Archiwum kategorii: futbol na półce

Albańczyk słodszy niż Beckenbauer

Przeczytałem właśnie książkę Małgorzaty Rejmer „Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii”.

boto

To poruszająca i napisana z dużą wrażliwością lektura. Autorka oddaje w niej głos ofiarom reżimu Envera Hodży. Ukazuje kulturę donosów i absurdalność reżimowych wyroków. Jedna z przywoływanych historii dotyczy… futbolu.

Mój kuzyn dostał dwa lata więzienia, bo podczas meczu Albania – RFN powiedział: „Ten Beckenbauer to jest znakomity gracz!”. Siedział w domu kultury w grupie kilkudziesięciu osób, chwilę później ktoś gwizdnął, ktoś zawołał, ktoś się poderwał, „goool!”. Niby nic się nie stało. Wyrok, uzasadniał sędzia, jest odpowiednio surowy. W końcu wychwalając niemieckiego piłkarza, skazany znieważył piłkarzy albańskich, podeptał ich godność, co wymiar sprawiedliwości wycenił na dwa lata. (s. 143-144).

Pomijając się oczywiście wszystkie inne kwestie związane z tą opowieścią zacząłem zastanawiać się o jakim meczu opowiada Rejmer jej rozmówca. Poszperałem i okazało się, że za czasów Hodży odbyły się trzy spotkania Albańczyków z Niemcami, w których grał Beckenbauer: RFN – Albania 6:0, 1967, Albania – RFN 0:1, 1971 oraz RFN – Albania 2:0, 1971 (przy okazji – mecze z 1971 roku toczone były w ramach eliminacji do EURO 1972, a pozostałymi rywalami w grupie były Turcja i Polska).

A tak w ogóle to obie nacje mierzyły się czternastokrotnie (ostatnio w ramach el. MŚ 2002). Bilans spotkań nie pozostawia złudzeń – 13 zwycięstw Niemców i jeden remis (0:0 w 1967 roku; może dlatego, że nie grał wtedy Beckenbauer?). Co ważne jednak Albańczycy zwykle nad wyraz dzielnie wojowali z naszymi zachodnimi sąsiadami. Tylko dwukrotnie przegrali więcej niż dwoma golami (jak popuszczali cugle to solidnie – 0:6 w 1967 i 0:8 w 1981), najczęściej były to jednobramkowe porażki (ośmiokrotnie).

Ja osobiście zapamiętałem sobie dwa spotkania z 1997 roku (el. MŚ 1998) podczas których Albańczycy napędzili sporo strachu Niemcom. U siebie polegli oni po ładnym boju 2:3 (oglądałem ten mecz, a przynajmniej jego fragmenty, w telewizji, bodaj SAT1; sam nie wiem dlaczego; do dzisiaj pamiętam te albańskie lufy z karnych!). Skrót tutaj. W drugim zaś, po fantastycznym spotkaniu, przegrali 3:4, tracąc gola w 91. minucie. Skrót tutaj.

Choć Albańczycy ciągle znajdują się w trudnej sytuacji i wciąż w ich głowach tkwi reżim „dobrego wujaszka Envera”, to są już wolni. To trudna wolność, ale pozwala ona choćby doceniać grę Beckenbauera.

P.

Nenad Bjelica o rodzinie, golu z Barceloną, Aragonesu, Klose i Baslerze

Nenad Bjelica L'Ultimo degli Zeman
Nenad Bjelica L’Ultimo degli Zeman

Fragmenty biografii Nenada Bjelicy autorstwa Armando Napoletano, wydanej podczas pobytu Chorwata w Spezii, opublikowane za zgodą autora.

Nenad Bjelica o swoim dzieciństwie

Zawsze chciałem być piłkarzem i robić to wymaga pracy i cierpliwości w życiu. Jako chłopak moim jedynym celem było granie w NK Osijek, chciałem mieszkać w piłkę nożną i zarabiać pieniądze, jeśli wybierasz się do Europy. Miałem duże wsparcie ze strony rodziny. I próbowałem zarówno koszykówki, piłki nożnej, jak i piłki ręcznej. Nauczyłem się piłki nożnej na ulicy w Sjenjak, a nie podczas treningów. Pojechałem raz na obóz, gdzie było 25-30 chłopców, prawie nie dotknąłem tam piłki. Lepiej można się wyszkolić podczas niekończących się meczów na asfalcie – czterech na czterech, albo trzech na trzech. Tak nauczyłem się grać w piłkę nożną. W szkole sobie radziłem, ale piłka wzięła górę w moim w życiu. Nigdy nie myślałem jak inni, że pójdę na policjanta, żołnierza albo że będę pracował w biurze. Po prostu potrzebowałem w życiu tylko boiska do piłki nożnej i koszulki do grania

Nenad Bjelica o swojej rodzinie

Jesteśmy rodziną, która przeżyła wojnę. Wiemy, co znaczy wojna, widzieliśmy ją z bliska, nie z ekranu z innej części Europy. Tata, Bozo, gdy był młody, był piłkarzem w Osijeku, ale trzy kontuzje piszczeli sprawiły, że lekarze zalecili mu, by przerwał granie w wieku 25 lat. Był blisko piłki, znał tu wszystkich, ale doradził mi tylko z dystansu, nie chciał interweniować. Był człowiekiem, który niewiele mówił. Bardzo wiele mu zawdzięczam. Zmarł za wcześnie, jako 60-latek miał atak serca. Po golu w Kaiserslautern wskazałam niebo, zadedykowałem mu tę bramkę. Mam zachowane zdjęcie z tej chwili. Mama, Mirjana, jest Chorwatką, ale jej tata był Czarnogórcem.

Nenad Bjelica o swojej żonie i golu w meczu Albacete – Barcelona

Siostra, Snjeżana grała w siatkówkę i odegrała ważną rolę w moim życiu, choćby dlatego, że przyprowadziła kiedyś do domu piękną dziewczynę o imieniu Senka. Senka nic nie wiedziała o futbolu. Kiedy moja matka i Snjeżana, wydzierały się do telewizora, widząc, że strzeliłem gola dla Albacete w meczu z Barceloną Cruyffa, ona nie rozumiała, o co im chodzi. Senka zbudowała moje życie, stała się moją żoną i matką naszych dzieci. Bez takiej kobiety, bez takiego wsparcia, przegrywasz.

