Ojcowie i synowie. Cz. 3. II liga

W swoich poszukiwaniach rodzicielskich więzi w polskim futbolu schodzimy jeszcze jeden szczebel niżej i odwiedzamy II ligę. A tam familijnych uczuć sporo.

W grupie zachodniej prym wiedzie Rozwój Katowice. Kontraktuje on aż pięciu synów niegdysiejszych zawodników ekstraklasy. Są to:

Maciej Wolny (ur. 1990), syn Dariusza Wolnego (ur. 1969) – Dariusz Wolny to wciąż wspominany w GKS Katowice bramkostrzelny pomocnik (113-30), którego karierę zakończył zawał serca, który piłkarz zaliczył po meczu z Girondins Bordeaux. 

Szymon Kapias (ur. 1984), syn Jerzego Kapiasa (ur. 1957) – ojciec ma na koncie 187 meczów i 6 goli w barwach GKS Katowice (lata 1982-1989); młody próbował swego czasu szczęścia w Zagłębiu Lubin (8 meczów w sezonie 2009/2010).

Przemysław Szymiński (ur. 1984), syn Marka Szymińskiego (ur. 1968) – senior to wieloletni defensor Ruchu Radzionków, a przedtem także GKS Katowice (88-0).

Robert Mandrysz (ur. 1991), syn Piotra Mandrysza (ur. 1962)

– wspominaliśmy już go tutaj; choć jego młodszy brat Paweł występuje szczebel wyżej, to jednak większe doświadczenie stoi za Robertem, który ma na koncie liczne występy na zapleczu ekstraklasy w barwach Pogoni Szczecin;

Tadeusz Tyc (ur. 1983), syn Wojciecha Tyca (ur. 1950) – Tyc senior to legenda Odry Opole, z którą awansował do ekstraklasy, zdobywał Puchar Ligii i grał w Pucharze UEFA, poza tym to jednokrotny reprezentant Polski, który brany był pod uwagę do kadry na MŚ 1978.

Familijnością pochwalić się może również Odra Opole. Tam znajdziemy czterech synów.

Bartosz Pawlak (ur. 1993), syn Rafała Pawlaka (ur. 1970) – Rafał to uznany ligowiec (355-35 w barwach ŁKS, Śląska, Widzewa i Pogoni), a ostatnio również trener Widzewa; Bartosz dopiero idzie w jego ślady.

Daniel Primel (ur. 1992), syn Paweł Primel (ur. 1969) – obaj panowie są bramkarzami; Paweł strzegł przez lata bramki Miedzi Legnica, a w ekstraklasie występował z Odrą Wodzisław (48-0); junior terminował w Zagłębiu, a obecnie jest pewnym punktem Odry.

Adrian Żmija (ur. 1993), syn Grzegorza Żmiji (ur. 1971) – ojciec-bramkarz ma na koncie mecze w ekstraklasie w Polonii Bytom (8-0), syn-defensor dopiero marzy o ekstraklasie.

Mateusz Krawiec (ur. 1993), syn Grzegorza Krawca (ur. 1964) – Krawiec senior to nieco zapomniany już dziś gracz; w drugiej połowie lat 80-tych grał on w ekstraklasie w Zagłębiu Sosnowiec i Górniku Wałbrzych (55-5), potem wyemigrował do Belgii (KTH Diest). Tam też futbolowe wprawki pobierał jego syn, który po powrocie rodziny do Polski terminował głównie w juniorach Lecha Poznań, a obecnie występuje właśnie w Odrze. 

Latorośle dwóch byłych reprezentantów Polski występuje w Rakowie Częstochowa.

Robert Brzęczek (ur. 1996), syn Jerzego Brzęczka (ur. 1971) – seniora nie trzeba przedstawiać; junior, pomimo młodego wieku, jest ponoć szalenie utalentowanym podstawowym zawodnikiem Rakowa, ale warto też zauważyć, że to ojciec pozostaje obecnie trenerem swojego syna. 

Bartosz Soczyński (ur. 1990), syn Piotra Soczyńskiego (ur. 1967) – Soczyński i Brzęczek juniorowie to koledzy z Rakowa, a ich ojcowie grali razem w Olimpii Poznań. Bartosz był nawet w kadrze ekstraklasowej Jagiellonii (bez meczu), o Piotrze i jego ciekawym życiu pisaliśmy tutaj.

Dwóch synów gra także w Ruchu Zdzieszowice – Michał Łęszczak (ur. 1994), syn Marcina Łęszczaka (ur. 1971), byłego gracza Sokoła Pniewy i GKS Bełchatów (4-0) oraz Mateusz Bodzioch (ur. 1990), swego czasu w kadrach Piasta i Korony, syn Janusza Bodziocha (ur. 1965), grającego w ekstraklasie w Rakowie Częstochowa (108-7). W Warcie Poznań występuje Dominik Chromiński (ur. 1993), syn Jacka Chromińskiego (ur. 1972), zawodnika Sokoła Pniewy i Dyskobolii (56-1). W Nielbie Wągrowiec znaleźć można Adriana Owczarka (ur. 1991), syna Czesława Owczarka (ur. 1969), w ekstraklasie zawodnika Olimpii, Sokoła, Warty i Amiki (80-1), a niedawno także szkoleniowca Warty. Wreszcie podstawowym zawodnikiem awansującej właśnie Bytovii Bytów jest Maciej Szewczyk (ur. 1994) – syn Zbigniewa Szewczyka (ur. 1968), wieloletniego gracza Zagłębia Lubin, mistrza Polski 1991, mikrego pomocnika z dobrą techniką (192-1).

Mniej rodzinnych karteli znajdziemy w grupie wschodniej. Tam prym wiedzie Pogoń Siedlce. Dodatkowo zebrały się w niej wyjątkowo interesujące osoby.

Adam Dziubiński (ur. 1992), syn Tomasza Dziubińskiego (ur. 1968) – króla strzelców polskiej ekstraklasy 1991, pierwszego polskiego zdobywcę bramki w Lidze Mistrzów, zawodnika Wisły Kraków (62-30) i Club Brugge. Więcej o jego przygodzie w belgijskim klubie można poczytać tutaj.

