Lech Poznań w Udine, konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością

Udine

Z jednej strony, pewnie bardziej żal mi odpadnięcia Lecha Poznań z Bragą w 2011 roku. W następnej rundzie czekał słynny Liverpool, a skoro rewanż oglądałem na własne oczy na pięknym stadionie wykutym w skale, to i rozgoryczenie doznane wtedy w Portugalii siedzi w człowieku głębiej.

Z drugiej jednak strony, wokół meczu z 26 lutego 2009 roku ze Stadio Friuli, też postawiłem solidny ołtarzyk w swojej pamięci. Lech w Udine zagrał najlepsze 45 minut, jakie w życiu widziałem – tak zapamiętałem tę pierwszą połowę włoskiego rewanżu. Nie dobre, bardzo dobre, czy świetne – najlepsze! Do obejrzenia powtórki tego spotkania, równo po dekadzie, podchodziłem więc ze strachem podobnym do tego, gdy po latach odwiedzamy miejsce kultowe dla nas w młodości albo spotykamy kumpla z dzieciństwa. Ze strachem przed odczarowaniem legendy. Przed rozczarowaniem, że owszem, może i Lech zagrał z wielką pasją z Austrią Wiedeń (tę powtórkę mam za sobą), może i mógł wygrać z Deportivo La Coruna, ale tak naprawdę więcej wokół drużyny Franciszka Smudy jest mitu niż było rzeczywistej jakości.

Teraz wątpliwości nie mam. Jak na warunki polskiej ligi w XXI wieku, Lech Poznań 2008-2009-2010 to była ekipa niemal wybitna. Ta pierwsza połowa z Udine jest specyficzna o tyle, że choć Kolejorz miał mnóstwo szans na gola – za chwilę do nich przejdziemy – to nie były to okazje tak stuprocentowe jak np. te Arboledy i Wilka z Deportivo czy Rudnevsa z Bragą (po niej była jeszcze poprzeczka Wilka). A jednak płynność i tempo, w którym poznaniacy wyprowadzali ataki (i nie były to tylko kontrataki) pokazują, jak świetnie wyszkoleni to byli grajkowie.

Nie chodzi mi tylko o tych, którzy pewnie w pierwszej kolejności kojarzą się z tamtym podbojem Pucharu UEFA – o zaciąg z lata 2008 (Robert Lewandowski, Manuel Arboleda, Semir Stilić; Sławomir Peszko w Udine nie zagrał przez kontuzję) i strzelców kluczowych goli (Rafał Murawski i Hernan Rengifo). Owszem, oni przeciw Udinese zagrali kapitalnie. Nie wiem jednak, czy najlepsi na boisku podczas tej fenomenalnej pierwszej połowy nie byli dwaj inni graczy, pozostający zawsze trochę w cieniu wymienionej grupy gwiazd.

Tomasz Bandrowski w Udine wyczyniał cuda zarówno w odbiorze, jak i w rozegraniu piłki, Grzegorza Wojtkowiaka w ofensywie chwilami było aż za dużo, bo potem brakowało go na prawej obronie. Oglądanie ich gry w meczu Udinese – Lech to wielka przyjemność.

Lech według Franciszka Smudy ten mecz miał zacząć spokojnie i… nie wyszło. Nie minęło sto sekund gry, a już Pasquale wybijał piłkę z bramkę po strzale Stilicia. Nie minęło pięć minut – a strzał Rengifo z pola karnego został zablokowany, a lechici po swoim drugim rzucie rożnym niefartem minęli się z piłką.

Potem była jeszcze ta akcja Bandrowski – Rengifo z Lewandowskim, który nie sięgnął podania. Następna akcja, przejęcie piłki zaraz po wybiciu bramkarza Belardiego – i gol. Też po świetnej akcji. Wymieńmy aktorów tej sceny: Stilić walczy w powietrzu, Rengifo wycofuje piłkę, Murawski zgrywa ją głową, dalej na spokoju Bandrowski, Bosacki, Arboleda i Djurdjević, Bandrowski przyspiesza, Murawski wycofuje do Djurdjevicia, by ten przesunął akcję podaniem do Lewandowskiego, kolejne podanie, szybka wymiana Rengifo – Stilić – Rengifo, po dwunastu podaniach w końcu strzał Peruwiańczyka i gooool! – To jest właśnie Lech Poznań w europejskich pucharach! – krzyknął Maciej Iwański, komentujący mecz w TVP.

Stilić – Lewandowski – Rengifo to był trójkąt piłkarzy, którzy dobrze się rozumieli, dysponowali świetną techniką i nie wahali się jej użyć, jednocześnie nie przesadzając z niepotrzebnymi popisami (nawet Bośniak, jak na niego, myślał i zagrywał szybko w Udine). W drugiej połowie, już przy 1:1, ich współpraca doprowadziła Roberta Lewandowskiego do dwóch niezłych sytuacji. Szczerze – w ogóle o nich nie pamiętałem.

Trudno do dziś pojąć, że Lech na koniec kadencji Franciszka Smudy, w ekstraklasie dał się wyprzedzić i Wiśle, i Legii. W tabeli strzelców, było podobnie – Brożek i Chinyama skończyli z 19 golami, Lewandowski z 14, a Rengifo i Stilic – z dziewięcioma.