(gol od 13:13)

Nenad Bjelica o Luisu Aragonesie

Gdy moim trenerem był Luis Aragones, prawie nigdy mnie nie wystawiał do gry, ale bardzo dużo się od niego nauczyłem. W tym, co robię jako trener, jest wiele „aragonów”. Pamiętam, jak przygotowywał dzień przed spotkaniem odprawę, na każde spotkanie zupełnie inną. Ale prawie nie mówił o przeciwnikach. Taka odprawa to była wielka, wspaniała opowieść. Opowieść, która zawsze musiała cię zmotywować i zawsze zainteresowała każdego piłkarza. Potem słuchał, co do powiedzenia miał każdy z piłkarzy. Słuchał i zapamiętywał.

Nenad Bjelica o Miroslavie Klose i Mario Baslerze

Zagrałem z wieloma wspaniałymi piłkarzami, również z takimi, których talent widziałem z bliska, a rozwinęli się z czasem, pamiętam młodego Fernando Morientesa z Albacete. Wśród tych, którzy mnie wiele nauczyli i których zawsze podziwiałem, jest Miroslav Klose. Prawdziwe zjawisko. Miro jest kimś wyjątkowym, maniakalnie podchodzącym do piłki. Zawsze sobie wyobrażałem, że gdy wraca po treningu do domu, od razu znowu gra w piłkę. Był jeszcze chłopakiem, gdy znalazł się w pierwszej drużynie Kaiserslautern. Gdy przyjechałem do Niemiec, był w drugim zespole, wśród najmłodszych, a już zdobył 14 goli w 10 meczach. Niemal z zamkniętymi oczami. Technika Polaków połączona z mentalną siłą Niemców. Podczas treningu, bycie blisko niego było piękne. Andreas Brehme jako trener świetnie go rozwinął. W zespole był też Mario Basler, prawdziwy i ogromny talent, który jednak nie miał głowy Miro. Zachowywał się wręcz dokładnie odwrotnie. Basler mógł robić wielkie rzeczy, a miał tylko przebłyski w Werderze, Bayernie i Kaiserslautern. Ale to było niewiele w porównaniu z tym, co tak naprawdę umiał. To był piłkarz o unikalnej technice. Gdy jesteś w drużynie z tak wielkimi piłkarzami, sam też czujesz się lepszym graczem.

Przekręt Declana Hilla- a dziś co zostanie ustawione?

W okolicy świąt udało mi się nadrobić trochę braków książkowo-filmowych. Jedną z przeczytanych pozycji był wydany już cztery lata temu „Przekręt. Futbol i zorganizowana przestępczość” Declana Hilla.

http://www.officyna.com.pl/files/covers/220x300/book-65.jpg

Książka to sprawozdanie z dziennikarskiego śledztwa w sprawie korupcji przeprowadzonego przez Declana Hilla – kanadyjskiego dziennikarza i naukowca. To bardzo ciekawa postać – odsyłam na jego stronę internetową. Dla mnie to także kolega po fachu – w 2008 roku uzyskał doktorat z socjologii na Uniwersytecie w Oksfordzie – więc tym bardziej kibicuję jego działalności.

„Przekręt” to dość przygnębiająca książka o tym, że we współczesnym futbolu nie ma już w zasadzie meczów – ba, nie ma wydarzeń, bez względu na rangę – których nie można byłoby ustawić. W związku z tym kibic tak naprawdę nigdy już nie wie, czy przypadkiem nie emocjonuje się spotkaniem, którego wynik jest już gdzieś tam w Malezji znany.

Choć książka funkcjonuje w pewnym rozkroku – nie jest ani w pełni reportażem, ani płynnym zapisem działań śledczych; nie ma specjalnych walorów literackich i cechuje ją nieco szarpana narracja, a czytelnika zasypuje ciężarem faktów – to fanom futbolu dostarcza wielu bardzo ciekawych (przerażających!) historii na temat funkcjonowania świata profesjonalnych ustawiaczy meczów.

Jeżących włos na głowie opowieści jest wiele, więc tutaj w ramach zachęty wspomnę tylko o kilku z nich.

  • Jedną z dowiedzionych tez autora – dla osób z branży chyba mało odkrywczą – jest to, że większość lig azjatyckich, a w szczególności ligi Malezji, Tajlandii czy Singapuru, są w dużej mierze (a czasami w całości) kontrolowane przez mafiosów. Jednym z najprężniej ustawianych rozgrywek był Puchar Malezji. Głośne były sprawy meczów drużyny Singapore w 1993 i 1994 roku.

  • Autor wymienia z imienia i nazwiska, a często nawet spotyka się z nimi, głównych macherów od korumpowania i ustawiania – Ye Zheyun, Pietro Allatta, Ljubomir Barin, William Lim, Rajundar „Pal” Kurusamy, Wilson Raj Perumal
  • W jednym rozdziale Hill na podstawie przeprowadzonych wywiadów spisuje ciekawy manual – co muszą robić gracze na poszczególnych pozycjach, aby bez rzucania się w oczy sprzedać mecz? Np. chorwacki obrońca Vlado Kasalo w 1991 roku miał strzelić w Bundeslidze dwa samobóje w jednym meczu, by spłacić swoje długi hazardowe;
  • W książce pojawia się arcyciekawa historia Michala Vany. Ten czeski piłkarz był swego czasu gwiazdą ligi singapurskiej, jednym z najlepszych futbolistów, którzy kiedykolwiek występowali w tamtejszej lidze. Później okazało się jednak, że był on także po uszy zamoczony w procederze ustawiania spotkań. Ale…

14 sierpnia 1994 roku w nocy, tuż przed tym jak zespół Vany zdobył mistrzowski tytuł, do akcji wkroczyła policja. Piłkarz został zatrzymany – zarzucano mu, że na przekrętach zarobił setki tysięcy dolarów. Jego proces miał się rozpocząć miesiąc później. Zawodnik stawił się przed sądem 14 września 1994 roku. Wyznaczono za niego kaucję w wysokości pół miliona dolarów. Opuścił salę sądową i… rozpuścił się w powietrzu. Zniknął. Zwiał, gdzie pieprz rośnie. (…) W czasie, gdy Vana zniknął, na kontynent azjatycki z wyspy prowadził tylko jeden most, a w całym kraju był zaledwie jeden port lotniczy. I jedna linia kolejowa. Wjazd na wyspę i wyjazd z niej podlegał ścisłej kontroli. Tymczasem jednego dnia czeski piłkarz miał na głowie całą singapurską policję, a aresztu uniknął tylko dzięki kaucji, następnego zaś widziano go na trybunach w Pradze, gdzie wolny niczym ptak oglądał sobie mecz. (…) W jaki sposób udało mu się dotrzeć do ojczyzny? Jak wydostał się z singapurskiej twierdzy?

