Sensacje XXI wieku: 10 polskich goli w pucharach w ostatniej minucie

Gol w ostatniej minucie, gol w doliczonym czasie – sól futbolu. W przypadku Arki Gdynia i Rafała Siemaszki musi smakować szczególnie, przecież – podobnie jak w finale Pucharu Polski z Lechem Poznań, który miałem wątpliwą przyjemność oglądać na Stadionie Narodowym – w meczu z Duńczykami mieli nie mieć szans.

Przez lata skojarzenie było jedno: to polskie drużyny tracą gola 90. minucie albo w doliczonym czasie gry, same strzelają może raz na dekadę. Faktem jest, że gol Roberta Lewandowskiego na 2:2 w wyjazdowym meczu ze Szkocją w eliminacjach Euro 2016 był bodaj pierwszym tego rodzaju (że w doliczonym, i że zmienił on wynik) w historii (!) występów Polaków o punkty, a naszym to albo jakiś Szwed, albo Odonkor do spółki z Neuvillem, albo inny Vastić wcisnął.

Ale w meczach klubowych tak źle nie było, czego dowodem niech będzie tych 10 goli z XXI wieku. Każdy z tych goli w 90. minucie (lub w doliczonym czasie gry) dał polskiemu klubowi wygraną lub awans, ewentualnie remis. Jest nawet jeden gol… zagranicznego klubu – jeden z moich ulubionych, zresztą, m.in. za sprawą komentarza Przemysława Pełki. Po prostu: przeżyjmy to jeszcze raz.

Rafał Siemaszko – Arka Gdynia – FC Midtjylland – gol na 3:2 i na wagę zwycięstwa w 90.+2 – 27.07.2017

Michał Kucharczyk – Legia Warszawa – Dundalk – gol na 1:1 i utrzymanie awansu w 90.+4 – 23.08.2016

Łukasz Surma – Esbjerg – Ruch Chorzów – gol na 2:2 i na wagę awansu w 90.+5 (I mecz 0:0) – 7.08.2014

Miroslav Radović – Legia Warszawa – St. Patrick’s – gol na 1:1 i na wagę remisu w I meczu – 16.07.2014

Baye Djibi Fall – Fulham – Odense – gol na 2:2 i na wagę awansu Wisły Kraków z grupy w 90.+3 – 14.12.2011

(wersja dłuższa, z akcją Orlando Sa po drugiej stronie boiska w 90.+3)


Baye Djibi Fall – Fulham – Odense 2:2 + Wisła… przez numer10

(wersja krótka)

(radość Wisły Kraków po meczu z Twente Enschede)

Janusz Gol – Spartak Moskwa – Legia Warszawa – gol na 2:3 i na wagę awansu w 90.+2 – 25.08.2011

Artjoms Rudnevs – Juventus – Lech Poznań – gol na 3:3 i na wagę remisu w 90.+2 – 16.09.2010

Sławomir Peszko – Lech Poznań – Club Brugge – gol na 1:0 i na wagę zwycięstwa w I meczu w 90.+3 – 20.08.2009

Rafał Murawski – Lech Poznań – Austria Wiedeń – gol na 4:2 i na wagę awansu w 120.+1 – 2.10.2008

Nikola Mijailović – Iraklis Saloniki – Wisła Kraków – gol na 0:1 i na wagę dogrywki w 90.+3 – 28.09.2006

B.

Zobacz też: Sprawdź, jaki był mecz, gdy się urodziłeś (lub w dowolnej innej dacie)

Sprawdź, jaki był mecz, gdy się urodziłeś. Lech Poznań – Plastika Nitra, czyli Intertoto w Śremie

Lech Poznań – Plastika Nitra (Puchar Intertoto 1987)

Piłka nożna doskonale ułatwia zapamiętywanie dat wydarzeń zarówno osobistych, jak i całkiem globalnych – pisał o tym Wojciech Kuczok, pisaliśmy też sami na naszym blogu. Gdyby kiedyś dotknęła mnie wybiórcza amnezja i musiałbym sprawdzić, którego dnia i o której godzinie urodził się mój syn, szukałbym meczu Zagłębie Lubin – Piast Gliwice, kończącego rundę jesienną. Kiedy było wesele kuzyna? Wtedy, gdy był mecz Polska – Słowenia. Kiedy była ustna matura z polskiego? Wtedy, gdy był finał FC Barcelona – Arsenal. Kiedy w domu pierwszy raz został odpalony magnetowid? W dniu meczu Turcja – Chorwacja na Euro 1996. Kiedy doszło do zamachu w Paryżu? W dniu meczu Polska – Islandia. Jasne i proste.

Najważniejszym z wydarzeń, którego człowiek nie jest w stanie pamiętać – i to nie dlatego, że był nietrzeźwy – jest moment jego narodzin. Tak się akurat składa, że parę dni temu – 23 lipca – miałem przyjemność odwiedzić Śrem (polecam Cafe Ole i Pumpenplatz!), moje urodziny przypadają 24 lipca, a 25 lipca – właśnie 1987 roku, w pierwszej dobie mojego życia – doszło na śremskim stadionie (wtedy nazywanym XV-lecia PRL) do spotkania z udziałem Lecha Poznań.

To był mecz tyleż nieważny, co niepowtarzalny. Po pierwsze – nieistniejący już Puchar Intertoto, nazywany słusznie Pucharem Lata, bo emocje w nim były właśnie letnie. Po drugie – Kolejorz podejmował Plastikę Nitra, drużynę reprezentującą nieistniejącą już Czechosłowację. Po trzecie – no właśnie, mecz odbył się w Śremie. Lech w – mimo wszystko – oficjalnych meczach, robił sobie tournee po Wielkopolsce, bo wcześniej przegrane 0:1 spotkanie z Lyngby rozegrał w Szamotułach. Próba w Śremie była dużo bardziej udana, nie tylko ze względu na wynik – wygraną 3:0 – ale też otoczkę i atmosferę na trybunach.

„Pomysł z organizacją meczu w Śremie był dobry. Z jednej strony zaprezentowano się nowej widowni, z drugiej okazano zaufanie miejscowym działaczom Klubu Kibica Lecha, którzy wywiązali się z zadania bez zarzutu” – pisał Wojciech Michalski w Expressie Poznańskim.

Lech Poznań – Plastika Nitra (Puchar Intertoto 1987)

„Mecz w Śremie odbył się w ramach 65-lecia obchodów kolejowego klubu” – to już Jan Rędzioch w książce „Lech Poznań w europejskich pucharach”. I dalej: „Obserwatorzy byli świadkami przebudzenia poznańskich piłkarzy. Lechici łatwo wygrali 3:0, odbierając tym samym Słowakom szansę na wygranie grupy. Akcje poznańskich piłkarzy były szybkie i pomysłowe. Gdyby grali tak od początku grupowej rywalizacji, ich końcowe zwycięstwo byłoby pewne. Na nic zdała się dzielna postawa bramkarza gości, Petera Palucha, który trzy lata później na mundialu we Włoszech pełnił trzeciego bramkarza. Wodzirejem był syn dawnego piłkarza Polonii Bydgoszcz, ŁKS i Odry Opole i reprezentacji Polski, Henryka Szczepańskiego – Adrian.”

Jan Rędzioch podał, że sześciotysięczny stadionik w Śremie wypełnił się 5 tys. widzów. Redaktor Michalski w notce „Posprzątają” nie zostawił suchej nitki na kibicach z Poznania, którzy stanowili mniejszość na tle tubylców. Niestety – wyróżniającą się: „Przybyła też do Śremu skromna grupka kibiców z Poznania. Szaliki, flagi, inne akcesoria mające świadczyć, że i oni są kibicami Lecha. Zostawili po sobie na stadionie w Śremie okropny bałagan. Rzucali w górę podarte papiery, powodując, że uroczy obiekt wyglądał po prostu po meczu zaśmiecony. No nic, ci prawdziwi kibice ze Śremu, posprzątają”.

Jan Rędzioch piłkarzem meczu wybrał Adriana Szczepańskiego, a Wojciech Michalski wyróżnił przede wszystkim Zbigniewa Pleśnierowicza („wygrał pojedynek, kilka razy bronił z dużym wyczuciem, a trzeba przyznać, że goście strzałowo byli nieźle usposobieni”), a także Piotra Skrobowskiego („grał pierwsze skrzypce”), „pożytecznego” Henryka Miłoszewicza i „aktywnego” Adriana Szczepańskiego.

Lech Poznań – Plastika Nitra (Puchar Intertoto 1987)

Lech Poznań – Plastika Nitra 3:0 (1:0)

Gole:

1:0 Henryk Miłoszewicz (32. lub 33. minuta, „po profesorsku, lekkim, spokojnym i precyzyjnym strzałem zakończona akcja Kruszczyńskiego i Pachelskiego)

2:0 Adrian Szczepański (74. lub 76. minuta, po solowej akcji),

3:0 Jerzy Kruszczyński (87. minuta, dobitka po akcji Araszkiewicza i strzale Pachelskiego w poprzeczkę).

Lech Poznań: Zbigniew Pleśnierowicz – Krzysztof Pawlak, Leszek Partyński, Piotr Skrobowski, Marek Rzepka (37. Marek Czerniawski), Dariusz Kofnyt, Henryk Miłoszewicz, Bogusław Pachelski, Jarosław Araszkiewicz, Adrian Szczepański, Jerzy Kruszczyński. Trener: Bronisław Waligóra

Plastika Nitra: Paluch – Chatrnúch, Lednicky, Mikuš, Czuczor (61. Molnar), Mihok, Harbulak, Borko, Jež, Gajdoš, Dekyš

***

24.07.1987

24 lipca 1987 r. to był piątek, udało mi się dotrzeć tylko do tego, że swoje mecze rozegrała wtedy liga austriacka. O dwóch polskich wątkach muszę wspomnieć:

– Grazer AK wygrał 3:2 z Austrią Klagenfurt, a jego trenerem był wtedy późniejszy szkoleniowiec Lecha, Adi Pinter;

Adolf Adi Pinter trener Lech Poznań

– w derbach Linzu Voest zremisował 1:1 z LASK, którego barw bronił opiewany na tym blogu w tekście o Zawiszy, Adam Kensy.

