Kijowska pustka zapełniona

Łukasz Teodorczyk podpisał wreszcie kontrakt z Dynamem Kijów, a ja przy tej okazji zdałem sobie sprawę, że ukraińskie Dynamo było dotychczas jedynym dużym klubem zza naszej wschodniej granicy, który nie miał dotychczas żadnego (!) personalnego połączenia z polską ligą. Zastrzegam jednak, że chodzi mi o czasy „ukraińskie” (czyli od 1991 roku). I nie chodzi tu o to, że w Dynamie nie grał jeszcze nigdy żaden Polak. Takich klubów znajdziemy więcej, choć już nie przesadnie dużo (biało-czerwoni wciąż omijają np. Zenit Sankt Petersburg). W pierwszym zespole Dynama nawet minuty nie rozegrał bowiem nigdy jakikolwiek piłkarz, który przedtem/potem występował w naszych rozgrywkach. Takich klubów nie znalazłem już więcej. Ktoś ma jakieś propozycje?

Oczywiście, po nadwiślańskich boiskach hasał zastęp zawodników, którzy w swoim CV mają popisy w drugiej albo trzeciej drużynie Dynama lub jego zespole juniorskim (Dmytro Browkin, Denis Glavina, Stanisław Honczaruk, Jewhen Kopył, Wołodymyr Kowal, Kyryło Petrow, Ołeksandr Szeweluchin, Ołeksij Szlakotin, Serhij Woronin, Jewhen Demydenko, Kostiantyn Machnowśkyj, Jurij Medwediew, Władysław Siamin). Umówmy się jednak – chłopaki te mają tyle wspólnego z pierwszą kadrą klubu, co Krzysztof Król z Realem Madryt, a Dawid Banaczek z Bayernem Monachium.

Niby ta pustka to nic szczególnego, ale wobec bliskości Kijowa, uprawianych obecnie wędrówek ludów oraz masowego ściągania Ukraińców do polskich klubów, to jednak może zaskakiwać. No, przynajmniej mnie zaskakuje.

UPDATE: Jak trafnie zauważył Paweł Smoliński taki zawodnikiem był Oleg Salenko. Pustka została zagospodarowana więc już nieco wcześniej.

UPDATE 2, od pana R., żeby wydłużyć tekst na czasy „przedukraińskie”: Przed 1991 roku w Dynamie występowało kilku zawodników, którzy potem zagościli w Polsce. Oto oni: Rusłan Kołokołow, Wadim Karatajew, Aleksander Szczerbakow, Igor Korniejec, no i oczywiście Demianienko i Salenko. Nie wszyscy zagrali w Dynamie, np. Kołokołow chyba przez 3 sezony nie powąchał murawy, ale były też przypadki, że członkowie kadry gigantycznego Dynama grywali na początku lat 90. w niższych polskich ligach, np. Karatajew czy Szczerbakow.

P.

Wychowanie piłkarskie do życia w rodzinie

Powiadają, że nic nie trwa wiecznie. Coś w tym musi być, nawet jeśli czasem trudno uwierzyć, że Alex Ferguson nie jest już menedżerem MU, piłki nie kopie Paolo Maldini, w ekstraklasie nie oglądamy zuchów z Odry Wodzisław, a wspaniali Hiszpanie przestali wygrywać. Kończy się też pewien rozdział dla autorów tego bloga, dla niżej podpisanego etap szczególny, umownie nazwijmy go dzieciństwem. Oscar Wilde miał rację – bardzo niebezpiecznie jest spotkać kobietę, która nas całkowicie rozumie. Kończy się to zawsze małżeństwem.

Kindersztuba podpowiada mi podziękować starszym braciom za piłkarskie wychowanie, które pozwoliło mi w futbolu zakochać się po uszy, tylko odrobinę mniej niż w dziewczynie, która właśnie zgodziła się zostać moją żoną.

Nie jestem do końca pewien, kiedy nastąpił ten moment, że zamiast gapić się w dobranockę przyłączyłem się do starszych braci oglądających mecze. Prawdopodobnie przełomowy był opiewany tu już World Cup 1994. Mundial to trochę takie święto jak ślub i wesele – wielka radość i wielkie emocje, po których nadchodzi proza życia. Mnie w gronie piłkarskich kibiców reprezentacja Polski raczyła przywitać klęską 1:2 z Ronenem Harazim, tzn. z Izraelem. Przeskok z oglądania Stoiczkowa i Hagiego na podziwianie m.in. Krzycha Maciejewskiego był – przyznaję – dość brutalny. Podobnie było z Lechem – wtedy już nie mistrzowskim, a przeciętnym. Już nie z Juskowiakiem, a z Przysiudą. Nie ze Skrzypczakiem czy Brzęczkiem, a z Piskułą czy Czerniawskim. Bracia wpoili mi jednak, że reprezentację Polski, polskie kluby w europejskich pucharach i lokalne, poznańskie zespoły zawsze trzeba dopingować. To są „nasi”, a nie Barcelony i Reale. Tak mi zostało.

