Gdy Raul mógł poczuć się najlepszym na świecie

raul

Dziwnie Raul wygląda bez siódemki, tak jak dziwnie wyglądał w koszulce Schalke, Al-Sadd, a teraz będzie wyglądał w w Cosmosie Nowy Jork, Siódemka w Realu Madryt była jego od trzeciego sezonu gry w pierwszej drużynie. Nie oddał numeru 7 nawet po przyjściu do drużyny Cristiano Ronaldo, który na początku w Realu musiał z CR7 stać się CR9. Wcześniej Raul biegał sobie z „17”, a pierwszy raz biegał dokładnie 20 lat temu. 28 października Raul zadebiutował w Realu Madryt. Królewscy przegrali wtedy 2:3 w Saragossie, Mecz gospodarzom wygrał Juan Esnaider (do spółki z Gusem Poyetem – składy tutaj), który sezon później grał w Realu (i to z „siódemką”), a sytuacjami z tego spotkania można by obdzielić cały sezon ekstraklasy.

Z okazji 20. rocznicy od debiutu napastnika Real wręczył mu przed El Clasico koszulkę z nr 20. Od siebie dorzucam krótką notkę. Jeden Z Moich Ulubionych Piłkarzy Z Gatunku „Wygrał Mniej Niż Powinien” zwyczajnie sobie na to zasłużył. Tak, jak zasłużył na Złotą Piłkę.

Czy najlepszy strzelec w historii Ligi Mistrzów (wciąż) i Realu Madryt mógł czuć się niespełniony? Nie tylko mógł, ale nawet powinien.

Symbolizuje hiszpańskie „graliśmy jak nigdy, przegraliśmy jak zawsze”. A jeśli nie on sam, to jego przestrzelony rzut karny, w ostatniej minucie ćwierćfinału najwspanialszego turnieju w historii, Euro 2000. Albo mecz z Koreą Południową dwa lata później, w którym nie mógł zagrać przez kontuzję. Powtarzał – m.in. w rozmowie z Dariuszem Wołowskim w Gazecie Wyborczej (cytuję ją też niżej) – „moim największym piłkarskim marzeniem jest wygrać mistrzostwo świata albo mistrzostwo Europy”.

Nic z tego. Raul Gonzalez Blanco nigdy tego nie dokonał. Słów Ikera Casillasa, który przysięgał, że wspomnień z finałów Ligi Mistrzów nie sposób w ogóle porównać z ekscytacją finałem mistrzostw narodowych, nie musiał nawet w gazecie czytać. Po prostu to czuł.

Gdy Iker wznosił dwa razy Puchar Henriego Delaunaya, przedzielając to dźwiganiem Pucharu Świata, on siedział w fotelu przed telewizorem, raczej w domu niż w knajpie. Może nawet miał ochotę znów się upić, tak jak upijał się po pierwszych golach w Realu, a przed skończeniem dwudziestki. Dobrze, że z alkoholem i dyskotekami skończył – wziął się w garść i doszedł z Realem na absolutny szczyt. Dwa razy.

raul_gonzalez_-_real_madrid_-_mundicromo_-_1994_1

– Marzyłem, że może kiedyś będę w pierwszym składzie, ale to wszystko spełniło się nieprawdopodobnie szybko. Sam się dziwię. Kiedy jednak dostałem szansę, uczepiłem się jej jak rzep. W każdym kolejnym meczu chciałem grać lepiej, udowadniać coś. Potem czułem się coraz ważniejszy w drużynie i udało się. Po półtora roku wszyscy byli oczarowani, że w Realu pojawił się młody talent. A potem przyszła presja i wymagania, żebym w każdym meczu błyszczał. Nie byłem po prostu w stanie. I pojawiła się ostra krytyka, czasem ciosy poniżej pasa. Ale cieszę się, że przez to przeszedłem. Na początku wszyscy poklepywali mnie po plecach, więc naiwnie wierzyłem, że jestem dzieckiem szczęścia i wszyscy mnie kochają. Potem w trudnych chwilach nauczyłem się odróżniać przyjaciół od tych, którzy uśmiechają się tylko wtedy, gdy strzelam masę goli. I dziś, gdy zdarza się słabszy moment, nie wpadam w panikę.

„To takie ładne dziecko, którego spojrzenie topi lód w najzimniejszych sercach. Uwierzyłbyś mu w każde jego słowo i powierzył wszystkie pieniądze” – napisał pewien hiszpański dziennikarz (cytuję znów za Dariuszem Wołowskim).

el_talento

Nie wiem jak z pieniędzmi, ale Raulowi na pewno uwierzyli dwaj obrońcy brazylijskiego Vasco da Gama. I dali się oszukać. Po długim podaniu i przyjęciu piłki w polu karnym napastnik zwodem najpierw położył na ziemi jednego, w mgnieniu oka drugiego i ustalił wynik na 2:1. 1 grudnia 1998 roku Real Madryt został najlepszą drużyną klubową świata, a Raul został wybrany najlepszym piłkarzem meczu o Puchar Interkontynentalny. Tego jego gola chyba najbardziej lubię – buty Raula i puchar Toyoty można zobaczyć w klubowym muzeum i na tym blogu.

