"Technologia i sport" Przemysława Nosala

Przyznaję, że łatwiej mi pisać o książkach cudzych, ale skoro na tym blogu pojawiają się wpisy na temat wartościowych pozycji wydawniczych dotyczących sportu, to i jej nie powinno zabraknąć:) „Technologia i sport”, autor: Przemysław Nosal, Wydawnictwo Naukowe Katedra, 2014.

W książce staram się opisać w jaki sposób technologia i jej dynamiczne przemiany oddziałują na świat sportu, a w szerszym kontekście – również na życie nas wszystkich. Choć to pozycja z zakresu nauk społecznych (socjologii), to jednak jestem przekonany, że każdy fan sportu znajdzie w niej coś ciekawego dla siebie. Obok kilku fragmentów, które skupiają się na społecznym tle technologii, cała reszta osadzona jest bowiem w samym środku sportowego uniwersum.

Konstrukcja książki jest następująca. Rozdział 1 dotyczy obecności technologii w otaczającym nas świecie. Dla fanów technologii i zainteresowanych tematem. Rozdział 2 opisuje już społeczne tło sportu – jak nowoczesny sport się rodził, jak rozwijał, po co powstawały w nim poszczególne instytucje i dlaczego wiązały się one szybko z polityką i ekonomią. Kilka ciekawostek w ramach zachęty:

– pierwsze związki sportowe powstały po to, aby… zapanować nad oszustwami w obstawianiu zawodów sportowych (to dość zabawne w kwestii ostatnich afer);

– jedną z największych rewolucji w kontekście amatorskiego uprawiania sportu było wprowadzenie sztucznego oświetlenia – dzięki temu robotnicy z fabryk mogli uganiać się za piłką również w dni robocze, po pracy, a nie tylko w weekendy do południa;

– dlaczego bokserzy są poszkodowani w stosunku do przedstawicieli innych dyscyplin? i jak sobie poradzili z tym problemem?

Rozdział 3 to prawdziwa gratka dla kibiców-fanów technologicznych nowinek i gadżetów. Prezentuję w nim jak na przestrzeni dziejów ewoluowały poszczególne obszary sportowej technologii. Temat podzielony został na główne kategorie, a wśród nich znajdziecie m.in.:

– Sprzęt do rozgrywki – czyli te kluczowe przedmioty, które decydują o charakterze danej rozgrywki, np. piłki, kije, tyczki, rakiety. W tym miejscu odbędziecie ciekawą wycieczkę przez historię różnych piłek (od worków napełnianych mąką, przez pęcherze wypychane włosiem, po futbolówki klejone z ośmiu łat). Dowiecie też się dlaczego bobsleistami zostają także… byli sprinterzy.

– Sprzęt poprawiający komfort rozgrywki – tutaj skupiam się na takich sprawach jak odzież, obuwie czy ochraniacze. Wiecie, że już w starożytnej Grecji woźnica powożący „sportowo” rydwanem miał specjalnie dostosowany strój? Przeczytacie o tym, w którą stronę zmierza produkcja butów sportowych. No i pojawia się ciekawy wątek dotyczący tego, że produkowanie coraz lepszych ochraniaczy dla zawodników to objaw specyficznej… schizofrenii.

– Technologie sędziowania – W tym miejscu będzie sporo o tym dlaczego fotokomórka tak zrewolucjonizowała sędziowanie i jak radzono sobie kiedyś bez niej. I dlaczego kamery to przekleństwo dla arbitrów.

– Technologie medialne – Napiszę tylko, że pierwsza bezpośrednia transmisja z wydarzenia sportowego, to Igrzyska w Berlinie w 1936 roku.

I że od tego czasu media stopniowo zaczęły decydować w zasadzie o wszystkich, co w sporcie ważne.

W rozdziale 4 piszę o tym, z czego składa się dalsza, badawcza, część pracy. Oparta jest ona na metodologii case study. Oznacza to, że wybiera się jakiś konkretny przypadek (w moim przypadku – trzy przypadki) i się je wielowymiarowo opisuje. Ja wykorzystałem w tym procesie trzy główne techniki – desk research (analiza danych zastanych), analiza dyskursu medialnego (internetowego) oraz wywiady pogłębione z ekspertami w danych dziedzinach. W kolejnych trzech rozdziałach skupiam się wreszcie na tak ugruntowanym badawczym mięsie.

