Ostatni taki bal

Kilka dni temu ucieszyliśmy się wszyscy radością szczerą, choć zatroskaną nieco o to, co dalej, z wywalczonego w niezłym stylu, awansu polskich hokeistów na zaplecze elity. Po trzech latach szamotania się w trzeciej lidze światowego hokeja, biało-czerwoni znów znajdą się za rok w gronie dwudziestu dwu najlepszych drużyn globu. Trochę na przekór skrzeczącej rzeczywistości, wciąż wielu z nas marzy o powrocie polskich Orłów do elitarnej szesnastki. Miara naszych marzeń jest bowiem zarazem miarą upadku polskiego hokeja, jaki dokonał się na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza i wiele mówi o tym, w jakim miejscu znajduje się obecnie ta piękna dyscyplina sportu w rodzimym wydaniu pośród światowej stawki. A przecież to właśnie dziś, w godzinach popołudniowych, minie dokładnie 25 lat od momentu, gdy biało-czerwoni po raz ostatni zagrali w ścisłej, ośmiodrużynowej światowej elicie. To właśnie wtedy rozpoczął się gwałtowny proces zmierzchu pewnej epoki w dziejach polskiego hokeja.

Biało-czerwoni jechali na szwedzki turniej o mistrzostwo świata w kwietniu 1989 roku, niczym na egzekucję. Niemal wszyscy spisują nas na straty, ale nie dzielmy skóry na niedźwiedziu, bo my jej tanio na pewno nie sprzedamy – odgrażał się niemal w przededniu inauguracyjnego spotkania, legendarny Henryk Gruth. Polski zespół, który jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej, aż do momentu dyskwalifikacji Jarosława Morawieckiego, nadspodziewanie dobrze spisywał się podczas igrzysk olimpijskich w Calgary, gdzie m.in. minimalnie przegrał z Kanadą (0:1) i sensacyjnie zremisował ze Szwecją (1:1), czekało naprawdę niełatwe zadanie przedłużenia swego bytu pośród hokejowej śmietanki. W porównaniu do olimpijskiego turnieju sprzed roku, Leszek Lejczyk zabierał teraz za Morze Bałtyckie kadrę, zdaniem wielu po prostu osłabioną, zmianą aż siedmiu nazwisk.

Już na dzień dobry, wieczorem 15 kwietnia 1989 roku w sztokholmskiej Globen Arena, przyszło się zmierzyć Polakom, z broniącymi mistrzowskiego tytułu gospodarzami imprezy. Biało-czerwoni zagrali naprawdę bardzo przyzwoicie i jeszcze w połowie meczu sensacyjna powtórka z olimpijskiego remisu wydawała się być jak najbardziej realna. Co prawda na niespełna 150 sekund przed syreną kończącą pierwszą tercję, ówczesny napastnik New York Rangers, hokeista, który podczas swych piętnastu sezonów gry na lodowiskach NHL, w 1122 występach uzbiera łącznie blisko tysiąc punktów (w tym 426 goli), Tomas Sandstroem, wykorzysta okres gry w przewadze i na kilkanaście sekund przed powrotem z ławki kar Janusza Syposza, pokona bramkarza Naprzodu Janów – Andrzeja Hanisza, lecz podopieczni Lejczyka wcale nie złożą broni. W 27 minucie spotkania, debiutujący na wielkiej imprezie, napastnik GKS Tychy, Marian Drasyk, dobije potężny strzał Piotra Zdunka i wprawi w osłupienie, wypełnioną ponad trzynastotysięczną widownią, sztokholmską Globen Arena. Choć Polacy w drugiej tercji mają wręcz przewagę w strzałach na bramkę, to jednak gospodarze schodzą na kolejną przerwę z prowadzeniem 3:1. Gole uzyskane w końcówce drugiej tercji przez legendę Winnipeg Jets, Thomasa Steena (łącznie przez 14 sezonów gry dla Jets w NHL – 1006 występów i 861 zdobytych punktów, w tym 276 goli) oraz ponownie Sandstroema, a także trafienie w pierwszych sekundach ostatniej odsłony uzyskane przez Fredrika Olaussona (łącznie 16 sezonów w NHL, 1093 występy i 610 punktów) na dobrą sprawę, w niespełna cztery minuty przesądziły o losach spotkania. Wynik na 5:1 ustalił kolejny gwiazdor zza Oceanu, ówczesny gracz nowojorskich Rangers – Ulf Dahlen (14 sezonów w NHL, 1051 występów, 695 punktów w tym 316 goli). Warto przypomnieć, że w ekipie gospodarzy, podczas meczu przeciwko biało-czerwonym asysty przy golach zaliczyli m.in. Kent Nilsson (już wtedy mający na koncie 612 spotkań i 738 punktów w NHL) oraz Thomas Albelin (1033 występy w NHL), a w obronie wystąpił również, dobiegający już wówczas powoli do czterdziestki na karku, legendarny obrońca Borje Salming, członek panteonu Hall Of Fame NHL, który na lodowiskach za Oceanem spędził łącznie szesnaście sezonów (1229 występów, 836 punkty). Kilka lat temu Salming został wybrany, obok Tretiaka, Fietisowa, Charłamowa, Makarowa i Gretzkyego do piątki stulecia IIHF, All-Star Team. Celowo tak nachalnie przypominam te wszystkie imponujące cyfry, bilanse i osiągnięcia, by niemal łopatologicznie uzmysłowić nam wszystkim, z kim mieli okazję mierzyć się wówczas polscy hokeiści podczas szwedzkiego, lodowego mundialu przed ćwierćwieczem. I westchnąć z rozrzewnieniem.

Występ naszych hokeistów przeciwko naszpikowanym gwiazdami, broniącym mistrzowskiego tytułu, gospodarzom imprezy, mógł długimi chwilami nastrajać umiarkowanym optymizmem. Jednak już 24 godziny później, miny w polskiej ekipie zdecydowanie zrzedły. W pierwszej tercji swego drugiego spotkania, biało-czerwoni, wbrew zaleceniom sztabu szkoleniowego, po husarsku, lecz dość lekkomyślnie, zdecydowali się pójść na wymianę ciosów z kanadyjskimi gwiazdami. Po 20 minutach przegrywaliśmy z Klonowym Liściem 0:2, jednak druga odsłona była już istną katastrofą. Polscy hokeiści wycieńczeni morderczym tempem pierwszego starcia, drugie przegrali aż 0:7 i na niewiele zdała się nawet zmiana w bramce Gabriela Samoleja na Hanisza, po tym jak ten pierwszy w niespełna dwie minuty został pokonany aż trzykrotnie. W ostatniej tercji Kanadyjczycy znów nieco zwolnili tempo i poczęstowali nas zaledwie dwoma trafieniami. Biało-czerwoni niespecjalnie siali popłoch pod kanadyjską bramką, w której po pół godzinie gry Seana Burke zastąpił, pochodzący z Dąbrowy Białostockiej, Peter Sidorkiewicz. Ostatecznie skończyło się na pogromie 11:0. Dwa trafienia i dwie asysty Briana Bellowsa (łącznie 17 sezonów w NHL, 1188 występów i 485 goli) w ostatecznym rozrachunku będą stanowiły istotny wkład w wywalczenie przez niego tytułu najskuteczniejszego gracza tego mistrzowskiego turnieju. Aż o cztery bramkowe łupy wzbogacił się na Polsce Andrew McBain. Dwukrotnie Hanisza pokona też wielka legenda światowego hokeja, członek panteonu Hall of Fame NHL, jeden z najskuteczniejszych graczy tej ligi – Dale Hawerchuk (łącznie 16 sezonów w NHL, 1188 występów, 1409 punktów, w tym aż 518 goli). Swoje trafienie dołoży też Kirk Muller (19 sezonów w NHL, 1349 meczów, 959 punkty, w tym 357 goli), a przy asystach, zapunktują na tle biało-czerwonych również takie tuzy kanadyjskiego hokeja, jak Scott Stevens (członek Hall of Fame NHL, siódmy w tabeli wszechczasów, jeśli chodzi o największą ilość meczów w NHL – 1635, w której spędził aż 22 sezony i zdobył 908 punktów), John MacLean (18 sezonów w NHL, 1194 punktów) czy Randy Carlyle (18 sezonów w NHL, 1055 występów, członek All Star Team NHL z 1981 roku). Aż strach pomyśleć, co działoby się na lodzie, gdyby w meczu z Polską wystąpili również Mark Messier i Steve Yzerman, którzy wspierali już zespół Klonowego Liścia w następnych spotkaniach na szwedzkim turnieju. Cóż, w Kanadzie jest więcej lodowisk niż w Polsce wszystkich hokeistów, trzeźwo konstatowali obserwatorzy mistrzowskich zmagań.

Jeszcze gorzej było dwa dni później, gdy Polacy zostali rozbici przez Czechosłowację w stosunku 0:15. Bywały i takie momenty w tym meczu, kiedy biało-czerwoni w 77 sekund potrafili stracić aż trzy bramki. Poza tym rywale aż trzykrotnie strzelali nam gole, grając w liczebnym osłabieniu. Tradycyjnie już najbardziej zatrważająca w wykonaniu Polaków była druga tercja, którą przegraliśmy aż 0:8. Łaskawy okazał się za to dla nas skrzydłowy drugiego ataku naszych południowych sąsiadów, dzisiejszy trener GKS Tychy, Jiri Sejba. W festiwalu strzeleckim jaki urządził sobie kosztem biało-czerwonych zespół Czechosłowacji, ówczesny gracz Pardubic, były mistrz świata z 1985 roku, a przyszły skrzydłowy Buffalo Sabres, nie zapunktował. Reprezentanci Polski nie potrafili wykorzystywać nawet sytuacji sam na sam z Dominikiem Haszkiem, który po latach stanie się prawdziwą legendą światowego hokeja i aż sześciokrotnie będzie wybierany do All Star Team NHL. Jest mi wstyd, że nasz zespół gra tak słabo – było to jedyne zdanie, jakie po pogromie z Czechosłowacją zdołał wykrztusić z siebie Leszek Lejczyk. RFN wydaje się być poza zasięgiem. Fakt, że wciąż gramy w grupie A, należy uznać za wydarzenie będące absolutnie wbrew logice – pisał korespondent „Przeglądu Sportowego”, Marek Suchy. Inni dodawali z sarkazmem, że w Szwecji lód jest po prostu zbyt śliski dla polskich hokeistów.

Po upływie 20 godzin, Polakom znów przyszło przełknąć kolejną dwucyfrową porażkę na szwedzkiej tafli. W spotkaniu z radziecką maszyną, biało-czerwoni na dobrą sprawę nawet nie podjęli walki, bardzo szybko rzucając ręcznik na lód. Podopieczni Lejczyka nie zdążyli nawet dotknąć krążka, gdy już w 30 sekundzie Władimir Krutow uzyskał prowadzenie dla ZSRR, a w połowie spotkania było już 10:0 dla podopiecznych Tichonowa. Po dziesiątym golu zjechał z bramki debiutujący właśnie na mistrzowskim turnieju bramkarz GKS Katowice – Dariusz Wieczorek. Niedługo potem, honorowe trafienie dla naszego zespołu, uzyskał Roman Steblecki, pokonując Artursa Irbe ładnym uderzeniem. Skończyło się na 1:12, a do polskiej bramki tamtym kwietniowym, wczesnym popołudniem, krążek posyłały takie gwiazdy, jak Krutow i Fiedorow po 2, a także Łarionow, Kasatonow, Chmyliew, Gusarow, Kwartalnow, Bykow (łącznie w swojej karierze strzelił biało-czerwonym dwa gole), Kamienski i Niemczinow. Trzema asystami musiał zadowolić się Makarow. Kilkanaście dni później podopieczni Tichonowa sięgną po swój kolejny tytuł mistrzowski. A biało-czerwoni już nigdy więcej nie zagrają przeciwko ZSRR na wielkim turnieju. W hokeju kończyła się powoli pewna epoka. Najpierw w samym wnętrzu tamtej, legendarnej ekipy. Rozpoczęło się od tarć pomiędzy Łarionowem i Fietisowem, a Tichonowem. Fietisowa odsunięto od kadry, lecz ujęli się za nim, grożąc bojkotem mistrzostw, pozostali członkowie wielkiej piątki – Krutow i Makarow, czyli wszyscy poza Kasatonowem, który uchodził za człowieka Tichonowa. W efekcie przywrócono Fietisowa do drużyny (w Szwecji był nawet jej kapitanem), lecz legendarna piątka uległa rozbiciu, gdyż koledzy nie chcieli już grać wespół z Kasatonowem w tej samej formacji. Odtąd Fietisow tworzył parę obrońców z Szirjajewem, a Kasatonow z Bjakinem. W dodatku na niespełna miesiąc przed sztokholmskim turniejem stała się rzecz historyczna – po raz pierwszy za zgodą radzieckiej federacji, rosyjski hokeista – Siergiej Priachin, podpisał kontrakt z zespołem NHL. Tuż po mistrzostwach świata na podobny krok, lecz bez oficjalnego stempla czerwonych satrapów, zdecydował się 20-letni Aleksandr Mogilny. Jego postępek nie wywołuje innego uczucia jak wstręt – sadził się na morały Tichonow. Jako, że Mogilny był graczem CSKA Moskwa, grożono mu nawet karą za dezercję z wojska. Sytuacja na świecie powoli się jednak zmieniała i z czasem okazało się, że na palcach jednej ręki można policzyć tych radzieckich graczy z meczu przeciwko Polsce z 19 kwietnia 1989 roku, którzy nie zostali potem gwiazdami w NHL (byli to Bykow, Chomutow, Szirjajew, Chalizow i S.Jaszyn). Wiele z filarów radzieckiej kadry ‘89 było już zbyt zaawansowanych wiekowo, by przez długie lata błyszczeć jeszcze za Oceanem, ale swoje wyraźne piętno na rozgrywkach NHL odcisnęli niemal wszyscy poza wymieniona piątką. Fietisow i Łarionow zdążyli sobie nawet jeszcze zapracować na miejsce w panteonie Hall Of Fame NHL. Największą szansę na piękną karierę na drugiej półkuli mieli oczywiście ci najmłodsi i najzdolniejsi, którzy zresztą na szwedzkim turnieju współpracowali ze sobą w trzeciej formacji radzieckiego ataku: Mogilny i Fiedorow – każdy z nich rozegrał w NHL grubo ponad tysiąc spotkań i strzelił ponad pół tysiąca bramek (Fiedorow występował w NHL przez aż 18 sezonów), obaj bywali też wybierani do zespołu Gwiazd NHL. Przeciwko biało-czerwonym na sztokholmskiej tafli zagrali radzieccy hokeiści, którzy w przyszłości na lodowiskach NHL będą autorami łącznie niemal dwóch tysięcy goli! Aż jedenastu z nich wystapiło dwa lata wcześniej, w lutym 1987 roku w Quebec, w słynnym dwumeczu Randevois Cup, pomiędzy gwiazdami NHL a reprezentacją ZSRR (pierwszy z nich podopieczni Tichonowa przegrali 3:4, drugi wygrali 5:3). Pamiętajmy też, że Wiaczesław Fietisow aż dziewięciokrotnie bywał wybierany do piątki All Star Team turniejów mistrzostw świata. Siergieja Makarowa ten zaszczyt spotykał aż ośmiokrotnie, Aleksieja Kasatonowa pięciokrotnie, Władimira Krutowa czterokrotnie, a Igora Łarionowa dwukrotnie. Fietisow i Makarow zostali również uhonorowani przez IIHF wyborem do najlepszej piątki stulecia All Star Team. Zespół radziecki to była po prostu absolutnie fenomenalna plejada gwiazd światowego hokeja, która wówczas, wiosną 1989 roku po raz ostatni skrzyżowała kije z reprezentantami Polski.