Czy najlepszy strzelec w historii Ligi Mistrzów i Realu Madryt mógł czuć się niespełniony? Mógł, ale akurat nie tego dnia.

 B.

Eksperyment Perugia

Wiele lat przed tym, jak europejskiej kluby stały się zglobalizowanymi przedsiębiorstwami, był pewien człowiek, który miał wizję drużyny zbierających zawodników z najodleglejszych krańców świata. Nazywał się Luciano Gaucci i był właścicielem włoskiego klubu Perugia Calcio.

Gaucci objął władzę w Perugii w 1991 roku. Klub był wtedy w Serie C. W 1994 roku awansował do Serie B, a w 1996 do Serie A. Ten znany piłkarski działacz, biznesmen, miłośnik wyścigów konnych i pięknych kobiet postanowił uczynić z zarządzanej przez siebie drużyny organizm w wyjątkowy sposób międzynarodowy. Idea, która mu przyświecała była następująca: ściągać najlepszych zawodników z bardzo odległych i zarazem egzotycznych rejonów świata. Cel? Przede wszystkim marketingowy (kibice-turyści z całego świata oraz szum w mediach), a jak się uda, to i sportowy (z tym bywało już różnie).

W 1996 roku do zespołu trafili piłkarze spoza Włoch: Holender Michel Kreek, Chorwat Milan Rapajic, Serb Bratislav Mijalkovic, Norweg Peter Rudi i Brazylijczyk Muller.

W 1997 roku – Argentyńczycy Juan Carlos Docabo i Fernando Pandolfi, Senegalczyk Diaw Doudou oraz z Europy – , Duńczyk Thomas Thorningen i Szwajcar Massimo Lombardo.

W 1998 roku – Paragwajczyk Paulo da Silva, Australijczyk Diego Pellegrini, Urugwajczyk Martin Rivas, Japończyk Hidetoshi Nakata i Ekwadorczyk Ivan Kaviedes; do tego „oryginalni” – Fin Mika Lehkosuo oraz Portugalczyk Hilario Leal.

W 1999 roku – Chilijczyk Hector Tapia oraz Rosjanin Dimitrij Alejniczew, Francuz Ibrahim Ba i Belg Dani Garcia.

W 2000 roku – Koreańczyk Ahn Jung-Hwan, Chińczyk Ma Mingyu, Brazylijczyk Ze Maria i Argentyńczycy Pablo Guinazu i Claudio Paris oraz Grek Zisis Vryzas.

W 2001 roku – Irańczycy Ali Samereh i Rahman Rezaei, Nigeryjczyk Chris Obodo, Urugwajczyk Fabian O’Neil, Argentyńczyk Nicolas Cinalli, Brazylijczyk Samuel, Kolumbijczyk Oscar Cordoba oraz Belgowie Denis Dasoul, Donovan Maury, Fabian Jacquemin oraz Grek Traineros Dellas (w kadrze zespołu jest wówczas 16 obcokrajowców).

W 2002 roku – Australijczyk Zeljko Kalac, Brazylijczyk Tiago Calvano oraz Grek Konstantinos Loumpoutis, Rumun Adrian Nalati i Belg Raphael Galeri.

W 2003 roku – Argentyńczycy Carlos Arano, Felix Benito i Juan Turchi, Senegalczyk Ferdinand Coly, Malijczyk Souleymane Diamoutene, Brazylijczyk Fabiano, Iworyjczyk Christian Manfredini, Urugwajczyk Marcelo Zalalyeta i słynny Libijczyk Al-Saadi Kadafi oraz Grek Vangelis Nastos, Rumun Paul Codreai Anglik Jay Bothroyd (16 obcokrajowców w kadrze).

W 2004 roku – Marokańczyk Jamal Alioui, Libijczyk Jehad Muntasser i Brazylijczycy Ferreira Pinto i Guly oraz Hiszpan De Pedro i Czech Jaroslav Sedivec.

W 2005 roku – Kameruńczyk Antonio Ghomsi, Iworyjczyk Drissa Diarra i Kanadyjczyk Andrea Lombardo oraz Albańczyk Florian Myrtaj i Francuz Christian Copel.

W 2004 roku Perugia spada z Serie A. Rok 2005 to moment wielkiego krachu. Gospodarujący lekką ręką Gaucci bankrutuje, a wraz z nim bankrutuje klub. Biznesmen ucieka na Dominikanę, a Perugia ląduje w Serie C1.

Trzeba przyznać, że okres 1996 – 2004 to wyjątkowo barwny okres w dziejach klubu. Drużyna była w lidze włoskiej takim cudem na kiju, które nigdy nie wiadomo kiedy zaskoczy, a kiedy rozbawi. Dość przypomnieć historię z 2002 roku, kiedy to Gaucci obraził się na swojego zawodnika Ahn Jung-hwana za to, że ten na MŚ 2002 strzelił gola Włochom. Prezes stwierdził, że „nie ma zamiaru płacić pensji komuś, kto rujnuje włoski futbol”. Później odwoływał swoje słowa, ale wtedy to już piłkarz się obraził i drogi obu panów się rozeszły.

