Secu – chwała została w Mołdawii, nie przyszła do Śląska

Sergiu Secu
Sergiu Secu

Na pewno go nie pamiętacie, myślę, że nawet we Wrocławiu nikt go już dzisiaj nie pamięta. SERGIU SECU, obchodzący dziś 45. urodziny (ur. 28.11.1972), to przypadek zawodnika, który trafiając do Polski był bardzo znaną postacią we własnym kraju, ale nad Wisłą mało kto w zasadzie odnotował jego obecność. Pewnie dlatego, że Secu jest z Mołdawii.

Secu trafił do Polski jesienią 2000 roku. Zanim jednak do tego doszło wyrobił sobie w ojczyźnie markę świetnego defensora. Z Tiligul-Tiras Tiraspol czterokrotnie zostawał wicemistrzem kraju (1994, 1995, 1996, 1998) i dwukrotnie sięgał po puchar (1994, 1995). W reprezentacji Mołdawii występował od samego początku jej istnienia. W latach 1991-1997 zaliczył 27 meczów (część z nich jako kapitan) i strzelił jednego gola. To jedno trafienie jest jednak o tyle ważne, że stało się przyczynkiem do jednej z najwspanialszych wiktorii w historii mołdawskiej piłki. 12 października 1994 roku Mołdawia pokonała Walię 3:2, a na liście strzelców zapisał się również Secu.

Nasz bohater brał udział w kwalifikacjach do EURO 1996 i MŚ 1998. Mierzył się z Anglikami i wystąpił w meczu z Polską, wygranym w Katowicach przez podopiecznych Piechniczka 2:1 (legendarna wypowiedź p. Antoniego – tutaj).

Być może właśnie te występy zadecydowały, że jesienią 2000 Secu został piłkarzem Śląska Wrocław. Będąc jednak zupełnie szczerym nie udało mi się nigdzie wiarygodnie ustalić według jakiego klucza zasilił dolnośląski klub. „Nasze Miasto Wrocław” ręką Michała Karpińskiego pisało wtedy o nim:

Działacze WKS Śląska Wrocław wciąż nie zaprzestają poszukiwań zawodników mogących „wprowadzić wrocławian do wielkiej piłki”. Od początku września nowym zawodnikiem WKS-u jest Mołdawianin Sergiu Secu. Najpierw zadebiutował w meczu z Ruchem Chorzów, ale przez pewien czas jego sytuacja nie była pewna, ze względu na brak stosownych badań. Okazało się, że wszystko jest w porządku i podpisano z nim kontrakt.

Sergiu bardzo niemile wspomina półfinałowy mecz duńskich mistrzostw Europy juniorów w 1989 roku: – Graliśmy wtedy z NRD, a ja reprezentowałem barwy Związku Radzieckiego. Mecz był bardzo dramatyczny, o czym świadczy fakt, że przegraliśmy go po karnych. Byliśmy załamani, gdyż mecz rozgrywany był 9 maja, czyli w dniu zwycięstwa nad Niemcami w trakcie II wojny światowej.
Sergiu ma żonę o imieniu Diana. Małżeństwem są od 1,5 roku, a poznali się zwyczajnie, na ulicy. Nowy nabytek wrocławian marzy przede wszystkim o potomkach. Pytając o ich liczbę nasz rozmówca wspomniał, że chciałby mieć dwójkę dzieci, ale nie zdradził w jakiej konfiguracji.
– Obecnie moim największym sukcesem jest gra w Śląsku. Chciałbym, aby mój klub miał jak najlepsze rezultaty i osiągał same sukcesy. Marzę o powrocie do reprezentacji. Długo byłem kontuzjowany, później był konflikt z trenerem reprezentacji, ale w tej chwili mamy nowego selekcjonera. Obiecał, że jak będę grał w klubie, to otrzymam swą szansę. W 1997 roku zagrałem przeciwko Polsce – powiedział Secu.
Stoper Śląska przyjeżdżając do Polski co nieco wiedział o naszym kraju. Dużo opowiedział mu jego rodak, były gracz Widzewa, Aleksander Curtian. Sergiu dobrze kojarzy takie nazwiska jak Jaruzelski, Wałęsa, ale i Boniek czy Lato.
Mołdawianin bardzo lubi szybką jazdę samochodem. Obecnie nie posiada żadnego auta, gdyż tuż przed wyjazdem do Polski sprzedał swoją Mazdę 626. Jego ulubioną grupą muzyczną jest Bon Jovi zaś filmem, który najbardziej ceni jest słynny „Spartakus” z Kirkiem Douglasem.
– Najbardziej dumny jestem ze swego występu w Cardiff przeciwko reprezentacji Walii. Wygraliśmy wtedy 3:2. Równie dobrze grałem podczas meczu z Włochami, przegranego niestety 1:3. To były chyba moje najlepsze występy w karierze – stwierdził nasz bohater.

Faktem jednak jest to, że Secu w Śląsku się nie przebił. Władysław Łach stawiał na swoich – Sadzawickiego, Janusa, Jawnego, Wasilewskiego. Secu był tylko zastępstwem, rozegrał raptem trzy mecze (wszystkie we wrześniu i październiku) i pożegnał się z Polską. Nikt – niech ktoś mnie poprawi, jeśli ma dostęp do innych informacji – po nim nie płakał przy Oporowskiej.

Później Mołdawianin grał jeszcze trochę w Rosji, Kazachstanie i Armenii, ale nigdzie miejsca specjalnie nie zagrzał i najlepiej czuł się w ojczyźnie. Karierę piłkarską zakończył w 2008 roku w zespole CSCA-Steaua Kiszyniów. Krótki wywiad z nim z tego okresu – tutaj.

Trzy lata później, w tym samym miejscu, rozpoczął swoją przygodę trenerską. Wytrwał tylko pół roku, następne pół roku w FC Academia UTM. Od lipca 2017 jest natomiast szkoleniowcem FC Sfîntul Gheorghe. Zespół pod jego wodzą zajmuje 7. miejsce (na 10.) w tabeli.

No nic, pozostaje Secu życzyć wszystkiego dobrego!

P.

Czytaj także o innym Mołdawianinie:

Vadim Boret z workiem medali

Lech Poznań – IFK Goeteborg: 4 powody zmarnowania pierwszej szansy na Ligę Mistrzów

Długo katowałem się meczami Lecha z IFK i im dłużej myślę o tym, co wydarzyło się ćwierć wieku temu, u zarania Ligi Mistrzów, tym bardziej jestem przekonany, że poznaniacy swoją szansę zaprzepaścili w Göteborgu. To znaczy, żeby była jasność – rewanż w Poznaniu, przegrany 0:3, to jeden z najbardziej kompromitujących meczów w historii Lecha. Same tylko stracone gole pokazują pierwszy powód odpadnięcia Kolejorza.

  1. Beznadziejna gra obronna

Szwedzi mieli tyle miejsca na boisku – i to w rejonie pola karnego! – że wołało to o pomstę do nieba. Przemysław Bereszyński i Marek Rzepka są szwagrami, ale zachowywali się, jakby widzieli się pierwszy raz w życiu. 19-letni Jacek Bąk w Göteborgu grał przyzwoicie, ale w Poznaniu chyba przytłoczył go 25-tysięczny tłum przy Bułgarskiej. W końcu Waldemar Kryger, który – o ile dobrze widzę – tylko przyglądał się akcjom bramkowym, najczęściej w końcowym etapie.