Hokej: Polska – ZSRR 1:12 (1989) przez numer10 

Po trzech z rzędu dwucyfrowych porażkach na szwedzkim turnieju, selekcjoner polskiej reprezentacji, 46-letni wówczas, prawnik z wykształcenia, w wywiadzie dla katowickiego „Sportu” nie owijał w bawełnę. Zawsze zdawałem sobie sprawę, że między nami a hokejowymi potęgami istnieje przepaść. Dziś widzimy całą okrutną stronę tego faktu. Powiem szczerze, stojąc w boksie czułem się bezradny wobec rozwoju wypadków i było mi wstyd. Mam za sobą bezsenną noc, rozmowy z zawodnikami i kierownictwem ekipy. Mimo to, nadal po prostu nie wiem, co się stało z tą drużyną. Przegrywamy w katastrofalnych rozmiarach, w bezbarwnym stylu. Sądzę, że w meczach z Finlandią, USA czy RFN mamy minimalne szanse.

Nocne Polaków rozmowy w polskiej ekipie przynoszą jednak pewne ozdrowieńcze owoce. 21 kwietnia, wczesnym popołudniem, biało-czerwoni rozgrywają naprawdę dobry mecz przeciwko Finlandii. Przez pierwsze dwie tercje toczą z Suomi równorzędny, zażarty bój. Polacy zagrali mądrze taktycznie i potrafili stworzyć wiele groźnych sytuacji pod fińską bramką. Mogli objąć nawet prowadzenie, lecz napastnik Naprzodu Janów, Ludwik Czapka nie trafił w krążek będąc przed pustą bramką. Po kwadransie prowadzenie objęli więc Finowie, chwilę później podwyższył je były gracz Buffalo Sabres, Hannu Virta, lecz na 25 sekund przed końcem pierwszej tercji, jedyny obok Jerzego Potza (Eintracht Frankfurt) stranieri w naszej kadrze, grający we włoskim Fassa di Canazei – Jan Stopczyk, uzyskał kontaktową bramkę. W 28 minucie ówczesny gracz bytomskiej Polonii, Jerzy Christ znów wpakował krążek do bramki Jukki Tammiego i mieliśmy remis 2:2. Ostatecznie fińscy NHL-owcy: Jari Kurri, Esa Tikkanen, Hannu Jaervenpaa oraz Kari Eloranta przechylili szalę zwycięstwa na korzyść Suomi, ale sporo się przy tym natrudzili. Po raz pierwszy od meczu ze Szwedami, nawiązywaliśmy momentami walkę ze znacznie lepszym rywalem – nie ukrywał radości Leszek Lejczyk.

To, co najpiękniejsze dla polskiego hokeja na tym turnieju miało jednak nadejść dopiero dwa dni później. Niedzielnym wieczorem 23 kwietnia 1989 roku w sztokholmskiej Globen Arena, biało-czerwoni po raz pierwszy od szesnastu lat pokonali na mistrzostwach świata RFN 5:3. A przecież podczas, gdy my zbieraliśmy dwucyfrowy łomot od Kanady, Czechosłowacji czy ZSRR, niemieccy podopieczni Xaviera Unsinna remisowali z tą samą Czechosłowacją oraz ze Szwecją. Polscy hokeiści wznieśli się jednak na absolutne wyżyny własnych umiejętności oraz ambicji i po wspaniałej walce pokonali swego odwiecznego rywala w elitarnym gronie. W pierwszej tercji padło aż pięć goli. Prowadzenie, już w 6 minucie spotkania, dał biało-czerwonym, ówczesny skrzydłowy Polonii Bytom, Marek Stebnicki. Niemcy odpowiedzieli trafieniami Gerda Truntschki i Haralda Birka, a na wyrównującą bramkę Krzysztofa Bujara odpowiedział ponownie Birk i schodziliśmy na pierwszą przerwę przegrywając 2:3. Druga tercja była jednak popisem podopiecznych Lejczyka. W 27 minucie wyrównał Roman Steblecki, a niemal równo dwie minuty później, uzyskując swe drugie trafienie, ponownie wyprowadził swój zespół na prowadzenie napastnik Naprzodu Janów, który rok wcześniej niemal w ostatnim momencie wypadł z olimpijskiej kadry na Calgary – Krzysztof Bujar. Na niespełna sto sekund prze końcem drugiej tercji wynik meczu na 5:3 ustalił obrońca bytomskiej Polonii, Andrzej Kądziołka. Gdy w końcówce spotkania Unsinn wycofał bramkarza, Janusz Adamiec mógł jeszcze bardziej pogrążyć rywali, ale zabrakło mu nieco precyzji.

Jeszcze Polska nie zginęła! To największa sensacja tych mistrzostw! – krzyczała nazajutrz szwedzka prasa. W polskiej szatni panowała istna euforia. Leszek Lejczyk był po meczu skrajnie rozemocjonowany. Dopiero następnego dnia mógł udzielać składniejszych wypowiedzi. Mówiliśmy chłopakom, że Niemcy mają dwie mocne piątki, a pozostałe są znacznie słabsze. Mówiliśmy, że musimy grać do momentu kompletnej utraty sił. Zawodnicy rzeczywiście walczyli z niebywałą pasją. Mimo to, w zwycięstwo uwierzyłem dopiero w połowie ostatniej tercji – wyznawał polski selekcjoner. Zagraliśmy na maksimum swoich możliwości. Świetnie bronił Hanisz – dodawał asystent Lejczyka, Jerzy Mruk.

Polacy rzeczywiście zdawali się złapać wreszcie odpowiednią formę. Po udanych spotkaniach z Finlandią i RFN, również występ z USA mógł napawać optymizmem. Biało-czerwoni objęli prowadzenie po 10 minutach gry, gdy ówczesnego bramkarza New York Rangers, wybranego trzy lata wcześniej do All Star Team NHL, Johna Vanbiesbroucka (wspaniała kariera w NHL, łącznie blisko tysiąc spotkań), pokonał efektownym strzałem obrońca nowotarskiego Podhala – Robert Szopiński. Vanbiesbrouck udział w spotkaniu przeciwko Polakom przypłacił przykrą kontuzją szczęki. Minutę po golu Szopińskiego wyrównał legendarny Pat LaFontaine (Hall of Fame NHL; 1013 punktów, w tym 468 goli). Na cztery minuty przed końcem drugiej tercji prowadzenie dał naszym rywalom David Snuggerud, a 50 sekund po wznowieniu gry w ostatniej odsłonie bardzo ważną bramkę na 3:1 strzelił wybitny hokeista o polskich korzeniach Edward Olczyk (łącznie 16 sezonów i 1031 występów w NHL), na którego mecze tłumnie zjeżdżała swego czasu amerykańska polonia. Decydujący cios zadał Dave Christian (15 sezonów i ponad tysiąc spotkań w NHL) i ostatecznie Polska przegrała z USA 1:6, choć wynik ten nie do końca oddaje rzeczywisty obraz dość równorzędnej walki, jaką przez większą część spotkania toczyły ze sobą oba zespoły.


Hokej: Polska – Stany Zjednoczone 1:6 (1989) przez numer10

Polacy kończą więc zasadniczą fazę rozgrywek o mistrzostwo świata na siódmym miejscu, a zarazem plasują się na piątej pozycji w Mistrzostwach Europy (których klasyfikacja ustalana była właśnie na podstawie wyników grupowej fazy hokejowego mundialu), co stanowi niewątpliwe apogeum ówczesnych możliwości polskiego hokeja. Nieosiągalne już nigdy potem.

Nazajutrz zespoły polski i amerykański znów stanęły ze sobą oko w oko, lecz tym razem gra toczyła się już w rozgrywkach o miejsca 5-8. Polacy podświadomie oczekiwali już chyba na decydujący o utrzymaniu w ścisłej elicie bój z Niemcami i pojedynek z USA potraktowali nieco po macoszemu. Przewaga Amerykanów była teraz bardzo wyraźna, a Polacy znów najbardziej gościnni postanowili być dla rywali w drugiej tercji, przegrywając ją aż 0:5. Ostatecznie przegraliśmy ten mecz 2:11, a trafienia dla biało-czerwonych zaliczali wyłącznie napastnicy Naprzodu Janów – Piotr Kwasigroch (na 1:2) oraz Ludwik Czapka (na 2:9). Dla Amerykanów, poza dwiema bramkami Eda Olczyka, gole zdobywały m.in. takie sławy światowego hokeja, jak obrońcy: Brian Leetch (Hall of Fame NHL, dwukrotnie wybierany do pierwszej piątki NHL All Star Team, 18 sezonów, 1205 występów, 1028 punktów) czy Phil Housley (21 sezonów i 1495 występów w NHL, czyli o 8 meczów więcej od następnego, siedemnastego na liście wszechczasów, legendarnego Gretzkyego; 1232 zdobyte punkty), a aż trzykrotnie punktował za asysty w tamtym spotkaniu, znakomity Scott Young (17 sezonów i 1181 występów w NHL).

W kolejnym swym meczu podopieczni Lejczyka jedynie przez pierwszą, przegraną zaledwie jedną bramką tercję, dzielnie wytrzymywali rywalizację z Finami, a znakomicie bronił Hanisz. Gdy w pierwszej części drugiej odsłony, w przeciągu nieco ponad pięciu minut, kolejne trafienia dokładali: dzisiejszy selekcjoner reprezentacji Finlandii, już wówczas z zawodniczą przeszłością w NHL – Kari Jalonen (asystował mu przy tym golu gwiazdor zza Oceanu, Esa Tikkanen), a także Virta oraz jedna z największych legend światowego hokeja, a zdaniem wielu najlepszy gracz szwedzkich mistrzostw – Jari Kurri (łącznie 1398 punktów zdobytych w NHL, w tym aż 601 goli!), biało-czerwoni znów poczęli oszczędzać siły na mecz o wszystko z Niemcami. Pojedynek z Suomi był to najkrótszy, bo trwający łącznie zaledwie 113 minut, mecz tych mistrzostw, a żaden z graczy nie otrzymał nawet jakiejkolwiek kary, co najlepiej świadczy o ewidentnym oszczędzaniu sił i kości. Zespół Lejczyka i tak zmuszony był przecież stawać do decydującego boju osłabiony brakiem kontuzjowanych Kwasigrocha i Stopczyka. A warto przypomnieć, że hokeiści RFN nie próżnowali i w czasie, gdy Polacy przegrywali z Finami, oni byli o włos od remisu z Amerykanami, którym dopiero gol Pata LaFontaine, zdobyty na 10 sekund przed końcową syreną, zapewnił zwycięstwo 4:3.