O Vanie poczytajcie więcej tutaj, tutaj i tutaj. A tutaj film do obejrzenia.

Polecam książkę Declana Hilla, choć po jej przeczytaniu nigdy już nie będziecie spokojni :)

A jeśli ktoś nie ma książki pod ręką, to może też poczytać teksty Hilla z gazet – np. [po polsku]  ten i ten; [po angielsku]. ten, ten albo ten; i jeszcze wywiady – ten albo ten.

P.

Nieuznawani, uznani przez siebie nawzajem (z pretensjami)

Smakowity rozdział dotyczący futbolu można znaleźć w książce Tomasza Grzywaczewskiego „Granice marzeń. O państwach nieuznawanych„.

large_granice_marzen_okl

Reportaż dotyczy właśnie państw nieuznawanych, czyli terytoriów, które z perspektywy światowej polityki są problematyczne, nieakceptowane przez międzynarodową społeczność albo sporne z racji swojego niejasnego statusu. Mamy tutaj kraje separatystyczne, regiony autonomiczne lub różne enklawy mniejszości narodowych i etnicznych.

ConIFA World Cup

W tekście „Abchazja goooola!” część z nich obchodzi swoje szczególne święto – piłkarskie mistrzostwa świata państw nieuznawanych, ConIFA World Cup 2016.

Czytelnicy tego bloga wiedzą, że piłkarski los międzynarodowych wyrzutków to jest to, co tygrysy naprawdę lubią. Pojawiały się więc tutaj nieraz historie o Wyspie Jersey, Saharze Zachodniej i innych krainach. Tekst Grzywaczewskiego dodaje jednak kilku smaczków tym znanym już historiom.

Autor, a w zasadzie jego rozmówcy, zwracają bowiem uwagę, jak bardzo zróżnicowana jest zbiorowość „nieuznawanych”. Część z państw traktuje siebie jako niezależne byty, które po prostu nie ma jeszcze podbitej pieczątki międzynarodowego uznania. To choćby Abchazja albo Cypr Północny. Dla innych to natomiast czysta zabawa, w sympatyczny sposób zamarkowana kulturowa autonomia, ale bez ciśnienia na separację i parcia na własne państwo – tutaj mamy choćby Recję albo Seklerszczyznę. Dowcip polega na tym, że dla Abchazów funkcjonowanie w jednym worku właśnie choćby z taką Recją, to prawdziwa zniewaga.

– Cieszycie się z tych mistrzostw? To chyba powód do domu, że Abchazja gości taką imprezę? – pytam koleżankę, która na spotkanie zaprosiła mnie do eleganckiej kawiarni na nadmorskiej suchumskiej promenadzie.

– Do dumy??? – Młoda, modnie ubrana kobieta aż prycha z z niezadowolenia. – a z czego mamy być niby dumni? Że gramy z Cyganami????

– Cyganie w ostatnim momencie wycofali się z turnieju. Z przyczyn organizacyjnych nie mogą dotrzeć do Abchazji – przekazuje jej najnowsze wieści z mundialowego pola bitwy.

– No tak, czyli pozostają nam pasjonujące starcia z takimi gigantami jak Somalia.

Somaliland, mówiąc precyzyjnie.

– To jeszcze lepiej! Co to w ogóle jest Somaliland??? – Dziewczyna jeszcze bardziej się zaperza. – Podobno jesteśmy niepodległym państwem, a walczymy o mistrzostwo niby-świata z bananowymi pseudorepublikami, o których nikt normalny nie słyszał. Polska, zdaje mi się, gra w tym roku na prawdziwym Euro, a w Suchumi jakoś waszej reprezentacji nie widzę.

Mundial ConIFA dla każdego kraju jest czymś innym – dla jednych manifestacją wielkości i narzędziem do politycznego zaistnienia, a dla innych wesołą wycieczką i przygodą życia.

Warto też zwrócić uwagę, że federacja ConIFA i organizowane przez nią imprezy stanowią obecnie najtrwalsze struktury skupiające nieuznawane państwa. Przeżyły one takie inicjatywy jak FIFI World Cup czy VIVA World Cup (wyjątkiem są tutaj Island Games, ale one mają inny – wyspiarski – profil). Abchaski turniej był drugą edycją mundialu (edycja 2014 odbyła się w Laponii), a już wkrótce czeka nas ConIFA World Cup 2018 w Baraawie (Somalia). Na dodatek ConIFA organizuje również piłkarskie Euro – odbyły się już dwa turnieje (w 2015 roku na Seklerszczyźnie; w 2017 roku na Cyprze Północnymtutaj highlights), a za rok będzie trzeci (jeszcze nie wiadomo gdzie).

Abchazja do boju!

Przy okazji tego wszystkiego Grzywaczewski relacjonuje również przebieg samego turnieju i reakcje Abchazów na niego. Wspomina – a jakże – o przepłaconym na potęgę stadionie w Suchumi.

Władze uparły się jednak, by przywrócić blask rodzimej piłce i w 2015 roku z pompą otworzyły w okolicach centrum Suchumi nowy stadion na ponad cztery tysiące widzów. Samozadowolenie decydentów nieszczególnie szło w parze z opiniami obywateli, którzy powszechnie uznali obiekt za jedną z najbardziej kretyńskich inwestycji w krótkich dziejach państwa. Dróg nie ma, fabryk nie ma, bloki mieszkalne się sypią, ale za to arena futbolowych zmagań błyszczy nowoczesnością. Oto i miś na miarę abchaskich możliwości.

Abchascy gospodarze początkowo byli więc sceptycznie nastawieni do mundialowych wydarzeń. Wraz jednak z kolejnymi zwycięstwami swojej reprezentacji zainteresowanie rosło. Po gładko zaliczonej fazie grupowej przyszły bowiem szarpiące nerwy mecze z Laponią (2:0) oraz półfinałowy bój z bardzo silnym Cyprem Północnym (2:0). Finał z lekceważonym Pendżabem miał być spacerkiem, ale okazał się rozgrywanym przy pełnych trybunach thrillerem, w którym Abchazowie najpierw wyrównali stan rywalizacji w ostatnich minutach spotkania (1:1), a później byli już na widelcu rywali w konkursie rzutów karnych, by ostatecznie triumfować (k. 6:5).

Tutaj znajdziecie też fajny dokument o ConIFA WC 2016, tutaj ciekawy tekst z „The Financial Times”, tutaj z „Guardiana”, tutaj z „The Independent”, a tutaj polskojęzyczne omówienie eventu. I jeszcze tutaj pasjonujący materiał o Kurdach. Tutaj z kolei komplet wyników mundialu 2016.