Jakub Więzik (ur. 1991), syn Grzegorza Więzika (ur. 1963) – gracza m.in. ŁKS i Dyskobolii (101-16), jednego z najbardziej niespełnionych talentów w polskiej piłce drugiej połowy lat osiemdziesiątych, piszemy o nim tutaj. Jakub zasmakował już ekstraklasy w barwach Śląska (10-0), ale to wciąż za wysokie dla niego progi.

Marcin Stromecki (ur. 1994), syn Ryszarda Stromeckiego (ur. 1970) – zawodnika Polonii Warszawa (11 meczów w jesienią 1993).

Dwóch synów znajdziemy w Motorze Lublin. To Aleksander Komor (ur. 1994), niedawno w kadrze Ruchu Chorzów, syn Grzegorza Komora (ur. 1968), zawodnika Motoru Lublin (79-1), oraz Damian Kądzior (ur. 1992), który ma koncie dwie gry w ekstraklasie dla Jagiellonii, syn Roberta Kądziora (ur. 1970), w przeszłości również gracz Jagiellonii (6-0).

Pozostałe przypadki trafiają się już pojedynczo. Oto one:

Adrian Fedoruk (ur. 1986), Garbarnia Kraków – syn Adama Fedoruka (ur. 1966), reprezentanta Polski, ekstraklasowego wyjadacza w barwach Stali Mielec, Legii, Amiki i Rakowa (304-52).

Grzegorz Kmiecik (ur. 1984), Limanovia Limanowa, zawodnik ciągany na siłę w przeszłości po wielu klubach ekstraklasy (Katowice, Bełchatów, ŁKS, Polonia, Zagłębie Sosnowiec, Wisła, w sumie 70-12) – syn Kazimierza Kmiecika (ur. 1951),

legendy Białej Gwiazdy (304-153), którego nie ma co tutaj nawet specjalnie przedstawiać.

Adrian Świątek (ur. 1986), Pelikan Łowicz, w przeszłości również w ekstraklasie (24-2 w ŁKS i Górniku) – syn Sławomira Świątka (ur. 1961), zawodnika Olimpii Poznań (25-0).

Grzegorz Wojdyga (ur. 1987), Radomiak Radom – syn Piotra Wojdygi (ur. 1962), etatowego golkipera w ekstraklasie (327-0) w barwach Bałtyku, Stali, Widzewa, Olimpii i Polonii.

Sebastian Łętocha (ur. 1991), Stal Mielec – syn Krzysztofa Łętochy (ur. 1964), wieloletniego filaru Stali Mielec, zawodnika Wisły Kraków (209-4)

Igor Biedrzycki (ur. 1993), Znicz Pruszków – syn Andrzeja Biedrzyckiego (ur. 1966), legendy Stomilu Olsztyn (196-2).

Druga liga również ma się czym pochwalić w kontekście polityki rodzinnej. W kolejnej odsłonie przeniesiemy się natomiast poza granicę Polski.

P.

Czytaj także:

Ojcowie i synowie. Cz. 1. Ekstraklasa

Ojcowie i synowie. Cz. 2. I liga

Ojcowie i synowie. Cz. 2. I liga

Dziś schodzimy jeden szczebel niżej w poszukiwaniu synów kontynuujących futbolowe tradycje swoich ojców. Wciąż trzymamy się założenia – ojciec musiał grać w ekstraklasie, syn gra (albo znajduje się w kadrze) w klubie I-ligowym.

Na zapleczu ekstraklasy szczególnie dwa zespołu mogą pochwalić się piastowaniem pokoleniowych klimatów. Pierwszym z nich jest Miedź Legnica. Znajdziemy w niej aż czterech „synów swoich ojców”.

 

Wyjątkowy w tym towarzystwie pozostaje z pewnością Mariusz Mowlik (ur. 1981). To wieloletni piłkarz ekstraklasy (83 mecze i 3 gole w barwach Lecha, Polonii, Dyskobolii i ŁKS) oraz jednokrotny reprezentant Polski. Jego ojcem jest zaś świetnie znany Piotr Mowlik (ur. 1951) – golkiper Legii i Lecha, 21-krotny reprezentant, srebrny medalista olimpijski z Montrealu (1976) i członek brązowej kadry z MŚ 1982. Taki układ czyni z Mowlików jedną z dziewięciu par ojciec – syn, która zagrała w seniorskiej reprezentacji.

 

Klubowym kolegą Mariusza Mowlika pozostaje Marcin Burkhardt (ur. 1983). Burego nie trzeba nikomu przedstawiać. W ekstraklasie zagrał w 180 meczach (dla Amiki, Legii i Jagiellonii; poza tym występy w Szwecji, na Ukrainie i w Azerbejdżanie), do tego jeszcze zaliczył 10 meczów w seniorskiej reprezentacji Polski. Jednocześnie w I lidze, w Wiśle Płock, występuje także młodszy brat Marcina – Filip Burkhardt (ur. 1987). Filip ekstraklasę poznawał w koszulkach Amiki, Widzewa i Arki Gdynia (74-6). Obaj zawodnicy są synami Jacka Burkhardta (ur. 1960) – w drugiej połowie lat osiemdziesiątych pomocnika Olimpii Poznań (77-3).

W Miedzi znaleźć można także Zbigniewa Zakrzewskiego (ur. 1981) – byłego gracza Kolejorza, Arki, Bełchatowa oraz szwajcarskich Thun i Sion. Jego ojciec Wiesław Zakrzewski (ur. 1955) spędził pół dekady (1972-1977) w Lechu Poznań (lecz przez cały ten czas był jednak głównie rezerwowym golkiperem), poza tym występował także w Bałtyku Gdynia i Olimpii Poznań. Później występował także w Olimpii Poznań oraz na Wyspach Owczych.

Kompanię synów z Legnicy domyka Piotr Kasperkiewicz (ur. 1988), były zawodnik Lechii Gdańsk, brat Arkadiusza (Widzew) i syn Mieczysława, o których pisaliśmy tutaj.

Drugim familijnym klubem na zapleczu jest Energetyk ROW Rybnik. Tutaj również mamy dzieci dwóch reprezentantów Polski oraz dwóch uznanych ligowców.