Uczyłem się nie tyle oglądać, co wręcz chłonąć piłkę i wszystko co z nią związane. Przychodziły kolejne szczeble: wtajemniczanie w historię futbolu (pamiętam szok, w jakim znalazłem się jako 8 czy 9-latek, gdy zostałem uświadomiony, iż Polska dwa razy zajęła trzecie miejsce na mundialu, a na dodatek Grzegorz Lato był królem strzelców) czy pokazanie wagi poszczególnych pozycji piłkarzy na boisku – ze szczególnym podkreśleniem roli rozgrywających, oczywiście tych z numerem 10.

Była i odrobina rodzinnego grania, przy czym nie było to tylko kopanie piłki na boisku wcześniej zajmowanym przez babcine krowy i ich placki (i nie tylko podczas mojego wieczoru kawalerskiego, takiego, jaki sobie wymarzyłem).

Jeśli znacie słowo „pamperki” (czyli figurki dodawane do lizaków, ewentualnie gum lub sprzedawane osobno – patrz zdjęcie), to pewnie jesteście też sobie w stanie wyobrazić, że pamperki mogą tworzyć drużyny, że można nimi rozgrywać mecze na boisku wyrysowanym kredą na dywanie, uderzając koralik na bramkę zbudowaną z klocków Lego lub z małego konstruktrora oraz że każdy z czterech braci miał swoją federację piłkarską i swoje kluby (ja miałem Sporting), które rozgrywały mecze ligowe i reprezentacyjne, dostawały premie za zwycięstwa i prowadziły ostre negocjacje transferowe. Ha, może i trudno to pojąć, ale w naszym domu owładniętym futbolem przez czterech braci naprawdę takie rzeczy się działy. Jako najmłodszy dostawałem zawsze baty, ale z progresu i tak jestem dumny: od 0:10 w pierwszym oficjalnym meczu reprezentacji Bartoszów, do nikłej porażki 1:2 na pierwszych i jedynym naszym pamperkowym mundialu, z tym samym rywalem – reprezentacją Radosławów.

W końcu pamperki poszły w kąt i przyszło chodzenie na mecze. Lata 90. nie były czasem sielanki na trybunach, tych poznańskich również, co mój debiut na stadionie mocno opóźniło. Drugiej takiej imprezy jak polsko-ukraińskie mistrzostwa Europy pewnie już nie przeżyjemy. Tym bardziej cieszę się, że wyciągnąłem moich braci na kilka meczów Euro 2012: i na Polska – Grecja, i na Polska – Rosja, i na Włochy – Chorwacja, i na Włochy – Irlandia, i na Portugalia – Czechy. Żałuję tylko tego, że nigdy nie byliśmy na trybunach w czterech.

Teraz będzie o to trudniej, bo tak jak rozeszli się po świecie i bracia Żewłakowowie, i bracia Brożkowie, tak przychodzi moment, że Nosalowie nie będą już stacjonować w Poznaniu w komplecie. Ale spokojnie, prędzej czy później znów się spotkają. Pewnie na jakimś meczu.

B.

Przeszedłem wszystkie szczeble. Rozmowa z Tadeuszem Płotką

Tadeusz Płotka (ur. 1945) to dla Lecha Poznań postać dość wyjątkowa. Z jednej bowiem strony należy on do bardzo wąskiego grona przypadków w historii klubu, gdzie w niebiesko-białych barwach występował zarówno ojciec jak i syn. Z drugiej natomiast strony, może on pochwalić się występami w Kolejorzu aż na trzech poziomach rozgrywek – w I, II i III lidze.

Przemysław Nosal: Wyjątkowa jest pana saga rodzinna.

Tadeusz Płotka: Moja mama została wywieziona z Poznania jako siła robocza do bauera niemieckiego, a ojciec dostał się do niewoli w bitwie pod Warszawą i trafił – szczęśliwie! – do zakładu pracy, a nie do obozu koncentracyjnego. W Niemczech rodzice się zapoznali, wzięli ślub i w Wolmirstedt koło Magdeburga w 1943 roku urodziła się moja siostra, a dwa lata później, w kwietniu 1945 roku, czyli pod sam koniec wojny, urodziłem się ja.

Żeby ta saga była ciekawsza, to powiem, że tę strefę wyzwolili Amerykanie. Kto chciał mógł więc jechać na zachód, do USA albo Kanady, a kto chciał mógł wrócić do Polski. Przez rok rodzice jeszcze mieszkali w strefie i zastanawiali się co zrobić. Uznali jednak, że nie należy rozdzielać rodziny, bo w Poznaniu została ciocia i babcia, więc postanowili, że pojedziemy do Polski. To był początek 1947 roku.

Pan miał wtedy 2 lata.

Nic z tego okresu nie pamiętam, ale rodzice mi opowiadali, że już wtedy miałem ciągotki do ruszania się. Ponoć tyle biegałem po pokładzie statku, którym wracaliśmy do kraju, że o mało co nie wypadłem za burtę. Ktoś mnie jednak w ostatniej chwili złapał za kołnierz.

Ojciec przed wojną grał w Sanie Poznań.

Z tego Sanu wraz z trzema kolegami trafił do Lecha, ówczesnego KPW. W tym zespole grał między innymi mój późniejszy trener – Edmund Białas. Wszyscy zawodnicy wtedy normalnie pracowali, a w piłkę grali hobbystycznie. Mimo to zespół prezentował się świetnie i była spora szansa, żeby awansować. Niestety wojna przerwała rozgrywki.

Po wojnie ojciec wrócił do futbolu.

