Tragiczni bohaterowie starć Lecha z Legią

Spotkania Lecha z Legią to ogromne emocje nie tylko dla kibiców, ale także dla samych zawodników. Nie wszyscy wytrzymywali jednak presję rangi zawodów i, pomimo najszczerszych chęci, zamiast stać się bohaterami widowiska stawali się jego antybohaterami.

W ciągu ostatnich 15 lat konfrontacje obu ekip nieraz wiązały się z niefortunnymi występami piłkarzy Kolejorza. Oto kilka z nich.

Zawodnik: Michał Kokoszanek

Mecz: Legia Warszawa – Lech Poznań 1:1, sezon 1999/2000

Wszyscy kibice świetnie pamiętają ten smutny sezon, kiedy to Kolejorz spadł z ekstraklasy. Wszyscy kibice pewnie także pamiętają niefortunne interwencje naszego ówczesnego bramkarza – Michała Kokoszanka. Długowłosy golkiper właśnie podczas spotkania z Legią nabawił się przydomku „Kokoszanek-Łowca Bramek”. Nogę do tego przyłożył legionista Jacek Zieliński, po którego strzale z niemal połowy boiska, lechita przepuścił piłkę…. między nogami. Justin Nnorom jednak szczęśliwie strzelił gola i skończyło się na niezłym 1:1 przy Łazienkowskiej. Łatki fajtłapy Kokoszanek już się nie pozbył i szybko zakończył swoją profesjonalną karierę.

Zawodnik: Michał Goliński

Mecz: Lech Poznań – Legia Warszawa 1:2, sezon 1999/2000

Jednym z najefektowniejszych gwoździ do trumny Kolejorza w spadkowym sezonie stanowiła bez wątpienia dramatyczna porażka z Legią przy ul. Bułgarskiej. Całe spotkanie było bardzo wyrównane i wydawało się, że zakończy się remisem. Jednak dość niespodziewanie, sędzia w 82. minucie odgwizdał jedenastkę dla poznaniaków, a jej pewnym egzekutorem był Sławomir Suchomski. Kibice uwierzyli, że wygrana jest na wyciągnięcie ręki. Na nieszczęście już minutę później stan rywalizacji wyrównał Bartosz Karwan. Natomiast w 88. minucie pięknym lobem z narożnika pola karnego popisał się Michał Goliński. Ku zaskoczeniu wszystkich fanów trafił on jednak… do własnej bramki! Rozpacz młodego lechity, który na boisku pojawił się kwadrans wcześniej, była ogromna. Kolejorz przegrał, krótko potem zleciał z hukiem z ekstraklasy. W ramach ciekawostki można jeszcze dodać, że Golina był wtedy krótko po swoich 19. urodzinach. Chyba nie o takim prezencie marzył.

Zawodnicy: cała defensywa

Mecz: Legia Warszawa – Lech Poznań 3:0, sezon 2004/2005


Nieco zapomniane już spotkanie, które kilku byłych lechitów powinno przyprawiać o rumieniec. Nie popisała się wtedy przede wszystkim nasza formacja defensywna (Kuś, Lasocki, Mowlik, Jakubowski) wraz z bramkarzem (Kotorowski). Dość powiedzieć, że w 11. minucie meczu było już 0:2! Poznaniacy w defensywie byli bezradni jak dzieci, a Kotorowski dał się nawet zaskoczyć strzałem z rzutu wolnego z bardzo ostrego kąta. Dowodem bezradności obrońców niech będzie także to, że Marcin Kuś został zmieniony już w 23. minucie spotkania. Mecz do zapomnienia (jeśli chodzi o styl), ale i do zapamiętania (ku przestrodze).

Zawodnik: Bartosz Ślusarski

Mecz: Lech Poznań – Legia Warszawa 1:3, sezon 2012/2013


Ostatnia konfrontacja obu ekip przy Bułgarskiej. Ślusarz jedną bramkę strzelił, ale ilu nie strzelił… Napastnik Kolejorza zmarnował przynajmniej dwie stuprocentowe sytuacje (raz uderzył w słupek, a raz nad poprzeczką) i tylko można gdybać co by było gdyby trafił.

Zawodnik: Mateusz Możdżeń

Mecz: Legia Warszawa – Lech Poznań 1:0, sezon 2012/2013

Cały mecz dobrej walki, a wystarczyła chwila nieuwagi i nadzieje na przywiezienie punktów z Warszawy legły w gruzach. Mateusz Możdzeń szarpał, nękał legionistów bezpardonową grą oraz uderzeniami z dystansu, ale to właśnie jemu w końcówce spotkania uciekł Jakub Kosecki. Lechita salwował się faulem w polu karnym. On sam obejrzał za to przewinienie drugą żółtą, a konsekwencji czerwoną kartkę. Legia natomiast otrzymała rzut karny, którego na zwycięską bramkę zamienił Ivica Vrdoljak.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego „Heej Lech”

P.

Czytaj także:

The best of mecze Lech – Legia

Lech – Legia, święte wojny

Amory przed fuzją, ostatnie spotkanie przyszłych małżonków

Dziś mija osiem lat od symbolicznego spotkania. 25 marca 2006 roku, trochę niepozornie, rozegrany został wyjątkowy mecz. Po raz ostatni na boisku ekstraklasy spotkały się wówczas drużyny Lecha Poznań i Amiki Wronki. Kilka miesięcy później oba kluby, jak wszyscy dobrze wiemy, zostały na mocy fuzji połączone w jedną drużynę.

Na poznańskim stadionie padł remis 1:1 po golach Pawła Buzały i Rafała Murawskiego.

W meczu wzięło udział 12 lechitów

Kotorowski, Bosacki, Anderson, Wójcik, Topolski, Zakrzewski, Buzała, Świerczewski, Scherfchen, Wachowicz, Szewczuk, Reiss

oraz 14 graczy Amiki.