Same wyniki ekipy bywały raz lepsze, a raz gorsze. Oto one: 1996/1997 – 15. miejsce i spadek; 1997/1998 – 4. miejsce w Serie B i awans; 1998/1999 – 14. miejsce; 1999/2000 – 10. miejsce (plus trzecia runda Pucharu Intertoto); 2000/2001 – 11. miejsce (plus druga runda Pucharu Intertoto); 2001/2002 – 8. miejsce; 2002/2003 – 9. miejsce (półfinał Pucharu Włoch plus trzecia runda Pucharu Intertoto); 2003/2004 – 15. miejsce i spadek do Serie B (plus zwycięstwo w Pucharze Interototo i trzecia runda Pucharu UEFA). 2005 – bum!

Niewątpliwą korzyścią z takiego międzynarodowego konceptu była promocja kilku – jak się okazało później – świetnych piłkarzy, takich jak Kaviedes (dziś jego 37. urodziny, a to ten właśnie fakt natchnął mnie do popełnienia niniejszego wpisu),

Rapaic

czy oczywiście Nakata.

Trzeba też dodać, że przez te kilka lat w składzie Perugii pojawiło się kilku ciekawych piłkarzy z Włoch – Materazzi, Liverani, Amoroso, Grosso, Miccoli, Ravanelli, Baronio, czy Blasi.

Z drugiej strony, jak widać na powyższej liście, zdecydowana większość grajków okazała się zwykłym szrotem, którzy w Perugii zabawili nie dłużej niż rok. Na dodatek ich ilość zniszczyła budżet i doprowadziła klub do upadku. Dopiero w 2014 roku zespół awansował do Serie B.

Perugia stanowi dla mnie wyjątkowy przykład spalonego podejścia w myśleniu o globalnej piłce. W chwili, kiedy nikogo już nie dziwi fakt, że w angielskiej drużynie na boisku nie biega żaden Anglik, wydawać może się ona zabawnym ekscentryzmem. Jednak pamiętać należy, że tak masowe ściąganie zagranicznych zawodników to w zasadzie dopiero pierwsza dekada XXI wieku, a przedtem robili to tylko nieliczni (np. Chelsea).

Gaucci miał pomysł, ale kiepsko mu poszło z wykonaniem. Dlatego dziś mówi się o jego drużynie jak o anegdocie, a nie jak o pionierach.

P.

New York Cosmos – reaktywacja

Z sympatią przyjąłem informację o przenosinach Raula Gonzaleza do New York Cosmos. Reaktywacje, a raczej – reinkarnacje, starych zasłużonych dla futbolu firm, to jednak jest coś, co warto wspierać.

New York Cosmos to jeden z pionierów i zarazem największych propagatorów soccera w USA. Powstał w 1971 roku jako nowojorska odpowiedź na rosnącą popularność piłki kopanej i rozwój ligi NASL (North American Soccer League). Działalność klubu od razu pomyślana została z przytupem, bo dwójka bogatych założycieli ekipy – dwóch Amerykanów tureckiego pochodzenia: bracia Ahmet i Nesuhi Ertegunowie – szybko zaczęła ściągać do drużyny największe gwiazdy światowej piłki. Na początku były to asy lokalne, jak Randy Horton, reprezentant Bermud (to w ogóle ciekawa postać – Horton od stycznia 1998 jest posłem Parlamentu Bermudzkiego i zasiadał w tamtejszych Ministerstwach Spraw Wewnętrznych, Sportu, Edukacji, Pracy, Środowiska i Bezpieczeństwa Publicznego; w zeszłym roku został wybranym marszałkiem Izby Zgromadzenia).

W 1975 roku zespół zasilił legendarny Pele (tutaj film z jego debiutu), a rok później dołączył do niego Włoch Giorgio Chinaglia (jedyny zawodnik, który mógł krytykować Pelego i skrzętnie z tego korzystał).

W 1977 roku i później do drużyny dołączyli były kapitan Brazylii, Carlos Alberto Torres oraz Rivelino, były kapitan Niemiec Franz Beckenbauer, słynni Holendrzy Johan Neeskens i Wim Rijsbergen, Jugosłowianin Vladislav Bogicević, słynny Paragwajczyk Julio Cesar Romero czy Włoch Giuseppe Wilson.

Efekt? Pięć tytułów mistrzowskich! NY Cosmos zwyciężało w NASL w latach 1972, 1977, 1978, 1980 i 1982. Do tego cieszył się bezprecedensową popularnością (po 40 tysięcy kibiców na meczach, co jak na soccer w USA jest świetnym wynikiem), a jego mecze były transmitowane w najlepszym paśmie antenowym. Polecam poniższy filmik, gole padają naprawdę kosmiczne.

Upadek drużyny pokrył się z upadkiem całej ligi. Początek lat osiemdziesiątych to odwrócenie się telewizji od piłki nożnej (np. finał z 1981 roku był retransmitowany z wielogodzinnym opóźnieniem), a także niewydolność finansowa samego Cosmosu. Z finansowania ekipy wycofali się bracia Ertegunowie, a w zespole próżno już było szukać gwiazd światowego formatu. W 1984 roku NY Cosmos nie zakwalifikował się nawet do fazy play-off. Wtedy też zlikwidowano całą ligę NASL. Przez rok drużyna grała jeszcze w lidze halowej (Major Indoor Soccer League.), a w 1985 roku została ostatecznie rozwiązana.

