John Moshoeu. Zdejmij buty dla legendy RPA

john_moshoeu_1

„Zmarł John Shoes Moshoeu. Nasz własny Pirlo. Dzięki za wspomnienia” – przeczytać można na Twitterze po śmierci – na raka żołądka – byłego reprezentanta RPA. Każdy te wspomnienia ma inne.

Dla ekspertów z Republiki Południowej Afryki, w tym dwóch uznanych na tym terenie dziennikarzy (Nick Said i Mazola Molefe) – to najlepszy piłkarz kraju od czasu powrotu reprezentacji na arenę międzynarodową. Ich opinie podaje ESPN. „Miał to coś” („robił przewagę” – powiedzielibyśmy pewnie w Polsce). „Nie wyglądał jak ciało obce na żadnym boisku na świecie, nawet w wieku 40-kilku lat”. Faktycznie, pasował – to sprawdzona teza, bo grał w piłkę jeszcze grubo po czterdziestce. Pięćdziesiątki nie dożył, zabrakło kilku miesięcy.

Dla ludzi oglądających go z trybun był tym, dla którego można było głośnie i przeciągle krzyczeć „Shoooooooooooes”. Ci afrykańscy kibice, którzy akurat dysponowali butami, zdejmowali je z nóg i radośnie nimi wymachiwali. Dowodów w postaci filmów z trybun brakuje, ale uwierzyć na słowo trzeba, skoro wśród źródeł są m.in. Encyklopedia Piłkarska Fuji i oficjalna strona Kaizer Chiefs. Gdy tylko John Moshoeu dostawał piłkę pod nogi, na trybunach zaczynało panować szaleństwo.

W sumie, trudno się dziwić: to przecież w dużej mierze dzięki niemu reprezentacja RPA wygrała Puchar Narodów Afryki w 1996 roku, rozgrywany na własnym terenie. John Moshoeu strzelił na nim cztery gole. W premierze z Kamerunem zdobył gola „tylko” na 3:0 („Shoes” nigdy nie krył, że zdobywanie bramek, które nie przesądzają o zwycięstwie to średnio zabawa, a tak w ogóle, to dużo bardziej ekscytujące jest asystowanie przy golach), w ćwierćfinale z Algierią już na 2:1 (tuż przed końcem), a w półfinale z Ghaną – dwa z trzech (3:0). Moshoeu został wybrany do najlepszej jedenastki turnieju. On, ani żaden z kolegów z drużyny nie został wybrany na prezydenta RPA chyba tylko dlatego, że już był nim Nelson Mandela.

Meczów z tamtego zakończonego triumfem RPA turnieju – przyznaję się – prawie w ogóle nie oglądałem. Śledziłem relacje w Gazecie Wyborczej, do tego czasem udało mi się natrafić na urywki w Eurosporcie (nie kojarzę transmisji całych meczów, ale chyba przecież były – były?). Kiedy tylko była okazja, jak zaczarowany patrzyłem na koszulki tamtej reprezentacji RPA – zupełnie inne niż te znane mi z Europy. Zupełnie. 

moshoeu Już wtedy wiedziałem, że najważniejszy jest gość z numerem 10.

Tak, dla mnie John Moshoeu to jeden z tych ważnych piłkarzy z numerem 10 na plecach, których grę w latach 90. podziwiałem – podziwiałem za mało. Puchar Narodów Afryki i trzy nieudane dla Bafana Bafana mecze na mistrzostwach świata we Francji. Mało.

We Francji kadra RPA zawiodła mnie strasznie. Nie wiadomo co by było, gdyby z dala od boiska trzymany był Pierre Issa. Gość nie tylko zaliczył – de facto – dwa swojaki z Francją, ale o ile dobrze pamiętam, ma też na sumieniu podarowanie dwóch rzutów karnych Arabii Saudyjskiej. W tym ostatnim meczu Moshoeu dwoił się i troił, oddał parę strzałów, ale gola nie zdobył.