Cierzniak, Wasilewski, Dziewicki, Bieniuk, Wojtkowiak, Kikut, Simr, Bartczak, Murawski, Grzybowski, F. Burkhardt, Gregorek, Micanski, Dembiński

Jak się potoczyły dalsze losy aktorów tego spotkania?

Wsiedli do lokomotywy

Do nowoutworzonego zespołu weszło sześciu lechitów występujących w meczu z Amiką, czyli Kotorowski, Bosacki, Zakrzewski, Scherfchen, Wachowicz i Reiss, oraz siedmiu amikowców – Cierzniak, Wasilewski, Wojtkowiak, Kikut, Murawski, Micanski i Dembiński. Do dziś w Kolejorzu nieprzerwanie występuje jedynie Kotorowski, a Murawski i Reiss grali w nim jeszcze w zeszłym sezonie, gdy wrócili do drużyny po krótszej i dłuższej przerwie.

Zagraniczne saksy

Fuzja, prędzej czy później, wypchnęła wielu zawodników za granicę. Uczestnicy omawianego tu spotkania spróbowali chlebów z pieców takich krain jak Cypr (Scherfchen, Cierzniak, Grzybowski), Turcja (Dziewicki, Bieniuk), Niemcy (Wojtkowiak, Micanski, ostatnio Wachowicz), Belgia (Wasilewski), Anglia (Wasilewski), Szkocja (Cierzniak), Rosja (Murawski) i Szwajcaria (Zakrzewski). Z tego całego towarzystwa wciąż na obczyźnie rezydują Wasilewski, Micanski oraz Cierzniak, a Wojtkowiak i Wachowicz trafili tam zupełnie niedawno.

W tej kategorii należy też rozpatrywać ruchy transferowe dwóch obcokrajowców biorących udział w ostatniej konfrontacji Lecha i Amiki. Brazylijczyk Anderson wrócił do Kraju Kawy, po drodze zahaczając jeszcze o Szczecin, Gdynię i… Jokohamę. Ostatnio widziano go w CE Bento Goncalves. Do domu zawitał również Czech Jaroslav Simr. Po opuszczeniu Wronek przez 1,5 roku grał w holenderskim Excelsiorze Rotterdam, a obecnie występuje w czeskim Spartaku Chrast.

Ekstraklasa przygarnia, z czasem odgarnia

Zdecydowana większość zawodników, którzy nie załapali się do nowego Kolejorza, zasiliła inne kluby ekstraklasy. Latem 2006 roku tylko Zbigniew Wójcik wsparł Zawiszę Bydgoszcz, Tomasz Szewczuk – Śląsk Wrocław, a Paweł Buzała – Lechię Gdańsk. Wszystkie kluby występowały na zapleczu ekstraklasy.

Obecnie na najwyższym szczeblu rozgrywek, poza wspomnianą już trójką obecnych lechitów, dojrzeć można tylko Murawskiego (Pogoń), Buzałę (Lechia), Bieniuka (Lechia) oraz Kikuta (Widzew). Pozostali występują w zespołach z niższych lig.

I liga – Zbigniew Zakrzewski (Miedź Legnica), Filip Burkhardt (Wisła Płock)

II liga – Maciej Scherfchen i Karol Gregorek (Warta Poznań)

IV liga – David Topolski (Victoria Września)

Klasa okręgowa – Zbigniew Grzybowski (Stal Chocianów), Mateusz Bartczak (Chojnowianka Chojnów)

Emerytura bardziej i mniej zasłużona

Dla żadnego z zawodników fuzja nie była jednak bezpośrednim impulsem, żeby zakończyć swoją karierę. Dopiero z czasem zaczęli oni zawieszać buty na kołku. Jako pierwszy na taki krok zdecydował się Jacek Dembiński, który dziś pogrywa jeszcze rekreacyjnie w odbojach Kolejorza. Wyłącznie rekreacyjnie w piłkę gra także Piotr Dziewicki (występuje w Canal + Warszawa). Zabawę w A-klasie zakończył w zeszłym sezonie Zbigniew Wójcik. Z kolei po przygodzie na ławce trenerskiej Motoru Lublin Piotr Świerczewski typowany był ostatnio do… „Tańca z gwiazdami”. Bez klubu od czerwca 2012 roku pozostaje Tomasz Szewczuk i już raczej nie zagości na zielonej murawie. Bartosz Bosacki oficjalnie jeszcze nie zakończył kariery, ale na boisku nie widziano go już od maja 2011. Huczne pożegnanie Piotra Reissa można było za to obejrzeć podczas spotkania Lecha z Koroną Kielce, kończącego sezon 2012/2013.

Bywało ostro

Wspominając ostatnie spotkanie sprzed ośmiu lat warto przywołać również kilka innych meczów obu ekip.

Sezon 1995/1996

Amica – Lech 0:1

Mecz kończący passę czterech meczów Lecha bez zwycięstwa i trzech bez zdobytej bramki. Polecam skrót – dużo w nim niezwykłości:)

Puchar Ligi 2001/2002

Lech Poznań – Amica Wronki 3:2

Puchar Ligi już nigdy nie cieszył się takim zainteresowaniem! Wciąż I-ligowy, ale już z ambicjami na ekstraklasę, złakniony dużej piłki Lech pokonał w dwumeczu sąsiada zza miedzy. Porywający mecz oglądało 18 tysięcy kibiców! Gole: Mowlik x 2, Matlak – Dembiński x 2.

Sezon 2004/2005

Lech Poznań – Amica Wronki 0:4

Jedne z bardziej pamiętnych batów jakie Kolejorz zebrał przy Bułgarskiej. O tyle bolesne, że kompletnie niespodziewane. I do tego dwa piękne gole Kikuta. Ktoś poratuje skrótem?

Sezon 2005/2006

Amica Wronki – Lech Poznań 1:4

Pamiętny mecz w ostatnim sezonie we Wronkach. Ulewa przed meczem, dziesiątki tysięcy kibiców z Poznania, kolejki pod stadionem i czarno-pomarańczowe stroje lechitów.