Warto też wspomnieć, że piłkarski poziom wielu reprezentacji (nie wszystkich) jest dość wysoki, a dojrzeć w nich można profesjonalnych piłkarzy. W ekipie Armenii Zachodniej przym wiódł Hirac Yagan z Servette Genewa, a asem gospodarzy był Anri Khagush – młodzieżowy reprezentant Rosji, były zawodnik BATE Borysow i wielu klubów rosyjskiej ekstraklasy. Do tego cały zastęp zawodników z profesjonalnej w zasadzie ligi Cypru Północnego oraz reprezentanci Padanii z doświadczeniem w Serie B.

Obserwując różne procesy, które dzieją się na świecie, to można wnioskować, że ranga takich turniejów będzie coraz większa. Dla wielu państw (albo „państw”) będą one platformą do wystawienia swoich politycznych reprezentacji; dla innych zaś okazją do zamanifestowania swojej kulturowej odrębności; dla pozostałych wreszcie fajnym wydarzeniem podróżniczo-towarzyskim.

P.

F****** Onyszko

Fucking Polak. Nowe życie - Arkadiusz Onyszko i Iza Koprowiak
Fucking Polak. Nowe życie – Arkadiusz Onyszko i Iza Koprowiak

Tyle razy powtarzałem sobie, że muszę o tym napisać, ale jakoś zawsze coś stawało na przeszkodzie. Dzisiaj jednak urodziny obchodzi Arkadiusz Onyszko (ur. 12.01.1974), więc lepszej okazji już nie będzie. Tak więc, chciałem ogłosić, że jego (auto)biografia „Fucking Polak. Nowe życie”, która wyszła spod ręki Izabeli Koprowiak to jedna z najciekawszych piłkarskich biografii polskich piłkarzy.

fuckingpolaknowezyciebiext40548215

Przyznam, że nie jestem fanem (auto)biografii zawodników urodzonych w latach 80-tych czy 90-tych. Zwykle są one tłuczone według jednego szablonu, ich wartość poznawcza jest zerowa, a literacka – nawet ujemna. Uwaga, oto uniwersalny wzór piłkarskiej biografii:

1) dorastałem w: biedzie/ trudnej dzielnicy/ niepełnej rodzinie

ale

2) posłuchałem: mamy/ taty/ starszego kolegi/ dziadka/ nauczyciela trenera

i wtedy

3) zawziąłem się i: ciężko trenowałem + poświęciłem wszystko piłce + wracałem do domu po zmroku na miękkich nogach + na tych miękkich nogach jeszcze wyciągałem piłkę z szafy i obijałem ją o ścianę,

więc

4) pojawiły się pierwsze sukcesy + stałem się gwiazdą drużyny + zostałem dostrzeżony w całym kraju

i wtedy

5) doznałem strasznej kontuzji/ wydarzyła się tragedia rodzinna/ przyszedł zły trener/ odbiła mi sodówka/ zaczął pić, palić, grać w karty

ale wkrótce się opamiętałem i

6) osiągnąłem sukces, pojechałem na mistrzostwa, trafiłem do super klubu, strzeliłem sto goli

więc nie zapominajcie:

7) nigdy się nie poddawajcie/ ciężko pracujcie/ uczcie się na moich błędach/ róbcie to co kochacie/ miłość ocala.

koniec.

Dziękuję, poproszę 39,90 zł, jak na czytnik, to trochę mniej.

Na tle tych wszystkich papierowych komunałów dość ciekawie prezentują się (auto)biografie polskich piłkarzy urodzonych w latach 70-tych. Z jednej strony, to pokolenie bez spektakularnych sukcesów sportowych, raczej bliższa im etykietka generacji zmarnowanych szans. Nie silą się więc zwykle na heroiczny epos, opiewający zdobycie futbolowego Olimpu. Z drugiej zaś strony, to właśnie oni doświadczyli pełni przemian społecznych zachodzących na przełomie lat 80-tych, 90-tych i 2000-ych: od komuny w czasach juniorskich, po kolorową transformację, po zderzenie z zagranicą. Dlatego też książki Onyszki, Króla, Kałużnego, Sypniewskiego czy nawet Kowalczyka są dla mnie o niebo bardziej interesujące niż kolejne tomiszcza na temat Messiego albo Lewandowskiego.

Ale wróćmy do Onyszki. Ta pozycja posiada wszystko to, co powinna posiadać krwista opowieść o piłkarskim światku – bebechy, informacje z pierwszej ręki, spojrzenie pod podszewkę. Prawdziwa uczta dla kibica, który chce dowiedzieć się czego więcej niż papka serwowana z gazet. Kilka próbek twórczości na temat Lecha i Widzewa.

W Lechu poznałem też Waldka Krygera, fana leków homeopatycznych. Wciąż mi powtarzał, że jeśli zacznę je brać, moje interwencje będą lepsze. Chyba nawet coś kupiłem, ale nie pamiętam, by szczególnie mi pomogło. [s. 132]

Najbardziej narwanym zawodnikiem Widzewa był Maciek Terlecki. Tejpował dłonie, by były lepiej ukrwione. Na treningach atakował wślizgami, w tunelu krzyczał jak orangutan. Wydzierał się na wszystkich, był przepełniony agresją, nikt nie rozumiał, po co i dlaczego/ [s. 136]

Do Smudy Grajewski zazwyczaj zwracał się per „głąbie”. [s. 137]

I jeszcze wiele podobnych spostrzeżeń, również na temat innych klubów.

Dodatkowo jednak Onyszko, ani chybi za sprawą również Izabeli Koprowiak, dzieli się wieloma – niemal socjologicznymi! – spostrzeżeniami, na temat tego, jak funkcjonuje życie społeczne. Najbardziej wciągnęły mnie jego spostrzeżenia na temat Danii.

Gdy facet otwiera im drzwi, uznają to za obelgę. Podczas podróży samolotem zobaczyłem kiedyś drobną dziewczynę, która siłowała się z walizką. Chciałem jej pomóc włożyć ten podręczny bagaż do luku. Spojrzała na mnie jak na ostatniego chama i się obraziła [s. 37]

Duńska kultura jest inna. Kobiety w tym kraju chcą być całkowicie niezależne, wyzwolone. Nie do końca mi to odpowiada. (…) Dunki nie chcą być postrzegane jako słabsza płeć. Seks nie jest tam tematem tabu. Poderwanie Dunki to również nic trudnego, zwłaszcza gdy jest się popularnym, jak ja wówczas [s. 37-38].

