Pożegnanie z hokejowym świętem w cieniu Klonowego Liścia i Trzech Koron, czyli na kilka chwil przed wielkim finałem

Z całego serca życzyłem Finom niedzielnej szansy na zdobycie upragnionego olimpijskiego złota, które wciąż pozostaje dla nich niespełnionym marzeniem. Czyż nie byłoby to piękne, gdyby kończący właśnie swą wspaniałą, lodową przygodę, niespełna 44-letni Teemu Selanne, występujący na swych szóstych już igrzyskach (szkoda, że uciekło mu Lillehammer, bo byłoby tych turniejów aż siedem), mógł wreszcie zawiesić na szyi ten najcenniejszy z kruszców? A jednak trzeba powiedzieć uczciwie – dziś na soczijskiej tafli obejrzymy pojedynek dwóch reprezentacji, które okazały się być podczas tych olimpijskich zmagań zespołami po prostu najlepszymi.

Doskonale zorganizowana szwedzka maszyna już od samego początku pierwszego, grupowego meczu z Czechami funkcjonowała znakomicie. Również wtedy, gdy w półfinałowym boju przeżywała trudne chwile, wielokrotnie grając w liczebnym osłabieniu przeciwko Suomi, wychodziła obronną ręką z największych nawet opresji. Mając bowiem bramkarza pokroju Henrika Lundqvista śmiało można planować największe nawet sukcesy.

Kanadyjczycy, choć bardzo długo nie zachwycali na rosyjskich lodowiskach, to jednak, podobnie jak Trzy Korony, wygrali przecież wszystkie swoje spotkania, a w decydującym pojedynku przeciwko Amerykanom pokazali niemal pełnię swej klasy. Ich półfinałowy rywal, który dotąd prezentował się na soczijskim turnieju z naprawdę jak najlepszej strony, w piątkowej potyczce bardzo często był na lodzie po prostu kompletnie bezradny wobec całkowicie panujących nad sytuacją hokeistów Klonowego Liścia.

W niedzielnym meczu o złoto, Kanadyjczycy skrzyżują więc swe kije ze Szwedami. Nie pierwszyzna to dla obu ekip, iż spotykają się ze sobą w finałowym o boju o wielką stawkę.

Po raz pierwszy reprezentacje spod znaku Klonowego Liścia i Trzech Koron zmierzyły się w bezpośrednim starciu o najcenniejszy z kruszców podczas letnich igrzysk olimpijskich w Antwerpii. 26 kwietnia 1920 roku na belgijskim lodzie, kanadyjski zespół, oparty w głównej mierze na zawodnikach, w których żyłach krążyła krew islandzkich emigrantów, rozgromił Szwedów 12:1. Aż siedem goli dla zwycięskiej ekipy strzelił w tamtym meczu Sigurdur ‚Frank’ Fredrikson.

 

Na kolejną wzajemną konfrontację o podobnej randze, przyszło obu krajom czekać dość długo. Dopiero po sześćdziesięciu czterech lat, Kanadyjczycy i Szwedzi znów stanęli ze sobą oko w oko, w kontekście batalii decydującej o zwycięstwie w ważnym turnieju. 30 lat temu, w finałowym dwumeczu niezwykle prestiżowego i uchodzącego wówczas za nieoficjalny hokejowy mundial z prawdziwego zdarzenia (bo tylko tu mogli wtedy zagrać w komplecie dla swych narodowych drużyn najlepsi hokeiści z NHL), turnieju Canada Cup, swą wyższość nad rywalem ponownie okazali zawodnicy spod znaku Klonowego Liścia. W pierwszej odsłonie finałowego starcia na tafli w Calgary, 16 września 1984 roku, Kanada wygrała ze Szwecją 5:2. A dwa dni później na lodowisku w Edmonton, po meczu, który był pasjonującym, niezapomnianym widowiskiem, przypieczętowała swój triumf, pokonując Szwedów 6:5. Gospodarze wygrywali już w pewnym momencie aż 5:0 (jedną z bramek zdobył legendarny Wayne Gretzky), lecz reprezentanci Trzech Koron nie zamierzali składać broni i napsuli tego dnia ojczyźnie światowego hokeja sporo krwi. Co ciekawe, najskuteczniejszym strzelcem tamtego turnieju był Szwed Thomas Steen. Parający się dziś w Kandzie polityką, były hokeista, który przez kilkanaście lat strzelił w NHL dla Winnipeg Jets blisko trzy setki goli, to ojciec obecnego zawodnika St. Louis – Alexandra Steena, którego dzisiejszym wczesnym popołudniem zobaczymy w finałowym pojedynku na tafli w Soczi.