P.

Tekst na motywach tekstu z programu meczowego

Lecha Poznań „Heej Lech!”

Tło w wielkich drużynach

Obchodzący dziś urodziny Piotr Szarpak (43 lata, wszystkiego najlepszego) to postać reprezentująca pewną szerszą, bardzo ciekawą grupę piłkarzy. Ten były pomocnik jest bowiem zawodnikiem wielkiej drużyny Widzewa Łódź z lat 1995-1997, ale zawodnikiem będącym zawsze w cieniu swoich bardziej utytułowanych i efektowniej grających kolegów. Choć w łódzkim klubie grał łącznie aż osiem lat, to nigdy nie był jego zdecydowanym liderem, a prym wiódł dopiero wtedy, gdy gra widzewiaków podupadła już nieco na jakości. Fani RTS kochają go jednak za dwie szalenie ważne bramki w meczach z Legią: słynnym 2:1 w 1996 roku

oraz 1:0 dwa lata później (piękny gol):

Nigdy nie był jednak w choćby w gronie najlepszych ligowców, nigdy też nie zagrał w reprezentacji.

 W każdej wielkiej drużynie jest tak, że są w niej gwiazdy i są piłkarze w cieniu na nie pracujące. Szarpak z pewnością zaliczał się do tej drugiej grupy. Trudno jednak ocenić, czy na takiej sytuacji zyskiwał (występy w świetnej ekipie z wybitnymi graczami) czy tracił (zawsze w cieniu, zawsze gorszy od kolegi, zwykle niedoceniony). Faktem jednak jest, że można znaleźć jeszcze kilka innych postaci, które (nie) wybiły się w dwóch najlepszych drużynach lat dziewięćdziesiątych: Widzewa 1996-1997 oraz Legii 1994-1996.

Jeszcze zanim zaczął się wielki czas Widzewa to z klubu odeszli solidni napastnicy – Wojciech Małocha, Radosław Kowalczyk oraz Bogdan Pikuta. Później, we wzmacniającym się RTS-ie przepadli solidny defensor Marcin Boguś i utalentowany pomocnik Rafał Kubiak. Na skutek silnej konkurencji dogorywać zaczął także starzejący się już Dariusz Podolski, a na kolejne wypożyczenia trafiał Sławomir Gula. Cóż, postęp wymaga ofiar.

Nigdy też należnego mu choć trochę uznania nie zyskał Paweł Miąszkiewicz – pomocnik za słaby na Widzew, zbyt dobry na wiele innych klubów (12 goli dla RTS w latach 1995-1997). Pisaliśmy o nim niedawno na facebookowym profilu naszego bloga (kto jeszcze nie polubił, to gorąco zapraszamy!).

Tłem dla bardziej kreatywnych kolegów byli wreszcie także dwaj podstawowi defensorzy – Marek Bajor i Daniel Bogusz. W ich przypadku trudno jednak mówić o niespełnieniu. Ten pierwszy to jeden z największych wyjadaczy w historii naszej ekstraklasy, ten drugi grał w reprezentacji i Bundeslidze.

W przypadku Legii należałoby zacząć od mistrzowskiego sezonu 1994/1995. Dziś mało kto już o tym pamięta, ale w warszawskiej kadrze znajdował się wówczas… Arkadiusz Onyszko (nie zagrał ani minuty). Z zbrojącej się ekipy odeszli zaś Juliusz Kruszankin i Zbigniew Grzesik. Do składu nie przebili się młodzi-zdolni Grzegorz Wędzyński oraz Krzysztof Przała (jeden z najmłodszych legionistów w ekstraklasie), a na wypożyczeniach błąkał się natomiast Igor Kozioł.

Z kolei w sezonie „ligomistrzowym”, czyli 1995/1996, na ławce w Legii wysiadywali tacy gracze jak Grzegorz Szamotulski czy Jacek Kacprzak (rok później obaj byli już głównymi postaciami zespołu), a w ogóle poza nią często trafiali solidni całkiem piłkarze jak Andrzej Kubica (więcej o nim tutaj) czy Adam Fedoruk, albo nieco mniej solidni jak Annor Aziz (więcej o nim tutaj), Tomasz Unton czy Roman Oreszczuk (więcej o nim tutaj).

Wyjątkowy jest tutaj także przypadek Zbigniewa Mandziejewicza, który jako jeden z nielicznych ówczesnych legionistów nie grał w reprezentacji. Mandzia był zawsze solidny, ale od pewnego momentu występował już raczej zmiennik jako Jacka Zielińskiego lub innych niedysponowanych kolegów z obrony.

Warto pamiętać o tych problematycznych „beneficjentach splendoru” wielkich drużyn i zadać sobie samemu pytanie – czy lepiej być małym uczestnikiem wielkiej historii czy wielkim bohaterem małej historii.

P.

Czytaj także:

Orły bez orzełka, czyli o piłkarzach, którzy nie zagrali nigdy w reprezentacji Polski

Wielki mistrz gasi światło

Przegrałem, straciłem szansę na walkę o pas, więc po co się dalej bić? – retorycznie pytał w ringu, tuż po porażce z Głazkowem, poobijany Tomasz Adamek. Za te wszystkie lata, w imieniu całej Polski, dziękuję! – podsumował na gorąco, prowadzący rozmowę jeszcze w girlandach unoszącego się nad deskami w Bethlehem bitewnego pyłu, Mateusz Borek. I naprawdę trudno się pod jego słowami nie podpisać. W niedzielę, tuż po czwartej nad ranem, najprawdopodobniej zakończyła się bowiem wspaniała epoka w historii polskiego zawodowego boksu. Wielki mistrz, którego od zawsze interesowały tylko najwyższe sportowe cele, powoli gasi za sobą światło. Czyni to z klasą, która zawsze znamionowała całą jego udaną, spełnioną, bokserską karierę, pozostawiając nas z ogromnym bagażem wspaniałych sportowych wspomnień.

