowił zostać Kurowski. Po otrzymaniu piłki od Wiesława Poltaszewskiego, kilkoma zwodami wymanewrował bramkarza i w 103 minucie meczu przesądził o sensacyjnym awansie Mieszka do następnej rundy. Znakomity występ zaliczył gnieźnieński bramkarz – Wiesław Kaczmarek, będący dla zespołu rywali istną zaporą. „Był to naprawdę wielki mecz Mieszka, w którym wszyscy zasługują na wyróżnienie. Ten mecz jeszcze raz potwierdził, że Mieszko wcale nie musiał spadać z trzeciej ligi” – pisał w swej relacji dla gnieźnieńskich „Przemian” Jerzy Kałwak.

Wyeliminowanie takich zespołów, jak Warta, Ślęza czy Gwardia miało być jednak tylko preludium do tego wszystkiego, co zaczęli wyprawiać rozochoceni piłkarze Mieszka na następnych szczeblach pucharowych rozgrywek. 8 września 1989 roku na Strumykową przyjechał prowadzony przez Romualda Szukiełowicza zespół wrocławskiego Śląska. Stadion Mieszka pękał w szwach. Aby obejrzeć konfrontację gospodarzy z klubem z ekstraklasy, stawiło się około siedmiu tysięcy widzów, co było niewątpliwym, choć jak się niebawem okaże, zaledwie chwilowym rekordem frekwencji w piętnastoletnich podówczas dziejach klubu. Warto wspomnieć, że wspomagać dopingiem gospodarzy w ich boju ze Śląskiem, wpadli po sąsiedzku, nie ostatni zresztą raz w tamtej edycji Pucharu Polski, kibice poznańskiego Lecha. W faworyzowanym zespole gości zabrakło co prawda, jeszcze do niedawna pełniącego wówczas rolę kapitana polskiej reprezentacji, Waldemara Prusika, lecz i tak gnieźnieńską murawę wydeptywało tego dnia kilka nader istotnych postaci z naszego rodzimego futbolowego światka. Roman Szewczyk, Janusz Góra, Mandziejewicz, Tęsiorowski, Boguszewski, Twardygrosz, Drączkowski czy Chałaśkiewicz ostatecznie musieli jednak uznać wyższość piłkarzy Mieszka. Na boisku optyczną przewagę posiadali oczywiście występujący na co dzień kilka klas rozgrywkowych wyżej gracze Śląska, lecz gnieźnieński zespół grał niezwykle ambitnie, konsekwentnie i pomysłowo. Najpierw po efektownej akcji z Romanem Adamskim, Kirszę pokonał Janusz Kustra. Nie upłynęło nawet pół godziny gry, gdy po zagraniu Dariusza Kuryło, do tańca z piłką, sfinalizowanego trafieniem na 2:0, zaprosił wrocławskich obrońców i bramkarza Tomasz Kurowski. Co prawda kilka minut później Socha strzeli kontaktową bramkę, ale pomimo rozpaczliwych prób piłkarzy Śląska (m.in. Tęsiorowski trafił piłką w słupek) aż do końcowego gwizdka Wojciecha Rudego (byłego polskiego mundialowicza ’78, strzelca pamiętnej pięknej, eliminacyjnej bramki przeciwko Holandii w 1979 roku) sensacyjny wynik nie ulegnie już zmianie. Wiesława Kaczmarka, który jak w transie bronił całe serie strzałów Chałaśkiewicza, Góry, Drączkowskiego czy Gila, kibice znosili po meczu z murawy na rękach. Gnieźnieńscy gracze wzruszeni do łez, zgodnie twierdzili, że „warto było trenować przez lata, żeby rozegrać taki mecz”. W Gnieźnie trwało prawdziwe święto. Piłkarski Dawid zwyciężał kolejnych futbolowych Goliatów i wydawał się być nienasycony w uprawianiu tego procederu.

„Kto zatrzyma Mieszka z Gniezna?” – krzyczał w tytule „Przegląd Sportowy” w swym wydaniu z 19 października 1989 roku. Pytanie było jak najbardziej zasadne, bo stawiane nazajutrz po tym, jak podopieczni Pokładeckiego znów odprawili ze Strumykowej z kwitkiem kolejnych faworytów. Tym razem ofiarą Mieszka padł świeżo upieczony wówczas spadkowicz z ekstraklasy, zespół Szombierek Bytom. Rozgrywany w środku tygodnia (środowe bardzo wczesne popołudnie) mecz z Szombierkami wywołał w dawnej stolicy Polski ogromne zainteresowanie. Jak donosiła miejscowa prasa, załogi pracownicze kilku wielkich zakładów, takich, jak choćby „Polania” czy „Zremb” prowadziły żmudne pertraktacje z pracodawcami, by móc obejrzeć mecz i odrobić pracownicze zaległości innego dnia. Wielu się to udało i zapewne po dziś dzień tego nie żałują. Sensacyjne zwycięstwo nad faworyzowanym, bytomskim rywalem absolutnie nie było bowiem dziełem przypadku, lecz po prostu skutkiem znakomitej gry Mieszka. To gospodarze mieli więcej stuprocentowych sytuacji do zdobycia gola. Uzyskać upragnione trafienie udało im się jednak dopiero na siedem minut przed końcem spotkania. Wówczas to Robert Sytek oddał mocny strzał sprzed pola karnego rywali. Do odbitej od poprzeczki piłki dopadł niezawodny Kurowski i głową umieścił ją w siatce. Jeszcze sześć minut wcześniej Świstek trafił w słupek gnieźnieńskiej bramki. Próbował dwoić się i troić Andrzej Orzeszek, ale Wiesław Kaczmarek znów był bohaterem Gniezna. I znów gnieźnieńscy kibice, gromko skandując: „Puchar dla Mieszka!”, znosili po końcowym gwizdku swych piłkarzy i trenera Pokładeckiego na rękach. Piękna bajka wciąż trwała i wydawała się nie mieć końca. „Niezłomny Mieszko” – tytułował swą relację dla katowickiego „Sportu„, poznański dziennikarz Andrzej Kuczyński.

