Archiwum kategorii: czysta nostalgia

Wszystkie gole reprezentacji Polski w eliminacjach od lat 90. Usiądźcie wygodnie, wspominajcie i… płaczcie

Radość reprezentacji Polski po golu Krzysztofa Warzychy

Buszując po różnych jutubowych kompilacjach trafiłem na prawdziwe cudeńko, a właściwie – serię cudeniek. Otóż pewien szlachetny ktoś (chwała mu, chwała) dokonał kompilacji skrótów meczów reprezentacji Polski w we wszystkich turniejach eliminacyjnych do imprez między 1990 a 2014 rokiem!!!

Oczywiście ja wiem, że to wszystko gdzieś tam w sieci było. Ale teraz można to obejrzeć ciurkiem, bez szperania, podążać (w wielkim skrócie) za losami poszczególnych reprezentacji i jej (anty)bohaterów. Można się zatopić w czasach – zwykle słusznie – minionych, powspominać, pośmiać się, powzruszać, podziwić, powzburzać.

Ach, czego tutaj nie ma! Są męczarnie z Albanią i piękny gol Tarasiewicza ze Szwecją z 1988 i 1989 roku. Są kolejne oklepy od Anglików. Jest smutna ekipa Strejlaua, są łomoty spuszczane reprezentacjom Wójcika czy Fornalika. Jest remis z Mołdawią! Są szalone zwycięstwa (jak np. z Norwegami za Engela czy nad Portugalią za czasów Leo). Są zapomniane już „asy” jak Józef Wandzik :)

Dla osób urodzonych w latach osiemdziesiątych to kilkadziesiąt minut wzruszeń (złości i radości).

Reprezentacja Polski w el. MŚ 1990

el. EURO 1992

el. MŚ 1994

el. EURO 1996

el. MŚ 1998

el. EURO 2000

el. MŚ 2002

el. EURO 2004

el. MŚ 2006

el. EURO 2008

el. MŚ 2010

el. MŚ 2014

(A zestawienia dotyczące EURO 2012 i el. EURO 2016 i MŚ 2018 znajdziecie wszędzie)

Za oknem chlapa, do końca roboczego piątku zostały już ostatnie godziny… Nie podpuszczam, nie zachęcam.

P.

Komentarze z numer10.blox.pl

2018/01/27 13:43:54
Minusem niestety jest mała ilość filmików z komentarzem i za dużo z tą podłożoną muzyczką (jak z jakiejś reklamy środków udrażniających rury z rzeczonej dekady – może i licuje z jakością kadry, ale irytuje). Jeśli ktoś sobie czegoś słucha i chce w tym momencie poświęcić się i włączyć fonię z powyższego zestawu, to jednak dla samego „Go… o Jezus Mariaaa!” i tego wrzasku z Anglią się to nie opłaca.
2018/01/30 08:55:37
Wiele razu szukałem takich materiałów z przeszłości tak z ciekawości ale nie znalazłem jak dotąd skrótów z tak wielu meczy ;) Przydatny post, wielkie dzięki. Czekam za kolejnym :D

Janusz Wójcik jako polski selekcjoner z trzema oskarżeniami. Najmocniejszymi, jakie się da

Janusz Wójcik – fragment okładki książki „Jego biało-czerwoni”

Gdy Janusz Wójcik debiutował jako selekcjoner reprezentacji Polski, 6 września 1997 roku, wygranym po efektownym golu Krzysztofa Ratajczyka meczem z Węgrami w Warszawie, wydawało się, że nadchodzi nowa, złota era dla naszej piłki. Tak jak bogate były premie dla piłkarzy i sztabu, a głośna otoczka wokół kadry, tak w Europie miało być słychać o bogatym dorobku punktowym biało-czerwonych. Z perspektywy 20 lat kadencję trenerską Janusza Wójcika można ocenić jako najczarniejszą w historii Polski. I nie chodzi tu o sam wynik sportowy, o brak awansu do Euro 2000 i nadzieje rozbudzone wygranymi towarzyskimi oraz o punkty z Bułgarią. Pal licho, eliminacje przegrywaliśmy i w dużo gorszym stylu. Na byłym selekcjonerze ciążą jednak trzy potężne oskarżenia, sformułowane już po latach, przez osoby z różnych środowisk. Nic mi nie wiadomo, by cytowane słowa były potem w jakikolwiek sposób prostowane, by Janusz Wójcik wytaczał w ich sprawie procesy o zniesławienie. O tych zarzutach zapomina się, jakby oddzielając pracę z kadrą od jego wyczynów klubowych i wspominając kadencję Wójcika w roli selekcjonera najczęściej w tonie wręcz komediowym, cytując prostackie odprawy z „kiełbasami w górę”. Tymczasem mówimy tu, naprawdę, o zarzutach najcięższych z możliwych dla każdego trenera, a już dla selekcjonera reprezentacji narodowej – zwłaszcza.

1. Janusz Wójcik miał być pijany dzień przed meczem reprezentacji Polski

Januszowi Wójcikowi zdarzało się zachowywać nieodpowiedzialnie po alkoholu – powszechnie wiadomo to od stycznia 2006 r., gdy po Balu Mistrzów Sportu pod wpływem prowadził samochód w Warszawie. O tym, że miał promile w czasie wykonywania pracy selekcjonera, pisał Rafał Stec (w swojej książce „Piłka sss… kopana”, cytowanej też potem na blogu i stronach Wyborczej).

Prowadząc reprezentację, na 24 godziny przed meczem z Anglią, Wójcik zaordynował piłkarzom tak intensywny „rozruch”, że gdyby nie interwencja ówczesnego wiceprezesa PZPN Zbigniewa Bońka, nazajutrz ledwie powłóczyliby nogami. Tamtego dnia też był pijany. Boniek chciał go zwolnić, lecz działacze przekonali go, że skandal zaszkodziłby wszystkim.

W zawoalowany sposób mógł to potwierdzić obrońca Jacek Zieliński, w materiale Wyborczej przed swoją 60. grą w reprezentacji, stwierdzając, że Wójcikowi „udzielił się chyba entuzjazm” i „chodził nabuzowany”.

Anglicy byli rzeczywiście słabi, grali źle. Ale my jeszcze gorzej. Pamiętam, że dzień przed meczem dostaliśmy nieźle w d… Na przedmeczowym rozruchu trenerowi Wójcikowi udzielił się chyba entuzjazm. Pamiętam te wślizgi, starty do piłki, podekscytowanego selekcjonera, który chodził nabuzowany po murawie Wembley i krzyczał, żebyśmy zap… Rano mieliśmy lekkie zakwasy, ale i tak mogliśmy w Londynie pograć lepiej. Nie wiem, czy trener Wójcik wystraszył się Anglików, ale sądząc po liczbie obrońców, podszedł do meczu z nimi z dużym respektem (śmiech).

2. Janusz Wójcik miał negocjować grę piłkarza w meczu reprezentacji Polski z prezesem jego klubu

Fragment książki „Szamo”, Grzegorza Szamotulskiego i Krzysztofa Stanowskiego, też odnosi się do sytuacji sprzed meczu z Anglią:

Kolejna anegdota krążąca w środowisku. Zbliża się mecz Anglia – Polska. Dzień przed spotkaniem Artur Wichniarek w pokoju już rozmyśla o tym, jak będzie strzelał kolejne gole (…)

– A na pewno zagrasz? – pada całkiem logiczne pytanie.

– Jasne! Widziałeś mnie w sparingu? Widziałeś w gierce? Najlepszy! Numer jedenaście na placach i wychodzę zburzyć to całe Wembley!

Dzień meczu. Piłkarze schodzą do autokaru. Wichniarek idzie na końcu, w kurtce i bez torby.

– Grasz.

– Nie.

– Jesteś na ławce?

– Nie.

Kilka metrów dalej stoi selekcjoner Janusz Wójcik i prezes Widzewa (klub Wichniarka), Andrzej Pawelec. Słychać głośną kłótnię. Kilka wyrwanych z kontekstu zdań.

– Ale Janusz, nie rób jaj! Dam ci w poniedziałek! – błagalnym głosem mówi Pawelec.

– Dasz w poniedziałek, to zagra w poniedziałek – wzrusza ramionami „Wójt”.