Konrad Gilewicz (ur. 1992) to syn Radosława Gilewicza (ur. 1971). Gilewicz senior może się pochwalić grą w Ruchu Chorzów, klubach szwajcarskich, niemieckich (Puchar Niemiec z VfB) i austriackich (cztery mistrzostwa, dwa puchary i tytuł króla strzelców 2001). Gilewicz junior może na razie tylko wzdychać w stronę ojca – w tym sezonie jeszcze nie zagrał ani minuty, a na zapleczu ekstraklasy ma zaliczone tylko trzy gry dla Floty Świnoujście.

Łukasz Bałuszyński (ur. 1992) jest natomiast synem tragicznie zmarłego Henryka Bałuszyńskiego (ur. 1972, zm. 2012). O byłym graczu Górnika i Bochum napisaliśmy już bardzo dużo tutaj. Junior zaś coraz odważniej stawia kroki w drużynie z Rybnika, niedawno strzelił swoją pierwszą bramkę.

Paweł Mandrysz (ur. 1997) ma dopiero 16 lat, ale młody wiek nie przeszkadza kolejnym trenerom Energetyka, aby puszczać go w ligowy bój. Chłopak ma dobre wzorce, bo Piotr Mandrysz (ur. 1962), obecny trener Niecieczy, w ekstraklasie uzbierał niemal 200 występów i 41 goli (!) dla Zagłębia Sosnowiec, Pogoni Szczecin i Rakowa Częstochowa. Ród Mandryszów jeszcze się pojawi w tym cyklu, bo w II-ligowym Rozwoju Katowice występuje drugi z braci – Robert.

Ciekawym przypadkiem jest Jarosław Wieczorek (ur. 1985). To syn Ryszarda Wieczorka (ur. 1962), zwanego swego czasu „Platinim z Wodzisławia” (50-10 w ekstraklasie). Otóż Wieczorek senior, gdy został trenerem, ciągnął syna za sobą do wielu klubów, w których pracował (Odra, Korona, Energetyk). Jarosław odetchnął chyba dopiero wtedy, gdy uwolnił się od ojca i w Rybniku jest obecnie kluczowym zawodnikiem.

W Niecieczy z kolei możemy znaleźć Kamila Moskala (ur. 1993). Grywający na razie ogony defensor jest synem popularnego Kazimierza Moskala (ur. 1967) – reprezentanta Polski, zawodnika m.in. Lecha, Wisły i Górnika (283-44). Co zabawne obaj panowie minęli się w klubie – Kamil został zawodnikiem Termaliki, gdy Kazik właśnie się z nią pożegnał.

Utytułowanym ligowcem był także Krzysztof Sadzawicki (ur. 1970). W ekstraklasie uzbierał niemal 300 meczów jako piłkarz Olimpii Poznań, Polonii Warszawa, Śląska Wrocław i GKS Katowice. W tym ostatnim klubie od roku występuje również jego syn – Dominik Sadzawicki (ur. 1994). Od kilku kolejek jest podstawowym elementem defensywy Gieksy.

Domykając ten rozdział należy jeszcze wymienić dwóch graczy. Marcin Stefanik (ur. 1987), gracz Kolejorza Stróże (ma też na koncie jeden mecz dla ekstraklasowego Widzewa) jest dzieckiem Józefa Stefanika (ur. 1964). Stefanik senior na początku lat dziewięćdziesiątych zaliczył w ekstraklasie ponad 100 gier dla Igloopolu Dębica i Siarki Tarnobrzeg. Piłkarzem Arki Gdynia jest natomiast Kamil Juraszek (ur. 1991) – syn Piotra Juraszka (ur. 1972), swego czasu zawodnika Dyskobolii (13-2 w sezonie 1997/1998).

Jak widać silne piłkarskie więzi nie słabną wraz z obniżaniem pułapu ligowego.

P.

Czytaj także:

Ojcowie i synowie. Cz. 1. Ekstraklasa

Ojcowie i synowie. Cz. 1. Ekstraklasa

Piłka to niewątpliwie sport rodzinny. Ojcowie często kopią piłkę wraz ze swoimi synami. Często zdarza się, że jeśli kopiącym piłkę ojcem jest piłkarz, to i jego pociecha wyrasta na piłkarza. Zapraszamy więc na krótki cykl tekstów na temat ojców i synów na różnych szczeblach polskiej piłki. Zaczynamy od ekstraklasy. Warunek: ojciec musiał w niej występować, dziecko występuje w niej obecnie (albo znajduje się w kadrze ekstraklasowego klubu).

 

Nie jest żadną tajemnicą, że obecny gracz Legii Bartosz Bereszyński (ur. 1992) to syn świetnie znanego wszystkim kibicom Kolejorza Przemysława Bereszyńskiego (ur. 1969). Ojciec występował w ekstraklasie w latach 1988-2002 i uzbierał w niej ponad 200 występów. Z poznańskim klubem trzykrotnie sięgnął po mistrzostwo Polski (1990, 1992 i 1993) i dwa razy po Superpuchar. Poza tym grał także w Sokole Tychy i Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. Choć otrzymał raz powołanie do reprezentacji Polski, to nigdy w niej nie zagrał. Wyręczył go w tym dopiero Bartosz. Junior występował przez cztery lata w Kolejorzu (2008-2012), by na początku 2013 roku przenieść się do Legii Warszawa. Tam wygrał ligę (2013), zagrał w europejskich pucharach i seniorskiej kadrze (dwa występy).

Jeszcze bardziej utytułowaną relacją syn – ojciec może się pochwalić klubowy kolega Bereszyńskiego. Jakub Kosecki (ur. 1990) jest potomkiem Romana Koseckiego (ur. 1966). Romana, byłego gracza m.in. Galatasaray, Atletico i Nantes oraz wieloletniego kapitana reprezentacji, nie trzeba nikomu przedstawiać. Kosecki junior z kolei ma na razie na swoim koncie niemal 51 meczów w ekstraklasie, 11 goli, tytuł mistrzowski (2013) i kolejny na wyciągnięcie ręki, status reprezentanta Polski (5 meczów i 1 gol) oraz opinię szybkiego skrzydłowego.