Po raz drugi od czasu Antwerpii, w ścisłym olimpijskim finale, hokeistom Kanady i Szwecji przyszło skrzyżować ze sobą kije 20 lat temu, podczas igrzysk w Lillehammer. 27 lutego 1994 roku na norweskiej tafli jesteśmy świadkami naprawdę emocjonującego widowiska. Szwedzi bardzo długo prowadzą po golu Jonssona, lecz w ostatniej tercji, po bramkach Kariyi i Mayera, zwycięstwo wymyka im się z rąk. Trzy Korony przywraca do gry, swym wyrównującym, a uzyskanym na dokładnie 109 sekund przed końcową syreną trafieniem, Magnus Svensson. W serii rzutów karnych bohaterem okażą się, efektownie i skutecznie strzelający Peter Forsberg oraz bramkarz Tommy Salo, na którego sposobu nie będzie potrafił znaleźć w decydującym momencie Paul Kariya.

Był to jedyny, jak dotąd, triumf Szwedów nad Kanadyjczykami podczas ich bezpośrednich starć w ścisłym finale wielkich turniejów. A spotkają się ze sobą obie ekipy w finałowych okolicznościach jeszcze dwukrotnie z rzędu przy okazji mistrzostw świata.

11 maja 2003 roku, w finałowym meczu na lodowisku w Helsinkach, oba zespoły znów serwują nam porywający spektakl. W regulaminowym czasie gry, podobnie jak w Lillehammer znów pada remis 2:2. Gdy dobiega końca czternasta minuta dogrywki, w bardzo ciekawych okolicznościach, trafieniem na wagę ‚golden goal’, zapewniającym Kanadyjczykom tytuł mistrzów świata, popisuje się ówczesny gracz New York Rangers, ciemnoskóry Anson Carter. Powrót do równowagi emocjonalnej po tym meczu zajmie mi zapewne dobry miesiąc – wyznał tuż po szczęśliwym zwieńczeniu finałowych trudów, trener Kanadyjczyków, Andy Murray.

Niemal dokładnie rok później, ponownie jesteśmy świadkami finałowego pojedynku na mistrzostwach świata pomiędzy reprezentacjami Kanady i Szwecji. Choć 9 maja 2004 roku na praskiej tafli, Trzy Korony jeszcze po pół godzinie gry prowadzą 3:1 (jedną z bramek zdobył Daniel Alfredsson, którego i dziś zobaczymy na lodzie), to jednak finisz zdecydowanie należy już do rywali, którzy pokonują Lundqvista raz za razem i Szwedzi ostatecznie przegrywają z Kanadyjczykami 3:5.

Poza dwoma wspomnianymi olimpijskimi finałami z Antwerpii 1920 i Lillehammer 1994, od czasu gdy na zimowych igrzyskach biorą udział również najlepsi hokeiści z NHL, reprezentacje Kanady i USA wpadły na siebie dotąd dwukrotnie.

14 lutego 1998 roku na tafli w Nagano, Szwedzi objęli prowadzenie po golu Lidstroema, lecz Nieuwendyk, MacInnis i Blake, wyprowadzili dyrygowany na lodzie przez Gretzkyego zespół na prowadzenie. Kontaktową bramkę uzyskał na 10 minut przed końcem Sundin, a potem już żadnej z drużyn nie udało się skierować krążka do siatki rywala i Kanadyjczycy wygrali 3:2.

Osiem lat później, podczas igrzysk w Salt Lake City, Szwedzi zemścili się całkiem srogo, dość niespodziewanie pokonując, już na dzień dobry, późniejszych triumfatorów całej imprezy 5:2 (m.in. dwa trafienia Matsa Sundina).

Czeka nas zatem wczesnym niedzielnym popołudniem kolejne starcie o najwyższą stawkę pomiędzy dwoma hokejowymi gigantami. Gdy weźmie się pod uwagę doskonale zorganizowaną grę w defensywie obu zespołów, a przede wszystkim postać Lundqvista w szwedzkiej bramce, być może na nadmiar bramek nie ma co liczyć, ale już na nadmiar emocji jak najbardziej. Warto w tym miejscu raz jeszcze przypomnieć, że od igrzysk w Oslo z 1952 roku minęły aż 62 lata, zawierające w sobie osiem kolejnych hokejowych turniejów olimpijskich, organizowanych na Starym Kontynencie, podczas których zespołowi spoza Europy nie udało się zgarnąć złota. Czy igrzyska w Soczi dopiszą się do tej listy jako dziewiąte z kolei, czy też Kanadyjczycy przełamią wreszcie passę olimpijskiej niemocy na europejskim lodzie? Dowiemy się wszyscy już niebawem.