Artur Wichniarek w rozmowie z Jakubem Białkiem na Weszło sprawę wspomina tak:

– To nie był mecz na Wembley, tylko w Warszawie. Nie wiem, ja nie byłem przy tej rozmowie. Faktem jest, że miałem grać i tydzień treningów na zgrupowaniu na to wskazywał. Realia tamtych lat były jak widać trochę inne i nie tylko Fryzjer zarabiał na ustawianiu pewnych rzeczy. Jeżeli tak było i miało to się odbyć na zasadzie zapłacenia za to, że zagram, to dobrze, że nie zagrałem. Zawsze byłem daleki od takich rzeczy, zawsze chciałem pokazać na boisku, że jestem przydatny. Jeśli nie byłem przydatny, to lepiej dla wszystkich, że nie zagrałem. Nie mogę tej historii ani potwierdzić, ani zaprzeczyć. Fakt faktem, że nie zagrałem w tym meczu, choć byłem w bardzo wysokiej formie. Generalnie, nigdy nie szukałem układów i grania za wszelką cenę.

Janusz Wójcik podczas meczu Anglia - Polska na Wembley (1999) / fot. Robert Krzanowski / Agencja Gazeta
Janusz Wójcik podczas meczu Anglia – Polska na Wembley (1999) / fot. Robert Krzanowski / Agencja Gazeta

3. Reprezentacja Polski Janusza Wójcika mogła grać w nieuczciwym meczu

W październiku 2008 roku, po zatrzymaniu ws. afery korupcyjnej w polskiej piłce, Weszło w tekście „Janusz Wójcik zatrzymany. Dość buty i chamstwa!” pisało:

Były selekcjoner kadry, co nie jest tajemnicą, nie miał żadnych hamulców. W środowisku piłkarskim do dziś opowiada się na przykład o meczu Polska – Hiszpania (1:2), kiedy to sędzia z Rosji nie uznawał prawidłowych bramek dla naszych rywali – miał za to dostać drogi zegarek, ale dostał podróbkę i następnego dnia odpadły wskazówki. Wspomina się też między innymi o spotkaniu Bułgaria – Polska 0:3…

Wróćmy do meczu z Hiszpanami, którzy w Warszawie przeżyli gorzki przedsmak tego, co trzy lata później spotkało ich na mundialu w Korei. Dwa normalnie zdobyte gole w nieprawidłowy sposób nieuznane przez sędziów. – Oczywiście, że sędzia się pomylił. To były dwa błędy arbitra – żałował autor obu skradzionych goli, Raul. Jakiś fan Hiszpana wyciął odpowiednie wideo i wrzucił na YouTube, więc są do zobaczenia (same gole można obejrzeć na skrócie TVP).

Z kolei, jako próbę umówienia się na wynik, można rozumieć opis w książce Jerzego Dudka, meczu Szwecja – Polska, decydującego o awansie do barażu o Euro 2000.

W ostatnim meczu ze Szwecją też potrzebny był nam remis, by zagrać w barażach. Ale to nieszczęsne spotkanie zakończyło się naszą porażką 0:2. Niestety dało znać o sobie chore myślenie, nawyki zakorzenione od lat. A może oni nam pomogą ten remis wywalczyć? (…) Okazało się, że Szwedzi zagrali bardzo spokojnie do momentu, kiedy nie zaczęliśmy ich brutalnie kopać. Nie dali się sprowokować do takiej kopaniny, co się dla nas źle skończyło. Zaczęli grać na serio i wygrali 2:0. (…) Nie chcę go [Janusza Wójcika] oceniać jako trenera. Mogę tylko ocenić, że menedżerem był doskonałym.

Wszystkich wspomnianych meczów pod wodzą Janusza Wójcika pewnie by nie było, gdyby został on zwolniony przez PZPN Mariana Dziurowicza jeszcze przed startem eliminacji Euro 2000. Meczem o być albo nie być selekcjonera okazało się spotkanie Polska – Rosja, rozegrane 27 maja 1998. Polacy w cudowny sposób wygrali z dużo wyżej notowanym rywalem, czym rozpoczęli cudowną serię zwycięstw (a potem meczów bez porażki), która trwała aż do wspominanego już Wembley. Wspólnym mianownikiem większości tych rywali jest to, że pochodzili z Europy Wschodniej (ew. centralnej) lub że byli do zwyczajni słabeusze:

Polska – Rosja 3:1 – 27.05.1998 (gole w skrócie TVP, więcej akcji w rosyjskiej TV)

Ukraina – Polska 1:2 – 15.07.1998 (niestety, nie było żadnej transmisji tego meczu; sędzia – Węgier Attila Juhos)

Polska – Izrael 2:0 – 18.08.1998 (sędzia – Czech Vaclav Krondl)

Bułgaria – Polska 0:3 – 6.09.1998

Polska – Luksemburg 3:0 – 10.10.1998 (sędzia – Albańczyk Bujar Pregla)

Słowacja – Polska 1:3 – 10.11.1998

Malta – Polska 0:1 – 3.02.1999

Polska – Finlandia 1:1 – 10.02.1999

Polska – Armenia 1:0 – 3.03.1999

 

B.

Ongiś smutny koszyk

 basket1

Spodziewane 6. miejsce w rankingu FIFA i domniemany pierwszy koszyk w losowaniu grupowym na MŚ 2018 przywołują u mnie bolesne wspomnienia, gdy nasza kadra była dnem dna. Wyznacznikiem tego był fakt, że przy okazji rozstawiania eliminacyjnych garnuszków lądowała ona w czwartym kubełku. Sytuacja taka miała miejsce dwukrotnie – w ramach boju o EURO 2000 oraz MŚ 2014.

*

Na mętną lokację przed imprezą w Belgii i Holandii solidnie zapracowaliśmy beznadziejnymi wynikami pod wodzą Apostela i Piechniczka. W efekcie spadliśmy z trzeciego do czwartego koszyka (co prawda na sam jego szczyt, ale to nic nie zmieniło). Tam bawiliśmy się w gronie innych ówczesnych wielkich: Węgier, Irlandii Północnej, Bośni i Hercegowiny, Łotwy, Macedonii, Cypru, Walii i Islandii. Dość napisać, że szczebel wyżej ulokowały się m.in. Litwa, Słowacja, Izrael, Finlandia czy Gruzja.

Choć z drużyną prowadzoną przez Janusza Wójcika jakoś trudno mi wielce sympatyzować, to trzeba jej oddać, że dzięki kilku zwycięstwom odniesionym w el. EURO 2000 udało się wygrzebać z czwartego dołka w losowaniu, co – moim zdaniem – znacznie przyczyniło się do późniejszego awansu do MŚ 2002.

*

Eliminacje do MŚ 2014 jawią się mi jako senny koszmar. Nie tylko dlatego, że szybko znaleźliśmy się poza grą. Stawaliśmy do nich bowiem z piętnem katastrofalnych eliminacji do MŚ 2010 (a zaczynaliśmy z drugiego koszyka) oraz fatalnego EURO 2012. I cały ten kiepski wizerunek został potwierdzony na boisku.

O skali naszej ówczesnej zapaści niech świadczy fakt, że w losowaniu trafiliśmy do czwartego koszyka, ale – wiem, że to technicznie nieistotne – na samo jego dno! Towarzystwo w dołku mieliśmy takie: Bułgaria, Rumunia, Gruzja, Litwa, Albania, Szkocja, Irlandia Północna i Austria. Niewiele jednak brakowało, a spadlibyśmy do piątego (!!!) koszyka kosztem Armenii. Ówczesne popisy kadry Fornalika kazały sądzić, że taka degradacja byłaby uzasadniona.

*

Dziś te smutne czasy wspominam bez sentymentu. Jak zawsze w tego typu przypadkach potrzebny był… cud. Polacy eliminację do EURO 2016 zaczynali z samego dołu trzeciego koszyka i awansowali. Spodziewana kwalifikacja do MŚ 2018 odbędzie się także z trzeciego koszyka, ale już z jego wierzchołka. Bez względu zatem czy w bój o EURO 2020 będziemy ruszać z pierwszej czy drugiej grzędy – również wszyscy liczymy na awans. Ot, choćby po to, żeby skutecznie wymazać wspomnienia z dawnych czasów :)

P.

Nie dzień, ale cała runda dziecka

Sezon 2002/2003 był w polskiej ekstraklasie dość nietypowy. Dwie jej drużyny kończyły bowiem rozgrywki na granicy bankructwa, ratując się od połowy sezonu juniorami. Były to Pogoń Szczecin i KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Obie wiosną 2003 roku puściły w bój nieopierzonych młodzieżowców, czasem wręcz dzieciaków.