Rozdział 5, czyli Oscar Pistorius. Biegający na protezach sportowiec z RPA posłużył mi jako punkt wyjścia do dyskusji o przekraczaniu granic i płynności tego, co ludzie i nieludzkie (technologiczne). Jeden z rozmówców, w przeszłości świetny sprinter, tak mówił o tej sytuacji:

Problem jest taki, że te protezy cały czas się rozwijają, więc co pół roku trzeba by ja Pistoriusowi badać. Bo może się przecież okazać, że za rok zrobią mu takie, że on przy tych samych parametrach ciała będzie biegał o 2 sekundy szybciej i wygra mistrzostwa świata. I tu jest pewien problem, bo sport wyczynowy to jest rozwijanie samego siebie.

Inny respondent, dziennikarz, dodaje:

W tej chwili Pistorius przegrywa bieg na 400 metrów, i to wyraźnie. Ale na następnych mistrzostwach już może nie przegrywać, bo po prostu dokręci sobie udoskonaloną nogę, nowe włókna.

Cały temat Pistoriusa i szerzej – technologizacji sportu – budzi bardzo wiele emocji i świetnie to widać w tej części.

Rozdział 6 skupia się na wątku kostiumu pływackiego typu „skóra rekina”. Kwestia ta to interesujący przykład sytuacji, kiedy dostęp do określonej technologii prowadzi do nierówności. Dopalanie związane ze „skórą” sprawia bowiem, że na samej linii startu konkurenci mają różne szanse bazowe na zwycięstwo. Z innej beczki – a co jeżeli na zawody strzeleckie przyjdzie zawodnik z soczewką w oku? – pyta jeden z moich rozmówców. Co ciekawe, namiastkę aerodynamiki związanej ze skórą rekina próbowano kiedyś osiągać… łatwiejszymi sposobami:

Kiedyś stosowano na przykład golenie zawodników przed startem, które miało podwójne znaczenie. Oprócz tego, że skóra była bardziej śliska, a dodatkowo był to masaż naskórka, który powodował lepsze czucie wody. To stosowano i tego nikt nie kwestionował, bo to mógł zrobić każdy i nie wymagało to żadnych dodatkowych kosztów, z wyjątkiem kupna maszynki do golenia.

Moda na kostiumy i niezłomna wiara w ich moc bardzo silnie odbija się już na stosunku zawodników do treningu. Pięknie jednak wątek relacji między technologią a tym, co człowiek ma w głowie podsumował trener pływania:

Często mam jakiegoś bardzo dobrze wytrenowanego zawodnika. Wydaje mi się, że na zawodach na pewno zrobi świetny wynik, a tu nagle… ostatnie miejsce. Przychodzą do mnie potem rodzice i pytają co się stało. A ja nie wiem. To jest człowiek, nigdy do końca się nie wie, co ma w głowie i co z tego wyniknie.

Wreszcie rozdział 7 opisuje sprawę nieuznanej bramki Franka Lamparda w meczu z Niemcami na MŚ 2010. Na pewno pamiętacie temat:

Sytuacja ta i związana z nią dyskusja o obecności powtórek w piłce nożnej stanowi dla mnie teren do dyskusji na temat tego, na ile pozwalamy, aby technologia nas kontrolowała. Choć wydawać by się mogło, że po kolejnych wpadkach środowisko futbolowe nie ma wielkich wątpliwości, co do sensu korzystania z powtórek, to mój respondent-sędzia piłkarski stwierdza:

Błąd sędziego jest wkalkulowany w widowisko. To jest tak, jak błąd Dziekanowskiego, który z metra potrafił strzelić w siódme piętro. I podobnie, błąd sędziego, on będzie zdarzał się zawsze. Natomiast wprowadzenie powtórki zabije widowisko. Każda przerwa, zwalnianie gry, gra na czas – wprowadza niepotrzebną nerwowość. I tutaj tego typu sytuacje, powtarzanie, wideo itp., stwarzałyby handicap dla drużyn, którym zależy na czasie. (…) Zresztą nie wyobrażam sobie sprawdzać każdej sytuacji na wideo, bo to uwłaczałoby moim umiejętnościom.