To oczywiście teza, której prawdziwości nigdy nie sprawdzimy, ale uważam, że gdyby Lech przeskoczył Udinese, to nawet jeśli w kolejnej rundzie by poległ z Zenitem St. Petersburg, na fali pucharowego entuzjazmu, nie wypuściłby prowadzenia w lidze.

Jeśli na kimś nie robi wrażenia skład Udinese Calcio z tamtych gier, z Antonio Di Natale i Fabio Quagliarellą oraz Kwadwo Asamoahem (który po prawie 150 meczach w Juventusie, został podstawowych graczem Interu), to podrzucę jeszcze wyniki Włochów z tamtej edycji Pucharu UEFA: Borussia Dortmund 2:0 i 0:2 (karne 4:3), Tottenham Hotspur 2:0, Spartak Moskwa 2:1, Dinamo Zagrzeb 2:1, NEC Nijmegen 0:2.

Pewnie, można powiedzieć, że to było tylko pół meczu, że na końcu liczy się wynik, że Lech we Włoszech przegrał i odpadł. Ale popatrzcie jeszcze raz na te akcje, zastanówcie się, jak często polskie drużyny grały tak na tle rywala z top 5 europejskich lig. Dla mnie gra Lecha w Udine znaczy więcej niż np. wygrana z Fiorentiną, którą mogłem podziwiać z trybun we Florencji, ale która, bądźmy szczerzy, była dość szczęśliwa i przypadkowa.

„Piłkarze Lecha po końcowym gwizdku sędziego z Holandii przykucnęli na trawie podłamani. Za kilka tygodni, miesięcy czy lat, ten okres i ten start będą pewnie wspominać z czułością” – zakończenie relacji Wyborczej z Włoch, piórem Radosława Nawrota i Piotra Leśniowskiego, okazało się prorocze. Od jesieni 2010 roku podbój europejskich pucharów jest w Poznaniu tylko wspomnieniem. Lech od pewnego czasu podaje frekwencję przy Bułgarskiej, z wyszczególnieniem liczby dzieci do lat 13 – na spotkaniu z Legią było ich 1,5 tys. To młode pokolenie fanów, tamtych dni chwały w Europie nie pamięta – zasługuje, by samemu takie mecze przeżyć.

Udinese Calcio – Lech Poznań 2:1 (0:1)

Gole: 0:1 Rengifo (12. minuta), 1:1 Pepe (57.), 2:1 Di Natale (90.)

Udinese: Belardi – Zapata, Coda, Domizzi, Pasquale (77. Luković) – Inler, D’Agostino, Asamoah, Pepe (52. Isla) – Quagliarella (46. Floro Flores), Di Natale.

Lech: Turina – Wojtkowiak (83. Kikut), Bosacki, Arboleda, Djurdjević – Bandrowski, Murawski, Injac (71. Wilk) – Lewandowski, Stilić – Rengifo.

B.

Miki w chorwacką kratkę

Przy okazji świetnych występów Damiana Kądziora w Dinamie Zagrzeb przypomniała mi się przygoda innej gwiazdy polskiej ekstraklasy w tym chorwackim klubie. Ta przygoda rozpoczęła się dwadzieścia lat temu, choć trudno dzisiaj wskazać dzienną datę. Oto bowiem w lutym 1999 roku zawodnikiem ówczesnej Croatii Zagrzeb został Grażvydas Mikulenas. I nie podbił serc kibiców tego klubu :)

miku__dinamo

W obecnym składzie Dinama znajdziemy cały zastęp twarzy znanych z polskiej ligi: wspomniany już Kądzior, Dilaver, Situm, Bjelica na ławce. Wówczas jednak kierunek obrany przez Litwina był bardzo zaskakujący. Bardzo! Croatia była chorwacką potęgą, ale z polskiej perspektywy potęgą dość egzotyczną. Nigdy nie dotarł tam żaden piłkarz z naszej ligi, żaden futbolista tego klubu nigdy nie grał też nad Wisłą. Czyli zaskoczenie, a jego skala była tym większa, że Croatia była częstym bywalcem Ligi Mistrzów i ekipą o wiele silniejszą niż nasze najlepsze drużyny.

Mikulenas trafił tam po dwóch dobrych latach (wiosna 1997 – jesień 1998) spędzonych w Polonii Warszawa, podczas których uzbierał 62 mecze i 22 gole. Litwin był czołowym napastnikiem polskiej ligi, choć raczej nie jej topową gwiazdą. A tu nagle transfer do uczestnika LM (jesienią Chorwaci toczyli boje z FC Porto, Ajaksem i Olympiakosem). I to podobno za 750 tysięcy euro! Jednak zaskoczenie, jednak mały szok, jednak dobry menedżer :)

Do jakiej drużyny przybył popularny Miki? Oto kadra Croatii wiosną 1999:

Bramkarze: Tomislav Butina, Dražen Ladić, Ivan Turina, Vladimir Vasilj
Obrońcy: Mario Cvitanović, Goran Jurić, Damir Krznar, Tomislav Rukavina, Daniel Šarić, Danijel Štefulj, Mario Tokić, Stjepan Tomas, Goce Sedloski (Macedonia)
Pomocnicy: Mario Bazina, Igor Bišćan, Joško Jeličić, Krunoslav Jurčić, Mihael Mikić, Robert Prosinečki, Edin Mujčin (Bośnia i Herzegowina), Nermin Šabić (Bośnia i Herzegowina)
Napastnicy: Domagoj Abramović, Ardian Kozniku, Josip Šimić, Tomo Šokota, Gražvydas Mikulėnas (Litwa), Kazuyoshi Miura (Japonia)

Czytelnicy, którzy pamiętający drugą połowę lat 90-tych dojrzą w składzie wielkie asy chorwackiej piłki takie jak Prosinecki, Simic czy Ladic, a w ich tle przyszłe gwiazdki, jak Sokota, Saric, Tomas czy Biscan. Dodatkowo Ladic, Juric, Prosinecki, Kozniku, Vasilj, Simic i Jurcic byli brązowymi medalistami MŚ 1998. Mocna ekipa, bez dwóch zdań.

Nigdzie nie udało mi się wyszperać kiedy Mikulenas zadebiutował w nowym zespole, ale najpewniej było to w jeszcze w lutym (być może było to premierowe spotkanie rundy wiosennej z NK Mladost 127. Suhopolje [3:0]). Tym niemniej całościowy dorobek Mikiego wygląda tak:

Wiosna 1999: 11 meczów i 3 gole (mistrzostwo 1999)
Jesień 1999: 4 mecze i 1 gol (mistrzostwo 2000)

Sami widzicie, że szału nie było. Litwin był rezerwowym i nigdy nie miał szans podskoczyć wyżej. W ataku prym wiedli Simic i Sokota. O ile jednak wiosną wchodził w miarę regularnie na boisko i nawet trafiał do siatki, o tyle jesienią, gdy trenerem był słynny Osvaldo Ardilles już rzadko podnosił się z ławki. Jego największym osiągnięciem z pierwszej rundy sezonu 1999/2000 był jedyny w życiu kontakt z fazą grupową Ligi Mistrzów. Litwin siedział na ławce rezerwowych w przegranym domowym meczu Croatii z Olympique Marsylia (1:2).

Wobec braku sukcesów Mikulenas na początku 2000 roku wrócił do Polonii Warszawa i nawet pomógł jej wywalczyć mistrzostwo, choć już tylko w roli jokera.

Mikulenas nie podbił Zagrzebia, bo zwyczajnie chyba nie był w stanie tego zrobić. Piłkarsko odstawał od bardziej utytułowanych kolegów. Zaliczył jednak fajną przygodą i na pewno nie ma na co narzekać.

Pewnym pocieszeniem dla niego może być fakt, że jego kompanem i zarazem rywalem do występów w chorwackim ataku był legendarny Japończyk Kazuyoshi Miura (dzisiaj ma urodziny!).

miku__miura

I tenże Miura wiosną 1999 zaliczył 12 meczów bez żadnego gola! Obaj panowie – w dowód „zasług” – figurują w zestawieniach fatalnych transferów Croatii z tamtego okresu. Chyba nie o takie zapisanie się w historii Dinama chodziło, ale życie nie zawsze układa się tak jak się planuje. Koniec końców pozostają tylko dobre wspomnienia, a i miłe życie w Chorwacji i solidne pieniądze z tego pobytu na pewno do takich należą.

P.

Czytaj także:

Donatas Vencevicius – inny znany i lubiany Litwin w Polsce

Albańczyk słodszy niż Beckenbauer

Przeczytałem właśnie książkę Małgorzaty Rejmer „Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii”.

boto

To poruszająca i napisana z dużą wrażliwością lektura. Autorka oddaje w niej głos ofiarom reżimu Envera Hodży. Ukazuje kulturę donosów i absurdalność reżimowych wyroków. Jedna z przywoływanych historii dotyczy… futbolu.

Mój kuzyn dostał dwa lata więzienia, bo podczas meczu Albania – RFN powiedział: „Ten Beckenbauer to jest znakomity gracz!”. Siedział w domu kultury w grupie kilkudziesięciu osób, chwilę później ktoś gwizdnął, ktoś zawołał, ktoś się poderwał, „goool!”. Niby nic się nie stało. Wyrok, uzasadniał sędzia, jest odpowiednio surowy. W końcu wychwalając niemieckiego piłkarza, skazany znieważył piłkarzy albańskich, podeptał ich godność, co wymiar sprawiedliwości wycenił na dwa lata. (s. 143-144).

Pomijając się oczywiście wszystkie inne kwestie związane z tą opowieścią zacząłem zastanawiać się o jakim meczu opowiada Rejmer jej rozmówca. Poszperałem i okazało się, że za czasów Hodży odbyły się trzy spotkania Albańczyków z Niemcami, w których grał Beckenbauer: RFN – Albania 6:0, 1967, Albania – RFN 0:1, 1971 oraz RFN – Albania 2:0, 1971 (przy okazji – mecze z 1971 roku toczone były w ramach eliminacji do EURO 1972, a pozostałymi rywalami w grupie były Turcja i Polska).