*

W przypadku Portowców sprawy już jesienią wyglądały fatalnie. Zespół miał na koncie sześć punktów (jedno zwycięstwo z… KSZO) i był kompletnie rozbity na skutek tragikomicznych rządów Lesa Gondora (vel Leszka Gondorowicza, eks-taksówkarza z Lipian). O ile jednak w pierwszej części sezonu w składzie występowali całkiem uznani zawodnicy (m.in. Dźwigała, Choto, Kosmalski, Paweł Sobczak), o tyle w drugiej odsłonie za piłką uganiali się przede wszystkim piłkarze poniżej 20 roku życia, wspomagani kilkoma bardziej doświadczonymi zawodnikami (np. Biliński, Rafał Pawlak, Szubert). Oto młodziaki (tj. urodzeni w 1982 i później) z Pogoni, którzy w jej barwach zagrali w ekstraklasie wiosną 2003 roku: Tomasz Michałowicz (18 lat), Rafał Rogowski (18 lat), Marcin Całko (20 lat), Dawid Kamrowski (20 lat), Łukasz Żebrowski (21 lat), Łukasz Bednarek (21 lat), Michał Niedźwiedzki (18 lat), Przemysław Węgier (21 lat).

Dla całej tej ferajny ówczesny w ekstraklasie były jedyny w czasie kariery i po tym krótkim wiosennym epizodzie bezpowrotnie przepadli. (Na marginesie warto wspomnieć, że w klubowej kadrze przebywał wówczas także Piotr Celeban, ale nie dane mu było zadebiutować wówczas w lidze).

Uzupełnienie tej młodzieży zawodnikami rezerw dało bardzo niewybuchową mieszankę. Cała Pogoń zdobyła zaszczytny tytuł najsłabszej drużyny w XXI wieku. Wiosną zdobyła tylko trzy punkty (z… KSZO, a jakże), strzelając trzy gole i zaliczając takie wyniki jak 1:7 z Odrą, 0:9 z Górnikiem czy 0:6 z Lechem (pięć goli Gajtkowskiego), a ostatni mecz sezonu (z Ruchem Chorzów) oddając walkowerem.

Żeby uświadomić sobie jakim składem grała wówczas Pogoń – oto drużyna z ostatniego rozegranego meczu (ze Szczakowianką): Olszewski – Pawlak, Godras, Walburg, Misiura, Żebrowski, Liszczak (Węgier), Szubert, Kułkiewicz, Radziwon (Bednarek), Kotula (Makowski).

I na zakończenie małe wspomnienie

*

O ile miecz zagłady wisiał od dawna nad Pogonią, o tyle w KSZO kibice zostali nieco zaskoczeni astralną katastrofą. Zespół po rundzie jesiennej zajmował bowiem 13. miejsce, z względną przewagą nad strefą spadkową (13 m. – KSZO – 15 p.; 14 m – Zagłębie – 13; 15 m. – Widzew – 12; 16 m. – Pogoń – 6 p.).

Drużyna może nie była naszpikowana gwiazdami, ale takie nazwiska jak Piątek, Lasocki, Pietrasiak, Sokołowski, Małocha czy Żelazowski dawały nadzieję na spokojne utrzymanie w ekstraklasie. Tym bardziej, że KSZO zanotowało niezły początek rozgrywek (8 punktów w sześciu meczach, w tym remis z Legią). Z czasem jednak pojawiły się kłopoty finansowe i konflikt między piłkarzami a zarządem. W efekcie, w przerwie zimowej większość zawodników podstawowego składu odmówiła gry, przedstawiając zwolnienia lekarskie (tzw. afera grypowa). Klub nie doszedł z nimi do porozumienia i przed rozpoczęciem rundy wiosennej musiał kompletować skład z juniorów, często zupełnych dzieciaków. O ile więc Pogoń uzupełniała skład młokosami, o tyle KSZO go na nich opierała. Oto młodzieżowcy (ur. 1982 i później), którzy zagrali wówczas w ekstraklasie: Kamil Bąk (19 lat), Klaudiusz Łatkowski (18), Kamil Kutryba (19), Łukasz Leszczyński (18), Radosław Mikołajek (17), Przemysław Ryński (18), Grzegorz Sadłowski (19), Paweł Madej (18), Marcin Szczygieł (19). Najmłodszy w tym gronie Mikołajek miał w chwili debiutu 16 lat i 87 dni. Nikt z tego towarzystwa nie pojawił się już później na najwyższym szczeblu (ale – ciekawostka – Mikołajka w kadrze KSZO możemy znaleźć także dzisiaj!). Efekt tej pajdokracji był jednak kiepski, bo KSZO przegrało wiosną wszystkie (!) mecze i z hukiem spadło z ekstraklasy.

z1419686QWiosna2003AndrzejNiedzielanwmeczuKSZOOstro

Jak widać Dzień Dziecka może trwać całą rundę. Pytanie jednak czy dzieci zaprzęgnięte nagle do występów w ekstraklasie cieszyły się z tego faktu, czy też – co może sugerować przebieg ich karier – zostały skrzywdzone taką gwałtowną, bolesną i przedwczesną inicjacją.

P.

Baraże (westchnienie), lepiej nie

Rozpoczynająca się właśnie batalia o utrzymanie w ekstraklasie (w „grupie spadkowej”) przypomniała mi o kolorowych latach 2001-2006, kiedy to o jednym albo dwóch miejscach na najwyższym szczeblu rozgrywkowym decydowały baraże.

Szczególne to były dwumecze, wedle dzisiejszej wiedzy ponad połowa była ustawiano, a połowa „problematyczna”. Wiele się wówczas działo, choć niekoniecznie na boisku. Zapraszam więc do przeglądu barażowych spotkań (dane za – oczywiście – 90minut.pl).

indeks3

BARAŻE 2001

Górnik Polkowice 0-0 Stomil Olsztyn 20 czerwca, 18:00 (5000)

Stomil Olsztyn 0-0 Górnik Polkowice 24 czerwca, 16:30 (6000)
pd. k. 5-4

To zdecydowanie najnudniejszy baraż w historii Polski, a ja osobiście dodam, że pierwszy mecz jest zarazem najnudniejszym meczem, jaki kiedykolwiek widziałem (drugie miejsca zajmuje). Na boisku nie działo się absolutnie nic, a wyróżniał się jedynie Andrzej Słowakiewicz – wyróżniał się połączeniem łysiny z wąsem :) W rewanżu (według relacji prasowych) było podobnie, a o utrzymaniu zadecydowały rzuty karne. Ciekawą relację z rewanżu można przeczytać tutaj.

BARAŻE 2002

Tutaj zaczynamy już działalność jawnie przestępczą :)

Szczakowianka Jaworzno 2-0 RKS Radomsko 8 maja, 15:00 (1800)
Łukasz Błasiak 66, Robert Sztandera 76 (k)
Górnik Łęczna 0-1 KSZO Ostrowiec Świętokrzyski 8 maja, 17:15 (4500)
Marek Sokołowski 90
 
RKS Radomsko 1-0 Szczakowianka Jaworzno 12 maja, 14:30 (6500)
Bogdan Jóźwiak 90
KSZO Ostrowiec Świętokrzyski 2-1 Górnik Łęczna 12 maja, 16:45 (7500)
Jarosław Popiela 15 (k), Daniel Grębowski 68 – Dariusz Solnica 19

Dwumecz Szczakowianki z Radomskiem to przygrywka do wydarzeń, które rok później śledziła cała Polska. W 2002 roku było jeszcze kulturalnie. Ekipa z Jaworzna wygrała u siebie 2:0, by w rewanżu ulec bezpiecznie 0:1. Tutaj relacja z pierwszego meczu (warto zwrócić uwagę na „wątpliwości” dotyczące pracy sędziego), a tutaj „relacja z awansu”. Od tego dwumeczu rozpoczęła się słynna na całą Polskę „sprawa Rasica”. Do poczytania tutaj, tutaj i tutaj. Tutaj fotorelacja z dwumeczu, a fajny tekst o upadku ekipy RKS – tutaj.

W drugim barażu było spokojniej, a na pewno… ciszej. KSZO w obu meczach pokonało Łęczną (relacja z pierwszego spotkania – tutaj, z drugiego – tutaj), choć zdobywane przez zwycięzców gole były dość wyjątkowe.

