Słodko-gorzki

Brazylijski mundial wkracza dziś w decydującą fazę. Wszystko, co związane z grupowymi, eliminacyjnymi młynami, które mieliły nam niestrudzenie i z wyjątkowym polotem przez ostatnie dwa tygodnie, powoli pokrywać zacznie kurz zapomnienia. Spod tej nieuchronnie przybierającej z każdym kolejnym dniem warstwy chciałbym wydobyć i ocalić coś, co może nie jest jakoś ogromnie ważne dla historii ludzkości, ale chyba warto, by mieć świadomość, iż fakt taki zaistniał.

Portugalczycy, podobnie zresztą, jak kilku innych możnych starokontynentalnego futbolu, z Hiszpanami, Włochami czy Anglikami na czele nie zaliczą wciąż trwających jeszcze mistrzostw świata do udanych. Również Cristiano Ronaldo, któremu znów nie udało się uzyskać mundialowego stempla, o którym pisaliśmy kilka dni temu, nie będzie zapewne po latach z nadmierną tkliwością powracał wspomnieniami na brazylijską ziemię. A jednak mimo wszystko udało mu się osiągnąć coś naprawdę wielkiego, coś, co sytuuje go w historii światowego futbolu na miejscu zupełnie wyjątkowym i dla wielu z najwybitniejszych graczy w dziejach tej dyscypliny sportu po prostu nieosiągalnym. Gdy na dziesięć minut przed końcem pożegnalnego na tym turnieju spotkania podopiecznych Paulo Bento, bramkarz reprezentacji Ghany pacnął przed siebie piłkę, niczym uczeń podstawówki na wuefowej lekcji siatkówki, Cristiano Ronaldo stał sobie spokojne, tam gdzie stać powinien, a potem celnie kopnął futbolówkę lewą nogą i po chwili miał szansę by się ucieszyć, choć wcale tego nie zrobił, ze swojego 50. gola zdobytego dla reprezentacji Portugalii. To prawda, że piłkarz Realu mógł w tym spotkaniu strzelić i sześć goli, a już koniecznie powinien CO NAJMNIEJ trzy. To prawda, że jego bramka, na ostateczny układ tabeli, czytaj dla końcowej klęski Bohaterów Mórz na tej imprezie, nie miała już znaczenia. A jednak tym trafieniem Cristiano przeszedł do historii światowego futbolu. Był to bowiem jego szósty z rzędu, wielki, mistrzowski turniej, na którym CR7 strzelił choćby jednego gola (ME 2004 – 2 gole, MŚ 2006 – 1, ME 2008 -1, MŚ 2010 – 1, ME 2012 – 3, MŚ 2014 – 1).

W całych dziejach piłkarstwa na Starym Kontynencie doszukacie się tylko jednego gracza, któremu podobnego wyczynu udało się dokonać. Co ciekawe, on na brazylijskim mundialu ma jeszcze o co walczyć. To oczywiście dzisiejszy trener reprezentacji USA, Jurgen Klinsmann, który również zdobywał gole na sześciu kolejnych turniejach (od Euro ’88 do MŚ ’98 włącznie). Gdyby podrążyć temat jeszcze głębiej, wychylając nos poza Europę, dopisalibyśmy do listy jeszcze Gabriela Batistutę (gole na mundialach 1994, 98, 2002 oraz Copa America 1991, 93, 95). Siedmiokrotnie sztuka ta udawała się przed kilkudziesięciu laty również Brazylijczykowi Zizinho, a sześciokrotnie Urugwajczykowi Scarone, lecz tu należy brać poprawkę, że w ich rekordach partycypował zaledwie jeden turniej o mistrzostwo świata, a i Copa America miała wówczas nieco inny kształt i rangę. Tak, czy inaczej, to wykonane niemal od niechcenia, celne kopnięcie futbolówki w końcówce meczu przeciwko Ghanie, sytuuje Cristiano Ronaldo w niezwykle wąskim, elitarnym gronie futbolistów, którym wyczynu tego może pozazdrościć cały piłkarski świat. A przecież ów dorobek CR7 mógł, a nawet powinien być co najmniej dwukrotnie efektowniejszy liczbowo. Na marginesie spod znaku ciekawostki warto bowiem wspomnieć o fakcie, o którym naprawdę niewiele osób ma pojęcie, a o którym pisaliśmy już swego czasu w tekście Cudowne lata portugalskiego futbolu. Otóż Cristiano Ronaldo poza swymi dziewięcioma mistrzowskimi golami na przestrzeni ostatniej dekady, legitymuje się również aż dziesięcioma turniejowymi uderzeniami w słupki lub poprzeczki bramki zespołu rywali. Rzecz to zapewne niełatwa do zweryfikowania, ale za poświadczone materialnymi dowodami wskazanie podobnego obijacza aluminium na mistrzowskich imprezach – czeka nagroda:). Cristiano Ronaldo z brazylijskiej ziemi nie wyjeżdżał zapewne wesół, lecz mógł przynajmniej, na delikatną osłodę goryczy klęski, zapakować do plecaka w powrotną drogę swój rekord, którego naprawdę wielu najwybitniejszych graczy w całej historii światowego futbolu może mu tylko pozazdrościć. A czy portugalski piłkarz będzie miał jeszcze kiedykolwiek okazję, by powiększyć swój strzelecki dorobek na wielkich turniejach – czas pokaże.

Ten trzeci (bramkarz)

 

Choć kilkuminutowy występ portugalskiego golkipera Eduardo w starciu z Ghanijczykami niewiele oznacza z perspektywy wieczności, to jednak jest wydarzeniem wyjątkowym.

Przypomnę: w inauguracyjnym spotkaniu z Niemcami bramki Portugalczyków bronił Rui Patricio (Sporting Lizbona). Nabawił się w nim jednak kontuzji, przez co w spotkaniu z USA między słupkami stanął Beto (Sevilla; rezerwowy na MŚ 2010). Podobnie było w ostatnim meczu z Ghaną. Na minutę przed zakończeniem regulaminowego czasu gry również on nabawił się urazu! Wobec tego na boisku pojawił się trzeci golkiper – Eduardo (Sporting Braga; pierwszy bramkarz na MŚ 2010).

W historii mistrzostw świata tylko czterokrotnie zespoły podczas turnieju korzystały z usług aż trzech golkiperów.

MŚ 1978 – Francja

Jean-Paul Bertrand-Demanes -> Dominique Baratelli -> Dominique Dropsy.

Demanes odniósł kontuzję w meczu z Argentyną wpadając na słupek. Zastąpił go więc Baratelli, ale w kolejnym meczu bronił już Dropsy.

MŚ 1982 – Belgia

Jean-Marie Pfaff -> Theo Custers (grał m.in. z Polską) -> Jacky Munaron.

Pfaff został usunięty z drużyny po fazie grupowej za… głupie żarty. Słynny golkiper miał udawać, że topi się w basenie. Zastąpił go Custers, którego z kolei w ostatnich grach zluzował Munaron.

MŚ 1982 – Czechosłowacja

Zdenek Hruska -> Stanislav Seman -> Karel Stromsik

Hruskę zmieniono po słabym występie, a Seman złamał palec, dlatego zastąpił go Stromsik.

MŚ 1994 – Grecja

Antonis Minou -> Elias Atmatsidis -> Christos Karkamanis

Mając na uwadze, że w każdym kolejnym meczu Grecy zbierali ostre baty (0:4, 0:4 z Bułgarią i 0:2 z Nigerią), to trudno się dziwić, że selekcjoner próbował szczęścia z każdym zabranym do USA golkiperem.

No i do tego zestawienia należy teraz doliczyć trio portugalskie znaczone kontuzjami i ogólnozespołową klęską. Chyba fajniej być zapamiętywanym w innych okolicznościach.

Przy okazji daje to wszystko do myślenia nad rolą przypadku i szczęścia. Trzeci bramkarz często jedzie na imprezę trochę na doczepkę (przy okazji każdego dużego turnieju pojawiają się pytania o zasadność zmuszania selekcjonerów do powoływania trójki golkiperów), po cichu nawet nie licząc na występ. Tymczasem – szast, prast – tu kontuzja, tu słaby występ i świat stoi przed nim otworem. Wczoraj jeszcze nie łapał się na wewnętrzny sparing zespołu, dziś w jego rękach jest zwycięstwo. Cały romantyzm futbolu w kilku scenach.

P.

Podgryzanie systemu

Jest coś niepokojąco fascynującego w Luisie Suarezie. Nie chodzi jednak o jego fenomenalny instynkt strzelecki, który akurat podczas wczorajszej konfrontacji z Włochami pozostawał w uśpieniu.

Suarez zrobił bowiem coś, co przedtem zrobił chyba tylko Zinedine Zidane. Francuz na obelgi rzucane pod adresem swojej siostry – pociągnął Materazziemu z byka. To nic, że gramy finał mistrzostw świata. Rachunki trzeba wyrównać, a atak z bańki wydaje się do tego najbardziej odpowiedni.

Napastnik celestes poszedł krok dalej. Jego nikt nie zaczepiał. Z inicjatywą wyszedł sam. Zdawał sobie sprawę, że każde drgnięcie jego mięśni śledzi kilkanaście kamer, lecz mimo to zdecydował się ugryźć Chielliniego. Ugryźć. Jak gdyby bawił się w piaskownicy i pokłócił się o foremki. Wobec braku innych pomysłów na rozróbę – haps!

Z pewnością Urugwajczyk ma nie po kolei w głowie. Recydywiści to osoby słabe i chore, a snajper Liverpoolu to recydywista wielokrotny. Z pewnością jest też już teraz jedną z XXI-wiecznych ikon gry anty – fair play. Ilość, wyrafinowanie i nieprzystająca do niczego jakość jego niecnych przewin przeraża i zarazem intryguje (co jeszcze wymyśli? ukłuje kogoś strzykawką wyciągniętą nagle ze spodenek?).

Z pewnością jednak jest też osobą, która kompletnie podważa ramy uporządkowanego przemysłu futbolowego. System, który bazuje na przewidywalności i stara się do minimum ograniczyć na boisku działanie czynników niespodziewanych, natrafia na intruza, który sobie z tego porządku okrutnie kpi. Lista kompromisów, na które idą piłkarze i całe federacje, by bawić się w zyskowną grę pod tytułem „futbol”, cały czas się wydłuża. Nie można tego, nie wolno tamtego. Reguły obecności każdej postaci na mundialu zapisane są w przepastnej księdze „marketing guide”. Ci, którzy na turnieju utrzymają się najdłużej, zarobią najwięcej. Opłaca się mieć dobre relacje z FIFA, być miły dla sędziów, nie podpadać krajowym związkom, nie kłócić się z selekcjonerem. Cała masa zakazów i nakazów.

A Suarez sobie po prostu gryzie. 