A tak w ogóle to obie nacje mierzyły się czternastokrotnie (ostatnio w ramach el. MŚ 2002). Bilans spotkań nie pozostawia złudzeń – 13 zwycięstw Niemców i jeden remis (0:0 w 1967 roku; może dlatego, że nie grał wtedy Beckenbauer?). Co ważne jednak Albańczycy zwykle nad wyraz dzielnie wojowali z naszymi zachodnimi sąsiadami. Tylko dwukrotnie przegrali więcej niż dwoma golami (jak popuszczali cugle to solidnie – 0:6 w 1967 i 0:8 w 1981), najczęściej były to jednobramkowe porażki (ośmiokrotnie).

Ja osobiście zapamiętałem sobie dwa spotkania z 1997 roku (el. MŚ 1998) podczas których Albańczycy napędzili sporo strachu Niemcom. U siebie polegli oni po ładnym boju 2:3 (oglądałem ten mecz, a przynajmniej jego fragmenty, w telewizji, bodaj SAT1; sam nie wiem dlaczego; do dzisiaj pamiętam te albańskie lufy z karnych!). Skrót tutaj. W drugim zaś, po fantastycznym spotkaniu, przegrali 3:4, tracąc gola w 91. minucie. Skrót tutaj.

Choć Albańczycy ciągle znajdują się w trudnej sytuacji i wciąż w ich głowach tkwi reżim „dobrego wujaszka Envera”, to są już wolni. To trudna wolność, ale pozwala ona choćby doceniać grę Beckenbauera.

P.

Turcja – polska i zaskakująca

1200px-S%C3%BCper_Lig_logo.svg

W miniony weekend Michał Pazdan zadebiutował w MKE Ankaragucu. Przy okazji jego transferu uwagę, chyba nie tylko moją, na kilka chwil przyciągnął futbol znad Bosforu. Pogrzebałem trochę w tamtejszej piłce i trafiłem na kilka ciekawych historii.

Nadchodzi Basaksehir

Fascynująco rozwija się historia Instanbul Basaksehir FK. Ta anonimowa przez długi czas ekipa (powstała w 1990 roku) dopiero w 2015 roku wywalczyła awans do SuperLig. Jednak już w rozgrywkach 2015/2016 i 2016/2017 zajęła 4. miejsce (el. LM), a w poprzednim sezonie do końca walczyła o mistrzostwo Turcji, ostatecznie zajmując 2. miejsce.

Wydaje się jednak, że w obecnym sezonie nic nie powinno już stanąć na drodze klubu po krajowy czempionat. Teraz zespół ma sześć punktów przewagi nad drugą Galatą.

Fascynuje skład Basaksehiru. Zasobna kiesa i polityczna sympatia Erdogana sprawiły, że ekipa naszpikowana jest gwiazdami. W składzie znaleźć można takie asy jak Robinho, Emmanuel Adebayor, Demba Ba, Arda Turan, Gael Clichy, Eljero Elia, Emre Belozoglu, Gokhan Inler czy Serdar Tasci. Na ławce Abdullah Avci, były selekcjoner reprezentacji Turcji. Aż się zmęczyłem wymieniając!

Mnie jednak najbardziej ucieszył widok byłego zawodnika naszej ekstraklast. Pamiętacie Stefano Napoleoniego? Lata 2006-2008 spędził w Widzewie Łódź. Potem z sukcesami występował w Grecji (Levadiakos i Atromitos), a od początku 2016 roku jest piłkarzem Basaksehiru. Choć pełni zwykle rolę rezerwowego, to i tak pojawia się na boisku w co drugim spotkaniu (zobacz).

Do poczytania bardzo ciekawe teksty o Basaksehir – po polsku tutaj (Leszek Milewski rules) i tutaj, po angielsku tutaj (Guardian) i tutaj (These Football Times)

Sadajew, Nakoulma i spółka

W poszukiwaniu byłych zawodników naszej ekstraklasy warto pochylić się nad klubowymi kadrami. W MKE Ankaragucu obok Pazdana znajdziemy Zaura Sadajewa (nie udał mu się powrót do Groznego – 42 mecze i 10 goli w ciągu 3,5 roku) i Thibaulta Moulina (jemu jeszcze bardziej nie udał się pobyt w PAOK Saloniki – wiosną 2018 zaliczył tam raptem dwa mecze). FC Nantes na Rizespor (obecnie w strefie spadkowej) zamienił Prejuce Nakoulma (dotychczas 4 mecze i 1 gol). Do gry w Konyasporze po personalno-zdrowotnych problemach wrócił także Abdou Razack Traore. Wreszcie włoskie Benevento na turecki Maltayspor zamienił – w ramach wypożyczenia do końca sezonu – Guilherme. Jak na razie radzi tam sobie świetnie (18-4), a jego zespół walczy o grę w europejskich pucharach.

Danijel Aleksic. Kto?

No właśnie, Maltayspor. Jednym z głównych architektów jego sukcesów jest Danijel Aleksic. Nie kojarzycie? Nie dziwię się. Piłkarz jak meteor przeleciał przez Lechię Gdańsk. Jesienią 2014 zaliczył w niej trzy spotkania, do tego mecze w rezerwach. Potem trafił do szwajcarskiego Sankt Gallen. Przez 3,5 roku spisywał się tam na tyle dobrze, że transfer zaproponował mu właśnie Maltayspor. Serb z miejsca stał się gwiazdą drużyny. W trwającym sezonie ma już 9 goli (do tego trzy w pucharze). Jest na trzecim miejscu w klasyfikacji najlepszych strzelców Superlig (ex aequo m.in. z Robinho).