Ryszard M., ówczesny działacz Górnika, o swoich doświadczeniach z arbitrem:

W 2002 uczestniczyliśmy w barażach o pierwszą ligę z KSZO Ostrowiec. Były to baraże przegrane. Pamiętam, że mecz barażowy w Ostrowcu sędziował G., kto sędziował w Łęcznej nie pamiętam. Pamiętam, że ten mecz w Ostrowcu przegraliśmy 2:1. To był mecz, który sędziował G. Utkwiło mi w pamięci, że w tym meczu w Ostrowcu nie mogliśmy wyjść ze swojej połowy. Tam sędzia odgwizdywał co chwile faule przeciwko nam. Pamiętam, że w tym meczu w Ostrowcu technicznym był F. On mówił w trakcie meczu żebyśmy się nie denerwowali. (…) Ja po paru latach zapytałem G. dlaczego ten baraż z KSZO sędziował tak, że nie mogliśmy przejść na połowę przeciwnika. G. powiedział, że ten mecz dawał mu awans na sędziego międzynarodowego. Tam musiał być ktoś mocny jeśli chodzi o obserwatora. Ten mecz grało nam się bardzo dobrze jeśli chodzi o sędziowanie do czasu kiedy nie strzeliliśmy bramki. Po tym uaktywnił się G. i nie dał nam grać. (…)

BARAŻE 2003

A tutaj zaczyna się już czysty kryminał z wyrokami :)

Świt Nowy Dwór Mazowiecki 1-0 Szczakowianka Jaworzno 14 czerwca, 17:30 (2500)
Krzysztof Przytuła 51 (s)
Górnik Łęczna 1-0 Zagłębie Lubin 15 czerwca, 18:00 (4500)
Paweł Bugała 40

Szczakowianka Jaworzno 0-3 Świt Nowy Dwór Mazowiecki 22 czerwca, 17:00 (7000)
(wo)
Michał Karwan 42 (s), Krzysztof Przytuła 68, Maciej Iwański 84
na boisku 3-0, zweryfikowany w związku z przekupstwem piłkarzy Świtu
Zagłębie Lubin 1-2 Górnik Łęczna 21 czerwca, 17:00 (7500)
Arkadiusz Klimek 20 – Paweł Bugała 43, 83

O dwumeczu Świtu ze Szczakowianką napisano już wszystko, więc tylko odeślę tutaj, tutaj, tutaj, tutaj albo tutaj.

Natomiast o rywalizacji Zagłębia Lubin z Górnikiem Łęczna wspominałem już na blogu w kontekście jej bohatera – Pawła Bugały. Odsyłam zatem tutaj. Więcej do poczytania o tym – niepozbawionym wątpliwości – dwumeczu można znaleźć tutaj i tutaj oraz tutaj i tutaj.

I tak wszystko fajnie, fajnie, ale stosowne wyjaśnienia złożył po latach Ryszard M., ówczesny działacz Górnika:

Teraz wyjaśnię o meczu barażowym o pierwszą ligę po sezonie 2002/2003. Był to Górnik Łęczna – Zagłębie Lubin z 15 czerwca 2003 zakończony wynikiem 1:0. Sędziował sędzia K.  Nie pamiętam okoliczności złożenia mu propozycji korupcyjnej. Nastąpiło to jak zwykle na polecenie prezesa. Prawdopodobnie rozmawiałem z nim przed meczem. Chodziło prawdopodobnie o kwotę 30 tys. On przyjął tę propozycję. Poinformowałem prezesa o przyjęciu propozycji przez sędziego. Mecz został wygrany bez żadnej pomocy sędziego, a powinien być wygrany 4:0, jeśli drużyna by grała dokładniej. Prawdopodobnie pieniądze zapłaciłem sędziemu po meczu, ale tego nie jestem pewien. Pieniądze pochodziły od prezesa, ale z jakiego źródła nie wiem.

BARAŻ 2004

Wydawało się, że po gorączce z poprzedniego roku baraże 2004 na pewno będą spokojne. Ale nie do końca były :)

Cracovia 4-0 Górnik Polkowice 19 czerwca, 15:30 (12 000)
Piotr Giza 6, 22, Łukasz Skrzyński 57, Piotr Bania 79

Górnik Polkowice 0-4 Cracovia 26 czerwca, 17:00 (2000)
Marcin Bojarski 32, Krzysztof Przytuła 51, 89, Łukasz Szczoczarz 69

Pasy bezapelacyjnie zwyciężyły oba mecze, ale wątpliwości budziła końcówka otoczka spotkań. Do poczytania tutaj i tutaj oraz tutaj i tutaj.

Tutaj klip z backstage’u pierwszego spotkania. Cały rewanż do obejrzenia w kawałkach tutaj, tutaj, tutaj i tutaj. W czwartej części zobaczcie gdzie stoją kibice Cracovii :)

Po latach zaś pojawiło się takie info na temat drugiego meczu:

W pierwszym meczu barażowym o pozostanie w pierwszej lidze Górnik odniósł klęskę. Mariusz J. nie znał sędziego tego spotkania Roberta Małka z Zabrza. O pomoc poprosił Ryszarda F. zaznaczając, że ma na ten mecz 50 tys. zł. za zwycięstwo i 25 tys. za remis. Fryzjer wziął na siebie kontakt z arbitrem. O pomoc poprosił jednak Mariana D., wówczas szefa kolegium śląskich sędziów. Jak wynika z analizy połączeń telefonicznych – Ryszard F. trzy razy rozmawiał z Małkiem. Według prokuratury wywiązał się ze złożenia propozycji korupcyjnej. Prokuratura nie ujawnia jednak jaka była reakcja sędziego.

Okazało się, że Górnik walczył do końca :)

BARAŻ 2005

W 2005 roku emocje zdecydowanie opadają.

Widzew Łódź 1-3 Odra Wodzisław Śląski 16 czerwca, 20:00 (8000)
Rafał Pawlak 61 – Michał Stasiak 55, Mariusz Zganiacz 82, 90 (k)

Odra Wodzisław Śląski 0-1 Widzew Łódź 19 czerwca, 19:00 (5000)
Frank Egharevba 43

Odra zdecydowanie wygrywa z Widzewem i utrzymuje się w ekstraklasie. Co ciekawe, trenerem, który pogrążył łodzian był… Franciszek Smuda. Na osłodę RTS-owi – ładny gol Pawlaka z pierwszego spotkania.

BARAŻ 2006

Wreszcie ostatni jak na razie baraż.

Jagiellonia Białystok 0-2 Arka Gdynia 15 czerwca, 17:00 (7000)
Grzegorz Pilch 28, Maciej Zając 87 (s)

Arka Gdynia 2-1 Jagiellonia Białystok 18 czerwca, 15:00 (11 000)
Olgierd Moskalewicz 1, Grzegorz Niciński 3 – Jacek Chańko 76 (k)

Arka spokojnie ograła w obu spotkaniach Jagę i utrzymała się w lidze. Pierwszą bramkę w dwumeczu strzelił Grzegorz Pilch, który rok później trafił do więzienia. Cały pierwszy mecz do obejrzenia tutaj. Ten dwumecz jednak też pojawił się w kontekście meczów ustawionych.

***

Trzeba przyznać, że formuła barażowa, choć w intencjach może i szlachetna, stała się zwyczajnym konkursem kopert. Szkoda, bo systemowo to rozwiązanie sprawiedliwe i bardzo emocjonujące. Nie wstrzeliło się jednak kompletnie w czas i miejsce :)

P.

Turniej w Spodku. Złote lata i upadek

Przyznam, że to moje bardzo miłe wspomnienie z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Przerwa noworoczna, świąteczna atmosfera w domu, rodzinne lenistwo i… turnieje halowe w Niemczech :) Tak, miało to swój ogromny urok, oglądać tamte klimatyczne rozgrywki, gdzie największe gwiazdy Bundesligi czarowały na parkietach otoczonych bandami. Dodatkowo, w zawodach tych występowali często także piłkarze Widzewa Łódź (dzięki niemieckim koneksjom Andrzeja Grajewskiego), dzięki czemu kolejne imprezy z cyklu śledziło się z wypiekami na twarzy.