Urugwajczyk jest nie tylko agresorem obgryzającym ramię włoskiego defensora, ale także gryzoniem podskubującym podwaliny porządku funkcjonowania całej współczesnej piłki.

Haps!

P.

Cristiano Ronaldo nieukojona tęsknota za mundialowym stemplem

Gdy myślisz: „Maradona”, przed oczami przesuwają się krajobrazy rodem z meksykańskich muraw, pośród których wielki mały Diego mijał kolejnych Anglików jak slalomowe tyczki, kończąc swą kilkudziesięciometrową przebieżkę umieszczeniem futbolówki w siatce Shiltona. Natrętnie do głosu pchają się też wciąż żywe, a o cztery lata młodsze wspomnienia z turyńskiej ziemi, gdy argentyński geniusz w pojedynkę rozmontował brazylijskiego giganta. Gdy myślisz: „Hagi„, nie musisz nawet przymykać powiek, by ujrzeć, jak w sposób zjawiskowy kopie on piłkę, posyłając ją za kołnierz bramkarza faworyzowanej kolumbijskiej drużyny, odwracając wszelkie przedmeczowe wyobrażenia o sile obu ekip, a potem pcha swą reprezentację ku samemu przedsionkowi medalowych zmagań. A przecież jeszcze po mistrzostwach świata we Włoszech powszechnie pisano o rumuńskim piłkarzu, że owszem, jest graczem fenomenalnym, lecz nie potrafi tego udowodnić na imprezie najwyższej rangi i dlatego nigdy nie przedostanie się do panteonu tych najlepszych z najlepszych, o których pamięć w futbolowym makrokosmosie nigdy nie wygaśnie. A jednak, dzięki World Cup ’94 udało się Hagiemu tego dokonać. Można być bowiem naprawdę wspaniałym, genialnym piłkarzem, ale to dopiero ten jedyny w swoim rodzaju, niepodrabialny, weryfikujący wszystko wielki mundialowy stempel nadaje futbolowym dokonaniom wybitnych graczy znamion długowieczności w ludzkiej pamięci. Swoje mundiale, które już na trwałe zapisały ich w historii sportu mają i Pele, i Garrincha, i Maradona, i Hagi, i Romario. I Eusebio. Czy kiedykolwiek doczeka się go również Cristiano Ronaldo, który nie jest z pewnością piłkarzem mniej genialnym od wyżej wymienionych? Będzie mu już teraz niezmiernie trudno to osiągnąć. A bez tego, choćby i nawet był w rzeczywistości najlepszym piłkarzem w całej historii futbolu, czegoś już zawsze będzie brakowało. Czegoś bardzo ważnego.

Dzisiejszej nocy, grając na swym trzecim z rzędu mundialu, Cristiano Ronaldo zaliczył dwunasty pojedynek na turniejach o mistrzostwo świata. Uzyskał w nich dotychczas dwa trafienia. Oba w końcówce drugich grupowych spotkań, najpierw w 2006 roku z Iranem, celnie egzekwując jedenastkę, a potem w 2010 roku kierując piłkę do pustej bramki Korei Północnej i podwyższając wynik spotkania na 6:0. Nie były to więc gole najwyższej wagi, by na eufemizmie poprzestać. Na mundialowej ścieżce CR nie brakowało wielkich wyzwań, a zarazem wspaniałych okazji, by unieśmiertelnić swoje dokonania, swą klasę i swój geniusz w ogrodach pamięci mistrzostw globu. Grał przecież z Holandią, Anglią, Francją, Brazylią, Hiszpanią, dwukrotnie z Niemcami. Nic tylko błyszczeć na tle takich rywali. Jednak Ronaldo błyszczał raczej umiarkowanie. Na niemieckim WM 2006 był jeszcze młodziutkim, 21-letnim, fenomenalnie zapowiadającym się graczem, dopiero wychodzącym w koszulce z numerem 17 na plecach, z cienia wielkiego Luisa Figo. I paradoksalnie, z perspektywy czasu, to właśnie tamten mundial należy uznać jako, póki co, najlepszy (co wcale nie znaczy, że rewelacyjny) w wykonaniu Cristiano.

Turniej w RPA przed czterema laty był niewątpliwie wielkim rozczarowaniem dla noszącego już wówczas kapitańską opaskę w narodowym zespole gracza. Na mistrzostwa w Brazylii piłkarz Realu przyjechał dochodząc dopiero do siebie po dolegliwości kolana. W spotkaniu z Niemcami, jak ująłby całą sprawę Jan Kochanowski, Ronaldo niby był na boisku, ale jakoby go nie było. Dzisiejsza noc znów nie przyniosła upragnionego i wyczekiwanego mundialowego stempla na wiecznej rzeczy pamiątkę. Co prawda to właśnie Cristiano w doliczonym czasie gry, fantastycznym zagraniem pozwolił Vareli przedłużyć portugalskie marzenia o wyjściu z grupy, ale sam Ronaldo publicznie daje wyraz znikomości swej wiary już nie tylko w szansę przedarcia się na następne szczeble mundialowych rozgrywek, ale podważa również sportową wartość całego zespołu. Jednocześnie samemu nie będąc już dla własnej reprezentacji tym, kim był choćby w jesiennych barażach przeciwko Szwecji, gdy niemal w pojedynkę wciągał swą drużynę za uszy na brazylijskie święto futbolu.

Nie przesądzając w niczym sprawy nietrudno jednak ocenić, iż póki co, nie pachnie ten turniej niczym pięknym, ani dla Portugalii, ani dla samego Cristiano Ronaldo. Byłoby chyba jednak trochę szkoda tej zaprzepaszczonej szansy, bo obecny gracz Realu na następnym mundialu będzie dźwigał na karku już trzydzieści trzy wiosny i istnieje ryzyko, że również kilka z jego piłkarskich walorów takich, jak szybkość i dynamika może postarzeć się o cztery, bezlitosne lata. Oczywiście CR7 posiada w swym arsenale całe mnóstwo doprowadzonych niemal do perfekcji futbolowych walorów, lecz co przyniesie i jakie piętno na nich odciśnie ząb czasu, nikt z nas nie potrafi przewidzieć. Cristiano Ronaldo rozgrywa na brazylijskiej ziemi swój szósty z rzędu wielki turniej. Na każdym z nich zdobywał dotąd gole, trzykrotnie sięgał po medale, a dwa lata temu był bezsprzecznie jedną z najjaśniej świecących gwiazd polsko-ukraińskiego Euro 2012. Mundial to jednak zupełnie co innego. Tylko on może wynieść piłkarza tam, gdzie pamięć o jego dokonaniach pozostanie na zawsze niezagrożona. Cristiano Ronaldo o to swoje miejsce w futbolowym panteonie największych z największych wciąż jeszcze chyba walczy. Łatwo mu jednak z pewnością nie będzie.

 

Przeczytaj także:

Mundialowy stempel Eusebio

Zwyciężonych zwycięzców żałobny rapsod

Nie opłaca się być w bieżącym tysiącleciu obrońcą tytułu mistrza świata podczas mundialowego turnieju. Kolejnymi, którzy doświadczyli tej bolesnej prawdy na własnych plecach, nie wychodząc nawet z grupy, są członkowie podziwianego przez lata, a nieubłaganie zmierzchającego już zapewne w swej niedoścignionej świetności, reprezentacyjnego zespołu Hiszpanii. Gdyby ktoś jeszcze kilkanaście dni temu zasugerował, że hiszpańska piłkarska Armada, która od aż trzech z rzędu mistrzowskich imprez miała cały futbolowy glob u swego tronu, po dwóch eliminacyjnych kolejkach brazylijskiego mundialu będzie legitymować się bilansem bramkowym 1:7 (jedyny gol zdobyty z rzutu karnego) i dopinając powoli walizki, szykować się do powrotu w domowe zacisze, mógłby spodziewać się oskarżeń o szaleństwo. A jednak.

Klęska Hiszpanów (z tak grającym Diego Costą w ataku naprawdę niewielka była szansa, by sięgać po laury na tym turnieju), choć być może bardziej spektakularna niż każda inna, bo i dominacja podopiecznych del Bosque była w ostatnich latach bardziej spektakularna niż jakakolwiek inna, jako żywo przeniosła mnie wehikułem czasu o dwanaście lat wstecz, na azjatycką ziemię. U progu trzeciego tysiąclecia również Francuzi dysponowali fantastycznym wręcz zespołem. W znakomitym stylu zdobyli mistrzostwo świata w 1998 roku, triumfowali też na Starym Kontynencie w 2000 roku. Trójkolorowi uchodzili za niemal stuprocentowych faworytów azjatyckiej imprezy. Wydawało się, że bez większych problemów potwierdzą swą niezagrożoną hegemonię w piłkarskim świecie. Tymczasem mundial w Korei zakończył się dla nich totalną kompromitacją. O ile porażkę z Senegalem można było jeszcze uznać za sensacyjny wypadek przy pracy,

a bezbramkowy remis z Urugwajem wytłumaczyć grą przez ponad godzinę w liczebnym osłabieniu po czerwonej kartce dla Thierry Henry, o tyle 11 czerwca 2002 roku na stadionie w Inczchon, Zidane i spółka zostali wręcz perfekcyjnie wypunktowani i upokorzeni przez Duńczyków. Porażka 0:2 w tym ostatnim grupowym meczu o wszystko, sprawiła że obrońca tytułu mistrzowskiego kończył azjatycki mundial z zerowym dorobkiem strzeleckim!

Francuzi już w swoich domach przed telewizorem mogli przypatrywać się z uznaniem, jak Brazylijczycy wznoszą do góry w triumfalnym geście Puchar Świata. Jednak również Canarinhos cztery lata później nie byli już takimi chwatami, gdy trzeba było bronić miana najlepszej reprezentacji globu. Co prawda podopieczni Carlosa Alberto Parreiry w dość bezbarwnym stylu, choć z kompletem zwycięstw, na tłustawych nóżkach, przegrywających wówczas swą walkę z nadwagą Ronaldo i Adriano, doczłapali się aż do ćwierćfinału niemieckiego mundialu, to jednak tam byli już irytująco bezradni w pojedynku z Francuzami odpadając z walki o medale.

Jednak wynik Brazylii na mistrzowskim turnieju rozgrywanym za naszą zachodnią granicą w 2006 roku i tak należy uznać za nie lada wyczyn, w kontekście tego wszystkiego, czym broniąc wywalczonego właśnie tamże Pucharu Świata, popisali się cztery lata później Włosi. Podopieczni Marcello Lippiego naprawdę nie mogli narzekać na niekorzystne losowanie. A jednak na południowoafrykańskim mundialu zajęli w swej grupie ostatnie miejsce, goniąc za remisem w spotkaniach z Paragwajem i Nową Zelandią (!) oraz przegrywając w Johannesburgu bój o wszystko z rewelacyjnie dysponowaną tego dnia reprezentacją Słowacji. Robert Vittek i spółka boleśnie wybili Italii z głowy marzenia o obronie mistrzowskiego tytułu.