A jednocześnie:

Trzeba się liczyć z tym, że robiąc tego rodzaju wyłom, że wleje się rzeką. Albo teraz zapobiegniemy ekspansji technologii, albo uznajemy, że ją dopuszczamy. Albo-albo, tutaj nie ma nic pośredniego.

Wątki mnożą się i meandrują w kierunki, o których zwykle nie myślimy. Polecam świetną opowieść jednego z rozmówców o tyczkach do skakania oraz wypowiedź osoby zajmującej się produkcją protez o tym, jak on dzieliłby uczestników zawodów sportowych. Zresztą tych opowieści jest wiele i każda godna jest wysłuchania/przeczytania.

Siłą książki na pewno są moi rozmówcy. Zmieniali oni często moje patrzenie na wybrane tematy i otwierali drzwi, o których przedtem nie wiedziałem. Udało mi się zebrać fantastyczne grono respondentów – olimpijczyków, medalistów mistrzostw świata, topowych dziennikarzy, działaczy sportowych pamiętających pogodę podczas wyścigu w 1973 roku oraz wielu innych fachowców w swoich okołosportowych branżach. Dodatkowym smaczkiem może być dla czytelników małe śledztwo – choć respondenci nie są podpisani z imienia i nazwiska, to ich charakterystyka wytrawnych kibiców naprowadzi na właściwy personalny trop:)

Cieszę się, że ta pozycja została wydana drukiem. Choć w ostatnich latach widać pewne przebudzenie literatury z zakresu socjologii sportu, to pozycji na temat roli technologii w sportowej rywalizacji akurat brakowało. Teraz już jest, a jej dodatkową rekomendacją niech będzie fakt, że doktorat, który stanowi podstawę niniejszej książki, otrzymał Nagrodę Prezesa Rady Ministrów w 2013 roku.

„Technologia i sport” to efekt czterech lat mojej pracy naukowej, ale myślę, że cechuje ją coś, co nie aż tak często cechuje pozycje naukowe. To pasja. Ta książka, podobnie zresztą jak i ten blog, powstała z pasji. Wydaję mi się, że to w niej widać. Miłej lektury!

P.

Książkę można zakupić na stronie Wydawnictwa – tutaj, w większości księgarń internetowych, w wielu stacjonarnych księgarniach naukowych, a także, jeśli ktoś wciąż będzie miał problem z dotarciem, to proszę o kontakt ze mną.

Wahacze i szantażyści ze Szwecją w tle

Śmiać mi się chcę z histerii wokół Pawła Cibickiego. Utalentowany niewątpliwie zawodnik Malmo FF pogroził paluszkiem, że jeśli nie dostanie szybko powołania do reprezentacji Polski, to będzie grał dla Szwecji (choć sam zainteresowany zaraz odszczekiwał swoje deklaracje). Powołanie więc szybko się znalazło i Marcin Dorna wysłał chłopakowi zaproszenie na mecz kadry U-21 na Turniej Czterech Narodów.

Pomijam kwestię, że urodzony w Malmo zawodnik z pewnością zasługuje na przetestowanie w kadrze. Strasznie jednak bawią mnie szantaże młodych piłkarzy, że jak szybko nie dostaną zaproszenia do „swojej” reprezentacji, to bezzwłocznie skorzystają z konkurencyjnej oferty. Zaraz bowiem przypomniał mi się „Polski Zidane” ze Szwecji, syn Polki i Irakijczyka urodzony w Helsinborgu, Zeyn Al-Abidyn S-Latef (ur. 1990).