Ojciec kontynuował karierę w Sanie Poznań. Najpierw jako zawodnik, a później jako działacz. To on namówił mnie na treningi w tym klubie, choć nie było łatwo. Mieszkaliśmy jednak na ul. Jarochowskiego, a wokół były wówczas tylko pola, szkoły i… boiska. Wtedy na Łazarzu były cztery kluby sportowe – San, Admira, Surma i Energetyk! Początkowo jednak wolałem uprawiać koszykówkę i piłkę ręczną. Dopiero później tata wziął mnie, jak to mówią, za szorty i powiedział: „Jutro jest trening seniorów Sanu i idziesz ze mną na ten trening”. I tak zacząłem. Potem grając w Sanie załapałem się do reprezentacji Wielkopolski juniorów. Dałem się poznać z dobrej strony w okolicy i wtedy odezwał się Lech.

Szok?

Dla mnie to był przede wszystkim zaszczyt. Lech wtedy grał w ekstraklasie, choć lokował się już w strefie spadkowej. Mimo to zaproszenie na obóz zimowy do Szklarskiej Poręby, które dostałem wraz z czterema innymi kolegami z juniorskiej kadry, było wielkim wyróżnieniem. Do dziś wspominam ten obóz. Zima stulecia, śnieg po pas, a my biegaliśmy po 15-20 km! Dla młodych chłopaków to była gehenna. Mnie uratowało to, że mam bardzo wydolny organizm, ale i tak przez pół roku nie mogłem jeszcze się pozbierać.

Droga do pierwszego składu była jednak jeszcze daleka.

Mogliśmy trenować z pierwszym zespołem, ale o grze jeszcze nie marzyliśmy. Występowaliśmy w rezerwach albo w juniorach. Zresztą moja droga do składu była wyjątkowo długa, bo w międzyczasie złapałem jeszcze bardzo ciężką kontuzję. Występując w finałach mistrzostw Polski juniorów, podczas jednego z pojedynków główkowych, zderzyłem się tak niefortunnie z przeciwnikiem, że miałem podwójne pęknięcie czaszki. Przez 1,5 miesiąca leżałem w szpitalu w Sosnowcu, schudłem prawie 20 kg, a lekarze powiedzieli mi, że to już raczej koniec ze sportem.

Brzmi naprawdę groźnie.

Przez rok faktycznie odpoczywałem od piłki, ale w końcu wróciłem do drugoligowego Kolejorza. Stamtąd poszedłem jeszcze odbudować się do Grunwaldu. Lech występował wówczas w trzeciej lidze, a Olimpia Poznań w drugiej. Olimpia namawiała mnie na transfer, ale zdecydowałem się jednak na powrót do Lecha, mimo że skład był bardzo silny i szanse na grę niepewne. Tata przekonał mnie, że lepiej grać dla Kolejorza. Nie żałuję, choć przez rok walczyłem o miejsce w składzie, ale się udało.

Lech wtedy spadał z drugiej ligi.

Mój debiut przypadł właśnie na spektakularną porażkę w Łodzi ze Startem – 1:8! Ratowaliśmy się wtedy jeszcze przed spadkiem, ale do przerwy było już 0:6! Trener Marczyk w przerwie wziął mnie na bok i mówi „ratuj!”. A ja na to: „trenerze, ale co ja tutaj mam ratować!?”.

Zespół wtedy cały czas krążył między drugą a trzecią ligą.

Skład mieliśmy naprawdę dobry, ale niestety nie brakowało wówczas animozji w zespole. Nie stanowiliśmy zgranej paczki, nie było atmosfery, nie było jedności. A żeby odnosić sukces, to musi istnieć kolektyw, ekipa do tańca i do różańca.

Inna sprawa, że trzecia liga była wtedy bardzo mocna. Stworzono tylko cztery grupy trzecioligowe na całą Polskę. Z każdej grupy tylko jeden zespół awansował do drugiej ligi. A my tutaj mieliśmy bardzo silnych rywali – Szczecin, Koszalin, Gdańsk, Gdynia, Bydgoszcz. W tym pierwszym sezonie to jeszcze nam nie szło zbyt dobrze, ale za to spore szanse na awans miała wówczas Warta. Ale myśmy ją ugotowali! Na stadionie 22 Lipca wygraliśmy z nią 1:0, a mecz oglądało około 30 tysięcy ludzi. I to w deszczową pogodę! Potem już nie przegraliśmy meczów. W sumie nie przegraliśmy aż 61 spotkań!

Aż do słynnego meczu w Bydgoszczy.

Tak, przegraliśmy dopiero w Bydgoszczy (sezon 1971/1972), ale powiem dlaczego. Wygrywaliśmy do przerwy 1:0, ale to był ostatni mecz na jesieni i nagle złapała zima – mokro i lód. Buty szyto wówczas kolarskie, do których szewc dokładał skóry. W takim obuwiu graliśmy jak na łyżwach. A Zawisza, pamiętam jak dziś, gwoździe sobie powbijał w podeszwy, bo mieli szewca pod ręką.

Takich pamiętnych meczów mieliśmy więcej. Przy awansie z III do II ligi graliśmy słynny mecz z Lechią Gdańsk. Lechia miała jeden punkt przewagi nad nami. Musieliśmy więc wygrać. Tutaj na Dębcu dwie godziny przed meczem na stadionie zasiadał już komplet ludzi, około 25 tysięcy. Poza tym kibice rozłożyli się na dachach i wisieli na drzewach. Niezapomniane uczucie. Wygraliśmy 1:0, a bramkę zdobył Zbyszek Franiak.