Dużo więcej działo się we wspomnianą sobotę 25 lipca – swój mecz z Hammarby w Pucharze Intertoto wygrała 3:0 Pogoń Szczecin, a w lidze francuskiej gole strzelali m.in. Eric Cantona dla Auxerre, Jean-Pierre Papin dla Olympique Marsylia, a Roger Milla, Safet Susić i Laureant Blanc w batach Montpellier – PSG 4:1.

Jak sprawdzić, jakie mecze odbywały się danego dnia (np. w dniu, kiedy się rodziliśmy)?

Można skorzystać z kilku stron (choć żadna z nich nie jest idealna), zmieniając odpowiednio datę na końcu adresu:

Transfermarkt ma największy porządek w datach, w dodatku można korzystać z kalendarza po prawej stronie,

Worldfootball.net, o ile ma jakiś mecz w swojej bazie, najczęściej podaje pełne składy i strzelców (tu jest też osobny formularz do wpisania interesującej nas daty),

Soccerway to dobre źródło, ale dopiero dla dat od połowy lat 90.

Wyszukiwanie dla meczów polskiej ligi we wszystkich trzech przypadkach działa jednak w ograniczonym zakresie. Wiem, że są w Polsce osoby (nie jedna i nie dwie), które dysponują bazą naszych ligowych meczów tak uporządkowaną, że wyszukanie spotkań z danego dnia nie jest żadnym problemem. Może kiedyś się nimi podzielą?

Daty urodzin wybranych piłkarzy i mecze rozegrane tego dnia

Robert Lewandowski

– ur. 21.08.1988 – w lidze holenderskiej Feyenoord – PSV Eindhoven 2:2 (grał Włodzimierz Smolarek), w Pucharze Włoch AC Milan – Licata 2:0 (Donadoni i Virdis z golami), w 2. Bundeslidze Osnabruck – Freiburg 0:4 (dwa gole zdobył Marek Majka, ex-Górnik Zabrze, wychowanek Piasta Gliwice)

Cristiano Ronaldo

– ur. 5.02.1985 – w Pucharze Niemiec Hertha Berlin – Bayer Leverkusen 0:4 (Rudolf Wojtowicz w składzie), w meczach towarzyskich Irlandia – Włochy 1:2 (gole: Rossi, Altobelli) i Bułgaria – Szwajcaria 1:0.

Leo Messi

– ur. 24.06.1987 – baraż o 1. Bundesligę FC St. Pauli – FC Homburg 2:1 (gol Wójcickiego i gra Buncola dla przegranych)

Ze Roberto

– ur. 6.07.1974 – urodzony w dniu, w którym Brazylia przegrała z Polską mecz o trzecie miejsce na mundialu w RFN – pisał nawet tym w przedmowie do polskiego wydania książki „Wymarzone podanie od życia. Z Bogiem na lewym skrzydle”

Ze Roberto – książka „Wymarzone podanie od życia”

Hernanes

– ur. 29.05.1985 – 30 lat po tym, jak urodził się w dniu finału Pucharu Mistrzów Juventus – Liverpool 1:0 (i tragedii na Heysel), został piłkarzem Juve

Kevin Trapp

– ur. 8.07.1990 – niemiecki bramkarz urodził się w dniu triumfu RFN na włoskim Mondiale – finał RFN – Argentyna 1:0

Joel Campbell

– ur. 26.06.1992 – finał Euro 1992 Dania – RFN 2:0

Anderson Cueto

– ur. 24.05.1989 – finał Pucharu Mistrzów Steaua – AC Milan 0:4 (po dwa gole Gullit i van Basten)

Gervinho

– ur. 27.05.1987 – finał Pucharu Mistrzów FC Porto – Bayern 2:1 z Józefem Młynarczykiem w bramce

Gokhan Inler

– ur. 27.06.1984 – finał Euro 1984 Francja – Hiszpania 2:0

 

B.

Komentarze z numer10.blox.pl

Gość: gp, *.inet-siec.pl
2017/08/01 15:43:51
Z takich skojarzeń, to pamiętam, że w dniu kiedy uchwalano konstytucję, Polska grała z Włochami. 0-0 i ta główka Wojtali nad poprzeczką, która mi się potem śniła…
silvermane
2017/08/03 13:50:20
Wyszukiwanie meczów po dacie jest także dostępne w footballdatabase.eu. Jest tam też polska I liga i częściowo II oraz PP.

Trzeba jednak pamiętać, że nie wszystkie daty są dokładne (głównie problem sobota/niedziela). Dotyczy to m.in. Pucharu Intertoto właśnie, a także niższych lig i meczów sprzed 2000 roku, gdy zaczęły pojawiać się pierwsze strony typu livescore.

Orły bez orzełka (cz. 7). Piłkarze urodzeni w latach 80-tych i później

Z większością niedoszłych reprezentantów, którzy urodzili się w latach osiemdziesiątych i później, jest taka zasada. Coś faktycznie musiało być z nimi nie tak, bo za czasów Beenhakkera i Fornalika w kadrze (choć głównie w meczach towarzyskich) grali niemal wszyscy ci, którzy wykonali w lidze dwa proste kopnięcia. Taki czas, dopiero za Nawałki sytuacja się zmieniła, choć i obecny selekcjoner zaczął od ostrego czesania zasobów.

Zacznijmy jednak od czasów nieco odleglejszych, czyli pierwszej dekady XXI wieku. Wtedy jeszcze bardzo trudno było przebić się do zespołu biało-czerwonych prowadzonego przez Jerzego Engela, a później Pawła Janasa. Nie udało się to zawodnikom, którzy byli solidnymi ligowcami, ale nie na tyle, żeby zagrać z orzełkiem na piersi.

Krzysztof Gajtkowski

Ur. 1980 – świetne lata 2001-2003, wielkie odkrycie w GKS Katowice, potem – z lekkim opóźnieniem – solidna gra w Lechu; jego ligowy bilans to 200-48

Zbigniew Zakrzewski

Ur. 1981 – popularny Zaki zawsze był w cieniu zdolniejszych kolegów, choć chłop orał jak dzik i stosunkowo dużo strzelał; 128-34

Aleksander Kwiek 

Ur. 1983 – wielki zadziora, wieloletni reprezentant młodzieżówek, jako młokos już grał w mistrzowskiej Wiśle; potem tu i ówdzie; 271-22

Adam Banaś 

Ur. 1982 – podpora defensywy Piasta i Zagłębia, kapitan i ostoja spadkowego Górnika; bramkostrzelny obrońca; 121-10

*

W gronie ligowców mamy także ogromne talenty, z których jednak po jednym-dwóch sezonach schodziło powietrze. To choćby Damian Nawrocik (świetne lata 2003-2005 w Lechu; 95-14), Dawid Jarka (mając 21 lat strzelił 11 goli dla Górnika w sezonie 2007/2008), Marcin Klatt (mocne wejście do Legii, potem już rozdrabnianie; 31-4), Kamil Oziemczuk (błyskawiczna kariera – świetna gra dla Górnika Łęczna, szybki transfer do Auxerre i… koniec poważnego grania; 17-3) czy Mariusz Zganiacz (nawet Wojciech Kowalczyk był pod wrażeniem jego talentu i pod wrażeniem tego, jaki z niego treningowy obibok; długo w Legii, potem niezły czas w Koronie; 177-12).

*

Sebastian Szałachowski

Osobne słowo należy się Sebastianowi Szałachowskiemu (ur. 1984). To kluczowy zawodnik Górnika Łęczna w sezonie 2004/2005 i jeden z najlepszych zawodników mistrzowskiej Legii Warszawa 2006. Przy Łazienkowskiej spędził sześć lat, ale permanentnie dokuczały mu kontuzje. Błysnął jeszcze w ŁKS, potem wrócił na Lubelszczyznę. Jego bilans w ekstraklasie to 170-31, strzelił też pięć goli w europejskich pucharach (trafiał do bramki Gomel x 2, FC Zurich i Olimpii Rustawi x 2). Leo Beenhakker powołał go nawet – w trybie awaryjnym – na pamiętny wyjazdowy mecz z Belgią (1:0) w el. MŚ 2006, ale Szałachowski przesiedział go na ławce.

Paweł Strąk

Na ławce w meczu kadry siedział także Paweł Strąk. Zbigniew Boniek zdążył go jeszcze powołać na spotkanie z Danią (0:2) w 2002 roku. Strąk ma na koncie wicemistrzostwo Europy U-16 1999 i występy w świetnej drużynie Wisły prowadzonej przez Henryka Kasperczaka. Był dwudziestolatkiem, gdy wywalczył mistrzostwo Polski, a potem mierzył się z Parmą, Schalke i Lazio. Potem w Bełchatowie, Zagłębiu, Górniku i Zawiszy. Pod koniec kariery znany głównie z tego, że mocno się zaokrąglił. Wszyscy liczyli na więcej.

*

Tradycyjnie mamy cały zastęp zawodników, którzy ze zdolnego juniora nie stali się (przesadnie) zdolnymi seniorami.

Głupota i chuligańskie zapędy zgubiły Kamila Kuzerę. Później odrodził się w Koronie Kielce, ale było już za późno na kadrę.

Piekielnie zdolnemu Sebastianowi Olszarowi w kluczowym momencie kariery los zgotował tragedię rodzinną, a później często dręczył kontuzjami. Niedawno został radnym w Świnoujściu. Wielu kibiców czekało także na eksplozję formy polskiego Overmarsa – Radosława Wróblewskiego. Nigdy jednak ona nie nastąpiła, a zdolny skrzydłowy do końca swojej kariery pozostał tylko zdolnym skrzydłowym. A na starość… No, sami zobaczcie.

Z marazmu nie wyrwie się też już chyba Maciej Korzym (ur. 1988). Zawodnik, który w swych szczenięcych latach określany był mianem złotego dziecka polskiego futbolu długo nie mógł się odnaleźć w dorosłym futbolu. Jego przebłyski w Legii naprawdę dawały nadzieję, że wyrośnie z niego super grajek. Zobaczcie tego i tego gola. Miał lepsze i gorsze momenty, w Kielcach okrzepł, w Podbeskidziu i Górniku mu nie szło, ale może jeszcze w rodzinnym Nowym Sączu jeszcze coś szarpnie.