Dokładnie 25 lat temu, w niedzielę 30 kwietnia 1989 roku, na lodowej tafli sztokholmskiej Globen Arena, w obecności niespełna dziesięciu tysięcy widzów, miała się zadecydować przyszłość polskiego hokeja. W meczu, który rozpoczął się o godzinie 13, biało-czerwonym do spełnienia marzeń wystarczał remis. Reprezentacja RFN, będąca najbardziej zaawansowaną wiekowo drużyną na szwedzkim turnieju, musiała za wszelką cenę wygrać. Polacy wystąpili w składzie: Hanisz – Potz, Gruth, Bujar, Adamiec, J.Szopiński; R.Szopiński, Kądziołka, Steblecki, Christ, Stebnicki; Syposz, Teodorczak, Czapka, Copija, Podsiadło; Bryjak, Drasyk, Zdunek. Po pierwszej, bezbramkowej tercji, wciąż mogliśmy jeszcze cieszyć się perspektywą pozostania w gronie najlepszych. Dramat zaczął się tuż po wznowieniu drugiej odsłony. Nie upłynęła nawet minuta gry, gdy Kądziołka uwikłał się w niepotrzebny drybling, tracąc krążek, który Holzmann zagrał do Rona Fischera. Ten ostatni uderzył nieczysto, ale krążek wymknął się jednak z rękawic Hanisza i znalazł dla siebie miejsce w polskiej bramce. W 30 minucie Czapka staje przed dogodną szansą na wyrównanie, lecz jego strzał szybuje obok słupka Friesena. W początkowych minutach ostatniej tercji, gdy Polacy grają w przewadze, na 45 sekund przed końcem kary niemieckiego hokeisty, Hiemer przychwytuje krążek, zagrywa do Georga Franza, a ten w sytuacji sam na sam z Haniszem, pokonuje naszego bramkarza. Po tym ciosie biało-czerwoni już się nie podniosą. Jeszcze na sześć minut przed końcem, Bryjak znajdując się przed pustą niemiecką bramką, nie sięgnie krążka. Nigdy nie zapomnę poczucia wielkiego rozczarowania i uczucia głębokiego smutku, jakie jeszcze przez kilka następnych dni rozdzierały moje serducho nastoletniego kibica polskiej reprezentacji.

Cudu nie było. Polacy zdegradowani – doniesie nazajutrz krakowskie „Tempo„. Niemcy, którzy 13 lat wcześniej, na mistrzostwach świata w Katowicach (tamten mecz pamiętała jeszcze para obrońców: Gruth-Potz, oraz kapitan rywali: Kiessling), strzałem Philippa na 21 sekund przed końcową syreną zrzucili Polaków do grupy B., teraz znów zafundowali nam spadek o poziom niżej. W Sztokholmie nasi hokeiści zagrali słabo, a w kilku meczach wręcz kompromitująco. Czuję się za to odpowiedzialny – mówił już po przylocie do kraju, Leszek Lejczyk, który złożył rezygnację z selekcjonerskiego stanowiska. Dymisja ostatecznie nie została jednak przyjęta, gdyż wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że to nie w Lejczyku tkwi problem rodzimego hokeja. Kapitan polskiego zespołu, Henryk Gruth, przyczyn porażki na szwedzkim turnieju upatrywał w braku kontaktów z silnymi przeciwnikami oraz absencji kilku czołowych graczy z olimpijskiej kadry z Calgary. Korespondent katowickiego „Sportu”, Ryszard Szuster, na łamach swego pisma analizował: Siódme miejsce w Sztokholmie przyćmiłoby wiele spraw, których władze PZHL nie potrafią lub też nie chcą rozwiązać. Jeśli w decydującej fazie przygotowań do mistrzostw świata nie dochodzi do meczów kontrolnych, kadrowicze żywieni są w ramach jakiejś głodowej diety, do końca nie wiadomo, kto otrzyma paszport, a kto nie… Nie wiem czy pogrążona w błogim śnie centrala widzi niebezpieczeństwa. Myślę, że nie. Zawodnicy muszą wiedzieć, że mistrzostwo na krajowym podwórku nic nie znaczy. Aby zdali sobie z tego sprawę potrzeba jednak kontaktów z zagranicznymi rywalami. Ponadto nagminny u nas brak sprzętu, pieniędzy, dosłownie wszystkiego, a my chcemy walczyć z Kanadą czy RFN… Tego po prostu nie da się zrobić. Wkrótce ustąpimy miejsca Norwegom, Szwajcarom, a być może także i Włochom. Jakże proroczy charakter miało niestety wiele z tych refleksji…

Mimo wszystko, gdy dokładnie przed ćwierćwieczem, po szwedzkim turnieju, biało-czerwoni opuszczali ośmiozespołową, hokejową elitę (do której notabene zaliczały właśnie swój come back nasze reprezentacyjne zespoły U-20 i U-18), zapewne niewielu przypuszczało, że już nigdy do niej nie powrócą. Ba, że już nigdy potem nie uplasują się nawet w światowej pierwszej dziesiątce. Biało-czerwoni zagrali jeszcze trzykrotnie pośród najlepszych, ale zarówno w 1992 roku (turniej olimpijski w Albertville oraz mistrzostwa świata w Czechosłowacji), jak i w 2002 roku (mistrzostwa w Szwecji) było już to grono złożone z odpowiednio dwunastu i szesnastu ekip. Już nigdy więcej nie mieliśmy okazji, by konfrontować się na wielkim turnieju z zespołami ZSRR czy Kanady. Wraz ze zmianami geopolitycznymi kończyła się też ewidentnie pewna epoka w historii światowego hokeja. A nasz rodzimy, polski hokej wkroczył w ćwierćwiecze stopniowego ześlizgiwania się w przepaść, co opisywaliśmy na tym blogu szerzej w tekście Requiem na lodzie. Anatomia upadku. Jeśli przyjrzymy się tabeli grupy B sprzed ćwierćwiecza, którą wygrała wówczas Norwegia, wkraczając w miejsce Polski do elity, to skonstatujemy, że wszystkie ekipy znajdujące się wówczas za plecami biało-czerwonych już dawno nas wyprzedziły. Czasy, gdy polscy hokeiści znaczyli cokolwiek w silnych ligach europejskich, a na turniejach mistrzowskich mogli skrzyżować kije z takimi legendami światowego hokeja, jak Kurri, Fietisow, Makarow, Łarionow, Krutow, Mogilny, Fiedorow, Kasatonow, Hawerchuk, LaFontaine, Hasek, Leetch, Bellows, Sandstroem czy Stevens pomieszkują już wyłącznie w krainie wspomnień. Dziś, w 25 lat od niedzielnej, sztokholmskiej porażki z RFN, hasło: Polska ósmą siłą na świecie i piątą na Starym Kontynencie brzmi, jak piękna bajka. Czy kiedykolwiek przemieni się ona jeszcze w rzeczywistość?

Przeczytaj także:

Requiem na lodzie. Anatomia upadku. cz.1

Requiem na lodzie. Anatomia upadku. cz.2

Awans i co dalej?

Pożegnanie z hokejowym świętem

Tak to się robi. Słoweńcy na medal

Olimpijskie blaski polskiego hokeja

Rosyjsko-fińska wojna zimowa na hokejowej tafli

Przełamując fale

Kolejne wielkie derby Poznania

Zambia, gdzie kobiety nienawidzą futbolu

W 1993 roku Freeman Chabala miał siedem lat.

– Nie rozumiałem tego, co się stało. Słyszałem tylko, że tata nie wróci, a ja zastanawiałem się – dlaczego?

Freeman ma teraz 28 lat, jest zawodowym piłkarzem. Joyce Chabala meczów syna – w przeciwieństwie do męża, bramkarza reprezentacji Zambii – nie ogląda.

– Bardzo tęsknię za moim mężem. 

Kiedy nasza reprezentacja wygrała Puchar Narodów Afryki w Gabonie, w Libreville, czułam się dziwnie. Było mi smutno, bo to było miejsce, gdzie zginął mój mąż. Nie czułam radości, gdy zobaczyłam rodaków z pucharem.

Nienawidzę futbolu.

Gdy słucham Joyce Chabali w świetnym dokumentalnym kawałku magazynu FIFA Futbol Mundial, przypomina mi się wypowiedź innej wdowy, Doreen Mankinki.

– Jak miałabym teraz oglądać piłkę nożną? Oglądałam mecze, bo grał mój mąż. Oglądałam jego grę, patrzyłam na niego. A kogo teraz mam oglądać? Dla mnie, piłka nożna umarła w tamtym samolocie.

Mija kolejna, 21. rocznica katastrofy samolotu z reprezentacją Zambii na pokładzie. Reprezentacji, która na igrzyskach w Seulu pobiła Włochów 4:0, a która była na najlepszej drodze do gry na mundialu w USA.

Dziesięć lat po katastrofie, w 2003 roku, Gabon sporządził raport, w którym winą za katastrofę obarczył pilota, wskazał też na awarię silników. To jednak tylko główne tezy, całość nie została upublicznione. Zambia od czasu katastrofy nie utrzymuje oficjalnych kontaktów z Gabonem.

Rodziny ofiar, których rzeczniczką jest właśnie Joyce Chabala, domagają się przedstawienia wszystkich ustaleń i pytają: – Czemu reprezentacja leciała 18-letnim samolotem, który wcześniej miewał usterki? Mamy prawo wiedzieć, co stało się tamtej nocy.

Derby Mankinka, mistrz Polski z Lechem Poznań z 1993 roku [tu szeroka notka o nim], w filmie nie zostaje wspomniany. Kolejne wątki z jego kariery są nie tyle utajnione, co trudne do odkrycia. W miarę możliwości staramy się do nich dokopać. Czasem udaje się to przypadkiem, jak przy rozmowie z Wojciechem Łazarkiem, który Mankinki nie wspomina z nazwiska, ale jak doda się dwa i dwa wychodzi, że polski trener prawie ocalił reprezentanta Zambii od śmierci.

Dokopaliśmy się np. do wycinków z wydawanego w Poznaniu dwutygodnika ”Kibic”. A w nim do tekstów red. Wojciecha Michalskiego.

Derby Mankinka, Lech Poznań

Akurat poza kadrem znalazło się parę najciekawszych wypowiedzi:

Kierownik Lecha Poznań Teodor Napiera: – W Poznaniu przez dwa miesiące mieszkał w hotelu, trenował i słuchał walkmana. Niewiele jadł. Obsługa hotelowej restauracji aż się dziwiła. Pamiętała Argentyńczyka Dario Rodrigueza, który mógł zjeść za trzech.

Dyrektor sekcji piłki nożnej Lecha Poznań, Stefan Antkowiak: – Szanuję decyzję trenera (…) Moim zdaniem, Mankinka nie otrzymał jednak należytej szansy na zaprezentowanie swoich walorów. Przyznam, że chcieliśmy ubarwić nieco naszą drużynę, przyciągnąć więcej kibiców na trybuny. (…) Zapewniliśmy mu utrzymanie, hotel oraz bilet na samolot. W sumie wydatki na tego gracza zamknęły się pomiędzy 60 a 70 milionów złotych. 

W końcu też – dzięki książce Romeo Ionescu (The Africa Cup of Nations 1957-2013. A statistical record – do kupienia na Sendsporcie, amazonach i ebayach) dokopałem się do wszystkich gier Mankinki w Pucharze Narodów Afryki.

Derby zagrał na tej imprezie nie tylko w 1990 i w 1992 roku, ale też w dwóch meczach w 1986 r. W sumie zagrał więc aż 10 meczów w PNA (to więcej niż Sekou Drame, Gift Muzadzi czy Dickson Choto, można sprawdzić całą listę).

B.

Czytaj też:

dużo weselsza historia Guy’a Armanda Feutchine’a

 

twitter: @Numer10

Polub Numer 10 na Facebooku. 

A najlepiej też Wydawnictwo Kopalnia, dzięki któremu będziemy w takim cudeńku.

Awans i co dalej?

To było ponad 21 lat temu. 25 marca 1993 roku, podczas mistrzowskiego turnieju grupy B na lodowisku w Eindhoven, stało się coś naprawdę istotnego i brzemiennego w skutki dla polskiego hokeja na całe następne lata. Tamten inauguracyjny mecz wciąż śni mi się po nocach – wyznawał, nieżyjący już dziś, ówczesny prezes PZHL, Bogdan Tyszkiewicz. Biało-czerwoni będący wówczas niemal stuprocentowym faworytem do natychmiastowego powrotu na elitarne salony, niewątpliwie zlekceważyli zespół Wielkiej Brytanii, który jeszcze rok wcześniej ślizgał się w grupie C.