A potem ostatni mecz z Budowlanymi Bydgoszcz. Wygraliśmy 2:0, ale na boisku krew się lała. To była wojna o każdy metr kwadratowy. Wszyscy zagraliśmy mecz życia.

Trzecia liga była mocna, ale druga była wtedy naprawdę wyjątkowo silna. Przecież jak z Arką Gdynia graliśmy o awans do ekstraklasy, to u nich występował Andrzej Szarmach. W każdym zespole grało po dwóch albo trzech świetnych zawodników.

W takim razie nie tylko Szarmach musiał Panu napsuć krwi.

Ja jako kryjący obrońca grałem zawsze przeciwko tuzom. Ruch Chorzów – Marx, Wisła Kraków – Kmiecik, Stal Mielec – Domarski, Gwardia – Markiewicz, Legia – Pieszko. Ale najwięcej pojedynków miałem z Szarmachem. Powiem tylko, że bramki mi nie strzelił. Miałem też przyjemność grać jeden mecz przeciwko Górnikowi Zabrze z Lubańskim. Człowiek był nie do zatrzymania! Miał takie przyśpieszenie w polu karnym… W Kolejorzu na treningach w grach jeden na jeden Włodek Wojciechowski dawał popalić. Rysiu Szpakowski podobnie. W takich gierkach to dawali w kość.

W obronie za to miał Pan swoich ulubionych partnerów?

Tworzyliśmy naprawdę dobrą parę z Jasiem Kaczmarkiem. On bardzo szybki i sprawny, a ja od czarnej roboty. Oczywiście z innymi kolegami też mi się fajnie grało, ale z Jasiem najlepiej wspominam współpracę.

Inaczej chyba wyglądało wówczas życia piłkarza.

Myśmy wszyscy byli zatrudnieni na kolei. W różnym charakterze, to oczywiście się zmieniało. W III lidze pracowaliśmy do południa, a potem zwalniali nas na trening, czyli ok. 12-13. Później, jak awansowaliśmy do II ligi, to pierwsze pół roku jeszcze pracowaliśmy, ale potem zatrudniono nas w rejonie ogrodniczym, w tzw. działce Dębiec. Działka, czyli boisko, do tego dwóch ogrodników, a my im pomagaliśmy. A w I lidze już nie pracowaliśmy, tylko mieliśmy codziennie treningi.

W ogóle my wtedy jakoś bliżej ludzi żyliśmy. Prawie wszyscy dojeżdżaliśmy tramwajem na treningi. Jak wygrywaliśmy, to tylko klepanie po plecach i chwalenia, a jak porażki, to musieliśmy się chować albo pieszo chodzić. Takie były czasy, inne niż teraz. Poznałem wszystkie szczeble ligowe, grałem w ekstraklasie. Niczego nie żałuję.

TADEUSZ PŁOTKA (ur. 1945) – zawodnik Lecha Poznań w latach 1965 – 1976. Z zespołem spadał do III ligi, dwukrotnie awansował do II ligi i raz dostał się z nim do ekstraklasy. W najwyższej klasie rozgrywkowej rozegrał dla Kolejorza 70 meczów i strzelił jednego gola.

Wywiad przeprowadzony dla programu meczowego „Heej Lech!”

nr 241 na mecz z Wisłą Kraków

Odkrycia mistrzostw na mapie klubowej

W weekend startują największe europejskie ligi. W klubowych rozgrywkach na całym kontynencie będzie można oglądać wiele odkryć brazylijskiego mundialu. Czy fakt, że błysnęły one podczas mistrzostw sprawi, że także w sezonie ligowym pokażą się z dobrej strony?

Zakończony niedawno mundial był niezwykły nie tylko dlatego, że błyszczały na nim największe futbolowe gwiazdy, co jak wiemy nie zdarza się aż tak często. Na południowoamerykańskich murawach ciekawie zaprezentował się także szereg mniej znanych lub też zupełnie nieznanych zawodników. O tym, gdzie ich szukać po mistrzostwach na klubowej mapie świata, będzie właśnie ten tekst.

O ile w drużynie mistrzów świata trudno o jakąkolwiek anonimowość, o tyle w ekipie wicemistrzów równie istotną rolę co Messi i Di Maria odegrali zawodnicy zorientowani raczej na bronienie niż atakowanie. Marcos Rojo (Sporting Lizbona) był jednym z najlepszych obrońców mundialu, a w trudnych chwilach nie zawiedli Lucas Biglia (Lazio Rzym) i Enzo Perez (Benfica Lizbona).

Zastęp kapitalnych młodych zawodników zaprezentowali brązowi medaliści – Holendrzy. Co ciekawe jednak niewielu z nich zmieniło po mundialu pracodawcę. Jednym z nielicznych był świetny Stefan de Vrij, który zamienił Feyenoord na rzymskie Lazio. Wciąż w ojczyźnie występują Daley Blind i Jasper Cillissen (Ajax) oraz Memphis Depay i Georginio Wijnaldum (PSV). W Anglii na życie zarabiać będą natomiast Leroy Fer (Norwich),

niemłody już Rob Vlaar (Aston Villa) oraz bohater rzutów karnych w meczu z Kostaryką Tim Krul (Newcastle).