Zawodnik wychwalany był w wieku juniorskim przez Pelego i Henrika Larssona. Błyszczał także w kadrze młodzieżowej. Wystarczyło jednak, że pokłócił się z prowadzącym reprezentację Michałem Globiszem i zadeklarował, że… zastanawia się nad grą dla Szwecji! W polskim zespole pod wodzą nielubianego trenera nie widzi już dla siebie przyszłości (do doczytania tutaj i tutaj). Zaraz podniosło się larum, zaraz krzyk, że znów pozbywamy się talentów. Że to kolejny do kolekcji niewykorzystanych asów, którzy serce mają biało-czerwone, ale zły los rzucił ich w objęcia innych mocarstw.

W cieniu tego skandaliku gdzieś jednak umknęło, że S-Latef ze zdolnego juniora wcale nie stawał się zdolnym seniorem. Długo trapiły go kontuzje, nie załapał się w Sheffield United, w norweskim Sandes Ulf grał mało, a i tak zespół spadł z II ligi, oblał testy… w Wiśle Płock, wreszcie odnalazł się w niższych ligach szwedzkich. Obecnie można go odnaleźć w drugoligowym Ängelholms FF. Stamtąd jest mu równie daleko do zarówno polskiej, jak i do szwedzkiej reprezentacji.

Ciekawe teksty i wywiady z S-Latefem można znaleźć tutaj (bardzo polecam), tutaj, tutaj i tutaj.

Piszę o tym wszystkim nie dlatego, żeby powyżywać się na manierycznych gwiazdkach i cieszyć się, że im się nie powiodło. Raczej chodzi o to, żeby nie ulegać histeriom. Media najpierw ochrzciły S-Latefa mianem „polskiego Zidana”, a teraz z lubością opisują jego degrengoladę. Tymczasem to utalentowany chłopak, który po prostu wykorzystał szum medialny wokół swojej osoby, aby podbić swoją stawkę na futbolowym rynku. Podobnie teraz robi Cibicki.

W jego przypadku liczę jednak, że historia będzie miała weselszy ciąg dalszy.

P.

Pasztetowo

Deklaracja Franciszka Smudy, że na mecz Pucharu Polski z Lechem Poznań nie przywiezie z Krakowa najważniejszych zawodników sprawiła, że przypomniałem sobie urocze czasy, gdy trenował on Kolejorza. Już wtedy wygłosił on swoje memorandum na temat Pucharu Ekstraklasy – „To pasztetowa do której się jeszcze dopłaca” – a najwidoczniej myślał tak też o wszystkich innych nieligowych i niemiędzynarodowych spotkaniach.

Z nostalgicznym uśmiechem osoby, która doświadczyła spotkania z UFO, wspominam spotkania tegoż Pucharu Ekstraklasy w sezonie 2007/2008 (w debiutanckim sezonie 2006/2007 Franz stwarzał jeszcze pozory, że mu zależy). Wtedy to, nawet tak zaznajomiony z tematyką personalną klubu kibic jak ja, nie był w stanie rozpoznać połowy składu Kolejorza. Koronnym dziełem był ostatni mecz Kolejorza w tamtej edycji z Zagłębiem Lubin (1:0). Oto skład Lecha:

Kręt – Szałek (Piesio), Szyszka, Królak, Henriquez – Florian, Białożyt (Machaj), Woźniak, Magdziński (Kadziński) – Micanski (Mueller), Paweł Wasilewski.

Dla uzupełnienia dodam tylko, że Lech nie wyszedł wówczas ze swojej grupy. Wyprzedziła go Odra Wodzisław, Polonia Bytom i właśnie Zagłębie. Myślę jednak, że Smuda nie płakał z tego powodu.

Życie jednak pokazało, że to dopiero wstęp. W kolejnym sezonie była bowiem powtórka z rozrywki, choć tym razem trener drwił już sobie w żywe oczy z Pucharu Ekstraklasy. Za inauguracyjny mecz z Lechią Gdańsk Kolejorz zgarnął walkowera, bo… wystawił w ogóle nieuprawnionych zawodników. Uwaga, oto załoga:

Kręt – Kadziński, Przybylski, Kowalski, Pater – Jasiński, Machaj, Wawszczak (Wrzeszcz), Woźniak, Wolkiewicz (Czechanowski) – Kononowicz, Gołembowski (Marynowicz).