Najpiękniej strzelał w Turcji, gdzie grał m.in. dla Fenerbahce i dla Kocealisporu, gdzie spotkał Romana Dąbrowskiego (vel Kaan Dobra). Razem z Polakiem zafundowali m.in. pogrom 3:5 Besiktasowi.

moshoeu_dobra_1

Ale najwięcej serca miał dla Kaizer Chiefs. Grając już w Turcji, wybłagał u swojego pracodawcy krótkie wypożyczenie do ojczyzny, bo Kaizer Chiefs akurat grało towarzystko z Arsenalem i Manchesterem United. W wielkim klubie nigdy nie zagrał, ale – jak sam się chwalił, zaczynając karierę szkoleniową – trenował pod okiem takich trenerskich gwiazd jak Franz Beckenbauer, Joachim Loew i Carlos Alberto Perreira.

John Moshoeu raz swoją śmierć przeżył – w lutym na Twitterze pojawiły plotki o jego zejściu ze świata, ale okazały się przesadzone. Tym razem odszedł już naprawdę.

 moshoeu_plot

B.

Jak amatorzy to tylko z Calais

Fantastyczna przygoda Błękitnych Stargard Szczeciński w Pucharze Polski oraz niedawne tragiczne wydarzenia z francuskiego Calais przypomniały mi o jednym z najgłośniejszych karier w Pucharze Francji – drużynie Calais Racing Union Football Club.

W sezonie 1999/2000 ta występująca wówczas w piątej lidze amatorska drużyna dotarła do samego finału Coupe de France!

Sympatyczna drużyna z samiutkiej półfnocy Francji w drodze do finału rozegrała aż dziesięć meczów! Na pierwszy ogień poszły lokalne i regionalne drużyny – Campagne-lès-Hesdin (10:0), Saint-Nicolas-les-Arras (3:1), Marly-lès-Valenciennes (2:1), Béthune (1:0) i Dunkerque (4:0). Później na tapetę trafiły bardziej uznane firmy – Lille (Division 2, 1/32 finału, 1:1, k. 7:6), Langon-Castets (1/16 finału, 3:0) i Cannes (Division 2, 1/8 finału, 1:1, k. 4:1).

Wreszcie rozpędzone Calais przejechało się po ekipach z ekstraklasy. W ćwierćfinale poległ Strasbourg (2:1). W półfinale zaś odstrzelone zostało Bordeaux (3:1). Uwaga! Gole: Jandau 99′, Millien 104′ Gérard 119′ – Laslandes 108′. Totalne szaleństwo! Obejrzyjcie sobie skrót!

I jeszcze wymowna okładka „L’Equipe” po tym spotkaniu.

16512610Dopiero w finałowym spotkaniu o Coupe de France, w obecności 78 000 kibiców na paryskim Stade de France, lepsi od amatorów z Calais okazali się zawodnicy FC Nantes. Szczęście było jednak bardzo blisko. Piątoligowcy prowadzili już nawet, by stracić gola w 50. i 90. minucie! Szczegółową relację z finału znajdziecie tutaj, a poniżej skrót.

Wielki żal i smutek, bo poza fanami Kanarków cała Francja była wówczas za RUFC. Piłkarze z Nantes stanęli okazali się jednak prawdziwymi sportowcami i docenili niezwykłą drogę, którą przemierzył malutki klubik. W dowód uznania dla jego osiągnięć puchar wzniosło dwóch kapitanów – Mickael Landreau z Nantes i Reginal Becque z Calais. A światu została jedna z najpiękniejszych sportowych fotografii ever.

landreau-et-becque_full_diapos_large

Co ciekawe, w sezonie 2005/2006 Calais było blisko powtórzenia sukcesu z 2000 roku. W Coupe de France dotarło ono aż do ćwierćfinału, gdzie jednak odpadło… po meczu z Nantes (1:2)!

Tutaj stronka z materiałami foto z meczów Calais. Tutaj z kolei znajdziecie uroczy film o fantastycznej przygodzie Calais RUFC i o tym, jak żyli nim mieszkańcy Calais.

P.