Nieco już wypalona i przesycona największymi sukcesami reprezentacja Hiszpanii po sportowej klęsce na brazylijskiej imprezie, kończącej jej nieprzerwaną, wieloletnią, spektakularną w formie i treści hegemonię pośród futbolowego świata, powoli mości już tron swym następcom. Wraz z nim przekaże im jednak w pakiecie również zatrutą pałeczkę niewykonalnej dotychczas w bieżącym tysiącleciu misji obrony mistrzowskiego tytułu. A my już 7 lipca dowiemy się, komu będziemy mogli współczuć w kontekście przyszłego rosyjskiego (?) mundialu.

Dobry układ gwiazd

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mundial, którego pierwszą kolejkę właśnie zamknęliśmy, w pewnym sensie jest wyjątkowy. Pierwszy raz bowiem od dawna świecą na nim (przynajmniej na razie) gwiazdy światowego futbolu, na które to właśnie fani najbardziej liczyli i które to zwykle – w większym lub mniejszym zakresie – zawodziły na turnieju mistrzowskim.

Jakoś tak się bowiem często składa, że przeorane ligowymi rozgrywkami asy na mundialu ledwo zipią. Klubowe boje prowadzone są w morderczym tempie i z zabójczą częstotliwością. Ci, którzy w kwietniu wzbijali się na wyżyny, w czerwcu marzą raczej o kocu na plaży, a nie o kolejnych starciach.

Dość przypomnieć MŚ 2002, gdzie błyszczące w najważniejszych ligach gwiazdy skompromitowały się doszczętnie. Francja z trzema królami strzelców nie zdobyła nawet bramki, Figo człapał po boisku jak człowiek w jesieni wieku, a Argentyńczycy nie wyszli z grupy. Koreańsko-japoński turniej najlepiej wspominają średniaki, które później już nigdy nie zabłysły – Ilhan Manzis, Hasan Sas, Papa Bouba Diop czy Ahn Jung-hwan.

Tymczasem na brazylijskich boiskach popisy serwują nam właśnie gwiazdy zakończonego sezonu. W Brazylii presję wytrzymał Neymar (choć wczoraj z Meksykiem wypadł już słabo). Środek pola Chorwacji świetnie organizowali właśnie Rakitic i Modric. Natchniony mecz rozegrali Robben z Van Persim. Dla Chile trafił Alexis Sanchez, dla Australii – Cahill, dla Kolumbii – James Rodriguez, dla Japonii – Honda, dla USA – Dempsey, dla Urugwaju – Cavani. Ba, przełamanie mundialowe zaliczył nawet Leo Messi! Jeszcze bardziej licznik goli podkręcili Benzema i Muller. Dobre zawody, choć bez zdobyczy bramkowej, zagrali Pirlo, Hazard i Drogba. Błyszczy więc nam światowa wierchuszka, co może i nie powinno dziwić, ale mnie jednak dziwi i cieszy zarazem. 

Od każdej reguły są jednak wyjątki. Zbiorowo polegli bowiem Hiszpanie i Portugalczycy, którzy akurat tradycyjnie są obiektami westchnień i wyobrażonymi bohaterami niezłomnej roli niesienia kaganka pięknego futbolu. Tym smutniej więc oglądało się nieskuteczne poczynania Xaviego z Iniestą, Sergio Ramosa goniącego bezradnie Robbena albo Ikera Casillasa asystującego przy golu Van Persiego.

No i Cristiano Ronaldo.

Zawodnik, który w Realu wzbił się na poziom olimpijskich bogów, w meczu z Niemcami spadł do czeluści Tartaru. Krzywił się, krzyczał, popłakiwał, ale na boisku nie wychodziło mu absolutnie nic. Próbował kąsać jak skorpion, ale koniec końców zawsze był bezradny jak panna. Cóż, dobry układ gwiazd siłą rzeczy nie może obejmować wszystkich znaków zodiaku.

P. 

Do kogo przytuli się dziś futbolowe szczęście, czyli Nowe Źródło czy stara historia?

Czekam na ten mecz z utęsknieniem już od momentu losowania mundialowych grup. Rzadko bowiem się zdarza, aby historia pojedynków dwóch zespołów na wielkich turniejach była tak misternie zakamuflowana ostatecznymi wynikami spotkań. Portugalczycy i Niemcy staną dziś ze sobą oko w oko po raz szósty na mistrzowskiej imprezie, podczas gdy w aż trzech z ostatnich wzajemnych zmagań triumfowali nasi zachodni sąsiedzi, nie będąc w żadnym z nich drużyną lepiej grającą w piłkę. Czy za kilka godzin na Arena Fonte Nova Salvador w starciu drugiej i czwartej (wedle rankingu FIFA) siły światowego futbolu znów górę weźmie niemieckie, futbolowe wyrachowanie czy też wreszcie finezyjni chłopcy Paulo Bento zdołają przemóc podopiecznych Joachima Loewa? Fonte Nova znaczy na dobrą sprawę tyle, co Nowe Źródło. Czy wybije dziś ono na dalekim południowo-amerykańskim kontynencie dla fascynującej historii portugalsko-niemieckich zmagań?

Pierwszą wzajemną batalię w meczu o stawkę oba zespoły stoczyły ze sobą niemal dokładnie trzydzieści lat temu, 14 czerwca 1984 roku. Podczas starokontynentalnego czempionatu, na stadionie w Strasbourgu padł bezbramkowy remis, choć Jordao, Joao Pinto i Carlos Manuel kilkukrotnie napędzali stracha strzegącemu niemieckiej bramki Schumacherowi. Bohaterowie Mórz zajęli ostatecznie na tym turnieju trzecie miejsce, podczas gdy reprezentacja RFN nie wyszła nawet z grupy.

Na marginesie można wspomnieć, że już w następnym roku obie ekipy znów zagrały ze sobą w eliminacjach do meksykańskiego mundialu. Piłkarze byli dla siebie bardzo gościnni, solidarnie dając sobie wygrać na obcym terenie. W Portugalii triumfowali późniejsi wicemistrzowie świata, podopieczni Beckenbauera 2:1, lecz 16 października 1985 roku na Neckarstadionie w Stuttgarcie, dzięki pięknemu trafieniu Carlosa Manuela, następcy legendarnego Eusebio niemal cudem zapewnili sobie mundialowe paszporty (na meksykańskiej ziemi m.in. przegrali w grupie z Polską 0:1). Tamten stuttgarcki triumf to jeden z najspektakularniejszych sukcesów odniesionych przez portugalską drużynę nad niemieckim teamem.

Podczas kwalifikacji do mistrzostw świata we Francji po raz pierwszy w meczach o punkty zmierzyły się zespoły Portugalii oraz już zjednoczonych Niemiec. W obu potyczkach drużyny podzieliły się punktami, najpierw w Lizbonie było 0:0, a potem w Berlinie 1:1.

20 czerwca 2000 roku na de Kuip w Rotterdamie, podczas holendersko-belgijskiego Euro, wspaniała portugalska ekipa rozniosła w pył podopiecznych Ribbecka. Bezradny Oliver Kahn aż trzykrotnie był karcony przez rozgrywającego swój mecz życia Sergio Conceicao. 3:0. To był jedyny mecz na wielkim turnieju, w którym niemieccy piłkarze byli zaledwie bezbarwnym tłem dla portugalskiej siły. W końcowym rozrachunku Portugalczycy na tamtej imprezie opromienili się brązem, podczas gdy ich niemieckie, boiskowe ofiary nawet nie wychyliły nosa z eliminacyjnej grupy.

Sześć lat później, 8 lipca 2006 roku, po raz jedyny jak dotąd, obie reprezentacje stanęły ze sobą oko w oko pośród mundialowych okoliczności. Na szczęśliwej niegdyś dla Bohaterów Mórz stuttgarckiej ziemi, w meczu o brąz szczęście ewidentnie sprzyjało teraz gospodarzom imprezy. W tekście Cudowne lata portugalskiego futbolu, tak pisałem o tym spotkaniu. „Dziwny był to mecz. Portugalczycy grali w piłkę, czyniąc to zresztą naprawdę bardzo pięknie, ale to Niemcy strzelali gole. Właściwie całą sprawę, podopieczni Klinsmanna, załatwili w niecałe 19 minut, kiedy to pomiędzy 58 a 77 minutą spotkania objęli prowadzenie aż 3:0 (jedną z bramek strzelił dla Niemców portugalski obrońca Petit). Rezultat tego spotkania, to jeden z najbardziej niesprawiedliwych, i najmniej oddających przebieg wydarzeń na boisku, wyników jakie tylko pamiętam. W 88 minucie Nuno Gomes strzelił gola na 1:3, przypominając własnym kibicom, że powinni cieszyć się i świętować, bo przecież ich reprezentacja odniosła na Mistrzostwach świata w Niemczech naprawdę olbrzymi sukces. Po tym turnieju, zakończył swą wspaniałą reprezentacyjną karierę legendarny Luis Figo”.

Dodam tylko, że nie po raz ostatni niestety, w osiągnięciu korzystnego rezultatu, a w tamtym przypadku również brązowego medalu mistrzostw świata, nie pomógł swym kolegom bramkarz Ricardo, który skądinąd bywał bohaterem innych, ważnych dla Portugalczyków bojów. Było to zarazem pierwsze starcie portugalsko-niemieckie, w którym udział wziął Cristiano Ronaldo.

Przed rozegranym podczas Euro 2008, meczem w bazylejskim Parku Świętego Jakuba, dość powszechne były głosy, że to bodaj pierwszy w historii pojedynek obu zespołów, gdy faworyta należy upatrywać w znakomicie dysponowanej portugalskiej drużynie. Owszem, podopieczni Scolariego może i mieli więcej z gry, może i piękniej kopali futbolówkę, ale to Niemcy po golach Schweinsteigera i Klose wyszli na prowadzenie 2:0. Kontakt z rywalem złapał swym golem do szatni Nuno Gomes, ale po godzinie gry powietrze uszło z rozpędzonych Bohaterów Mórz. W walce o górną piłkę Ballack dość wyraźnie popchnął Paulo Ferreirę, po czym skierował futbolówkę do bramki Ricardo (jego wyjście też pozostawiało wiele do życzenia). Szwedzki arbiter nie dostrzegł ewidentnego faulu niemieckiego piłkarza i rozpaczliwy napór chłopców Scolariego w końcówce spotkania wystarczył już tylko do strzelenia gola na 2:3. Niemieckie futbolowe wyrachowanie znów wzięło górę nad portugalskim polotem i finezją.