Ekstraklasowe zaplecze

Ciekawe – z polskiej perspektywy – rzeczy dzieją się na zapleczu ekstraklasy, czyli w tamtejszej 1. Lig. Liderem klasyfikacji strzelców jest Marco Paixao (16 goli w 21 kolejkach), ale jego Altay Izmir dołuje (11. miejsce).

Bardziej szokujący wydaje się jednak czwarty (ex aequo z trzema innymi zawodnikami) snajper zaplecza. To Nadir Cifti, który jeszcze niedawno nie potrafił przebić się do składu Pogoni Szczecin (8 meczów w lidze, 2 w PP). W tym sezonie zanotował już osiem trafień dla Genclerbirligi.

Natomiast dwa gole dla Ümraniyespor Kulübü zaliczył Boubacar Dialiba (kiedyś Cracovia). Inny były zawodnik Pasów – Matic Fink gra w Bolusporze.

Natomiast jedyny polski gol na zapleczu w tym sezonie pozostaje dziełem Jakuba Koseckiego (Adana Demirspor, 9. miejsce). Lepiej od niego radzi sobie bramkarz Adam Stachowiak – jest podstawowym golkiperem lidera tabeli Denizlisporu.

Turkish Delight!

Przy okazji Turcji poczytajcie też wywiady z polskim alfą i omegą w zakresie futbolu w tym kraju, Filipem Cieślińskim – tutaj, tutaj oraz tutaj (1) /tutaj (2). Tak, to autor cudownej, dostępnej za darmo w sieci, książki „Turkish Delight. Przewodnik po tureckim futbolu”.

P.

Emiliano Sala i czarne łabędzie

BlackSwan900

Historię świata budują przede wszystkim procesy linowe, kumulatywne, narastające, rozwijające się stopniowo, nawet jeśli czynią to w szybkim tempie. Kiedyś znajdują się w fazie zalążkowej, później rozbudowanej, wreszcie schyłkowej. Kapitalizm, technologie, państwa, media itd. W tych kategoriach możemy opisywać otaczającą nasz rzeczywistość.

Czarne łabędzie

Jednocześnie nie możemy pominąć zjawisk niespodziewanych i zaskakujących, które swoim nagłym pojawieniem się stawiają świat na głowie. Trzęsienia ziemi, krachy, katastrofy. Nassim Taleb określa takie wydarzenia mianem „czarnych łabędzi” – wydarzeń niezwykle rzadkich, znajdujących się na samym krańcu ogona rozkładu prawdopodobieństwa, ale wywierających olbrzymi wpływ na otoczenie i świat.

Emiliano Sala i czarne łabędzie

Dla mnie przykładem takiej sytuacji jest tragiczna historia Emiliano Sali, którą futbolowy świat żyje od kilkunastu dni. Piłkarz zginął w katastrofie lotniczej podczas lotu do swojego nowego klubu – Cardiff City. Do poczytania o sprawie choćby tutaj.

Sytuacja tragiczna, kompletnie szokująca i zaskakująca. Nikt nie pomyślał, że może dojść do takiego dramatu. Piłkarz zmierzał od starego pracodawcy do nowego. Ale nie dotarł. Wielki smutek i żal.

Dalej już jednak kończy się empatia, a zaczynają twarde rachunki. Władze Nantes domagają się pieniędzy za transfer swojego zawodnika. Wszak go, pardon za określenie, wydały. Władze Cardiff City z kolei nie kwapią się do zapłaty. Wszak, jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało, zawodnika nie mają. Więcej do poczytania o tym sporze tutaj.

Czy prawo przewiduje takie sytuacje? Jak je rozstrzygać? Czy w kolejnych kontraktach znajdą się klauzule regulujące takie okoliczności? Jakieś formy ubezpieczenia? Czy piłkarze podczas zmian klubów będą mieli zakaz latania prywatnymi samolotami? A w jaki będą mogli docierać do nowego pracodawcy?

Gdy w lutym 2013 roku deszcz meteorytów spustoszył rosyjski Czelabińsk wszyscy byli w szoku. Dzisiaj firmy ubezpieczeniowe w Rosji oferują polisy na wypadek takich wydarzeń w przyszłości (podciągnęły go pod takie wydarzenia jak burze czy grad).

Świat zmienia się nie tylko przez mrówcze budowanie, ale również przez tragedie i katastrofy.

Jeśli kogoś interesują piłkarskie „czarne łabędzie” oraz ich rola w budowaniu tożsamości kibiców, to odsyłam do tekstu, który kiedyś popełniłem wraz z kol. Radkiem Kossakowskim. Polecam lekturę tutaj.

P.

Multi-katar

Katar mistrzem Azji 2019 – to już wiemy.

Kto nie widział skrótu meczu, tego odsyłam tutaj. Wszystkie gole turnieju do wglądu tutaj. A best moments – tutaj.

Katar był najlepszy, grał najefektowniej, najwięcej strzelał, najlepiej bronił, miał najlepszych zawodników. Almoez Ali królem strzelców i najlepszym piłkarzem, Saad Al Sheeb najlepszym bramkarzem (choć moim zdaniem lepszy był choćby Matthew Ryan). To też już wiemy. Tutaj krótka analiza na temat najlepszych zawodników Kataru podczas imprezy.