Wszystko, co najpiękniejsze, rozpoczęło się na dobrą sprawę 21 maja 2005 roku w hali w Chicago, gdzie Góral z Żywca, walcząc ze złamanym nosem (podczas walki złamał go ponownie) przeciwko Australijczykowi Paulowi Biggsowi, zdobył tytuł mistrza świata WBO WBC w wadze półciężkiej. 16 października w Dusseldorfie po raz pierwszy efektownie obronił posiadane mistrzowskie trofeum, posyłając na deski, walczącego na własnych śmieciach Thomasa Ullricha. Niemal dokładnie rok później, na chicagowskim gruncie, Adamek stoczył kolejną ringową wojnę z Australijczykiem Briggsem i znów okazał się lepszy, nie pozwalając odebrać sobie mistrzowskiego pasa. Ograbiony został z niego dopiero w lutym 2007 roku przez Chada Dawsona. Adamek przystąpił do tej walki toczonej na Florydzie, będąc najzwyczajniej w świecie chory i zmagając się z gorączką. Jednak sportowa ambicja wzięła górę, trzeba więc było oddać cenne trofeum.

Potem było przejście Adamka do kategorii juniorciężkiej i znów sięganie po najwyższe laury. 11 grudnia 2008 roku w Newark, polski pięściarz wywalczył pas mistrzowski IBF w starciu z Cunninghamem. Góral aż trzykrotnie posyłał wówczas Amerykanina na deski. To była pierwsza walka Tomasza Adamka w Prudential Center w Newark. Odtąd będzie walczył tu bardzo często, to będzie po prostu jego teren i jego kibice. Właśnie w Newark w 2009 roku Adamek dwukrotnie obroni mistrzowski pas w bitwach z Banksem i Gunnem. Nigdy nie dowiemy się jednak jak długo trwałaby hegemonia polskiego pięściarza w kategorii juniorciężkiej. Jesienią 2009 roku zawodnik podejmuje bowiem odważną decyzję o zmianie kategorii wagowej i próbie zrealizowania swego wielkiego marzenia walki o najwyższe cele w królewskiej wadze. Wielu puka się wówczas w czoło, wróżąc Adamkowi bardzo bolesną i króciutką przygodę w wadze ciężkiej.

Wszystko zaczyna się 24 października 2009 roku na łódzkim ringu, w ochrzczonym mianem polskiej walki stulecia, pojedynku dwóch byłych przyjaciół – Adamka i niekoronowanego mistrza, Andrzeja Gołoty. Gołota, mający za sobą walki z największymi ikonami światowego boksu (m.in. Tyson, Lewis, Bowe), stara się deprecjonować klasę rywala, pokpiwając z niego i w swoim stylu pozwalając sobie na żarty niskiego lotu pod adresem dawnego kolegi. Na ringu jednak nie nadąża z liczeniem ciosów, lądujących na własnej twarzy. Adamek jest bohaterem wieczoru, bezlitośnie rozbijając swego dawnego idola i kończąc pojedynek już w piątej rundzie. Zalicza więc bardzo efektowne wejście do królewskiej wagi.

Rozpoczyna się wspaniała przygoda. Na dzień dobry, w Newark, zwycięstwo z Estradą, a potem moment, który z dzisiejszej perspektywy należy uznać, za niewątpliwe apogeum tego wszystkiego, co w wykonaniu Adamka było najlepsze na niwie wagi królewskiej. 24 kwietnia 2010 roku na hali w Ontario miał się definitywnie zakończyć sen Górala o podboju wagi ciężkiej. Walka na terenie rywala, przeciwko uznawanemu za wielką nadzieję amerykańskiego ciężkiego boksu, Chrisowi Arreoli, to było naprawdę ogromne wyzwanie. Adamek pokazał się jednak z jak najlepszej strony. Dominował bardzo wyraźnie i na tle Arreoli zaprezentował się niemal niczym wirtuoz pięściarskiej techniki. Wyglądam teraz jak Shrek. Polak był zdecydowanie lepszy i wygrał w pełni zasłużenie – przyznawał tuż po walce, strasznie opuchnięty i poobijany Arreola. To właśnie po zwycięstwie w Ontario, wielu uwierzyło w to, że spełnienie żywieckiego snu o mistrzowskim pasie wagi ciężkiej jest naprawdę realne. Odtąd, z ogromnym szacunkiem o klasie polskiego boksera zaczęli wypowiadać się niemal wszyscy najlepsi, z Kliczkami, oraz co naprawdę godne odnotowania ze względu na swą niecodzienność, Davidem Hayem na czele. Warto jednak też przypomnieć, że w pojedynku przeciwko Arreoli, po raz pierwszy w narożniku Adamka stanął Roger Bloodworth. Zabrakło w nim natomiast Andrzeja Gmitruka, który bardzo udanie prowadził polskiego pięściarza w poprzednich latach. Do dziś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pozbycie się Gmitruka z obozu Adamka, było jednak dość istotnym błędem Ziggy Rozalskiego.

Cel był jasny i klarowny – walka o mistrzostwo świata. Każdy kolejny podejmowany krok miał pięściarza z Gilowic do niego przybliżać. Adamek boksował więc teraz z wielkimi chłopiskami, by przygotować się do pojedynku z tymi największymi z największych, rodem z ukraińskiej ziemi. Po zwycięstwach nad Grantem, Maddalone czy McBridem przyszła wreszcie kolej na Kliczkę. Początkowo Adamek miał walczyć z Władymirem, lecz ten wolał zmierzyć się ‚Hayemakerem’, więc do walki z polskim pięściarzem stanął dzisiejszy kandydat na prezydenta Ukrainy – Witalij. Gdy 10 września 2011 roku na wypełnionym po brzegi stadionie we Wrocławiu, Tomasz Adamek, wychodził do ringu, emocje sięgały zenitu. Pięściarze nie stworzyli jednak w mieście nad Odrą widowiska na miarę legendarnego starcia Witalija z Lennoxem Lewisem. Adamek tylko w kilku początkowych minutach walki zdawał się nawiązywać w miarę równorzędną walkę z ukraińskim czołgiem. Kliczko obijał Polaka niemiłosiernie, a w dziesiątej rundzie sędzia przerwał pojedynek. To nie był wieczór Adamka. Chyba wszyscy spodziewaliśmy się wówczas po nim znacznie więcej.