Kto wie, co za kowboje przyjadą reprezentować Wielką Brytanię? Nikt ich nie widział, nikt ich nie zna – mówił na kilka dni przed odlotem na mistrzowski turniej, ówczesny drugi trener polskiej kadry, bohater legendarnego, zwycięskiego meczu z ZSRR z 1976 roku, Andrzej Tkacz. Brytyjczycy przywieźli wówczas do Holandii zespół na pokładzie z aż dziewięcioma graczami, którzy hokejowego rzemiosła uczyli się za oceanem. Choć jeszcze na kilkanaście minut przed końcem spotkania, Polacy prowadzili po golach Zdunka, Cholewy i Klisiaka 3:2, ostatecznie to jednak Wyspiarze zjeżdżali z lodu w glorii sensacyjnych zwycięzców. Kierownictwo polskiego hokejowego związku nawet nie ukrywało, że uznało Brytyjczyków za zespół niegodny podejmowania wysiłku rozpoznania rywala. O ich drużynie w naszym sztabie nie wiedziano kompletnie nic. Zaskoczenie było pełne. Przecież jeszcze w lutym, na miesiąc przed mistrzostwami świata, Brytyjczycy wyraźnie ulegli Holendrom. I to nas w pewnym sensie uspokoiło – przyznawał z rozbrajającą szczerością prezes Bogdan Tyszkiewicz. Inauguracyjnej wpadki nie udało się już biało-czerwonym nadrobić. Choć podopieczni Łotysza Ewalda Grabowskiego (jeszcze z legendarnym Henrykiem Gruthem w składzie, lecz bez Mariusza Czerkawskiego, walczącego wówczas w barwach drugoligowego, szwedzkiego Hammarby o awans do Elitserien) wygrali bardzo pewnie swoje wszystkie pozostałe mecze w turnieju, a Brytyjczycy mieli w kilku spotkaniach bardzo poważne problemy, to jednak właśnie Wyspiarze z kompletem punktów sensacyjnie awansowali do hokejowej elity. Cóż z tego, że sam selekcjoner szczęśliwych zwycięzców, Alex Dampier, uczciwie przyznawał: Reprezentacja Polski była najlepszą drużyną tych mistrzostw. Jednak to nam udało się awansować. Taki czasem jest sport. Szansa zaprzepaszczona na własne życzenie niosła ze sobą bardzo poważne konsekwencje dla polskiego hokeja. Na zapleczu elity ugrzęźliśmy bowiem na dobre kilkanaście lat (nie licząc jednorocznej efemerydy powrotnej do grona najlepszych w 2002 roku), a polski hokej ześlizgiwał się stopniowo po równi pochyłej, o czym pisaliśmy swego czasu znacznie szerzej w tekście Requiem na lodzie. Anatomia upadku.

Sobotni, popołudniowy mecz z Brytyjczykami żadnymi przykrymi konsekwencjami na szczęście nam nie grozi. Od kilkudziesięciu godzin radujemy się już bowiem z powrotu naszych hokeistów na zaplecze światowej elity. Docenić wypada również fakt, iż podopieczni Igora Zacharkina zaprezentowali się na wileńskim lodzie naprawdę całkiem przyzwoicie. Kowalówka, Malasiński, Kolusz, Laszkiewicz, Łopuski, Chmielewski, Dziubiński i spółka potrafili zademonstrować na Litwie hokej ciekawy i poukładany. Trudno nie dostrzec dość wyraźnego postępu w grze tej drużyny, odkąd dostała się ona w ręce rosyjskiego duetu Zacharkin-Bykow. Biało-czerwoni w każdym ze swych spotkań udowodnili, że są zespołem lepszym, dojrzalszym i skuteczniejszym od rywala. Najtrudniejszym pojedynkiem okazał się być ten toczony przeciw gospodarzom imprezy, grającym twardo, nieustępliwie, dowodzonym na lodzie przez swego kapitana, występującego na co dzień w NHL – Zubrusa, a wspomaganym dopingiem własnych kibiców, dość żywo wyrażających swe niezbyt przychylne nastawienie do polskiej drużyny, by na eufemizmie poprzestać. Niewątpliwie cieszą również pewne zwycięstwa po mądrej grze nad Holendrami i Chorwatami. Przyznam szczerze, że gdzieś tam podświadomie, mimo naprawdę niezłej postawy naszego zespołu w poprzednich spotkaniach, obawiałem się możliwości powtórki z brytyjskiej wpadki sprzed dwóch dekad, tym razem z chorwacką flagą w tle. Oto znów przyjeżdża nieco lekceważony beniaminek z kilkoma naturalizowanymi graczami zza oceanu (Letang grywał przecież nawet w NHL), który odnosi niespodziewane, wysokie zwycięstwa nad teoretycznie wyżej notowanymi zespołami Wielkiej Brytanii i Holandii. Na szczęście Polacy okazali się być od Chorwatów po prostu lepsi. Awans jest więc dla biało-czerwonych premią jak najbardziej zasłużoną. Warto go docenić, bo przez ostatnie dwa lata biliśmy się o niego bezskutecznie. Warto się z niego ucieszyć. Warto też jednak zastanowić się co dalej z tym naszym polskim hokejem? Co z życiem po awansie, które na dobrą sprawę zacznie się już jutro?

Wciąż więcej pytań niż odpowiedzi. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, iż  polska kadra będzie musiała pożegnać się z rosyjskimi szkoleniowcami, którzy na swój codzienny, petersburski chleb będą teraz pracować w KHL. Dobrze byłoby, gdyby w ich miejsce trafił do boksu polskiej reprezentacji trener gwarantujący swym nazwiskiem kontynuację marszu w słusznym kierunku.

Wciąż nie mamy rozsądnego, spójnego, szeroko zakrojonego programu szkolenia młodego, hokejowego narybku. Oczywistym wydaje się również postulat, iż wszystkie kluby z dwu najwyższych poziomów rozgrywkowych w naszym kraju powinny posiadać zespoły młodzieżowe. Warto też zdać sobie wreszcie sprawę, że bez w pełni profesjonalnej, zawodowej ligi, nie mamy co marzyć o stworzeniu podwalin pod progres polskiego hokeja.

Wreszcie dwie kwestie, które od dawna elektryzują wielu fanów lodowej dyscypliny sportu, a które w sposób nie tylko doraźny mogłyby podleczyć poziom naszego rodzimego hokeja. Kwestia naturalizacji zawodników do gry w reprezentacji oraz stworzenia zespołu, który mógłby występować w rosyjskiej KHL, austriackiej EBEL czy choćby w lidze słowackiej. Podczas igrzysk w Soczi zachęcaliśmy, by przyjrzeć się nieco bliżej fenomenowi słoweńskiego hokeja, na pierwszy rzut oka pozbawionego zasobów ludzko-infrastrukturalnych, a który w Rosji święcił triumfy wchodząc do olimpijskiego ćwierćfinału. Ale spójrzmy też choćby i nawet na Chorwatów. Jeszcze cztery lata temu na MŚ I Dywizji gr. B w Ljubljanie wysoko przegrali oni wszystkie swoje mecze i spadli z niej z hukiem. Dziś wyraźnie ogrywają Holendrów i Brytyjczyków, a i dla biało-czerwonych wcale nie byli wyłącznie tłem na lodowej tafli, jak bywało to jeszcze kilka lat temu. W kraju tym, posiadającym zaledwie dwa lodowiska, funkcjonuje zespół występujący w KHL. Nic to, że o sile Medvescaka Zagrzeb stanowią gracze z innymi niż chorwackie paszportami. Niedźwiedź z Zagrzebia jest bowiem sprawcą wspaniałej promocji hokeja w chorwackiej krainie. A to stopniowo, powolutku będzie napędzać koniunkturę, budować infrastrukturę, co z kolei niewątpliwie przełoży się z czasem również na konkretne wyniki. To prawda, że zaledwie czterech hokeistów Medvescaka (Letang, Waugh, Martinovic, Kostovic) grających na wileńskim turnieju, występowało w minionym sezonie w Lidze Kontynentalnej, lecz będzie ich zapewne systematycznie przybywać. Zgodnie z przepisami IIHF, chorwacki związek będzie naturalizował kolejnych graczy, którzy zaliczą wymagany, pełny, dwuletni zawodniczy staż w Zagrzebiu. W tak dobrym towarzystwie dojrzewać będą również talenty rodzimego narybku, to logiczne. Już teraz młody Rendulic jest znaczącą postacią w fińskim HPK. Dziś jeszcze Hrvatska z nami przegrywa, ale czy przegrywać będzie również za dwa, trzy lata, czy też raczej zasili liczne grono zespołów, takich jak choćby Austria, Słowenia, Dania lub Węgry, które niegdyś zbierały od nas cięgi, lecz na przestrzeni ostatnich dwóch dekad pokazały nam plecy? 

Po światowych lodowiskach jeździ ponad pół setki hokeistów o polskich korzeniach. Może warto byłoby wreszcie zainteresować się możliwością budowania, również w oparciu o nich, siły polskiego hokeja. Podjęcia próby stworzenia zespołu, który mógłby zahaczyć się o KHL czy choćby EBEL, mając możliwość regularnego ogrywania się z lepszymi od siebie. A w konsekwencji budowania silnej reprezentacji, która przecież zawsze jest najważniejszą wizytówką każdej dyscypliny sportu. Gdzieś tam po środowisku grasuje również myśl, by z najmłodszych, najzdolniejszych polskich hokeistów zbudować zespół, który przecierałby się i ogrywał w lidze słowackiej. Pomysłów bardziej i mniej ciekawych naprawdę nie brakuje. Wiele rzeczy rozbija się jednak o aspekt ekonomiczny oraz o wizję realizacji pewnych przedsięwzięć. Oby nowi sternicy polskiego hokeja, których za jakiś czas poznamy, byli ludźmi świadomymi celu i sposobu w jaki ów cel zamierzają zrealizować. A póki co, dla naszych hokeistów i sztabu szkoleniowego, za powrót na zaplecze hokejowej elity, po prostu wielkie dzięki!

Przemiany zarostu

Niezwykłe koło zatoczyła wczoraj historia, a w jej centrum znalazł się Iker Casillas. I jego zarost.

Maj 2000, półfinał Ligi Mistrzów, Real Madryt – Bayern Monachium.

Naszpikowany gwiazdami i upokorzony przez Manchester w finale poprzedniej edycji Ligi Mistrzów (słynne 1:2) Bayern pewnie parł do zwycięstwa w sezonie 1999/2000. Dość powiedzieć, że w drodze do półfinału nie przegrał żadnego spotkania. Na przeciwko niego stawał Real, który to Bawarczycy w fazie grupowej dwukrotnie boleśnie obili (2:4 i 1:4). Do tego Królewskimi wstrząsały konflikty wewnętrzne, związane przede wszystkim z obecnością Nicolasa Anelki – ceny jego transfery i jego rażącej nieskuteczności. Francuz do czasu dwumeczu z Bayernem strzelił tylko jedną bramkę i już został okrzyknięty największą pomyłką w dziejach madryckiego klubu. Faworyt był więc znany jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.

Tymczasem Real sprezentował Niemcom przykrą niespodziankę. W pierwszym spotkaniu przegrał 1:2, by w rewanżu wygrać 2:0.

Bohaterami dwumeczu byli właśnie Anelka i Casillas. Ten pierwszy strzelił Bayernowi dwie z siedmiu bramek, które zdobył on w ogóle dla Królewskich. Drugim zaś został golkiper, który dopiero dwa tygodnie później miał obchodzić 19. urodziny! Chłopak najpierw wygryzł z bramki Bodo Ilgnera, a później sprawił, że na jego punkcie oszalała cała Hiszpania. W dwumeczu zaprezentował się genialnie, blokując drogę do siatki po strzałach gwiazd monachijskiego FC Holywood. Królewscy awansowali do finału i to właśnie swojskiego Ikera, a nie zadufanego Anelkę, fani nosili na rękach.

„Zatrzymał nas dzieciak, który nie ma jeszcze nawet zarostu!” – wściekał się po spotkaniu Uli Hoenness. Nie miał, ale wąs nie okazał się niezbędny do bronienia strzałów Effenberga i spółki.

Kwiecień 2014, półfinał Ligi Mistrzów, Real Madryt – Bayern Monachium.

Minęło 14 lat i obie ekipy znowu spotkały się w półfinale najważniejszych klubowych rozgrywek. Casillas w tym czasie doświadczył pełni sportowych doznań – pięciokrotnie zostawał mistrzem Hiszpanii, dwukrotnie triumfował w Lidze Mistrzów, jest mistrzem Europy 2008 i 2012 oraz mistrzem świata 2010. Doświadczał również momentów trudnych. Na ławkę Realu posyłali go Vicente Del Bosque, Jose Mourinho, a ostatnio w krajowej lidze zabrania mu grać Carlo Ancelotti.

W Lidze Mistrzów grać może, dzięki czemu wystąpił wczoraj w meczu z Bayernem. Bronił pewnie, a w końcówce spotkania uchronił swój zespół przed utratą bramki po uderzeniu Mario Goetze. Magia trwa, życie toczy się dalej.

Uważni obserwatorzy dojrzeli na twarzy Casillasa lekki zarost.

P.

Niespodzianka dla seniora

Petr Cech to zmora rezerwowych golkiperów. W ostatnich pięciu sezonach zawsze zaliczał on dla Chelsea powyżej czterdziestu spotkań w różnych rozgrywkach. Sprawiał tym samym, że wszyscy jego potencjalni zmiennicy liczący na występy między słupkami zmieniali klub (Ross Turnbull – 19 występów wszelakich (!) w latach 2009 – 2013; transfer do Doncaster Rovers) albo zawieszali swoje ambicje na wieszaku (Hilario – ostatni raz zagrał w sierpniu 2011 roku).