W 2010 roku klub reaktywowano (choć formalnie – bez prawa do historii wielkiej drużyny z 70-80 lat). W akcję tę włączyli się byli zawodnicy zespołu, tacy jak Chinaglia (zmarły niedawno; dobry tekst o nim tutaj), Carlos Alberto czy Pele. Aktualnie team występuje on na drugim poziomie rozgrywek (nowa North American Soccer League, szczebel pod MLS, a szczebel nad USL Pro), choć ma ambicje na grę w MLS. Zasady awansu (a w zasadzie włączania) do amerykańskiej ekstraklasy są jednak bardzo uznaniowe (a niekoniecznie czysto sportowe) i pomimo zeszłorocznego zwycięstwa w Soccer Bowl NY Cosmos nie przebił się do najwyższej klasy rozgrywkowej.

Trenerem drużyny jest Wenezuelczyk Giovanni Savarese, a w jej składzie można znaleźć takich piłkarzy jak Marcos Senna czy Danny Szetela. Wkrótce dołączy do nich Raul.

Przy tej okazji jeszcze kilka ciekawostek:

* O NY Cosmos epoki Pelego nakręcono jeden z lepszych w historii filmów dokumentalnych w tematyce futbolu. To „Once in a Lifetime: The Incredible Story of the New York Cosmos„. Bardzo bardzo polecam, bo to nie tylko historia drużyny, ale również pewnej epoki.

* Tutaj z kolei ciekawy tekst o złotej drużynie.

* Według obecnych władz MLS główną przeszkodą w awansie NY Cosmos jest.. kiepski stadion zespołu. Brzmi znajomo?

* Tutaj znajdziecie stronę drużyny. Stylowa, można też kupić sobie retro koszulki. Numery 9 i 10 zastrzeżone (Chinaglia i Pele).

* Mało kto wie, że członkami pierwszej drużyny NY Cosmos (rocznik 1971) było dwóch Polaków – bramkarz Konrad Kornek (15-krotny reprezentant Polski, były gracz Odry Opole i Legii Warszawa; my o nim wspominaliśmy tutaj) oraz obrońca Karol Kapciński (Górnik Zabrze i Śląsk Wrocław; Mistrz Polski [1963, 1964, 1971], Puchar Polski [1969, 1970]). Później byli to jeszcze Bronisław „Jerry” Sularz (grał razem z Pelem), Dieter Zajdel (kapitalny tekst o nich tutaj) oraz Władysław Żmuda i Stanisław Terlecki (1984).

* Przy okazji – pierwszy królem strzelców NASL (1968) był reprezentant Polski – Janusz Kowalik (były gracz Cracovii i klubów holenderskich)

* Tutaj znajdziecie kompleksowe zestawienie wszystkich zawodników NY Cosmos z lat 1971 – 1985.

* Na cześć NY Cosmos powstała w Polsce drużyna… Cosmos Nowotaniec (założony w 1947 roku, ale nazwę zmieniono w 1977). Obecnie gra w IV lidze podkarpackiej. Poza tym Cosmosy mamy także w Józefowie, Juszczynie, Milikowie i Radzimowie.

P.

Wielka Polska. Inna niż z Wembley, inna niż z Portugalią

Kliknij, jeśli chcesz powiększyć zdjęcia. Na pewno chcesz.

Urodziłem się w 1987 roku, więc w porównaniu do urodzonych w np. 1917 roku, na zwycięstwo z Niemcami czekałem stosunkowo krótko. Grunt, że wszyscy się go doczekaliśmy, co przecież wydawało się równie mało możliwe jak to, że nasz kraj zorganizuje mistrzostwa Europy czy pobuduje piękne stadiony, jak ten najpiękniejszy – Narodowy.

Tym niemniej, bardzo, ale to bardzo długo nie mieściło mi się w głowie, że Polska może pojechać na mistrzostwa świata czy Europy. Wydawało mi się, że już tak zostanie, że już na zawsze ostatnim golem Polaka na mundialu będzie ten Włodzimierza Smolarka w Meksyku, rok przed moim wyjrzeniem na świat. Co prawda już pierwsze moje świadome kibicowsko eliminacje, za Henryka Apostela, obfitowały w emocje (do dziś drżę oglądając skrót z Parc de Princes), ale kończyło się tylko na remisach, ze wspaniałą Rumunią z Gheorghe Hagim i lada moment wspaniałą (mistrzowską!) Francją. A ostatecznie wyszło żenująco, z czerwonymi kartkami i 1:4 w Bratysławie.

Potem był Antoni Piechniczek i chyba najlepszy pod względem gry przegrany mecz reprezentacji Polski jaki widziałem, jaki odbył się za mojego życia. Prawie dokładnie 18 lat temu, w 18. urodziny mego brata (jeszcze raz, wszystkiego najlepszego, brachu!), Polska zagrała na Wembley z Anglią. Gola Citki wszyscy pamiętamy, jasne, te Shearera z rolą Andrzeja Woźniaka też. Ale czy wszyscy pamiętamy jak świetnie, jak bez kompleksów radzili sobie wtedy Polacy? Jak długimi momentami prowadzili grę, jak zakładali Anglikom – chyba najlepszym w ostatnich 20 latach – siatki, jak nie tylko Citko, ale też Piotr Nowak i zmarły nie tak dawno Henryk Bałuszyński robili z nich wiatraki? Wideo ze skrótem, choć obszerne, tę swobodę w grze nie do końca oddaje (choćby akcja bramkowa jest pokazana od końcowej fazy), więc – żeby nie było, że upiększam wspomnienia, jak to z dzieciństwem bywa – oto fragmenty relacji Roberta Błońskiego dla Gazety Wyborczej.