Ktoś kojarzy? Ktoś, coś? Powiedzieć, że to dość egzotyczna konstelacja, to nie powiedzieć nic. W następnych spotkaniach Smuda szarżował nieco mniej (dostał upomnienie z klubu?), ale zwykle wyglądało to tak, że uzupełnieniem ośmiu juniorów był trzech zawodników pierwszego składu. Efekt? Ostatnie miejsce w grupie, bilans: 6 spotkań – 4 punkty – bramki 4:14.

Kogokolwiek więc Franz dzisiaj by nie przywiózł do Poznania, może to być nawet pawian grający na tamburynie, to akurat kibice Kolejorza nie powinni być tym specjalnie zdziwieni.

P.

Szkocka autonomia, w futbolu już od dawna

Choć losy szkockiej autonomii politycznej waży się dopiero dzisiaj, to piłkarska separacja obu nacji obowiązuje dokładnie od zarania nowoczesnego futbolu. O ile więc referendum sporo może zmienić w sytuacji polityczno-gospodarczej Szkotów, o tyle nic nie zmieni w kwestii ich reprezentacji.

Tartan Army bowiem od początku swojego istnienia funkcjonowała niezależnie od reprezentacji Anglii. Ba, od początku istnienia nowożytnej piłki! Oto bowiem pierwszy mecz Szkocji i Anglii to zarazem pierwszy w historii międzynarodowy mecz piłkarski! Odbył się on w szkockim Patrick 30 listopada… 1872 roku. Na boisku padł bezbramkowy remis, ale ważniejszy jest chyba wpis do annałów. Oto piękna ilustracja z tego wydarzenia:

Tutaj z kolei można poczytać o tym spotkaniu, tutaj i tutaj – po angielsku, a tutaj do obejrzenia.

Choć Szkoci i Anglicy żyją w futbolu osobno i ostro ze sobą rywalizują, to jednak nie istnieją dwie inne nacje (proszę mnie poprawić, jeśli się mylę), które grałyby ze sobą równie często. Na chwilę obecną obie ekipy spotykały się bowiem 111 razy. Anglicy byli górą 46-krotnie, Szkoci 41-krotnie, a 24 razy był remis. Wiele z tych gier miało cykliczny charakter i toczono je w ramach mistrzostw Wysp Brytyjskich (British Home Championship – grała Anglia, Szkocja, Walia i Irlandia Północna; rozgrywano z przerwami w latach 1883 – 1984) oraz Pucharu Rous (Rous Cup – grają Anglia, Szkocja i… jedna drużyna z Ameryki Południowej; 1985-1989). Zestawienie wszystkich meczów można znaleźć tutaj i tutaj. O wybranych, najciekawszych spotkaniach można poczytać tutaj.

Spotkań jak widać było wiele, ale jak widać w zestawieniach, mocno one wyhamowały po 1989 roku. Dość powiedzieć, że od tego czasu obie reprezentacje spotykały się raptem pięciokrotnie. Najbardziej pamiętny, przynajmniej dla mnie, był oczywiście mecz Anglia – Szkocja podczas EURO ’96, pudło z karnego McAllistera i cudowny gol Gazzy.

Sporo emocji było również w dwumeczu barażowym do EURO 2000. W pierwszym spotkaniu spokojnie wygrały Lwy Albionu (2:0 po dwóch golach Scholesa), by w rewanżu przegrać i pocić się do ostatnich minut spotkania (0:1 po trafieniu Hutchisona).

W ostatnim zaś spotkaniu, towarzyskiej potyczce z sierpnia 2013, wygrali Anglicy po efektownym meczu (3:2). Skrót spotkania tutaj.

Przyznam szczerze, że nigdy nie sympatyzowałem ze szkockimi piłkarzami. Moje doświadczenia z nimi na MŚ 1990 i 1998 oraz na EURO ’96 były na tyle odpychające, że zwyczajnie nie miałem do nich serca. Ich futbol to była szkoła staroangielska, tyle, że obdarta ze skuteczności. Były więc zwaliste chłopy, było dużo gry głową, były mocne wślizgi i końskie płuca, tylko wyniki były dużo gorsze niż u Lwów Albionu.