Trudno więc dziwić się 41-letniemu Markowi Schwarzerowi, że z uśmiechem podpisał on latem 2013 roku kontrakt z Chelsea. Dla takiego krzepkiego jeszcze seniora perspektywa przedłużenia sobie zawodowego życia poprzez kontakt z ławką lub trybunami znanej drużyny, to przecież bardzo miła sprawa. Kto wątpi, ten niech spyta Jerzego Dudka :)

Tak więc Australijczyk miło sobie trenował na Stamford Bridge. Mourinho posyłał go w bój tylko w meczach wyjątkowo letnich – spotkaniach FA Cup, League Cup albo w nic nie znaczącym już spotkaniu Ligi Mistrzów (grudniowy ze Steauą). Pewnym zaskoczeniem był już więc jego występ w ostatnim spotkaniu ligowym z Sunderlandem. Może Mou miał jakąś intuicję?

Ciekawe więc jak czuł się wczoraj Schwarzer wchodząc na boisko w półfinale LM. W rozgrywkach, które liznął dopiero kilka miesięcy wcześniej w trykocie The Blues. Na boisku, gdzie toczyły się właśnie zapasy zakapiorów i z pewnością nikt szacunku seniorom okazywać nie planował. Kości wytrzymają? Zadyszka nie chwyci? Nerwy nie sparaliżują ruchów? Dam radę jeszcze tak się wygiąć, żeby wyciągnąć piłkę lecącą tuż przy słupku? W dobie futbolu gladiatorów, gdzie nawet silni jak tury dwudziestolatkowie ledwo sobie radzą wydolnościowo, obecność kończącego w październiku 42-letniego golkipera była niczym wizyta ufoludka z planety Melmac. Ufoludek jednak się sprawdził i wybronił Chelsea przynajmniej dwie groźne sytuacje.

Jak zagra w rewanżu? Poradzi sobie z inną już adrenaliną?

Schwarzer powinien objąć patronat nad wszystkimi projektami związanymi z aktywizacją społeczną seniorów. „Byłem po czterdziestce, gdy znalazłem swoją wymarzoną pracę!”.

P.

Pomysł: Poznań Półmaraton im. Tomka Kowalskiego

Tomasz Kowalski, zdobywca Broad Peak, maratończyk

fot. archiwum prywatne Agnieszki Korpal

Większość kojarzy go jako zdobywcę Broad Peak i podróżnika, ale był też biegaczem podobnym do tysięcy tych, którzy startują w Poznaniu (no, może trochę szybszym i bardziej wytrzymałym). Sam też w stolicy Wielkopolski parę razy wystartował, przekraczając metę ze świetnymi czasami.

Czy nie byłoby wspaniale pobiec za rok w półmaratonie im. Tomasza Kowalskiego?

Spośród swoich medali maratońskich najbardziej lubię i cenię ten z wizerunkiem Macieja Frankiewicza, wręczany na mecie pierwszego maratonu jego imienia. Szerzej o wiceprezydencie miasta i inicjatorze maratonu pisałem we Zaduszki 2009.

Poznań maraton, Maciej Frankiewicz na medalu

Uważam, że tak jak stadiony powinny nosić imiona wielkich sportowców, trenerów i prezesów (w Poznaniu doczekaliśmy się trybun ABC – Anioły, Białasa i Czapczyka, supersprawa), tak i sportowe imprezy – wtedy, gdy to możliwe – powinny mieć swoich patronów.

Półmaraton na swojego patrona też moim zdaniem zasłużył. Tomek Kowalski nie jest równie oczywistym kandydatem jak prezydent Frankiewicz dla maratonu. Jednak powodów, by został w ten sposób uhonorowanym, znajduję masę.

Tomek zarażał wszystkich dookoła ideą „ruszania się”. Nie chodzi tylko o łażenie po górach, ale też o tę „zwykłą” aktywność, która sprawia, że dobrze czujemy się w swoim ciele. Tę aktywność, która sprawia, że po przebiegnięciu najpierw pięciu, potem dziesięciu, aż w końcu piętnastu kilometrów człowiek dochodzi do jedynego słusznego wniosku: „chcę się zmierzyć z (pół)maratonem”.

On sam w Poznaniu biegał i w maratonie, i w półmaratonie. O tym krótszym biegu pisał na blogu trzy lata temu tak: ”Dwa kilometry przed metą, kiedy powinienem zacząć finiszować, czułem, że już pary mi brakuje. Spiąłem pośladki i jeszcze kogoś dałem radę wyprzedzić. Czas na mecie (oficjalny) 1 h 29 min 15 sek. Tym razem nie mam mroczków przed oczami, ale dyszę ciężko”. – Zawsze mi powtarzał, że tak naprawdę nie liczy się to, w jakiej formie fizycznej jesteśmy, ale to, co nam w głowie siedzi – tłumaczył na filmie poświęconym Tomkowi jego treningowy partner, Grzesiek. Ta filozofia pomagała mu pokonywać ultramaratony i biegi na 100 kilometrów.

Kowalski ma już imprezę swego imienia. Zimowy Ultramaraton Karkonoski, zorganizowany przez jego najbliższych w terminie zbliżonym do tragicznego finału wyprawy na Broad Peak, to jednak impreza dla twardzieli jeszcze większych niż maratończycy.

Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego 2014 from pocoloco on Vimeo.

W Poznaniu brakuje mi widocznej formy upamiętnienia Tomka Kowalskiego. Wiem, że jest on bliski wielu poznaniakom, którzy trzymali kciuki za losy wyprawy, którzy wzruszali się na filmie o chłopaku. Pamiętam, że krótki bieg mu poświęcony na Morasku znalazł wielu chętnych. Jestem przekonany, że wielu z nich, niebiegających na co dzień, zmobilizowałoby się, by pobiec też w półmaratonie im. Tomasza Kowalskiego. Tym bardziej że poznański bieg wypada zawsze blisko 7 kwietnia. A właśnie tego dnia przyszedł na świat przyszły zdobywca Broad Peak. 

Pierwsze dwie edycje wiosennego poznańskiego biegu przyciągnęły mniej niż połowę osób, które w październiku zmagały się z dwa razy dłuższym dystansem. Jeszcze w 2012 r. półmaraton ukończyło tu ponad tysiąc osób mniej niż maraton sześć miesięcy później (4,4 tys. oraz 5,4 tys.). W zeszłym roku szala przechyliła się na stronę „połówki” (5747 osób przy 5678 osób, które ukończyły maraton). Trend jest jasny: półmaraton zyskuje na popularności, a także na prestiżu.

Organizacja półmaratonu w Poznaniu zawsze trzymała wysoki poziom, ale były detale, które pokazywały, że nadal mamy do czynienia z młodszym i skromniejszym bratem maratonu. Kolejne z tych szczegółów na szczęście jednak znikają.

Jeszcze w 5. edycji półmaratonu nagroda dla każdego biegacza bardziej niż piękny medal przypominała dość cienką blaszkę z wizerunkiem ratusza i gwiazdką know-how z drugiej strony. Od zeszłego roku na szyjach biegaczy zawieszany jest już dużo efektowniejszy kawałek medalu w kształcie numeru edycji biegu i odciskiem buta.

Poznań Półmaraton - medale

Kształt ósemki idealnie pasuje, by na następnym medalu znalazł się wizerunek Tomka.

B.

Czytaj też:

Półmaraton jak pół szklanki herbaty z Rozmów ”kontrolowanych”



Struś Pędziwiatr, Wilk i Zając. Półmaraton półżartem

Samolubny dzieciak ratuje futbol

Oglądanie Arjena Robbena sprawia, że cofam się do czasów swojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Często miałem wówczas okazję grać w piłkę z typami, którzy odczuwali organiczną wręcz niechęć do podawania piłki innym. Przyjęcie, jedna kiwka, druga, trzecia, strata albo strzał.

„No podaj!”.

„No graj, kurde!”.

Zawsze to samo. Koleś dostaje piłkę i już można się z nią pożegnać na dłuższą chwilę. Tym lepszym udawało się jeszcze coś z nią zrobić, ci gorsi zwyczajnie niweczyli wysiłki drużyny. Jedni i drudzy powodowali głęboką frustrację.

Uważam za niezwykły fakt, że w dobie futbolu arytmetycznego, opartego na schematach i komputerowych analizach, sukcesy święci taki zawodnik jak właśnie Robben. Grający jak samolubne dziecko.

Bosko grający.

Scenariusz prawie zawsze jest ten sam. Piłka na prawe skrzydło do lewonożnego Holendra. Przyjęcie i start. Jeden przeciwnik minięty, potem drugi. Potem schodzimy do środka. Jesteśmy już przy polu karnym. Nie ma jak kropnąć. Zaczyna się runda wzdłuż linii bramkowej. Udało się oszukać kolejnego defensora, ale znów ktoś blokuje. No więc jeszcze jeden krok. I jeszcze jeden. Zrobiło się trochę miejsca więc walimy… Czasem ktoś sparuje, czasem obroni bramkarz, czasem leci obok bramki. Często wpada. Wczoraj znowu wpadło.

Niesamowite, że obrońcy przeciwnika nie są w stanie sobie poradzić z tak grającym Robbenem. Manewr się powtarza, ale niewielu jest w stanie powstrzymać Holendra. Magia.

Niezwykłe też jest to, że z Robbenem nie mogą sobie poradzić koledzy z Bayernu. Żal mi wczoraj było bezradnego Mullera, który przez pierwszą godzinę głównie machał „tu jestem!”, a chwilę później wściekał się, że znów nie dostał podania. Żal Mandżukicia, który wyglądał dośrodkowań jak kania dżdżu. Chyba im nawet już nie chce się krzyczeć na Holendra. On i tak nic sobie z tego nie robi. W kolejnej akcji znowu zaprezentuje to samo. A później znowu. Aż w końcu coś wciśnie i wtedy tak jakoś głupio mu wyrzucać, że nie podaje.

Oczywiście taki Robben to dla zespołu zarówno błogosławieństwo, jak i przekleństwo. Gdy wszystko się udaje, to jest w stanie ciągnąć grę ekipy w pojedynkę. Gdy jednak Holender myli się częściej niż zwykle, to wtedy porażka na całej linii gwarantowana, bo jego kiksy paraliżują co drugą akcję. Wystarczy przypomnieć finał Ligi Mistrzów sprzed dwóch lat. Skrzydłowy Bayernu psuł wszystko, co mógł, z rzutem karnym w dogrywce włącznie. Jego monachijscy kamraci nie byli już w stanie wyprodukować takiej ilości akcji bez swojego asa, żeby przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.

Muszę jednak przyznać, że obecność Robbena na światowych murawach bardzo mnie cieszy. Pokazuje bowiem, że zarówno w tym meczach rozgrywanych na stadionach Ligi Mistrzów, jak i tych granych na piachu z bramkami z kamieni, wciąż chodzi o to samo.

O to, kto lepiej panuje nad futbolówką.

P.

Czytaj też: Atrybuty futbolowej młodości

Pogadajmy o piłce: Facebook | Twitter

Ten pierwszy, wielki, polski finał

Polska drużyna przed swym ostatnim, krajowym sparingiem, w przededniu wyjazdu do Portugalii. Stoją od lewej: Marzec, Kędzia, Rewilak, Janduda, Nowak, Karasiński. Klęczą od lewej: Hausner, Szołtysik, Musiałek, Kasprzyk, Kowalik.

Portugalczycy ’61. Jak liczne jest grono polskich kibiców, którym ów termin cokolwiek jeszcze mówi? Przyznam szczerze, że to wszystko, o czym przeczytacie poniżej, miało w zamyśle stanowić zaledwie drobny element większego tekstu. Gdy jednak przekonałem się, jak gęsta mgła zapomnienia, również w dziedzinie publikacji wszelakich, drukowanych, internetowych czy jakichkolwiek innych, okrywa ten w chronologicznej kolejności pierwszy z największych sukcesów w powojennych dziejach polskiego piłkarstwa, postanowiłem nie skąpić miejsca na naszym kawałku blogowego poletka i postarać się wydobyć nieco spod korca blask srebra, który dokładnie 53 lata temu, za sprawą dzielnej postawy na portugalskiej ziemi młodych, polskich piłkarzy, opromienił cały nasz futbol. To przecież właśnie wiosną 1961 roku gracze z orłem na piersi po raz pierwszy przywieźli medal z ważnego turnieju o międzynarodowej randze, zapoczątkowując tym samym kolekcję sukcesów, która w następnych dziesięcioleciach stała się udziałem polskiego futbolu.