Niemal równie słynnym zawodnikiem co Kosecki senior był Andrzej Iwan (ur. 1959). To brązowy medalista MŚ 1982, etatowy reprezentant, czterokrotny mistrz Polski (jeden tytuł z Wisłą Kraków i trzy z Górnikiem Zabrze), legenda Białej Gwiazdy oraz zawodnik Vfl Bochum i Arisu Saloniki. W ekstraklasie rozegrał 269 meczów i strzelił 90 goli. Jego osiągnięć na pewno nie powtórzy już jego syn – Bartosz Iwan (ur. 1984). Przez wiele lat miotał się on po różnych klubach (Widzew, Odra Wodzisław, GKS Katowice, Piast Gliwice), by ostatnio zakotwiczyć w Górniku Zabrze. Dobija powoli do 80. występu na boiskach ekstraklasy.

Na to, że pójdzie w ślady swoich ojców-reprezentantów liczy jeszcze dwóch nieco młodszych zawodników naszej najwyższej klasy rozgrywkowej. Michał Szewczyk (ur. 1992) z Wisły Kraków (13 meczów w ekstraklasie) chciałby osiągnąć równie wiele co ojciec – Mirosław Szewczyk (ur. 1962). W barwach chorzowskiego Ruchu rozegrał on 263 mecze, strzelając 36 bramki w ekstraklasie. Zdobył także mistrzostwo Polski (1989) i raz zagrał w reprezentacji.

Natomiast Sebastian Janik (ur. 1989) zadebiutował niedawno w ekstraklasie w koszulce Ruchu Chorzów i tym samym wykonał pierwszy krok w naśladowaniu taty – Zdzisława Janika (ur. 1964). Janik senior znany jest z gry w Wiśle Kraków (116 meczów i 21 goli) i w klubach belgijskich oraz z trzech występów z orzełkiem na piersi.

Łukasz Janoszka (ur. 1987) występuje w ekstraklasie już siódmy sezon, czym przegonił swojego ojca – słynnego Mariana „Ecika” Janoszkę (ur. 1961). Dorobek Łukasza: 163 meczów i 26 goli (dla Ruchu Chorzów i Zagłębia Lubin). Dorobek Mariana: 132 mecze i 45 goli (dla GKS Katowice i Ruchu Radzionków) oraz Puchar Polski 1993. Sprawa jest dynamiczna, bo jeśli Łukasz będzie równie długowieczny co Ecik, to może pobić wiele rekordów.

Ojca dopiero goni przywoływany już Adam Dźwigała (ur. 1995). Zadanie ma o tyle trudne, że Dariusz Dźwigała (ur. 1969) był prawdziwym wyjadaczem naszej ligi. Uzbierał aż 258 meczów i 34 gole (dla Polonii Warszawa, GKS Katowice, Górnika Zabrze i Pogoni Szczecin). Adam na razie dobija dopiero do 50 gier w ekstraklasie, ale pamiętać należy, że piłkarz Jagiellonii ma dopiero 18 lat.

Swojego rodzica naśladować chciałoby także dwóch młodych graczy Ruchu Chorzów, którzy jeszcze nie poznali smaku najwyższej klasy rozgrywkowej. Kamil Lech (ur. 1994) marzy o powtórzeniu kariery swojego znanego ojca Piotra Lecha (ur. 1968). Zagrał on w aż 357 meczach ekstraklasy (dla Ruchu Chorzów, Zagłębia Lubin, GKS Katowice, Górnika Zabrze, GKS Bełchatów i Jagiellonii Białystok). Miłosz Trojak (ur. 1994) z kolei ma chciałbym osiągnąć choćby tyle, co Józef Trojak (ur. 1966, zm. 2014), grający w ekstraklasie w barwach Górnika Wałbrzych i Śląska Wrocław (36 meczów w latach 1984-1990). Podobne przykłady mamy w lidze jeszcze dwa. Arkadiusz Kasperkiewicz (ur. 1994) z Widzewa Łódź czeka wciąż na debiut, a jego ojciec Mirosław Kasperkiewicz (ur. 1959) zagrał w ekstraklasie siedmiokrotnie (też dla Widzewa, w latach 1985 i 1989). Natomiast Paweł Jaroszyński (ur. 1994) zaczął już grywać w barwach Cracovii (11 meczów) i pewnie szybko przegoni swojego ojca Piotra Jaroszyńskiego (ur. 1971), który ma na koncie raptem 11 gier dla Górnika Łęczna w sezonie 2003/2004.

Swojego rodzonego już dawno z kolei pobił Tomasz Hołota (ur. 1991) ze Śląska Wrocław. Zdolny pomocnik uzbierał już 42 mecze oraz 4 gole dla Polonii Warszawa i Śląska Wrocław, a także był powołany raz do reprezentacji Polski. Jego ojciec Janusz Hołota (ur. 1964) zaliczył zaś tylko jeden mecz w ekstraklasie dla GKS Katowice (w 1985 roku).

Tak jak dzieci często naśladują rodziców, tak dzieci piłkarzy często naśladują swoich ojców.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego „Heej Lech”

P.

Czerwone Diabły w chodakach

Louis van Gaal został ogłoszony nowym trenerem Manchesteru United. Wielu kibiców drapie się w głowę zastanawiając co czeka ich ukochany zespół pod wodzą holenderskiego coacha.

Warto w tym miejscu przypomnieć podobny dreszczyk emocji, który przebiegł po plecach fanów Dumy Katalonii, gdy van Gaal obejmował FCB w 1997 roku. W krótkim czasie dokonał prawdziwej personalnej pomarańczowej rewolucji. Po jego przybyciu z klubem pożegnali się tacy zawodnicy jak Laurent Blanc, Gheorghe Popescu, Christo Stoiczkow i Ronaldo. W ich miejsce na Camp Nou trafiło… ośmiu Holendrów!

1997

Ruud Hesp

Michael Reiziger

Winston Bogarde

1998

Frank De Boer

Ronald De Boer

Phillip Cocu

Boudewijn Zenden

Patrick Kluivert

O ile klasy Franka De Boera, Kluiverta czy nawet Phillipa Cocu nikt nie negował, o tyle ściąganie Zendena było już dość ryzykowne, a Bogarde to już prawdziwy sabotaż.

Taka taktyka okazała się jednak połowicznie skuteczna. Duma Katalonii z holenderską wkładką wywalczyła mistrzostwo Hiszpanii 1998 i 1999, wicemistrzostwo 2000 oraz Puchar Hiszpanii 1998.