  1. Nieskuteczność w Göteborgu, zwłaszcza Jerzego Podbrożnego

Jeśli przypomnimy sobie pierwszą połowę lat 90., to nie było w Lechu Poznań piłkarza obarczanego winą za wszystkie nieszczęścia świata tak bardzo, jak Mirosław Trzeciak. Student nie był ulubieńcem ani kibiców, ani trenera Henryka Apostela. Permanentnie był obwiniany, często przesadnie i na zapas. Ale w przypadku meczów nie wyróżniał się szczególnie in minus. Za to za nieskuteczność Jerzego Podbrożnego poznaniacy zapłacili wysoką cenę. To Podbrożny miał dwie znakomite okazje do gola (z czterech – pozostałe mieli Jarosław Araszkiewicz plus wybicie piłki z bramki po główce Kazimierza Moskala). Przekombinował. Albo zabrakło mu techniki. Albo szybkości. Albo wszystkiego na raz. Mecz w Szwecji mógł być wygrany. Mecz w Szwecji powinien być wygrany. Ale Podbrożny przeciw IFK trafił dopiero trzy lata później. Dla Legii.

  1. Dariusz Skrzypczak cieniem samego siebie, fizyczne odbijanie się od Szwedów

Przykro jest patrzeć na Dariusza Skrzypczaka w meczach Lech – IFK Göteborg, bo to jeden z ulubionych piłkarzy jednego z autorów tego bloga. Ale rozgrywający przeciw Szwedom nie pokazał nic, za co można by go poklepać po plecach. Zero. Podania w aut, straty (od niego zaczęła się akcja IFK na 1:0 w Poznaniu), hamowanie akcji. Lechowi brakowało lidera w formie, Lechowi brakowało rozgrywającego w formie, Lechowi po prostu brakowało starego, dobrego Dariusza Skrzypczaka.

Ale Skrzypczak nie był jedynym lechitą, który odbiegał od Szwedów, też fizycznie odbiegali wszyscy. I odbijali się, jak pionki albo kręgle, tak jak w tej akcji Ekströma.

  1. Za późny transfer Jerzego Brzęczka, brak transferu Grzegorza Mielcarskiego

Grzegorz Mielcarski w Lechu Poznań podczas sparingu z Hapoelem Petah Tikva (24.07.2004)
Grzegorz Mielcarski w Lechu Poznań podczas sparingu z Hapoelem Petah Tikva (24.07.2004) / fot. Tomasz Kamiński Agencja Gazeta

Henryk Apostel przed eliminacjami Ligi Mistrzów, chciał mieć u siebie w drużynie trzech nowych piłkarzy: Jacka Bąka do obrony (dostał go), Jerzego Brzęczka do pomocy (dostał go, ale za późno) i Grzegorza Mielcarskiego do ataku (dostał – za niego? – Araszkiewicza). Wobec fatalnej dyspozycji Skrzypczaka, wstawienie za niego znajdującego się w niesamowitym cugu po igrzyskach w Barcelonie Brzęczka, mogło być rozwiązaniem wszystkich, a przynajmniej wielu problemów Lecha. Byłyby podania na głowę Podbrożnego, na dobieg do Arasia, na klepkę z Trzeciakiem. Mielcarski – patrząc na celownik Podbrożnego na początku sezonu 1992/1993 – też byłby nowym, ważnym ogniwem mistrza Polski. Ale wszystko rozbiło się przez toksyczny związek Lecha z Ryszardem Górką, który w tamtym czasie miał (de facto) w garści trzy poznańskie kluby (Olimpię i Wartę też, próbował zresztą nieudolnej fuzji), a do tego karty zawodnicze świetnych olimpijczyków. Brzęczek w Lechu był krótko, a Mielcarski wcale (wtedy kopał na Golęcinie, gdzie nie był szczęśliwy). Co ciekawe, jeszcze na sam koniec kariery, Mielcarski był przymierzany do Lecha, jeszcze przed wejściem Amiki. Był nawet na grupowym zdjęciu. Ale w Kolejorzu, ostatecznie, nie zagrał. Schował korki do pudła i poszedł w dyrektory i komentatory.

B.

Komentarz z numer10.blox.pl

Gość: Rav, *.easy-com.pl
2017/11/30 20:10:35
Lech odpadł bo wyraznie odstawał motoryką od IFK w obu meczach: w Szwecji gdzie Kolejorz gral z kontry to jeszcze jakoś wyglądało, w Poznaniu była tragedia…
To wróżenie z fusów: Darek Skrzypczak to byl fajny zawodnik, ale spalał sie w ważnych meczach. Poza tym musiał mieć zawsze troche luzu za plecami, czesto w lidze pracował na niego z tyłu Kofnyt, wiec Darek mógł się skupić na tylko na ofensywie. Natomiast w meczach z IFK cała defensywa i pomoc próbowała nadążyć za Szwedami. Poznański „Alfred Olek’ czyli Rysiu Remień był w tych meczach tłem dla rywali. Nawet On, „Żelazne płuca”!
Po meczu w Poznaniu trener Apostel ujawnił w „GP” że na ławce rezerwowych siedział psycholog. Jegomość ów powiedział trenerowi już w 20 minucie ze Lech nie wygra rewanżu z IFK. Ze względów psychologicznych. „Oni wiedzą że nie dadzą rady” stwierdził. I niestety w powtórkach na Lech TV często to widać…

Liga Mistrzów 1992/1993. Trzeci mecz Leeds Utd – VfB Stuttgart po zmianie Christopha Dumba

VfB Stuttgart - Leeds United - relacja w Przeglądzie Sportowym z 1992 roku
VfB Stuttgart – Leeds United – relacja w Przeglądzie Sportowym z 1992 roku

Mistrz Anglii kontra mistrz Niemiec! I to już na tym samym etapie eliminacji Champions League 1992/1993, w którym Dinamo Bukareszt mierzyło się z Kuusysi Lahti (ok, mistrz Finlandii sezon wcześniej pokonał Liverpool, ale jednak), a do gry wkraczały takie tuzy jak US Luksemburg, Vikingur Reykjavik czy Glentoran Belfast. Jeszcze raz: Leeds United i VfB Stuttgart natknęli się na siebie, choć UEFA wprowadziła już rozstawienie. Jak to możliwe? Wszystko przez to, że Anglicy wracali do europejskich pucharów po kilkuletniej przerwie, ich ranking był praktycznie zerowy (tylko łaskawości europejskiej federacji mistrz Anglii zawdzięczał to, że nie musiał startować już w rundzie wstępnej). Dla Niemców los nie był łaskawy – trafili przecież najgorzej, jak mogli.

VfB Stuttgart – Leeds Utd 3:0… Champions League stała otworem

Pierwszy mecz VfB Stuttgart wygrał bardzo wysoko, 3:0 z Leeds robiło wrażenie. To był Blitzkrieg! Wszystkie gole padły w nieco ponad kwadrans (62., 66. i 79. minuta), z czego pierwszy padł po niecelnym podaniu gwiazdy „Pawii”, Erica Cantony (na powtórce widać rozczarowanie, a nawet focha Francuza – albo wynikało ono ze straty, albo z szykowanej zmiany, bo chwilę potem opuścił boisko). Dwie bramki zdobył Fritz Walter (zbieżność nazwisk z mistrzem świata z 1954 roku przypadkowa), trzeciego dołożył Andreas Buck. Christoph Daum na boisko wysłał dwóch obcokrajowców: Eyjolfura Sverrissona i Slobodana Dubajicia. Dwóch, nie więcej…

Leeds Utd – VfB Stuttgart 4:1. Raz, dwa, trzy, cztery…

Rewanż na Elland Road (4:1 dla Leeds) został szeroko zrelacjonowany przez „Przegląd Sportowy”, bo można go było obejrzeć w niemieckiej stacji RTL PLUS, o czym mówił już tytuł „Hity z satelity”. Mało tego, o meczu, dwa krótkie, niezależne od siebie teksty, napisało dwóch dziennikarzy. RoKo (czyli Roman Kołtoń) skupił się na Niemcach, a RAF (czyli Rafał Nahorny) skoncentrował się na Anglikach. RAF podkreślał urodę pierwszego gola Speeda, „po wrzutce po brytyjsku” oraz determinację Anglików, walczących do końca o gola na 5:1. RoKo pozwolił sobie wybrać „najzabawniejszą z bramek” (wskazał na ostatniego z goli) i obficie przytaczał transmisję RTL. „Oglądaliśmy pasjonującą końcówkę, w której komentator Burkhard Weber krzyczał: – Mój Boże, niech ten sędzia skończy już mecz!”. Cytował też głupkowatą wypowiedź Christopha Dauma: – Przewidywałem porażkę 1:4. Doprawdy, liczyłem się z nią, choć oczywiście robiliśmy wszystko, aby jej zapobiec. Leeds jest jednak drużyną bardzo dobrą, a już szczególnie w powietrzu. Przegrywaliśmy zdecydowaną większość pojedynków główkowych, ale po prostu inaczej być nie mogło.

