Waldemar i „Mateusz”

To historia piękna i tragiczna zarazem. Po raz pierwszy usłyszałem ją dwa lata temu. Teraz wróciła do mnie za sprawą piątkowej „Godziny prawdy” prowadzonej w Trójce przez Michała Olszańskiego.

To historia Waldemara Dąbrowskiego – kiedyś świetnego hokeisty na lodzie; potem życiowego rozbitka; a obecnie człowieka, który całego siebie wkłada w pomoc innym. Ten były zawodnik Pomorzanina Toruń i kilku zagranicznych klubów (głównie z Niemiec i Austrii), osiągnął w życiu wiele, ale niemal wszystko stracił przez nałogi. Po kilku latach zapaści stanął na nogi i całą swoją siłę włożył w stworzenie domu-ośrodka postpenitencjarnego „Mateusz”. Jest on czasowym schronieniem dla osób opuszczających więzienie, a poprzez terapię psychologiczną, edukację oraz pracę, pomaga mieszkańcom wrócić do normalnego życia wśród innych ludzi.

To historia, która została już opowiedziana kilkukrotnie, więc tylko odeślę w odpowiednie miejsca. Warto obejrzeć poniższy materiał (ale polecam również pozostałe materiały filmowe dotyczące „Mateusza” na kanale Fundacji FECWIS):

Warto obejrzeć także ten materiał. A tutaj profil facebookwy „Mateusza”. Poza tym polecam teksty o Waldemarze Dąbrowski i jego działaniach – tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj i tutaj, a także tutaj, tutaj i tutaj.

To historia, która pokazuje, jak kruche bywa to, co wydaje się sukcesem i szczęściem. Ale pokazuje także, że nie ma takiego dna, z którego nie można się odbić.

P.

PS Rozmowa z „Godziny Prawdy” do odsłuchania tutaj. Polecam także nagrania innych „sportowych” rozmów – np. z Jerzym Górskim, Adamem Bieleckim, Czesławem Langiem albo Markiem Koźmińskim. Zresztą warto samodzielnie poszperać w archiwum, bo jest ich naprawdę dużo.

Trzeciak – jasność z czasów bryndzy i gość od spławiania Lewego?

Półwiecze stuknęło wczoraj Mirosławowi Trzeciakowi (ur. 11.04.1968), a mnie naszła taka refleksja, że dość niesprawiedliwie obchodzi się z nim najnowsza historia.

Mirosław Trzeciak - Osasuna Pampeluna
Mirosław Trzeciak – Osasuna Pampeluna

Młodsi kibice kojarzą go bowiem niemal wyłącznie z aktywności dyrektorsko-technicznej (w latach 2007-2010 był wiceprezesem zarządu Legii Warszawa oraz dyrektorem ds. rozwoju sportowego). Aktywności o niskiej jakości – powiedzmy to sobie od razu. W dziejach najświeższych Trzeciak zapisał się przede wszystkim jako człowiek, który spławił z Legii dzisiejszego kapitana reprezentacji Polski – „Możecie sprzedawać Lewandowskiego, mamy Arruabarrenę”. Historia znana i lubiana, poczytać można o niej choćby tutaj, tutaj i tutaj.

Trzeciak nie był wybitnym działaczem, nie był też dobrym trenerem. Ale w mojej pamięci pozostaje jednak piłkarzem, który w kompletnej bryndzy drugiej połowy lat 90-tych był jednym z nielicznych efektownych punktów reprezentacji Polski.