„Goście prowadzili atak pozycyjny, wygrywali pojedynki jeden na jednego. W ostrych starciach odbierali piłkę Anglikom i kontratakowali. Swobodnie i dobrze grali Citko, Bałuszyński i kierujący grą Piotr Nowak. (…) Słabo grał z kolei lider Anglików Paul Gascoigne. 80 tys. angielskich kibiców siedziało w ciszy. Na Wembley słychać było fanów z Polski (…) W pierwszej połowie Polacy byli przy piłce przez 53 proc. czasu gry”.

Alan Shearer: – Polacy bardzo nas zaskoczyli. Byli znacznie lepsi, niż oczekiwaliśmy.

Stuart Pearce: – Niespodziewanie mieliśmy w obronie wiele pracy.

Selekcjoner Glenn Hoddle: – Defensywa była dziś najbardziej zapracowaną formacją w naszym zespole.

Anglia – Polska 2:1

14 strzały 16

6 celne strzały 8

9 faule 19

7 rzuty rożne 8

5 spalone 1

0 żółte kartki 1 

Podkreślam statystyki strzałów, gdyby relacja była za mało dobitna. Polacy zagrali kapitalnie z jedną z czterech najlepszych ekip dopiero co zakończonego Euro 1996. Cóż z tego, skoro przegrali.

Oczywiście, bardzo doceniam awanse na mistrzostwa świata i reprezentacji Jerzego Engela i ekipy Pawła Janasa, ale to dopiero kadra Leo Beenhakkera wspięła się na absolutny szczyt, na światowy poziom w spotkaniu z Portugalią w 2006 roku. Portugalczycy chyba wcześniej wymodlili sobie w Fatimie uniknięcie totalnego blamażu, bo Polacy zamiast tylko 2:1, powinni spokojnie wygrać 3:0 czy 4:0. To był Polski Mecz Nad Meczami XXI wieku, którego niesamowitą, symboliczną sceną był kanał, jaki Simao Sabrosie założył Grzegorz Bronowicki.

Zwieńczeniem ciemnych wieków, które następnie nastały było – już zawsze będę do tego wracał – Euro 2012, przegrane w najboleśniejszy z możliwych sposobów, po rozbudzonych nadziejach.

Jadąc na mecz z Niemcami nie spodziewałem się ani wygranej, ani nawet przyzwoitej gry, ledwo miesiąc wcześniej widziałem z trybun kopaninę z Gibraltarem w pierwszej połowie. Wiara kibica, zwłaszcza polskiego kibica, jest jednak najwyższym stadium wiary irracjonalnej, nie popartej logicznymi przesłankami w sposób skrajny. Na 10 meczów z Niemcami, z takim przebiegiem gry, Polacy powinni przegrać siedem i może z dwa zremisować. Ale teraz zdarzył się ten jeden, bo goście w biało-czerwonych strojach zachowywali się jak wojownicy, ale i jak bezwzględni (jak Niemcy!) egzekutorzy, którzy daną szansę wycisnęli jak komornik wyciska cytrynę. Mieliśmy też zwyczajnie fuksa, nie czarujmy się, ale przecież raz-kiedyś można go mieć, prawda? Bo przecież ile razy się może zdarzyć, że Thomas Muller jedzie autostradą na bramkę, ale zamiast piątego wrzucony ma trzeci, może czwarty bieg? W ogóle strach sobie przypominać, ile chwilami miejsca mieli momentami Niemcy.

Będę szczery – dopóki Sebastian Mila nie strzelił drugiego gola, miałem czarne myśli, jak czarny jest niemiecki orzeł. Za mocno kibicowską psychikę połamali mi Niemcy 2006 i Austria 2008 golami w ostatnich minutach, bym przy 1:0 z nowymi mistrzami świata uznawał minimalne prowadzenia za wystarczające. Tak naprawdę dziwię się, że po poprzeczce Podolskiego nie zacząłem palić ćmików (a tego nigdy nie robię, bo przecież strasznie śmierdzą, a do tego się umiera). Ale Robert Lewandowski odpędził przeszkadzającego mu obrońcę Durma jak namolną muchę (na zdjęciu akurat z drugim z bocznych defensorów)…

 Polska - Niemcy 2:0. Robert Lewandowski

podał, a Sebastian Mila strzelił, jak cudownie on strzelił! A potem była przepiękna scena, którą jakimś cudem udało mi się uchwycić.

 Polska - Niemcy 2:0. Sebastian Mila cieszy się po drugim golu

Teraz jeszcze chodzi o to, by ten mecz był początkiem rozwoju a nie jednorazowym – choć szczytowym – wyskokiem. By tak jak Wembley ’73 zbudowało ekipę Kazimierza Górskiego, a Kijów, Oslo i Chorzów budowały ostatnie awanse, tak ten mecz był początkiem. Strach jest. Ale przynajmniej do pierwszego gwizdka meczu ze Szkocją, cieszmy się z tego zwycięstwa jak Polska długa i szeroka.