Wreszcie dwa lata temu, 9 czerwca 2012 roku we Lwowie, podczas naszego Euro, Niemcy ponownie wykazali się lepszymi konszachtami z futbolowym szczęściem. Natomiast prowadzonym już wówczas przez obecnego selekcjonera Paulo Bento i naprawdę znakomicie prezentującym się w tym spotkaniu Portugalczykom, tego szczęścia ewidentnie po raz kolejny zabrakło. Niemiecką poprzeczkę efektownie ostrzeliwali Pepe i Nani. Z odległości kilku metrów od bramki wprost w Neuera trafił Varela. Bezwzględny był za to Mario Gomez, zapewniając swemu zespołowi na kilkanaście minut przed końcem spotkania, zwycięską bramkę.

Dziś podopieczni Paulo Bento i Joachima Loewa znów stają naprzeciw siebie, by walczyć o punkty na wielkiej futbolowej imprezie. Po raz pierwszy jednak spotkają się ze sobą w tym celu poza Starym Kontynentem. Czy to oznacza nowe otwarcie w ich wzajemnych, efektownych, pasjonujących zmaganiach? Czy Cristiano Ronaldo wreszcie zapisze się w mundialowej historii meczem na miarę występów Eusebio z 1966 roku, Maradony z 1986 i 1990, czy choćby Romario lub Hagiego z 1994? Pojedynek z Niemcami na to, by unieśmiertelnić swoje dokonania na kartach mundialowej historii nadaje się wprost idealnie. Czy jednak Portugalczycy zdołają wreszcie przełamać swą niemiecką niemoc, jaka im towarzyszy w bieżącym tysiącleciu, objawiając się niekorzystnymi rezultatami w ważnych meczach na wielkich turniejach? Czy Bohaterom Mórz, przebywającym na brazylijskiej murawie wespół z naszymi zachodnimi sąsiadami, uda się wreszcie wkraść w łaski futbolowego szczęścia, na które monopol już od dłuższego czasu, podczas wzajemnych starć, zazdrośnie dzierżą w swych nogach niemieccy piłkarze? Czy duch Sergio Conceicao znów dziś postraszy na Arena Fonte Nova Salvador? Przekonamy się o tym wszystkim już niebawem.

 

Przeczytaj także:

Cudowne lata portugalskiego futbolu cz.1

Cudowne lata portugalskiego futbolu cz.2

Mundialowy stempel Eusebio

Wszystkie światła na da Luz

Portugalczycy ’61

Obrigado Portugal: Futbol, Fatima, fado.

Obrigado Portugal: Benfica Lizbona

Obrigado Portugal: Sporting Lizbona

Obrigado Portugal: Braga się modli i gra

Niepokój Benfiquistas

Holandia może się bać. Świetny start = kiepski koniec?

”W pierwszym szlagierze pierwsza sensacja. Holendrzy mieli być słabi jak nigdy, a odnieśli sensacyjne zwycięstwo nad mistrzami świata. I z miejsca stali się jednymi z faworytów turnieju”. To wcale nie jest początek relacji ze spotkania Holandii z Hiszpanią – choć równie dobrze mógłby nim być – a delikatnie tylko zredagowany fragment korespondencji Gazety Wyborczej z Berna, sprzed sześciu lat. Wtedy, na Euro 2008 w Austrii i Szwajcarii, Holendrzy po niesamowitym spotkaniu rozłożyli na łopatki mistrzów świata, Włochów 3:0, a potem jeszcze poprawili pogromem 4:1 nad wicemistrzami globu, Francuzami. Wszystkim kopara opadła, zachwytom nie było końca, że van Basten na ławce, a oni grają, jak on i Gullit, i reszta, futbol totalny, etcetera. Wydawało się, że nikt nie jest w stanie zatrzymać Oranje na drodze do mistrzostwa kontynentu w rocznicę triumfu z 1988 roku. No właśnie, wydawało się. Rosjanie z Arszawinem na czele z pomarańczowej siły sobie nic nie zrobili i – choć po dogrywce – to w pełni zasłużenie, nie wpuścili ich nawet do półfinału. Najlepiej powinni to pamiętać – i euforyczne nastroje delikatnie tonować – Sneijder, de Jong i van Persie (Robben na Euro był na ławce).

Pomarańczowe miłe złego początki przypomniały mi się oczywiście podczas gromienia przez nich Hiszpanów. A potem zaczęło mi dzwonić, jak na ostatnich czterech wielkich turniejach skończyły drużyny, które zachwyciły na dzień dobry. I nie są to dla Holendrów dane optymistyczne, bo to nie pojedynczy przypadek, że jakaś ekipa w pierwszym rozdaniu pokazała wszystkie najlepsze karty, zostawiając mało (albo wręcz żadnych) atutów na potem.

Przecież ledwo dwa lata temu, tuż po naszym polsko-greckim otwarciu Euro 2012, we Wrocławiu koncert dała Rosja, zresztą pod wodzą Holendra. Co za siła, co za moc, 4:1 z Czechami, ułaaaaa. Maładcy wygrają tę grupę w cuglach – myśleliśmy sobie. Nie tylko nie wygrali, ale też nawet nie awansowali z Najsłabszej Grupy Mistrzostw Europy W Historii. Po takim początku, taka poruta – jak powiedzieliby w Poznaniu.

2010 rok? Proszę bardzo. Hiszpanie – wtedy ”tylko” mistrzowie Europy – turniej w RPA zaczęli od porażki ze Szwajcarami (ku uciesze bankowców i osób piszących o gospodarce – serio, siedziałem koło takich). Jednak i Helweci mundial afrykański skończyli przecież marnie, też nie wychodząc z grupy, przegrywając z Chile (0:1) i tylko remisując bezbramkowo z Hondurasem.

Mistrzostwa świata w Niemczech w 2006 r. to aż dwa takie przykłady. Hiszpanie przejechali się po Ukraińcach 4:0, by po awansie z marniutkiej grupy z Tunezją i Arabią odpaść już w 1/8 finału z Francją (a ambicje mieli przecież, jak zwykle, medalowe), a Czesi po świetnym meczu i pięknych golach (zwłaszcza Rosicky’ego) pokazali Jankesom, by z tym nazywaniem futbolu soccerem jednak sobie uważali. Sąsiadów z południa do drugiej rundy nie wpuściły jednak Włochy i Ghana.

Tak docieramy do 2004 roku. Naturalnie pamiętam o tym, że Grecy nie tylko pokonali Portugalczyków w meczu otwarcia, ale też potem w finale, ale czy to Euro naprawdę się odbyło? Często sobie myślę, że mi się tylko przewidziało.

B.

Najwspanialsza Francja 1998 i Korea 2002, mój pierwszy polski mundial

Pierwszy raz w życiu czułem wielkie rozczarowanie w momencie, gdy okazało się, że na World Cup ’94 nie zagra Ruud Gullit. Naprawdę. Holender to pierwszy człowiek z grona tzw. znanych osób (nie tylko sportowców, ale też aktorów czy postaci filmowych typu Blake z Dynastii), którą jako ksyk zacząłem kojarzyć. Kiedy jego długie dredy wryły się w moją młodzieńczą głowę, trudno powiedzieć – albo podczas Euro ’92, albo podczas meczów z Polską, a może nawet na Italia ’90. W każdym razie, Gullita w Stanach Zjednoczonych nie było, ale sympatia do reprezentacji Holandii jako zamiennika (choć oczywiście niedoskonałego) Polski pozostała mi do dziś. Poza tym w USA zadurzyłem się oczywiście w Rumunach z Hagim na czele i Bułgarach ze Stoiczkowem, więc bez większej ekstrawagancji.

Poranne wstawanie na skróty World Cup ’94 oczywiście pamiętam, dla mnie jako 6-latka (niespełna siedmio) była to pierwsza sportowa impreza, jaką zarejestrowałem w pełni, choć sporej części meczów – ze względu na ich porę – nie widziałem. Nie mieściło mi się w głowie, że finał takiej imprezy mógł się skończyć bez goli. Dziwiło mnie zamieszanie wokół Maradony, no i – o czym kiedyś na tym blogu wspominałem – wyznacznikiem wszystkiego już wtedy była dla mnie Encyklopedia Piłkarska FUJI (w sporej części tak mi zostało). Potem było Euro 1996, gdzie widziałem już 95 proc. spotkań, aż w końcu nadszedł TEN  TURNIEJ. Łączymy się ze studiem.

Uważam się za szczęściarza, w wieku 11 lat trafiły mi się mistrzostwa absolutnie piękne, wspaniałe i emocjonujące. Wiem, że każdy z moich braci twierdzi, że to właśnie on załapał się w okolicach tego wieku na najlepszy mundial (kolejno Mexico 1986, Italia 1990 i USA 1994), ale – z całym należnym szacunkiem dla starszego rodzeństwa – to ja mam w tym względzie rację :) Mistrzostwa świata we Francji, Coupe du Monde 1998 to dla mnie reprezentacyjny turniej na najwyższym poziomie w historii (z którym może rywalizować tylko Euro 2000). Sprawa jest oczywiście złożona, wpływ na to miał choćby fakt, że rozgrywki klubowe nie były tak rozrośnięte jak teraz (Liga Mistrzów 1997/1998 liczyła wtedy tylko 24 zespoły, zwycięski Real, by sięgnąć po puchar musiał zagrać w niej tylko 11 spotkań – teraz jest ich co prawda tylko o dwa więcej, ale przecież był moment z dwoma fazami grupowymi i zwycięską drogą liczącą aż 17 meczów). Przede wszystkim wszystkim jednak udało się zebrać naprawdę wiele reprezentacji ze znakomitymi składami, ale też w znakomitej formie. Moim zdaniem komplet ćwierćfinalistów (Francja, Brazylia, Chorwacja, Holandia, Argentyna, Niemcy, Włochy i Dania), a na dodatek Anglia, Rumunia i Meksyk (odpadły w 1/8 finału) zasługiwał na medal bez uszczerbku dla honoru mundialu. To było 11 znakomitych ekip, na ich występy patrzyło się z przyjemnością. Tak naprawdę komplet meczów od ćwierćfinałów to były piłkarskie uczty.

Najpierw jednak o fazie grupowej, też naprawdę dobrej. Z tej okazji Ricky Martin.

Zaczęli Brazylijczycy ze szkockimi nudziarzami, którzy i tak w meczu otwarcia wspięli się na swoje wyżyny. Rozczarował brak gola Ronaldo, ale później – nie licząc oczywiście finału – to był jego turniej. Pamiętam jak dziś siebie, lecącego ile sił w nogach, na mecz otwarcia. Prosto z autokaru, prosto z wycieczki klasy IVc Szlakiem Piastowskim (wiadomo, Biskupin, woje, te sprawy). Wieczorem, tego samego dnia, zachwycił Hadji, ten z Maroka, oczywiście. Dziś wstyd mi to przyznać, ale wtedy kibicowałem Norwegom. Wikingowie swój objawiony już wcześniej patent na Brazylię musieli niestety podeprzeć pomocą ze strony sędziego. Rekdal strzelił karnego, którym wyrzucił z turnieju Marokańczyków ośmieszających Szkotów.