Mirosław Trzeciak – reprezentacja Polska, nr 11

Choć w kadrze zadebiutował w 1991 roku jako gracz Kolejorza (3 mecze towarzyskie – ze Szwecją [piękny gol!], Egiptem i Kuwejtem), to na kolejne powołania czekał sześć lat. Okres 1997-1999 to jednak jego czas w reprezentacji. Załapał się jeszcze na finisz Piechniczka (mecz ze Szwecją) i epizod Pawlaka (strzelił nawet gola Gruzji), ale tak naprawdę dał mu pograć dopiero Wójcik. Trzeciak odpłacał mu jak mógł. Choć ofensywa nie była mocną stroną „taktyk” Wuja i generalnie królowała defensywna toporność, to Trzeciak orał jak mógł i często udawało mu się coś ugrać. W el. EURO 2000 trafił do bramki Luksemburga (3:0), asystował też przy golu Brzęczka na Wembley (1:3) i przy kilku innych golach (m.in. pierwszym golu Czereszewskiego z Bułgarią czy Juskowiaka z Luksemburgiem).

Jeszcze bardziej hulał w towarzyskim meczach. Z Rosją (3:1) ratował skórę Wójcikowi. Trafiał też z Ukrainą (2:1), Izraelem (2:0), Armenią (1:0) i Czechami (2:1).

Świetnie się zastawiał, kapitalnie dryblował, celnie podawał, był bardzo pożyteczny, dobrze współpracował z Juskowiakiem. Naprawdę dobry grajek. Jego epoka skończyła się jednak wraz ze zwolnieniem Wuja. Engel nie dał mu już szansy, mimo że swój debiut zaliczył z Hiszpanią (0:3), w której lidze występował wówczas Trzeciak.

Trzeciak – Lech, ŁKS, Osasuna

Pomijam w tym całym wywodzie fakt, że Trzeciak to postać wybitna na poziomie naszej ekstraklasy (cztery mistrzostwa, tytuł króla strzelców, bilans 246-78) i jest – a przynajmniej powinien być – legendarną postacią dla dwóch polskich klubów. W Lechu Poznań spędził osiem lat i wywalczył w tym okresie mistrzostwo Polski 1990, 1992 i 1993, Puchar Polski 1988 i 1993 (choć ja pamiętam go tylko z sezonu 1995/1996, gdzie na tle kiepsko grających kolegów był absolutnie wyróżniającym się graczem). Z ŁKS sięgnął natomiast po mistrzostwo Polski 1998 oraz koronę króla strzelców 1997 (w ogóle dla ŁKS Trzeciak ma piękny bilans – 56 meczów i 27 goli). A ciepło wspominają go także kibice Osasuny Pampeluna (1998-2001), bo to jego trafienie w dramatycznych okolicznościach dało drużynie awans do Primiera Division (ironia – w kolejnym sezonie, już na najwyższym szczeblu, Trzeciak rozegrał tylko 10 meczów, bez gola; w sezonie 1998/1999 – był tam gwiazdą; 1999/2000 – częściej zmienianym; 2000/2001 – rezerwowym).

*

Także szkoda mi nieco Trzeciaka, że dzisiaj jest wyłącznie obiektem heheszek. Dla mnie to świetny piłkarz, jasny punkt lat 90-tych. A na to, co robił po zakończeniu kariery staram się po prostu nie zwracać uwagi :)

P.

Przekręt Declana Hilla- a dziś co zostanie ustawione?

W okolicy świąt udało mi się nadrobić trochę braków książkowo-filmowych. Jedną z przeczytanych pozycji był wydany już cztery lata temu „Przekręt. Futbol i zorganizowana przestępczość” Declana Hilla.

http://www.officyna.com.pl/files/covers/220x300/book-65.jpg

Książka to sprawozdanie z dziennikarskiego śledztwa w sprawie korupcji przeprowadzonego przez Declana Hilla – kanadyjskiego dziennikarza i naukowca. To bardzo ciekawa postać – odsyłam na jego stronę internetową. Dla mnie to także kolega po fachu – w 2008 roku uzyskał doktorat z socjologii na Uniwersytecie w Oksfordzie – więc tym bardziej kibicuję jego działalności.

„Przekręt” to dość przygnębiająca książka o tym, że we współczesnym futbolu nie ma już w zasadzie meczów – ba, nie ma wydarzeń, bez względu na rangę – których nie można byłoby ustawić. W związku z tym kibic tak naprawdę nigdy już nie wie, czy przypadkiem nie emocjonuje się spotkaniem, którego wynik jest już gdzieś tam w Malezji znany.