Podobnie nie liczyłbym już też na Michała Janotę (ur. 1990). Genialny junior, jako osiemnastolatek grał już w Feyenoordzie, potem świetnie sobie radził w Eerste Division jako zawodnik Excelsioru i Go Ahead Eagles.

Im jednak dalej, tym gorzej. W Polsce Janota jeszcze dobrze grał w Koronie, później już średnio w Pogoni, słabo w Górniku Zabrze i ostatnio zupełnie nijak w I-ligowym Podbeskidziu. W chwili obecnej bez kontraktu.

Bardzo szkoda też zawodników, którzy byli członkami naszej kadry U-20 na MŚ 2007 w Kanadzie – Bartosz Białkowski, Jarosław Fojut, Krzysztof Król, Łukasz Janoszka i Tomasz Cywka. Każdy z nich miał potencjał, żeby grać w kadrze, ale z czasem albo się pogubili (Król), albo opóźniły ich złe decyzje transferowe (Cywka), albo wymęczyły ich kontuzje (Białkowski), albo spowszednieli (Janoszka), albo nie wiadomo (Fojut). Mnie osobiście szkoda najbardziej dwóch pierwszych.

*

Kilku piłkarzy grających za granicą zgłaszało bardziej albo mniej nieśmiały akces do kadry.

Mocną pozycję w ekstraklasie Rosji miał Krzysztof Łągiewka (Szynnik Jarosławl, Krylja Sowietow Samara), ale nie przełożyło się to na jego występ w kadrze (choć był on powołany na słynny mecz Polska – Portugalia [2:1]). Wywiad z nim – tutaj.

Tomasz Wisio spędził dekadę na boiskach austriackiej Bundesligi (SV Pasching, Linzer, Sankt Polen), do także rok w Niemczech (Arminia, RB Lipsk) i cztery w Grecji (AO Xanthi, Ergotelis). Był też wyróżniającym się piłkarzem reprezentacji młodzieżowych, a w 1999 roku z kadrą U-16 zdobył wicemistrzostwo Europy. Nigdy jednak nie zagrał w polskiej ekstraklasie. Wywiady i teksty – tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.

Zagraniczną ciekawostką jest Tomasz Gruszczyński. W lidze Luksemburga nazbierał grubo ponad sto goli, wywalczył siedem tytułów mistrzowskich i pięć pucharów, trafiał też w europejskich pucharach (dwa razy w niezwykłym meczu w Mostarze; raz przeciwko Rapidowi). Odgrażał się często, że należy mu się powołanie do kadry, ale nikt nie traktował zbyt poważnie tych deklaracji. Teksty o nim tutaj i tutaj.

Do tego grona można także zaliczyć Kamila Bilińskiego. Gdyby dalej występował w Rumunii (43 mecze i 15 goli dla Dinama Bukareszt), to może wreszcie doczekałby się szansy w kadrze. Zawodnik jednak wrócił do Polski i czar prysł.

*

Obecnie w ekstraklasie również występuje grono zawodników, którzy są (lub niedawno byli) jej jasnymi punktami, ale w kadrze chyba już im nie będzie dane wystąpić. Myślę tutaj o następujących piłkarzach: Maciej Makuszewski, Arkadiusz Malarz, Piotr Grzelczak, Grzegorz Kuświk, Arkadiusza Woźniaka i Mateusz Możdżeń. Gwiazdami jednego sezonu okazali się chyba Mateusz Piątkowski, Patryk Tuszyński (powołany), Łukasz Zwoliński i Piotr Tomasik.

*

Jest jeszcze nadzieja dla Jakuba Świerczoka (ur. 1992), Michała i Mateusza Maków (ur. 1991) oraz Bartosza Śpiączki (ur. 1991), ale i w ich przypadkach upływ czasu staje się coraz bardziej bezlitosny.

*

Na zakończenie wreszcie grono jeszcze bardzo młodych piłkarzy, w przypadku których wielką porażką byłoby to, gdyby nie udało im się wystąpić w reprezentacji w ciągu najbliższych trzech-czterech lat. Myślę tutaj o takich zawodnikach jak Dawid Kownacki (powołany już do reprezentacji Polski na eliminacyjny mecz z Gruzją oraz towarzyski z Grecją w 2015 roku), Jan Bednarek, Tomasz Kędziora (powołany), Bartłomiej Drągowski, Przemysław Frankowski, Jarosław Niezgoda, Michał Kopczyński, Krystian Bielik, Krzysztof Piątek czy Patryk Lipski.

*

I tyle, i koniec. Na tym zamykamy przegląd niedoszłych reprezentantów, orłów bez orzełka. Czy kogoś pominęliśmy?

P.

Brazylijscy Nisei. Yoshimura, Yonashiro, Ruy Ramos, Wagner Lopes, Alex, Marcus Tulio Tanaka

20 lipca urodziny świętuje Alex (ur. 1977) – brazylijski reprezentant Japonii. Nie jest to być może najwybitniejsza postać światowej piłki, ale z pewnością stanowi element pewnego szerszego fenomenu – „Brasilian Nisei”, Canarinhos przywdziewających japońskie barwy.

Brazylijacja Japonii

W świetnej książce „Japanese Rules: Why the Japanese Needed Football and how They Got it” Sebastian Moffet opisuję niezwykle interesujący mechanizm globalizacji. Japończycy w momencie radykalnego otwarcia na świat w latach siedemdziesiątych zapragnęli mieć wszystko najlepsze. Osiągnięcie tego (hmmm – dość złożonego celu) miało być możliwe dzięki wzorowaniu się na mistrzach w danych dziedzinach. W przypadku futbolu sprawa była jasna – mistrzami byli Brazylijczycy.

Przybysze z Kraju Kawy przybywali zatem tłumnie do Japonii, aby samemu grać w piłkę i aby grania w piłkę Japończyków uczyć. Poza tym także wielu japońskich chłopców (np. słynny Kazuyoshi Miura) udawało się do Brazylii po piłkarskie szlify.

O ile jednak zdecydowana większość przybyszów po prostu występowała w J-League, o tyle niektórzy zapałali silniejszym uczuciem do Kraju Kwitnącej Wiśni. Efekt? Nowe obywatelstwo i występy pod nową – azjatycką – flagą.

Yoshimura i Yonashiro, czyli prehistoria

Wbrew temu, co często można przeczytać tu i ówdzie, pierwszym naturalizowanym Brazylijczykiem w reprezentacji Japonii był Daishiro Yoshimura (ur. 1947 – zm. 2003). Urodził się w 1947 roku w Sao Paolo jako Nelson Yoshimura, a jeden z jego rodziców był Japończykiem (są sprzeczne informację temat tego który). Dwie dekady później przybył do Japonii (w latach 1967-1980 grał w klubie Yanmar Diesel), a w 1970 roku otrzymał jej obywatelstwo (zmieniając zarazem imię na Daishiro). W reprezentacji grał w latach 1970-1976, zaliczając 46 meczów i 7 goli. Prawdziwy ojciec-założyciel.

Drugi był z kolei George Yonashiro (ur. 1950). Również z przeszłością w Sao Paolo, a w Japonii od 1972 roku (w klubie Yomiuri grał aż do 1986 roku). Na początku 1985 roku (czyli w sumie już na starość) otrzymał nowy paszport i zaraz zagrał w dwóch towarzyskich meczach. Na tym skończyła się jego przygoda.

Bóstwo Ruy Ramos

Prawdziwym idolem masowej wyobraźni stał się jednak dopiero Ruy Ramos (ur. 1957). Do Japonii trafił jako dwudziestolatek i był jednym z nielicznych w ogóle obcokrajowców w tamtejszej lidze. W Verdy Kawasaki szybko został gwiazdą, a z czasem – legendą. W klubie tym występował 20 lat! Liczba trofeów, które w tym czasie uzyskał jest porażająca: siedem tytułów mistrzowskich, sześć krajowych pucharów, dwa tytuły króla strzelców, dwukrotnie był wybierany Piłkarzem Roku.

Od 1990 roku Ramos występował także w reprezentacji Japonii. W jej barwach wywalczył mistrzostwo Azji 1992 i stoczył nieudaną batalię o MŚ 1994. Łącznie zebrał 32 mecze i jednego gola.

Karierę zakończył w wieku 41 lat. Potem wziął się za trenowanie. Prowadził m.in. reprezentację Japonii w beach soccerze. Naprawdę go tam kochają.

Mundialowicz Wagner Lopes

Tak jak Ramos nie doświadczył gry na mundialu, tak sztuka ta udała się piłkarzowi o wiele mniejszego formatu. Wagner Lopes (ur. 1969) najpierw próbował szczęścia w Sao Paolo, ale szybko zrozumiał, że ciężko będzie mu się przebić w tym wielkim klubie. Wzorem wielu starszych kolegów wybrał więc emigrację do Japonii.

Przybył tam w 1987 roku i pozostał aż do zakończenia kariery piętnaście lat później. Grał w m.in. Yokohama F. Marinos, Kashiwa Reysol, Honda F.C., Bellmare Hiratsuka, Nagoya Grampus, F.C. Tokyo i Avispa Fukuoka.

W reprezentacji Japonii zadebiutował w 1997 roku. Idealny moment:) Dzięki temu został powołany na MŚ 1998 (zagrał we wszystkich trzech meczach: z Argentyną, Chorwacją i Jamajką), a także Copa Amarica 1999 (komplet meczów, 2 gole w spotkaniach z Peru i Boliwią). Jego „narodowa” kariera jednak nie trwała zbyt długo, bo po nieudanej Copie pożegnał się z występami dla drużyny Nippon.

Po zawieszeniu butów na kołku wrócił do Brazylii, by tam realizować się jako trener (prowadził nawet kilka silnych zespołów). Tęsknota za drugą ojczyzną dała jednak w końcu o sobie znać i Wagner Lopes znów przybił do brzegu Japonii. Od kilku miesięcy prowadzi bowiem zespół Albirex Niigata.

Alex na dwóch mundialach

Dzisiejszy jubilat Alex (ur. 1977) to historia bardzo podobna do tej Wagnera Lopesa. W Japonii melduje się jako dwudziestolatek i w Shimizu S-Pulse od ręki zostaje gwiazdą całej ligi (Piłkarz Roku 1999). Mimo że jest lewym obrońcą!