Ten czas domowych sukcesów znaczony jest także klęskami w Lidze Mistrzów. W sezonie 1997/1998 Barca nie wyszła nawet z grupy. Ba, nie wyszła z niej z przytupem! W sumie udało jej się wywalczyć raptem 5 punktów – trzy oczka z Newcastle (2:3 i 1:0), dwa oczka z PSV (2:2 i 2:2)  i kosmiczna kompromitacja z Dynamem Kijów (0:3 i 0:4).

Rok później Barcelona… powtórzyła swój wyczyn. Tym razem lepszy okazał się Bayern (1:2 i 0:1) i Manchester (3:3 i 3:3), słabsze zaś Broendby (2:0 i 2:0).

Lepiej było dopiero w sezonie 1999/2000. Barcelona dotarła w niej aż do półfinału, po drodze bijąc m.in Arsenal i Chelsea. W 1/2 finału lepsza okazała się jednak Valencia (1:4 i 2:1).

Barcelońskie problemy to oczywiście tylko drobne uszczypnięcie wielkiego trenera. Misja przed nim trudna, bo Czerwone Diabły spadły naprawdę nisko. Czy w realizacji tego trudnego zadania znowu skorzysta z armii w chodakach? Na razie ma ich na stanie dwóch – Alexandra Buttnera i Robina Van Persiego.

P.

Jamajskie dyscyplinowanie fok

Od wczoraj jest już w sprzedaży wyjątkowa pozycja „Kopalnia – Sztuka Futbolu”. Fanom tego bloga nie trzeba jej przedstawiać, ale jeśli ktoś jeszcze o niej nie słyszał – to zbiór wyjątkowych historii okołomundialowych popełnionych przez absolutną elitę polskich dziennikarzy sportowych, w tym także skromnych twórców niniejszego bloga.

Po szczegóły odsyłamy tutaj, a w ramach zachęcenia do lektury i połechtania kubków smakowych – oto małe promo tekstu naszego autorstwa dotyczącego maluczkich na mundialach. Na tapecie Jamajka i jej barwna załoga (uwaga – fragment tekstu w wersji reżyserskiej, niepociętej jeszcze przez redaktorów; słowem – unikat:)).

Żadne inne wydarzenie w historii Jamajki nie wywołało takiej euforii jak bezbramkowy remis z Meksykiem w ostatniej kolejce kwalifikacji do mistrzostw świata we Francji w 1998 roku. Dwa punkty przewagi nad Kostaryką wystarczyły, aby to Reggae Boyz wraz z USA i Meksykiem wywalczyli sobie przepustki na mundial.


Euforia była tym większa, że jeszcze pół roku wcześniej w awans nie wierzyli nawet najbardziej odurzeni rumem fani futbolu. Jamajka w czterech pierwszych spotkaniach IV rundy eliminacji zdobyła bowiem tylko dwa punkty (0-0 z USA, 0-6 z Meksykiem, 0-0 z Kanadą i 1-3 z Kostaryką). Potem jednak nastąpiła niezwykła passa sześciu meczów bez porażki i można było świętować sukces. Kibice urządzili więc prawdziwy karnawał na ulicach Kingston i innych jamajskich miast, który dodatkowo wydłużył premier P.J. Patterson, ogłaszając dzień po konfrontacji z Meksykanami dniem wolnym od pracy.

Jednym z głównych architektów wyjątkowego sukcesu był brazylijski szkoleniowiec drużyny Rene Simoes. „Gdy trener po raz pierwszy zobaczył na treningu swoich nowych podopiecznych, to powiedział, że przypominają mu oni foki żonglujące piłeczkami. Wszystko wygląda efektownie, ale pożytek z tego żaden. Taktyki i schematów gry musieli się nauczyć w zasadzie od zera” – opowiada nam Tym Glaser, redaktor sportowy dziennika „Jamaica Gleaner” w latach 1995-2009. „Choć – wbrew pozorom – futbol jest najpopularniejszym sportem na Jamajce, to rozgrywki tutaj mają półamatorski charakter. Większość występujących w ojczystej Premier League piłkarzy zwykle gdzieś jeszcze pracuje – za barem albo w hotelach”.

Zakontraktowany w 1994 roku Simoes miał więc trudne pole do uprawy. Krok po kroku starał się jednak pogodzić pół-amatorską fantazję z rygorami światowego futbolu. W pierwszej kolejności Brazylijczyk wziął się za zastanych już kadrowiczów. Zaproponował im specjalną dietę, skłonił do zajęć fitness, a reprezentacyjnym golkiperom zafundował oddzielne treningi bramkarskie. „To drobne rzeczy, ale właśnie w kwestiach organizacji i dyscypliny jamajska kadra najbardziej kulała. Udało mu się zaszczepić wyluzowanej karaibskiej kulturze trochę dyscypliny” – twierdzi Glaser.

Kolejnym krokiem było zaproszenie do reprezentacji zawodników urodzonych w Anglii, ale legitymujących się jamajskimi korzeniami. Tym sposobem drużynę zasilili występujący na Wyspach Brytyjskich – Deon Burton i Darryl Powell (obaj Derby County), Paul Hall i Fitzroy Simpson (obaj Portsmouth), Marcus Gayle i Robbie Earle (obaj Wimbledon) oraz Frank Sinclair (Chelsea).

Ich nagłe pojawienie się w reprezentacji wywołało spory szok. Zarówno kibice jak i zawodnicy przyjęli angielski zaciąg z rezerwą. „Fani pytali – skoro drużyna radzi sobie nieźle, to po co ściągać ludzi z zewnątrz? Z czasem jednak, najpierw piłkarze, a potem sami sympatycy, przekonali się, że z ‘Anglikami’ ekipa radzi sobie jeszcze lepiej” – mówi Glaser.

Co było dalej? Dlaczego po meczu z Argentyną łajano selekcjonera? Jaki deal Jamajczycy dobili z japońskimi kibicami? Sprawdźcie w „Kopalni – Sztuce Futbolu”.

P.

Tom meets Zizou, film o piłkarzu innym niż wszyscy

Thomas Broich, Tom meets Zizou

Bystrością nie grzeszyli, talent zaprzepaścili. Takich piłkarzy było wielu. Niemiec Thomas Broich też nie zrobił takiej kariery, jaką mógł. Myślał za wiele, a najchętniej uprawiał wielobój, w którym futbol był tylko jedną z dyscyplin obok filozofii, literatury i muzyki klasycznej.