„Całe Gniezno czeka na Legię” – krzyczała polska prasa sportowa w dniu pierwszego ćwierćfinałowego meczu o Puchar Polski pomiędzy Mieszkiem Gniezno i Legią Warszawa. To było niesłychane, niepowtarzalne spotkanie dwóch piłkarskich światów. Pamiętam, gdy jako nastolatkowie, na kilka dni przed tym meczem, wyrwawszy się na spacer po ciepłej herbatce u niezastąpionej cioci Maryli, mroźnym, listopadowym przedpołudniem, poszliśmy z bratem i kuzynem popatrzeć na znajdującą się nieopodal, owianą chłodem, pustą murawę stadionu przy Strumykowej. Za kilka dni będzie tu biegał Kosecki, będzie biegał Terlecki, Kubicki, Kaczmarek i inni reprezentanci Polski. I z kimż to oni przyjadą się tu mierzyć? Ano, z Mieszkiem Gniezno! To działało na wyobraźnię. To było naprawdę coś.

Nagle wszyscy zainteresowali się Gnieznem. O Mieszku zaczęło się mówić. Do dawnej stolicy Polski zjechały ekipy telewizyjne. Pamiętam długi reportaż w głównym wydaniu dziennika. Swoje pięć minut mieli piłkarze, dotąd dla przygniatającej większości polskich kibiców, kompletnie anonimowi, jak przecież większość graczy biegających po czwartoligowym futbolowym froncie w naszym kraju. Trener Pokładecki nie nadążał z udzielaniem wywiadów. Na kilka dni przed historyczną batalią z Legia wyznał szczerze: „Awansu na tym etapie rozgrywek nie można zakładać. Legia to w końcu klasowy zespół, który nie pozwoliłby sobie na takie ‚wisty’. Dlatego my musimy myśleć o tym, żeby zagrać jak najlepiej, dostarczyć widzom dobrego widowiska. Jak już spadać to z wysokiego konia. Ten przeciwnik jest wymarzony, a ten mecz to wspaniały prezent dla sympatyków futbolu w Gnieźnie”. Trener Mieszka nie pozostawiał tez wątpliwości, jak ogromnym wysiłkiem okupione było odniesienie przez jego podopiecznych owego nieoczekiwanego przez nikogo sukcesu: „Po meczu ze Śląskiem zawodnicy odczuwali zmęczenie przez następne dwa tygodnie. W dogrywkach nogi naszych piłkarzy robiły się miękkie, były skurcze i wybicia piłki na uwolnienie. To dzięki niebywałej ambicji piłkarzy Mieszko osiągnął największy sukces w swojej historii. To może nie powtórzyć się przez następne 20 lat. Ale przecież nie samą ambicją pokonali Wartę, Ślęzę, Stilon, Gwardię, Śląsk czy Szombierki. Ci chłopcy, w każdym razie niektórzy z nich, wcale nie grają gorzej niż zawodnicy z pierwszej czy drugiej ligi. Według mnie najwięcej w tym sezonie, i w lidze, i w pucharach pokazał Kurowski„. Trener gnieźnieńskiej drużyny zaraz jednak dodawał: „Wolałbym, żeby zespół nawet odpadł z pucharów w eliminacjach, lecz wygrywał w lidze. Szkoda tej drużyny na czwartą ligę. Powinna awansować„. Ciężko dziś oczywiście zgodzić się z ówczesną argumentacją Pokładeckiego. Znakomitej postawy piłkarzy Mieszka, choćby i na trzecioligowym froncie, nikt by już dziś zapewne nie pamiętał. A legenda ćwierćfinałowych bojów z Legią zapewne przeżyje w sercach gnieźnieńskich kibiców przez całe następne dziesięciolecia.

Wczesną popołudniową porą, 8 listopada 1989 roku, kto żyw pędził na stadion przy Strumykowej. Stanęło wiele zakładów pracy. Na odpracowanie zaległości przyjdzie czas kiedy indziej. Piłkarskie święto ogarnęło dawną stolicę Polski. Całe Gniezno z pełną podekscytowania nadzieją zastygło na kilka godzin w tym niepowtarzalnym dla całej jego futbolowej historii momencie. Czas w tym mieście po prostu się zatrzymał, a chłodne listopadowe powietrze zdawało się przeszywać faustowe westchnienie z poematu Goethego: „Chwilo, trwaj!”. Życie całego Gniezna tętniło teraz na Strumykowej. Powiedzieć o gnieźnieńskich trybunach, że pękały w szwach, to nic nie powiedzieć. Doliczono się łącznie niemal aż 15 tysięcy widzów!