Strasznie żałuję, że Kolumbijczyków sparaliżował ćwierćfinał z Brazylią. Myślę, że drużyna miała potencjał nawet na grę w finale. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że kilku zawodnikom udało się tak wypromować, że jeszcze przez dłuższą chwilę będziemy mogli ich podziwiać w topowych klubach.

O Jamesie Rodriguezie nawet nie piszę, bo jego transferem z Monaco do Realu żył cały futbolowy świat. Teraz czekam tylko aż jakieś piłkarskie mocarstwo stanie się pracodawcą drugiego ofensywnego asa Kolumbii – Juana Cuadrado (Fiorentina). Ot, choćby taki tranzyt jaki zaliczył koń pociągowy kadry, Pablo Armero, który zamienił Udinese na AC Milan. Albo golkiper David Ospina, który francuskie Nice zamienił na Arsenal Londyn. Warto też obserwować Juana Quintero z FC Porto – ma chłopak talent.

Najlepszym obok Manuela Neuera bramkarzem mistrzostw był genialny Keylor Navas. Wiemy już, że od niedawna zarabia on na chleb w Realu Madryt. Zobaczymy co na to Iker Casillas. Angaż w Arsenalu, a w zasadzie szansę na powrót do drużyny po wypożyczeniu do Olympiakosu, wypracował sobie Joel Campbell. Dobre wrażenie wielkim sercem do gry zrobił na mnie również Yeltsin Tejeda (Deportivo Saprissa), który orał jak dzik w środku pola. Tylko to imię nieco przeraża.

Świetnie zaprezentowała się także cała reprezentacja Belgii, ale muszę przyznać, że byłem pod ogromnym wrażeniem Kevina De Bruyne’a (Wolfsburg). 23-latek dyrygował drużyną jak stary wyga. Pięknie pokazał się również jeden z najmłodszych uczestników mundialu – 19-letni Divock Origi. W nagrodę Liverpool kupił go z Lille, po czym… wypożyczył do Lille.

Algieria po kiepskim otwarciu z Belgami grała już później tylko coraz lepiej (Korea 4:2, Rosja 1:1, Niemcy pd. 1:2). Mózgiem Lisów Pustyni był w środku pola już dość dobrze znany Sophiane Feghouli (Valencia), ale nie byłoby tych wszystkich sukcesów, gdyby nie wyjątkowy bramkarz Rais M’Bohli.

Swoimi kapitalnymi interwencjami zapracował on sobie na transfer z bułgarskiego CSKA Sofia do Philadephii Union (liga MLS). Ofensywną siłą zespołu byli Islam Slimani (Sporting Lizbona), niezwykle ruchliwy Yacina Brahimi (zamienił Granadę na FC Porto) oraz Abdelmoumen Djabou (Club African, Tunezja). Warto także obserwować błyskotliwego Saphira Taidera (wypożyczenie z Interu Mediolan do Southampton).

Również golkiper był chyba najjaśniejszą gwiazdą reprezentacji Meksyku. Dobrze się stało, bo Guillermo Ochoa zakończył właśnie swoją współpracę z Ajaccio i zamiast na bezrobocie udał się do hiszpańskiej Malagi. Jego kolega, obrońca Hector Herrera, pomimo niezłego mundialowego występu, pozostanie na razie w FC Porto.

Bardzo ciekawą drużynę zaprezentował na mundialu Jurgen Klinsmann. Grający pod jego wodzą Amerykanie zaprezentowali bardzo dojrzałą piłkę, a wielka w tym zasługa świetnie zorganizowanej linii defensywnej. W ryzach trzymali ją Matt Besler (Sporting Kansas City) i Fabian Johnson (Borussia Moenchengladbach). O genialnych popisach Tima Howarda nie wspominam, bo Howard to postać powszechnie znana, lubiana i szanowana.

A krótkim, bo 15-minutowym, występem i golem z Belgią, w pamięci kibiców zapisał się młodziutki Julian Green.

W ładnie skomponowanej kadrze Szwajcarii bardzo podobał mi się lewy obrońca Ricardo Rodriguez (Wolfsburg). O dobrych występach takich asów Bundesligi, jak Xerdan Shakiri (Bayern), Granit Xhaka (Borussia Moenchengladbach) czy Josip Drmic (transfer z Norymbergii do Bayeru Leverkusen), nawet nie piszę.

Nigeryjczyk Ahmed Musa (CSKA Moskwa) to zawodnik znany kibicom z PNA 2013, ale liczę się z tym, że nie wszyscy oglądają afrykańskie zmagania, więc dla wielu jego występ w meczu z Argentyną to prawdziwe objawienie.

Choć na mundialowych boiskach spędził łącznie 44 minuty w trzech meczach, to Chorwat Ante Rebic (wypożyczenie z Fiorentiny do RB Lipsk), zanim zarobił idiotyczną czerwoną kartkę z Meksykiem, pokazał, że jest piekielnie szybki i niezły technicznie. W Squadra Azzura byłem pod wrażeniem gry Antonio Candrevy (Lazio Rzym), choć zaskoczenie moje wynikało raczej z faktu, że zbyt uważnie nie śledzę włoskiej piłki. Jedynym zaś chyba jasnym punktem reprezentacji Anglii był młodziutki (ur. 1994) Raheem Sterling (Liverpool) – efektowny drybler i struś pędziwiatr. Jedynym powodem, dla którego warto pamiętać o tym, że Ekwador występował na mundialu, był Enner Valencia. Następstwem był transfer z meksykańskiej Pachuki do West Hamu. W reprezentacji Korei Południowej natomiast swoją dobrą formę z Bundesligi potwierdził Son Heung-Min (Bayer Leverkusen).