Popularność zawodów transmitowanych przez zagraniczne stacje telewizyjne sprawiła, że nad Wisłą także pojawił się pomysł organizacji spektakularnego turnieju halowego. Jak postanowiono tak zrobiono – turniej w katowickim Spodku miał się stać polskim Fussball Hallenmeisterschaft.

19970118_EB_Sport_Cup__Spodek

Pierwsza edycja Spodka odbyła się w styczniu 1995 roku. Oficjalnym sponsorem imprezy został browar EB, od razu też instalując się w nazwie, która w związku z tym brzmieć miała EB Cup. Do udziału zaproszono pięć ekip: Górnika Zabrze, ŁKS, Ruch Chorzów, GKS Katowice, Legia Warszawa. Formuła zakładała jedną grupę, w której gra każdy z każdym. Po zaciętych bojach zwyciężył Górnik Zabrze, który w decydującym spotkaniu zremisował z lokującym się zaraz za nim w tabeli GKS.

Wyniki spotkań wraz ze strzelcami goli znajdziecie tutaj i tutaj. Warto też wspomnieć, że za najlepszego zawodnika uznano Dariusza Kosełą.

Na trybunach siedem tysięcy kibiców (!!!), większość dopingująca GKS, ale także pozostałe drużyn. Mimo to było względnie spokojnie, pomijając jeden incydent.

Pomysł się sprawdził, kibice oczekiwali właśnie takiego wydarzenia. Trzeba było iść za ciosem.

*

Sukces pierwszej edycji sprawił, że EB Cup 1996 był jeszcze bardziej spektakularny. Do boju przystąpiło osiem drużyn podzielonych na dwie grupy: Stal Mielec, Widzew Łódź, Jeziorak Iława i GKS Katowice oraz Ruch Chorzów, ŁKS Łódź, Raków Częstochowa i Górnik Zabrze. Sensacyjnym zwycięzcą turnieju został Raków Częstochowa. Najpierw wygrał swoją grupę, potem po pięknym boju odprawił w półfinale GKS Katowice (3:2), by w finale, po jeszcze bardziej spektakularnych zawodach, pokonać Ruch Chorzów (6:5). Dla częstochowian to jeden z największych sukcesów w historii, którym chwalą się oni na swojej stronie. Co ciekawe, pierwotne zgłoszenie Rakowa do turnieju zostało odrzucone i dopiero po rezygnacji jednej z ekip zaproszono go do udziału.

Najlepszym piłkarzem turnieju został Marek Citko, bramkarzem Ryszard Kołodziejczyk, a strzelcem Damian Galeja. Relacja z turnieju tutaj.

Kibicowsko – pamiętajmy, że „kolorowe lata dziewięćdziesiąte” – turniej także wypadł dość spokojnie. Patrząc z dzisiejszej perspektywy to dość niezwykłe, bo do wielkiej, ale ograniczonej wewnętrznie i zamkniętej przestrzeni wpuszczono 9000 kibiców zantagonizowanych zwykle klubów. Polecam tę relację.

*

Spodek 1997. Pierwsze błyskawice przed przyszłoroczną burzą. Na tym turnieju wystąpiły drużyny GKS-u Katowice, Ruchu Chorzów, Górnika Zabrze, Widzewa Łódź, Rakowa Częstochowa, Odry Wodzisław oraz Lecha Poznań. Wraz z drużynami stawili się także ich fani: 2000 z GKS, 2000 z Ruchu, 1300 z Górnika. Było sporo drobnych zadym i zdecydowanych interwencji policji. Poczytacie o tym tutaj i tutaj. Swoją drogą, zobaczcie w poniższych filmikach jak „obklejona” jest hala kibicami. Oni wręcz wiszą na piłkarzach (a i na sobie nawzajem), uprasowani jak sardynki w puszce.

Piłkarsko turniej stał na bardzo wysokim poziomie. Sporo było ciekawych meczów w grupach, a w półfinałach kibice mogli obejrzeć wyjątkowo emocjonujące starcia. W finale Lech Poznań okazał się lepszy od GKS Katowice (6:3).

Najlepszym piłkarzem i strzelcem turnieju został Jan Furtok, a bramkarzem Marek Matuszek. Wyniki spotkań znajdziecie tutaj.

*

Spodek 1998. Terror, pożoga i śmierć imprezy. Jeden z punktów kulminacyjnych stadionowego chuligaństwa lat dziewięćdziesiątych. Totalna wojna między pseudokibicami podczas katowickiej imprezy stała się ikoniczną wręcz ilustracją kondycji polskich trybun u schyłku wieku. Oto fragment relacji z tamtych wydarzeń (zaczerpnięty stąd):

Na turnieju pojawiły się następujące ekipy: Ruch Chorzów – ok. 2000 osób; GKS Katowice – 1500 osób; Górnik Zabrze – 800 osób; Wisła Kraków – 200 osób (9 Jagiellonia, 3 Śląsk, 2 Lechia); GKS Tychy + ŁKS – 150 osób; Lech Poznań – 80 osób ( niewpuszczeni na halę przez brak wcześniejszego zamówienia biletów); Raków Częstochowa – 70 osób; Odra Wodzisław – 40 osób. Ponadto na sektorach Wisły obecne było Zagłębie Sosnowiec (15) a z Ruchem zasiadło 9 fanów Widzewa. Rozmieszczenie fanów na trybunach wyglądało następująco: Odra – Raków – Ruch – GKS – Górnik – Wisła a na dolnej kondygnacji tysko-łódzka koalicja. Lech podobno miał być między Rakowem a Ruchem.

Pierwsze zamieszki zaczęły się już przed wejściem do hali, a pierwsza bijatyka na trybunach miała miejsce przed rozpoczęciem pierwszego meczu. Na turnieju zgromadziło się blisko 7 tysięcy kibiców, na 7 zorganizowanych grup kibiców, 6 prowadziła między sobą regularną bitwę. W Spodku czuwało 300 ochroniarzy z chorzowskiej firmy Fosa. Stracili jednak kontrolę już podczas pierwszej bitwy kibiców GKS i Górnika. Tłum obrzucał się krzesełkami. Przeciwników zrzucano z wysokości kilku metrów na niższe sektory.

W trosce o własne zdrowie, z turnieju wycofała się drużyna Lecha Poznań, a inne drużyny były o krok od podjęcia identycznej decyzji. Organizatorzy próbowali wszelkimi sposobami załagodzić sytuację. Nie dały skutku wypowiedzi kapitanów drużyn, sędziów i oficjeli. Dopiero przemówienia „wysłanników” wszystkich obecnych w Spodku grup kibiców, przywróciły spokój na trybunach.

Ochroniarze znosili pokrwawionych ludzi do centrum prasowego. Sanitariusze opatrzyli ponad stu rannych, 47 zabrało pogotowie, pięciu hospitalizowano. Zniszczono tysiąc krzeseł i 14 szyb. Do Spodka wkroczyło 88 policjantów, którzy jednak nie wdawali się w bójki z kibicami. Mówiono, że nie chcieli prowokować kibiców, pamiętając o wydarzeniach słupskich. Raniono dwóch funkcjonariuszy. Zatrzymano jednego chuligana, który na ulicy zaatakował policjanta koszem na śmieci.

W sieci można znaleźć więcej kibolskich relacji ze spodkowych zamieszek, ja odsyłam przede wszystkim tutaj. Poza tym sporo jest również nagrań wideo – np. tutaj, tutaj i tutaj. Tutaj z kolei relacja prasowa.

Na tym tle zupełnie nieistotny jest sportowy wymiar wydarzenia. O ile mecze grupy A udało się jeszcze rozegrać „normalnie”, o tyle grupa B już nie miała takiego komfortu. Jak już wspomniano Lech Poznań w ogóle wycofał się z turnieju, a w półfinale zagrały Wisła Kraków z Odrą Wodzisław (2:2 k. 5:6) i Ruch Chorzów z GKS-em Katowice (1:1 k. 1:2). W finale Odra wygrała z GKS po rzutach karnych (4:4 k. 3:4).

Wybrane wyniki turnieju znajdziecie tutaj.