„W pierwszej połowie wydawało się, że po boisku biegają dwie równorzędne drużyny. Piłkarze Mieszka nie tylko umiejętnie bronili się, ale podejmowali sporo całkiem nieźle wiązanych, widowiskowych akcji. Obrońcy Mieszka świetnie dawali sobie radę z Koseckim, Cyzio czy Łatką” – pisał w swej relacji dla gnieźnieńskich „Przemian„, Jerzy Kałwak. Niezmiernie istotny moment nadszedł na minutę przed zejściem obu ekip do szatni na przerwę. Kurowski, Kustra i Sytek wyprowadzili składny kontratak, lecz Kustra znajdujący się w znakomitej sytuacji strzeleckiej sam przed bramkarzem Legii, trafił wprost w Macieja Szczęsnego, a dobitka Sytka była nieskuteczna. Gnieźnieńscy piłkarze nie zdążyli jeszcze ochłonąć po tak wspaniałej, a zaprzepaszczonej szansie na objęcie sensacyjnego prowadzenia, gdy w kilkadziesiąt sekund później, nie upilnowany przez obrońców Mieszka, Łatka dośrodkował w pole karne i Jacek Cyzio, ten sam, który strzeli za jakiś czas gola Manchesterowi United, głową skierował piłkę do siatki gospodarzy. Mogło być wspaniałe, wymarzone, wyśnione zejście do szatni z upragnionym prowadzeniem nad Legią, a było dość pechowe 0:1. „Zdobyty w odpowiednim momencie gol, często potrafi ustawić przebieg meczu” – snuł swą refleksję, relacjonujący wówczas to spotkanie dla „Przeglądu Sportowego„, Janusz Basałaj.

Druga część meczu to już wyraźna dominacja grającej teraz spokojnie i swobodnie warszawskiej Legii. Na błotnistym boisku, w towarzystwie mżawki i chłodu, podopieczni Rudolfa Kapery strzelali kolejne gole Wiesławowi Kaczmarkowi. Warszawski zespół rozruszał Stanisław Terlecki, który od momentu pojawienia się na placu gry, był zdecydowanie pierwszoplanową postacią całego widowiska. Dwa efektowne trafienia (w 58 i 86 min.) zaliczył uczestnik meksykańskiego mundialu, późniejszy obrońca Aston Villi, Dariusz Kubicki. Po godzinie gry, zdobytą bramką postanowił zapisać się w pamięci gnieźnieńskich kibiców również Roman Kosecki. W 69 minucie podyktowanego dla Legii karnego bardzo chciał wykorzystać bramkarz wojskowych – Maciej Szczęsny. Ostatecznie jednak do swoich racji zdołał go przekonać, co z pewnością nie było łatwe, Stanisław Terlecki. Ten jednak egzekwując jedenastkę z nieskrywaną nonszalancją, dość dziwacznym, tanecznym krokiem podbiegł do piłki ustawionej na wapnie, chcąc ośmieszyć gnieźnieńskiego golkipera. Skończyło się na tym, że Wiesław Kaczmarek obronił strzał legionisty, czym na chwilę popsuł nieco humor stołecznym graczom, a gnieźnieńscy kibice zgotowali swemu bramkarzowi fantastyczną owację. Dwie minuty później były piłkarz nowojorskiego Cosmosu, zrehabilitował się jednak, uzyskując swoje trafienie na stadionie Mieszka. Szansę na uzyskanie honorowego gola dla gospodarzy miał jeszcze Wiesław Poltaszewski, lecz sposobiący się właśnie do przejęcia kapitańskiej opaski w polskiej reprezentacji, Zbigniew Kaczmarek zdołał uchronić legionistów od utraty gola. Choć momentami, głównie w pierwszej połowie, na Strumykowej rozgrywał się porywający piłkarski spektakl, to jednak ostateczny wynik 0:5 nie pozostawiał złudzeń, w którym miejscu na futbolowej mapie Polski znajduje się Mieszko Gniezno, a w którym Legia Warszawa. Mimo to, sam fakt, iż drużyna zajmująca podówczas trzynaste miejsce na czwartoligowym futbolowym froncie w naszym kraju, zmierzyła się w ćwierćfinałowej fazie Pucharu Polski z zespołem, który kilkadziesiąt dni wcześniej walczył jak równy z równym z wielką Barceloną Johanna Cruyffa, a za kilkanaście miesięcy dobrnie aż do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów (eliminując po drodze m.in. Aberdeen czy Sampdorię) już sam w sobie jest swoistym fenomenem.

22 listopada 1989 roku, dokładnie cztery miesiące po rozpoczęciu zmagań na szczeblu centralnym, zakończyła się piękna pucharowa przygoda piłkarzy Mieszka Gniezno. W Warszawie mecz pomiędzy Legią i Mieszkiem toczył się na grubej warstwie wciąż padającego śniegu. Na niewiele zdało się spontanicznie powołane do życia odśnieżeniowe pospolite ruszenie, złożone ze służb porządkowych, wojskowych i kibiców, którzy próbowali choć w niewielkim stopniu uwolnić murawę przy Łazienkowskiej spod dominacji białego puchu. Jedynym wymiernym efektem wspomnianych syzyfowych prac okołofutbolowego kolektywu było opóźnienie momentu rozpoczęcia spotkania o niemal pół godziny. Kapera posłał w bój wszystkich swych najlepszych graczy poza kontuzjowanym Szczęsnym. „Kibice Legii dawali podczas meczu popis wyjątkowego chamstwa” – relacjonował dla stołecznego „Przeglądu Sportowego„, Maciej Polkowski, nazywając ich „hołotą” oraz zwracając uwagę nie tylko na wulgarne przyśpiewki, lecz również na rzucanie przez warszawskich fanów w gnieźnieńskich piłkarzy śnieżkami. Z wysokości trybun konfrontacji Legii i Mieszka przyglądał się ówczesny selekcjoner polskiej reprezentacji, Andrzej Strejlau, w zacnym towarzystwie dawniejszych sterników narodowej kadry – Kazimierza Górskiego i Ryszarda Kuleszy.