W ogóle fascynujące dla mnie były wywody autora na temat roli mężczyzn i kobiet, ich kulturowych cech i miejsca w świecie. Jest tego w książce naprawdę dużo, a jawi się to wszystko szczególnie interesująco w kontekście skazania golkipera za pobicie żony. Bramkarz w pewnym momencie stwierdza:

Striptiz jest ok, ale burdele mnie nie kręcą. Może to i wygodny sposób, ale nie wiąże się z tym żadne wyzwanie: idziesz, płacisz, kobieta musi robić wszystko, czego sobie zażyczysz. Co w tym podniecającego? Co innego podryw w klubie: spojrzenie, uśmiech, zastanawiasz się, kiedy podejść, co powiedzieć. Przyglądasz się, działasz, zdobywasz. Jesteś zwycięzcą [s. 144].

I jeszcze na zakończenie – jak na rasowego samca alfa i zarazem osobę, która straciła pracę ze względu na to, że publicznie zadeklarowała „niechęć” do gejów przystało, Onyszko poświęca również sporo miejsca… No, sami zobaczcie czemu:)

Czasem można było jednak poczuć się w ich towarzystwie dość niekomfortowo… Nie przypadkiem mówią, że faceci z tamtego regionu mają czym się pochwalić. Utaka był tego najlepszym dowodem. W szatni – wiadomo – wszyscy chodzą na golasa. A jak Murzyn się rozbierze, reszta nie czuje się zbyt pewna siebie. Wchodząc do basenu, musiałem się najpierw porządnie rozgrzać, żeby nie było wstydu się przy nim pokazać. Najpierw myłem się w tym jednym, konkretnym miejscu, potem, już odważniejszy, stawałem przed Utaką. ‚Zobacz, nie jest tak najgorzej’ – mówiłem i zaczynaliśmy się ganiać po szatni z nagimi ‚szablami’. Ależ on miał zaganiacza… [s. 153].

Oczywiście to nie jest tak, że książka skupia się wyłącznie na sprawach płciowych albo innych szeroko rozumianych społecznych poboczach. Akurat im jednak poświęcono w niej wyjątkowo dużo miejsca. A to zaś – w mojej ocenie – czyni ją szczególnie interesującą.

Wizja świata, którą roztacza Onyszko, z pewnością nie wszystkim przypadnie do gustu (ja akurat zaliczam się do tej grupy, którym zdecydowanie nie przypadła), ale warto się z nią zapoznać, bo jest – moim odczuciu – bardzo autentyczna, w przeciwieństwie do PR-owych projekcji pojawiających się w większości pozostałych książek.

Jeśli miałbym więc zarekomendować komuś tylko jedną (auto)biografię polskiego piłkarza, to – wiedząc, że jest jeszcze kilka innych naprawdę dobrych – zarekomendowałbym właśnie tę.

Onyszko pojawił się na naszym blogu jeszcze tutaj, tutaj i tutaj.

P.

Arka Gdynia z nowym rozdziałem. Żółto-Niebiescy Macieja Witczaka czekają na III tom

Arka Gdynia – Lech Poznań w finale Pucharu Polski – radość po golu Siemaszki

Arki Gdynia dwumecz z FC Midtjylland będzie wspominany jako jeden z najbardziej dramatycznych w historii występów polskich klubów w europejskich pucharach, nie mam wątpliwości. Wygrana w Gdyni w ostatniej minucie, przegrana i strata awansu w Danii po golu w doliczonym czasie gry, to jest nieprawdopodobnie zawałowa opowieść. Przy okazji tych spotkań, podobnie jak przed finałem Pucharu Polski z Lechem Poznań, zajrzałem do monografii Macieja Witczaka o Arce Gdynia.

Żółto-Niebiescy – Maciej Witczak – książki o historii Arki Gdynia

To są dwa dobre tomy – tak dobre, że po sukcesach Żółto-Niebieskich w 2017 roku, czas na trzecią część. To opracowanie na tyle ciekawe, a jednocześnie uporządkowane i zwyczajnie ładne, że najwyższy czas napisać tu o nim parę słów. Niech żałują ci, którzy nie kupili go w porę – w księgarniach i sklepie Arki już dawno „Żółto-Niebieskich” nie widzę. Pozostaje czyhanie na aukcjach internetowych.

Dla porządku. Pierwszy tom obejmuje czas od powstania klubu do 2001 roku, na 480 czarno-białych stronach i prawie 30-stronicowej kolorowej części ze zdjęciami. Drugi, z podtytułem „Klub marzeń miasta z morza”, to już ponad 550 stron na kredowym papierze, ze szczegółowym opisem dekady 2001-2010 i uzupełnioną częścią z biogramami i statystykami z całej historii Arki. Trwająca teraz dekada, nie licząc ubiegłego sezonu, do łatwych nie należała, ale w końcu do 345 meczów w ekstraklasie opisanych przez Macieja Witczaka, klub dołożył 55 i oto mecz 3. kolejki sezonu 2017/2018, z Wisłą Płock, był spotkaniem nr 400 na najwyższym szczeblu.

W „Żółto-Niebieskich” są opowieści i notki dla mnie szczególnie ciekawe. Wspomnę tu o pięciu, choć jest ich dużo więcej.

Arka Gdynia – geneza barw klubowych

Dla kibiców z Gdyni to jasna sprawa, ale dla mnie nie – geneza żółto-niebieskich barw Arki, związana jest z zawodami dla szwedzkich marynarzy i pastorem Ekstromem z kościoła szwedzkiego. Przypomina mi to historię z barwami Boca Juniors, które wzięły się od szwedzkiego statku akurat wpływającego do portu. Wcześniej, do 1972 r., gdyńskie kluby, które potem stworzyły klub będący dziś Arką, grały na niebiesko-biało.

Jak Kazimierz Deyna ze Starogardu przeszedł do ŁKS i Legii zamiast Arki

Polecam opowieść trenera Grzegorza Polakowa, jak mało brakowało, by w Arce Gdynia grał młody Kazimiarz Deyna. MZKS dawał piłkarzowi 40 tys. zł, ten chciał 70 tys. zł, na co klub ostatecznie przystał. Kwity zostały podpisane. „- Niestety wciąż nie pojawiał się on na treningach, a kiedy ponownie udałem się do Starogardu, okazało się, że Kazik wyjechał do Łodzi do swojego brata, który był tam milicjantem. Od rodziców otrzymaliśmy adres, pod którym zastaliśmy Deynę. Po dłuższym wahaniu, jak pamiętam, zgodził się wreszcie na rozmowę w barze mlecznym przy ulicy Lutomirskiej, gdzie tak przynajmniej mi się zdawało, zgodził się na powrót do Gdyni. Jednak wkrótce zadebiutował w I lidze, w barwach ŁKS-u, a potem znalazł się w Legii” – opisywał Grzegorz Polakow.