B.

Maratoński genderyzm

Już za 2 dni 15. Poznań Marathon, a na jego starcie stanie około siedmiu tysięcy biegaczy. Będą wśród nich zarówno mężczyźni, jak i kobiety, co jeszcze pół wieku temu było trudne do zaakceptowania przez część społeczeństwa.

Pierwszą kobietą, która pokonała dystans maratoński była Roberta „Bobbi” Gibb. W 1966 roku przebiegła ona Maraton Bostoński (organizowany od 1897 roku!), ale… nie została oficjalnie sklasyfikowana jako uczestniczka zawodów. Nie mogąc bowiem normalnie startować podłączyła się do biegaczy chwilę przed startem. Powód? Kobiety nie mogą startować w maratonie. Dlaczego? Bo kobiety nie biegają, tylko siedzą w kuchni. Gibb chciała sobie pobiec? OK. Ale niech wie, że robiła to na własną rękę, „obok” imprezy (o Gibb czytajcie też tutaj, tutaj i tutaj).

Pierwszą kobietą, która została „oficjalnie” zgłoszona do udziału w maratonie (również bostońskim) i ukończyła zawody była Kathrine Switzer w 1967 roku.

 

Musiała w tym celu posłużyć się jednak pewnym wybiegiem. Otóż zapisała się na listę startową jako nie budzący podejrzeń „K.V. Switzer”. Nikt nie protestował, więc maratonka mogła „legalnie” przystąpić do biegu. Sprawa jednak wyszła na jaw i wokół zawodniczki zrobił się szum. Nieprzychylność gawiedzi była tak duża, że nawet podczas samego biegu próbowano zedrzeć jej numer i zepchnąć ją z trasy (co ciekawe akcję tę podjął inny były biegacz – Jock Semple)!

Mimo to bieg ukończyła (czas: 4 godz. 20 min.) i dziś – podobnie jak Bobbi Gibb – jest legendą (o Switzer poczytajcie też na jej stronie i tutaj). Również organizatorzy Maratonu Bostońskiego dali za wygraną i od 1972 roku kobiety mogą normalnie brać udział w zawodach.

Historia udziału kobiet w maratonie to dla mnie piękna ilustracja „ideologii gender”, czy też jeszcze bardziej przerażającego „genderyzmu”, którym to straszą innych niedouczone (albo zwyczajnie cyniczne) zastępy stróżów porządku moralnego. Kiedyś rolą chłopca było „biegać!”, a dziewczynki „nie biegać! sprzątać! gotować!”. Genderystyczna bestia wychyliła jednak swą paskudną głowę z ciemnych czeluści i kobiety zaczęły stawać na starcie maratonu.

Upadek moralny i agonia społeczeństwa cywilizowanego człowieka trwa, końca nie widać.

P.

Alex-sjan

Choć sprawa nie jest zupełnie świeża, to piszę o niej, żeby nie umknęła gdzieś w nawałnicy newsów. Otóż w najbliższych meczach el. EURO 2016 z Serbią i Francją w barwach Armenii ma szansę wystąpić Alex Henrique Da Silva, czyli po prostu ALEX (ur. 1982).

Jak można się łatwo domyślić, Alex nie jest Ormianinem z dziada-pradziada. Wręcz przeciwnie. W okolice Kaukazu przybył dopiero jako 24-latek, w 2006 roku. Miał już wtedy na koncie przygodę w brazylijskich ligach juniorskich, epizod w tamtejszej Serie A (4 mecze) i występy w niższych klasach rozgrywkowych (Botafogo Ribeirao Preto i Sao Carlos FC). W Armenii zasilił zespół Mika Asztarak. Tam osiągnął swój pierwszy sukces – Puchar Armenii 2006. W 2008 roku został wypożyczony do rosyjskiej Wołgi Uljanowsk. W 2009 roku wrócił i wywalczył z Miką wicemistrzostwo Armenii. W 2011 roku zdobył swój drugi puchar kraju, a w sezonie 2012/2013 wywalczył swoje drugie wicemistrzostwo kraju.

Choć w innych miejscach tego bloga (patrz: post scriptum tekstu) opisywaliśmy procesy błyskawicznych ormiańskich naturalizacji, to Alex swoje nowe obywatelstwo otrzymał dopiero w 2012 roku (nie był dość dobry?). Dodatkowo, jeszcze chwila minęła, zanim doczekał się powołania do reprezentacji. W nowej kadrze zadebiutował dopiero 27 maja 2014 w wygranym 4:3 towarzyskim meczu z ZEA, rozegranym w Carouge (Szwajcaria) (od 88. minuty). Drugi swój występ dorzucił cztery dni później – tym razem było już to pełne 90 minut w meczu z Algierią (1:3).

Był także powoływany na kolejne mecze kadry (m.in. eliminacyjny mecz z Danią), ale więcej na boisku się już nie pojawił.

Dodam tylko, że drugim „Brazylijczykiem” w reprezentacji jest Pizelli (ur. 1984; w lidze armeńskiej w latach 2006-2011; w reprezentacji od 2008 do dziś; łącznie 37 meczów i 4 goli).