 A początki samych „Portugalczyków” wcale nie były łatwe. Dość powiedzieć, że związkowa wierchuszka spod szyldu PZPN bardzo długo wahała się czy w ogóle nasz młody zespół posyłać w tak dalekie kraje. Wiązało się to bowiem z określonymi problemami, bo to i koszty, i dewizy, a i samo miejsce rozgrywek dzikie i niebezpieczne, albowiem nie należące przecież do bratniego, czerwonego obozu koncentracyjnego i nie skąpane we krwi przez komunistycznych ulepszaczy świata. Poza tym i do sportowych szans naszej młodej reprezentacji podchodzono w piłkarskiej centrali raczej dość sceptycznie. Ostatecznie podjęto jednak decyzję na tak. Nie oznaczało to jednak końca problemów. Po polskim związku rozeszła się fama, że przed wyjazdem koniecznie należy zaszczepić drużynę przeciwko ospie. Zaszczepiono więc. Gdy już na miejscu okazało się, że szczepienia absolutnie nie były konieczne czy choćby nawet wskazane, wielu polskich graczy zmagało się już z dolegliwościami na skutek działania szczepionki. Niektórzy skarżyli się na gorączkę, inni na ogólne osłabienie organizmu. Najważniejsze jednak, że ospa nie wzięła naszych dzielnych orląt. Nim biało-czerwoni wylądowali w Luzytanii, mieli również dość poważne problemy ze skompletowaniem obsady bramki. Pewny dotąd punkt między słupkami w reprezentacji juniorów, golkiper Cracovii Marek Tabor, dosłownie w przededniu zgrupowania kadry, podczas ostatniego treningu klubowego doznał poważnej kontuzji barku, wykluczającej go z udziału w portugalskim turnieju. Wysłano więc zawiadomienie do drugoligowej poznańskiej Olimpii o powołaniu Jerzego Karasińskiego, lecz bramkarz ze stolicy Wielkopolski, tak opieszale zdążał na kadrę, że wobec choroby golkipera trzecioligowego GKS Gliwice, Jerzego Apostela, w rozegranym na zaledwie kilka dni przed wylotem na mistrzostwa, sparingowym meczu przeciwko Gwardii Warszawa, w bramce naszych juniorów musiał stanąć gracz z pola, zawodnik Barbary-Wyzwolenie Chorzów, Edmund Marzec. Skończyło się na kontrolnej porażce 0:2 ze stołecznymi gwardzistami. Zbyt wielu powodów do optymizmu z pewnością więc nie było. Ostatecznie Karasiński dołączył jednak do kolegów i we wtorek 28 marca 1961 roku w godzinach porannych, polska ekipa odleciała z Warszawy via Zurych do Lizbony.

W Wielki Czwartek 30 marca 1961 roku o godzinie 14.30 miejscowego czasu, biało-czerwoni stanęli na boisku w Leirii oko w oko z Francuzami. Trójkolorowi uchodzili za zdecydowanego faworyta, przywieźli bowiem do Portugalii naprawdę niezłą ekipę, a do tego aklimatyzowali się na miejscu znacznie dłużej niż Polacy. A jednak to nasi piłkarze okazali się być zespołem zdecydowanie lepszym, rozbijając rywala aż 4:1. Już w pierwszym kwadransie prowadzenie dla biało-czerwonych uzyskał Jerzy Musiałek. Ten sam piłkarz, kilka minut później podwyższył na 2:0. Tuż po przerwie, po akcji Di Nallo – Guinot, trójkolorowi złapali z Polakami kontakt, jednak napastnik Naprzodu Lipiny – Roman Kasprzyk, swymi dwoma trafieniami przesądził o losach meczu i efektownym zwycięstwie biało-czerwonych 4:1. Po ostatnim golu Polacy po prostu bawili się już z Francuzami w przysłowiowego ‚dziada’, upokarzając wręcz rywali. Zawodnicy trenowani przez Władysława Stiasnego zadziwili wszystkich, grając momentami wręcz porywająco, a przede wszystkim skutecznie i mądrze. Wypełniony po brzegi stadion, co chwilę oklaskiwał udane akcje Musiałka, Janusza Kowalika czy Krzysztofa Hausnera. Zwycięstwo choć i tak było bardzo wyraźne, mogło dokonać się w jeszcze efektowniejszych rozmiarach. Gola zdobytego przez Kasprzyka, zdaniem sędziego z pozycji spalonej, nie uznano, a kilkukrotnie udanie interweniował, ratując swój zespół, francuski golkiper. Polacy z miejsca zostali okrzyknięci mianem rewelacji turnieju. Nasz ofensywny kwintet z Hausnerem, Kowalikiem, Musiałkiem, Kasprzykiem i Zygfrydem Szołtysikiem zbierał fantastyczne recenzje. Znakomicie w meczu z Francuzami spisywał się w bramce, ściągnięty awaryjnie z Poznania, Karasiński. Polacy dali prawdziwy koncert gry. To nie była porażka, ale prawdziwa katastrofa. Zostaliśmy zdeklasowani, dostając od Polaków porządną lekcję futbolu. Przez całe spotkanie byli oni wyraźnie lepsi. Odnosiło się wrażenie, że oba zespoły dzieli kilka klas – lamentował nazajutrz „L’Equipe”, któremu wtórował w podobnym tonie „France Football”. Samo życie nieco zweryfikowało potem rzeczywistą siłę ekipy trójkolorowych. Na dobrą sprawę bowiem, zaledwie Fleury Di Nallo okazał się być, już w dorosłym futbolu, piłkarzem naprawdę wyśmienitym. Dla Olympique Lyon, Red Star i Montpellier strzelił łącznie ponad ćwierć tysiąca bramek. Dość srogo pomścił też po latach na biało-czerwonych portugalską klęskę. Podczas eliminacyjnego dwumeczu do Mistrzostw Europy ’68 strzelił nam trzy gole. Swój reprezentacyjny dorobek zamknął z imponującym, snajperskim bilansem ośmiu zdobytych goli w dziesięciu meczach.

2 kwietnia 1961 roku, w pierwszy dzień świąt wielkanocnych, polscy juniorzy wstali już o piątej rano. Po przejechaniu blisko trzystu kilometrów pociągiem oraz dodatkowo pół setki autobusem, przeprawieniu się statkiem przez zatokę oraz pobycie na uroczystym przyjęciu u mera Evory z wieloma, towarzyszącymi temu wydarzeniu przemówieniami, o godzinie 15 nasi gracze rozpoczęli swój kolejny mecz na portugalskiej ziemi. Tym razem rywalem biało-czerwonych byli Austriacy, a stawką towarzyskiego w gruncie rzeczy spotkania, puchar sekretarza UEFA Jose Crahaya. W Evorze, w obecności 10 tysięcy widzów, biało-czerwoni znów okazali się być lepsi od swego przeciwnika równo o trzy gole. Bardzo szybko objęliśmy dwubramkowe prowadzenie. Najpierw, po centrze Musiałka, zainaugurował strzelanie Zygfryd Szołtysik, a chwilę później, po szybkiej akcji Hausnera, wynik podwyższył zawodnik BKS Bielsko-Biała, Czesław Studnicki. Ostateczną pieczęć na efektownym zwycięstwie Polaków postawił tuż po przerwie, swym efektownym, niezwykle silnym strzałem, najlepszy na boisku, Jerzy Musiałek. W meczu z Austriakami Polacy wystąpili w dość kombinowanym zestawieniu, oszczędzając nieco siły na decydujące, grupowe starcie z Grekami. Swą szansę dostali więc Jerzy Apostel w bramce, a także Norbert Błaszczyk z Baildonu Katowice, Marzec, Studnicki czy grający na lewej flance Janusz Żmijewski z warszawskiej Legii. Nie zdołali oni jednak wywalczyć sobie tym występem miejsca w podstawowym składzie i poza Błaszczykiem, żaden z wymienionej piątki w Portugalii już nie zagrał. Zawiódł szczególnie Żmijewski zastąpiony po przerwie przez Kowalika. Warto jednak przypomnieć, że Austriacy, tak łatwo rozłożeni na łopatki w Evorze przez biało-czerwonych, wcale nie byli w ciemię bici. Kilku z nich, jak choćby Kaltenbrunner, Binder, Ludescher czy Koleznik, grało potem w pierwszej reprezentacji swego kraju.

Dwa dni później, we wtorek 4 kwietnia, na słynnym lizbońskim Estadio da Luz, czekał już Polaków bój przeciwko synom Hellady, którego stawką był półfinał turnieju. Biało-czerwoni po raz pierwszy na tych mistrzostwach zagrali przy świetle elektrycznym, nie wypada bowiem, by podczas wydarzenia tej rangi, znany stołeczny Stadion Światła nie był skąpany w świetle. Mecz rozgrywany był w fatalnych warunkach atmosferycznych, w towarzystwie nieustannej ulewy i porywistego wiatru. Gdy już w początkowych minutach spotkania, po solowym rajdzie, niezawodny Musiałek szybko dał Polakom prowadzenie, dokładając po jakimś czasie i drugie, jeszcze piękniejsze trafienie, a zaliczający znakomity występ Hausner, ostrzeliwał poprzeczkę rywali, wydawało się, że odprawa bezpardonowo grających, futbolowych posłów greckich będzie zwykłą formalnością. Nie była jednak, a ogromny w tym swój udział miał niestety nasz golkiper – Karasiński, który zawinił przy obu golach strzelonych przez Helladę. Polscy młodzi piłkarze, tym razem ustawieni przez trenera Stiasnego nieco bardziej defensywnie (remis w zupełności wystarczał nam do szczęścia), musieli się więc zadowolić podziałem punktów, choć nie tylko mogli, lecz i powinni to spotkanie śmiało wygrać. Niemiłym zgrzytem, była sytuacja, gdy na trzy minuty przed końcem meczu, lewy obrońca grecki, Simantzis, spoliczkował, wciąż bezlitośnie ogrywającego go skrzydłowego Cracovii – Hausnera. Grek został za karę wyrzucony z boiska, a reprezentanci Polski po kilku minutach świętowali już upragniony awans. Orliki szybują ku wyżynom półfinału – zachwycała się polska sportowa prasa.

To, co najlepsze miało jednak dopiero nadejść. Czwartkowym popołudniem, 6 kwietnia 1961 roku na stadionie Das Antas w Porto, biało-czerwoni wznosząc się na wyżyny własnych ambicji i umiejętności, pokonali reprezentację RFN 2:1, odnosząc wspaniały sukces i zapewniając sobie miejsce w ścisłym finale turnieju. Na murawie nasiąkniętej padającym w Porto od samego rana deszczem, młodzi polscy piłkarze ograli naprawdę nie byle kogo i warto to bardzo mocno podkreślić. Wcześniej Niemcy zdecydowanie wygrali swoją eliminacyjną grupę, gromiąc Belgów 4:0 czy Holendrów 3:0. Dość powiedzieć, że do półfinałowej konfrontacji z podopiecznymi Stiasnego i Motoczyńskiego nie stracili na tym turnieju choćby jednego gola. Dbał o to bramkarz, który potem okaże się być jednym z najlepszych zawodników na swojej pozycji w całej historii światowego futbolu – Sepp Maier. Golkiper, który na turnieju w Portugalii musiał uznać wyższość Polaków, sięgnie w swej karierze po sukcesy największe z możliwych. Zostanie mistrzem i wicemistrzem świata, mistrzem i wicemistrzem Europy, przytuli też mundialowy brąz. W seniorskiej reprezentacji, której bezcennym filarem będzie aż przez kilkanaście lat, rozegra blisko setkę spotkań. Z monachijskim Bayernem trzykrotnie wywalczy Puchar Mistrzów, jego łupem padnie też Puchar Zdobywców Pucharów, a także czterokrotnie mistrzostwo Bundesligi i czterokrotnie krajowy puchar. Innym późniejszym, dorosłym mistrzem świata w ekipie RFN, która w Porto przegrała z biało-czerwonymi, był Wolfgang Overath, który zresztą po mundialowy medal sięgał będzie, podobnie jak Maier, aż trzykrotnie. Smaku brązowego kruszcu na seniorskich mistrzostwach świata zaznali po latach również dwaj inni niemieccy ‚portugalczycy 61’ – Bernd Patzke i Reinhard Labuda, choć ten ostatni z wymienionych piłkarzy, kojarzony jest głównie ze zwycięską bramką zdobytą po strzale z kilkudziesięciu metrów, podczas rozgrywanego w maju 1966 roku na stadionie w Glasgow, finałowego meczu o Puchar Zdobywców Pucharów przeciwko Liverpoolowi. Na znaczące postaci Bundesligi wyrośli po latach tacy piłkarze, jak Karlheinz Wirth, Gerhard Elfert czy Horst Wild. A swoją przygodę na najwyższym poziomie rozgrywkowym w zachodnich Niemczech przeżyli również Rolf Kahn, Heinz Rudiger Voss czy Wilhelm Friedrich Boyens. Była to więc ekipa składająca się z naprawdę bardzo wartościowych piłkarzy. A jednak to polscy juniorzy dali na portugalskiej ziemi swym niemieckim rówieśnikom solidną lekcję futbolu. Znów, podobnie jak w poprzednich meczach, formacja ataku stanowiła o sile biało-czerwonej drużyny. Musiałek, Kowalik, Hausner czy Kasprzyk umiejętnie rozrywali blok obronny rywali. Co chwila któryś z nich sprawdzał groźnym strzałem wysoką sprawność, znakomicie dysponowanego Maiera. Po pół godzinie gry, dzielny niemiecki golkiper zmuszony był jednak po raz pierwszy na tym turnieju wyplątywać piłkę z własnej siatki. Uderzenie zza pola karnego Musiałka, który wcześniej slalomem minął trzech rywali, udało mu się jeszcze sparować, lecz przy dobitce z kilku metrów Janusza Kowalika, młody bramkarz Bayernu był już bezradny. Tuż po przerwie wyrównał Wild. Polacy jednak z każdą minutą zyskiwali coraz wyraźniejszą przewagę. W 70 minucie Kasprzyk jeszcze przegrał pojedynek sam na sam z Maierem, lecz na pięć minut przed końcem meczu, Kowalik przeprowadził solową akcję, wykańczając ją fantastycznym strzałem z 25 metrów w samo okienko bramki. Po utracie gola Niemcy, zupełnie nie po niemiecku, podłamali się. Biało-czerwoni robili już do samego końca, co tylko chcieli, bezkarnie buszując z piłką po polu karnym rywala. Gdyby nie Maier, który jeszcze co najmniej dwukrotnie uchronił swój zespół od niemal pewnej utraty gola, rozmiary polskiego triumfu mogły być jeszcze efektowniejsze. Naprawdę warto było przeżyć 50 lat, aby doczekać tak wspaniałych chwil, jakie przeżywamy w Portugalii. Jestem po prostu nieprzytomny ze szczęścia i radości – relacjonował członek kierownictwa naszej ekipy Ludwik Ciecierski. Nie mogę się pozbierać. Stanęły mi łzy w oczach, gdy skończył się zwycięski mecz z Niemcami. Przecież na ten sukces czekaliśmy tyle lat – opowiadał polskiej prasie, już po spotkaniu, trener Władysław Stiasny. – Siła naszej drużyny przede wszystkim tkwi w ataku. Rewelacją turnieju jest niewątpliwie Jurek Musiałek. Jest naszym najlepszym zawodnikiem niemal w każdym meczu. On chyba jako pierwszy powinien awansować do seniorskiej reprezentacji. Ale wszystkim naszym pięciu chłopcom z formacji ataku należy się duże uznanie. Niezawodny jest też w obronie Rewilak. Świetnie gra Janduda. Szkoleniowiec pokonanej przez Polaków niemieckiej drużyny, słynny Helmut Schoen, publicznie zachwycał się grą Jerzego Musiałka, mówiąc, że taki zawodnik przydałby się niemieckiemu zespołowi na chilijskim mundialu.