Ile z tych mundialowych odkryć utrzyma poziom również podczas rozgrywek ligowych? Historia mistrzostw zna wiele spektakularnych przypadków, gdzie gwiazdy zakończonych właśnie turniejów nie radziły sobie zupełnie w krajowych rozgrywkach. Którzy z wymienionych zawodników pójdą właśnie tą drogą? Którzy na stałe wkroczą do światowej elity? Przekonamy się już wkrótce.

P.

Bełchatów pod prąd beniaminkom

Nawet jeżeli pobyt GKS Bełchatów na fotelu lidera ekstraklasy ma wyłącznie chwilowy charakter, to daje on poczucie, że pojawienie się w lidze nowego zespołu może stanowić również wartość dodaną.

Taka sytuacja nie zdarza się jednak bardzo często, co pokazuje poniższa tabela beniaminków z ostatniej dekady.

Sezon

Liczba drużyn w ekstraklasie

Beniaminek

Miejsce beniaminka w tabeli

2004/2005

14

Pogoń Szczecin

9.

Zagłębie Lubin

12.

Cracovia
(awans po barażach)

5.

2005/2006

16

Korona Kielce

5.

GKS Bełchatów

9.

Arka Gdynia
(awans po barażach)

14.
– utrzymanie po barażu

2006/2007

16

Widzew Łódź

12.

ŁKS

9.

2007/2008

16

Ruch Chorzów

10.

Jagiellonia Białystok

14.

Polonia Bytom

13.

Zagłębie Sosnowiec

16.
– spadek i degradacja

2008/2009

16

Lechia Gdańsk

11.*

Śląsk Wrocław

6.

Piast Gliwice

10.*

Arka Gdynia

13.*

2009/2010

16

Zagłębie Lubin

10.

Korona Kielce

6.

2010/2011

16

Widzew Łódź

9.

Górnik Zabrze

6.

2011/2012

16

ŁKS

15.
– spadek

Podbeskidzie Bielsko-Biała

12.

2012/2013

16

Piast Gliwice

4.
– el. Ligi Europy

Pogoń Szczecin

12.

2013/2014

16

Zawisza Bydgoszcz

8.
– PP i el. Ligi Europy

Cracovia

14.

* Lechia, Piast i Arka zajęły w tabeli ligowej o jedno oczko niższą pozycję, ale ŁKS w związku z nieotrzymaniem licencji na kolejny sezon został karnie przesunięty na koniec tabeli. 

Z powyższego zestawienia widać, że niektóre ekipy upodobały sobie rolę beniaminka. W ciągu dziesięciu minionych lat dwukrotnie w buty te wchodził Widzew, ŁKS, Piast, Arka, Korona, Pogoń, Cracovia i ostatnio Bełchatów.

Warto także pamiętać, że przez długi czas GKS Bełchatów był etatowym spadowaczo-awansowaczem. Oto zapis jego ligowego echa serca od czasu pierwszego awansu do ekstraklasy w sezonie 1994/1995 do dziś.

  • 1994/95: 1. miejsce w II lidze, gr. wschodniej; awans do I ligi
  • 1995/96: 13. miejsce w I lidze; finał Pucharu Polski
  • 1996/97: 15. miejsce w I lidze; spadek do II ligi
  • 1997/98: 1. miejsce w II lidze, gr. wschodniej; awans do I ligi
  • 1998/99: 15. miejsce w I lidze; spadek do II ligi; finał Pucharu Polski
  • 1999/00: 4. miejsce w II lidze
  • 2000/01: 8. miejsce w II lidze
  • 2001/02: 5. miejsce w II lidze
  • 2002/03: 4. miejsce w II lidze
  • 2003/04: 4. miejsce w II lidze
  • 2004/05: 2. miejsce w II lidze; awans do I ligi
  • 2005/06: 10. miejsce w I lidze
  • 2006/07: 2. miejsce w I lidze; finał Pucharu Ekstraklasy
  • 2007/08: 9. miejsce w I lidze
  • 2008/09: 5. miejsce w Ekstraklasie
  • 2009/10: 5. miejsce w Ekstraklasie
  • 2010/11: 10. miejsce w Ekstraklasie
  • 2011/12: 14. miejsce w Ekstraklasie
  • 2012/13: 16. miejsce w Ekstraklasie; spadek do I ligi
  • 2013/14: 1. miejsce w I lidze; awans do Ekstraklasy

Wracając jednak do analizy zestawienia beniaminków warto również pokusić się o kilka szerszych refleksji :

– Beniaminkom wcale nie wiedzie się w ekstraklasie tak źle. Tylko w dwóch przypadkach pierwszy sezon po awansie kończył się spadkiem. Tej przykrości doświadczyło Zagłębie Sosnowiec (degradacja o tyle bolesna, bo aż o dwie klasy rozgrywkowe) i ŁKS. Znacznie częściej debiutanci kończyli rozgrywki w środku stawki.