Jeśli chodzi o główkowanie ze składem, a konkretnie ze zmianami, Daum sprowadził katastrofę na Stuttgart. Choć Roman Kołtoń jeszcze niczego w relacji nie podejrzewał, to odnotował: „Daum na ostatnie minuty wprowadził do gry Jovo Simanica [za Maurizio Gaudino, Włocha z niemieckim paszportem – przyp.], który nigdy nie zagrał w Bundeslidze, nie mówiąc o pucharach – tylko dlatego, że Jugosłowianin liczy 193 cm i jego jedynym zadaniem było wybijanie piłki głową z własnej połowy”.

Tak jak w pierwszym meczu, w podstawowej jedenastce Stuttgartu wybiegli Sverrisson i Dubajić. Ale już przy stanie 4:1, Daum najwyraźniej zaczął panikować. W 80. minucie, za Waltera, wprowadził Szwajcara Adriana Knupa. A więc w VfB było już trzech obcokrajowców. W 83. na boisko wszedł Simanić.

Daum czy Dumb? Hoeness załamany, Mayer wściekły

Christoph Daum i Dieter Hoeness po aferze Leeds - Stuttgart
Christoph Daum i Dieter Hoeness po aferze Leeds – Stuttgart

Dieter Hoeness, w Stuttgarter Nachrichten, mówi, że o błędzie kapnął się po meczu (- Powiedziałem do dyrektora finansowego, że chyba coś poszło nie tak), a całą sytuację nazywa „łańcuchem niefortunnych okoliczności”. I częściowo trudno nie odmówić mu racji: – Simanić miał wejść za kontuzjowanego Sverrissona, ale tuż przed zmianą okazało się, że Islandczyk jest w stanie grać dalej. Wysoki Jugosłowianin miał się jednak przydać na boisku, więc podmieniono cyferki u sędziego i wszedł za Gaudino. W podobnym czasie taki błąd popełniłby też Hannover 96, ale został ostrzeżony przez zespół sędziowski. Daum i ja podzieliliśmy się odpowiedzialnością za ten błąd (głównym winowajcą uczyniono jednak Dauma, któremu na transparentach wytykano 1+1+1+1=4, a w angielskiej prasie przekręcano nazwisko na Dumb).

Prezydent VfB, Gerhard Mayer-Vorfelder, był wściekły: – Nasi pracownicy to amatorzy. Jeśli chce się grać z Realem Madryt, nie można działać jak SV Hinterupfingen!

Niemcy próbowali odwrócić kota ogonem, namawiając UEFA do interpretacji, w której Speed też byłby traktowany jako obcokrajowiec, ale w myśl ówczesnych przepisów, po pięciu latach w klubie, był już traktowany jak swój. Zresztą, za to odwołanie, Stuttgart został dodatkowo ukarany. Leeds ustami prezesa Lesa Silvera domagało się walkowera i awansu, a w przypadku trzeciego spotkania – gry na swoim terenie. Decyzja UEFA brzmiała jednak: powtórka, trzeci mecz na neutralnym terenie! Camp Nou meczu w takich okolicznościach długo nie widziało, ale sami Katalończycy nie mieli ochoty oglądać nie swojej drużyny – z 15 tysięcy na trybunach, aż 11 tysięcy to byli przyjezdni (przede wszystkim z Anglii, ale też z Niemiec).

Leeds - VfB Stuttgart - Przegląd Sportowy o trzecim meczu (1992)
Leeds – VfB Stuttgart – Przegląd Sportowy o trzecim meczu (1992)

Leeds wygrał 2:1, na gola Gordona Strachana szybko odpowiedział co prawda nowy w składzie VfB – Andre Golke, ale w 77. minucie, po błędzie Andreasa Bucka, decydującą bramkę zdobył Carl Shutt. Mecz świetnie podsumował Rafał Nahorny: „Awansowała drużyna, która strzeliła jednego gola więcej i która umie liczyć do trzech”.

Mimo pokonania mistrza Niemiec, Leeds United nie awansowało do premierowej Ligi Mistrzów. Po „bitwie o Wielką Brytanię”, z wejścia do Champions League cieszyli się Rangersi z Glasgow. Szkoci dwa razy wygrali z Anglikami 2:1, a gola cudownym wolejem zdobył ojciec piłkarza grającego potem w Polsce.

B.

Liga Mistrzów 1992/1993. Kocioł bałkański, pierwszy gol Skonto na Wyspach Owczych

Liga Mistrzów 1992/1993 - mapa ze wszystkimi uczestnikami eliminacji
Liga Mistrzów 1992/1993 – mapa ze wszystkimi uczestnikami eliminacji

Ćwierćwiecze Ligi Mistrzów to dobra okazja, by powspominać jej premierową edycję. Już Puchar Europy 1991/1992 (z triumfem Barcelony po finale z Sampdorią) miał fazę grupową, ale dopiero rok później zaczęła ona nosić nazwę, która dziś jest wielką marką. Mianem Ligi Mistrzów, co ciekawe, UEFA określała wówczas tylko rundę grupową. To, co przed nią (a co dziś nazywamy eliminacjami LM), było odpowiednio – 1/32 i 1/16 finału Pucharu Europy, a to co na końcu – finałem Pucharu Europy (a nie finałem Ligi Mistrzów!).

Slovan Bratysława mistrzem Czechosłowacji, Tawrija Symferopol – Ukrainy

Sytuacja geopolityczna pierwszej połowy lat 90. była bardzo skomplikowana. W piłkarskiej Europie nie było już przedstawicieli nrdowskiej Oberligi, za to przedostatni sezon ligi czechosłowackiej wygrał Slovan Bratysława. Rozpad Związku Radzieckiego sprawił, że do pierwszej rundy rozgrywek dla mistrzów krajów, przystąpił czempion Ukrainy. Nie było nim jednak ani Dynamo Kijów, ani Szachtar Donieck, a Tawrija Symferopol – której stadion dziś leży już na wydartym Ukrainie przez Rosjan Krymie (a Tawrija gra w amatorskiej lidze w Berysławiu). Tawrija wystartowała udanie – po bezbramkowym remisie w Dublinie, w Symferopolu pokonała 2:1 irlandzki Shelbourne i mogła grać dalej. W następnej rundzie miejsce w szeregu pokazał jej szwajcarski FC Sion (1:3 i 1:4).

Tawrija Symferopol - mistrz Ukrainy 1992 - zdjęcia ze stadionu (2009)
Tawrija Symferopol – mistrz Ukrainy 1992 – zdjęcia ze stadionu (2009)
Tawrija Symferopol - mistrz Ukrainy 1992 - zdjęcia ze stadionu (2009)
Tawrija Symferopol – mistrz Ukrainy 1992 – zdjęcia ze stadionu (2009)

Tawrija Symferopol - mistrz Ukrainy 1992 - zdjęcia ze stadionu (2009)

Lech Poznań czekał na Skonto Ryga. KI Klaksvik za słaby

Vitalis Astafjevs (Łotwa) na naklejce Panini wydanej z okazji Euro 2004
Vitalis Astafjevs (Łotwa) na naklejce Panini wydanej z okazji Euro 2004

Mistrz innej dawnej socjalistycznej republiki radzieckiej, Łotwy, Skonto Ryga, zdobył pierwszego gola w rozgrywkach Pucharu Europy 1992/1993. Zdobył go, konkretnie, Vitalijs Astafjevs, rekordzista pod względem liczby występów w reprezentacji Łotwy, który grał na Euro 2004, a wcześniej wygrał z Polską w Warszawie za kadencji Zbigniewa Bońka. To było też pierwsze spotkanie całych rozgrywek, bo mecz na Wyspach Owczych rozpoczął się wcześniej od pozostałych trzech bojów tej rundy. Skonto wygrało 3:1, w Rydze zaś 3:0 i to ono zostało rywalem Lecha Poznań.