Arka Gdynia w Egipcie

Arka Gdynia w Egipcie

Przed sezonem 1972/1973 klub z Gdyni pojechał na tournee do Egiptu, gdzie zremisował z klubami z Aleksandrii (Union 0:0, Olimpic 1:1), a przede wszystkim pokonał słynny Zamalek Kair 1:0. „Należy dodać, że występom arkowców towarzyszyło ogromne zainteresowanie ze strony mediów i kibiców. Wszystkie spotkania były transmitowane przez telewizję, mecze w Aleksandrii rozgrywano przy sztucznym świetle, a stadiony wypełniły się po brzegi” – pisze Maciej Witczak, zamieszczając skan egipskiej gazety.

Puchar Polski dla Arki

Szczegółowo, wręcz reporterski sposób, opisany jest 1979 rok, gdy Arka wygrała Puchar Polski. Wówczas w ćwierćfinale Arka wyeliminowała Lecha Poznań. Ten mało pamiętany mecz był jednym z najbardziej dramatycznych w całej historii Pucharu Polski. Po 90 minutach było 1:1, po dogrywce – 2:2, a tuż przed konkursem rzutów karnych gdyńscy trenerzy zrobili zmianę w bramce – Włodzimierza Żemojtela zastąpił Andrzej Czyżniewski. Sam finał z Wisłą Kraków – wtedy rywalem wielkim, będącym o krok od półfinału Pucharu Mistrzów – też opisany jest z reporterskim zacięciem. Gdyby komuś było mało lektury – cały mecz można obejrzeć na YouTube, polecam też dobry reportaż Radia Gdańsk.

Pierwsi obcokrajowcy w Arce Gdynia

W końcu to, co miłośnicy lat 90. lubią najbardziej – notki o zagranicznych piłkarzach, którzy przyjechali do Polski po zmianie ustroju. Z nich dowiedziałem się, że…

Aleksander Waniuszkin (ur. 1962 w Mińsku, wtedy ZSRR) był środkowym obrońcą o dobrych warunkach fizycznych i z dobrym strzałem głową, od marca 1992 do czerwca 1993 r. zagrał w sumie w II i III lidze aż 48 meczów (ostatni przeciw Warcie Poznań). Pierwszy obcokrajowiec w historii Arki „latem 1993 wyjechał na urlop na rodzinną Białoruś i pomimo ważnego kontraktu nie dał znaku życia”.

Rolandas Bubliauskas (ur. 1966) – Litwim po grze dla Atlantasu Kłajpeda i Żalgirisu Wilno, zadebiutował w Arce w tym samym meczu co Waniuszkin, więc noszą miano pierwszych zagranicznych piłkarzy w historii klubu z Gdyni, ale Bubliauskas to pierwszy obcokrajowiec-strzelec gola dla Arki. W 20 meczach uzbierał ich w sumie sześć, wszystkie w trzeciej lidze.

Leonid Leonidow (ur. 1962) to napastnik, który w 1993 r. przeszedł do Arki po wcześniejszej grze w Concordii Knurów i Chemiku Polce – w pierwszym z tych klubów był bohaterem afery związanej z brakiem uprawnień do gry, w drugim był najskuteczniejszym piłkarzem. Ale w Arce w 18 meczach Rosjanin zdobył tylko jednego gola.

Andrij Baraniwski (ur. 1973 w Karagandzie, wtedy ZSRR) to napastnik, który „według niepotwierdzonych informacji znajdował się w szerokiej kadrze Dynama Kijów”, a do Arki przeszedł z Saturna Irpeń. Wiosną 1995 roku w 14 meczach drugiej ligi zdobył dwa gole (w tym z Bałtykiem Gdynia).

Samir Mohammed Abane (ur. 1974) to algierski napastnik, który był pierwszym przedstawicielem Afryki w Arce. W 1997 roku zagrał w 25 meczach w III lidze i trzech w Pucharze Polski – strzelił w sumie sześć goli. „Algierczyk nie otrzymał wielu szans od szkoleniowców. Obdarzony nienaganną techniką, błysnął fantastycznym golem w meczu derbowym z Bałtykiem. Fragment przykładowej notki o piłkarzu Arki z Żółto-Niebieskich wygląda jak na zdjęciu.

Samir Abane – Arka Gdynia

Żółto-Niebieskich na tyle okładki poleca Andrzej Gowarzewski i tak naprawdę, monografia w tej formie spokojnie mogłaby wyjść cyklu Kolekcja Klubów Encyklopedii Piłkarskiej Fuji. A to chyba wystarczająca rekomendacja.

B.

Ślizgawka w tropikach

Dokładnie 10 lat temu rosyjski kurort Soczi został wybrany gospodarzem Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2014 roku. Właśnie 4 lipca 2007 roku w głosowaniu podczas 119. sesji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego w Gwatemali wygrał on w drugiej turze wyborów z południowokoreańskim Pjongczangiem, wynikiem głosów 51:47. W pierwszej turze wyeliminowany zaś został austriacki Salzburg.

Same igrzyska to już historia stara, ale ciekawą perspektywę i głosy na temat samego wyboru znalazłem w dwóch książkach-reportażach, które niedawno czytałem.