A na tonącym w śniegu boisku, Kosecki już w 4 minucie znalazł się w sytuacji oko w oko z Wiesławem Kaczmarkiem, lecz golkiper Mieszka wyszedł z tego widzenia obronną ręką. Minutę później odgryzł się Sytek oddając pierwszy strzał na bramkę Legii. W 7 minucie Roman Kosecki zostaje sfaulowany w polu karnym Mieszka i sam poszkodowany zamienia jedenastkę na gola. Gnieźnieńscy piłkarze postanawiają nie być dłużni. Bramkę Robakiewicza ostrzeliwują Sytek i Kurowski. Dobre spotkanie zalicza Kustra, którego strzał z kilku metrów w 36 minucie minimalnie mija bramkę Legii. Minutę po nieudanej próbie Kustry wynik meczu podwyższa Kosecki. Kilkadziesiąt sekund później Mieszko świętuje jednak swoje wielkie chwile na stadionie Legii. Rajd Kustry warszawscy defensorzy zdołali powstrzymać dopiero faulem w polu karnym. Tomasz Kurowski z wapna uzyskuje kontaktowe trafienie na 2:1. Radość po tym golu jest w gnieźnieńskim zespole ogromna. Przed przerwą głową trafi jeszcze Cyzio. W kilku sytuacjach z opresji ratuje swój zespół wspaniałymi interwencjami Wiesław Kaczmarek. Przy golach Łatki i Nowickiego (najpiękniejsza brama meczu) jest jednak bezradny. Swoje szanse na kolejne gole dla Mieszka przy Łazienkowskiej ma jeszcze Kurowski. Efektowne akcje przeprowadzają Sytek i Zajkowski. „Nie było to jednostronne widowisko. Drużyna z Gniezna pozostawiła po sobie dobre wrażenie. Zawodnicy nie mogą się wstydzić swojej gry. Zagrali tak, jak potrafili najlepiej. Należą im się olbrzymie brawa i podziękowania” – relacjonowały „Przemiany” piórem Pawła Ruszkiewicza. „Wbrew temu, co mógłby sugerować wynik, nie była to wcale gra do jednej bramki. Mieszko wypadł lepiej niż w pierwszym spotkaniu. Przegrał honorowo” – przyznawał na łamach „Przeglądu Sportowego” Maciej Polkowski.


Legia Warszawa – Mieszko Gniezno (1989) przez numer10

Jesiennym zmierzchem 22 listopada 1989 roku zakończył się piękny pucharowy sen piłkarzy Mieszka Gniezno. Na swym wspaniałym szlaku rozegrali oni trzynaście spotkań, odnieśli wiele sensacyjnych, efektownych zwycięstw, porażek doznając dopiero w bojach o półfinał Pucharu Polski. Ćwierćfinałowy dwumecz z warszawską Legią był niezapomnianym zetknięciem się ze sobą dwóch futbolowych światów. Jak gigantyczna przepaść dzieliła oba zespoły świadczy choćby fakt, iż wśród podopiecznych Kapery toczących listopadowe boje z Mieszkiem znalazło się aż dziesięciu piłkarzy (Szczęsny, Robakiewicz, Kubicki, Budka, Kruszankin, Kaczmarek, Gmur, Jóźwiak, Terlecki, Kosecki), którzy dostąpili zaszczytu występów w reprezentacji Polski, podczas gdy w gnieźnieńskim zespole nie było ani jednego zawodnika, który zagrałby choć minutę na boiskach naszej ekstraklasy (Robert Cieślewicz, który uciułał łącznie szesnaście występów bez gola, na szczeblu centralnym PP ’89 zagrał dla Mieszka tylko w dwóch pierwszych fazach rozgrywek). Na skutek mieszkowych podbojów sprzed ćwierćwiecza, gnieźnieński futbol przeżył swoje wielkie, niezapomniane chwile, o których wspomnienie będzie jeszcze przez długie lata rozjaśniać serca tamtejszych kibiców. Do czasu, gdy Mieszko znów ruszy w bój, a całe Gniezno zastygnie w niepowtarzalnych, sportowych emocjach.

R.

Planeta Piotrówka. Najbardziej afrykański z polskich klubów

Wczoraj wielu fanów z zainteresowaniem śledziło wyniki losowania par w ostatniej fazie eliminacji do MŚ 2014 w Afryce. Dla przypomnienia, pary te wyglądają następująco:

Wybrzeże Kości Słoniowej – Senegal
Etiopia – Nigeria
Tunezja – Kamerun
Ghana – Egipt
Burkina Faso – Algieria

Przy okazji przypomniałem sobie, że przecież taką małą Afrykę mamy również w polskiej lidze. Namiastkę futbolu z Czarnego Lądu od wielu już lat można bowiem spotkać w Piotrówce – wsi położonej w województwie opolskim, w powiecie strzeleckim, w gminie Jemielnica. Tamtejszy LZS Piotrówka stał się mekką grajków z Afryki.