Polskiej drużynie już od samego początku portugalskiego turnieju towarzyszyły szczere oznaki ogromnej sympatii ze strony miejscowych kibiców. W meczach z Francją czy Niemcami, trybuny niemal niosły biało-czerwonych swym dopingiem, a niedoścignionym ulubieńcem futbolowych fanów z luzytańskiej krainy został filigranowy i brylantowy technicznie Zygfryd Szołtysik. Jednak w sobotę 8 kwietnia 1961 roku o godzinie 16.30 miejscowego czasu, podczas wielkiego finału, serce trybun słynnego lizbońskiego Estadio da Luz mogło bić już oczywiście wyłącznie dla gospodarzy turnieju. Na stołeczną, świetlaną arenę biało-czerwoni wybiegli swym niemal żelaznym składem. Jedynie w formacji defensywnej Bogdana Kędzię zastąpił Błaszczyk. Do boju o złoto stanęli więc po naszej stronie: Jerzy Karasiński, Andrzej Rewilak, Norbert Błaszczyk, Józef Janduda, Karol Kapciński, Alojzy Nowak, Krzysztof Hausner, Roman Kasprzyk, Zygfryd Szołtysik, Jerzy Musiałek i Janusz Kowalik. Biało-czerwoni mieli naprzeciw siebie zespół najwyższej klasy.

Ekipa gospodarzy – Portugalia 1961. W dolnym rzędzie czwarty od lewej – Serafim, piąty – Simoes.

Gospodarze po drodze zdążyli m.in. rozgromić w grupie Anglię 4:0, a w półfinałowym boju złomotać swych odwiecznych hiszpańskich rywali aż 4:1. O sile rewelacyjnej ekipy Bohaterów Mórz stanowiło kilku znakomitych, młodych graczy. Jako pierwsi z tamtej drużyny, już rok po portugalskim turnieju, w dorosłej kadrze czerwono-zielonych, w prestiżowym meczu przeciwko Brazylii, zadebiutowali: Antonio Simoes oraz Serafim. Simoes stał się później prawdziwą legendą portugalskiej piłki, zaliczając blisko pół setki występów w reprezentacji, sięgając wraz z nią po brąz na mundialu w Anglii w 1966 roku (strzelił wówczas gola Brazylii) oraz będąc bezcenną częścią wielkiej Benfiki, w której barwach aż czterokrotnie wystąpi w ścisłym finale Pucharu Mistrzów, raz wywalczając wspomniane trofeum. Jednak to ówczesny młodziutki napastnik FC Porto – Manuel Serafim Pereira Monteiro, pamiętnej kwietniowej soboty, dał się we znaki Polakom zdecydowanie najmocniej i został wybrany najlepszym piłkarzem całego turnieju rozgrywanego pod szyldem UEFA. Serafim dwa lata później przeszedł z Das Antas na Estadio da Luz, gdzie w trykocie stołecznej Benfiki tworzył formację ataku wespół z legendarnym Eusebio. Spośród uczestników finałowego meczu z Polską, do dorosłej reprezentacji swego kraju trafiali w następnych latach również Fernando Peres (już w debiucie przeciwko Anglii strzelił swoją pierwszą bramkę dla seniorskiej kadry, a potem bywał nawet jej kapitanem), Oliveira Duarte czy Carrico. To była naprawdę drużyna o potężnej mocy, ale i biało-czerwoni posiadali przecież ogromną siłę rażenia. W dość powszechnej opinii, sobotnim popołudniem 8 kwietnia 1961 roku, na lizbońskim Stadionie Światła stanęły ze sobą oko w oko po prostu dwa najlepsze zespoły turnieju.

O wszystkim zadecydować miały jednak już pierwsze minuty spotkania. Nie upłynęło jeszcze nawet trzysta sekund finałowej batalii, gdy w zamieszaniu pod polską bramką młody obrońca Cracovii, Andrzej Rewilak, wygrał pojedynek z groźnym Serafimem, lecz przypłacił to poważną kontuzją naderwania torebki stawowej w prawej nodze. Na nic zdały się desperackie wysiłki polskich masażystów. Krakowski defensor resztę spotkania oglądał już jako widz. W myśl ówczesnych przepisów, polski zespół zmuszony był więc już do końca meczu kontynuować walkę w liczebnym osłabieniu. Portugalczycy przeszli teraz do frontalnego ataku. Grali z polotem, prezentując futbol szybki, kombinacyjny i bajeczny technicznie. Już kilka minut później Serafim uzyskał prowadzenie dla gospodarzy. Po jego strzale piłka odbiła się od poprzeczki i wyszła w pole, lecz na skutek sygnalizacji sędziego bocznego, hiszpański arbiter Jose Ortiz Mendibil uznaje, iż wcześniej przekroczyła ona jednak linię bramkową. Polscy korespondenci z Lizbony pisali potem o „spreparowanym golu”. W 27 minucie pada dla gospodarzy bramka w równie kontrowersyjnych okolicznościach. Podczas walki o pozycję na polu karnym, Mendibil dopatruje się faulu na Serafimie. Polscy piłkarze energicznie protestują, lecz chwilę później sam poszkodowany, zamienia jedenastkę na gola. Krótko po przerwie Serafim, po pięknej akcji, praktycznie przesądza o losach finału, a na dwanaście minut przed końcem, napastnik Porto, z pozycji, znów zdaniem wielu pachnącej spalonym, przypieczętuje swój lizboński koncert jednego aktora czwartą bramką. Pomimo gry w osłabieniu i ogromnej klasy rywala, polscy piłkarze nie omieszkali raz po raz odgryzać się swym prześladowcom, a młody golkiper zespołu z Das Antas – Rui, nie był bezrobotny, musząc wykazać się umiejętnościami choćby w sytuacji sam na sam z Kasprzykiem w pierwszej połowie spotkania. Nie wiem, jak potoczyłyby się losy meczu, gdyby grał Rewilak i zawody prowadził bardziej obiektywny arbiter. Portugalczycy mają świetną drużynę, mogli więc z nami wygrać bez pomocy pana Mendibila. On spowodował nie przegraną Polski, lecz w zasadzie klęskę, gdyż ludzie nie wtajemniczeni w kulisy tego meczu mogą tak odebrać naszą porażkę 0:4. Nasi chłopcy zagrali nieco słabiej niż ostatnio, ale naprawdę, w pełnym składzie było ich stać na nawiązanie równorzędnej walki. Równie dobrze mogła wygrać jedna, jak i druga strona – tłumaczył nazajutrz, już po powrocie do kraju, kierownik polskiej, srebrnej reprezentacji Wiesław Motoczyński. Sądzę, że nasi delegaci na kongres UEFA powinni się domagać, aby w przypadku czyjejś kontuzji mógł wejść do gry zawodnik rezerwowy – formułował oczywisty dziś dla nas wszystkich postulat, trener biało-czerwonych finalistów, były urzędnik bankowy, Władysław Stiasny, który wyszkolił do trenerskiego rzemiosła takich późniejszych polskich selekcjonerów, jak Antoni Brzeżańczyk czy Kazimierz Górski. Portugalia  była lepsza, ale wygrała za wysoko. Jesteśmy naprawdę dobrym zespołem i mogą być z nas ludzie – podsumowywał kapitan zespołu srebrnych medalistów, kontuzjowany w lizbońskim finale, stoper Cracovii, Andrzej Rewilak. W Polsce na szczęście nikt nie zamierzał rozliczać młodych piłkarzy z rozmiarów finałowej porażki. Medialnym kozłem ofiarnym został Mendibil (poprowadzi też dziewięć lat później pamiętny mecz Górnika z Romą na Śląskim), a wicemistrzostwo naszych futbolowych nadziei słusznie uznano za wielki sukces. Oczywistą rację miał Rewilak – z tych młodych piłkarzy naprawdę kiedyś mogli być ludzie. A jak potoczyły się ich losy?

Tak, jak na turnieju juniorów, również i w dorosłej piłce największą karierę zrobili niewątpliwie członkowie naszej formacji ofensywnej. Zgodnie z oczekiwaniami, najszybciej, bo dokładnie pół roku po wywalczeniu portugalskiego srebra, podczas warszawskiego meczu z RFN, zadebiutował w pierwszej reprezentacji Polski Jerzy Musiałek. Łącznie w kadrze rozegra on trzynaście spotkań i strzeli jednego gola. Będzie też święcił liczne triumfy w barwach wielkiego zabrzańskiego Górnika, sześciokrotnie zdobywając mistrzostwo Polski i czterokrotnie krajowy puchar, a przecież przywdziewając trykot NAC Breda, przygarnie również Puchar Holandii. 21 razy wystąpi w rozgrywkach europejskich pucharów, zdobywając 6 goli. Pierwszego z nich uzyska już pięć miesięcy po portugalskim turnieju, pokonując na Śląskim w Chorzowie szkockiego bramkarza Tottenhamu, uczestnika szwedzkiego mundialu ’58, Billy Browna. Na boiskach polskiej ekstraklasy, Musiałek grając dla Górnika Zabrze i Szombierek Bytom zdobędzie łącznie 65 bramek. Zmarł 15 stycznia 1980 r. w rodzinnych Gliwicach.

Drugim w chronologicznej kolejności piłkarzem, który zaliczył swe dorosłe reprezentacyjne szlify był Roman Kasprzyk. Ówczesny zawodnik chorzowskiego Ruchu, zadebiutował w rozegranym 22 maja 1963 roku na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia, zwycięskim meczu z Grecją. Jedenaście dni później, zagrał jeszcze w Chorzowie przeciwko Rumunii. W obu tych spotkaniach Kasprzyk zaliczył łącznie 45 minut gry i na tym jego romans z seniorską kadrą biało-czerwonych się zakończył. Na naszych pierwszoligowych boiskach, grając dla Ruchu Chorzów, Zagłębia Wałbrzych czy Stali Mielec, Kasprzyk ustrzelił łącznie ponad dwie dziesiątki bramek.