Rywalem Lecha Poznań w eliminacjach Ligi Mistrzów 1992 był zwycięzca meczu Skonto Ryga - KI Klaksvik
Rywalem Lecha Poznań w eliminacjach Ligi Mistrzów 1992 był zwycięzca meczu Skonto Ryga – KI Klaksvik
Rywalem Lecha Poznań w eliminacjach Ligi Mistrzów 1992 było Skonto Ryga, zwycięzca meczu z KI Klaksvik (Przegląd Sportowy)
Rywalem Lecha Poznań w eliminacjach Ligi Mistrzów 1992 było Skonto Ryga, zwycięzca meczu z KI Klaksvik (Przegląd Sportowy)

Liga Mistrzów – w eliminacjach z Izraelem. Bez Jugosławii, Gruzji i Albanii

Dwa pozostałe dwumecze też nie wywołały wielkich emocji: słoweńska Olimpija Ljubljana gładko pokonała estońską Normę Talinn (3:0 i 2:0), a Maccabi Tel-Awiw (z Avramem Grantem na ławce i Avim Nimnim na boisku) – Valettę FC. Wygrana mistrza Izraela na Malcie w pierwszym meczu (2:1), to jedyny ślad wideo obecny w internecie z tego etapu eliminacji Ligi Mistrzów 1992/1993.

Najciekawsze i – niestety – najsmutniejsze działo się tuż przed losowaniem. Ze względu na wojnę w Jugosławii, liczba uprawnionych przez UEFA do gry w europejskich pucharach (i w eliminacjach do premierowych rozgrywek), stopniowo była zmniejszana. Wypadł jeden z faworytów, Crvena Zvezda, której mało zabrakło do finału poprzedniego Pucharu Europy (swoje mecze w sezonie 1991/1992 rozgrywała w Budapeszcie i Sofii). Nie dopuszczone zostały też kluby z Chorwacji (Hajduk Split), Gruzji (Dynamo Tbilisi) i Albanii (Vlaznia Szkodra). To właśnie Albańczycy mieli chyba największe prawo być wściekłymi na decyzję UEFA z połowy lipca 1992, bo jeszcze na początku czerwca rozgrywali u siebie mecz eliminacji World Cup 1994 z Litwą i nikt nie miał większych zastrzeżeń. Premier Albanii Aleksander Meksi nazwał decyzję UEFA „skandaliczną”. Ale gdy w następnej rundzie do gry o awans do Ligi Mistrzów wkroczyli mistrzowie wszystkich najlepszych lig, nikt już o tym nie pamiętał.

Liga Mistrzów 1992 - Przegląd Sportowy o eliminacjach
Liga Mistrzów 1992/1993 – Przegląd Sportowy o eliminacjach
Liga Mistrzów 1992 - Przegląd Sportowy o eliminacjach
Liga Mistrzów 1992/1993 – Przegląd Sportowy o eliminacjach

B.

 

Hong World

Hongkong – flaga

Taka ciekawostka z dalekiego świata. Oto skład Hong Kongu z niedawnego meczu z Libanem (0:1). W nawiasie miejsce urodzenia zawodnika. Fotka drużyny – tutaj.

Hung Fai Yapp (Hong Kong) – Andy Russell (Anglia), Fernando Recio (Hiszpania), Helio (Brazylia), Dani Cancela (Hiszpania), Deshuai Xu (Chiny), Wai Wong (Hong Kong), Jordi Tarres (Hiszpania), Chun Lok Tan (Hong Kong), Huang Yang (Chiny), Jaimes McKee (Anglia). Zmiany: Sandro (Brazylia), Ka Wai Lam (Hong Kong), James Ha (Anglia)

Wszyscy drżeli (w sumie wciąż drżą), co to Katar wymyśli na MŚ 2022. Tymczasem Katar, proszę bardzo – w ostatnim towarzyskim meczu z Islandią (1:1) w jego wyjściowym składzie znalazł się jeden zawodnik urodzony poza Katarem (choć trzech kolejnych weszło z ławki).

Wniosek (mało odkrywczy) jest taki, że im mniej świateł reflektorów, tym reprezentacyjne transfery intensywniejsze :)

 P.

Polska – Meksyk i inne odwołane mecze reprezentacji. Miał być Campos, był strajk

Jorge Campos

Mecze reprezentacji Polski były odwoływane przez wojnę, śmierć królowej lub obawy władz – kraju lub związku. Ale tylko raz zdarzyło się, by rywal do ostatniej chwili nie raczył poinformować, że na spotkanie nie przyleci. Reprezentacja Polski Andrzeja Strejlaua 12 sierpnia 1992 roku miała w Bełchatowie podjąć Meksykanów. Wszystko było gotowe, jak na wesele. Tylko piękna panna młoda się rozmyśliła.

Po tym, jak w 1976 roku Chorzów gościł przyszłych argentyńskich mistrzów świata, przylot do Polski każdej reprezentacji z innego kontynentu – a już zwłaszcza takiej, która umiała kopać piłkę – to była duża sprawa. Rzućmy okiem na rywali spoza Europy, których gościliśmy do końca XX wieku:

Polska – Libia 5:0 (19.08.1979, Słupsk),

Polska – Irak 3:0 (22.06.1980, Warszawa),

Polska – Algieria 5:1 (19.11.1980, Kraków),

Polska – Korea Północna 2:2 (7.10.1986, Bydgoszcz),

Polska – USA 2:3 (10.10.1990, Warszawa).

Nic dziwnego, że latem 1992 roku, przyjazd reprezentacji Meksyku, niemal etatowego uczestnika mundialu (choć akurat Italia 90 była wyjątkiem), musiał cieszyć nie tylko selekcjonera Andrzeja Strejlaua, ale i polskich kibiców. Meksyk to była marka, na dodatek w jego bramce stał już Jorge Campos, nie tylko bramkarz, którego stroje przeszły do historii, ale i piłkarz ze smykałką do strzelania goli. Do tego reprezentację Meksyku prowadził słynny Cesar Luis Menotti, mistrz świata z Argentyną (i dorosłą, i do lat 20 z Maradoną). Mecz z Polską miał otwierać trzytygodniowe meksykańskie tournee po Europie. Miał – to słowo-klucz.

Polska – Meksyk – odwołany mecz – nagłówek Przeglądu Sportowego

Meksykanów w Polsce nie zobaczyliśmy, bo piłkarze pokłócili się z federacją o pieniądze za występy w europejskich grach. Nie to w tej całej historii jest jednak najbardziej żałosne. Skandalem jest, że Meksyk nie raczył Polaków o swojej awanturze – a raczej jej skutkach – poinformować. Sprzedaż biletów na mecz trwała jeszcze chyba dzień przed jego terminem, w środę 12 sierpnia. Choć mało wskazywało, że impreza wypali, chyba wszyscy się łudzili. Parę dni przed meczem, którego nie było, „Przegląd Sportowy” zapowiadał: „Cóż to będzie za święto w tym mieście!”.