Już po czterech latach otrzymuje obywatelstwo japońskie i w 2002 roku debiutuje w reprezentacji. Przypadek? W Japonii nie ma przypadków :) Alex ma wzmocnić kadrę przed MŚ 2002 rozgrywanymi przecież w Kraju Kwitnącej Wiśni. Mundial okazuje się jednak sporą wtopą, więc może lepiej dla niego, że zbyt wiele na nim nie pograł (tylko dwa mecze). Dzięki temu został w reprezentacji i grał w niej jeszcze przez cztery lata, po drodze zaliczając występy w Pucharze Konfederacji (2003 i 2005), Pucharze Azji (2004) i wreszcie mistrzostwa świata 2006 (wszystkie trzy mecze). W 2006 roku pożegnał się z kadrą. Uzbierał w niej aż 82 mecze i siedem goli.

Klubowo przez niemal całą karierę także był związany z japońską J-League (wyjątek: 2007 rok spędził w RB Salzburg). Warto też wspomnieć, że jego żona jest Japonką.

Marcus Tulio Tanaka

Ostatni – przynajmniej na razie – w tym zestawieniu jest Marcus Tulio Tanaka. To jednak przypadek szczególny. Na świat przyszedł w Brazylii (ur. 1981), ale jego rodzicami byli Japończyk oraz Brazylijka. W wieku 16 lat, czyli w 1997 roku, wyjechał do kraju ojca.

Dla Kraju Wiśni był jednak obcokrajowcem i dopiero w 2003 roku otrzymał tamtejsze obywatelstwo. Wtedy też zaczęła się jego prawdziwa kariera. W 2004 roku został zawodnikiem Urawa Red Diamonds, z którym wywalczył wkrótce dwa wicemistrzostwa i krajowy puchar. W 2006 roku okrzyknięto go Piłkarzem Roku. W 2007 roku dorzucił mistrzostwo.

W reprezentacyjnej koszulce Tanaka najpierw wystąpił na IO 2004 w Atenach. W seniorskiej kadrze zadebiutował w sierpniu 2006 roku (mimo świetnej gry nie został powołany na mundial w Niemczech). Zagrał na MŚ 2010 (wszystkie cztery mecze), a później także na Pucharze Azji 2011. Jego bilans w kadrze to 43-8. Dwa lata temu zakończył karierę.

*

W tej chwili nie ma na horyzoncie kolejnego Brazylijczyka pukającego do drzwi japońskiej kadry. Jeśli jednak mówimy już o multi-kulti, to warto zwrócić uwagę na jedno nazwisko. Musashi Suzuki to urodzony w 1994 roku na Jamajce syn Jamajczyka i Japonki. W drużynie Nippon grał już na MŚ U-17 2011 i na IO 2016. Niewykluczone, że wkrótce pojawi się w dorosłej reprezentacji.

O japońsko-brazylijskiej polityce futbolowej można poczytać jeszcze tutaj i tutaj.

P.

Kto pamięta Leo z GKS Katowice?

gc_1403_78

Kartka z kalendarza z datą 19 lipca wydobywa z otchłani niepamięci zawodnika, którego i tak większość kibiców najpewniej nie pamięta. Urodziny święci dziś bowiem Brazylijczyk Leo (ur. 19.07.1980). Nie mówi Wam to nic? W ogóle się nie dziwię :)

Leo w GKS Katowice – co on tu robił?

Na początku 2003 roku Leo był zawodnikiem GKS Katowice. Do naszego kraju trafił jako 21-letni gracz i przygody przy ul. Bukowej nie wspomina ze szczególnym rozrzewnieniem. Choć na wstępie otrzymał na  koszulce magiczny numer 10 (później zamieniony na 18), to nie grał zbyt wiele.Miał on zastąpić sprzedanego właśnie Krzysztofa Gajtkowskiego i stać się partnerem dla ściągniętego Moussy Yahayi. Trzeba też pamiętać, że to była dość silna drużyna, która w sezonie 2002/2003 wywalczyło prawo gry w Pucharze UEFA.

No i w takiej ekipie Leo nie mógł się odnaleźć. Wiosną 2003 wystąpił tylko w siedmiu meczach (tylko w połowie były to ogony) i strzelił jedną bramkę. Ale za to jaką! Ten jeden gol wbity Lechowi sprawił, że zapamiętałem sobie gagatka po dziś dzień :)

W nowym sezonie (a dokładniej – w sierpniu) zdążył jeszcze zaliczyć dwa spotkania ligowe i dołożyć nogę w dwumeczu do kompromitacji pucharowej z macedońską Cementarnicą, po czym spakował walizki i wyjechał. W tym momencie zaczęło się jego intensywne podróżowanie.

Najpierw wrócił do ojczyzny (Brasilia), potem w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (Al-Shabab), potem znowu w ojczyźnie (Corinthians Alagoano).

Już Leonardo – gwiazda SCR Altach

Przed sezonem 2006/2007 wylądował w Austrii, w beniaminku tamtejszej Bundesligi – SC Rheindorf Altach.

217I nagle… BUM! Okazało się, że Leo (w Austrii funkcjonował już jako Leonardo da Silva) to snajper jakich mało. Strzelił 14 goli i został czołowym goleadorem ligi. Zresztą zobaczcie sami co ten chłopak robił.

To był jego najlepszy czas w karierze. Leo wraz ze swoim partnerem z ataku Freylonem Ledezmą tworzyli naprawdę świetny duet. Kibice Altach wciąż ich wspominają, a na forach i stronach śledzą losy były idoli.

Podróże małe i duże

Jednak tak jak szybko forma przyszła, tak szybko odparowała. Kolejny sezon w SC RA Brazylijczyk zakończył z 16 meczami bez gola. Później trafił do Norwegii (Hamarkameratene, bez goli), następnie do austriackiej drugiej ligi (SV Grodig). Nigdzie się nie przebił.

W 2010 roku Leo rozpoczął swoje międzykontynentalne tournee. Wiosna 2010 – Hongkong (South China AA; bilans 10-5 i puchar ligi); jesień 2010 – Mjanme [dawniej Birma] (Yangon United FC – filmik z pobytu tutaj). Wiosną 2011 zawitał do Egiptu (Smouha SC); wiosną 2012 bawił w Brazylii (EC Avenida). W 2013 roku odnalazł się w Tajlandii (Chiangrai United – filmik), a rok później – znowu w Honkkongu (Wong Tai Sin, bilans 15-6 – filmik). W sezonie 2016/2017 był zaś zawodnikiem FC Balzers, zespołu z Liechtensteinu grającego w czwartej lidze szwajcarskiej (urobek Lego to 14 meczów i 4 gole).

Dzisiaj właśnie Leo skończył 37 lat i to chyba moment, w którym on sam zadaje sobie pytanie nie o to, gdzie zagra, ale o to, czy w ogóle jeszcze zagra.

P.

Zagraniczni królowie strzelców w ekstraklasie – nie tylko Gytkjaer i Ondrasek

Pierwsza kolejka sezonu za nami. Jednym z nowych zawodników w ekstraklasie jest Christian Gytkjaer – nabytek Lecha Poznań. Ten transfer przypomniał mi, że warto odświeżyć listę piłkarzy, którzy trafiali do nas z koroną króla strzelców pod pachą.

Najpierw jednak jedno zdanie tytułem przypomnienia. Pierwsze zestawienie takich asów zrobiłem w 2011 roku tutaj, a w 2013 roku zrobiłem jego aktualizację – tutaj, a w  międzyczasie pozwoliłem sobie na litewsko-łotewskie uzupełnienie – tutaj. Pora zatem na aktualizację aktualizacji, czyli dopisanie eksportu koronowanych głów z okresu lat 2013 – lat 2017.

Christian Gytkjaer – król strzelców ligi norweskiej z Rosenborga Trondheim

Słowo się rzekło – Duńczyk Christian Gytkjaer (ur. 1990) to król strzelców ligi norweskiej 2016. Uczynił to w barwach Rosenborga Trondheim, zdobywając 19 goli w 28 meczach, a do kompletu dorzucając również krajowy puchar. Trudno się więc dziwić, że w Poznaniu bardzo liczą na jego trafienia.

Gino van Kessel – król strzelców ligi słowackiej z AS Trenczyn

Pół roku wcześniej, bo wiosną 2017 roku, do Lechii Gdańsk przeniósł się Gino van Kessel (ur. 1993). Urodzony w Holandii (tam też piłkarsko wychowany) w sezonie 2015/2016 uzbierał podobny trójpak co Gytkjaer. Jego AS Trenczyn wywalczyło mistrzostwo i puchar, a on sam zyskał miano najlepszego goleadora (17 goli w 33 meczach). W Gdańsku jednak kompletnie przepadł (3-0) i próżno go dziś szukać nad polskim morzem.

Zdenek Ondrasek – król strzelców ligi norweskiej z Tromso IL

Wiosną 2016 do Krakowa zawitał z kolei Zdenek Ondrasek (ur. 1988). Silny jak tur Czech został królem strzelców ligi norweskiej 2012, a zdziałał to w barwach Tromso IL (14 goli w 29 meczach). W koszulce Wisły co prawda nie imponuje skutecznością, ale na pewno dużo daje drużynie swoją grą.

Nemanja Nikolić – król strzelców ligi węgierskiej (Videoton)

Nemanji Nikolica (ur. 1987) przedstawiać chyba nie muszę. Zanim latem 2015 zamienił Videoton na Legię, to aż trzykrotnie zostawał królem strzelców na Węgrzech – w 2010 (18 goli), 2014 (18) i 2015 roku (21). W Polsce dorzucił kolejną koronę, a skuteczna jesień 2016 wystarczyła, żeby niemal do samego końca (będąc nieobecnym!) bić się o tytuł najskuteczniejszego zawodnika sezonu 2016/2017. Obecnie w Chicago Fire też radzi sobie świetnie.