”Sokrates strzelił bramkę dzięki podaniu Archimedesa. Niemcy sprzeczają się z sędzią. Hegel twierdzi, że rzeczywistość to tylko aprioryczny dodatek do etyki. Kant za pomocą imperatywu kategorycznego stwierdza, że ontologicznie bytuje ona tylko w wyobraźni”. Wyborny skecz grupy Monty Python o meczu filozofów greckich z niemieckimi przychodzi na myśl na widok złośliwego rysunku, który przedstawia Thomasa Broicha przed wykonaniem rzutu karnego. Podpis brzmi: ”Z logicznego punktu widzenia mogę założyć, że w ośmiu przypadkach na dziesięć ten bramkarz wybierze lewy róg. Ale czy to nie Sartre powiedział, że przyszłość nie ma związku z tym, co było? Do diabła, za dużo myślę!”.

Australia, druga ojczyzna

13 marca 2011 roku Thomas Broich do strzału z jedenastu metrów nie podszedł. Chwilę wcześniej jego Brisbane Roar przegrywało w dogrywce finału australijskiej A-League już 0:2, ale Niemiec – w 117. i 120. minucie – dwa razy podał kolegom tak, że ci doprowadzili do wyrównania. Gdy gracz Brisbane strzelił zwycięskiego karnego, wszyscy koledzy z drużyny w amoku rzucili się na niego z radości. I tylko Broich od zespołu oddalał się wesół, a może półwesół.

Może tak naprawdę nie dochodziło do niego, że oto w wieku 30 lat wywalczył pierwszy tytuł w swojej karierze. A może po prostu było to zgodne z jego zdystansowanym podejściem do futbolu. Podejściem, które pozwoliło mu być naprawdę szczęśliwym dopiero w Australii. W odległości 15 tys. km od ojczyzny i Bundesligi, w której zaczynał być gwiazdą, z której regułami się kłócił, która wpędziła go w depresję. I od której w końcu uciekł.

Dla A-League, czyli ligi australijskiej, zrobił więcej niż jakikolwiek inny piłkarz, z Alessandro Del Piero na czele. To w kraju kangurów opinia na tyle powszechna, że wielu kibiców i fachowców widziało (widzi) Broicha w reprezentacji Australii na zbliżający się mundial w Brazylii. Nic dziwnego, właśnie znów zdobył tytuł najlepszego piłkarza ligi.

Na jednym mistrzostwie kraju dla Brisbane nie poprzestał, właśnie zdobył trzecie w ciągu czterech lat. Każde z nich – w niezwykłych okolicznościach, w każdym finale zaliczał asystę lub asysty. Przeciw z Perth Glory ze znanym z Wisły Kraków kapitanem Jacobem Burnsem w 2012 r. Roar wyrównali na 1:1 w 84. minucie, a gola na wagę triumfu strzeliło w czwartej minucie doliczonego czasu. Zdobyte w niedzielę mistrzostwo 2014 roku też mogło przyprawić fanów o migotanie – 1:1 w 84., 2:1 w 108. minucie (w ekipie Western Sydney Wanderers zagrał były ełkaesieak Labinot Haliti, miejsce na boisko ustąpił mu… Shinji Ono).

Broich przyznaje, że Australia to jego miejsce na ziemi. Niemcy, ojczyzna, tym miejscem na pewno nie były. Ale na pewno musi mu być miło, że w roku mistrzostw świata, przy całej potędze Bayernu i Borussii, są w Niemczech osoby, które próbują przekonać Jogi Loewa, by wziął go pod uwagę przy ustalaniu kadry na Brazylię.

Bundesliga, basen pełen rekinów

Młody Tom był pełen entuzjazmu jak inne dzieciaki. Jeszcze jako 15-latek stawiał mamę na bramce i kazał bronić swoje strzały. – Byłam cała posiniaczona. Strzelali jak szaleni. Zawsze powtarzam, że to szkoda: taki bystry chłopak, a idzie grać w piłkę – wspominała troskliwa kobieta. Chłopak, który znalazł pod choinką koszulkę Bayernu, wyglądał na najszczęśliwszą istotę na świecie. Jego idolem był najpierw Lothar Matthäus, a potem Zinedine Zidane. – Biegałem po podwórku, odgrywając wymyślone mecze Bawarczyków. Zawsze chciałem zagrać w Bundeslidze – opowiadał piłkarz, który na cześć Francuza nadał swojej skrzynce e-mail adres: tommeetszizou@aol.com.

Zidane’a na boisku nigdy nie spotkał, do ukochanego Bayernu też nie trafił.

Już pełnoletni zawodnik nie został doceniony na przedmieściach Monachium, Unterhaching kazało mu szukać innego klubu. Broich rozkwitać zaczął w Wacker Burghausen, gdzie spędził 2,5 sezonu – najpierw w trzeciej, potem w drugiej lidze. Z wielu propozycji z 1. Bundesligi, zimą 2004 roku wybrał Borussię Mönchengladbach.

Po kilku tygodniach tam ofensywny pomocnik powiedział: – Słyszałem o Bundeslidze rzeczy, które mnie przeraziły. Basen pełen rekinów, zła atmosfera. Od pierwszego dnia byłem bardzo szczęśliwy, bo nic z tego nie okazało się prawdą. Było jak w Burghausen. To wielka ulga.

Trener Holger Fach chwalił go: – Podoba mi się to, że identyfikuje się ze swoim zawodem. Stara się ciągle rozwijać, słucha konstruktywnej krytyki.

Obie opinie z czasem przestały być aktualne.

Thomas Broich, Tom meets Zizou 

Mozart i Netzer w jednym

Najpierw jednak Broich zagrał świetną rundę, zdobył dwa gole, miał kilka asyst. Co i rusz lądował w prasowych nagłówkach. ”Gladbach ma nowego Netzera”, ”Mozart z piłką”, ”Myśleć i wygrywać”. Media szybko odkryły, że Thomas Broich to zarówno nietuzinkowy piłkarz, jak i człowiek. – Hemingway, Dostojewski, Camus, nic lekkiego – wymieniał swoich ulubionych autorów młody gracz. – Wolność, tożsamość i moralność to poważne kwestie, którym często nie poświęca się dość uwagi w społeczeństwie. Chcę reprezentować pewną filozofię i czasami móc poruszyć tematy, o których nie rozmawia się w Bundeslidze – przekonywał. Przydomek ”Mozart” dostał w szatni, w kolegach z zespołu nie znalazł dyskutantów.