Ormianie kiedyś już mieli pomysł na szybkie dozbrajanie swojego składu, ale, jak część z nas może pamięta, nic z tego dobrego nie wyszło. Dlatego też dziwi, że dziś, kiedy reprezentacja Armenii jest chyba silna jak nigdy (Mchitarjan, Manuczarjan, Mowsisjan, Ozbiliz, Ghazarjan), tamtejsze władze decydują się na takie niewyszukane pomysły. Dość przecież powiedzieć, że w eliminacjach do MŚ 2014 Ormianie zremisowali z Włochami (2:2), wygrali z Bułgarią, z Czechami i z Danią (4:0!). Oczywiście tradycyjnym problemem jest nierówna forma drużyny (porażka z Maltą u siebie!), ale wydaje się, że reprezentacja Armenii jest na dobrej drodze i nie trzeba jej dodatkowo sztucznie dopingować. Być może to pomysł nowego selekcjonera – Szwajcara Bernarda Challandesa (od lutego 2014), być może odżyły stare idee, ale mając na uwadze liczbę obcokrajowców występujących w lidze armeńskiej, to należy spodziewać się kolejnych powołań.

P.

Czytaj także:

Mały Jura ucieka przed wielkim zabijaniem

Na brzegu rzeki Kubań usiadł Aras i dumał

W cieniu zagłady

Ciemnoskórzy pionierzy europejskich reprezentacji. Cz. 10. Armenia i inne

Apoula Edel – czarnoskóry bramkarz reprezentacji Armenii

Peruwiański wyjątek

Różnie układają się losy zagranicznych zawodników, którzy opuszczają polską ligę wyproszeni zwykle przez klubowych zarządców. Często piszemy tutaj o piłkarzach, na których nie poznano się nad Wisłą, a później robili oni ciekawe kariery. Wystarczy wspomnieć o Paulinho, Rodrigao czy innych (i tutaj też o nich piszemy). Jednak zdecydowana większość grajków pogoniona z polskich klubów ląduje w coraz to gorszych klubach, by wreszcie usiąść na jakichś futbolowych mieliznach. Oczywiście każdy przypadek należy traktować osobno, ale jeśli miałbym jednak wskazać na pewien zbiorowy wyjątek od tego mechanizmu równi pochyłej, to byliby to… PERUWIAŃCZYCY.

Nie wiem w czym rzecz, ale zawodnicy z tego południowoamerykańskiego kraju często mieli problemy, aby pokazać pełnię swoich umiejętności w polskiej ekstraklasie. Mimo to, po powrocie do swojej ojczyzny, niemal w komplecie, zostawali gwiazdami ligi, a często także brylowali w reprezentacji.

Najlepszym przykładem jest chyba Michael Guevara (ur. 1984).

Wiosną 2009 roku trafił on do Jagiellonii Białystok. Łapał się w niej jednak do Młodej Ekstraklasy, a w seniorskich rozgrywkach rozegrał raptem trzy mecze (dokładniej – trzy ogony). Wrócił więc do kraju i w każdym swoim kolejnym zespole był jednym z liderów, zwykle z numerem „10” na plecach. Od 2011 roku występuje w reprezentacji Peru. Rozegrał w niej 13 meczów, w tym cztery na Copa America 2011, gdzie ze swoją drużyną wywalczył brązowy medal!

Nieco podobnie ułożyły się kariery dwóch zawodników, którzy jesienią 2007 roku wspólnie zaliczyli spalone podejście pod GKS Bełchatów – Jhoela Herrery (z lewej, ur. 1980) i Alexandra Sancheza (z prawej, ur. 1984).

Herrera trafił do Bełchatowa jako gracz znanego Club Alianza Lima, a także w glorii świeżo upieczonego reprezentanta kraju, w tym także uczestnika Copa America 2007 (choć trzeba zaraz dodać, że pechowego uczestnika – w swoim pierwszym spotkaniu na turnieju [Peru – Boliwia 2:2] dostał czerwoną kartkę i już więcej nie pojawił się na boisku). W GKS-ie jednak za wiele nie poganiał. Zaliczył raptem 4 mecze, potem zawinął na chwilę do ojczyzny, potem wrócił do Bełchatowa, dograł jeden mecz i z powrotem do domu. Dłuższą chwilę zajął mu powrót do formy, ale z czasem wzniósł się na wyżyny. Został jednym z najlepszych obrońców ligi, w 2011 roku wywalczył mistrzostwo (z Club Juan Aurich), a w el. MŚ 2014 był jednym z podstawowych zawodników reprezentacji. W sumie ma na koncie 21 spotkań.

 

Kariera Sancheza w Polsce wyglądała tak samo jak Herrery. Zaliczył on raptem 5 meczów dla GKS-u jesienią 2007, a reszta jego nadwiślańskiej aktywności to występy w ME. Po powrocie do ojczyzny szybko jednak wyrobił sobie odpowiednią markę. W Club Alianza Lima spędził trzy dobre lata, błyszczał także w kolejnych klubach. W latach 2006 – 2009 rozegrał w reprezentacji 9 meczów i strzelił jednego gola (w towarzyskim spotkaniu z Jamajką [1:1]).

Niezwykłymi zakosami toczyły się także dalsze kariery dwóch byłych gwiazd Lecha Poznań.