Góral nie poddawał się jednak. Postanowił zrobić wszystko, by zasłużyć na swą kolejną szansę walki o mistrzowski pas, przeciwko młodszemu z braci Kliczko. Od tamtego czasu wygrał wszystkie swoje pięć walk. Jednak często można było odnieść wrażenie, że Adamek po pojedynku z Kliczką nie był już tym samym zawodnikiem. We wrześniu 2012 roku podczas starcia w Newark z Travisem Walkerem, Adamek już w drugiej rundzie był liczony, choć ostatecznie przez techniczny nokaut rozstrzygnął walkę na swoją korzyść. Wygrał też prestiżowe starcia z Chambersem i Cunninghamem, ale na dobrą sprawę w żadnym z nich, szczególnie dotyczy to drugiego z wymienionych pojedynków, polski pięściarz absolutnie nie był stroną wyraźnie dominującą. To już po prostu nie był ten sam Adamek. Dostrzegał to chyba nie tylko, jak zwykle bardzo celnie oceniający bokserską rzeczywistość, dawny trener Górala, Andrzej Gmitruk. Wreszcie przed kilkudziesięciu godzinami, Wiaczesław Głazkow na dobre przerwał sen polskiego pięściarza o podbiciu wagi królewskiej. Choć ostatnie minuty tej walki, gdy skrajnie wyczerpany, poobijany i widzący już chyba zaledwie na jedno oko, 37-letni syn żywieckiej ziemi, rzucił na szalę dosłownie wszystko, by spróbować zachować przy życiu swe marzenia o mistrzowskim pasie, były prawdziwą kwintesencją jego sportowej klasy i wspaniałego, niezłomnego charakteru. Nie udało się jednak. Więc po co dalej się bić? Dla kogoś, kto rzeczywiście mierzy w najwyższe cele, nabijanie sobie skarbonki kolejnymi walkami bez perspektyw na prawdziwy sportowy sukces nie ma najmniejszego sensu. Ilu mamy w Polsce sportowców, którzy w podobny sposób podchodzą do tego, co robią?

Tomasz Adamek jest i na zawsze już pozostanie wielkim mistrzem. Triumfatorem dwóch kategorii wagowych. Współautorem wspaniałych, fascynujących, zapierających dech w piersiach pojedynków. A przy tym człowiekiem, którego śmiało można stawiać za wzór młodym nadziejom polskiego sportu. Nigdy nie zapisał się na błazeńskie występy w około bokserskim cyrku. Na potrzeby medialnego show, tak przecież często grającego na najniższych instynktach, nigdy nie obrażał swych rywali. Zachowywał się po prostu dojrzale i odpowiedzialnie, niestrudzenie podkreślając, że swą wartość zamierza udowadniać w ringu, a nie podczas konferencyjnych pyskówek. Rywal nigdy nie był dla niego wypranym z ludzkiej godności kawałkiem armatniego mięsa. Adamek nie wychodził do ringu, aby dawać upust niskim instynktom, niezdrowej agresji, by poczuć krew i ‚zabić’ przeciwnika. Boks jest sportem, a nie bezmyślną, prymitywną bójką. To szermierka na pięści. Zawsze proszę Boga, byśmy ja i mój rywal wyszli z ringu zdrowi – niezmiennie powtarzał przez lata.

Czy to rzeczywiście koniec wspaniałej kariery polskiego mistrza? Boks jest sportem nieprzewidywalnym i wbrew pozorom wszystko tu jeszcze jest możliwe. Cóż za przewrotność losu, można by pomyśleć, że ten sam Arreola, tak sponiewierany w Ontario przez Adamka, jest teraz, na skutek odejścia ku politycznej przygodzie Witalija Kliczko, zaledwie o krok od przytulenia mistrzowskiego pasa, a Adamek, który przed niespełna pięćdziesięcioma miesiącami załatwił Arreoli bolesną przemianę w Shreka, nie będąc zapewne i dzisiaj pięściarzem gorszym od Amerykanina, powoli gasi za sobą światło. I choć zapewne już nigdy nie uda mu się zrealizować pięknego marzenia o mistrzowskim pasie królewskiej wagi, odchodzi niewątpliwie jako sportowiec wybitny i głęboko spełniony. Opromieniony blaskiem blisko pół setki zawodowych zwycięstw oraz sukcesami największymi z możliwych na niwie aż dwóch kategorii wagowych. Po prostu wielki mistrz.

Jestem ogromnie wdzięczny za wszystkie te nieprzespane noce, pełne najwspanialszych sportowych emocji. Nie żałuję żadnej z tych chwil. Kończy się coś naprawdę pięknego w polskim boksie. Dobrze, że mogliśmy to przeżywać. Dziękuję, Panie Tomku!

R.

Kolejne wielkie derby Poznania za nami

Całkiem niedawno, bo 4 lutego minęło dokładnie 80 lat od momentu, gdy Poznań cieszył się swym największym i niepowtarzalnym, jak dotąd, triumfem w hokeju na lodzie. Podczas rozgrywanego zimą 1934 roku turnieju finałowego we Lwowie, poznański AZS naprawdę miał pod górkę. A jednak wygrał wszystko, co było do wygrania.