Erik Jendrisek – król strzelców ligi słowackiej z Rużomberoka

I wreszcie najodleglejszy w tym zestawieniu transfer. Słowak Erik Jendrisek (ur. 1986) trafił wiosną 2015 roku do Cracovii już jako bardzo rozpoznawalny gracz. Swoją królewską koronę wywalczył wieki wcześniej, jeszcze w ojczyźnie jako piłkarz Rużomberoka w sezonie 2005/2006 (słowacki trójpak okraszony 21 golami). Potem grał w Bundeslidze (Kaiserlslautern, Freiburg, Schalke) i na MŚ 2010. W Pasach – 1,5 roku super, ale ostatni sezon był katastrofalny (1 gol w 31 meczach!). Od niedawna bawi w greckiej AO Xanthi.

*

Aby nasza strzelecka układanka była pełna, to należy ją uzupełnić o I ligę, bo i tam trafiali najlepsi snajperzy z innych lig.

Sensacyjnym transferem były przenosiny Argentyńczyka Gastona Sangoya (ur. 1984) do występującej na zapleczu ekstraklasy Arki Gdynia wiosną 2016 roku. Dwa lata wcześniej (tj. w 2014) napastnik ten sięgnął bowiem po koronę króla strzelców silnej przecież ligi cypryjskiej. W koszulce Apollonu ustrzelił 18 goli. W tej drużynie rozegrał łącznie pięć sezonów (z przerwami na występy w hiszpańskim Gijon) i wyrobił sobie na Wyspie Afrodyty status prawdziwej gwiazdy.

Występował też w europejskich pucharach, a w Lidze Europy trafiał m.in. przeciwko Legii (1:0). Do Gdyni przeniósł się jednak po nieudanym pobycie w Katarze (Al-Wakra) i ruch ten można odczytywać jako oznakę desperacji, że „już ruszają wszystkie ligi, a ja jeszcze nie mam gdzie grać”. Sangoy nie zbawił Arki (w 9 meczach strzelił jednego gola), po czym przeniósł się do Indii, a obecnie jest już z powrotem na Cyprze.

Zupełnie bez echa przeszło za to ściągnięcie innego lokalnego goleadora. Oto bowiem pierwszoligowy GKS Bełchatów wiosną 2013 roku sprowadził Hristijana Kirovskiego (ur. 1985) – króla strzelców ligi macedońskiej 2011, zdobywcy 20 goli dla FK Skopje.

Kirovski to bardzo interesujący przypadek. W swoim sportowym CV oprócz występów w ojczyźnie ma także grę w Rumunii, Izraelu, Grecji, Bułgarii, na Ukrainie i na Cyprze. Wszędzie radził sobie całkiem przyzwoicie, w Apollonie i Iraklisie był czołowym strzelcem ligi. W Bełchatowie otrzymał numer 10 na koszulce i ciężar wielkich oczekiwań. Oczekiwań, które jednak zawiódł. W 11 meczach zdobył tylko dwa gole, a pod koniec sezonu został nawet przeniesiony do rezerw. Teraz bawi w Tajlandii, bawi całkiem nieźle.

*

No dobrze, to podsumowując – tramtamtamtamtam – oto aktualne (na dzień 18.07.2017) zestawienie wszystkich zagranicznych królów strzelców (na najwyższym krajowym szczeblu), którzy trafili do Polskiej ligi.

ZAWODNIK

KRÓL –

LIGA, KLUB, KIEDY

POLSKA –

KIEDY I GDZIE

Christian Gytkjaer

(Dania)

Norwegia,

Rosenborg Trondheim,

2016

Jesień 2017 – wciąż,

Lech Poznań

Gino van Kessel (Curacao)

Słowacja,

AS Trenczyn,

2015/2016

Wiosna 2017,

Lechia Gdańsk

Zdenek Ondrasek

(Czechy)

Czechy,

Tromso IL,

2012

Wiosna 2016 – wciąż,

Wisła Kraków

Vladislavs Gutkovskis

(Łotwa)

Łotwa,

Skonto Ryga,

2014

Wiosna 2016 – wciąż,

Termalika Bruk-Bet Nieciecza

Gaston Sangoy

(Argentyna)

Cypr,

Apollon,

2013/2014

Wiosna 2016,

Arka Gdynia (I liga)

Arturs Karasauskas

(Łotwa)

Łotwa,

Skonto Ryga,

2013

Wiosna 2016,

Piast Gliwice

Nemanja Nikolic

(Węgry)

Węgry,

Videoton (+ jesień 2009 – Rakoczi),

2009/2010, 2013/2014, 2014/2015

Jesień 2015 – jesień 2016,

Legia Warszawa

Erik Jendrisek

(Słowacja)

Słowacja,

Rużemberok,

2005/2006

Wiosna 2015 + sezon 2015/2016,

Cracovia

Nerijus Valskis

(Litwa)

Litwa,

Suduva Marjampole,

2013

Wiosna 2015,

Wigry Suwałki (I liga)

Bernardo Vasconcelos

(Portugalia)

Cypr,

Alki Larnaka,

2013/2014

Jesień 2013 – jesień 2014,

Zawisza Bydgoszcz

Hristijan Kirovski

(Macedonia)

Macedonia,

FK Skopje,

2010/2011

Wiosna 2013,

GKS Bełchatów (I liga)

Ismael Blanco

(Argentyna)

Grecja,

AEK Ateny,

2007/2008 i 2008/2009

Wiosna 2012,

Legia Warszawa

Deivydas

Matulevicius

(Litwa)

Litwa,

Żalgiris Wilno,

2011

Wiosna 2012,

Cracovia

Ivica Iliew

(Serbia)

Serbia,

Partizan Belgrad,

2010/2011

Jesień 2011 – wiosna 2013, Wisła Kraków

Pavol Masaryk

(Słowacja)

Słowacja,

2008/2009,

Slovan Bratysława

Wiosna 2011,

Cracovia

Deniss Rakels

(Łotwa)

Łotwa,

Metalurgs Lipawa,

2010

Wiosna 2011-jesień 2015 + jesień 2017-wciąż,

Zagłębie Lubin, GKS Katowice, Cracovia, Lech Poznań

Cwetan Genkow

(Bułgaria)

Bułgaria,

Lokomotiw Sofia,

2006/2007

Wiosna 2011 – wiosna 2013,

Wisła Kraków

Cristian Omar Diaz

(Argentyna)

Boliwia,

San Jose Oruro,

Clausura 2009 i Aperatura 2010

Jesień 2010 – wiosna 2013,

Śląsk Wrocław

Maycon

(Brazylia)

Białoruś,

FK Homel,

2009

Jesień 2010 – jesień 2012,

Jagiellonia Białystok i Piast Gliwice (I liga)

Georgi Christow

(Bułgaria)

Bułgaria,

Botew Płowdiw,

2007/2008

Wiosna 2010,

Wisła Kraków

Povilas Luksys

(Litwa)

Litwa,

Ekranas Poniewież (x2) i Suduva Marijampole,

2004, 2007 i 2010,

Jesień 2009 + Wiosna 2013 + Wiosna 2014,

Polonia Bytom i Wigry Suwałki (I liga)

Hernan Rengifo

(Peru)

Peru,

CD Universidad San Martin de Porres,

Aperatura 2007

Jesień 2007 – jesień 2009,

Lech Poznań

Dudu Omagbemi

(Nigeria)

Indie,

Sporting Club de Goa,

2004/2005,

Jesień 2007,

Wisła Kraków

Martin Fabus

(Słowacja)

Słowacja,

DuklaTrenczyn i Dukla Trenczyn/ MSK Żylina,

1998/1999 i 2002/2003,

Jesień 2007 – jesień 2009,

Ruch Chorzów

Nerijus Vasiliauskas

(Litwa)

Litwa,

Żalgiris Wilno,

1999/2000

2002 rok,

Wisła Płock

PS 1

Oczywiście inną historią są królowie strzelców niższych lig krajowych. Przewinęło się ich kilku, ale ich zebranie jest dość kłopotliwe, bo trudno rzetelnie zweryfikować czy ktoś nie był królem trzeciej ligi szwedzkiej. Na pewno na lokalnych zapleczach panowali Ilijan Micanski (II liga bułgarska), Johan Voskamp (II liga holenderska, Bruno Mezenga (II liga turecka) i Ivan Curic (II liga chorwacka). Przychodzą Wam do głowy inne nazwiska?

PS 2

Wreszcie zupełnie inne kalosze to najlepsi snajperzy międzynarodowych turniejów reprezentacyjnych. Wszak gościliśmy u nas króla strzelców MŚ 1994 – Rosjanina Olega Salenko (Pogoń Szczecin)! Z młodzieżowców zaś to sam Salenko był królem strzelców MŚ U-20 w 1989 roku, Węgier Bence Mervo (Śląsk Wrocław) triumfował w klasyfikacji MŚ U-20 w 2015 roku, Portugalczyk Manuel Curto (Zagłębie Lubin) podczas mistrzostw Europy U-17 w 2003 roku, a Czech Tomas Necid (Legia Warszawa) – mistrzostw Europy U-17 2006 i U-19 2008.

PS 3

Pozostałe historie o królach strzelców z tego bloga znajdziecie w tej zakładce.

P.

Orły bez orzełka (cz. 6)

Po ponad trzech latach wracamy z naszą opowieścią o „orłach bez orzełka”! Dziś szósta, przedostatnia, część.

Druga połowa lat dziewięćdziesiątych to czas, kiedy mieliśmy bardzo dobrych zawodników w reprezentacji, ale za to kiepską reprezentację. Dlatego też ciężko było przebić się do kadry nawet wyróżniającym się graczom. Kompletnie nie do pomyślenia jest dziś także, żeby szansy w reprezentacji nie dostał król strzelców ekstraklasy.

Prawdziwą sensację stanowił tytuł dla Adama Kompały (sezon 1999/2000).

200pxAdam_Kompala_Gornik_Zabrze

W poprzednich rozgrywkach zawodnik występował na pomocy i niczym specjalnym się nie wyróżniał. Dlatego 19 goli nastukanych przez niego dla Górnika było sporą sensacją. Nie na tyle jednak, żeby zagrał w koszulce z orzełkiem. W reprezentacji Polski nigdy nie zagrał, ale… strzelił jej gola (w reprezentacji Śląska).

Ciekawostką jest to, że Kompała w ekstraklasie grał tylko pięć lat i dorobił się nieporażającego bilansu 140-40.