Oczekując na pierwsze uderzenie krążka podczas finałowej batalii, znajdujemy się u progu szczytu i kresu zarazem, olimpijskiego turnieju. Można więc pozwolić już sobie na kilka refleksji podsumowujących powoli imprezę, którą mogliśmy przeżywać przez ostatnie kilkanaście dni. I właśnie warto przede wszystkim pamiętać o specyfice tego turnieju, nazywanego przez niektórych wręcz błyskawicznym. 12 dni to naprawdę niewiele czasu na rozegranie hokejowej imprezy na tak wysokim poziomie sportowym. Nie ma tu oczywiście nad czym kruszyć kopii, bo warunki podyktowane zostały, w ogromnej mierze, wymaganiami szefostwa NHL, które wyłącznie na tak krótki okres zgodziło się puścić za Ocean swych najlepszych graczy. Dyskutować zaś już można, i moim zdaniem jak najbardziej należy, nad samą formułą olimpijskiego turnieju. Nie jest chyba do końca zdrowym rozwiązaniem, że zespół, który przegrywa swoje wszystkie mecze w fazie grupowej, wciąż jeszcze ma szanse bić się o medale. Oczywiście, jak zawsze i we wszystkim – są tacy, którzy na tym stracą (w Soczi byli to choćby Szwajcarzy), jak i tacy, którzy zdecydowanie zyskają (vide Łotwa), ale generalnie sam pomysł tak ogromnego osłabienia znaczenia rozgrywek grupowych nie należy chyba do najlepszych. Uważam, że znacznie korzystniejszym rozwiązaniem byłoby po prostu dopuszczenie do igrzysk szesnastu hokejowych ekip i powielenie schematu piłkarskiego Euro z ostatnich lat, czyli zorganizowanie rozgrywek z czterema czterodrużynowymi grupami, z których wychodziłyby po dwie najlepsze, bijące się już potem systemem pucharowym (oczywiście bez rewanżów;) o olimpijskie medale.

Gdzieś w pamięci zagnieździ się zapewne wiele wspomnień z tego turnieju. Myślę jednak, że poza dzisiejszymi finalistami, szczególne słowa uznania należą się również Finom. W ćwierćfinałowym boju, pewnie pokonali, wyrzucając z turnieju gospodarzy igrzysk. Również w półfinale mieli swoje szanse przeciwko Szwedom. Kilkukrotnie grali przecież w przewadze, przez jakiś czas nawet w pięciu na trzech, prowadzili 1:0 i mieli kilka naprawdę niezłych okazji do zadania kolejnego, być może decydującego ciosu. Szwedzi okazali się jednak być w piątek, zespołem lepszym, bardziej wyrachowanym i mającym nieco więcej szczęścia. Kto wie jednak, jak potoczyłyby się losy półfinałowego pojedynku, gdyby bramkę Suomi tego dnia, mógł zamurować swoim zwyczajem, znakomity na tej imprezie Tuukka Rask. Tego niestety nigdy się już nie dowiemy. Znamienne jednak, że w sobotnim meczu o brąz, już z Raskiem między słupkami, który obronił aż dwa karne egzekwowane przez Amerykanów, Finlandia nadspodziewanie gładko rozbiła USA 5:0. Nie ukrywam, że cieszyłem się wraz z Finami, gdy niespełna 44-letni, wcielony hokejowy fenomen, który zwie się Teemu Selanne, będący najlepszym europejskim strzelcem w dziejach NHL, uzyskując w meczu o brąz swe kolejne trafienia, przechodził do historii również jako najskuteczniejszy gracz w całych dziejach igrzysk olimpijskich.