Ale już dzień lub dwa przed meczem, w dość dramatycznie zatytułowanej notce „GDZIE SĄ MEKSYKANIE?”, RoKo (czyli Roman Kołtoń) w PS odnotowuje, że PZPN poprosił o pomoc FIFA, a także MSZ (w rządzie Hanny Suchockiej kierował nim wtedy Krzysztof Skubiszewski), bo nie zdołał się skontaktować z federacją meksykańską. „Meksykanie nie raczyli oficjalnie poinformować strony polskiej o swych kłopotach, znanych w Warszawie z doniesień agencyjnych (strajk piłkarzy). Andrzej Strejlau ściągnął do kraju piłkarzy grających w klubach zagranicznych, a organizatorzy w Bełchatowie przygotowali się do meczu”. Którzy piłkarze przez meksykański strajk stracili możliwość rozegrania jednego meczu więcej w reprezentacji Polski?

Kadra Polski na mecz z Meksykiem

Adam Matysek (Śląsk Wrocław), Józef Wandzik (Panathinaikos Ateny), Marek Rzepka (Lech Poznań), Roman Szewczyk (GKS Katowice), (Piotr Czachowski (Legia Warszawa), Andrzej Lesiak (Tirol Innsbruck), Kazimierz Węgrzyn (Hutnik Kraków), Ryszard Czerwiec (Widzew Łódź), Adam Fedoruk (Stal Mielec), Robert Warzycha (Everton), Roman Kosecki (Legia Warszawa), Jacek Ziober (Montpellier), Jerzy Podbrożny (Lech Poznań), Tomasz Cebula (ŁKS), Krzysztof Warzywa (Panathinaikos Ateny).

W stosunku do poprzedniego meczu reprezentacji Polski z Gwatemalą, z kadry wypadli: Jarosław Bako, Juliusz Kruszankin, Mirosław Rzepa, Marek Jóźwiak, Jarosław Gierejkiewicz, Jarosław Góra, Ryszard Kraus i Maciej Śliwowski. To w ogóle był czas eksperymentalnych meczów i sparingów, bo sam mecz w Bełchatowie przez PS był zapowiadany jako „rewanż za ostatni pobyt w Kolumbii i Meksyku” (drużyna zagrała tam nieoficjalne mecze, z Kolumbią było 0:0 i porażka w karnych).

Kolumbia – Polska 0:0 (1992) – nieoficjalny mecz

Meksyk z Rosją, Bułgarią, Rumunią i Udinese

To prawda, że termin meczu był niefortunny – trzy dni po finale olimpijskim w Barcelonie z Hiszpanią, a dwa tygodnie przed kolejnym spotkaniem towarzyskim (z Finlandią w Pietarsaari) i miesiąc przed jeszcze następną towarzyską grą (z Izraelem). Ale to i tak Meksykanów nie usprawiedliwia.

Gdy do meczu z Polską nie doszło, federacja meksykańska miała straszyć, że nałoży sankcję na tych graczy z 21-osobowej kadry, którzy mieli zbojkotować całe tournee po Europie. „Część graczy odmówiła wyjazdu do Europy. Meksykańska federacja czyni starania, aby jednak wyekspediować narodową drużynę na pozostałe trzy mecze” – pisała Trybuna Śląska. Jednocześnie, PZPN (konkretnie – sekretarz Marek Pietruszka) zapowiadał wyciągnięcie konsekwencji finansowych wobec federacji meksykańskiej. Jeśli mam obstawiać, nie skończyło się ani na karze dla meksykańskich piłkarzy, ani dla meksykańskiej federacji.

Meksykanie do Europy ostatecznie przylecieli. Mało tego, rozegrali historyczny mecz – oto bowiem po prawie 80 latach znów spotkanie rozegrała reprezentacja Rosji. I wygrała z Meksykiem 2:0. 16 sierpnia w Moskwie Meksykanie zagrali w składzie:

Jorge Campos, Juan Hernández, Ignacio Ambriz, Claudio Suárez, Guillermo Muñoz, José Manuel De la Torre, Miguel España, Alberto García (67. Alberto Coyote), Gonzalo Farfán (46. Missael Espinoza), Carlos Hermosillo, Francisco Uribe.

Cały mecz też można obejrzeć.

Z Bułgarią Meksykanie zremisowali 1:1 (19 sierpnia w Sofii), na Friuli wygrali z Udinese 3:2 (22 sierpnia), z Rumunią było 0:2 (26 sierpnia w Bukareszcie), w końcu z Tenerifie zremisowali 2:2 (30 sierpnia).

Polska A, B, C czy D? Meksyk kontra Ruch Chorzów

Nie można rozpatrywać tego w kategoriach zemsty, ale rok później, 29 września 1993 roku w Stanach Zjednoczonych, drużyna w koszulkach z orłem na piersi zagrała z reprezentacją Meksyku. Szyldem była „Polska B”, ale drużyną – tak naprawdę – był Ruch Chorzów. Meksykanom nic nie przeszkadzało, by traktować to spotkanie jako oficjalny mecz reprezentacji, choć nie miało to z tym nic wspólnego. Było 0:0, Polska, to jest Ruch, wygrał w karnych.

Ruch Chorzów jako Polska B – mecz w USA

Odwołane mecze reprezentacji Polski wg „Biało-Czerwonych” Andrzeja Gowarzewskiego

Album „Biało-Czerwoni” (1921-2018) Andrzeja Gowarzewskiego, wydany przez GiA razem z PZPN, oprócz meczów reprezentacji, które się odbyły, wymienia też te, do których ostatecznie nie doszło. To ciekawa lektura:

Czechosłowacja – Polska – 15.04.1934, Praga – rewanż w el. MŚ 1934 oddany przez Polskę walkowerem (pierwszy mecz w Warszawie przegrany 1:2);

Belgia – Polska – 1.09.1935, Bruksela – dwa dni przed meczem zmarła królowa Belgów, Astryda (Astrid);

Polska – Bułgaria – 3.09.1939, Warszawa,

Jugosławia – Polska – 6.09.1939, Belgrad,

Finlandia – Polska – Helsinki,

Litwa – Polska – Kowno – wszystkie odwołane z powodu wojny;

Polska – USA – Londyn, 30.07.1948 – polska kadra wycofana z igrzysk przez PZPN po naciskach władzy, walkower;

Polska – Węgry – 1953, eliminacyjne mecze MŚ odwołane w obawie przed kompromitacją!;

Polska – ZSRR – 15.04.1981, Łódź – formalnie odwołany z powodu gry Dinama Tbilisi w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów, „Sowiecki Sport” pisał o „napiętej sytuacji społeczno-politycznej, wywołanej nieobliczalnymi działaniami Solidarności”, a faktyczną przyczyną był tzw. kryzys bydgoski, władza bała się rozruchów;

Ekwador – Polska – 2.12.1992, Quito – po meczach z Argentyną w Buenos Aires i z Urugwajem w Montevideo, Polacy chcieli grać z Ekwadorem w środę 2 grudnia, gospodarze upierali się przy niedzieli 6 grudnia, porozumienia nie było.

Do tego dochodzą mecze już ogłoszone, albo prawie ogłoszone – w listopadzie 2015 roku Polska miała grać z Walią, ale skończyło się na Islandii, bo Walijczycy zamiast z Polską woleli zagrać z Portugalią (można powiedzieć, że za karę dostali też ją potem zamiast nas w półfinale Euro 2016).

Pod koniec lat 90., w Polsce miały zagrać dwie fajne kapele spoza kontynentu. Paragwaj z Chilavertem miał spotkać się z reprezentacją oraz z… Amiką Wronki. Z kolei Jamajka, po ciekawym występie na mundialu we Francji, za grę chciała od Polski 200 tys. dolarów. PZPN nie zdecydował się zapłacić. Dwie dekady później – przynajmniej według słów prezesa Zbigniewa Bońka – „to z nami wszyscy chcą grać”.

B.