Grupa B to oczywiście sprytni Włosi, którzy remis z Chile wyciągnęli dzięki strzeleniu piłką przez Roberto Baggio w rękę rywala. Ta sytuacja stała się potem ważnym punktem odniesienia do spornych sytuacji podczas gry w piłkę na boisku za blokiem. Gola dla Austrii w meczu z Chile (1:1) nie widziałem, przez chęć zajęcia komputera. To sprawa typowa dla wieloosobowych gospodarstw domowych z jednym kompem. Wyszedłem z pokoju z telewizorem tuż przed końcem meczu, by móc odpalić Championship Managera przed bratem. To ”tuż” jednak wystarczyło, by Ivica Vastić (ten sam, który strzelił karnego z Polską) zdobył gola, a brat zabarykadował przede mną drogę powrotną do salonu. Bywa.

Żeby nie było, że żyłem wtedy tylko mundialem i czampem. Żyłem też oczywiście naklejkami Panini. Tu ma ktoś kompletny album i to z Iranem, który w Polsce nie był dostępny. Tzn. paru gości twierdziło, że ma ich naklejki, ale jak przychodziło co do czego, nigdy nie stawiali się na okazanie.

O Francuzach będzie później, grupa C szaleństwa nie robiła, zawiodłem się na RPA – mistrzach Afryki. Kibicowałem im, a pozostało mi co najwyżej współczuć Issie, który strzelił jednego (a de facto dwa) samobóje z gospodarzami. Rozczarowali mnie też – w kolejnej grupie – Bułgarzy i Hiszpanie. Zwłaszcza smutno było patrzeć na sześć goli tych drugich w meczu z pierwszymi w czasie, gdy Paragwaj ogrywał rezerwy Nigerii. Obie te reprezentacje szału poza grupą już nie zrobiły.

Przy okazji grupy beneluksowej popiszę się pamięcią i swoimi zdolnościami przewidywania. Jedynego gola dla Korei w meczu z Meksykiem zdobył Ha Seok Ju (lub Seok Ju Ha, jak wolicie), a jedynym dokładnym wynikiem, jaki dobrze wytypowałem na tym turnieju był mecz Holandia – Korea 5:0.

Dzięki grupie F, jako 11-latek zagłębiłem się w sprawę konfliktu irańsko-amerykańskiego. Wbrew pesymistycznym zapowiedziom, spotkanie okazało się triumfem futbolu nad polityką. To był naprawdę wielki dzień dla całego sportu, choć sam poziom meczu Iran – USA 2:1 nie był wielkim rarytasem, to poświęcenie obu drużyn było niesamowite. Polecam polskim piłkarzom skupionym w klubie ”Niedziela, 17, trudne warunki do gry”.

W grupie G swój mecz wizytówkę przeciwko Anglii rozegrał znienawidzony przez polskich piłkarzy Dan Petrescu, a z nim cała Rumunia (2:1). Anglicy wtedy się jeszcze dziwili porażką, dwa lata później na Euro 2000 już musieli być przyzwyczajeni.

O Jamajce, największej atrakcji mundialu ’98, pisaliśmy więcej do wydawnictwa Kopalnia, więc tam odsyłam. Za to na przykładzie grupy G zaprezentuję swój zeszyt ze składami z turnieju. Fascynacja strojami została mi do dziś :) Zwracam uwagę na autografy piłkarzy wybranych przeze mnie najlepszymi w danym meczu.

W 1/8 finału najefektowniej zaprezentowała się Brazylia (4:1 z Chile), Duński Dynamit (4:1 z Nigerią) i blond fryzury Rumunów (0:1 z Chorwacją). Ale i tak największy szał zrobił mecz Anglia – Argentyna 2:2 (tuż przed nim też grałem w czampa, prowadząc MU). Owen, wolny Argentyny, czerwona dla Beckhama, karne. Wszystko, co najlepsze.

Tak dochodzimy do ćwierćfinałów. Tych Ćwierćfinałów. Najlepszych Ćwierćfinałów W Historii MŚ. Serio. Bo spójrzcie sami, oceńmy razem – obiektywnie – w skali od jednej do czterech gwiazdek:

Włochy – Francja 0:0, k. 3-4 *** (najwięcej emocji w karnych, ale wcześniej obijali słupek)
Brazylia – Dania 3:2 **** (najlepszy mecz tych mistrzostw, moim skromnym zdaniem)
Holandia – Argentyna 2:1 **** (genialny gol Bergkampa po genialnym podaniu de Boera)
Niemcy – Chorwacja 0:3 **** (kiwanie głową Vlaovicia po golu naśladowało potem wielu kumpli).

Przed Tymi Ćwierćfinałami pojechałem na wczasy do Tuczna (pod Poznaniem). O telewizorze w pokoju można było pomarzyć. Jeden odbiornik pamiętający chyba Italię ’90 stał w świetlicy. Gdy szedłem przez teren ośrodka na pierwszy ćwierćfinał, zbladłem. Zobaczyłem o to Starszego Pana, który też szedł do świetlicy. I wszedł do niej przede mną. Przerażenie i niedowierzanie, pamiętałem przecież, że obaj moi dziadkowie zwykli oglądać w tv wszystkie możliwe programy informacyjne, to była właśnie popołudniowa pora Teleexpressów, Panoram i innych Wiadomości. Po wejściu do sali telewizyjnej z serca spadł mi kamień wielkości Christiana Karembeu (czyli naprawdę duży). Starszy Pan siedział na krześle i słuchał hymnów Włoch i Francji. Potem obejrzał ze mną cały ten mecz z dogrywką i karnymi, wieczorem też pół meczu Dania – Brazylia (żona kazała mu iść spać) i wszystkie pozostałe spotkania – z równie emocjonującymi półfinałami (Chorwacja – Francja 1:2 i Holandia – Brazylia 1:1), a w końcu też finał.

Finał obejrzało w tej salce pewnie ze 30-40 osób, zdecydowanie był to nadkomplet. Moje serce płakało po porażce Holandii w karnych, uznałem, że jej honoru powinna bronić sama Brazylia. Nie obroniła. Trzy gole Francuzów to był naprawdę wielki szok, zwłaszcza zważając na to, że z przodu grał Guivarc’h, znany też jako defensywny napastnik. Po latach cieszę się, że Francuzi wygrali, mieli naprawdę fantastyczne zespół, ze wspaniałym Zidanem, który mocno wszystkich zdziwił golami akurat strzelonymi głową z ”gniazdem” (czyli łysym środkiem głowy). No i do tego zwieńczenie Petita, tego Wielkiego Niedocenianego. Majstersztyk!

Moim największym bohaterem finałów był Chorwat Davor Suker. Strasznie potem zazdrościłem kolegom z klasy, którzy po mistrzostwach dochrapali się niebieskich koszulek Chorwacji z czerwono-białą szachownicą i numerem 9. Ale żeby nie była moja krzywda – na wakacjach u dziadków – udało mi się wyszperać koszulkę Holandii z nr 14 i nazwiskiem Overmars. Koszulkę, której w Poznaniu na Bema nie można było dostać. Prawdziwy skarb.

Cztery lata później, w końcu doświadczyłem przeżycia występu reprezentacji Polski na wielkim turnieju. Szczerze mówiąc, nie wierzyłem, że kiedykolwiek będzie mi to dane. Dlatego moje oczekiwania związane z występem drużyny Engela w Azji były wielkie. I taka też była gorycz. Byłem wtedy w drugiej klasie gimnazjum (sorry, taki mamy system szkolnictwa), kończyłem lekcje 10 minut przed pierwszym gwizdkiem spotkania Korea – Polska. W drodze powrotnej oczywiście biegłem. I pamiętam jak wielkie wrażenie zrobiły na mnie wtedy pustki na osiedlu i odgłosy włączonych telewizorów dobiegające z otwartych okien. Tak przebiegłem wzdłuż mojego bloku, wysłuchałem hymnu w wykonaniu Edyty Górniak (od razu wiedziałem, że coś jest z nim nie tak), zobaczyłem jak Jacek Krzynówek marnuje okazję, której nie zwykł marnować, a potem patrzyłem na bezradność Polaków. Pamiętam, że nie wiedziałem za dobrze, kiedy ten mecz minął, wydawało mi się (po 15 latach czekania), że trwał może tyle, ile trwa pstryknięcie palcami. Pstryk i już. Korea dwa, Polska zero. Strasznie się czułem oszukany.

Ale optymizm wrócił, na mecz z Portugalią. Nie u wszystkich. Kolega Ostry, gdy ”zwalnialiśmy” się z dwóch ostatnich lekcji (nie no, mieliśmy zwolnienia od rodziców, przy czym jedni oryginalne, a inni podrobione, np. przez brata – jak ja), by pójść obejrzeć ten mecz w Kinepolis, od początku mówił, że skończy się 0:4. Wiem jak to zabrzmi, ale to naprawdę był przyzwoity mecz w wykonaniu Polaków (trochę jak ten z Brazylią w ’86, tyle, że bez słupków i poprzeczek). Engel ustawił zespół ofensywnie, zaryzykował. I przecież Kryszałowicz nawet wyrównał, ale sędzia bramki nie uznał (choć moim zdaniem powinien).

Mecz ze Stanami Zjednoczonymi był jak otarcie łez, mina trenera Areny po drugim golu Kryszała – bezcenna.

Z perspektywy lat, był to moim zdaniem najlepszy turniej w wykonaniu Polaków w XXI wieku. Lepszy (spójrzmy jednak na rywali) od Euro 2012, choć na nim nadzieję mieliśmy przecież dłużej. Chciałbym doczekać się zwycięstwa biało-czerwonych na mistrzostwach świata lub Europy w meczu, który będzie dla nas ”o coś”. A jeśli nie ja, to może moje dzieci się doczekają?

B.