Bardzo blisko występu w reprezentacji był także Arkadiusz Klimek (bilans w ekstraklasie: 174-34). Ten silny, szybki i obunożny napastnik, związany przede wszystkim ze Stomilem i Zagłębiem Lubin, na przełomie 200/2001 roku wyrósł na jednego z najlepszych snajperów w ekstraklasie. Jerzy Engel powołał go nawet na eliminacyjne spotkanie z Armenią (4:0), dał mu też wystąpić w kilku sparingach. Klimek debiutu się jednak nie doczekał, ale fanom przypomniał się później dobrymi występami… w Grecji (w Pucharze UEFA zagrał przeciwko Barcelonie) i na Litwie (w Pucharze UEFA zagrał przeciwko Liverpoolowi).

Inny bramkostrzelny zawodnik, który nie otrzymał nigdy powołania do reprezentacji to Michał Chałbiński (215-75, GKS Katowice, Odra Wodzisław, Górnik Zabrze, Zagłębie Lubin, Polonia Warszawa; dwukrotnie wicekról strzelców ligowych). A strzelać potrafił ładnie, ot choćby tak.

*

Podobnie do napastników ma się sprawa z pomocnikami. Wielu z nich było mózgami swoich zespół i wyróżniającymi się zawodnikami ligowym, ale nigdy nie doskoczyli do poziomu kadry. To takie specyficzne grono „dziesiątek drugiego sortu” – błyszczących w swoich klubach i w całej lidze, ale jednak za słabych na kadrę.

Daniel Dyluś (Zagłębie, Miedź i Stomil) – mikry pomocnik i mózg drużyn, w których występował; z Miedzią sensacyjny zdobywca Pucharu Polski 1992 i król strzelców II ligi; próbował szczęścia we Francji, Belgii i Finlandii; w ekstraklasie bilans 120-31; fajne teksty o nim tutaj i tutaj.

Piotr Mandrysz (Pogoń Szczecin) – wieloletni spielmacher Pogoni, kapitalnie bił rzuty wolne. Dzisiaj znany jako trener i ojciec próbujących przebić się do ekstraklasy synów-piłkarzy.

Ryszard Wieczorek (Odra Wodzisław) – młodszym kibicom znany wyłącznie z ławki trenerskiej, ale kiedyś określany był mianem „Platiniego z Wodzisławia”. Legenda Odry, jej wieloletni kapitan, strzelec jej pierwszej bramki w ekstraklasie, świetny wykonawca stałych fragmentów gry.

Jan Woś (Odra Wodzisław, Ruch Chorzów) – kolejny rozgrywający z Wodzisławia, ale chyba mniej charyzmatyczny od Wieczorka. Aż 11 sezonów z Odrą w ekstraklasie. W całej lidze potężny bilans 324 meczów i 32 goli. Filmowy pean na jego cześć tutaj. Najlepszy radny spośród piłkarzy, najlepszy piłkarz spośród radnych :)

Paweł Miąszkiewicz (Widzew Łódź, Petrochemia Płock) – zawsze w cieniu bardziej znanych kolegów, ale jak na ligowe warunki to zawodnik ponadprzeciętny. Na blogowym facebooku jakiś czas temu przetoczyła się bardzo ciekawa dyskusja o udziale Miąszkiewicza w meczu… reprezentacji świata.

Dariusz Jackiewicz (Stomil Olsztyn, Amica Wronki, Zagłębie Lubin) – ligowy wyjadacz ze świetnym uderzeniem i licznymi występami w europejskich pucharach. Grzegorz Król pisał o nim w swojej biografii, że w kasynie przegrał wszystkie swoje pieniądze i dziś pracuje gdzieś na budowie.

Dariusz Dźwigała (Polonia Warszawa, Górnik Zabrze, Pogoń Szczecin) – obecnie spełnia się jako trener, a kiedyś był pełnokrwistym liderem z prawdziwą petardą w nodze.

Radosław Biliński (Amica Wronki, Pogoń Szczecin) – choć sprawiał wrażenie powolnego, to gra silnej przecież Amiki przez długi czas kręciła się właśnie wokół niego. Powołany do reprezentacji B, siedział na ławce rezerwowych w meczu ze Szwecją (1997).

*

Mamy także sporą grupę zawodników dla których barierą nie do zaliczenia okazało się przeskoczenie z poziomu reprezentacji młodzieżowych do dorosłej kadry. To przypadek takich zawodników jak np.

Marcin Szulik (głównie Stomil i Górnik) – mistrz Europy U-16 z 1993 roku, strzelec gola w finale (1:0 z Włochami, w bramce przeciwnika Buffon). Przez wiele lat „utalentowany” pomocnik, pewny punkt młodzieżówki Janasa, ale nigdy nie przeskoczył pewnego poziomu. Ciekawa rozmowa z Szulikiem tutaj.

Daniel Dubicki (przede wszystkim ŁKS i Wisła) – etatowy reprezentant młodzieżówki, w dziwnym meczu Brazylia U-23 – Polska U-23 (3:1) strzelił nawet gola. W Łodzi miał 20 lat, gdy był już gwiazdą. W Pucharze UEFA strzelił gola m.in. Parmie i Omonii. W polskiej ekstraklasie uzbierał ponad 200 meczów, ale mam wrażenie, że nigdy nie mógł przewidzieć czy zagra w pomocy czy w ataku. Być może to oraz kontuzje sprawiły, że jednak się nie rozwinął tak jak mógł. Jeden z ostatnich przypadków w ekstraklasie, że w ciągu jednego sezonu zagrał w… trzech klubach (Wisła, Ruch i Zagłębie w sezonie 1999/2000). Super ciekawe wywiady z nim tutaj i tutaj.

Paweł Sobczak – człowiek-legenda. Nie chodzi jednak o grę w piłkę, ale o zaprzepaszczony talent i hulaszcze życie. W młodzieżówkach – perła. Każdy, kto się z nim zetknął, mówił, że miał papiery na wielkie granie i smykałkę do wpadania w tarapaty. W seniorskiej piłce, może poza Płockiem, kompletnie pogubiony, ale i tak uzbierał 89 meczów i 16 goli. Bawił też (dosłownie) za granicą – np. w Genui, Austrii Wiedeń, Admirze Wacker czy Anorthossisie. Na pamiątkę została mu cudowna bramka strzelona angielskiej młodzieżówce. I ten gol strzelony w Poznaniu też niczego sobie. Do poczytania tutaj.

Tomasz Sokołowski II – sam liczebnik „II” stawiał go na starcie w nieco gorszej sytuacji. Był bowiem ciągle porównywany ze starszym Tomaszem Sokołowski, który przez momencik był nawet podstawowym piłkarzem reprezentacji. Młody Sokół wybiegał zatem wszystkie koszulki młodzieżowych kadr, ale w seniorskiej reprezentacji nigdy nie wystąpił. 7 lat w Amice, 3 w Legii, 4 w Arce, mecze w europejskich pucharach – niby sporo tego, ale zabrakło błysku na international level.

***

Często było również tak, że zawodnicy wyróżniali się w swoich zagranicznych klubach, ale mimo to żaden selekcjoner nie zaprosił ich do pierwszej reprezentacji.

Mirosław Spiżak dla Unterhaching trafiał w 1. Bundeslidze (w pamiętnym sezonie 2000/2001; zaliczył 23 mecze i strzelił 5 goli.),

i na jej zapleczu. Tylko w 2. Bundeslidze punktował także dla Uerdingen, Alemaanii Aachen, MSV Duisburg i Sportfreunde Siegen. O tym, co robi po zakończeniu kariery przeczytacie tutaj.

Krzysztof Bociek już jako 19-latek był gwiazdą pierwszoligowej Stali Mielec. Już wtedy błyszczał w młodzieżówce, byli tacy, którzy widzieli go w dorosłej kadrze. Potem strzelał gole w greckim PAOK Saloniki i w holenderskiej Eredivisie dla Volendam, AZ Alkmaar i NEC Nijmegen. Wykończyły go jednak kontuzje i w wieku 26 lat zakończył karierę. Co robi obecnie – nie wiadomo. Przy okazji poszukiwań informacji o Boćku trafiliśmy jednak na… jego stronę na Google Plus. Można tam znaleźć prawdziwe zdjęcia-perełki. Fajny tekst o Boćku tutaj.

Andrzej Kubica w barwach Maccabi Tel-Awiw został z kolei królem strzelców ligi izraelskiej w 1999 roku. No, ale Andrzej Kubica to w ogóle inna historia. Nie miał jeszcze dwudziestu lat, gdy błysnął w Zagłębiu Sosnowiec. Razem z klubem spadł z ekstraklasy, by przenieść się do… Rapidu Wiedeń. Tam się wypromował (9 goli) i trafił do Austrii Wiedeń. Z Austrii wrócił do Legii, by zagrać (głównie jako rezerwowy w czerwonych korkach) w Lidze Mistrzów i po pół roku ruszyć dalej – Belgia (Waregem, Standard Liege), Francja (Nice – Puchar Francji), Izrael (Maccabi, Beitar, Ashdod) i Japonia (Urawa Red Diamonds, Oita Trinita). W Ziemi Obiecanej do dziś wspominają go z rozrzewnieniem. Na zakończenie kariery Kubica wrócił jeszcze do Polski – dwa lata grał w Górniku Łęczna, a później w… A-klasowych Błękitnych Sarnów. Kubicy nie byłoby w tym zestawieniu, gdyby… nie zdezerterował z lotniska przed zgrupowaniem kadry. Poza tym powoływany był także na mecze el. EURO 2000 z Bułgarią i Luksemburgiem. Więcej o tym przeczytacie tutaj.

Na tle bardzo silnej konkurencji w polskiej bramce kompletni przepadł Tomasz Bobel. Ten utalentowany swego czasu golkiper wyjechał z Polski jako 24-latek, mając już na koncie pięć lat występów dla Śląska Wrocław (dwa lata w ekstraklasie) i miano super utalentowanego zawodnika. Z tą etykietką trafił do 2. Bundesligi i… już w niej został niemal do końca kariery. Choć na zapleczu wyrobił sobie dobrą markę (niemal 200 meczów dla Fortuny Koeln, MSV Duisburg i Erzgebirge Aue; trafiał nawet do „drużyny sezonu”). Na starość został nawet bramkarzem Bayeru Leverkusen, ale dopiero trzecim, bez widoków na grę. Trochę chłopaka szkoda. Tutaj, tutaj i tutaj ciekawe wywiady z nim, a na dole piękny klip.