Polska – Urugwaj w cieniu Maradony. Mistrzostwa świata do lat 20 – Japonia 1979

Polska – młodzieżowe mistrzostwa świata Japonia 1979

– Niektóre drużyny do meczu o trzecie miejsce podchodzą na luzie, grają rezerwowym składem. A nam zależało, bo za podium były super-nagrody rzeczowe, np. świetne zegarki Seiko. Ale karne z Urugwajem przegraliśmy. Szkoda – opowiada Marek Chojnacki, lewy pomocnik reprezentacji Polski do lat 20, która w 1979 roku zajęła czwarte miejsce w mistrzostwach świata w Japonii. Wideo z meczu o brąz zawiera tylko gola Rubena Paza na 1:0 i ostatniego karnego dla Urugwaju. Nie ma więc ani gola Andrzeja Pałasza – trzeciego strzelca turnieju za Argentyńczykami Ramonem Diazem i Diego Maradoną – ani pełnej serii rzutów karnych. Tylko ostatni, zwycięski dla Urugwajczyków strzał z 11 metrów.

Polska – Urugwaj 1:1 i rzut karny Krzysztofa Barana

Jedenastki zaczynali Urugwajczycy, prowadzenie objęli po golu bramkarza i kapitana, Fernando Alveza. Wśród Polaków, tak jak podczas zwycięskiego konkursu z Hiszpanią w ćwierćfinale, pierwszy był Marek Chojnacki, trafił. – Zawsze strzelałem tak samo, w lewy róg bramkarza – wspomina. Trenerzy Henryk Apostel i Mieczysław Broniszewski (na stronie FIFA jako coach wpisany jest Marian Bednarczyk, ale on był tylko kierownikiem wyjazdu, nieobecnym w szatni) nie zdecydowali się jednak na tę samą piątkę (Marek Chojnacki, Andrzej Buncol, Krzysztof Jarosz, Andrzej Pałasz i Piotr Skrobowski), co z Hiszpanią. Po Chojnackim i Pałaszu, do piłki podszedł Krzysztof Baran. I nie pokonał Alveza. Mirosław Pękala przedłużył jeszcze nadzieje Polaków, ale Jacek Kazimierski, choć w całym turnieju bronił bardzo dobrze, nie zatrzymał żadnego strzału. Urugwajczycy stanęli na trzecim stopniu podium, obok Argentyńczyków, którzy w finale pokonali 3:1 ZSRR.

Urugwaj na młodzieżowych mistrzostwach świata Japonia 1979

– Czuliśmy wielkie rozgoryczenie, że do kraju wracamy z niczym, bez medali i bez nagród. Albo inaczej: wróciliśmy z tym sprzętem, który sami w Japonii sobie kupiliśmy. Radiomagnetofon Hitachi, który przywiozłem, na tle tych polskich, to była zupełnie inna technologia. Mówimy o 1979 roku, Japonia była jakieś 50 lat w rozwoju przed Polską. Gdy jechaliśmy shinkansenem do Kobe, ponad 500 km pokonaliśmy w jakieś 2,5 godziny. Pociąg był punktualnie co do sekundy! To był inny, wielki świat – przekonuje Marek Chojnacki.

Polska – ZSRR 0:1 – nieudany rewanż za Euro w Polsce

– Zanim jeszcze wróciliśmy do Polski, polecieliśmy na Filipiny, rozegrać mecze pokazowe. Chcieli tam zrobić mini-mundial i zapraszali najlepszą czwórkę turnieju, ale polecieliśmy tylko my i ZSRR. Z Rosjanami mieliśmy na pieńku, bo przegraliśmy i półfinał w Japonii, i rok wcześniej na mistrzostwach Europy w Polsce, które były kwalifikacją do Japonii. Ale na tych Filipinach, to już było czysto rekreacyjne granie, dwa mecze. Kluby w kraju burzyły się, że nasz powrót się opóźnił, ale PZPN jakoś je uspokoił – dodaje.

Diego Maradona – bohater Youth World Cup 1979

Mistrzostwa świata do lat 20 w Japonii w 1979 roku miały jednego bohatera. Rok po dorosłym mundialu, na którym go zabrakło, Diego Maradona został najlepszym piłkarzem Youth World Cup 1979. Marek Chojnacki: – Argentyna była z nami w grupie, mieszkaliśmy w tym samym hotelu Prince w Tokio. Samą swoją obecnością wywoływał wielkie zamieszanie. A na boisku był nie do zatrzymania. W meczu z nami miał go pilnować Piotrek Skrobowski, ale zwyczajnie nie był stanie. Strzelił nam pierwszego gola, skończyło się 4:1. A drugą gwiazdą Argentyny i całego turnieju był Menotti, który oprócz pierwszej reprezentacji, był też selekcjonerem młodzieżówki (Może, gdyby z Polakami był Andrzej Iwan, półfinalista z ME, a wtedy już reprezentant seniorów, on byłby gwiazdą numer 3?). Gol Maradony z Polską był zjawiskowy.

Diego Maradona w autobiografii El Diego: „Jeszcze w listopadzie 1978 roku wygraliśmy z Cosmosem Nowy Jork 2:0, a ja wymieniłem się koszulkami z Franzem Beckenbauerem. W Japonii wyszliśmy z grupy na piechotę albo lepiej mówiąc, tańcząc z piłką – ależ myśmy tańczyli! Byłem kapitanem i bardzo mi się to podobało. To była zdecydowanie najlepsza drużyna, w jakiej udało mi się grać w czasie mojej kariery; nigdy nie bawiłem się tak bardzo na boisku! Wtedy określałem ją jako największą radość w moim życiu i prawdę powiedziawszy, jeśli pominąć moje córki, trudno mi znaleźć coś podobnego… Jak pięknie graliśmy! I wszyscy nam kibicowali, nie? Wystarczy zapytać jakiegokolwiek Argentyńczyka o to, co pamięta z tej drużyny: – To było szaleństwo. Wstawaliśmy o czwartej rano, żeby oglądać mecze – odpowie na pewno. Tak było, przez dwa tygodnie budziliśmy kraj o czwartej nad ranem”.

Buncol, Pałasz i Kazimierski – od mundialu 1979 do mundialu 1982

Dokument FIFA po japońskich mistrzostwach, analizując grę Polaków, nazywa ich mecz z Urugwajem, najlepszym na turnieju od pierwszego spotkania z Jugosławią (Polacy wygrali 2:0, co przy obecności w grupie Argentyny i słabiutkiej Indonezji, de facto dawało im awans). Siłę ofensywną zespół Apostela opierał na trójce Pałasz-Baran-Buncol. Mocnym punktem w bramce był Jacek Kazimierski, a gra obronna Piotra Skrobowskiego i Krzysztofa Frankowskiego została określona jako „silna, ale fair” – biało-czerwoni wygrali zresztą klasyfikację fair-play całego turnieju.

Urugwaj - Polska - młodzieżowe mistrzostwa świata Japonia 1979
Urugwaj – Polska – młodzieżowe mistrzostwa świata Japonia 1979

Do Japonii, w styczniu 1981 roku, zespół w prawie identycznym składzie jak młodzieżówka Apostela (wzmocniony m.in. Mirosławem Okońskim), poleciał na towarzyskie mecze z miejscowymi. W kraju długo było utrzymywane, że te cztery spotkania (wygrane kolejno 2:0, 4:2, 4:1 i 3:0) rozegrała właśnie tylko młodzieżówka, a nie reprezentacja A. Fakty są jednak takie, że – zgodnie z podpisanymi z Japończykami dokumentami – komplet tych czterech meczów trzeba liczyć za oficjalne gry pierwszej drużyny narodowej. Dzięki temu miano reprezentanta Polski zyskali m.in. wspominani Marek Chojnacki i Krzysztof Frankowski. Z kadry na japoński mundial, na seniorskie mistrzostwa świata, pojechali Andrzej Buncol, Andrzej Pałasz i Jacek Kazimierski (1982 i 1986) oraz Piotr Skrobowski (1982). Krzysztofowi Baranowi pozostało strzelenie dwóch goli Urugwajowi w meczu towarzyskim w Montevideo w 1986 roku. Satysfakcję mógł mieć tym większą, że w bramce stał Fernando Alvez.