Z komentarzy na numer10.blox.pl

Gość: , *.internetia.net.pl
2014/06/13 06:59:15
Mam identyczne zeszyty z MŚ 2002 i 2006 ! :) Mundial to niesamowite emocje, dzisiaj kiedy mam 22 lata równie mocno przeżywam każdy mecz jak 12 lat temu :) a turniej we Francji kojarze z meczem Francji z Paragwajem i tą słynną złotą bramkę Blanca, moje pierwsze piłkarskie wspomnienie :)
2014/06/13 08:37:28
„Wikingowie swój objawiony już wcześniej patent na Brazylię musieli niestety podeprzeć pomocą ze strony sędziego”
Nieprawda. Karny był wtedy zasłużony, a ja do dziś podaję tamtą sytuację jako argument na to, że w futbolu wcale nie tak łatwo będzie używac powtórek wideo do pomocy sędziom. Śedzia w tamtym meczu faul widział. Wszystkie dostępne powtórki telewizyjne faulu nie pokazywały i wydawało się, że miał miejsce wielki skandal. Przypadkowo jednak akcję sfilmowała ekipa duńskiej telewizji czy duński fotoreporter, przebywający na płycie (nie pamiętam już szczegółów, wiem, że byli to Duńczycy). I na ich filmie faul był widoczny i ewidentny. Filmowali z innego kąta, niż wszystkie oficjalne kamery – i wyłapali coś, czego te kamery nie wyłapały, a co zobaczył sędzia…
2014/06/13 08:44:47
@jusup
Chętnie bym zobaczył owo duńskie ujęcie. Bez tego będzie trudno mi uwierzyć :)
2014/06/13 11:13:53
Mundial we Francji był świetny. Doskonale go pamiętam. Był taki europejski. Piękne stadiony, wysoka kultura kibicowania, świetne mecze. Oby Brazylia choć zbliżyła się do tego poziomu.
2014/06/13 12:00:48
@badzi
Zdjęcie było szwedzkie. Ale u nas też to zdjęcie było pokazywane. I była duskusja, czy powinno się gwizdać, czy nie („bo gdyby takie faule gwizdać to tylko by karne bez przerwy były”
www.dagbladet.no/sport/2008/06/20/538729.html
2014/06/13 12:34:29
@braaagh Ok, jestem skłonny zacząć się wahać.
Gość: przecinek, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/06/13 15:06:49
@jusup
„że w futbolu wcale nie tak łatwo będzie używac powtórek wideo do pomocy sędziom.”

Pewnie, powtórki to nie panaceum. Ale na pewno krok w dobrą stronę. Gdyby Kovac mógł wczoraj po „faulu” poprosić o powtórkę, oraz wcześniej, przy łokciu Neymara, końcowy wynik mógłby być skrajnie inny.

Oczywiście istnieje ryzyko, że sędzia dalej będzie szedł w zaparte. Sensownie by było, gdyby to np. delegat FIFA, lub osoby sędzia(nie główny) rozstrzygali powtórkę. I w wypadku gdyby nadal delegat/sędzia rżnęli głupów, federacja miała prawo odwołać się od wyniku, a drukarza pociągnąć do odpowiedzialności.

Gloryland. USA 1994. Mój mundial

Gdy ma się 10 lat, to wszystko, co wykracza poza dobrze rozpoznany teren własnego osiedla, jest wyjątkowe i budzi fascynację. W 1994 roku lata dziewięćdziesiąte ze swoją feerią kolorów dopiero walczyły, aby biało-czerwony kraj przyjął je z całym dobrodziejstwem kulturowego inwentarza. Nad Wisłą wciąż bowiem szarość przegrywała w wielu miejscach z zachodnim disco-błyskiem. Jednak już wtedy wszystko to, co amerykańskie dawało powiew innego świata, do którego większość z nas chętnie by się wówczas przeniosła. Muzyka, moda, filmy, samochody… Landrynkowa galaktyka wabiła z ekranów telewizorów i teledysków MTV.

I nagle w połowie czerwca 1994 roku, pod sam koniec roku szkolnego, pod koniec mojej trzeciej klasy podstawówki, eksploduje supernova! Mistrzostwa świata 1994, Stany Zjednoczone, najlepsi piłkarze świata, niesamowite pejzaże! Wydarzenie mające tyle wspólnego z ligowymi meczami Lecha z Siarką, co rozdeptane pepegi ze świeżutkimi adidasami. Wraz z pierwszym kopnięciem objawiła się mi przestrzeń magiczna, idylliczne miejsce, gdzie każdy chciałby być. Gloryland.

Już same mundialowe obiekty sprawiały wrażenie architektury z innej galaktyki – ogromne (już nigdy łuki za bramkami nie były takie wielkie!), kotłowate, z płytą poprzerabianą z boisk futbolowych, z przedziwnie przyciętą trawą. Soccer, a nie piłka nożna, arenas, a nie stadiony.

Gdybym miał jednak powiedzieć, co wówczas mnie, dziesięciolatka, zafascynowało najbardziej, to chyba odpowiedziałbym, że koszulki. Przyznam, że nigdy później nie widziałem już takiej tekstylnej orgii. Trykoty, w których występowali zawodnicy, nijak nie pasowały do powyciąganych łachów, w których grali polscy zawodnicy. No zresztą sami zobaczcie – gwiaździsty sztandar USA, bazarowa Nigeria

czy ostemplowane na klatce Maroko.

No i oczywiście Jorge Campos – byt osobny.

Do tego parada fryzur. Alexi Lalas, Roberto Baggio, Carlos Valderrama i inni.

Kolory, szaleństwo, zawieszenie utrwalonej hierarchii bytów (Niemcy przegrywają z Bułgarią!?) i ogólne poczucie obcowania z czymś magicznym. Aury magii dodawały całemu przedsięwzięciu godziny rozgrywania spotkań. O ile te wcześniejsze, rozgrywane o g. 13 w USA można było jeszcze obejrzeć wieczorową porą w Polsce (g. 18.00), o tyle większość z nich odbywała się późno (21.30 – jak na dziesięciolatka, to późno) albo bardzo późno (jeśli mnie pamięć nie myli – o 1.30). Z drżącym więc sercem, wraz z młodszym bratem, panem B., każdego poranka, zaraz po otwarciu oczu, biegliśmy do telewizora i w specjalnym mundialowym programie emitowanym przez nieistniejący już kanał Screensport chłonęliśmy wszystko to, co wydarzyło się w nocy za Oceanem (przy okazji – konia z rzędem, kto znajdzie gdzieś w sieci fragment tego programu; pamiętam takiego komputerowego ludzika, który go „prowadził”).

Pomijając jednak całą nierzeczywistą dla mnie atmosferę mistrzostw, to był to z kilku względów również wyjątkowy turniej pod względem piłkarskim.

W moim odczuciu nigdy później nie spotkało się w ramach jednego wydarzenia równie wielu wybitnych rozgrywających – Maradona, Hagi, Valderrama, Matthaus (Moeller! Hassler! Effenberg!), Bałakow, Etcheverry, Scifo, Guardiola, Rai, Sforza… Oni wszyscy tam byli! To naprawdę robi wrażenie.

Miałem także okazję obejrzeć „na własne oczy” Maradonę. Geniusza, który na MŚ 1994 przeszedł drogą z nieba do piekła. W inauguracyjnym meczu z Grecją (4:0) strzelił cudowną bramkę,

by po kolejnym spotkaniu z Nigerią (2:1) zostać zdyskwalifikowanym za stosowanie dopingu (efedryna). Tym samym starcie z Afrykanami było ostatnią grą Boskiego Diego w reprezentacyjnej koszulce Argentyny. 25 czerwca 1994 coś się skończyło w światowym futbolu i ja to widziałem.

Zamknął się rozdział pt. „Maradona”, ale, mimo to, USA 1994 to także turniej jednego zawodnika. Niekwestionowanym królem amerykańskiego wydarzenia był bowiem Romario.

Już przyjeżdżając na turniej był wielką gwiazdą Barcelony, ale to właśnie wydarzenia zza Oceanu uczyniły go kolejnym brazylijskim wcieleniem Pelego. W świetnej złotej drużynie Canarinhos (Bebeto, Dunga, Zinho, Aldair, Mauro Silva, Taffarel) Romario był wodzirejem absolutnym i niepodważalnym, a jego duet z – prywatnie nielubianym – Bebeto stanowił jeden z najlepszych snajperskich duetów lat dziewięćdziesiątych. Swoją drogą, mam takie poczucie, że po amerykańskim mundialu już nigdy jednostka nie odciskała tak silnego piętna na zespole (najbliżej był chyba Ronaldo w 2002, bo na pewno nie Zidane w 1998; ewentualnie Forlan w 2010, ale to już nie mistrz).

W ogóle MŚ 1994 to impreza wspaniałych popisów wielkich indywidualności. Cudowne umiejętności potwierdzili na niej przecież tacy zawodnicy jak Hagi, Stoiczkow, Baggio, Maldini, Batistuta, Klinsmann czy Bergkamp. Jednocześnie światu objawiło sporo nowych twarzy, które tchnęły nieco świeżości w zastałe nieco już hierarchie. Tacy zawodnicy jak Kenneth Andersson, Oleg Salenko, Marc Overmars czy Ilie Dumitrescu byli również ozdobami turnieju.

Nie zmienia to faktu, że dla dziesięciolatka, jakim wówczas byłem, mundial miał również swoich alternatywnych bohaterów. Gol Erica Wynaldy w meczu USA – Szwajcaria (1:1) stanowił dla mnie najpiękniejszy gol ever i nie mogłem uwierzyć, że taki Wynalda jeszcze nie gra w Realu.

Wielką sympatię czułem do gry Szwajcarów, szczególnie długowłosego Alaina Suttera i solidnego bramkarza Marco Pascolo. W Szwecji fajnie pokazał się Jesper Blomqvist, Nigeria raziła siłą ofensywną – Finidi George, Yekini, Amunike, Amokachi. W Irlandii świetnie prezentował się Ray Houghton, a w Maroko przebłyski technicznej fantazji dawał Ahmed Bahja.

Zbiorowo warto wyróżnić reprezentację Arabii Saudyjskiej, której dobrych występów nie spodziewał się chyba nikt, tak jak nikt nie spodziewał się fruwającego kocura w bramce jakim był Mohammed Al-Deayea, ani cudownego gola Al-Owairana.

Arabowie bledną jednak w świetle popisów Rumunów i Bułgarów. Ci pierwsi, poza dość nieoczekiwanie przegranym meczem ze Szwajcarią (1:4), czarowali w każdym swoim spotkaniu. Na inaugurację pokonali Kolumbię (3:1 i cudowny gol Hagiego), potem wpadka z Helwetami, a na zakończenie fazy grupowej zwycięstwo z USA (1:0). W 1/8 finału ku niedowierzaniu całego świata po kosmicznym wręcz meczu pokonali Argentynę (3:2), a Ilie Dumitrescu (strzelec dwóch goli) już nigdy nie wzbił się na podobny poziom.

Wielu fanów widziało już Rumunię w strefie medalowej, gdy w ćwierćfinale po dramatycznym spotkaniu i serii rzutów karnych usiekli ich Szwedzi (2:2, k. 4:5). A wszystko przez beznadziejnego golkipera Rumunów Florina Pruneę, który jeszcze w fazie grupowej zastąpił w bramce kontuzjowanego Bogdana Steleę. Jakim cudem Kenneth Andersson dosięgnął głową wyżej niż Prunea ręką!?