Książka Wacława Radziwinowicza „Soczi. Igrzyska Putina” (2014)

indeks4

w całości poświęcona jest temu przedsięwzięciu. Warto się z nią zapoznać, tym bardziej, że mieści się w kieszeni i można ją podczytywać nawet w tramwajowym tłoku. O samych okolicznościach wyboru Soczi autor pisze na przykład tak:

W stolicy tego środkowoamerykańskiego państwa Kreml kupił spory budynek. 120-osobowa ekipa sprowadzonych z Moskwy fachowców wykonała tam ekspresowo „jewroremont”, czyli solidny remont, jak to w Europie. Wstawiła też luksusowe meble, a we wspaniałych wnętrzach zaczął działać „Ruski Dom”, w którym karmiono kogo trzeba, pojono, a rosyjscy artyści tańczyli i śpiewali. (…) Do Gwatemali samolot przetransportował aparaturę do produkcji śniegu i lodu. Pod „Ruskim Domem” zrobiono ślizgawkę, na której w 30-stopniowym upale, w krajobrazie rosyjskiej zimy przeniesionym pod palące zwrotnikowe słońce, kręcił piruety mistrz świata w łyżwiarstwie figurowym Jewgienij Pluszczenko. (s. 18)

[…] Moskwa pomagała losowi, czym mogła, hurtem kupując głosy małych państw. Taki na przykład Timor Wschodni (15 tysięcy km2 i 1,2 mln mieszkańców) okazał się tani – premierowi tego państwa Xananie Gusmao wystarczyło to, że Rosjanie przetłumaczyli i wydali tomik jego wierszy „Moje morze”. (s. 20)

Genialny Wojciech Górecki w swojej „Abchazji” (2013)

gorecki_abchazja

igrzyskami zajmuje się mniej, ale na ich temat odbywa ciekawą rozmowę z Ławrikiem Achbą – komendantem suchumskiego portu wojennego i… aktorem teatralnym.

Aktor Ławrik Achba ma olimpiadę w nosie. Chodzi o zimowe igrzyska, które odbędą się w 2014 roku w Soczi. Rzut beretem, z Suchumi to dwie godziny jazdy, z granicy – w ogóle nie ma o czym mówić. Lipcową relację z Gwatemali, gdzie MKOl przyznawał Rosji organizację zawodów, oglądała cała Abchazja. Ławrik też.

Inaczej niż większość rodaków, wcale się nie ucieszył. Wizja turystycznego boomu raczej go przeraziła (Abchazowie natychmiast uznali, że wszyscy kibice przyjadą tu na wycieczkę, a część będzie w Abchazji mieszkać), w eldorado nie wierzył (przeczuwał, że na dostawach abchaskich cegieł, z których, jak ogłoszono, powstaną obiekty olimpijskie, zarobi jak zwykle kilka rodzin). Bał się, że przy okazji Moskwa znowu zamknie granicę albo przeciwnie – tak mocno zacieśni kontakty z Abchazją, że jakakolwiek niezależność stanie się fikcją.

Po decyzji MKOl ceny nieruchomości poszły ostro w górę i rząd zdecydował, że nie można ich sprzedawać obcokrajowcom. Nic to nie dało. Rosjanie, którzy mieli więcej pieniędzy niż miejscowi, dalej brali wszystko jak leci. Jedni załatwiali w tym celu abchaskie obywatelstwo, inni – pełnomocnictwa od formalnego właściciela. Po drodze do Aczandary Ławrik mijał coraz więcej domów z płachtami ogłoszeń: „Sprzedam. Chętnie Rosjanom”.

Krezusi dogadywali się bezpośrednio z rządem. Mer Moskwy Jurij Łużkow kupił w Gagrze sanatorium Ukraina, zmienił nazwę na „Moskwa” i właśnie rozpoczął remont. Kompleks turystyczny w Suchumi i hotel w Oczamczirze przejął biznesmen z Niżnego Nowogrodu. Miliarder Oleg Deripaska w ostatniej chwili wycofał się z kipana jednej z willi Stalina – ale też miał już w ręku wydane „w drodze wyjątku” zezwolenie. Po kilku takich przypadkach Ławrik zrozumiał, że Rosjanie nigdy stąd nie wyjdą. Za dużo by stracili”. (s. 149-150)

Jak wyglądały igrzyska, to już wszyscy wiemy. Nasz polski paradoks polega na tym, że impreza odbywająca się w tak wątpliwych okolicznościach (inna sprawa, że które coraz mniej w ostatnich latach imprez, w przypadku których nie pojawiałyby się problemy natury etycznej) dostarczyła nam tylu miłych wspomnień.

P.

Socjologia sportu – red. Honorata Jakubowska i Przemysław Nosal

Niezręcznie jest w pisać o książkach, które się współtworzy. Tym razem jednak nie ima się mnie nieśmiałość. Z jednej bowiem strony, to dzieło zbiorowe, powołane do życia przez trzynastu świetnych autorów, a każdy z nich wycisnął ze swojego tematu miód, maliny, smakołyki i wisienki na torcie. Z drugiej zaś, nie boję się tego napisać :), to jedna z najlepszych socjologicznych książek o sporcie napisanych po polsku.

Proszę Państwa, oto „Socjologia sportu” pod redakcją Honoraty Jakubowskiej i Przemysława Nosala, czyli moją.

socj

Wymyśliliśmy sobie tę książkę jako reader – spójny i przemyślany zbiór tekstów, które mają możliwe wyczerpująco opisać daną dziedzinę. Jest to zatem coś na kształt rozbudowanego słownika, gdzie różne wymiary współczesnego sportu analizowane są przez pryzmat najważniejszych zjawisk życia społecznego.

Oddajemy więc czytelnikom zbiór 20 haseł dotyczących takich sportowych fenomenów jak doping, emocje, globalizacja, kibice, klasy społeczne, media, mniejszości seksualne, naród, niepełnosprawność, organizacje sportowe, płeć, polityka, postkolonializm, praca, rasa, religia, sztuki wizualne, technologia, wielkie imprezy sportowe czy zwierzęta. Sorry, ale w tej książce jest naprawdę wszystko, co o socjologicznych/ społecznych aspektach sportu warto wiedzieć.

„Socjologia sportu” powstała bowiem z myślą o osobach interesujących się sportem. Po prostu. Porusza szereg tematów, z którymi każdy fan sportu spotyka się, a nie zawsze postrzega je jako pewien społeczny konstrukt. Doping? Jasne, ale co za nim stoi? Zmiany reprezentacji narodowych? OK, ale w imię czego? Religia na stadionach? Dlaczego tak i dlaczego nie? Wątki można mnożyć.

To publikacja, która nie jest zatem limitowana do środowiska socjologicznego. Nie adresujemy jej wyłącznie do naukowców albo studentów. Choć oczywiście operuje kluczowymi dla tej nauki kategoriami to nie jest hermetyczna, nikt nie połamie sobie na niej czytelniczych zębów. Każdemu natomiast ułatwi – a przynajmniej chcielibyśmy, aby tak było – zrozumienie najważniejszych zjawisk, które sprawiają, że współczesny sport wygląda tak, jak wygląda.