W ogóle mnie to nie interesuje – stwierdził szczerze obrońca Stefan Fruhbeis. – Próbowałem przeczytać parę stron, ale to nie dla mnie. Thomas w wolnym czasie chodzi na przykład do teatru. To o czym mówi, naprawdę robi wrażenie. Kiedy jedziesz z nim samochodem, nagle słuchasz Mozarta i innych – dodał. Dla ścisłości: Broich słuchał Carla Löwe, ale nie wymagajmy od piłkarzy słuchu absolutnego.

Broich był rzadkim okazem, bo miał do powiedzenia więcej niż tylko ”kopnąłem i wpadła”. Pozował do zdjęć a to z książką w ręku, a to w operze. Potem został też felietonistą, brał udział w muzycznych jam session, a dla wyciszenia się poszedł na kurs garncarstwa. Cały czas twierdził, że jest świadom ryzyka utraty kontaktu z rzeczywistością. Jednocześnie zaczął jeździć używanym Jaguarem, tak jak legenda klubu, Günther Netzer. – To, co robimy, to sztuka użytkowa, dlatego musimy być blisko publiki. Zainteresowanie mediów wpływa na mnie pozytywnie, ale wiem, że zajmują się tobą, kiedy wyrastasz na gwiazdę i kiedy wpadniesz w otchłań – przewidywał młodzian.

Lena, jego dziewczyna, nie chciała dać się wcisnąć w wytworzone przez media ramy typowej partnerki piłkarza: – Nie masz własnej osobowości. Określa cię twój chłopak. Jeżeli jest dobry, ty też jesteś wspaniała. Jeżeli gra słabo, albo w ogóle, wtedy wypadasz. WAGs (ang. Wives And Girlfriends – żony i dziewczyny) to głupi stereotyp: dziewczyna siedzi w domu, czeka aż pojawią się pieniądze, żeby pójść na zakupy do Gucciego, Prady czy Versace, a potem ma leżeć i czekać aż wróci jej cudowny chłopak-piłkarz – opowiadała dziewczyna, która pracowała jako kelnerka. – W tydzień zarabia więcej niż ja przez rok. Czasami myślę, że to nienormalne. To ja zasuwam przez osiem godzin dziennie.

Po latach, w Australii, Thomas przyzna: – Jako ”Mozart” byłem podatny na pochlebstwa… Arogancja i próżność. Wpadłem w to.

Thomas Broich, Tom meets Zizou

Pustka na Evereście

Od próżności wielu innych sportowców i tak dzieliły go jednak lata świetlne. Rozmowa w ZDF:

– Jak to jest być ”promykiem nadziei”?

– Najpierw trzeba się tak czuć, a ja się tak nie czuję.

– W ogóle? Za duży ciężar czy po prostu nie jesteś zainteresowany?

– Nie jestem zainteresowany.

– Ale musimy w kimś pokładać nadzieje. Frank Fahrenhorst, Bastian Schweinsteiger, Lukas Podolski, Thomas Broich. Te nazwiska ciągle się powtarzają.

– Tak, ale tak jest zawsze po przegranym meczu reprezentacji. Opinia publiczna chce widzieć w zespole świeżą krew.

Kontuzja sprawiła, że Broich nie pojechał na młodzieżowe mistrzostwa Europy latem 2004 roku. Po klęsce drużyny seniorów na Euro 2004, cały kraj widział go jednak w kadrze budowanej na mundial 2006, organizowany przecież przez Niemcy. Sielanka skończyła się, gdy trenerem Gladbach został Dick Advocaat. Broich zamiast w reprezentacji wylądował w czwartoligowych rezerwach. Tam spotkał asystenta Michaela Oenninga, który próbował go zrozumieć: – Tom ma wielki potencjał, ale i skłonności do tłumienia go. Jest dla siebie zbyt krytyczny. Często próbuje być wszystkim na raz. Są tylko dwie możliwości. Jeśli ktoś postępuje w sposób, który uważa za słuszny, a jest odmienny od normy, to albo zostaje uznany za niebezpiecznego, albo będzie wyznaczał nowe trendy.

Po powrocie Broicha do pierwszego zespołu, nawet gdy jego grę przyjechali obejrzeć selekcjonerzy, Jürgen Klinsmann i Joachim Löw, holenderski trener trzymał go na ławce. Powołanie dostał, ale do kadry B. I olśnił wszystkich swoją grą, pochwał nie szczędzili mu nawet wielcy Borussii, Berti Vogts czy Udo Lattek. Prawdziwym problemem Broicha nie było jednak to, w jakim tempie wraca do formy po kontuzji, czy to, że nie pasuje do koncepcji szkoleniowca. Po zaledwie jednej udanej rundzie w jego wypowiedziach słychać było wątpliwość, czy w piłce chce jeszcze coś zdziałać.

– Przez pół roku doświadczyłem rzeczy, na jakie inni potrzebują lat. Zrobiłem wszystko, o czym marzyłem jako mały chłopiec, brakuje mi trochę motywacji. Reinhold Meissner kiedyś powiedział: ”Na Mount Everest, po wejściu jako pierwsza osoba bez tlenu, zastanawiałem się, czemu nic nie czuję w środku”. Ze mną było podobnie. W ogóle nie mam ambicji, by kiedyś zagrać w Bayernie, Dortmundzie czy Leverkusen. Mam pewne zobowiązania, gdy podpisuję kontrakt i gram na oczach widzów, ale mój stan emocjonalny jest dla mnie znacznie ważniejszy. Jedna droga życiowa przez 20 lat? Przegapienie szansy, by doświadczać nowych kultur, innych mentalności i osobowości, byłoby smutne – twierdził Thomas Broich.