*

Wszyscy wiedzieli, że wydarzenia z 1998 roku oznaczają w zasadzie śmierć turnieju. Zbyt mocno ludziom utkwił w głowach obraz osób lecących z trybun, wyrywanych krzesełek, okładania się pałkami, bitwy z policją. Nie było szans, żeby wrócić do punktu zero i zacząć imprezę od nowa. Ale…

… Mało kto o tym pamięta (ja też o tym nie pamiętałem), lecz rok później, w styczniu 1999 roku odbyła się kolejna edycja „Spodka”. O wiele mniejsza, o wiele mniej spektakularna, o wiele mniej medialna, bez Ruchu Chorzów. Wystąpiły drużyny następujące drużyny: Ruch Radzionków, Widzew Łódź, Górnik Zabrze, GKS Katowice, Odra Wodzisław, GKS Bełchatów oraz czeskie Slezsky Opawa i FK Teplice. W finale wygrały Cidry pokonując GKS Katowice 3:2. Wybrane wyniki tutaj.

Z czasem okazało się jednak, że to epitafium dla katowickiego turnieju, lub – jak kto woli – respiracja trupa. Choć jeszcze kilkukrotnie przymierzano się do organizacji „piłkarskiego Spodka”, to nigdy nie doszedł już on do skutku.

*

Krótka, ale intensywna historia turnieju w Spodku to dla mnie fascynujący przykład potransformacyjnych paradoksów lat dziewięćdziesiątych. Zachodnia idea (biznesowa, bo oparta na chęci generowania zysków z futbolu również zimą, ale i festiwalowa, wręcz biesiadna, dająca rozrywkę całym rodzinom) spotkała się z ówczesną bolesną rzeczywistością polskich trybun – pozbawioną jakichkolwiek polityki bezpieczeństwa i opartą na fanatyzmie, antagonizmach oraz publicznej przemocy. To chyba musiało tak się skończyć (?).

P.

Super-modern-puchar

Choć Superpuchar Europy jest imprezą nieszkodliwą, z gruntu sympatyczną, a czasami wręcz interesującą (jak choćby wczoraj), to mnie osobiście w ostatnich latach kompletnie on nie interesuje.

Nie chodzi nawet o to, że te mecze o posrebrzaną pietruszkę są nudne, bo nie są (kto pamięta SP sprzed roku?). Po prostu średnio mnie bawi oglądanie po raz kolejny „europejskich” meczów dwóch drużyn hiszpańskich (trzy ostatnie Superpuchary lata 2014-2016) albo spektakle Hiszpania vs. reszta świata (na 17 meczów o SpE z lat 1997-2013 aż 11 razy brała w nich udział drużyna z Hiszpanii). Mecze o Superpuchar Europy są dla mnie jedną z kwintesencji modern football – ładnie opakowanym przejawem kiszenia się we własnym sosie możnych piłkarskiego świata.

Westchnąłem więc sobie nostalgicznie i zadumałem się nad czasami, gdy Superpuchar był wydarzeniem, które przyciągało mnie przed telewizor. Paradoksalnie działo się to w czasach, gdy SpE miał bardzo oldskoolową formułę, tzn. rozgrywano mecz i rewanż. a na dodatek wydarzenie odbywało się na przełomie… stycznia i lutego (formułę zmieniono dopiero w 1998 roku)! Z listy wielu takich oglądanych przeze mnie spotkań najsilniej wyryło mi się w pamięci starcie Juventus Turyn – PSG rozgrywane na początku 1997 roku (choć formalnie to SpE 1996). Z jednej strony to początki mojej fascynacji piłką klubową, a z drugiej – dość niezwykły dwumecz. Bianconeri łącznie roznieśli bowiem swoich rywali aż 9:1! Najpierw wygrali 6:1 w Paryżu,

a potem 3:1 we Włoszech.

Warto odnotować, że w pierwszym meczu swój geniusz pokazał Zinedine Zidane zaliczając w zasadzie aż cztery asysty przy trafieniach kolegów. Po tym spotkaniu jakiś fan zmontował mu taki oto śliczny filmik dokumentujący niemal każdy jego kontakt z piłką.

Te fryzury Włochów, ten klimacik… Czasy były wtedy faktycznie kolorowe.

P.

Ryszard Wieczorek – Platini Wodzisławia. 20 lat od debiutu Odry w ekstraklasie

wieczorek21

Odpowiedź na pytanie „jakim piłkarzem chciałeś być w dzieciństwie?” jest fundamentalna. Jeden był Romanem Ogazą, inny Patem Bonnerem, całe pokolenie chciało być Zbigniewem Bońkiem, a Zbigniew Boniek był Gunterem Netzerem. Ja chciałem być Holendrami, Gullita w reprezentacji prawie nie widziałem, wybierałem więc między Overmarsem a Kluivertem, od triumfu Ajaxu w Lidze Mistrzów, przez magiczny mundial ’98, po fantastyczne Euro 2000. Spośród Polaków – wiadomo – Juskowiakiem z eliminacji do Euro ’96 za Apostela. Między wielkimi turniejami a meczami reprezentacji narodowej trzeba było jednak jakoś żyć, szukać sobie mniejszych, lokalnych idoli, nie tylko w Poznaniu (tu, wiadomo, na początku tylko Piotr Prabucki). Znając na pamięć wszystkie ligowe składy gdzieś od 1995 roku poczynając, człowiek wypatrywał nowości jak marynarz lądu. A creme de la creme nowości w piłce ligowej jest beniaminek, a zwłaszcza – absolutny beniaminek.

Takim właśnie w 1996 roku była Odra Wodzisław. Swój pierwszy mecz w ekstraklasie zagrała 27 lipca 1996, a zanim do tego doszło – z racji skąpego dostępu do informacji – znałem tylko kilku jej graczy. Z czego jeden zdobył mój szacunek nim w ogóle zobaczyłem go na boisku. Wszem i wobec ogłaszano, że Ryszard Wieczorek świetnie umie strzelać rzuty wolne i to mi absolutnie wystarczało. Wakacje 1996 upłynęły mi pod znakiem strzelania na dość krzywą – zbitą przez nas z desek – bramkę na wsi, na polu wuja, między przeganianymi krowami. W te wakacje byłem Ryszardem Wieczorkiem, a moje strzały bronił Paweł Primel. Takie czasy.

Odra swój inauguracyjny mecz z Polonią Warszawa – innym beniaminkiem, ale już nie absolutnym – wygrała pewnie, 3:1. Oto pierwszy gol wodzisławian w historii występów w ekstraklasie. Nie z rzutu wolnego, a z rzutu karnego.

Autorem – oczywiście – Ryszard Wieczorek. Komentującym w tv – nie mam pojęcia.

odra_pierwszy_golNa radość Odry patrzy z zazdrością – tak, właśnie – młody Michał Żewłakow

– Jeśli w pięciu sytuacjach sam na sam nie potrafimy strzelić bramki, to musimy przegrać. Kogo bym wyróżnił w swoim zespole? Nikogo, moi piłkarze to zawodowcy. Wychodząc na boisko mają za zadanie wygrywać, bo biorą za to duże pieniądze – pieklił się trenujący wtedy Polonię, Stefan Majewski.

– Wiedziałem, że bramkarz nie wytrzyma i rzuci się w drugi róg. Żałuję, że wcześniej nie zagrałem w I lidze, ale już szkoda na ten temat gadać. Myślę, iż jeszcze pokażę się z dobrej strony. Dziś moje marzenia się spełniły. Przeżyłem kilka wspaniałych chwil. Ten debiut po prostu mi wyszedł – mówił potem Wieczorek, cytowany przez klubowe wydawnictwo na 80-lecie Odry.

odra_80lat1

W historii Odry zapisał się jeszcze dziewięcioma golami w ekstraklasie. Najpiękniejszego – z rzutu wolnego – strzelił Sokołowi, wtedy już tyskiemu. Trener Marcin Bochynek od dłuższego czasu opowiadał dziennikarzom, że ma w zespole swojego Platiniego i Platini w końcu pokazał, na co go stać. – Są takie momenty, że człowiek czuje, że coś musi mu się udać. Tak było i dzisiaj. Staliśmy obok piłki z Piotrkiem Jegorem, ale w jednej chwili zdecydowałem się, że będę strzelał – komentował potem Wieczorek.

Z całostronicowej rozmowy z Józefem Walawko w Piłce Nożnej dowiadujemy się m.in., że w czasach drugoligowych miał oferty z Jastrzębia i Warty Poznań, a chciał go też Górnik Zabrze. Został przy Odrze, z Wodzisławia – jako piłkarz – wyjechał tylko na krótko w 1993 roku, gdy miał problemy z pieniędzmi i wybrał pracę w Niemczech (plus amatorskie kopanie piłki). Zaledwie pół roku przerwy między 1984 i 1998 rokiem – to się nazywa wierność! Gdy w wywiadzie mówi, że Odra „w latach 80. nie była przygotowana organizacyjnie na awans do pierwszej ligi”, to z perspektywy czasu nie brzmi do dwuznacznie, a wręcz… jednoznacznie. 