– Dużo rzadziej udaje się beniaminkom awansować do europejskich pucharów. W ciągu dekady sztuki tej dokonała tylko Piast Gliwice (z 4. miejsca dzięki temu, że mistrzostwo Polski i Puchar zdobyła Legia) oraz Zawisza Bydgoszcz (zdobywca PP). Żadna ekipa nie powtórzyła dzieła Ruchu Chorzów z 1989 roku, kiedy to Niebiescy będąc beniaminkiem wywalczyli mistrzostwo Polski. Najlepszym wynikiem ligowym wykręconym przez ligowego nuworysza jest osiągnięcie Piasta sprzed dwóch lat.

– Z pewną ulgą (nostalgią?) można spojrzeć na sezony 2007/2008 i 2008/2009, kiedy to ekstraklasę każdorazowo zasilało aż czterech beniaminków. Taki zastrzyk świeżej krwi bywał szokujący dla wielu fanów, jak i dla samej ekstraklasy.

– Sporo wesołości w kontekście pojawiania się nowych drużyn w ekstraklasie mieliśmy zwykle w związku z barażami. To jednak temat na inną historię, która wkrótce powinna pojawić się na blogu.

P.

KONKURS – koszulki rywali Legii i Ruchu. Będziesz im kibicował?

Celtic Glasgow i Esbjerg - koszulki firmy Umbro

Przez swoich starszych braci zostałem piłkarsko wychowany w taki sposób, że polskie kluby w europejskich pucharach reprezentują nie tylko siebie, swoje miasto czy też region, ale też cały kraj na arenie międzynarodowej. I że tym klubom w starciach z Hiszpanami, Anglikami, Duńczykami, Szkotami, czy nawet ;) Islandczykami się kibicuje.

Dlatego też w pierwszym świadomie przeżytym sezonie jako kibic trzymałem kciuki za Górnika Zabrze ze wspaniałym Henrykiem Bałuszyńskim na czele w starciach z Admirą Wacker. Cieszyłem się, że Zdzisław Strojek usunął w cień Zinedine’a Zidane’a, a GKS Katowice poradził sobie z Bordeaux. A potem, choć przecież jestem z Poznania i przyznanie się do takiej sympatii na osiedlu groziło sporym łomotem, trzymałem kciuki za Legię Warszawa z IFK Goeteborg, a potem w Lidze Mistrzów. A później kibicowałem Widzewowi Łódź, Wiśle Kraków, Groclinowi Dyskobolii Grodzisk Wlkp., Zagłębiu Lubin itd. itp. No i oczywiście, najmocniej, Lechowi Poznań, który to dał mi chyba najwspanialszą kibicowską chwilę przeżytą na stadionie, gdy Rafał Murawski strzelał Austrii Wiedeń.

Pamiętam moje zdziwienie i oburzenie, gdy w 2001 roku, podczas powrotu z obozu w Rumunii, w szerszym gronie oglądałem kapitalny mecz Wisły z Barceloną (3:4). Ja cieszyłem się po trzech golach wiślaków, a kilku innych obozowiczów podskakiwało z radości po czterech golach Katalończyków. Chyba właśnie wtedy pierwszy raz zetknąłem się ze zjawiskiem, które na własne potrzeby nazwałem „pokoleniem Ligi Mistrzów”. Osoby z tego pokolenia (które przygody z kibicowaniem zaczęły na przełomie wieków), kojarzę jako te, które ponad drużyny z polskiej ligi, ze swojego regionu, przedkładają europejskich potentatów typu Manchester United, Juventus, Bayern czy właśnie FC Barcelona.

Nie podzielam tego podejścia. Nie ma takiej zagranicznej drużyny, której mógłbym kibicować w starciu z polską ekipą. Czy z Lechem, czy z Legią, czy z Piastem. No już tak mam. Ale jestem w stanie zrozumieć, że jeśli ktoś od maleńkości trzyma za Gladbach, Milan czy Tottenham, to nie robi wyjątku dla starcia z Polakami. No i mówimy tu bardziej o kibicowaniu za kimś niż przeciw komuś. Tych kibicujących przeciw – mam wrażenie – ostatnio przybywa.

Rok temu kolega Paweł Czado pisał o tym, że w starciu z Legią Warszawa warto kibicować Molde, a potem o odruchu wymiotnym spowodowanym sosem patriotycznym przed bojem ze Steauą Bukareszt. Przytaczał m.in. argument, że jeśli klub ze stolicy wejdzie do Ligi Mistrzów, to zarobi tyle kasy, że odsadzi resztę ekstraklasy na tyle, że walka o majstra będzie z góry rozstrzygnięta.

Z kolei ostatnio na profilu poznan.sport.pl dużą aktywnością wykazuje się autor (autorzy?) strony Kibicujemy Przeciwnikom Legii, którą lubi ponad 3 tys. osób i która (na szczęście!) nie ogranicza się tylko do wylewania żółci, ale też podaje ciekawe informacje o rywalach. Czytam tam m.in. tak:

Dlaczego będę trzymał kciuki za Celtic?