Wielką wartością książki są także liczne przykłady opisywanych zjawisk. Niektóre to prawdziwe perełki z wykopalisk, ilustrujące określone fenomeny. Posłużę się przykładem ze swojego poletka. Pisząc o niehumanitarnym traktowaniu zwierząt w sporcie trafiłem na przykład na relacje mówiące, że na Igrzyskach Paryż 1900 jedną z konkurencji było strzelanie z ostrej amunicji do ptaków albo o gołębiach płonących podczas otwarcia IO 1988 w Seulu. To oczywiście tylko wybrane obrazki z jednego tekstu, a znaleźć je można w każdym z artykułów.

„Socjologię sportu” można traktować jako socjologiczne kompendium, encyklopedię albo słownik świata sportu. Jako komentarz i uzupełnienie tego, co oglądamy na boisku. Jako pewien społeczny fundament, na którym odlane zostały później szczegółowe elementy piłki nożnej, lekkiej atletyki, wioślarstwa, boksu czy koszykówki.

Zatem – jeśli chcielibyście spojrzeć na sport inaczej niż zwykle i dowiedzieć się o nim czegoś, o czym nie przeczytacie w gazetach, to polecam „Socjologię sportu”.

P.

Co czytać o futbolu w Afryce?

Korzystając z przerwy w Pucharze Narodów Afryki warto sięgnąć po dwie – niemłode już – książki adresowane do każdego fana futbolu z Czarnego Lądu.

Pierwsza to „Feet of the Chameleon. The story of African Football” Iana Hawkeya.

51lPIvnTPdL._SX303_BO1,204,203,200_

We wnikliwy, ale i przystępny sposób autor opisuje w niej mechanizmy pojawiania się piłki nożnej w Afryce, jej rozwoju i stopniowej dominacji na płaszczyźnie innych sportów. Przywołując historię znanych, ale i nieco mniej popularnych postaci Hawkey zwraca uwagę na kluczowe fenomeny afrykańskiego futbolu – postkolonialną spuściznę, rytualizm, plemienność, dążenia emancypacyjne i uwikłanie polityczne. Skupia się także na afrykańskich występach w MŚ oraz na poszczególnych edycjach PNA (te fragmenty w moim odczuciu mają zdecydowanie najmniej polotu). To opowieść o wielu krajach i wielu imprezach, ale także o Afryce jako całości.

Tutaj można przeczytać recenzję książki z „The Independent”. Ja polecam, warto.

Druga zaś to „Africa United” Steve’a Bloomfielda.

i-africa-united-how-football-explains-africa-steve-bloomfield

O popularności tej książki niech świadczy fakt, że doczekała się kilku już wznowień. Być może jej siłą pozostaje prosty i czytelny klucz. W dziesięciu rozdziałach opisanych jest trzynaście krajów i ich futbolowych przypadków: Egipt, Sudan i Czad, Somalia, Kenia, Rwanda i DR Konga, Nigeria, Wybrzeże Kości Słoniowej, Sierra Leona i Liberia, Zimbabwe oraz RPA.

To zdecydowanie książka reporterska, trochę w sumie też podróżnicza. Autor odwiedza opisywane państwa, w każdym rozmawia z lokalsami o futbolu, przywołuje wydarzenia, które go spotkały. Taka konwencja nadaje tekstowi płynności i codziennego szelestu, ale zarazem pozbawia go nieco szerszej optyki oraz głębszego spojrzenia. To fajna (naprawdę interesująca!) podróżnicza gawęda, wzbogacona o historyczny kontekst i liczne anegdoty z przeszłości. Dobrze się to czyta i sporo można się dowiedzieć, bez pretensji jednak do socjologicznych, kulturoznawczych czy politologicznych wniosków. I tutaj też recenzja z „I” do wglądu.

To jeszcze przy okazji, jak już się zrobiło tak nostalgicznie, to na zakończenie polecamy przeglądy najpiękniejszych bramek z poprzednich Pucharów Narodów Afryki.

PNA 2015 – tutaj i tutaj (best moments)

PNA 2013 – tutaj

PNA 2012 – tutaj

PNA 2010 – tutaj

PNA 2008 – tutaj

PNA 2006 – tutaj

PNA 2000 – tutaj

Niektóre trafienia to prawdziwe perełki. Enjoy!

P.

Arsenal w dobrym kryminale

Jednym z hitów zaczynającej się dziś kolejki Ligi Mistrzów jest niewątpliwie spotkanie Arsenalu Londyn z Bayernem Monachium. Tak się składa, że w pewnym nietypowym miejscu wpadłem właśnie na ciekawy wątek związany z „The Gunners”.

Odsłuchuję bowiem w wersji audiobooka książkę „Jedwabnik” autorstwa Roberta Galbraitha (vel JK Rowling) w rewelacyjnej interpretacji Macieja Stuhra. To wciągający kryminał, ale czytujący ją Stuhr junior podnosi ją swoimi wokalno-narracyjnymi stylizacjami do poziomu dzieła sztuki.

2-1403045709

Bohaterem „Jedwabnika” (a także poprzedniej książki pt. „Wołanie kukułki”) jest prywatny detektyw Cormoran Strike. Postać to zaiste interesująca, a dodatkowo, poza całym arsenałem ciekawych przeżyć i cech charakteru jest on także… kibicem Arsenalu!

W jednym z fragmentów książki Strike cieszy się na wielkie derby Londynu – Arsenal kontra Tottenham. Ledwie detektyw usadowił się na fotelu jego ukochany klub już wygrywał 2:0. Potem bohater coś podjadł, coś popił i sędzia odgwizdał przerwę. W przerwie zaś pojawiły się nowe wątki dotyczące prowadzonej przez niego sprawy. Musiał wykonać kilka telefonów, sprawdzić jakieś nazwisko. Do oglądania meczu wrócił więc dopiero dłuższą chwilę po gwizdku arbitra wznawiającym spotkanie. Z wielką trwogą wówczas skonstatował, że… jest już remis 2:2. Jakby tego było mało na kilka minut przed zakończeniu Arsenal traci gola po strzale głową i przegrywa na własnym boisku. Jedynym zawodnikiem wymienionym z nazwiska jest pokonywany w szybkim tempie golkiper „The Gunners” – Łukasz Fabiański!

Scenariusz spotkania iście literacki, ale od razu wydał mi się zbyt prawdziwy. Choć świat w książce jest zmyślony, to mecz okazał się oczywiście zupełnie namacalny. 20 listopada 2010 roku Arsenal przegrał na Emirates Stadium z Tottenhamem (2:3). Gole strzelali Nasri i Chamakh oraz Bale, Van Der Vart i Kaboul. Bramki gospodarzy strzegł – a jakże! – Fabiański.

Podsumowując, polecam książki Galbraith i mecze Arsenalu – dobre kryminały zawsze w cenie :)

P.