Nieco dłużej od Musiałka, bo niespełna dwa i pół roku od momentu wywalczenia portugalskiego srebra, musiał poczekać na swój pierwszy występ w dorosłej reprezentacji Zygfryd Szołtysik. Warto jednak było czekać. Debiut popularnego Zygi wypadł więcej niż okazale, a uświetniony został aż dwoma trafieniami tego gracza przeciwko Norwegom. Tym samym meczem, na szczecińskim stadionie, rozpoczynał swą reprezentacyjną karierę Włodzimierz Lubański, z którym potem przez lata, Szołtysik będzie tworzył znakomity, niezapomniany boiskowy duet. Bezcenną postacią dla kadry będzie Szołtysik niemal przez dekadę, występując w koszulce z orłem na piersi w blisko pół setce spotkań i strzelając w nich dziesięć goli. W barwach Górnika Zabrze zalicza również wspaniałą przygodę w europejskich pucharach, liczoną w 42 mecze i 9 goli, a uświetnioną udziałem w pamiętnym, wiedeńskim finale Pucharu Zdobywców Pucharów z 1970 r. przeciwko Manchesterowi City. Szołtysik w sposób szczególny zapisał się w historii polskiej piłki, gdy podczas olimpijskiego turnieju, w meczu przeciwko ZSRR (5 września 1972) w Augsburgu, wszedł na murawę na kilkanaście minut przed końcem spotkania przy stanie 0:1, a na trzy minuty przed ostatnim gwizdkiem arbitra strzelił fantastyczną, zwycięską bramkę, która dała biało-czerwonym możliwość dalszej walki o najcenniejszy z kruszców. Pięć dni później Polacy, z Szołtysikiem w składzie, sięgnęli po wspomniane złoto, pokonując na stadionie w Monachium Węgrów 2:1. Zygfryd Szołtysik był jedynym polskim piłkarzem, który wystąpił w aż trzech ścisłych finałach ważnych międzynarodowych rozgrywek – zarówno na niwie klubowej (1970), jak i reprezentacyjnej, czy to w juniorskiej (1961), czy w dorosłej kadrze biało-czerwonych (1972). Szołtysik był też jedynym spośród grona portugalskich srebrnych medalistów, który również już jako senior zagrał w koszulce z białym orłem na piersi na ważnym turnieju (cztery spotkania i jeden gol na IO ’72).

W reprezentacji Polski, bez powodzenia walczącej w czerwcu 1964 roku o olimpijskie przepustki z Włochami, dwukrotnie zagrał też Józef Janduda, lecz mecze te dziś nie są już traktowane jako oficjalne spotkania. O reprezentacyjnym kontekście Jandudy pisaliśmy już jednak nieco szerzej w tym oto miejscu.

Jako kolejny z grona srebrnych medalistów ’61, biało-czerwony strój pierwszej reprezentacji przywdział inny z członków ofensywnej formacji, strzelec dwóch półfinałowych bramek przeciwko Niemcom, Janusz Kowalik. Jego debiut nastąpił dokładnie w przededniu czwartej rocznicy lizbońskiego finału, podczas zremisowanego bezbramkowo na Heysel meczu z Belgami. Kowalik zaliczał kolejne udane występy i wydawało się, że młodziutki, pochodzący z Nowego Sącza napastnik, wywalczy sobie w kadrze solidną pozycję na lata. Skończyło się jednak na zaledwie sześciu występach, choć aż dwa z nich wychowanek Cracovii zaliczył w 1966 roku przeciwko Anglii (w ostatniej minucie meczu w Liverpoolu strzelił w słupek), która tamtego lata triumfowała na mistrzostwach świata. Kowalik postanowił poszukać szczęścia i sportowego spełnienia z dala od peerelowskiej rzeczywistości. Jako 22-latek opuszczał Cracovię z łącznym dorobkiem aż 62 goli (w tym 16 na pierwszoligowym froncie) i już wówczas będąc jedną z największych legend zespołu Pasów. Przez Brukselę i Nowy Jork trafił do Chicago. Gdy siedział już w samolocie, polskie władze chciały go zawrócić. Za piłkarzem wysłano nawet szpiega do USA, lecz zajęło się nim FBI. Ostatecznie sprawę załatwił worek wypełniony dolarami dla naszych kacyków i Kowalik dostał pozwolenie na kontynuowanie kariery za granicą. Z marzeniami o występach w reprezentacji mógł się jednak odtąd definitywnie pożegnać. A szkoda, bo wciąż grał wyśmienicie. W 1968 roku w barwach Chicago Mustangs, z dorobkiem trzydziestu trafień na koncie (w jednym z meczów strzelił aż cztery gole), został królem strzelców amerykańskiej ligi NASL. Cztery lata później, grając dla Sparty Rotterdam, jeszcze przed ostatnią kolejką wraz z legendarnym Johannem Cruyffem przewodził klasyfikacji goleadorów, lecz Cruyff rzutem na taśmę zdystansował pauzującego z powodu kontuzji Polaka i Kowalik musiał zadowolić się tytułem wicekróla strzelców ligi holenderskiej. W Sparcie został też autorem pierwszego polskiego hat-tricka w europejskich pucharach. W 1971 r. strzelił też obie bramki przeciw słynnemu Ajaksowi (2:2 w finale Pucharu Holandii), a w 1972 roku został wicemistrzem ligi. Udziałem Kowalika były też dwa hat-tricki w lidze holenderskiej. Łącznie na pierwszoligowym poziomie rozgrywkowym Janusz Kowalik strzelił 76 goli w Holandii i 41 w USA. Gdy dodamy do tego bramki zdobyte jeszcze przed wyjazdem z ojczyzny oraz te uzyskane na holenderskim, drugoligowym froncie w barwach NEC Nijmegen czy MVV Maastricht, to mamy do czynienia z naprawdę imponującym dorobkiem strzeleckim. W 1976 roku Kowalik wraz z Pele, czy Chinaglią (na ławce siedział George Best), wystąpił w ekipie gwiazd, grającej pod szyldem reprezentacji USA w meczach przeciwko reprezentacjom: Włoch, Anglii i Brazylii, a w pierwszym z wymienionych spotkań, Kowalik strzelił gola słynnemu Dino Zoffowi, z podania Pelego. Wypada tylko żałować, że nasza pierwsza reprezentacja nie miała z tego znakomitego gracza choćby tyle pożytku, co z Szołtysika. Kowalik również jako trener radził sobie całkiem nieźle, prowadząc takie zespoły, jak Maastricht, Genk, Vitesse, olimpijską reprezentację Nigerii, tamtejszy zespół Rangers, czy grecki Ionikos.

Kolejnym srebrnym medalistą, który przedarł się do pierwszej reprezentacji był Janusz Żmijewski. Piłkarz warszawskiej Legii, podczas portugalskiego turnieju wystąpił na dobrą sprawę zaledwie w połówce towarzyskiego meczu z Austrią, nie zachwycając zresztą, a potem nie dostał już swojej szansy. Na łamach polskiej prasy pisano, że zdecydowanie nie dorasta on do piłkarskiej klasy prezentowanej przez pięciu pozostałych członków naszej formacji ofensywnej. Żartowano nawet w szatni, że nieco słabszy występ Musiałka w finałowym spotkaniu spowodowany był faktem, iż zagrał on w butach pożyczonych od Żmijewskiego (buty Musiałka skradziono tuż przed meczem), więc i dostosował się poziomem do właściciela obuwia. A jednak pochodzący z Radzymina piłkarz zapisał całkiem udaną kartę w dorosłej kadrze biało-czerwonych. W piętnastu meczach strzelił Żmijewski aż siedem goli, popisując się choćby efektownym hat-trickiem przeciwko Belgom na Heysel, podczas rozegranego w październiku 1967 roku, eliminacyjnego meczu do Mistrzostw Europy. Przez jedenaście sezonów gry dla Legii, dwukrotnie wywalczył z nią mistrzostwo kraju, dwukrotnie Puchar Polski, a przywdziewając wojskowe barwy łącznie uzyskał 80 goli, docierając ze stołecznym zespołem aż do półfinału Pucharu Mistrzów. 

Kilkadziesiąt dni po Żmijewskim, 5 stycznia 1966 roku w Liverpoolu, przeciwko późniejszym mistrzom świata, swój jedyny mecz w dorosłej kadrze rozegrał kapitan srebrnej reprezentacji juniorów z 1961 roku – Andrzej Rewilak. Bardzo długo pozostał wierny Cracovii, w której barwach spędził aż dwanaście sezonów i zaliczył 77 gier na poziomie ekstraklasy.

W sześć lat po lizbońskim finale z kwietnia 1961 roku, swój epizod w seniorskiej reprezentacji, podczas bezbramkowego remisu, w wyjazdowym meczu o punkty z Luksemburgiem, zaliczył także jeden z bohaterów portugalskiego turnieju – Krzysztof Hausner. Na boiskach ekstraklasy, dla krakowskich: Cracovii i Wisły oraz sosnowieckiego Zagłębia, uzyskał łącznie trzy dziesiątki trafień. Zmarł 26 stycznia 2004 roku.

Poza wspomnianymi ośmioma członkami srebrnej ekipy sprzed 53 lat, którzy dostąpili zaszczytu występu w pierwszej reprezentacji (z uwzględnieniem faktu, iż Janduda zagrał w dwóch meczach, które dziś uchodzą za nieoficjalne, a Żmijewski nie zagrał podczas portugalskiego turnieju), pozostali medaliści mniej lub bardziej zaznaczali potem swoją obecność w polskim futbolu. Warto jednak pamiętać, że Karol Kapciński trzykrotnie zdobywał z Górnikiem Zabrze tytuł mistrza Polski, dwukrotnie krajowy puchar, a w 1972 roku wywalczył też wraz ze słynnym, nowojorskim Cosmosem mistrzostwo USA. Golkiper Jerzy Karasiński w tym samym 1972 roku, po wielu sezonach spędzonych na drugoligowym froncie w barwach poznańskich: Olimpii i Lechu, wreszcie w bramkarskim swetrze Kolejorza zadebiutował w ekstraklasie. Natomiast rezerwowy podczas portugalskiego turnieju Czesław Studnicki, przez niemal dekadę był potem filarem krakowskiej Wisły, rozgrywając dla niej aż 233 mecze na pierwszoligowych boiskach (32 gole), a także sięgając po Puchar Polski w 1967 r.

Piękny, srebrny sen z portugalskiej krainy jeszcze długo dawał impuls nadziejom na sukces polskiego futbolu.

R.

Czytaj też:

Tylko jeden taki wieczór w życiu miałem: Hiszpania – Polska w finale igrzysk w Barcelonie

Polacy Realowi

Przy okazji zeszłorocznych, półfinałowych pojedynków Champions League pomiędzy Borussią Dortmund i Realem Madryt, przypomnieliśmy dość bogatą historię polskich szarż na pozycje królewskie. Przyjrzeliśmy się więc występom naszych graczy przeciwko najsłynniejszemu klubowi świata zarówno na szlakach europejskich pucharów, jak i na niwie rozgrywek Primera Division czy Copa del Rey. Po upływie niemal dokładnie jedenastu miesięcy od tamtego czasu, aktualizując nieco dane, możemy rozszerzyć sagę o kolejny występ reprezentanta Polski przeciwko Królewskim w lidze hiszpańskiej. 18 sierpnia 2013 roku, obrońca Betisu – Damien Perquis stanął na Santiago Bernabeu oko w oko z wielkim Realem. Nasz obrońca zaliczył pełne półtorej godziny na murawie, lecz niestety nie był bez winy w sytuacji, gdy na cztery minuty przed końcem spotkania, Isco strzałem głową zapewnił podopiecznym Carlo Ancelottiego zwycięstwo 2:1.

Dzisiejszego wieczoru na Santiago Bernabeu, po upływie kilkunastu miesięcy od pamiętnych ubiegłowiosennych bojów Realu z Borussią,  Łukasz Piszczek zapewne po raz piąty zmierzy się w meczu o ogromną stawkę z madryckim, futbolowym gigantem. Piszczek ma też szansę, by zostać pierwszym polskim piłkarzem, który po raz trzeci wygra mecz z wielkim Realem.

Natomiast za sześć dni, podczas rewanżu w Dortmundzie, swe kolejne szarże na królewską bramkę będzie mógł zaprezentować światu Robert Lewandowski. Byłemu piłkarzowi poznańskiego Lecha zapewne ciężko będzie powtórzyć swój imponujący, strzelecki wyczyn z 24 kwietnia 2013 roku. Przypomnijmy bowiem, że czteropak zaserwowany wówczas Realowi przez Lewandowskiego jest jedynym takim w całej historii występów Królewskich z Madrytu w europejskich pucharach. (a zarazem jedynym w ogóle w całych powojennych dziejach tego wielkiego klubu). Dość powiedzieć, że w przepastnych dziejach rozgrywek Primera Division znalazło się zaledwie czterech takich śmiałków, którzy jeszcze w pierwszej połowie XX wieku ładowali Realowi po cztery gole w jednym spotkaniu (Bestit z CE Europa w 1929 roku, Ventolra dla Barcelony w 1935, Martinez Catala z Espanyolu w 1940 oraz Emilin Garcia dla Oviedo w 1944 roku).

Robert Lewandowski ze swym znakomitym dorobkiem czterech meczów przeciwko Realowi i aż pięciu zdobytych w nich goli, niewątpliwie zapisze się w pamięci fanów Królewskich na całe dziesięciolecia. Żyje w niej też zapewne wciąż Jan Urban, który spośród wszystkich polskich piłkarzy zaliczył najwięcej, bo aż jedenaście starć z Realem (i to w barwach aż trzech klubów), uwieczniając je niezapomnianym hat-trickiem na Santiago Bernabeu. Swe siły z Królewskimi dość często konfrontował również Roman Kosecki, który łącznie aż ośmiokrotnie stawał z nimi oko w oko, strzelając przy tym jednego gola. Bramkarzy Realu Madryt pokonywali też tacy nasi gracze, jak Sekulski, Jegor, Baran, Smolarek, Gorawski czy Krzynówek. A historia pisze się dalej. 

R.

Czytaj także:

Polacy strzelają Realowi