Szanuję prawo ludzi do kibicowania polskim drużynom „dla dobra polskiej pilki” w pucharach i czerpania z tego radości. Chciałbym jednak, żeby z drugiej strony było zrozumienie, że można być nastawionym pozytywnie do „dobra polskiej piłki”, kibicując w pucharach przeciwko lokalnemu rywalowi. (…)

W całej „dyskusji”, którą prowadzą z nami kibice Legii, zasypując nas w 99 proc. wulgarnymi komentarzami (gdzie pojawia się argument – w tłumaczeniu na polski – że kibicowanie Celticowi jest niepatriotyczne), umyka gdzieś oczywisty fakt, że polska piłka nie spada w rankingach dlatego, że ja cieszyłbym się, gdyby Celtic wygrał z Legią 3:0. Co najmniej.

Można jednak się zastanawiać, na ile za taki tragiczny stan rzeczy (około 70. miejsce na świecie reprezentacji i około 20. w Europie naszej ligi) częściowo współodpowiedzialna jest sytuacja, w której warszawskie media i ulokowany w Warszawie zarząd PZPN konsekwetnie w swoich działaniach wspierają Legię, często niemerytorycznie. Superpuchar rozegrany na stadionie na Łazienkowskiej z Zawiszą to przykład pierwszy z brzegu.

Za ile za taki stan rzeczy odpowiada fakt, że musiałem oglądać w decydującym meczu z Ukrainą w eliminacjach do Mistrzostw Świata Daniela Łukasika na kluczowej pozycji, o którym – z całym szacunkiem dla tego piłkarza – wiem, że nie wybiłby się do reprezentacji w Polsce z innej drużyny niż Legia Warszawa? A takich piłkarzy, którzy są promowani w reprezentacji, bo są z Legii, jest i przewija się przez nią dużo. (…)

Dostaje się też dziennikarzom, Bogusławowi Leśnodorskiemu czy Pawłowi Janasowi, który nie wziął na mundial Tomasza Frankowskiego (a wziąłby go, gdyby był z Legii). Jest też argument przytaczany przez Pawła – że sukces Legii to automatyczne pogorszenie sytuacji innych polskich klubów.

Nie widzę większego sensu w kontrargumentowaniu kolejnych wątków, z którymi się nie zgadzam (pierwszy z brzegu – w 2006 roku Legia była mistrzem, a Janas nie wziął żadnego legniosty, wziął za to lechitę Bosackiego ; poza tym – wiadomo, że od samego kibicowania polska piłka się nie dźwignie). Pewne sprawy są miękkie i niemierzalne, opierają się na wrażeniach i odczuciach (typu dziennikarze w mediach centralnych są za Legią, bo siedzą w Warszawie, aha – PZPN też).

Po prostu – nie zgadzam się co do podstawowego założenia kibicowania przeciw polskim drużynom – i Legii, i Lecha (bo profil Kibicujemy Przeciwnikom Lecha też już istnieje), i wszystkim pozostałym.

 

Skoro wyłożyłem już swoje stanowisko przejdźmy do… KONKURSU!

Bez względu na to, czy w pucharach kibicujecie polskim drużynom w komplecie, czy tylko Legii, albo Lechowi, albo Ruchowi, a może – no właśnie! – ich rywalom, możecie wygrać dwie fajne koszulki piłkarskie z mej skromnej kolekcji (patrz – zdjęcie u góry). Tak się bowiem akurat składa, że i w Celtic, i w Esbjerg (Stjarnan nie mam, a gdybym miał – na pewno bym nie wydał) odziewam się wyjątkowo rzadko. Skoro więc komuś te trykoty mogą sprawić choć odrobinę radości – proszę.

Co trzeba zrobić?

Typujemy dokładne wyniki meczów:

Celtic – Legia,

Lech – Stjarnan,

i Esbjerg – Ruch.

Proszę przy typach podać, czy chcesz wygrać koszulkę klubu ze Szkocji czy z Danii. Jedna klasyfikacja będzie dla ubiegających się o Celtic, druga o Esbjerg. Czyli prawidłowy komentarz konkursowy (bo komentarze w kwestii typowania przeciw polskim klubom też są mile widziane) wygląda np. tak:

Celtic – Legia 3:3

Lech – Stjarnan 4:4

i Esbjerg – Ruch 5:5.

Koszulka: Esbjerg.

Kolejność osób, które wygrywają

1) osoby, które podadzą komplet trzech dokładnych wyników

2) jeśli takich osób nie będzie, wygrywają osoby, które podadzą dobrze dwa dokładne wyniki i w trzecim przypadku – dobre rozstrzygnięcie

3) jeśli takich osób nie będzie, wygrywają osoby, które podadzą dobrze dwa dokładne wyniki

4) jeśli takich osób nie będzie, wygrywają osoby, które podadzą dobrze jeden dokładny wyniki i dwa rozstrzygnięcia itd.

Jeśli znajdą się dwie osoby z takimi samymi typami, wygrywa osoba, która podała je wcześniej.

Tak naprawdę, do konkursu można dołączyć jeszcze przed czwartkowymi meczami – może się przecież zdarzyć, że nikt nie poda dobrze wszystkich trzech rezultatów, więc nawet brak typu Legii nie przekreśla szans na wygraną. Aha, ostateczną decyzję podejmuje organizator ;)

Mam nadzieję, że wszystko jasne.

A już na sam koniec – sonda o kibicowaniu polskim klubom i ich rywalom.

B.