B.

Graham Taylor – trener-rzepa najsłabszej Anglii. Mocna rola Polski w filmie „Do I Not Like That”

Graham Taylor, selekcjoner reprezentacji Anglii, jako trener-rzepa w The Sun
Graham Taylor, selekcjoner reprezentacji Anglii, jako trener-rzepa w The Sun

– Robią wszystko to, co mówiliśmy im, by tego nie robili. Wszystko, czego nie mieli robić!

Graham Taylor jako rzepa – Turnip Taylor

Każdy selekcjoner uruchamia proste skojarzenia. Gdy w Polsce myślisz o Januszu Wójciku – myślisz o bajkopisarstwie i kiełbasach w górę. Jacek Gmoch to – już z późniejszych lat – analizy ze strzałkami. Jerzy Engel – wąs i szczęśliwy płaszcz. Waldemar Fornalik – brak uśmiechu. Antoni Piechniczek – medal z 1982 i kominek w Wiśle. W Anglii, nie ma mocniejszego skojarzenia niż Graham Taylor = rzepa. W przegranym 1:2 meczu o półfinał mistrzostw Europy ze Szwecją, po godzinie gry zdjął z boiska Gary’ego Linekera, a od następnego dnia przez The Sun i sporą część angielskich kibiców był porównywany właśnie do tego, popularnego w Szwecji warzywa (potem był też hiszpańską cebulą, może tych warzyw było jeszcze więcej; ciekawe, czy angielskie dyskonty wypuściły w swojej wersji świeżaków Rzepę Grahama…). Nagłówek: Szwecja 2 – Rzepy 1.

The Sun po meczu Szwecja - Anglia 2:1 na Euro 1992
The Sun po meczu Szwecja – Anglia 2:1 na Euro 1992

W meczach o punkty wygrywał tylko ze słabiutką wtedy Turcją, z San Marino (choć Gualtieri strzelił rekordowego gola po 8 sekundach) i z Polską (tylko u siebie, w Poznaniu i Chorzowie było 1:1). Pokonać nie umiał ani Irlandii (dwa remisy), ani Danii i Francji (po 0:0 na Euro 1992), ani Holandii i Norwegii (remisy u siebie, porażki na wyjeździe w eliminacjach World Cup 1994). Nie było drugiego selekcjonera reprezentacji Anglii, który miałby z nią tak słabe wyniki, ale i nie było drugiego, który byłby tak wyszydzany. A nawet – którym tak okrutnie by pogardzano. – Znowu zostałem opluty na stadionie przez kogoś z trybun, nie wiem, który to już raz. Federacja powinna coś z tym zrobić – irytował się na chamstwo angielskich kibiców już w 1995, po odejściu z kadry.

Polska – Anglia 1993. Graham Taylor a.k.a. Do I Not Like That

Presję, którą podczas kadencji selekcjonera Anglii musiał czuć zmarły w tym roku Graham Taylor, świetnie pokazuje dokument z eliminacji do mistrzostw świata 1994. „Do I Not Like That” (znany też jako „An Impossible Job”). Tytułowe, pokraczne zawołanie „Do I Not Like That”, Graham Taylor rzuca z ławki tuż przed tym, gdy jego Anglii gola w Chorzowie strzelił Dariusz Adamczuk. To – obok rzepy – jego drugi znak rozpoznawczy. Tutaj fragment, link do całego filmu na końcu wpisu.

Cudnych obrazków ze Stadionu Śląskiego – i w ogóle z pobytu Anglików na Śląsku – jest w tym filmie więcej. Taylor narzeka na organizację treningu – nieprzyciętą trawę i puszczonych samopas kibiców, wałęsających się tuż obok trenujących graczy, a na końcu rzucających się po autograf. Widzimy przejazd autokaru przez Katowice, szatnie w Chorzowie (te szafki!) i konferencję prasową z Andrzejem Strejlauem. Słyszymy, jak w przerwie meczu spiker ogłasza, że „młodszy brat czeka przy dyspozytorce”. To historyczny dokument też z perspektywy polskiego kibica, a już zwłaszcza dla Stadionu Śląskiego, który przecież po tamtym spotkaniu miał prawie czteroletnią przerwę w goszczeniu reprezentacji Polski.

Polska – Anglia 1:1 (Chorzów 1993)

Graham Taylor – poszukiwany żywy lub martwy

Zwycięstwa z Polską były tak naprawdę jedynymi sukcesikami kadencji Grahama Taylora. Do Euro 1992 wszedł też dlatego, że Polacy odebrali punkty Irlandii, z tego awansu cieszył się zresztą po remisie w Poznaniu (co ciekawe, murawę stadionu przy Bułgarskiej, Taylor bardzo chwalił). Mimo prowadzenia, nie był w stanie pokonać na Wembley ani Norwegii (z 1:0 na 1:1), ani Holandii (z 2:0 na 2:2). Jasne, mógłby powiedzieć, że rywale Anglików na boisku wyczyniali cuda wręcz niewyobrażalne – od strzału życia Kjetila Rekdala po majstersztyk Dennisa Bergkampa. Ale Anglicy grali zwyczajnie źle, kibice gwizdali na nich nawet w wygranym ostatecznie wysoko meczu z San Marino. A jednak długo byli w grze o mundial w Stanach, długo wydawało się, że znów się prześlizgną, jak w poprzednich eliminacjach. Wtedy jednak przyszła porażka w Oslo.

Jak po porażce ze Szwecją, angielska prasa była histeryczna. „To koniec świata” – obwieszczał na pierwszej stronie The Daily Star, jak po remisie i odpadnięciu z Polską w 1973. „Werdykt na Taylor’a – wynoś się” – to już The Mirror, który apelował też: „Przyjdź numerze piąty” (Taylor był bowiem czwartym trenerem reprezentacji od 1966 roku, kiedy Anglicy sięgnęli po tytuł mistrza świata). „Szanse Anglii zawisły na włosku po nocy w Oslo. W tym meczu jałowa technika graczy przerażała nie mniej niż taktyczne pomyłki Taylor’a” – napisał The Times. The Guardian stwierdził, że „Norwegowie znowu przekraczają Atlantyk zostawiając Anglię na jej małej, wąskiej ziemi”. Po meczu 3,5 tysiąca ludzi wzięło udział w telewizyjnym plebiscycie odpowiadając na pytanie, „czy Taylor powinien odejść?”. 95 proc. powiedziało „tak”. Po Oslo piłkarze wzięli trenera w obronę, ale to było tylko słowa. – On nie zrobił nic złego – mówił Ian Wright. – To nasza wina. To my się skompromitowaliśmy. Nie mogę czytać gazet, oglądać telewizji i słuchać radia. To, co się stało, boli mnie jeszcze bardziej – dodawał David Platt. Akurat tę dwójkę, ze wszystkich angielskich piłkarzy, „winiłbym najmniej”.

Graham Taylor z nagłówkiem "poszukiwany żywy lub martwy"
Graham Taylor z nagłówkiem „poszukiwany żywy lub martwy”

Atmosferę miał polepszyć letni turniej towarzyski w USA. Ale Anglicy przegrali ze Stanami i jazda bez trzymanki była kontynuowana. „Zrezygnuj, zrezygnuj” – nawoływał Daily Mirror i zamieszczał zdjęcie Taylor’a, podobne do listów gończych z Dzikiego Zachodu, z podpisem: „Poszukiwany żywy lub martwy. Graham Taylor – wyjęty spod prawa w angielskim futbolu”. „Angielski futbol umarł ze wstydu” – to tytuł z Daily Expressu. „Yanks (USA) 2 Planks (deski) 0” – nagłówek z „The Sun”.