Skoro już więc wszystko wiemy, to na marginesie jeszcze trzy historie, które uzupełniają opowieść o tym, jak wykuwało się katarskie złoto.

*

Jednym z najlepszych zawodników turnieju był przywoływany już tu kilkukrotnie Akram Afif. To jedno z ze złotych dzieci Aspire Academy, ale też przykład niezwykłego kolażu narodowościowego, który stał się wizytówką „nowego” Kataru. Afif zaliczył podczas PA 2019 aż 11 asyst (sic!!! – m.in. cztery z Koreą Północną, trzy z ZEA, dwie w finale), a jednego gola sam strzelił. Jest gibki jak liana i świetny technicznie.

Przyszedł na świat w katarskiej stolicy Dausze (ur. 1996), ale jego korzenie wykraczają daleko poza kraj, który reprezentuje. Jego ojciec Hassan Afif Al Yafei jest Somalijczykiem urodzonym w Tanzanii. Tam też grał długo w piłkę (w klubie Simba), potem wrócił do ojczyzny (występował w Horseed). Następnie wyjechał do Kataru, gdzie kopał dla Al Ittihad (obecnie Al Gharafa), a po zakończeniu kariery trenował tę drużynę (a także klub Al Markhiya). Prawdziwy obieżyświat. Jego żona, a matka Akrama, pochodzi natomiast z Jemenu. A żeby było jeszcze rodzinniej, to Akram ma brata, który również występuje regularnie w reprezentacji Kataru. To Ali Afif (ur. 1988), funkcjonujący obecnie zwykle jako Ali Hasan Yahya (żeby się nie myliło). Ali podczas PA2019 zagrał tylko 9 minut (z Koreą Północną), ale brata i tak na razie przelicytowuje, bo ma w dorobku też mecze na PA2007 i PA2011.

Akram Afif to przykład „trzeciej drogi” w katarskim kadrowym multi-kulti. Z jednej strony, nie jest Katarczykiem w tylu bramkarza Saada Al Sheeba – Katarczykiem od kilku pokoleń, przedstawicielem nacji mniejszościowej we własnym kraju. Z drugiej jednak strony na pewno nie jest też bezczelnym zaciągiem zakupionych obcokrajowców, o których głośno było niedawno przy okazji MŚ w piłce ręcznej. Jest on raczej naturalnym przykładem procesów globalizacyjnych i krążenia ludzi w poszukiwaniu pracy – zasiedziałym już w jednym miejscu potomkiem starszego pokolenia bliskowschodnich nomadów. Takich jak Afif jest już wielu, a będzie jeszcze więcej.

Jednocześnie nie można zapominać, że Katarczycy lubią czasem docisnąć pedał gazu i przyspieszyć pewne procesy. Kilka dni przed finałem wybuchła afera, w której ZEA oskarżyła Katar o to, że jego dwaj piłkarze nie powinni w grać w reprezentacji, ponieważ nie spełniają wymogu pięciu lat mieszkania w danym kraju przed otrzymaniem obywatelstwa. Chodziło o Almoeza Aliego (przybyły z Sudanu) i Basara Al-Rawiego (z Iraku). Sprawa nieco podymiła, po czym… AFC odrzuciła wniosek. Nie pytajcie dlaczego, bo nie wiem :)

*

Afif swoje futbolowe rzemiosło szlifował również w Europie. Czynił to także w belgijskim KAS Eupen. To klub… zakupiony przez Katarczyków właśnie po to, aby gwiazdki Aspire Academy zażywały w nim starokontynentalnego futbolu. Eupen znajduje się w środku tabeli belgijskiej ekstraklasy (10. miejsce). Trenerem jest słynny Claude Makelele, a w chwili obecnej w kadrze pierwszego zespołu jest jeden Katarczyk.

Do poczytania o tym pomyśle tutaj, tutaj, tutaj, tutaj i tutaj. I jeszcze świetny tekst z „NY Timesa” – tutaj. No i jeszcze po polsku tutaj.

A tak w ogóle o kupowaniu innych, już nieco większych, klubów przez Katarczyków można poczytać tutaj i tutaj, a także tutaj.

Do poczytania o samym katarskim imperializmie tutaj i tutaj. A tutaj jeszcze o Xavim w Katarze :)

*

Wreszcie domykając wątek organizacyjno-logistyczny należy pamiętać o kwestii pracowników-obcokrajowców, którzy często w niewolniczych warunkach budują stadiony na katarski mundial. Najbardziej spektakularny tekst na ten temat pojawił się w listopadzie w „Guardianie”, można przeczytać go tutaj (BARDZO polecam!). Sprawa jest jednak ogólnie znana i dość szczegółowo opisana – do wglądu choćby tutaj, tutaj, tutaj i tutaj. Ostatnio pojawił się w niej jednak wątek… łódzki. Oto bowiem Riku Riski, były gracz Widzewa, w ramach protestu przeciwko łamaniu praw pracowniczych w Katarze odmówił wyjazdu na zgrupowanie kadry Finlandii w tym kraju.