Chyba trochę niedocenionym piłkarzem był Rafał Niżnik.

200px-Rafal_Niznik_2

W Polsce kibice przyzwyczaili się do dobrego poziomu prezentowanego przez tego zawodnika w ŁKS. Jednak jego kapitalne dwa lata w duńskim Broendby (2001-2003) zakończone mistrzostwem, pucharem i występami w europejskich pucharach (dwa gole w meczu z Olimpią Ljubljana [4:2], potem też dwumecz przeciwko Parmie) przeszły kompletnie bez reprezentacyjnego echa. A przecież kadra po fiasku MŚ 2002 szukała świeżej krwi, za jednego z rywali mając właśnie Danię. Wywiad z Niżnikiem – tutaj.

I na zakończenie Łukasz Kubik – młodszy brat Arkadiusza. To ciekawy przypadek – zawodnik, który dobrze prezentował się w lidze belgijskiej, greckiej i rumuńskiej, ale… nigdy nie wystąpił w naszej ekstraklasie. Choć był piłkarzem młodzieżowej kadry, to nie uszczknął choćby minutki na najwyższym szczeblu w Polsce (ba, nawet w silniejszych klubach zaplecza mu nie szło – Cracovia, Jaga, Lechia). Ciekawe jest też to, że jeszcze w latach dziewięćdziesiątych miał swoją stronę internetową, gdzie wrzucał zdjęcia z kolejnych klubów. Jeśli macie wolne 10 minut to możecie również obejrzeć Łukasz Kubik show.

*

Wreszcie mamy też grupę solidnych ligowców, którzy – poza tymi już wymienionymi powyżej – zawsze imponowali równą formą, ale rzadko zaskakiwali. Dlatego też chyba w reprezentacji nigdy nie zagrali:

– bramkarze: Artur Sarnat (powołany; 181-0 i europejskie puchary) i Piotr Lech (powołany; wystąpił też w nieoficjalnym meczu kadry, kiedy to Ruch Chorzów jako „Polska” zmierzył się z Meksykiem; 357-0 i europejskie puchary)

– obrońcy: Piotr Mosór (powołany; 263-10 i europejskie puchary), Bartosz Jurkowski (265-12 + występy w europejskich pucharach), Krzysztof Sadzawicki (292-4; przez długi czas członek olimpijskiej kadry Wójcika; występy w reprezentacji B), Zdzisław Leszczyński (352-16), Rafał Pawlak (powołany; 355-35, kapitan ŁKS w mistrzowskim sezonie 1997/1998), Marcin Malinowski (458-13, mecze w europejskich pucharach i smykałka do pięknych goli), Wojciech Szala (262-1; przez 9 lat pewny punkt obrony Legii) i Piotr Dziewicki (138-4; wiele lat w Polonii, wiele w Amice, wiele w młodzieżówkach)

– pomocnicy: Michał Probierz (260-9 oraz 3 mecze w Bundeslidze w barwach Bayeru Uerdingen i dwa sezony w 2.Bundeslidze), Robert Wilk (294-24; powołany), Jacek Magiera (233-25; mistrz Europy U-16 w 1993 roku),  Piotr Szarpak (202-15, też: epizodycznie w olimpijskiej kadrze Wójcika), Piotr Rocki (291-44 i europejskie puchary [gol z Lens]), Igor Gołaszewski (222-35; lider mistrzowskiej Polonii w 2000 roku), Mateusz Bartczak (Polonia, Amica, Zagłębie, Cracovia; 283-16, etatowy reprezentant młodzieżówek, mistrz Polski z Polonią i Zagłębiem; gość z dobrym huknięciem), Remigiusz Sobociński (202-26 + występy w pucharach; Jerzy Engel się odgrażał, że już mu wysyła powołanie), Jacek Dąbrowski (powołany; 196-16; cztery sezony w greckiej ekstraklasie), Zbigniew Grzybowski (229-38; na koncie miano wicekróla strzelców 00/01), Marek Sokołowski (307-24) i Wojciech Grzyb (302-30)

– napastnicy: Grzegorz Niciński (251-41 i występy w europejskich pucharach), Bogdan Prusek (powołany; 191-32; z Dyskobolią pokazał się w Europie; warto wspomnieć, że to też król strzelców II ligi w 1999 roku), Maciej Bykowski (238-38; mistrz z Polonią, mecze w pucharach oraz zaskakująca kariera w Grecji okraszony efektownym bilansem w barwach Panathinaikosu [6-4; obejrzyjcie bramki tutaj]) i Mariusz Ujek (powołany; 108-19, świetny sezon zakończony wicemistrzostwem Bełchatowa w 2007 roku).

*

Wkrótce zamkniemy cykl ostatnią częścią poświęconą niedoszłym reprezentantom urodzonym w latach osiemdziesiątych (i później).

O wszystkich zawodnikach, którzy byli powołani, ale nie zagrali w meczu kadry oraz wszystkie poprzednie pięć części cyklu o orłach bez orzełka przeczytacie w tej zakładce.

P.

Uciec, żeby żyć. I grać, i stać się kanadyjską gwiazdą

Kanada ma piłkarskiego bohatera! Został nim właśnie 17-letni Alphonso Davies. Ten chłopak to prawdziwy brylant spod znaku klonowego liścia.

hires5dd5862ff4c54b80fec2fed9322eea0a_crop_north

Urodzony 2.11.2000 roku zawodnik nie miał jeszcze ukończonych 16 lat, gdy w barwach Vancouver Whitecaps zadebiutował w lidze MLS (uczynił to dokładnie 17.07.2016). Wciąż był jeszcze piętnastolatkiem, gdy w meczu CONCACAF Champions League zanotował gola i asystę (2:1 z Kansas City Wizards). Kolejne superważne, bo ćwierćfinałowe z RB Nowy Jork (2:0), dorzucił już po zdmuchnięciu świeczek na torcie.

14 czerwca 2017 Davies zadebiutował w dorosłej reprezentacji Kanady (2:1 z Curacao), a w premierowym meczu swojej kadry na trwającym właśnie CONCACAF Gold Cup 2017 (mistrzostwa Ameryki Północnej, Środkowej i Karaibów) strzelił dwa gole reprezentacji Gujany Francuskiej (4:2). Tym samym stał się najmłodszym strzelcem w historii reprezentacji Kanady.

I pewnie w tym wszystkim nie było nic aż tak szczególnego (ot, nie pierwszy i nie ostatni utalentowany dzieciak), gdyby nie przeszłość Alphonso Daviesa. Mroczna przeszłość, rozświetlona surowym kanadyjskim słońcem.

Davies urodził się bowiem w obozie dla uchodźców w Buduburam na terenie Ghany, dokąd jego rodzice uciekli z Liberii przed wojną domową. Mały Alphonso spędził w nim pięć pierwszych lat swojego życia, zanim całej familii udało się przenieść do Kanady. Piękną i poruszającą historię ucieczki przed zniszczeniem i głodem zobaczycie w tym dokumencie.

Tutaj z kolei można zobaczyć filmik z ceremonii przyznania kanadyjskiego obywatelstwa. Po otrzymaniu nowego paszportu mówił:

Nie każdy może powiedzieć, że jest Kanadyjczykiem wiedząc, że to najlepszy kraj na świecie. Jestem dumny, że ja akurat jestem jednym z nich. (…) Tu jest nasz dom. Tutaj dorastałem. I teraz mam możliwość jego reprezentowania.

Jego matka zaś dodawała:

Jestem z niego dumna. Gdzie byliśmy jeszcze kilka lat temu, w obozie dla uchodźców, gdzie nie było jedzenia, nie było ubrań… A gdzie jesteśmy teraz. Tutaj mamy wszystko czego potrzebujemy.

Historia Alphonso Daviesa jest dzisiaj szczególnie ważna. W czasie, gdy uchodźcy pokazywani są często jako siewcy zniszczenia, gwałtu i pożogi warto w nich dostrzec osoby, które chcą po prostu normalnie żyć. I grać w piłkę. Obawiam się, że młoda gwiazda kanadyjskiej kadry nie miałaby szans, ani na jedno, ani na drugie, gdyby „udzielono jej pomocy w miejscu zamieszkania”.

P.

Superpuchary, których… nie było

Dzisiejszym meczem o Superpuchar Polski między Legią a Arką symbolicznie rozpocznie się kolejny sezon ligowy. Kibice przywykli już do takiej formuły tego spotkania. Warto jednak pamiętać, że idea ideą, ale… bywało różnie. Mecz bowiem czasem w ogóle się nie odbywał.

ffndbt73m4q4

Sam pomysł na rozgrywanie Superpucharu Polski zrodził się w 1980 roku. Ówczesne władze PZPN uznały, że konfrontacja najlepszej drużyny w kraju z zespołem, który sięgnął po krajowy puchar może być nie lada atrakcją dla kibiców. Kiedy jednak rywalem Legii Warszawa (zdobywca PP 1980) okazać się miał zupełnie nieoczekiwany triumfator ligi – Szombierki Bytom – z pomysłu się wycofano! Decyzję argumentowano tym, że takie zawody nie spotkają się ze zbyt dużym zainteresowaniem fanów.

Do idei wrócono trzy lata później, czyli w 1983 roku. Wtedy też rozegrano pierwszy w historii Superpuchar Polski. Lechia Gdańsk (zdobywca PP 1983, świeżo po awansie z III do II ligi) wygrała na swoim stadionie z… Lechem Poznań (mistrz Polski 1983). Jedynego gola strzelił Jerzy Kruszyński, który dwa lata później przeniósł się do Kolejorza.