Najpierw, w uważanym przez wielu za przedwczesny finał, pokonał aktualnych wówczas mistrzów kraju, grających na własnym lodowisku, hokeistów Czarnych Lwów 2:1. Poznańscy akademicy posiadali w swej ekipie zaledwie jednego rezerwowego i na dobrą sprawę grali przeciwko faworyzowanym gospodarzom przez cały mecz w tym samym składzie. Na domiar złego, wyśmienity bramkarz AZS, Józef Stogowski, który wystąpił aż na trzech igrzyskach olimpijskich, poturbowany przez napastnika Czarnych, wpadł z impetem na słupek bramki i na kilka minut stracił przytomność. Gdy ją odzyskał, z obandażowaną głową kontynuował swą znakomitą grę. Bramki Zielińskiego i Warmińskiego pozwoliły poznańczykom odnieść bezcenne zwycięstwo w jaskini lwa. Nie było łatwo również przeciwko kolejnej drużynie występującej na własnej tafli. Akademicy wygrali jednak z miejscową Lechią 2:1, a oba zwycięskie trafienia były dziełem Warmińskiego. Kibice lwowscy bardzo ekspresyjnie demonstrowali swe niezadowolenie z kolejnej poznańskiej wiktorii na ich lodzie, ciskając na taflę nawet… kaloszami. Solidną porcję gwizdów zgarnął też od nich pod swoim adresem legendarny Wacław Kuchar, który był arbitrem tego spotkania. Również w ostatnim swym meczu na finałowym turnieju poznańscy hokeiści mieli przeciwko sobie dwutysięczną, lwowską publiczność. 4 lutego miejscowi kibice żywiołowo dopingowali graczy warszawskiej Legii, bo tylko zwycięstwo stołecznego zespołu pozwalało przedłużyć marzenia o obronie tytułu przez Czarnych. Akademicy z Poznania byli jednak nieugięci, po bramce Krzyżogórskiego na siedem minut przed końcem spotkania, przypieczętowali swój wspaniały sukces. Stogowski, Witalis Ludwiczak czy Zieliński to były ogromnie ważne nazwiska dla ówczesnego polskiego hokeja. Gracze ci występowali przecież na turniejach olimpijskich oraz w mistrzostwach świata, mając możliwość konfrontowania się z najlepszymi z najlepszych. Warto jednak przypomnieć, że swój bezcenny wkład w mistrzowski tytuł dla AZS mieli również tacy gracze, jak Stanek, Kazimierczyk, Urbański, drugi z Ludwiczaków, czy wspomniani już strzelcy bramek w finałowym turnieju: Warmiński i Krzyżogórski.

W epoce przedwojennej grało się w Poznaniu w hokeja nie tylko pod mistrzowskim szyldem AZS. Po lodowych taflach śmigali też zawodnicy takich klubów, jak Lechja, Stella, ŁKP (później jako Warta), Pogoń czy Czarni. Śmiało można by rzecz, że stolica Wielkopolski hokejem stała. Jednak po wspaniałym triumfie akademików z 1934 roku już nigdy później żaden poznański zespół nie znalazł się choćby na podium w krajowych rozgrywkach. W latach 80. proces dogorywania tej dyscypliny sportu w grodzie nad Wartą ostatecznie przypieczętował upadek zespołu Tarpan i zamknięcie lodowiska Bogdanka.

Bardzo dobrze pamiętam, jak u progu lat 90. bez reszty zafascynowany tą lodową dyscypliną sportu, z tęsknotą spoglądałem w kierunku Torunia, który był najbliżej od stolicy Wielkopolski położonym ośrodkiem z hokejem na pierwszoligowym poziomie. Nie mówiąc już o tym, jak bardzo zazdrościłem kuzynom mieszkającym w Tychach, którzy tuż pod nosem, na wyciągnięcie ręki mieli to, od czego mnie dzieliły setki kilometrów. W Poznaniu zionęło w tym temacie wielką, ciemną, głęboką, beznadziejną dziurą. Hokej nam się roztopił i ulotnił. Wyparował po prostu i tyle go widziano.

A dziś? A dziś mamy w grodzie Przemysława aż cztery zespoły i przy pomyślnych wiatrach szansę, by załapać się nawet na kilkanaście w sezonie pojedynków derbowych. Nic to, że dzieje się to wszystko na trzecioligowym froncie w kraju, który sam pałęta się gdzieś tam w trzecim sorcie światowego hokeja. Nic to, że hokejowe występy w stolicy Wielkopolski śledzi zazwyczaj niespełna 23 widzów. PTH, HCP, Mamuty czy Dzikie Krokodyle zapewne nieprędko powtórzą sukcesy sprzed ośmiu dekad, które były udziałem AZS. Gdy jednak przez całe dziesięciolecia nie ma się kompletnie nic, potrafi się docenić nawet to bardzo niewiele. Czasem małe rzeczy naprawdę potrafią cieszyć. Choćby takie, jak to, że podczas dzisiejszych, ćwierćfinałowych, poznańskich derbów PTH-Mamuty, co najmniej kilku naszym graczom (takim, jak m.in. Łukasz Steciuk, Tomasz Ludwinek, Michał Woźnica czy Aleksander Weinert), ani lód, ani łyżwy, ani kije, ani krążek absolutnie nie przeszkadzały w grze. Na dobry początek to już coś. Reszta, być może, przyjdzie później. Krok po kroku. Czy raczej kroczek po kroczku.

No i najważniejsze, że nie grano wyłącznie do jednej bramki. PTH wygrało 15:2 ;)

R.

PS. Mimo wszystko to jednak niesamowite, że na polskim, trzecioligowym froncie grają zawodnicy z Kanady, Szwecji, Finlandii, Słowacji, Islandii czy Japonii… :)

Autostrada Poznań – Łódź

Na zakończenie bieżącej kolejki ekstraklasy Widzew zagra dziś z Lechem Poznań. Łódź ma długie tradycje przemysłowo-handlowe i może właśnie dlatego tamtejszy Widzew miał w ostatnich dwóch dekadach niezwykłą zdolność wyjmowania z Kolejorza jego najcenniejszych zawodników.