Za awansem Odry do ekstraklasy poszedł od razu awans do europejskich pucharów i to na tyle zaskakujący, że wodzisławianie tego samego lata wystartowali w Pucharze Intertoto i Pucharze UEFA. Tak rozpoczął się drugi i ostatni sezon Platiniego Wodzisławia w ekstraklasie. W sumie zaliczył w niej tylko 50 meczów i 10 goli. Ale sentyment jest.

A oto i siedem z dziesięciu goli (licząc powyższy, premierowy, w sieci nie udało mi się znaleźć tylko drugiego gola z Polonią i bramki z mistrzowskim wtedy Widzewem Łódź z karnego, już w pierwszej minucie).


(jeśli nie widzisz wideo – kliknij tutaj – Ryszard Wieczorek – Odra Wodzisław przez numer10)

B.

Hutnik Kraków – Chazri Buzowna Baku 9:0 i gol Siergieja Szypowskiego

hutnik_panini

Dwadzieścia lat temu (co do dnia!) krakowski klub nie tylko nie przyniósł wstydu w europejskich pucharach, nie tylko zagrał powyżej oczekiwań, ale nawet wyrównał rekord – polski rekord (Legia – Valur) najwyższego klubowego zwycięstwa w rozgrywkach UEFA. Tym zespołem był Hutnik Kraków, za który – zgodnie ze swoim piłkarskim wychowaniem – trzymałem kciuki w pucharach jak za każdy inny polski zespół w pucharach.

Już to kiedyś pisałem: start w kibicowanie miałem trudne. Pierwszy mecz reprezentacji Polski, jaki pamiętam, to bęcki od Izraela. Potem były emocje podczas remisów z Francją i Rumunią, ale ostatecznie Henryk Apostel i jego drużyna swoją szansę przegrali. Jako niespełna ośmiolatek, gorąco wierzyłem jednak, że w ostatnim meczu eliminacji Polacy spiorą Azerbejdżan tak samo, jak zrobili to Francuzi. Że wygrają 10:0. Po żenującym meczu w Trabzonie było jednak 0:0, a mnie zwyczajnie było wstyd.

A jednak! – Co się odwlecze, to no właśnie! – jak powiedziałby redaktor Dariusz Szpakowski. Minęło zaledwie osiem miesięcy, polski zespół znów mierzył się z azerskim i tym razem już go rozgromił! Do dwucyfrówki zabrakło tylko jednego gola, a najlepiej manto, jakie Hutnik spuścił Chazri (Chazriemu?) Buzowna Baku, obrazuje to, że gola z karnego strzelił Siergiej Szypowski.

Słuchałem meldunków z Suchych Stawów w radiu, pewnie w Jedynce i nie mogłem uwierzyć, że bramkarz, ba! bramkarz polskiego zespołu strzeli karnego. 1996 rok był jeszcze przecież przed erą takich łapaczo-kopaczy jak Jorge Camposa czy Rogerio Ceni.

Tak się składa, że strzał Szypowskiego to jedyny gol z tego meczu, jaki ostał się na wideo.


Hutnik Kraków – Chazri Buzowna Baku 9:0… przez numer10

Sam mecz pokazywała Telewizja Wisła, której kilku mocnych słów nie oszczędził w „Piłce Nożnej” Roman Hurkowski:

Debiut TV Wisła okazał się równie mało udany, co debiut Azerów. Dominował fatalny obraz, albo jego brak. Marek Koźmiński (przed odejściem do Udinese grał w Hutniku) występujący jako komentator tracił tylko czas i nerwy, stracili telewidzowie. Dobrze przynajmniej, że półgodzinny skrót o 23.00 był już poprawny. Natomiast do poziomu piłkarzy Hutnika dostroili się dyskutujący w studiu redaktorzy związani z krakowskim „Tempem” – Jerzy Cierpiatka i Ryszard Niemiec. Tak jak w swych publikacjach prasowych, mieli do przekazania mństwo interesujących spostrzeżeń. Dla nich naprawdę warto oglądać „Wisłę”!

Ale wróćmy do karnego – oto jak o tej sytuacji sam Siergiej Szypowski opowiadał Grzegorzowi Ignatowskiemu z RetroFutbol:

– Gol z karnego zawsze zostanie mi w pamięci. Pamiętam też, że ludzie obawiali się tego meczu, ale ja znałem ten futbol. Grałem przeciwko klubom z Azerbejdżanu, Gruzji czy Armenii i wiedziałem, że oni grali do pierwszej bramki. Na początku atakowali, ale jak tracili gola, to potem była już anarchia. No i tak też było w meczu Hutnika z Chazri Buzowna. Strzeliliśmy bramkę i potem poleciały kolejne, a później był ten rzut karny. Cały stadion krzyczał „Siergiej, Siergiej”, więc ja biegnę do tego karnego, a trener Kasalik na to „a ty gdzie?”, na co odpowiedziałem: „trenerze, ludzie chcą”. No i strzeliłem tego gola. Wygraliśmy 9:0 i do tej pory ten wynik jest rekordem, bo żaden inny polski klub nie wygrał wyżej.

W Baku było bardzo gorąco. Pamiętam, że menedżerka z Baku powiedziała mi, żebyśmy nie strzelali dużo bramek, bo jeszcze ludzie przestaną przychodzić na mecze, albo jeszcze gorzej – sponsor zrezygnuje. Piłkarze bali się tego wyjazdu, ale mówiłem jeszcze przed wejściem do autobusu, że na zachodzie nie przyjmą nas tak dobrze, jak tam. Przylecieliśmy, a tam podstawiony autokar szybko zawiózł nas do hotelu. Kolacja już czekała, a na niej kawiory, piwo czeskie, dziewczyny wykonujące taniec brzucha, dosłownie wszystko. Oni byli bardzo gościnni. My mieliśmy jednak jedno życzenie. Chcieliśmy spędzić trochę czasu bez trenera Kasalika. Pogadaliśmy więc z organizatorami i oni zabrali trenerów na jakiś bankiet z menedżerami, a my mieliśmy dwa dni odpoczynku.

W Krakowie – powtórzmy to – goli było w sumie dziewięć. W to 9:0 do dziś dość trudno mi uwierzyć. Jak to w ogóle możliwe?! Może parę relacji prasowych trochę lepiej naświetli, że mistrz Azerbejdżanu 1996 mógłby azerskiemu czempionowi z 2015-2016 roku co najwyżej sznurować buty.

Po pierwsze, dla Azerów był to pierwszy międzynarodowy mecz w historii (jako dwumecz okazał się ostatnim, bo klub rychło przestał istnieć, teraz, o ile dobrze sobie przetłumaczyłem, został wskrzeszony i szkoli młodzież).

Po drugie, goście w Polsce spędzili w sumie tydzień (!), chyba w większym stopniu zwiedzając Kraków, Rzeszów i okolice (plus bawiąc z kibicami, przyleciało ich z klubem siedmiu), co trenując. Do Baku wrócili tego samego dnia, w którym przylecieli do niego hutnicy.

Po trzecie, Azerowie zwyczajnie mogli zlekceważyć hutników. Afganov Talibov, kapitan Chazri, przyznał, że o Hutniku nic nie wie, ale nie może być za mocny, bo „poza Widzewem i Legią, polskie zespoły nie prezentują ostatnio wysokiego poziomu”. Jasne, sztab Hutnika zaraz po losowaniu też wydawał się zdezorientowany (trenerzy powtarzali, że o Chazri „muszą popytać rosyjskich menedżerów”), ale ostatecznie o gościach chyba czegoś się dowiedział.

Samo słowo Chazri znaczy „południowy wiatr”, a Bukowna to dzielnica Baku, w której znajdują się kąpieliska i uzdrowisko. Goście do specjalnego wysiłku może więc nie byli przyzwyczajeni, a gdy stracili trzeciego gola – tak jak przypuszczał Szypowski – całkowicie stracili też ochotę do gry.