Pomimo frekwencyjnego sukcesu premierowego spotkania (na trybunach zasiadło 15 000 kibiców) na kolejny mecz o Superpuchar trzeba było czekać aż cztery lata (1984-1986). Nikt bowiem nie kwapił się do organizacji kolejnych spotkań. Dopiero w 1987 roku PZPN, na wniosek Kazimierza Górskiego, zadecydowano, że pieczę nad spotkaniem obejmie piłkarska centrala. Mecz odbywać się miał zawsze na tydzień przed rozpoczęciem rozgrywek ekstraklasy i być formą inauguracji sezonu. Honorowym patronem wydarzenia została Fundacja „Gloria Victis” zajmująca się wspieraniem byłych sportowców. Dochód ze spotkania miał wspierać jej właśnie konto. Lokalizacja kolejnych meczów była ruchoma i docelowo trafiała również do mniejszych piłkarskich ośrodków. Wdrożenie tych szlachetnych założeń rozpoczęło się 2 sierpnia 1987 roku, kiedy to Śląsk Wrocław (zdobywca PP) pokonał Górnika Zabrze (mistrz Polski) na stadionie w Białymstoku (2:0). Od tego czasu Superpuchar rozgrywany jest już regularnie, choć i w tym okresie nie brakuje wpadek.

W 1993 roku zaplanowane już spotkanie (miało odbyć się w Radomiu) zostało odwołane z powodu afery „ostatniej kolejki” sezonu 1992/1993. Wtedy to Legia i ŁKS ścigały się w strzelaniu bramek swoim przeciwnikom w korespondencyjnym boju. Za karę obu drużynom unieważniono wyniki ostatniego spotkania oraz nie dopuszczono do występów w europejskich pucharach. Tym samym mistrzem Polski ostatecznie został Lech Poznań, ale jego superpucharowego meczu z GKS Katowice (zdobywca PP) postanowiono już nie rozgrywać.

Początek XXI wieku to trudny czas dla Superpucharu. W 2000 roku z jego współorganizowania wycofała się Fundacja Gloria Victis. Jedynym podmiotem odpowiedzialnym za wydarzenie został więc PZPN. Skutki tej sytuacji szybko zaczęły być widoczne.

W 2002 roku zawody dość niespodziewanie odwołano. Ciekawie zapowiadający się mecz Legii i Wisły miał być toczony na stadionie w Suwałkach. Władze PZPN uznały jednak, że w kontekście MŚ 2002… nie są w stanie znaleźć dla niego dobrego terminu. Padały różne daty, w końcu zdecydowano się na grę na początku września, po czym wycofano się w ogóle z pomysłu rozgrywania spotkania.

Rok później, czyli w 2003 roku, o przeprowadzeniu Superpucharu już w ogóle nie myślano. PZPN uznał, że nie jest zainteresowany organizacją takiego przedsięwzięcia, więc nawet nie poczyniono żadnych przymiarek związanych z jego przeprowadzeniem.

Historię z 2004 roku znają doskonale przede wszystkim kibice poznańskiego Lecha. Do meczu o Superpuchar z pewnością znowu by nie doszło, ale działacze Kolejorza (zdobywcy PP) zaproponowali, aby potraktować w tych kategoriach spotkanie ostatniej kolejki sezonu – właśnie ze świeżo koronowanym mistrzem Polski Wisłą Kraków. Mecz przy ul. Bułgarskiej zakończył się remisem 2:2 i wobec tego arbiter zarządził… konkurs rzutów karnych. Jedyny raz w historii takie wydarzenie towarzyszyło ligowemu spotkaniu.

W 2005 roku powtórzyła się historia z lat 2002-2003. Polska reprezentacja „szykowała się” do MŚ 2006 w Niemczech, a sam PZPN zmagał się ze szczytem afery korupcyjnej. O Superpucharze nikt wówczas nie pomyślał.

Zły los cyklicznego spotkania odmienił się dopiero w 2006 roku. Wtedy to pod swoje skrzydła wzięła go nowo powołana spółka Ekstraklasa SA. Od tego czasu wydarzenie pod zmienioną nazwą Superpuchar Ekstraklasy SA miał toczyć się rokrocznie bez względu na okoliczności. Tak się jednak nie stało.

W 2011 roku zaplanowano, że odbędzie się on na świeżo wybudowanym na EURO 2012 Stadionie Narodowym w Warszawie. Termin oddania obiektu do użytku ciągle jednak przesuwano. Ostatecznie mecz miał być rozegrany… w lutym 2012 roku. Policja jednak zakwestionowała gotowość stadionu na przyjęcie kibiców Legii i Wisły. Dodatkowo same kluby zadeklarowały, że nie są zainteresowane takim spotkaniem rozgrywanym w zimowej aurze, ponieważ kolidowałoby on w ich przygotowaniach do 1/16 Ligi Europy.

Wreszcie w 2013 roku Superpuchar Ekstraklasy również się nie odbył. PZPN argumentował tę decyzję reformą rozgrywek Ekstraklasy zwiększająca liczbę meczów ligowych w sezonie (wprowadzono wtedy podział na grupy mistrzowską i spadkową, po 30 kolejkach rundy zasadniczej) oraz zmianami organizacyjnymi w Pucharze Polski.

Jak widać historia inaugurujących sezon potyczek mistrza Polski ze zdobywcą Pucharu bywa burzliwa. Mimo to dzisiaj wieczorem piłkarze powinni jednak wybiec na murawę.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego Lecha Poznań

P.

Ślizgawka w tropikach

Dokładnie 10 lat temu rosyjski kurort Soczi został wybrany gospodarzem Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2014 roku. Właśnie 4 lipca 2007 roku w głosowaniu podczas 119. sesji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego w Gwatemali wygrał on w drugiej turze wyborów z południowokoreańskim Pjongczangiem, wynikiem głosów 51:47. W pierwszej turze wyeliminowany zaś został austriacki Salzburg.

Same igrzyska to już historia stara, ale ciekawą perspektywę i głosy na temat samego wyboru znalazłem w dwóch książkach-reportażach, które niedawno czytałem.

Książka Wacława Radziwinowicza „Soczi. Igrzyska Putina” (2014)

indeks4

w całości poświęcona jest temu przedsięwzięciu. Warto się z nią zapoznać, tym bardziej, że mieści się w kieszeni i można ją podczytywać nawet w tramwajowym tłoku. O samych okolicznościach wyboru Soczi autor pisze na przykład tak:

W stolicy tego środkowoamerykańskiego państwa Kreml kupił spory budynek. 120-osobowa ekipa sprowadzonych z Moskwy fachowców wykonała tam ekspresowo „jewroremont”, czyli solidny remont, jak to w Europie. Wstawiła też luksusowe meble, a we wspaniałych wnętrzach zaczął działać „Ruski Dom”, w którym karmiono kogo trzeba, pojono, a rosyjscy artyści tańczyli i śpiewali. (…) Do Gwatemali samolot przetransportował aparaturę do produkcji śniegu i lodu. Pod „Ruskim Domem” zrobiono ślizgawkę, na której w 30-stopniowym upale, w krajobrazie rosyjskiej zimy przeniesionym pod palące zwrotnikowe słońce, kręcił piruety mistrz świata w łyżwiarstwie figurowym Jewgienij Pluszczenko. (s. 18)

[…] Moskwa pomagała losowi, czym mogła, hurtem kupując głosy małych państw. Taki na przykład Timor Wschodni (15 tysięcy km2 i 1,2 mln mieszkańców) okazał się tani – premierowi tego państwa Xananie Gusmao wystarczyło to, że Rosjanie przetłumaczyli i wydali tomik jego wierszy „Moje morze”. (s. 20)

Genialny Wojciech Górecki w swojej „Abchazji” (2013)

gorecki_abchazja

igrzyskami zajmuje się mniej, ale na ich temat odbywa ciekawą rozmowę z Ławrikiem Achbą – komendantem suchumskiego portu wojennego i… aktorem teatralnym.

Aktor Ławrik Achba ma olimpiadę w nosie. Chodzi o zimowe igrzyska, które odbędą się w 2014 roku w Soczi. Rzut beretem, z Suchumi to dwie godziny jazdy, z granicy – w ogóle nie ma o czym mówić. Lipcową relację z Gwatemali, gdzie MKOl przyznawał Rosji organizację zawodów, oglądała cała Abchazja. Ławrik też.

Inaczej niż większość rodaków, wcale się nie ucieszył. Wizja turystycznego boomu raczej go przeraziła (Abchazowie natychmiast uznali, że wszyscy kibice przyjadą tu na wycieczkę, a część będzie w Abchazji mieszkać), w eldorado nie wierzył (przeczuwał, że na dostawach abchaskich cegieł, z których, jak ogłoszono, powstaną obiekty olimpijskie, zarobi jak zwykle kilka rodzin). Bał się, że przy okazji Moskwa znowu zamknie granicę albo przeciwnie – tak mocno zacieśni kontakty z Abchazją, że jakakolwiek niezależność stanie się fikcją.

Po decyzji MKOl ceny nieruchomości poszły ostro w górę i rząd zdecydował, że nie można ich sprzedawać obcokrajowcom. Nic to nie dało. Rosjanie, którzy mieli więcej pieniędzy niż miejscowi, dalej brali wszystko jak leci. Jedni załatwiali w tym celu abchaskie obywatelstwo, inni – pełnomocnictwa od formalnego właściciela. Po drodze do Aczandary Ławrik mijał coraz więcej domów z płachtami ogłoszeń: „Sprzedam. Chętnie Rosjanom”.

Krezusi dogadywali się bezpośrednio z rządem. Mer Moskwy Jurij Łużkow kupił w Gagrze sanatorium Ukraina, zmienił nazwę na „Moskwa” i właśnie rozpoczął remont. Kompleks turystyczny w Suchumi i hotel w Oczamczirze przejął biznesmen z Niżnego Nowogrodu. Miliarder Oleg Deripaska w ostatniej chwili wycofał się z kipana jednej z willi Stalina – ale też miał już w ręku wydane „w drodze wyjątku” zezwolenie. Po kilku takich przypadkach Ławrik zrozumiał, że Rosjanie nigdy stąd nie wyjdą. Za dużo by stracili”. (s. 149-150)

Jak wyglądały igrzyska, to już wszyscy wiemy. Nasz polski paradoks polega na tym, że impreza odbywająca się w tak wątpliwych okolicznościach (inna sprawa, że które coraz mniej w ostatnich latach imprez, w przypadku których nie pojawiałyby się problemy natury etycznej) dostarczyła nam tylu miłych wspomnień.

P.