Jedyne, czego tak naprawdę zazdroszczę szkockiej piłce, to jest to wykonanie hymnu narodowego przez Amy McDonald.

Wiemy już, że kolejne spotkanie Auld Enemy odbędzie się 18 listopada tego roku, na Celtic Park. Czy obie nacje będą miały wtedy miały do siebie dalej niż obecnie?

P.

Czytaj też:

Imperium kontratakuje

Pierwszy czarnoskóry reprezentant Anglii

Pierwszy czarnoskóry reprezentant Szkocji

Niedoszli polscy Rangersi: Wojtala, Zając, Rasiak, Szamo

Ciekawa debata o piłce szkocko-angielskiej (ANG)

Wrestling udawany i nieudawany

Jednym z elementów nadzwyczaj barwnego początku lat dziewięćdziesiątych były oglądane dzięki telewizji satelitarnej transmisje „walk” wrestlingowych. Dziś z uśmiechem zażenowania wspominam fakt, że śledziłem ringowe parapoczynania zamaskowanych często cudaków. Na osłodę pozostaje mi świadomość, że nie tylko ja uległem tej modzie.

Dlaczego jednak o tym piszę? Otóż na stronie „Sport Bild” natrafiłem dziś na zestawienie-przypomnienie zdjęć najciekawszych postaci tego okresu. Klikanka do wglądu tutaj.

Sunąc przez podobizny kolejnych pstrokatych herosów maty zauważyłem, że przy wielu z nich widnieje krzyżyk oznaczający, że nie ma ich już wśród żywych. Z czasem z trwogą zauważyłem, że na z trzydziestu osobników aż dziesięciu już nie żyje! Dziesięciu, czyli co trzeci! Warto podkreślić, że wrestlingowe asy tego okresu to osoby urodzone zwykle w latach sześćdziesiątych. Przy zachowaniu sportowego stylu życia powinni więc dziś cieszyć się urokami życia hożego pięćdziesięciolatka.

Tymczasem wrestlingowcy umierali przede wszystkim na serce (Big Boss Man, Randy Savage – Macho Man, Andre the Giant, Rick Rude, The British Bulldog, Ultimate Warrior), na płuca (Yokozuna) i z powodu zatrucia się mieszanką leków (Mr. Perfect, Sensational Sherri, Bam Bam Bigelow).

Jak widać walki na wrestlingowym ringu były mocno udawane, ale konsekwencje pompowania organizmów okrutnie prawdziwe. Czasami deziluzja przychodzi po wielu latach.

P.

Czytaj także:

Atrybuty futbolowej młodości

Gloryland. USA 1994. Mój mundial

Chłopcy transnarodowcy

Emmanuel Sarki odkrył swoje zapomniane korzenie (pradziad-misjonarz) i nieomal wystąpiłby wczoraj w barwach reprezentacji Haiti w towarzyskim meczu z Chile (0:1). Co się odwlecze, to być może nie uciecze, Sarki zagra w „nowej” kadrze, a wtedy nasza liga wzbogaci się o kolejnego nieoczekiwanego transkontynentalnego podwójnego reprezentanta.

Pozwolę sobie bowiem przypomnieć: Sarki występował w reprezentacji U-21 swojej ojczyzny – Nigerii. Ba, czynił to nawet podczas MŚ U-17 rozgrywanych w 2003 roku w Finlandii. Oto dowód w postaci zdjęcia:

Występ wiślaka byłby więc podwójnie ciekawym wydarzeniem. Z jednej bowiem strony, mielibyśmy do czynienia z wyjątkowo finezyjnym sposobem kaperowania zawodników do reprezentacji, z którymi zasadniczo nie mają oni nic wspólnego. Wszyscy znamy rozmaite historie kupczenia paszportami przez arabskich szejków, kojarzymy też wesołe opowieści dotyczące choćby Chrisa Birchalla i okoliczności odkrycia jego korzeni sięgających Trynidadu i Tobago (jeśli ktoś nie pamięta, to odsyłam do naszego tekstu z „Kopalni”). Teraz mamy także Sarkiego i jego pradziadka, który musiał być nadzwyczaj wiekowym człowiekiem (albo też – Sarki został namówiony do gry dla Haiti przez Wilde-Donalda Guerriera).