Strzelaninę rozpoczął Moussa Yahaya, dla którego był to debiut w Hutniku. Potem strzelali „imponujący świetną formą” – to komplement „Piłki Nożnej” – Jerzy Wojnecki, a na 3:0 zastępujący Krzysztofa Bukalskiego w roli reżysera gry – Dariusz Romuzga. Kolejne gole w relacji Jacka Przybyło z Gazety Wyborczej Kraków wyglądały tak:

W 65. min po rzucie rożnym Adamczyka Wojnecki zdobył gola głową, później popisał się wolejem. Piękny był strzał Romuzgi na 4-0 – bardzo mocny, prawie z 30 metrów. Następnie dwukrotnie udanie główkował Zając. Kiedy padł faulowany Zając, kibice wymogli, aby karnego strzelał bramkarz Szypowski – zrobił to udanie. Również silny strzał Jamroza zakończył się golem. Azerski bramkarz i tak robił co mógł.

Gdy spytałem kolegę Radka Nawrota, który był na tym meczu i ma z niego taki bilet…

hutnik_chazri_bilet

zaczął mi mówić o… lekarzach Chazri, którzy dostali owację za opatrywanie gracza Hutnika (to i tak lepiej niż Piotrek Jawor, bo on zapamiętał, że ciężko było zaparkować i że po 9:0 wydawało się, że Hutnik rozjedzie Monaco :).

Faktycznie, pod koniec meczu był taki moment, że dwóch graczy Hutnika leżało kontuzjowanych. A wtedy „piękny gest wykonali lekarz i masażysta Azerów. Kiedy ich krakowscy koledzy zajmowali się kontuzjowanym Yahayą, oni udzielili pomocy Wojneckiemu. Za to słusznie dostali brawa”.

A najbardziej podoba mi się pomeczowa wypowiedź trenera Jerzego Kasalika:

– Trochę żal było zawodników z Azerbejdżanu, dla których krakowianie nie mieli na boisku litości. Jednak każdego przeciwnika trzeba traktować poważnie, czego wymaga nawet szacunek dla rywala.

Chciałbym, by polskie zawsze częściej okazywały ten szacunek dla rywali taką skutecznością i takimi pogromami.

B.

PS Obrazek z góry do kawałek wydobytego z szafy albumu Panini Liga Polska 1996/1997. Plan jest taki, by wokół niego wskrzesić blog i popisać więcej retro-opowieści. Zobaczymy, czy czas pozwoli.

panini9697

Niedorosłe dzieci azjatyckiego mundialu

Tak się złożyło, że dziś urodziny obchodzi Senegalczyk Papa Bouba Diop (38.), a wczoraj czterdziestkę świętował Koreańczyk Ahn Jung-hwan. Obaj eks-zawodnicy to gwiazdy MŚ 2002 rozgrywanych w Korei i Japonii. Obaj po turnieju już w sumie nic nie wskórali w światowej piłce.

Występ na mundialu sprzed 14 lat sprawił, że Ahn Jung-hwan stał się w ojczyźnie postacią wielbioną, ikoną popkultury, obiektem westchnień wszelkich.

Ahn-Jung-hwan_1549301c

Koreańczyk strzelił dwa bardzo ważne gole dla swojej reprezentacji – w meczu z USA (1:1) oraz w 1/8 finału z Włochami (2:1 po dogrywce; wszyscy pamiętamy jak wyglądało tamto spotkanie). Po każdym z trafień całował swoją obrączkę ślubną (szybko nadano mu przydomek „Władca Pierścieni”), a że chłopak był piękny jak z obrazka, to szybko wkroczył na towarzysko-społeczny piedestał.

Papa Bouba Diop z kolei zapisał się w pamięci fanów golem dającym Senegalowi sensacyjne zwycięstwo w meczu otwarcia nad mistrzem świata – Francją (1:0).

RTRW1ML

Później zaś dorzucił kolejne dwa trafienia w meczu z Urugwajem (3:3, do wglądu tutaj i tutaj) i był ostoją drużyny, która dotarła aż do ćwierćfinału.

Co łączy tych panów? Wydawać by się mogło, że po świetnych występach na mistrzostwach piłkarski świat stoi przed nimi otworem. Tymczasem żaden z nich nie podbił specjalnie klubowej piłki.

Ahn zaliczył dwa podejścia do europejskiej piłki. Oba spalone. Jesienią 2005 występował we francuskim Metz (16-2), a wiosną 2006 w niemieckim Duisburgu (12-2). Co ciekawe, po MŚ 2002 nie szło już mu nawet specjalnie w azjatyckich klubach (koreańskich i chińskich). Mundial to jego Mount Everest.

Przypadek Diopa jest trochę inny. On bowiem nigdy nie zszedł poniżej pewnego poziomu. We Francji był bardzo cenionym ligowcem i jednym z asów RC Lens. W 2004 roku przeniósł się do Fulham, gdzie przez dwa lata był kapitanem i liderem zespołu. Potem jednak zaczęły gnębić go kontuzje. Przeniósł się do Portsmouth, następnie do greckiego AEK Ateny, by u schyłku kariery wrócić jeszcze do Anglii (West Ham i Birmingham City). Trener Diopa z okresu występów w Fulham, Lawrie Sanchez, mówił, że Diop ma wszelkie dane, żeby na długie lata zostać najlepszym środkowym pomocnikiem Premiership. Nie został nim, i choć pewnie nie żałuje swojej kariery, to może czuć pewien niedosyt.

Obaj piłkarzy łączy również to, że, pomimo perypetii klubowych, długo i wiernie przywdziewali narodowe koszulki. Bilans Ahna to 71-17 (lata 1997-2010, strzelił jeszcze gola na MŚ 2006), a Diopa: 63-11 (2002-2008).

Przy okazji warto zauważyć, że azjatycki mundial, jak chyba żaden inny w historii, wykreował grupę gwiazd/ gwiazdek, które potem kompletnie nie potwierdziły swoich umiejętności w dalszej karierze.

Moim prywatnym numerem jeden w tym rankingu byłby Turek Ilhan Manzis. Cóż to był za grajek! Kapitalny technicznie, szybki, pomysłowy…

Po mundialu został jeszcze chwilę w Besiktasie. Następnie przeniósł się do Japonii (3 mecze w Vissel Kobe), potem do Herthy Berlin (ciągłe kontuzje i tylko 1 mecz w 2005 roku), by gnębiony urazami wrócić do Turcji i wkrótce zakończyć karierę. W ramach ciekawostki wypada napisać, że po zawieszeniu piłkarskich butów na kołku, na nogi założył… łyżwy! Tak, to łyżwiarstwo figurowe stało się jego pasją. Najpierw wygrał turecką wersję „Gwiazdy tańczą na lodzie”, a później mocno walczył o kwalifikację olimpijską do Soczi 2014 i awans do mistrzostw Europy w 2014. Obie próby skończyły się fiaskiem, ale Ilhan deklaruje, że się nie poddaje.

Kompletną klapą okazała się europejska kariera jednego z ówczesnych liderów reprezentacji Japonii – Junichiego Inamoto. Choć próbował on swoich szans w takich klubach jak Arsenal, Fulham, West Bromwich, Cardiff City, Galatasaray, Eintracht czy Stade Rennes, to nigdzie nie stał się on graczem większego kalibru.

Pewnym punktem złotej drużyny Canarinhos był Kleberson. Później wielu fanów obwołało go najgorszym w historii transferem Manchersteru United.

Wiceliderem (do spółki z trzema innymi zawodnikami) klasyfikacji asystentów był Hiszpan Javier de Pedro. Oto jego bilans po odejściu z Realu Sociedad w 2004 roku:

2004 Blackburn Rovers 2 (0)
2005 Perugia 5 (0)
2005–2006 IFK Göteborg 0 (0)
2006 Ergotelis 0 (0)
2006–2007 Burgos 5 (0)
2007 Vera 0 (0)

Senegalczyk El Hadji Diouf to zupełnie inna i długa opowieść, więc odsyłam choćby tutaj. Też wydawało się, że rozerwie futbolowy nieboskłon.

Tę wyliczankę jeszcze można by ciągnąć i ciągnąć… Wiele osób (w tym ja!) uważa, że turniej w Korei i Japonii nie tylko miał skandaliczną oprawę sędziowską, ale także rozgrywany był na jakiejś koszmarnej żyle wodnej. To by uzasadniało dlaczego niektórym asom światowej piłki szło w Azji jak po grudzie, a błyszczeli na nim piłkarze, po których nikt by się tego nie spodziewał.

P.