   

  

Przez kadrę łodzian, poczynając od sezonu 1993/1994, przewinęło się ponad dwudziestu zawodników, którzy zanim przywdziali koszulkę Widzewa, to przedtem biegali po boiskach w trykotach Lecha. Większość z nich trafiała bezpośrednio z ul. Bułgarskiej na al. Piłsudskiego. Najintensywniejszy ruch można obserwować w czasach świetności Widzewa, czyli w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Oto pełne zestawienie zawodników przenoszących się z Kolejorza do polskiego Manchesteru.

Zawodnik

Lata występów w Lechu

Lata występów w Widzewie

Data transferu

Paweł Wojtala

1991-1996, 2001, 2004

1996

1996

Jacek Dembiński

1992-1996, 2006/2007

1996-1997

1996

Arkadiusz Onyszko

1996/1997

1997/1998

1997

Artur Wichniarek

1994-1997, 2010

1997-1999

1997

Tomasz Augustyniak

1994-2000, 2001/2002

2000

2000

Przemysław Urbaniak

1994-2000

2000-2002

2000

Bartosz Ślusarski

2000-2001, 2002-2003, 2011-2013

2002

2002

Michał Goliński

1999-2003, 2004, 2006

2003

2003

Norbert Tyrajski

2000-2003

2004

2004

Arkadiusz Kaliszan

2003

2004

2004

Nieco osobną kategorię stanowią zawodnicy mocno związani z Lechem, którzy jednak w drodze do Widzewa zwiedzili także inne kluby. Ich również mamy całkiem liczne grono:

Zawodnik

Droga z Lecha do Widzewa

Ryszard Remień

Lech Poznań -> Petrochemia Płock -> Odra Opole -> Pogoń Szczecin -> Widzew Łódź (2000)

Adam Kryger

Lech Poznań -> Odra Wodzisław -> Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski -> Hetman Zamość -> Widzew Łódź (2000)

Paweł Bocian

Lech Poznań -> Orlen Płock -> Widzew Łódź (2001)

Sławomir Suchomski

Lech Poznań -> TSV Havelse (Niemcy) -> Widzew Łódź (2001)

Maciej Scherfchen

Lech Poznań -> Polonia Warszawa -> Widzew Łódź (2003)

Marcin Drajer

Lech Poznań -> Polonia Warszawa -> Widzew Łódź (2004)

Jarosław Białek

Lech Poznań -> Aluminium Konin -> Kujawiak Włocławek -> Widzew Łódź (2005)

Maciej Mielcarz

Lech Poznań -> Amica Wronki -> Górnik Łęczna -> Amica Wronki -> Korona Kielce -> Widzew Łódź (2008)

Marcin Kikut

Lech Poznań -> Ruch Chorzów -> Widzew Łódź (2014)

Co ciekawe, łodzianie już o wiele mniej chętnie przekazywali do Poznania swoich zawodników. Dość powiedzieć, że w analizowanym tu dwudziestoleciu, tylko dwóch zawodników przemierzyło drogę bezpośrednio ze stolicy włókiennictwa do Wielkopolski. Na dodatek byli to gracze bardzo przeciętni – Marek Szemoński oraz Kameruńczyk Tobit Heyuot.

Trafiali jednak do Lecha byli piłkarze Widzewa, którzy z łódzkim klubem byli związanej w bardziej albo mniej odległej przeszłości. Tym sposobem graczami Kolejorza zostali bardzo mocno związani z RTS-em Andrzej Woźniak czy Marcin Zając. Poza tym podróż z Łodzi do stolicy Wielkopolski tranzytem przez kilka innych ośrodków piłkarskich mają za sobą także Robert Wilk, Rafał Grzelak, Arkadiusz Bąk i Zbigniew Czajkowski.

Nawet w obecnej kadrze Kolejorza można znaleźć gracza, który doświadczył także występów w czerwonej koszulce. Łukasz Trałka zarabia na chleb w Poznaniu, ale w Widzewie bawił podczas rundy wiosennej sezonu 2005/2006. Pomocnik Kolejorza to jednak prawdziwy obieżyświat, bo w różnych momentach swojej futbolowej przygody występował w miasta z najbardziej odległych krańców Polski – w Dębicy, Szczecinie, Piotrkowie Trybunalskim, Ostrowcu Świętokrzyskim, Gdańsku czy Warszawie.

Jak widać nieco ponad 200 km dzielących Łódź od Poznania nie robi wrażenia na piłkarzach, którzy chętnie krążą między Kolejorzem a Widzewem.

P.

Tekst pochodzi z programu meczowego

Lecha Poznań „Heej Lech!”

Czterdziesty już nie przeraża

Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy podczas ostatniej kolejki ligowej w bój posłany został młody lechita Jan Bednarek. Numer na plecach: 40.

Przypomniałem sobie zabawną z dzisiejszej perspektywy historyjkę. Gdy, świetny swego czasu pomocnik reprezentacji Portugalii, Paulo Sousa przechodził w styczniu 1998 roku do Interu Mediolan, to otrzymał tam trykot właśnie z numerem 40.

Błyskotliwy zawodnik tym faktem był… przerażony! Głośno żalił się mediom: Czy to znaczy, że w klubowej kadrze jest aż czterdziestu zawodników rywalizujących o miejsce w składzie? Jak w takich warunkach można normalnie trenować? Jak można grać w piłkę? Gdy więc tylko nadarzyła się okazja, to przed sezonem 1998/1999 Sousa poprosił o zmianę numeru. Padło na bardziej już cywilizowaną „19”.

I ten numer okazał się jednak za wysoki dla Portugalczyka, bo w sezonie 1999/2000 występował już z szóstką na plecach.

Na tym przykładzie świetnie widać jak zmienia się współczesny futbol. Czterdziestu zawodników w kadrze ma dziś nawet średnia polska drużyna, nie wspominając już o tym, że numery na koszulkach przyjmują obecnie najdziwniejsze wartości.