Na marginesie – ciekawe czy doczekamy w reprezentacji Kataru dzieci Pakistańczyków i Sudańczyków budujących dzisiaj dla nich stadiony?

*

Hasłem mundialu w 2022 roku jest „expect amazing”. To chyba bardzo trafne hasło, bo faktycznie wszystko to, co na razie serwuje nam Katar jest zdecydowanie „amazing”.

P.

Projekt społeczny: Katar

 

Żeby w pełni uświadomić sobie jak niezwykłe są wyczyny Kataru podczas kończącego się powoli Pucharu Azji 2019, to musimy solidnie przewinąć taśmę do tyłu.

Katar gospodarzem MŚ 2022…

Nie zawracalibyśmy sobie głowy katarską piłką, gdyby 2 grudnia 2010 roku Sepp Blatter nie ogłosił, że Katar zostanie gospodarzem MŚ 2022. Najmniejszym w historii krajem, który otrzymał organizację największej piłkarskiej imprezy. Najsłabszym piłkarsko krajem, który otrzymał organizację największej piłkarskiej imprezy. Jego reprezentacja nigdy na MŚ nie grała, w dniu wyboru zajmowała 113. miejsce w rankingu FIFA.

… i ma problem

To nie jest tak, że w Katarze przedtem nie grano w piłkę. Grano, tylko że na kiepskim poziomie. Nawet w samej Azji Katar nie znaczył zbyt wiele. 

O awansach na mundial nie ma nawet co wspominać. Ba, Katarowi nawet nie zawsze udawało się dostać do rundy finałowej kwalifikacji (el. MŚ 1994 – nie; el. MŚ 1998 – tak; el. MŚ 2002 – tak; el. MŚ 2006 – nie; el. MŚ 2010 – tak). Częściej grał w Pucharze Azji. W latach 1980 i 1984 nie wyszedł z grupy. W 1988 roku był gospodarzem turnieju, ale nawet to mu nie pomogło w awansie do części pucharowej. W 1992 roku znowu ściana w fazie grupowej. W 1996 roku nawet nie udało im się awansować na turniej główny (sic!). W 2000 roku – awans do 1/4 finału. W 2004 i 2007 roku – koniec imprezy w grupie. Szału nie było.

No więc w grudniu 2010 roku zrobił się dramat, bo kwestie wizerunkowe, polityczne i w ogóle soft power, to jedno. Poziom piłkarski jednak nie sprzyjał dobrej prezencji na arenie międzynarodowej. A trzeba było zacząć myśleć szybko, bo już w styczniu 2011 roku Katar był gospodarzem Pucharu Azji 2011.

Naturalizacje

Katarczycy zaczęli więc na hejnał działać. Władzę sprawował francuski trener Bruno Metsu, autor senegalskiego cudu z MŚ 2002. W drużynie zaś pojawiło się stado naturalizowanych obcokrajowców. W inauguracyjnym meczu PA 2011 z Uzbekistanem wyjściowy skład wyglądał tak: Qasem Burhan (ur. Senegal), Hamid Ismail (Katar), Bilal Mohammed (Katar), Ibrahim Al-Ghanim (Katar), Ibrahim Majid (Kuwejt), Fabio Cesar Montezine (Brazylia), Lawrence Quaye (Ghana), Wesam Rizik (Kuwejt), Hussein Yasser (Katar), Jaralla Al Marri (Katar), Sebastian Soria (Urugwaj). Rozwiązaniem problemu miały być zatem szybkie naturalizacje, znane już z piłki ręcznej albo z lekkiej atletyki.

Naturalizowano więc na potęgę (do poczytania np. tutaj i tutaj). Przez katarską kadrę w latach 2010-2020 przewinęło się kilkunastu piłkarzy z Ameryki Południowej (głównie Brazylijczycy, ale też Urugwajczycy), kilkunastu graczy z Afryki. Do tego sporo zawodników z Kuwejtu, kilku Francuzów, jeszcze trochę innych nacji. W pierwszej dziesiątce piłkarzy z największą ilością meczów w kadrze znajdziemy czterech naturalizowanych obcokrajowców. Sprowadzano także zagranicznych trenerów. Po Metsu pojawiali się Milovan Rajevac, Brazylijczycy Sebastiao Lazaroni i Paulo Autuori, Algierczyk Djamel Belmadi oraz Urugwajczycy Jose Daniel Carreno i Jorge Fossati.

Na nic to się jednak wszystko zdało. Sukcesy, ku rozpaczy szejków, nie przychodziły.

W Pucharze Azji 2011 – 1/4 finału. W kolejnej edycji 2015 – kompromitacja, komplet porażek i ostatnie miejsce w grupie. Dramatycznie wyglądały również boje o mundial. W el. MŚ 2014 – przedostatnie miejsce w finałowej fazie kwalifikacji. Prawdziwym ciosem były jednak kwalifikacje do MŚ 2018 w Rosji. Katarczycy najpierw ładnie wygrali swoją wstępną grupę, by w grupowej fazie finałowej kompletnie się skompromitować – 7 porażek w 10 meczach i status czerwonej latarni.

Karuzela z piłkarzami się kręciła, a jak nie było wyników, tak nie było. W eliminacjach do rosyjskiego mundialu drużyna dotarła do ściany. Wreszcie coś pękło.