Wszystko na poważnie zaczęło się wiosną 2010 roku, kiedy ekipę z Opolszczyzny zasilił znany i lubiany Emmanuel Ekwueme. W zespole już wówczas było kilku Afrykańczyków – m.in. Dzikami Gwaze i Patmore Shereni. Tolek wykonał jednak jeszcze parę telefonów i koniec końców ekipa do wiosennych starć przystąpiła z czterema graczami z Zimbabwe i trzema z Nigerii.

Sezon: 2009/2010
Prezes: Ireneusz Strychacz
Trener: Grzegorz Wagner, Marek Koniarek (od marca 2010)
Obrońcy:
Patmore Shereni (14.09.84, ZIM, 190/84).

Pomocnicy: Emmanuel Ifeanyi Ekwueme (22.11.79, NGA, 177/75, W, Znicz Pruszków), Christian Gainet (22.05.88, ZIM/GBR, W, brak klubu), Dzikamai Andre Gwaze (22.04.89, 179/71, ZIM, KS Wisła),  Chidi Frank Obaka (05.09.89, NGA),
Napastnicy: Roland Emeka John (15.09.87, NGA, 182/75, J -> MKS Kluczbork), Peter Nzerumbaye (19.11.87, ZIM, W, brak klubu)
Miejsce: IV liga 2009/2010, grupa: opolska, 2. miejsce (za Oderką Opole) i awans

Afrykańska taktyka okazała się skuteczna i Piotrówka mogła cieszyć się z awansu do III ligi. Władze klubu poszły więc za ciosem. W kolejnych rozgrywkach kadra LZS liczyła już 10 Afrykańczyków i jednego Ukraińca.

Sezon: 2010/2011
Trener: Marek Koniarek (od marca 2010)
Obrońcy:
Paddington Shereni (25.06.86, ZIM), Patmore Shereni (14.09.84, ZIM, 190/84),

Pomocnicy: Hiyancinte Crespin (08.09.86, SEN, J), Emmanuel Ifeanyi Ekwueme (22.11.79, NGA, 177/75, J), Alirou Nsangou (31.08.84, CMR, 175/75, W), Chidi Frank Obaka (05.09.89, NGA), Bernard Obiado Ocholeche (24.05.87, 185/75, NGA, Podbeskidzie Bielsko-Biała, J -> Górnik Polkowice),  Ihor Wons (15.04.87, UKR, 176/70, W, Marspyrt Nagórzanka),
Napastnicy: Idrissa Séga Cissé (01.01.90, SEN), Roland Emeka John (15.09.87, NGA, 182/75),  Peter Nzerumbaye (19.11.87, ZIM, 177/74, J), Babatunde Shola (17.02.92, NGA)
Miejsce: III liga 2010/2011, grupa: opolsko-śląska, 11. miejsce

Pomimo takiego wzrostu ilości stranieri, to jednak wciąż Polacy rozdawali karty w Piotrówce. To przede wszystkim oni zajmowali miejsce w pierwszym składzie i stanowili o grze zespołu. Idrissa Cisse z ośmioma golami został wówczas zaledwie trzecim strzelcem LZS, za Łukaszem Mieszczakiem (11 goli) i Maciejem Wolnym (9 goli).

Stan ten utrzymał się także podczas następnej edycji rozgrywek. Pomimo dziewięciu przybyszów z Afryki w kadrze, tylko trzech wychodziło w pierwszej jedenastce (choć akurat Cisse został najlepszym strzelcem drużyny).

Sezon: 2011/2012
Trener: Maciej Lisicki (od czerwca 2011), Marcin Molek (od 27 września 2011), Krzysztof Kiełb (od stycznia 2012), Aleksander Mużyłowski, Ryszard Czerwiec (od 9 maja 2012)
Obrońcy:
Frank Adu Kwame (16.05.85, GHA),  Munyaradzi Shumba (26.04.90, GHA, J -> nie wznowił treningów),

Pomocnicy: Emmanuel Ekwueme (22.11.79, NGA, 177/75), Lucky Ekwueme (25.06.89, NGA, 189/79, W),  Zerah Mpako (10.11.82, CMR, 176/77), Chidi Obaka (05.09.89, NGA, J -> Stal Zawadzkie),
Napastnicy: Sani Goringo Abubakar (02.09.85, NGA, W), Idrissa Cissé (01.01.90, SEN -> Ruch Radzionków), Daniel Onyekachi (24.08.85, NGA, 178/78, Polonia Nowy Tomyśl, J -> SQC Bình Định (Qui Nhơn)),
Miejsce: III liga 2011/2012, grupa: opolsko-śląska, 11. miejsce

Szczyt afrykańskiego zaciągu przyszedł na sezon 2012/2013. Wtedy kalejdoskopowo zmieniający się szkoleniowcy mieli do dyspozycji dziesięciu Afrykańczyków oraz trzech Brazylijczyków i jednego Ukraińca.