Wszystko skończyło się po rewanżu z Holandią. – Co tu u diabła się dzieje?! Jeśli ktokolwiek mi powie, że sędziowanie w światowej piłce nożnej jest obiektywne i rzetelne, to znaczy, że żyjemy w różnych światach – wołał Graham Taylor na konferencji po meczu w Rotterdamie. Poszło o sytuację, w której David Platt był faulowany przez Ronalda Koemana. Nie było ani rzutu karnego, ani czerwonej kartki. A na dodatek – Koeman strzelił pierwszego gola dla Holandii. Taylor wiedział, że to jego koniec. Powiedział to nawet sędziemu technicznemu.

– Widzisz, na koniec dnia, będę zwolniony. Powiedz swojemu koledze-sędziemu, że swoimi decyzjami doprowadził do zwolnienia mnie.

Graham Taylor, Elton John i wielki Watford

Ale to nie przez jednego słabego sędziego przestał być trenerem reprezentacji Anglii. Graham Taylor był kiepskim, beznadziejnym wręcz selekcjonerem. Jak pisał Krzysztof Mrówka w Wyborczej: „Powołał 79 piłkarzy i nigdy nie miał drużyny”. Jego chyba jedyną zasługą było publiczne stwierdzenie, że Paul Gascoigne ma problem z alkoholem i trzeba coś z tym zrobić. Natomiast nie jest tak, że zawsze o problemach mówił i chciał się z nimi mierzyć. Jak wynika z relacji opublikowanych już po jego śmierci, gdy pracował w Aston Vilii, miał sygnały, że w klubie dochodzi do molestowania młodzieży. Miał powiedzieć, że lepiej sprawę wyciszyć.

Graham Taylor trenerem ligowym był natomiast wybitnym. W 1972 roku, w Lincoln, zaczął pracę trenerską w wieku zaledwie 28 lat! Był najmłodszym menedżerem w historii ligowego futbolu angielskiego! Od 1977 r., przez dekadę, pracował w Watford Eltona Johna i doprowadził klub z IV ligi do wicemistrzostwa Anglii! Tam nikt nie nazwie go rzepą.

Graham Taylor zmarł 12 stycznia 2017 roku.

B.

Komentarze z numer10.blox.pl

forfit
2017/11/06 15:25:30
W reprezentacji nie szło mu wybitnie, jednak to co zrobił z klubem to zasługuje na ogromny szacunek.
swansonshop
2017/11/07 09:01:18
Za jego czasów reprezentacja to dno było, przegrywali jak szło, teraz wydaje się że Anglia ma złotą erę wszystkie młodzieżówki z tytułami w ostatnim czasie.
Gość: Asadi, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2018/03/07 09:02:43
Ciekawie przybliżyłeś mi tą postać. No najlepszy trener to to nie był ale tak tragiczny też nie, Polska reprezentacja miała gorszych haha :D

Którzy odeszli: Andrzej Biedrzycki

Andrzej Biedrzycki - legenda Stomilu Olsztyn
Andrzej Biedrzycki – legenda Stomilu Olsztyn

Nic nie poradzę – kiedy myślę o Stomilu Olsztyn z okresu mojej największej fascynacji polską ekstraklasą (czyli drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych), to zawsze pojawia się on. Andrzej Biedrzycki, zmarły nagle 21 kwietnia 2017.

Jest on jednym z najtrwalszych symboli olsztyńskiego klubu. Z ośmiu sezonów, które Stomil spędził w najwyższej polskiej klasie rozgrywkowej, Biedrzycki rozegrał w jego barwach siedem. Choć jest wychowankiem Tęczy Biskupiec, to już w wieku 15 lat trafił do Olsztyna i… został. Ze swoją ukochaną drużyną AB grał najpierw w III (do 1988), a później w II lidze. W sezonie 1993/1994 wywalczył historyczny awans do ekstraklasy. Zespół prowadzony przez Bogusława Kaczmarka i Józefa Łobockiego wyprzedzając w tabeli m.in. Petrochemię Płock, Motor Lublin, Jagiellonia Białystok czy GKS Bełchatów. Za ten triumf zawodnicy otrzymali w ramach nagrody Fiaty 126p, które po ostatnim meczu w sezonie miały wjechać na murawę stadionu przy al. Piłsudskiego. Sam Biedrzycki wspominał to tak: „Kiedy wchodziliśmy do I ligi, to było biednie, ale godnie. Jako premie za awans dostawaliśmy „malucha” na dwóch. Większość chłopaków sprzedawała samochody i dzieliła się pieniędzmi po połowie” (źródło). Ciekawa to była załoga, w składzie znajdowali się m.in. Jarosław Talik, Bogusław Oblewski, Tomasz Sokołowski, Sylwester Czereszewski, Bartosz Jurkowski, czy Dariusz Jackiewicz.

Później w latach 1994-2001 olsztynianie nieprzerwanie występowali wśród najlepszych (tutaj zdjęcie zespołu, który rozpoczął pierwszy sezon na szczycie 1994/1995). Losem Stomilu była jednak zwykle walka o utrzymanie, a największymi sukcesami zajęcie 6. miejsca w I lidze w sezonie 1995/96 oraz dotarcie do 1/4 finału Pucharu Polski w 1998/99 i 2000/01. Z ekstraklasą klub pożegnał się w sezonie 2001/2002 (już bez Biedrzyckiego w składzie, który na sezon przeniósł się do Jagiellonii, ale po spadku Stomilu do II ligi wrócił jeszcze na rok, by go wspomóc).

W tym czasie Biedrzycki wykopał sobie wyjątkowe miejsce w klubowej Hall of Fame. Został bowiem zawodnikiem, który rozegrał najwięcej spotkań w ekstraklasie w barwach Stomilu – 196 (kolejny Artur Januszewski ma ich na koncie 129), spędził także najwięcej minut na ekstraklasowych boiskach (AB – 1625; Januszewski – 11297). I to wszystko, mimo że debiutował na najwyższym szczeblu w wieku 28 lat!

Jak przystało na rasowego defensora z lat 90-tych dość rzadko za to trafiał do bramki przeciwnika. W ekstraklasie udało mu się to tylko dwukrotnie (w przegranych meczach z Górnikiem Zabrze [2:3] i Odrą Wodzisław [1:3]). Łącznie, od sezonu 1987/88 do 2002/2003, zagrał w olsztyńskim klubie w 397 ligowych meczach, w których zdobył 27 bramek (tylko w ekstraklasie zatem trafiał rzadko).

Zaraz po zakończeniu kariery wziął się za pracę trenerską. Prowadził przez 8 miesięcy zespół Stomilu, potem też takie ekipy jak Warmia i Mazury Olsztyn (awans do III ligi), Mrągowia Mrągowo, Dobromiejski Klub Sportowy, znowu Mrągowia Mrągowo, OKS Olsztyn (tutaj jako dyrektor sportowy), Start Działdowo, czy GKS Wikielec. Od lipca 2016 był asystentem trenera i kierownikiem Stomilu Olsztyn (a do 2014 również dyrektorem sportowym).

15 kwietnia 2017 zasłabł podczas treningu i trafił do szpitala, gdzie 21 kwietnia zmarł.

Po jego śmierci Stomil zastrzegł numer 2, z którym grał w tym klubie. Do jego grobu została zaś złożona najważniejsza flaga Stomilowców – pierwsza flaga „Stomil Olsztyn – Duma Warmii„, która wisiała na stadionie w latach 90′, kiedy Stomil grał w ekstraklasie (obecnie fani wywieszają replikę).

Polecam również lekturę tych i tych wspomnień.

Nazwisko Biedrzycki jednak nie zniknie jeszcze przez jakiś czas z futbolowych kronik. W piłkę grają bowiem dwaj synowie Andrzeja: Igor (ur. 1993; obecnie w Huraganie Morąg; przedtem m.in. Znicz Pruszków i Stomil) oraz Wiktor (ur. 1997; obecnie w Stomilu).

P.