Hernan Rengifo (ur. 1983) dla Kolejorza zaliczył blisko sto spotkań w różnych rozgrywkach i strzelił niemal 40 goli (lata 2007-2009). Po tym jak klub pożegnał się z nim w niefajnej atmosferze (jesień 2009), Renifer przez dwa lata bawił na Cyprze (bez większych sukcesów osobistych w Omonii). Wydawało już się, że chłopak się skończył, ale wtedy podjął decyzję o powrocie do ojczyzny i… odżył. W barwach Sportingu Cristal Lima wywalczył mistrzostwo i uzbierał mnóstwo trafień. Postanowił więc jeszcze raz spróbować szczęścia w Europie, ale pobyt w tureckim Sivassporze okazał się nieporozumieniem. Dziś Rengifo strzela gole w Club Juan Aurich. W 2014 roku jego bilans to 18 meczów i 10 goli. Ostatnio sieknął takie golazo.

W reprezentacji Peru natomiast w latach 2005-2012 nabił sobie 23 mecze i 6 goli (trafiał m.in. w meczach z Urugwajem, Argentyną i Hiszpanią).

Henry Quinteros (ur. 1977), gdy opuszczał Kolejorza (2006-2008, 46 meczów i 10 goli, m.in. ten, ten, ten i ten) miał już na karku 30 lat. Wydawało się, że to już raczej schyłek jego kariery, a tymczasem… leci mu siódmy sezon po powrocie do ojczyzny! Przez cały czas był wierny swemu Club Alianza Lima, ale na początku tego roku zmienił barwy na CSD Leon de Huanuco. Oto próbka tego, co staruszek Kwinto jeszcze potrafi.

W reprezentacji w latach 2000-2009 uzbierał 22 mecze i jednego gola.

Nieco gorzej za to poszło trzeciemu Peru-lechicie. Anderson Cueto (ur. 1989, 31 meczów i 2 gole w latach 2008-2010) był wielką nadzieją Franciszka Smudy.

Nadzieją, dodam, nigdy nie spełnioną. W Kolejorzu długo czekano na eksplozję jego talentu, ale niestety ten wybuch nigdy nie nastąpił (31 meczów i 2 gole, ten i ten). Po dwóch latach w Poznaniu Cueto wrócił do Peru. Tam wiodło mu się przeciętnie – w ciągu roku rozgrywa średnio 15 meczów, w których strzela jedną bramkę. Choć trzeba mu oddać, że gdy trafia do siatki, to zwykle robi to w dość efektowny sposób – np. tak albo tak. Na plus na pewno trzeba mu jednak poczytać mistrzostwo 2011 z Club Juan Aurich. Obecnie znajdziemy go w kadrze AC Real Atletico Garcilaso (Cusco). Trzeba też pamiętać, że były lechita jest wciąż dość młody (ma 25 lat) i wiele jeszcze przed nim.

Cueto powinien brać przykład choćby z Juniora Rossa (ur. 1986).

Przybył on do Arki Gdynia wiosną 2011 z łatką solidnego snajpera, który ma świetny dorobek w lidze peruwiańskiej, nieudaną przygodą z 2. Bundesligą i na koncie kilka meczów w reprezentacji Peru. W gdyńskim zespole Peruwiańczyk jednak za wiele nie pograł. Wystąpił tylko w 4 meczach pierwszej drużyny, resztę dograł w ME. Arka spadła z ekstraklasy, a za Rossem nikt nie zapłakał. Ten zaś wrócił do ojczyzny i w barwach Sportingu Cristal Lima szybko został jednym z najlepszych snajperów ligi. W 2012 roku jego zespół wywalczył mistrzostwo, a JR dorzucił do tego 17 goli! Poza tym w latach 2005-2008 rozegrał on 10 meczów w reprezentacji Peru.

Niezwykle ciekawym wreszcie przypadkiem jest także Willy Rivas (ur. 1985).

 

Do Górnika Zabrze trafił jako dwudziestolatek jesienią 2009 roku. Przepadł w nim jednak niemal kompletnie. Wystąpił raptem w czterech ogonach, resztą to popisy w ME. Rivas, podobnie jak i poprzedni bohaterowie, wrócił do ojczyzny i, podobnie jak pozostali opisywani tu zawodnicy, szybko doszedł do dobrej formy. W latach 2009-2010 był jednym z najlepszych prawych pomocników ligi peruwiańskiej. Poskutkowało to powołaniem do reprezentacji. Na chwilę obecną Rivas ma w niej dwa występy (oba w 2010 roku). Na życie zarabia natomiast grą dla FBC Melgar.

Trudno powiedzieć w czym tkwi tajemnica. Może to kwestia andyjskiego powietrza? Może osoby, które się nim odpowiednio nainhalowały szybko osiągają pełnię formy po powrocie do rozrzedzonych górskich klimatów? Może takie osoby mają większe problemy, żeby przystosować się do innego, polskiego powietrza? Kłam tej teorii kładliby jednak Rengifo i Quinteros, którzy szybko się dostosowali. Ciężko więc znaleźć jeden klucz, ale faktem jest, że z pewnością warto śledzić dalsze kariery Peruwiańczyków trafiających do naszej ligi.

P.