Choć książka funkcjonuje w pewnym rozkroku – nie jest ani w pełni reportażem, ani płynnym zapisem działań śledczych; nie ma specjalnych walorów literackich i cechuje ją nieco szarpana narracja, a czytelnika zasypuje ciężarem faktów – to fanom futbolu dostarcza wielu bardzo ciekawych (przerażających!) historii na temat funkcjonowania świata profesjonalnych ustawiaczy meczów.

Jeżących włos na głowie opowieści jest wiele, więc tutaj w ramach zachęty wspomnę tylko o kilku z nich.

  • Jedną z dowiedzionych tez autora – dla osób z branży chyba mało odkrywczą – jest to, że większość lig azjatyckich, a w szczególności ligi Malezji, Tajlandii czy Singapuru, są w dużej mierze (a czasami w całości) kontrolowane przez mafiosów. Jednym z najprężniej ustawianych rozgrywek był Puchar Malezji. Głośne były sprawy meczów drużyny Singapore w 1993 i 1994 roku.

  • Autor wymienia z imienia i nazwiska, a często nawet spotyka się z nimi, głównych macherów od korumpowania i ustawiania – Ye Zheyun, Pietro Allatta, Ljubomir Barin, William Lim, Rajundar „Pal” Kurusamy, Wilson Raj Perumal
  • W jednym rozdziale Hill na podstawie przeprowadzonych wywiadów spisuje ciekawy manual – co muszą robić gracze na poszczególnych pozycjach, aby bez rzucania się w oczy sprzedać mecz? Np. chorwacki obrońca Vlado Kasalo w 1991 roku miał strzelić w Bundeslidze dwa samobóje w jednym meczu, by spłacić swoje długi hazardowe;
  • W książce pojawia się arcyciekawa historia Michala Vany. Ten czeski piłkarz był swego czasu gwiazdą ligi singapurskiej, jednym z najlepszych futbolistów, którzy kiedykolwiek występowali w tamtejszej lidze. Później okazało się jednak, że był on także po uszy zamoczony w procederze ustawiania spotkań. Ale…

14 sierpnia 1994 roku w nocy, tuż przed tym jak zespół Vany zdobył mistrzowski tytuł, do akcji wkroczyła policja. Piłkarz został zatrzymany – zarzucano mu, że na przekrętach zarobił setki tysięcy dolarów. Jego proces miał się rozpocząć miesiąc później. Zawodnik stawił się przed sądem 14 września 1994 roku. Wyznaczono za niego kaucję w wysokości pół miliona dolarów. Opuścił salę sądową i… rozpuścił się w powietrzu. Zniknął. Zwiał, gdzie pieprz rośnie. (…) W czasie, gdy Vana zniknął, na kontynent azjatycki z wyspy prowadził tylko jeden most, a w całym kraju był zaledwie jeden port lotniczy. I jedna linia kolejowa. Wjazd na wyspę i wyjazd z niej podlegał ścisłej kontroli. Tymczasem jednego dnia czeski piłkarz miał na głowie całą singapurską policję, a aresztu uniknął tylko dzięki kaucji, następnego zaś widziano go na trybunach w Pradze, gdzie wolny niczym ptak oglądał sobie mecz. (…) W jaki sposób udało mu się dotrzeć do ojczyzny? Jak wydostał się z singapurskiej twierdzy?

O Vanie poczytajcie więcej tutaj, tutaj i tutaj. A tutaj film do obejrzenia.

Polecam książkę Declana Hilla, choć po jej przeczytaniu nigdy już nie będziecie spokojni :)

A jeśli ktoś nie ma książki pod ręką, to może też poczytać teksty Hilla z gazet – np. [po polsku]  ten i ten; [po angielsku]. ten, ten albo ten; i jeszcze wywiady – ten albo ten.

P.