Koniec z obcokrajowcami

Pod koniec 2016 roku futbolowe władze zadecydowały o zakończeniu procederu szybkich naturalizacji. W reprezentacji mieli grać przede wszystkim zawodnicy urodzeni w Katarze, a także piłkarze, którzy dotarli tam za młody i zostali wychowani i ukształtowani przez Katarczyków, przede wszystkim przez słynną Aspire Academy. Słowem, Katar miał sam sobie wychowywać reprezentantów, a nie ich kupować. O debacie na ten temat przeczytacie tutaj i tutaj.

Gdy o tym pomyśle usłyszał urugwajski selekcjoner Jorge Fossati to zagroził, że zrezygnuje ze stanowiska, gdy federacja odetnie mu kurek z obcokrajowcami. Jak zapowiedział tak zrobił i w czerwcu 2017 pożegnał się z intratną posadą.

Nikt jednak za nim nie płakał. Choć żegnał się po ładnym zwycięstwie 3:2 z Koreą Południową w ramach el. MŚ 2018, to był pojedynczy wyskok prowadzonej przez niego kadry. Wyniki Kataru w ostatnim czasie były bowiem bardziej niż żałosne. Oto rezultaty z 2017 roku: 1:1 z Mołdawią, 1:2 z Azerbejdżanem, 0:1 z Iranem, 0:1 z Uzbekistanem, 2:2 z Koreą Północną.

Felix Sanchez nowym selekcjonerem

Nowym trenerem został szerzej nieznany Hiszpan Felix Sanchez, pracujący przedtem z kadrą U-20 i krótko z Al-Gharafa. Na początek wygrał łatwe mecze towarzyskie (1:0 z Andorą, 2:1 z Turkmenistanem), ale kwalifikacje do mundialu Katar zakończył równie kiepsko jak toczył je poprzedni selekcjoner (1:3 z Syrią i 1:2 z Chinami).

Po zakończeniu walki o MŚ Sanchez zaczął już w pełni po swojemu układać klocki. Odprawił kilku znanych zagranicznych reprezentantów (Rodrigo Tabata, Ibrahim Majid, Luiz Junior, Mohammed Kasola, później Oumar Barry), a legendarny Sebastian Soria sam zakończył karierę. W drużynie pojawili się za to młodzi – np. Almoez Ali czy Assim Madibo.

Warto jednak podkreślić, że Katarczycy nie zrezygnowali z naturalizacji. Jak ustaliliśmy w dyskusji na fejsbukowym profilu z kolegą Jackiem Dudą, w kadrze Kataru na PA 2019 jest pięciu piłkarzy urodzonych poza tym krajem: Ro-Ro (Portugalia), Abdelkarim Hassan (Sudan), Karim Boudiaf (Francja), Bassam al-Rawi (Irak), Boualem Khoukhi (Algieria), Almoez Ali (Sudan). Do tego kilku zawodników (np. Hamid Ismail albo Ahmed Alaaeldin) urodziło się w Katarze, ale ich rodzice pochodzą z innych państw (np. Sudanu albo Egiptu).

Nowa kadra, stare wyniki. Do czasu

Początkowo wyniki jednak nie przychodziły. Co prawda Katarczycy potrafili wygrać z Jemenem (4:0), ale też kompromitowali się przegrywając z Curacao (1:2) czy Liechtensteinem (1:2).

Dopiero w 2018 roku przyszły poważniejsze zwycięstwa (za worldfootball.net).

March 21/03/2018 16:00 A Iraq Iraq 3:2 (2:1)  
March 24/03/2018 16:00 N Syria Syria 2:2 (0:0)  
September 07/09/2018 17:00 H China China 1:0 (1:0)  
September 11/09/2018 17:00 H Palestine Palestine 3:0 (3:0)  
October 12/10/2018 16:30 H Ecuador Ecuador 4:3 (2:0)  
October 16/10/2018 15:00 A Uzbekistan Uzbekistan 0:2 (0:0)  
November 14/11/2018 18:00 A Switzerland Switzerland 1:0 (0:0)  
November 19/11/2018 18:30 N Iceland Iceland 2:2 (1:1)  
December 23/12/2018 17:00 H Jordan Jordan 2:0 (1:0)  
December 25/12/2018 17:00 H Kyrgyzstan Kyrgyzstan 1:0 (0:0)  
December 27/12/2018 12:05 H Algeria Algeria 0:1 (0:0)  
December 31/12/2018 17:00 H Iran Iran 1:2 (1:1)

Już tymi wynikami Katarczycy udowodnili, że potrafią więcej niż nam się wydaje. A trwający właśnie Puchar Azji pokazał wręcz, że mamy do czynienia z nową jakością w azjatyckim futbolu. Bez względu na wynik finału Katar już teraz pokazał, że w kontekście MŚ 2022 stać go na bardzo wiele.

Może nawet na wszystko.

P.

PS1. Nie zapominajmy w jakich okolicznościach powstaje katarski mundial. Do poczytania przede wszystkim tutaj i tutaj. O okolicznościach zdobycia prawa do organizacji MŚ – tutaj.

PS 2. Polecamy też świetny tekst o Katarze autorstwa Leszka Milewskiego – tutaj.