Szczęśliwa koszulka Samby

W sympatycznym, niegłupim i bezpretensjonalnym filmie „Samba” (nowy obraz twórców kultowych już „Nietykalnych”) ważną rolę odgrywa pewna koszulka. Bardzo konkretna koszulka.

omarsy_senegal_lcs-660x618

Ma ona przynosić szczęście głównemu bohaterowi (i faktycznie przynosi), a z czasem także nie tylko jemu.

Co ciekawe, nazwisko, które pojawia się na koszulce akurat zbyt wiele szczęścia w swojej karierze nie doświadczyło. Jest to bowiem koszulka reprezentacji Senegalu z pamiętnych MŚ 2002 z numerem 10 na plecach, którą nosił Khalilou Fadiga.

fadigaFadiga (ur. 1974) na początku XXI wieku był podstawowym reprezentacji Senegalu. W zespole Lwów Terangi w latach 2000-2008 wystąpił w 37 meczach i strzelił 4 gole (choć zdecydowana większość gier przypada na lata 2000-2003). Błysnął na PNA 2000 (Senegal odpadł w ćwierćfinale) i PNA 2002 (srebrny medal po porażce w karnych z Kamerunem), a później był jednym z architektów awansu kadry na MŚ 2002. Na azjatyckich boiskach zagrał 4 mecze (pauzował z kartki w spotkaniu 1/8 finału ze Szwecją), a w spotkaniu grupowym z Urugwajem (3:3) wpisał się na listę strzelców.

Po niezapomnianym dla Senegalczyków turnieju Fadiga coraz rzadziej pojawiał się w już w reprezentacji (z różnych względów), a z czasem zupełnie z niej wypadł (po 2002 roku nie zagrał już w żadnym turnieju). Legenda jednak pozostała.

Kariera klubowa Fadigi przypomina nieco tę reprezentacyjną – wpisał się w serca kibiców jednego klubu, pozostała działalność można zbyt milczeniem. Jako młodzieżowiec występował w PSG i Red Star 93, ale na szersze wody wypłynął po przenosinach do Belgii. Tam grając w Royal Liege, Lommel i FC Brugge wyrobił sobie niezłą markę (mistrzostwo i superpuchar Belgii 1998 z Brugge). Ba, dzięki małżeństwu z Belgijką nabył on belgijskie obywatelstwo i był brany pod uwagę jako kandydat do kadry Czerwonych Diabłów. Wtedy jednak przeniósł się do francuskiego Auxerre.

Lata spędzone w tym klubie (2000-2003) ta najlepszy czas dla Fadigi. Senegalczyk czuł się tam świetnie, dużo grał, często strzelał, występował w Lidze Mistrzów (poniżej jedyny jego gol w LM; zobaczcie, że drugą bramkę w tym spotkaniu strzelił obecny zawodnik naszej ekstraklasy:)).

Dobre występy na MŚ 2002 zachęciły go do szukania większych wyzwań. Tym sposobem trafił do Interu Mediolan (sezon 2003/2004 bez żadnego występu), a później do zespołów angielskich – Bolton, Derby, Coventry (wszędzie kompletna klapa). Na początku 2008 roku Fadiga wrócił do Belgii, ale był cieniem siebie sprzed lat. Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia zakończył profesjonalną karierę. Próbował jeszcze kopać w Katarze i niższych ligach belgijskich, ale już nic z tego nie wyszło.

Warto także przypomnieć mrożące krew w żyłach wydarzenia z czasów jego występów w Boltonie. Podczas jednego z meczów piłkarz miał atak serca i dopiero użycie defibrylatora przywróciło go do świadomości. Co ciekawe, piłkarz, pomimo interwencji medycznej koniecznie chciał kontynuować udział w zawodach.

W ostatnich latach słychać o nim było, gdy Bruno Metsu namaścił go w 2009 na kolejnego selekcjonera Senegalu (Fadiga jednak nim nie został) oraz gdy Fabrice Muamba dostał ataku serca na boisku (Fadiga opowiadał wówczas o swoich doświadczeniach). Od 2010 roku jest ekspertem belgijskiej telewizji RTBF. Pracował z nią na MŚ 2010 i 2014 oraz na EURO 2012.

O koszulce Fadigi i jej roli w filmie można poczytać również tutaj i tutaj (po francusku).

P.