Z drugiej natomiast strony, Nigeryjczyk wpisałby się w – nieliczny kiedyś, a coraz poważniejszy dziś – nurt zagranicznych zawodników ekstraklasy, którzy grają dla dwóch różnych reprezentacji.

Ligowy szlak w tej kwestii wytyczył Alexis Norambuena. Defensor GKS Bełchatów (przedtem Jagiellonii) jest Chilijczykiem urodzonym w Santiago de Chile. W młodości występował w juniorskich reprezentacjach Chile, ale gdy stracił już resztki nadziei na występ dla swojej ojczyzny, to odkurzył wspomnienie o swoim dziadku pochodzącym z Palestyny. Rach, ciach i chyży obrońca już kopał piłkę dla swojej nowej kadry (na zdjęciu stoi drugi z prawej).

Żeby jednak nie było wątpliwości kim czuje się Norambuena – „Jedno od razu powiem – moje serce bije dla Chile”, mówi zawodnik naszej ekstraklasy w tym wywiadzie. A jeśli ktoś jeszcze zastanawia się komu kibicowałby gracz, gdyby Chile mierzyło się z Palestyną, to odpowiedzią może być zdjęcie, które umieścił piłkarz jako tło na swoim facebooku.

Niezwykłym także przypadkiem jest nowy nabytek Cracovii. Boubacar Dialiba urodził się w Dakarze, ale w wieku 17 lat trafił do Bośni. Po trzech latach dobrej gry dla Żeljeznicara Sarajewo otrzymał tamtejsze obywatelstwo i w marcu 2008 roku zagrał dla bośniackiej kadry U-21 w eliminacjach do młodzieżowych mistrzostw Europy. Zagrał i strzelił gola w meczu z Walią.

Swoimi bramkami zdobywanymi w bałkańskiej lidze Dialiba już jesienią 2008 roku zapracował na transfer do hiszpańskiego Realu Murcia, a później belgijskiego KV Mechelen. Po opuszczeniu Bośni szybko zapomniał o grze w tamtejszej kadrze. Nie poprzestał jednak na tym rozbracie i poszedł krok dalej w budowaniu sobie nowej ścieżki obecności na międzynarodowych arenach. Występami w Belgii zwrócił bowiem na siebie uwagę trenera reprezentacji Senegalu. W efekcie w lutym 2012 roku zadebiutował w seniorskiej drużynie Lwów Terangi w towarzyskim meczu z RPA (0:0). Choć to jego ostatni do tej pory występ dla starej-nowej ojczyzny, to drzwi do dalszych dość schizofrenicznych gier zostały otwarte.

Dlaczego w ogóle o tym piszę?

Po pierwsze, takie sytuacje dowodzą wyjątkowego cynizmu i wyrachowania transnarodowych „reprezentantów”. Nie ma sensu tu się znowu nad tym rozwodzić, ale kilkukrotnie pisałem już o tożsamościowych transferach dzisiejszych futbolistów, także tutaj. Niby tym razem nie dotyczy to naszej kadry, ale z drugiej strony patrzę na to z bliska i zwyczajnie mnie mierzi.

Po drugie, warto zwrócić uwagę, że coraz częstszą modą są reprezentacyjne melanże w poprzek całej kuli ziemskiej – z Nigerii na Haiti, z Chile do Palestyny, z Senegalu do Bośni (i z powrotem). Albo żyjemy w tak genetycznie zakręconych czasach albo… udajemy, tak nam się bardziej opłaca.

Po trzecie zaś, ciekawostką jest to, że dotychczas ważnym beneficjentem takich sfrustrowanych „odkrywców swojej narodowej przeszłości” była, no właśnie, reprezentacja Polski (Obraniak, Perquis, Polanski), ale rzadko sytuacja ta odnosiła się do zagranicznych zawodników naszej ekstraklasy (np. Dossa Junior to nie do końca ten temat, choć klimat podobny). To kolejny dowód na to, że globalizujący się świat ligowej piłki globalizuje się również w tak zapyziałych przyczółkach, jak nasza ekstraklasa. Zarówno w tych dobrych, jak i w tych złych kwestiach.