Sezon: 2012/2013
Trener: Ryszard Remień (od lipca 2012), Zbigniew Smółka (od 17 września 2012), Krzysztof Kapelan (od 19 września 2012), Jan Żurek (od 29 listopada 2012)
Obrońcy:
Filipe (07.02.85, 179/78, BRA, W, bez klubu), Frank Adu Kwame (16.05.85, GHA),  Jewhenij Sawczuk (23.02.90, UKR), Patmore Shereni (14.09.84, 190/84, ZIM, W, bez klubu),

Pomocnicy: Attah Teche Abanda (16.12.89, CMR, W),  Emmanuel Ekwueme (22.11.79, 177/75, NGA, W, bez klubu), Galdino (18.11.85, 180/71, BRA, W, bez klubu), Dzikamai Gwaze (22.04.89, 179/71, ZIM, W, bez klubu), Sunday Ibrahim (20.12.80, 172/72, NGA, bez klubu, J), Zerah Mpako (10.11.82, CMR, 176/77), Bernard Ocholeche (24.05.87, 185/75, KP Piaseczno, J), Jean Paulista (28.11.77, 176/72, BRA, Polonia Bytom, J -> Skra Częstochowa),
Napastnicy: Sani Goringo Abubakar (02.09.85, 169/66, NGA), Idrissa Cissé (01.01.90, SEN, Ruch Radzionków, J -> Okocimski KS Brzesko, W, Okocimski KS Brzesko),
Miejsce: III liga 2012/2013, grupa: opolsko-śląska, 9. miejsce

Choć obcokrajowcy wciąż stanowili uzupełnienie składu, to wkład kilku z nich stał się kluczowy dla wyników zespołu. Adu Kwame strzelił 12 goli, Cisse – 11, a Gwaze – 4. Cała reszta drużyny w sumie dorzuciła do tego jeszcze tylko 10 trafień.

Obecny sezon to z kolei zmiana polityki personalnej i reorientacja na Kraj Kawy. Jej następstwem jest aż dziesięciu Canarinhos w zespole. Sprawą zainteresowała się nawet TVP!

Wesołych miłośników samby uzupełniają dwaj gracze z Zimbabwe, Kameruńczyk i nieśmiertelny Tolek Ekwueme.

Sezon: 2013/2014
Trener: Tomasz Hejduk
Bramkarze:
 Frances (08.05.87, BRA), Rodrigo (25.07.94, BRA). 
Obrońcy:  Filipe (07.02.85, BRA, 179/78)Jorge (31.01.92, BRA), Thiago (07.04.93, BRA). 
Pomocnicy: Alberto (29.11.91, BRA), Kelvin Bulaji (22.05.93, ZIM), Igor (12.02.88, BRA), Cássio (09.03.92, BRA), Emmanuel Ekwueme (22.11.79, NGA, 177/75), Galdino (18.11.85, BRA, 180/71), Zerah Mpako (10.11.82, CMR, 176/77). 
Napastnicy: Dzikamai Gwaze (22.04.89, ZIM, 179/71), Mozart Gomes (07.12.92, BRA)

Miejsce: III liga 2013/2014, grupa: opolsko-śląska

I to właśnie oni występują w pierwszym składzie. W ostatnim meczu ze Startem Namysłów w podstawowej jedenastce wybiegło tylko trzech Polaków (Iwan, Mańkowski, Barć). Kiedy Piotrówka zostanie opolską Chelsea, która puści w bój samych obcokrajowców?

Losowanie par w Afryce, mundial w Brazylii… LZS już to wszystko przewidział i zdaje się, że pod tym właśnie kątem komponuje swój skład.

P.

Mały Jura ucieka przed "wielkim zabijaniem"

Z dzieciństwa pamięta tylko „wielkie zabijanie”. Aby ratować życie uciekł wraz z rodzicami aż do Stanów Zjednoczonych. Dziś jest liderem strzelców ligi rosyjskiej i nadzieją na lepsze jutro armeńskiej piłki. Oto Jura Mowsisjan.

 

Jura przyszedł na świat w ormiańskiej rodzinie w 1987 roku w stolicy Azerbejdżanu (wówczas była to jedna z republik radzieckich) – Baku. Choć Ormianie stanowili liczną grupę w naftowej stolicy, to jednak byli w dość jawny sposób dyskryminowani. Tło tej sytuacji należy postrzegać dwuwymiarowo. Na pierwszym planie oczywiście kłaniają się tradycyjnie złe relacje między ludnością muzułmańską (Turcy, Azerowie) a Ormianami. Z drugiej jednak strony doszedł wówczas również wątek bieżący – spór o Górski Karabach. Aby zrozumieć o co chodzi w tym konflikcie najlepiej sięgnąć po książkę „Toast za przodków” Wojciecha Góreckiego. Nie każdy ma ją jednak pod ręką (choć dla miłośników Kaukazu to must have), więc w telegraficznym skrócie…

Górski Karabach to terytorium zamieszkałe przede wszystkim przez Ormian, które jednak zostało włączone w skład Azerbejdżanu, przy równoczesnym nadaniu statusu republiki autonomicznej. Ormianie żądali jednak włączenia GK do Armenii. Protesty przybrały na sile w latach 1988–1989. Wtedy też zaczęło dochodzić do walk między obiema nacjami. Jednym z najkrwawszych momentów tego okresu była czystka etniczna na Ormianach, która odbyła się 27-29 lutego 1988 roku w miejscowości Sumgait koło Baku. Zginęło 41 osób i około 2000 zostało rannych. Reszta Ormian została deportowana z miasta, a w Sumgaicie mieszkało wówczas 20 tysięcy Ormian! Później zaczęły się pogromy w Kirowabadzie (Gjandza) i Baku. Jak można dowiedzieć się stąd:  W drugiej połowie stycznia 1990 roku w Baku doszło do wielkiego pogromu Ormian. Ofiarami było około 300 mieszkańców Baku. Wg raportu Human Rights Watch pogromy nie były spontaniczne o czym świadczy, że uczestnicy pogromów mieli listę Ormian oraz adresy ich zamieszkania. Parlament Europejki oraz Senat USA wzywali władze w Moskwie by podjęli działania na rzecz ochrony ludności ormiańskiej, Armenii i Górskiego Karabachu.  W nocy z 19 na 20 stycznia oddziały  wojska radzieckiego  wkroczyły do Azerbejdżanu w celu powstrzymania przemocy wobec Ormian. Baku uważa jednak inaczej, że celem oddziałów armii radzieckiej było dążenie Moskwy, aby utrzymać reżim komunistyczny w Azerbejdżanie i stłumić ruch narodowo – wyzwoleńczy. W ciągu dwóch lat z Azerbejdżanu uciekło 600 tysięcy Ormian, najczęściej pozostawiając na miejscu cały dorobek swojego życia. Bardzo ciekawe teksty na ten temat możecie znaleźć tutaj, tutaj i tutaj, a tutaj bardzo obszerny i wartościowy wpis do wikipedii na ten temat. Naprawdę polecam.