Co do samego Sousy, to numerologiczne zawirowania na niewiele się jednak zdały, bo kariery w Mediolanie nie zrobił. O wiele bardziej znany jest ze swoich występów w Benfice, Sportingu, Juventusie i Borussii. Przy okazji – po zakończeniu kariery Portugalczyk został trenerem-obiezyświatem. Prowadził Queens Park Rangers, Swansea City, Leicester City, węgierski Videoton (o jego sukcesach tam pisaliśmy tutaj), a obecnie zasiada na ławce Maccabi Tel Awiw. Mocno odmieniony, trzeba dodać.

P.

Kadrowy Ślusarz

Ostatnie zamieszanie wokół Bartosza Ślusarskiego nie ma charakteru czysto futbolowego. Warto więc wrócić do czasów, gdy Ślusarz imponował głównie umiejętnościami piłkarskimi

Można powiedzieć, że klubowa kariera Ślusarskiego składa się z sześciu etapów. Etap pierwszy to objawienie jego talentu pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Wtedy to jako osiemnastolatek wkroczył z przytupem do ekstraklasy strzelając gole dla spadającego z najwyższej ligi Kolejorza, a później punktując dla niego w II lidze i po powrocie na rozgrywkowy top. Etap drugi to wyrobiona w Grodzisku Wielkopolskim marka solidnego snajpera, w przypadku którego zawsze można liczyć na 7-10 goli w sezonie. Etap trzeci składa się z zagranicznych wyjazdów – najpierw do Portugalii (dobry dla Ślusarskiego czas), a potem do Anglii (ciągłe wypożyczenia i stracony w zasadzie czas). Etap czwarty to powrót do kraju i przeciętne występy w Cracovii. Etap piąty, czyli przenosiny na Bułgarską i przygoda, która przypominała jazdę na rollercoasterze. Wreszcie etap szósty, a więc wielki znak zapytania z Arką Gdynia w tle.

Zenitem jego dokonań międzynarodowych są dwa występy w reprezentacji Polski.

Najbliżej reprezentacji Ślusarski był podczas grodziskiego okresu swojej kariery (2004-2006). Wtedy to opiekunem kadry był Paweł Janas, szkoleniowiec, który naszego napastnika kojarzył z reprezentacji młodzieżowych. Biało-czerwoni przegrali wtedy właśnie eliminacje do EURO 2004, ale szybko stanęli na nogi i z przytupem rozpoczęli eliminacje do MŚ 2006. W marcu 2005 roku byli już jedną nogą na niemieckim mundialu. Do tego czasu wygrali bowiem mecze z Irlandią Północną (3:0 i 1:0), Austrią (3:1), Walią (3:2), Azerbejdżanem (8:0) i przegrali z Anglią (1:2). Orłom do rozegrania zostały więc już tylko cztery rewanżowe potyczki. Janas zaczął już powoli myśleć o zawodnikach, który mogliby uzupełnić szeroką kadrę biało-czerwonych.

Sam Ślusarski był natomiast w tym czasie w trakcie swojego najlepszego, jak na razie, ligowego sezonu. Pomimo urazu z początku rozgrywek strzelał gola za golem (w sumie uzbierał ich 10 w 21 meczach), a jego trafienia torowały także drogę Dyskobolii do późniejszego triumfu w Pucharze Polski 2005 (skądinąd Ślusarz strzelił gola w jednym z finałowych spotkań z Zagłębiem Lubin). Trudno więc dziwić się, że wpadł w oko Janasowi. W efekcie szkoleniowiec zaprosił go na dość egzotyczną wycieczkę kadry – na mecz z Meksykiem w… amerykańskim Chicago.

W składzie na to spotkanie znaleźli się, po pierwsze, tacy wyjadacze jak Artur Boruc, Tomasz Kłos, Marcin Baszczyński, Radosław Sobolewski, Dariusz Dudka czy Arkadiusz Głowacki, po drugie, zawodnicy z zaplecza kadry jak Jarosław Bieniuk, Marcin Burkhardt, Marcin Zając, Tomasz Kiełbowicz czy Patryk Rachwał, a po trzecie debiutanci – Piotr Giza (później sensacyjnie w kadrze na MŚ 2006!), Przemysław Kaźmierczak, Konrad Gołoś, Paweł Brożek (właśnie wtedy debiutował) i właśnie Bartosz Ślusarski. Na stadionie Soldier Field w Chicago Ślusarz wystąpił od pierwszej minuty, a kwadrans przed końcem spotkania zmienił go Patryk Rachwał. Mecz zakończył się remisem 1:1, a bramkę dla Polaków strzelił Paweł Brożek.

Pomimo czystego konta Ślusarz wypracował sobie jednak kredyt zaufania u Janasa, ponieważ ten miesiąc później zaprosił go na kolejne spotkanie – towarzyski sparing z Albanią (1:0) w Szczecinie. Mecz ten miał być kolejnym etapem testowania wybranego grona zawodników pod kątem przydatności reprezentacyjnej. Dlatego też obok Jacka Krzynówka czy Kamila Kosowskiego wystąpili m.in. Paweł Kaczorowski, Maciej Stolarczyk i ówczesny gracz Dyskobolii. Choć impreza skończyła się zwycięstwem Polaków, to dla całego tego tercetu był to jednak pożegnalny występ z orzełkiem na koszulce. Ślusarski w jego ramach zaliczył ostatnie pół godziny zawodów, kiedy to zmienił strzelca jedynej bramki meczu – Macieja Żurawskiego. Wraz z końcowym gwizdkiem szczecińskiego spotkania skończyła się także przygoda Ślusarza z kadrą.

Trudno się jednak dziwić, że Janas odstawił obecnego lechity. W ataku rządził wówczas Maciej Żurawski z Tomaszem Frankowskim, rezerwowym duetem była dwójka Andrzej Niedzielan – Grzegorz Rasiak, a w tle pozostawał jeszcze Paweł Brożek. Ciasno jak w poznańskiej pestce.

P.

Tekst na motywach tekstu z programu meczowego

Lecha Poznań „Heej Lech!”