Strasznie szkoda, że tak pięknie grających Rumunów odstrzelono, ale ja za to do dziś pamiętam odpowiedź mojej mamy na dość zaskakujące chyba dla niej pytanie o to, komu kibicuje: „Rumunom, bo grają o wiele większą stawkę niż Szwedzi”.

O równie wysoką stawkę grali chyba także Bułgarzy. Oni akurat zaczęli turniej katastrofalnie, bo od srogich batów z Nigerią (0:3). Potem jednak z meczu na mecz pokazywali niespotykaną przedtem jakość. Rozbili Greków (4:0), a następnie sensacyjnie pokonali Argentynę (2:0). W fazie pucharowej po karnych odprawili Meksyk (1:1, k. 3:1, po świetnych paradach Michajłowa), a następnie rozegrali swój bodaj najlepszy mecz w historii. Niemcy do dziś nie wierzą, że przegrali z Bułgarami w ćwierćfinale (1:2), ale może chociaż uroda goli Stoiczkowa i Leczkowa nieco ukoi ich cierpienie.

W półfinale co prawda Włosi okazali się lepsi (1:2), a w meczu o 3. miejsce Szwedzi urządzili prawdziwą demolkę (0:4), ale ekipa Bułgarów i tak pozostawiła po sobie kapitalne wrażenie. Pokazała bowiem świetnie zgrany zespół, gdzie obok gwiazd światowego formatu, jak Stoiczkow, Kostadinow czy Bałakow, pięknie poczynają sobie tacy zawodnicy jak Michajłow, Borimirow czy Leczkow (ten ostatni już nigdy nie wskoczył na poziom prezentowany na MŚ 1994).

Osobną kwestią pozostaje zaś moja fascynacja reprezentacją USA i jej galerią niezwykłych typów – Tony Meola, Alexi Lalas, Tab Ramos, John Harkes, Wynalda… Obiecuję jednak napisać kiedyś o nich jeszcze osobny tekst, bo jest o czym pisać.

Jeżeli miałbym wskazać największe rozczarowanie MŚ 1994 to zdecydowanie była nim Kolumbia. Zespół z takimi gwiazdami w składzie jak Valderrama, Asprilla czy Rincon jechał z wielkim apetytem na… złoty medal. Fantazje te nie były bezpodstawne. Należy bowiem pamiętać, że Kolumbijczycy w olśniewającym stylu wygrali w swojej grupie kwalifikacje do mundialu, po drodze rozbijając m.in. Argentynę na jej terenie (5:0)! Życie jednak boleśnie zweryfikowało piękne marzenia i po porażkach z Rumunią (1:3) i USA (1:2) oraz zwycięstwie ze Szwajcarią (2:0), zespół musiał wracać do domu. Dodatkowo, mafijne kule dopisały do tego występu tragiczny aneks, w postaci zabójstwa Andresa Escobara (przy tej okazji polecam absolutnie fenomenalny film dokumentalny „Two Escobars” Jeffa i Michaela Zimbalistów).

Na zakończenie jeszcze o kilku innych, niewymienionych powyżej, meczach, które szczególnie zapadły mi w pamięć. Celowo nie używam słowa „niezapomniane”, bo wszystkie spotkania MŚ 1994 są dla mnie niezapomniane:)

USA – Szwajcaria 1:1 – z racji później godziny nie oglądałem całego meczu otwarcia (Niemcy – Boliwia 1:0), więc prawdziwym otwarciem było dla mnie dopiero rozgrywane następnego dnia inauguracyjne spotkanie Amerykanów; trafiło się fajnie, bo dwa gole z rzutów wolnych (Bregy i Wynalda) stanowiły dobry prognostyk na resztę turnieju.

Rosja – Kamerun 6:1 – pięć goli Salenki i szok, że jeden piłkarz może tyle razy ukąsić podczas jednego meczu.

Niemcy – Belgia 3:2 – ach, jak wtedy kibicowałem Belgii!

Brazylia – Holandia 3:2 – najlepszy mecz mistrzostw; rzut wolny Branco każdy chciał powtórzyć na podwórku.

Brazylia – Włochy 0:0, k. 3:2, finał mistrzostw –

finał, z racji późnej godziny rozgrywania, obejrzałem dopiero kolejnego dnia i… strasznie się wynudziłem! Nie działo się w nim zbyt wiele rzeczy, a to, co zapamiętałem, to: a. Pagliucę całującego słupek, po tym, jak ten uratował go przed stratą bramki; b. włoskiego komentatora krzyczącego „Mamma mia, Massaro!”, po tym jak napastnik Milany spudłował karnego w serii jedenastek; c. smutne twarze dwóch chyba największych mundialowych gwiazd Włoch – Baresiego i Baggio, po tym jak chybili w rzutach karnych.

Tak jak jednak już pisałem – wszystkie mecze MŚ 1994 są dla mnie wyjątkowe. Do dziś znam wszystkie wyniki (!) i (prawie) wszystkich strzelców (!!!). Nie wierzycie? Proszę bardzo – Korea Płd. – Boliwia 0:0; Irlandia – Norwegia 0:0; Arabia Saudyjska – Maroko 2:1. Także sami widzicie:)

Na okoliczność mistrzostw prowadziłem specjalny zeszyt, w którym notowałem wyniki wszystkich meczów, wraz ze strzelcami bramek oraz – uwaga, uwaga! – poglądowym rysunkiem jak te gole padały! Oto jedna ze stron mitycznego zeszytu. Doceńcie pruski porządek statystyk oraz plastyczne inspiracje rodem z jaskini Lascaux.

Gdy dziś przeglądam ten kajet, to wzruszam się niczym mężczyzna w „Amelii”, który w pudełku znalazł zabawki ze swojego dzieciństwa.

Choć rozgrywane we Francji MŚ 1998 również znam na pamięć i widziałem na nich niemal wszystkie mecze (sic!), to właśnie mundial w Stanach Zjednoczonych stanowi w mojej pamięci przestrzeń magiczną. Nigdy później nie odbierałem wydarzeń sportowych z taką naiwną fascynacją, z takim szczerym zdziwieniem, z tak bezbrzeżną ciekawością i antropologiczną wręcz pazernością na poznawanie nowego. W uniwersum amerykańskiego mundialu splatają się nici mojego szczęśliwego dzieciństwa, wielkich fascynacji i pierwszych futbolowych emocji. Wszystko, czego doświadczyłem w związku z futbolem w późniejszym okresie, jest z zaoceanicznym turniejem zestawiane i porównywane. Piłka nożna nigdy bowiem nie była już równie romantyczna.

Dlatego też wspomnienie o mistrzostwach sprzed dwóch dekad chronię i pielęgnuje w swojej pamięci niczym drogi skarb, który przypomina mi kim jestem i skąd przybywam.

P.

Czytaj także:

MŚ 1982 i 1986. Moje mundiale – Sławek

MŚ 1990. Mój mundial – Radek

Z komentarzy na numer10.blox.pl

Gość: rodak, *.cza.warszawa.supermedia.pl
2014/06/11 13:01:34
Ten mundial to również dla mnie niezapomniane wspomnienia. Pierwszy oglądany świadomie, chociaż ze względu na późną porę wielu spotkań, niektóre wyniki poznawałem dopiero rano. Kibicowałem Włochom, od poprzedniego mundialu oglądanego jako sześciolatek, miałem do nich ogromną słabość (tak wielką, że po porażkach zalewałem się łzami, nawet gdy we Francji Dino Baggio przywalił karnego w poprzeczkę, ja – chłopak kończący siódmą klasę – musiałem wycierać oczy rękawem koszulki).
Z tego mundialu pamiętam, jaką sensacją byli Bułgarzy i Rumuni. Szwedzi zresztą też – a Keneth Anderson stał się ulubionym piłkarzem mojego najlepszego kolegi. Moim był oczywiście Roberto Baggio – jeden z bohaterów mundialu, zapamiętany powszechnie niestety z ogromnego pudła w decydującym momencie, a nie z tego, że tym Włochom zapewnił zwycięstwa we wszystkich meczach prowadzących do finału po wyjściu z grupy. A przecież to jego właśnie w meczu z Norwegią ściągnął trener, by wprowadzić bramkarza, gdy czerwoną kartkę zobaczył Pagliuca i to on uchodził do meczu z Nigerią za niewypał w squadra azzura.
Pamiętam też, że komentatorzy sporo opowiadali o cudownej piłce, którą kopano na boiskach USA: nazywała się Questra i miała bodaj pięć warstw. Z kolegami zastanawialiśmy się, ile warstw mają nasze piłki :).
Utkwiła w pamięci jeszcze drużyna Nigerii: chyba druga po Kamerunie na boiskach Italii, najlepsza drużyna z Czarnego Lądu w historii mundialu. Pech chciał, że gdy już Nigeria witała się z gąską, gdy już grająca w osłabieniu Italia miała odpaść, bramkę strzelił Baggio. A potem w dogrywce dołożył drugą. Obie piękne. Nigeria wróciła do domu, a Włochy miały zagrać z Hiszpanią. Z tego meczu, oprócz bramek mojego idola, pamiętam jeszcze ogromną rozpacz Gianfranco Zoli po otrzymaniu czerwonej kartki. Wyglądał jak małe dziecko, które wpadło w histeryczny szloch, bo nie chce pogodzić się z nakazem rodzica, by wrócić z podwórka do domu.
Pamiętam jeszcze, że Niemcy męczyli się z Koreą w fazie grupowej, gdy z gładkiego 3-0 zrobiło się nagle 3-2. I główkę Leczkowa w ćwierćfinale też pamiętam. Śliczna sprawa.

W ogóle, to minęło już 20 lat i pamięć czasem zawodzi. Do zeszłego tygodnia byłem absolutnie pewien, że Włosi pierwszy mecz grali z Norwegią i ten mecz przegrali. Dopiero gdy w Internecie zweryfikowałem wiedzę ze wspomnieniami nagle wszystko wróciło na swoje miejsce: pamiętam – msza na zakończenie roku szkolnego 93/94 w małej wiosce, skąd pochodzę. Kolega koło mnie w trakcie śpiewów mówi: „Widziałeś wyniki? Twoje Włochy przegrały a Baggio został zmieniony za bramkarza”. Dopiero po powrocie do domu okazało się, że nie przegrali, tylko zremisowali, bo kolega chciał mnie nastraszyć :).

Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/06/11 22:05:37
@rodak
Zobacz, mamy prawie takie same wspomnienia!
Na mnie też wrażenie robił Keneth Andersson, szczególnie po pięknej bramce strzelonej Brazylii.
Questra – ech…:) To chyba była pierwsza tak szeroko omawiana mundialowa futbolówka. Pamiętam, że po golu Wynaldy rozpoczęły się dyskusję, czy to dzięki piłce udało się mu tak wcisnąć w okno.
Nigeria – prawdziwe bestie! Amokachi i Yekini, kto nie bałby się takiego ataku :) Siła, szybkość, mocne uderzenia, dobra gra głową. Kto wie, gdyby nie Baggio…
Zoli po czerwonej kartce okrutnie współczułem; pisałem o tym zresztą kiedyś tutaj:
www.zczuba.pl/zczuba/1,90957,12028287,Siedmiu_wloskich_pilkarzy__za_ktorymi_tesknie.html
Niemcy – Korea – piękny gol Klinsmana!
www.youtube.com/watch?v=41y22-6RcTk
Czasem, gdy sobie pomyślę, że to już 20 lat minęło, to aż sam się dziwię, że wszystko tak dokładnie pamiętam:)
Pozdrawiam!
Gość: etam, *.dynamic.chello.pl
2014/06/11 23:08:20
Dla mnie też najlepszy mundial, jaki oglądałem (pierwszy widziany to Hiszpania ’82, płakałem po przegranej z Włochami, ale pierwszy świadomie przeżywany, obejrzany właściwie od deski do deski i pamiętany do dziś to Meksyk ’86). Mecz Argentyny z Rumunią kosmiczny, choć wygrali nie ci, co chciałem. Całość trochę zepsuł finał, ale przynajmniej przegrali w nim Włosi – tytułu dla nich bym nie przeżył.
2014/06/12 09:15:49
Mundial w USA… Brazylia, nic dodać nic ująć! Ale z pamięci wygrzebałem ciekawostkę: w studio telewizyjnym ekspertem był niejaki Jan Tomaszewski i jego analizy meczów, a także typy zapadły mi w pamięć dlatego, że typował dokładne wyniki i w 90% trafiał. Jego argumenty były rzeczowe i kalkulowane na chłodno, miał wówczas znakomite rozeznanie w drużynach i ich realnych możliwościach, pamiętam, że od początku typował Brazylię na mistrza.
Gość: rodak, *.cza.warszawa.supermedia.pl
2014/06/12 11:04:32
@ piotrfigura
„but that was in another country;: And besides, the wench is dead”, jak pisał Shakespeare.
Aż dziw, że dzisiaj Tomaszewski słynie głownie z jakiś oszołomskich tekstów, a o jego rozeznaniu w piłce niewiele wiemy (może to też zasługa mediów, które go w tym charakterze nie zapraszają, a jedynie jako śmiesznego starszego pana, który może porównać Smudę do małpy w cyrku, albo wyjechać innym błyskotliwym tekstem).

Jeszcze mi się przypomniało, że to były mistrzostwa z 24 ekipami, co rodziło pewne problemy w ustalaniu kto wyjdzie z grupy. Na przykład w grupie włoskiej wszystkie drużyny skończyły tę fazę z 4 punktami na koncie a Norwegia, która przecież nieźle zaczęła nie awansował, jak później tłumaczono „bo grała defensywnie i strzeliła mało bramek”.

Gość: rodak, *.cza.warszawa.supermedia.pl
2014/06/12 11:05:49
Christopher Marlowe, nie Shakespeare. Chciał się człowiek popisać erudycją, wyszło jak zawsze :).
Gość: nibeusz, 188.164.244.*
2014/06/12 14:32:45
rodak:
Norwegia ani nie przegrała, ani nie zremisowała meczu z Włochami. wygrali właśnie ci drudzy – 1:0, po bramce Dino Baggio. :-)
Gość: rodak, *.cza.warszawa.supermedia.pl
2014/06/12 15:14:29
racja, racja :) zamotałem się w tych wspomnieniach. Przegrana z Irlandią, Zwycięstwo z Norwegią (mimo gdy w dziesiątkę) i remis z Meksykiem. Dino zresztą strzelił jeszcze jedną brakmę – z Hiszpanią. Pamiętam, jak zasuwałem w przerwie meczu po mleko do babci, która właśnie kończyła doić krowy. Spieszyłem się, bo mama chciała zrobić ciasto drożdżowe, a ja nie chciałem przegapić ani minuty z gry azzurich.
2014/06/13 11:15:51
Na mundialu w Brazylii życzyłabym sobie powtórki finału z USA. Jestem wielką fanką włoskiej piłki i mam dużą chrapkę na rewanż :)
Gość: numer10, *.icpnet.pl
2014/06/13 13:33:07
@dryganna
Tylko nie to!!!! :)
Gość: Phelot, *.dynamic.chello.pl
2014/07/07 03:28:23
Ach, wspomnienia wracają :-) Świetnie się to czyta. MŚ w USA także były moimi pierwszymi mistrzostwami, tj. takimi, które dobrze pamiętam. W zasadzie powinienem pamiętać też World Cup 1990, ale niestety pamiętam bardzo mało. Po prostu piłką nożną mocniej zacząłem się interesować krótko po tych mistrzostwach i pamiętam, że strasznie mi się dłużyły te lata wyczekiwania do World Cup 1994 ;-)

Przy okazji wspomnień MŚ wracają miłe wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, czyli okresu, który sporo osób uważa za najlepszy w życiu ;-) Zatem jedno i drugie nawzajem pozytywnie się nakręca, co w rezultacie daje piękny obraz całości. I pewnie dlatego wiele osób za najlepsze uważa najwcześniejsze mistrzostwa, które dane im było oglądać :-)

Z tych mistrzostw pamiętam sporo meczów i bramek. Mocno mi się wryła w pamięć chociażby sensacyjna porażka Niemców z Bułgarią, świetny mecz Brazylia-Holandia, niesamowity wyczyn Salenki, a także ogromne stadiony i kolorowe stroje piłkarzy (pamiętam że bardzo podobały mi się stroje Amerykanów). Pamiętam też, że zbierałem naklejki z gum do żucia. Obrazki na naklejkach oczywiście tematycznie związane były z piłkarskimi mistrzostwami, a do tego były naprawdę zabawne. Niemiec z beczką piwa, Holender w chodakach i wiatrakiem na plecach, Saudyjczyk z sziszą, itd. :-D Muszę ich poszukać…

Dobrze też pamiętam mocno nietypową i zabawną sytuację z meczu Bułgaria-Meksyk. Otóż Meksykanin po interwencji wpadł do własnej bramki i …naruszył jej konstrukcję. Do tego stopnia, że bramkę ostatecznie trzeba było wymienić, żeby móc kontynuować grę. Udało mi się przed chwilą znaleźć to na YouTube (jakość nagrania niestety kiepska): www.youtube.com/watch?v=ZP6O-Dt_38s
Pamiętam, że po tym meczu któryś z ekspertów(?) w studio powiedział, że jakby coś takiego zdarzyło się w polskiej lidze, to mecz pewnie by przełożono na następny dzień, bo bramki nie udało by się tak szybko wymienić :-D

No i „Gloryland”! Świetny kawałek. Dziwię się, że akurat tego nie pamiętam, bo muza jest kapitalna. Dzięki za jej umieszczenie tutaj. Dynamiczna, pasująca do piłkarskich wyczynów i baaardzo amerykańska. Świetnie się słucha jako podkład pod filmik z fragmentami meczów z World Cup 94: www.youtube.com/watch?v=5_uN-3LYXNg

Gość: Paweł, *.skarzysko.vectranet.pl
2015/05/23 00:37:15
Kurczę, pamiętam to wszystko o czym tu napisaliście. Również jestem z pokolenia, dla którego były to pierwsze „świadome” mistrzostwa i dla mnie również są to te najwspanialsze. Sam się zastanawiam czy to tylko dlatego, że człowiek był dzieckiem i wszystko było jeszcze kolorowe, nowe i fajne, ale jednak wierzę, że to coś więcej, że te MŚ miały w sobie jakąś magię, której nie miały już żadne następne. Do dziś mam numer Przeglądu Sportowego zawierający podsumowanie tych mistrzostw, z analizami, statystykami, ocenami piłkarzy i wynikami wszystkich meczów wraz ze składami. Studiowałem to tyle razy, że teraz jest już w stanie opłakanym, ale dla mnie ma wartość bezcenną (nie wspomnę o tym, że wtedy dziennikarstwo sportowe trzymało na prawdę wysoki poziom, nie to co teraz). Pozdrowienia dla fanów World Cup 94!
Gość: Paweł, *.skarzysko.vectranet.pl
2015/05/25 13:19:05
Aha, w tekście jest chyba mała pomyłka. Autor pisze, że z dobrej strony pokazał się Blomqvist, podczas gdy on za dużo nie pograł na tych mistrzostwach. Może chodziło o Brolina? Nim się zachwycano wtedy.
2015/11/07 00:49:43
Bylem wtedy na paru meczach na stadionie Giants w New Jersey.Wlochy _Norwegia ,Arabia Saudyjska- Maroko oraz pamietny Niemcy Bulgaria w cwiercfinale;pamietam jak Niemcy oddawali bilety na polfinal prawie za darmno <przeciez oni mieli tam grac>.Nie wiem czy przypominacie sobie olbrzymia flage jagielloni na meczu otwarcia Niemcy -Boliwia w Chicago:)
Gość: jacek72, *.internetdsl.tpnet.pl
2017/04/12 13:19:08
no pięknie , zazdroszczę ci tego Mundialu przeżytego w taki sposób. Ja miałem już 22 lata i pomimo ,że oglądałem wszystko co sie dało ..w dzień i w noc -to już niestety nie było to . Owszem nie zapomnę fascynacji Batistutą . Gry mego idola Bakero i fajnych Norwegów ale nie dość ,że każdy z moich ulubieńców nie odniósł sukcesu to tak naprawdę mistrzostwa nie były już takie jak trzy poprzednie .Po prostu czas i wiek robi swoje. Oczekiwanie na powrót dawnych naiwnych emocji – nie przyniosło pożądanego rezultatu . Dlatego trzeba było nabrać pewnego dystansu do emocji , rzeczywistości itp aby trochę inaczej ale za to pozytywnie przezywać kolejne turnieje ale juz bez tej dozy naiwnego szczęscia jak na początku .
Gość: aniol26@yahoo.com, *.icpnet.pl
2018/04/09 23:29:43
Hej. Piękny sentymentalny opis. WC 94 to także moje pierwsze 100 wspomnienie. Miałem 13 lat wiec pamiętam także mgliście 90 i 92. Ale to te mistrzostwa są „moje”. Do dziś mecze mistrzowskie to dla mnie te grane nie wieczorem przy blasku jupiterów ale te grane w blasku słońca gdy widać trybuny, jak np. Pol-Sui w 2016.
dla miłośników i nie tylko 94 polecam lagaleriadelfutbol.blogspot.com/2014/06/worldcup1994copamundial.html?view=flipcard
Oraz dokument może na YT – TWO BILION HEARTS – magia:-)!