Aby postawić kropkę nad i, dodam jeszcze tylko, że w 1991 roku władze Karabachu proklamowały niepodległość, ale nie została ona formalnie uznana przez Armenię i Azerbejdżan. W wyniku działań zbrojnych Ormianie zajęli sporne terytorium i część ziem rdzennie azerskich w południowej i południowo-zachodniej części Azerbejdżanu. Po długich negocjacjach, w 1994 roku zawieszono broń.

Oto jak Jura wspomina czas pogromów w tym tekście.

Uciekliśmy z Azerbejdżanu ponieważ byliśmy tam ludźmi gorszej kategorii. Zabijali… wszystkich. Po prostu stamtąd uciekliśmy, całą rodziną. Nie pamiętam jak dotarliśmy do Stanów. Byłem dzieckiem. Ale od rodziców wiem, że nic nie jest w życiu łatwe, w szczególności dostanie się do USA. Mieliśmy szczęście, bo dostaliśmy się do świata marzeń – tak to dziś widzę. Nie mam zbyt wielu wspomnień z Baku. Nie chodziłem do żadnego przedszkola, ani do szkoły… Azerowie za nami nie przepadali. Mam nadzieję, że dziś nie ma już Ormian w Azerbejdżanie, bo życie tam musiałoby być dla nich piekłem.

Tym sposobem Jura trafił do Stanów, dokładnie do Pasadeny, która z racji licznej mniejszości ormiańskiej nazywana jest czasem „Małą Armenią”. Tam uczył się w liceum, a później studiował, by w 2006 roku zostać wybranym w drafcie do zespołu Kansas City Wizards. W pierwszej drużynie zadebiutował w 2007 roku jeszcze przed 20 urodzinami i szybko błysnął zdobywając 5 goli w 18 meczach. Szybki, silny, dobrze się zastawia, wali z obu nóg. Złoty chłopak. Kolejne dwa lata Jura spędził więc już w Real Salt Lake City.

Tam również strzelał sporo bramek, do tego stopnia, że… zaczął przebąkiwać o grze dla reprezentacji USA.

Jedynym sposobem, w jaki mógłbym pokazać swoją wdzięczność jest gra dla drużyny narodowej USA. To moje marzenie, że mógłbym zagrać dla Stanów, jechać z nimi na mundial.

Miesiące jednak mijały, a powołanie nie przychodziło. Yura postanowił spróbować swojego szczęścia w Europie. Dość nieoczekiwanie wiosną 2010 roku trafił do duńskiej Superligi i zespołu Randers FC. Choć ekipa z Ormianinem w składzie ledwo uchroniła się przed spadkiem (choć sam Mowsisjan spisał się nieźle – 13 meczów i 7 goli), to dzięki czołowej lokacie w rankingu fair play zagrała w Lidze Europy 2010/2011. Dzięki temu Jura mógł też błysnąć. Strzelił 5 goli w 5 meczach kwalifikacji, a jego popisem był dwumecz z Lausanne (2:3 i 1:1) podczas którego zdobył wszystkie trafienia dla Duńczyków.

Wraz z przylotem do Europy stało mu się także bliżej do reprezentacyjnych barw ojczyzny. Już w sierpniu 2010 zadebiutował w kadrze Armenii w towarzyskim meczu z Iranem (1:3). Od tego też czasu stał się pewnym punktem reprezentacji nowego-starego kraju. W chwili obecnej ma na koncie 19 meczów i 5 goli. Aż cztery z nich zdobył podczas eliminacji EURO 2012, z czego po jednej w sensacyjnie zwycięskich konfrontacjach ze Słowakami (3:1 i 4:0).

(swoją drogą, w wypadku tego drugiego meczu frapuje mnie co wyprawiał w bramce Słowaków Jan Mucha…)

To właśnie Mowsisjan, wraz z Arasem Orbilizem, Mkchitarjanem (lider strzelców ligi ukraińskiej w Szachtarze Donieck) i Manuczarjanem stanowią nadzieję na lepszą przyszłość kadry Armenii. Może jeszcze nie jutro, ale choćby pojutrze.

Jesień 2010 nasz bohater spędził jeszcze w Danii, ale od początku kolejnego roku podziwiać go mogli już kibice w mocnej lidze rosyjskiej. Ormianin za 2,5 mln euro trafił bowiem do Kubania Krasnodar. W mig odnalazł się w nowym otoczeniu – w premierowym sezonie ukąsił 14-krotnie (w 37 meczach). W dużej mierze właśnie dzięki jego golom Kubań utrzymał się w Premier Lidze. To, że debiutancki sezon nie był przypadkiem Mowsisjan potwierdził jesienią 2012 dorzucając kolejne 9 goli do worka ekipy z Krasnodaru.