Przez chwilę na jego ambicję działał zbliżający się mundial. To grę na nim oznaczył sobie jako ”nowy cel”. Konflikt z Advocaatem szybko go jednak do tego zniechęcił:

– Spędziłem dużo czasu próbując robić to, o co mnie prosił. Potem trenowałem tak, jak mi się podobało. Wiem, że tego nie cierpiał. W Burghausen piłka była jedyną rzeczą, o jakiej myślałem. Chciałem osiągnąć cel, bez względu na wszystko. Teraz uważam, że ważniejsze jest to, by lubić to, co się robi, postępować zgodnie ze swoimi ideałami. Nie muszę wygrać mistrzostwa świata w 2006 roku. Nie chcę rezygnować ze wszystkiego, by na nich wystąpić. Cena jest zbyt wysoka.

Po wyrzuceniu Holendra z klubu, Broich na chwilę odżył, miewał przebłyski dawnej formy. Wiosną 2006 nie dostał się jednak do kadry, a… na studia filozoficzne. Latem przeprowadził się do drugoligowego 1.FC Köln.

Thomas Broich, Tom meets Zizou

Mówię ten sam szajs, co inni piłkarze

W Kolonii chciał zacząć wszystko od nowa. W końcu przestał się rozpraszać. – Nie wziąłem ze sobą żadnych książek, brałem je tylko na długie wycieczki. W wywiadach przestałem mówić o swoich zainteresowaniach. Mówię ten sam szajs co 70 proc. zespołu. To chyba działa, jestem z nim dobrze zgrany – opowiadał.

Scenariusz z Gladbach zaczął się jednak powtarzać. Broich zagrał genialny mecz (w ”Kickerze” nota 1, klasa światowa) w Pucharze Niemiec przeciw Schalke, gdy w dogrywce jednego gola strzelił, a drugiego wypracował. Natychmiast stwierdził, że graczowi na jego poziomie tak doskonały wieczór może się zdarzyć tylko raz. To pasowało do jego wcześniejszych rozmyślań, że chce dotknąć granicy swoich możliwości, chce móc powiedzieć ”nie mogę być lepszy”.

Kolejny znany i charyzmatyczny trener zarzucał mu jednak, że być lepszym próbował za mało. Broich porównywał Christopha Dauma – bo o nim mowa –  do mesjasza, a to co się wokół niego działo do cyrku (co było dość trafne: na pierwszy trening przyszło 10 tys. osób, a trener błogosławił dzieci). W drugim sezonie po przyjściu Dauma i Broicha, Kolonia awansowała do 1. Bundesligi. Piłkarzowi udało się nawet zerwać ze stereotypem artysty-mięczaka. Po tym, jak na własną prośbę zagrał w ważnym meczu zaledwie cztery dni po leczeniu ciężkiego urazu płuc w szpitalu, dostał owację na stojąco. Po powrocie do ekstraklasy za wielu oklasków się już nie nasłuchał, z Daumem współpracować nie chciał.

Jeszcze dał się namówić Michaelowi Oenningowi, jedynemu trenerowi, który go rozumiał, na przejście do Norymbergi. Ale to już była piłkarska agonia, chciał rzucić grę.

– Nagle nie wierzysz już w nic. Czułem, że z każdym kolejnym negatywnym doświadczeniem wpadam w coraz głębszą dziurę. Psychicznie byłem totalnym wrakiem, jak ktoś martwy. Kiedy miałem iść na trening, to było piekło. To była w pełni rozwinięta piłkarska depresja.

Strach w Bundeslidze daje się wyczuć wszędzie

– W Australii, zmienił otoczenie, presja była dużo mniejsza. Tam spotykał się z psychologiem. Mnie też nazywał swoim terapeutą – mówił Aljosha Pause, specjalista od piłkarskich dokumentów, który przez ponad siedem lat śledził z kamerą losy i rozterki niemieckiego piłkarza. 136 minut z ponad stu nakręconych godzin materiału zawarł w filmie ”Tom meets Zizou – Kein Sommermärchen”, który można było obejrzeć na poznańskim festiwalu filmowym ”Ale Kino!”, w ramach fantastycznej sekcji ”Ale Kino! z piłką”.

W czym reżyser, który gościł przy tej okazji w Polsce, widzi największy problem sportowca? – W Niemczech o problemie depresji w sporcie zrobiło się głośno dopiero po śmierci bramkarza Roberta Enke. Samobójczą próbę podjął też sędzia, a trener Ralf Rangnick zrezygnował z posady z powodu wypalenia się. W piłce nie chodzi o to, by być głupszym, czy mniej myśleć, ale by być opanowanym emocjonalnie. Tom rozdzielał uwagę na zbyt wiele spraw, nie skupiał się w 100 proc. na piłce.

Thomas Broich uważa, że nie chciał być desperatem:

– Nie znoszę, kiedy ktoś mówi, że jest tyle rzeczy, które mogłem zrobić inaczej. Albo że ten ktoś zrobiłby je inaczej. Wiele rzeczy poszło zupełnie źle, ale nie chcę narzekać. Były też dobre chwile, fajne przeżycia, możliwości, które nie każdy ma. W końcu wylądowałem tutaj, więc wszystko zdaje się mieć jakiś cel. Generalnie, jestem zadowolony ze swojego życia, a to jest bardzo ważne. Gdybym mógł wybrać czyjeś życie, możliwe, że wybrałbym swoje.

Miałem wrażenie, że oni wszyscy są strasznie wystraszeni w Bundeslidze.

Każdy gracz obawia się, że coś mu zabiorą. Każdy trener kurczowo trzyma się swojego stołka. Wszyscy są pod wielką presją. Kiedy przez pół roku idzie gorzej, wiedzą, że ich czas dobiega końca. To się daje wyczuć wszędzie. Każdy desperacko usiłuje odnieść sukces.

Każdy, ale nie on.

B.

Polub Numer 10 na facebooku. I na twitterze.

PS Było tu więcej o Broichu-człowieku niż Broichu-piłkarzu, więc oto próbka jego umiejętności.

Przypomina mi trochę Gheorghe Hagiego, którego szeroko opiewaliśmy na blogu Numer 10.

PS 2. Przy całej gamie kanałów sportowych w Polsce nie jestem w stanie pojąć, dlaczego film ”Tom meets Zizou” nie był jeszcze u nas pokazany. Ktoś mi wytłumaczy?