P.

Roberto Rojas – zabójca Chile, samobójca

Urlop uniemożliwił trzymanie się daty dziennej, więc wrzucam z opóźnieniem…

Jeśli poszczególne narody obchodziłyby rocznice najsmutniejszych dni w historii swojego futbolu, to 3 września czarne flagi łopotałyby nad każdym domostwem w Chile. W tym roku wspomnienie minionej rozpaczy niewątpliwie by się spotęgowało, bo swój okrągły – 25-lecie! – jubileusz miało właśnie wydarzenie, przez którego swego czasu płakało całe piłkarskie Chile. Z żalu, z bólu, z bezsilności i z głupoty. Jego „bohaterem” był oczywiście ROBERTO ROJAS.

Rojas był podstawowym golkiperem reprezentacji Chile w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Dzięki efektownym paradom dorobił się ksywki „Kondor”. Oto próbka jego możliwości (tutaj, tutaj, tutaj i tutaj inne filmiki).

To jednak nie umiejętnościom piłkarskim zawdzięcza on swoje miejsce na kartach historii.

3 września 1989 roku Chile toczyło ostatni grupowy, decydujący o awansie do MŚ 1990, bój z reprezentacją Brazylii. Obie ekipy miały taką samą liczbą punktów, więc zwycięzca logował się na włoski mundial. Canarinhos wygrywali już 1:0 (po golu Careki), gdy w 67. minucie Rojas udał, że został zraniony rzuconą przez kibica gospodarzy racą. Zakrwawionego Rojasa koledzy znieśli z boiska, a cały zespół Chile zszedł wraz z nim do szatni na znak protestu.

Dopiero później okazało się, że cała akcja była starannie przygotowaną mistyfikacjo-prowokacją. Analiza nagrań wideo dowiodła, że Rojas ranił się sam! Z wydarzeniem tym nie miała nic wspólnego rzucona na boisko raca, ale… ukryty w rękawicy bramkarskiej nóż. Golkiper wykorzystał moment i sam się nim pokaleczył. W toku śledztwa przyznał, że tym sposobem chciał ratować wynik meczu i sprawić, by mecz przeniesiono na neutralne boisko.

Afera po tym wydarzeniu była naprawdę potężna. Brazylia otrzymała walkowera za mecz z Chile i to oczywiście ona pojechała do Włoch na MŚ 1990. Dodatkowo, drużyna La Roja, ku rozpaczy swoich kibiców, została także usunięta z eliminacji do MŚ 1994 w USA.

Sam Roberto Rojas został dożywotnio zdyskwalifikowany i w wieku 32 lat musiał zakończyć karierę. W 2001 roku FIFA cofnęła karę. Były golkiper pracuje dziś jako trener bramkarzy w południowoamerykańskich klubach (uwaga – głównie w Brazylii!).

Wraz z Rojasem dyskwalifikacją obłożono także współpracujących z nim trenera Orlando Aravenę oraz lekarza Daniela Rodrigueza. Ten drugi kontaktował się z bramkarzem przez walkie-takie ukryte w… noszach. Poza tym pięcioletni zakaz kopania piłki otrzymał także zastępca kapitana reprezentacji Fernando Astengo za to, że zaordynował zejście drużyny z boiska.

Cała historia to jeden z największych skandali w historii światowej piłki. Powstało o niej sporo materiałów telewizyjnych (np. ten, a tutaj i tutaj wywiady z samym Rojasem; uwaga – trzeba znać hiszpański) i dużo ciekawych tekstów (np. ten, ten, ten i ten). Samo Chile długo lizało rany (kompromitacje – ostatnie miejsca w grupach – na Copa America 1993, 1995 i 1997!) i dopiero występ na mundialu we Francji tchnął nowe życie w zranione ostrzem Rojasa ciało La Roja.

P.