Władze Spartaka nie potrzebowały już kolejnych argumentów. W styczniu 2013 roku Mowsisjan zameldował się na Łużnikach z paragonem wystawionym na 7,5 mln euro! Ormianin spędzi w stolicy Rosji 4,5 roku, za każdy sezon goląc 1,5 mln. Jest piątym najdroższym transferem Spartaka w historii (za McGeadym, Parejo, Emenike i Cavenaghim). Wielkie pieniądze nie odjęły mu jednak mocy – już w debiucie strzelił dla Spartaka hat-trick w meczu z Terekiem Grozny.

W ostatni weekend dorzucił gola z Amkarem Perm. Z 13 golami prowadzi w klasyfikacji strzelców ligi rosyjskiej.

Czy o czymś takim marzył mały Jura uciekając z płonącego Baku?

P.

Czytaj także:

Na brzegu rzeki Kubań usiadł Aras i dumał

W cieniu zagłady

Ciemnoskórzy pionierzy europejskich reprezentacji. Cz. 10. Armenia i inne

Apoula Edel – czarnoskóry bramkarz reprezentacji Armenii

Genotyp Alaby

 

David Olatokunbo Alaba to jeden z bohaterów zwycięskiego dla Bayernu ćwierćfinałowego dwumeczu z Juventusem. Dwudziestoletni obrońca stanowi zarazem jedno z odkryć tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Czytelnicy tego bloga mogli o nim jednak przeczytać już jakiś czas temu, podczas prezentacji pierwszych czarnoskórych reprezentantów europejskich państw. Alaba co prawda pierwszym czarnoskórym graczem w kadrze Austrii nie był, ba nie był nawet drugim, ale i tak pojawił się w tekście. O tym, że talent to rzadki niech świadczy fakt, że w reprezentacji zadebiutował w wieku 19 lat (rok 2009), a w wieku lat 21 i 22 zostawał wybierany piłkarzem roku (lata 2011 i 2012).

Choć dziś widok czarnoskórego zawodnika w reprezentacyjnym trykocie któregoś z państw środkowej czy wschodniej Europy specjalnie nie dziwi, to jednak rodowód Davida Alaby jest wyjątkowo zakręcony.

Ojciec zawodnika Bayernu to znany w Austrii muzyk George Alaba. Alaba senior urodził się w Nigerii w 1961 roku, a do Wiednia przybył w 1984 roku na studia. W tym pięknym mieście szybko jednak porzucił zainteresowanie ekonomią na rzecz profesji didżejskiej. Gra w klubie Africa Club, nagrywa nawet solową kasetę, która jednak nie wzbudza większego zainteresowania. Muzyczne niepowodzenia osładza mu jednak poznana w 1988 roku pochodząca z Filipin pielęgniarka i zarazem była miss swojego kraju – Gina. Para pobiera się w 1996 roku, ale przedtem przychodzą na świat ich dzieci – Rosemarie (ona swego czasu była gwiazdką jednego z austriackich talent show) i właśnie David.

Ślub i narodziny dzieci ożywczo działają na Georga Alabę. W 1997 roku zakłada on z koleżanką z African Club zespół muzyczny o głębokiej nazwie „Two in One”. Zespół wydał aż cztery płyty, z czego ostatnią było „The best of”. Największym hitem duetu był podobno „Indian song”, który wdrapał się na drugie miejsce austriackiej listy przebojów. Oto więc próbka twórczości Alaby seniora i jego kompana. Uwaga, bo leci całkiem grubo.

Ostatnią aktywność zespołu „Two in One” datuje się na 2009 roku. Czyli na początek pierwszych ważniejszych występów Davida Alaby. Ojciec Georga z pewnością ma gdzie oglądać popisy swojego syna, bo od kilku lat prowadzi znany wiedeński klub go-go – „Gogobar Beverly Hills„, choć jak podkreśla on po niemiecku, ale w sposób zrozumiały także dla osób, które ni w ząb po niemiecku – „nur Gogo, kein Prostitutionslokal„. Ciekawe czy młody często wpada w odwiedziny do taty?

Inna sprawa, że David nie kryje swojej sympatii do ojczyzny ojca. Należy do organizacji stowarzyszającej Nigeryjczyków w Austrii (NANCA), a niedawno tłumaczył się nigeryjskiej prasie, dlaczego nie gra dla Super Orłów:

Bardzo chciałem zagrać dla Nigerii na młodzieżowych MŚ 2007. Niestety nie otrzymałem żadnego oficjalnego powołania, a jedynie rozmawiałem z jednym ze skautów. Byłem tą opcją bardzo zainteresowany, ponieważ mój ojciec był wielkim fanem Sundaya Oliseha, kiedy ten grał dla 1. FC Koeln. Ja jako dziecko natomiast uwielbiałem oglądać Victora Agalego w koszulce Hansy Rostock. Niestety, później dowiedziałem się, że ze względów logistycznych brani pod uwagę przy powołaniach są tylko ci zawodnicy, którzy grają na co dzień w Nigerii.

Brzmi trochę znajomo? Tym sposobem syn Nigeryjczyka i Filipinki jako Austriak zagra wkrótce w półfinale LM. Strasznie ten świat mały.

O Davidzie Alabie można poczytać jeszcze tutaj i tutaj, a o jego rodzicach – tutaj.

P.