Duże wrażenie zrobił też na mnie styl i pewność amerykańskiego marszu w drodze do najlepszej czwórki turnieju. I choć tam, podopieczni Bylsmy ponieśli już dwie dość wyraźne porażki, to jednak z Soczi mogą z pewnością wyjeżdżać z podniesionymi głowami. Zawiedli za to na pewno gospodarze, których Owieczkin, Daciuk czy Małkin mieli wprowadzić co najmniej do strefy medalowej, a na dobrą sprawę zespół ten, poza całkiem niezłą grą w grupowym, przegranym zresztą meczu przeciwko USA, niespecjalnie miałby się czym pochwalić. Niedosyt z pewnością towarzyszy także występowi Czechów, których barwy – co jest wydarzeniem godnym odnotowania nie tylko z kronikarskiego punktu widzenia – reprezentowali w Soczi m.in. 42-letni Jaromir Jagr oraz rok starszy Petr Nedved, który jeszcze na igrzyskach w Lillehammer grał… dla Kanady. Słowacy, poza dzielną postawą, zaprezentowaną w meczu z gospodarzami igrzysk, zawiedli bodaj najbardziej spośród wszystkich ekip jeżdżących po rosyjskich lodowych arenach. Zdecydowanie większe oczekiwania wobec występu swej reprezentacji mieli też z pewnością szwajcarscy kibice. Helweci w pojedynkach grupowych (pokonali Czechów i Łotyszy, minimalnie ulegli Szwedom) zdawali się potwierdzać swe medalowe aspiracje oraz przekonywać, że wywalczony zeszłej wiosny tytuł wicemistrza świata nie był dziełem przypadku. Gdy jednak przyszło do decydującego boju o ćwierćfinał, niespodziewanie zostali w pokonanym polu (o absurdalnej formule rozgrywek, w myśl której, Helweci mając 6 punktów na koncie, musieli w ogóle taki pojedynek toczyć z Łotwą, której konto punktowe świeciło pustką – już pisałem). Inna sprawa, że fakt, iż Szwajcarzy w swych czterech olimpijskich występach strzelili zaledwie dwa gole, powodów do jakiejś nadmiernej dumy im nie przynosi. Warto jednak zauważyć, że w ogóle, we wszystkich trzech spotkaniach fazy grupowej, z udziałem Szwajcarii, padły łącznie zaledwie trzy gole! Łotyszom, którzy urządzili wspomnianym Szwajcarom wieczorek pożegnalny z igrzyskami w Soczi, uśmiech z ust po tym turnieju, usuwać zapewne trzeba będzie operacją chirurgiczną, bo i niewątpliwie mają oni dość istotne powody do zadowolenia. Już w fazie grupowej, choć zdobyczą punktową się nie skalali, to jednak absolutnie wstydu nie przynieśli, ponosząc minimalne porażki. Potem jednak mieli swoje wielkie chwile w meczu przeciwko Szwajcarom, a i w ćwierćfinałowym boju bardzo dzielnie walczyli z Kanadyjczykami, psując im mnóstwo krwi i będąc naprawdę całkiem blisko sprawienia ogromnej sensacji. Na długo zapamiętam fantastyczną postawę w łotewskiej bramce Gudlevskisa oraz niespotykanie widowiskowy, brawurowy i wręcz heroiczny sposób, w jaki ocalił swój zespół od utraty gola obrońca Kristaps Sotnieks (niewykluczone, że kiedyś, po wielu latach, właśnie tylko ów wyczyn defensora z Rygi będzie żył jeszcze w katalogu mej pamięci, w szufladce pod hasłem: „hokej na igrzyskach Soczi 2014”). Austriackie trio zza Oceanu wsławiło się głównie specyficznym sposobem koncentrowania się przed decydującym meczem ze Słowenią, ale tak czy inaczej, muszę przyznać, że ogromne wrażenie robiła na mnie snajperska klasa Grabnera, który grając przecież w jednym z najsłabszych na tym turnieju zespołów, zdołał mimo wszystko uzbierać pokaźną liczbę trafień. Nieoczekiwaną i niekwestionowaną zarazem rewelacją olimpijskich zmagań była reprezentacja Słowenii. Zwycięski mecz przeciwko Słowakom wyszedł im niemal perfekcyjnie. Kopitar i spółka wznieśli się wówczas na prawdziwy szczyt swoich możliwości. Ale nadspodziewanie dzielnie walczyli oni również w meczach z Rosją, USA czy Szwecją. Austriaków rozstrzelali niemal bezlitośnie, sensacyjnie zapewniając sobie ćwierćfinał. Z tymi ostatnimi poległa na tym turnieju tylko Norwegia. Trudno jednak powiedzieć, by przyniosła ona swym kibicom wstyd na tych igrzyskach, a w meczu z Rosją czy Kanadą, jej gra momentami naprawdę mogła się podobać. Zresztą w ogóle należy podkreślić, że poziom zespołów biorących udział w soczijskim turnieju był bardzo wyrównany. Dawno już do lamusa odeszły czasy, gdy któraś z hokejowych potęg mogła sobie pozwolić na pastwienie się podczas igrzysk nad którąś ze słabszych drużyn, aplikując jej dwucyfrową różnicę bramek. Na rosyjskich taflach najwyższym zwycięstwem było 7:1, które już na dzień dobry Amerykanie zaserwowali… Słowacji. Mieliśmy też w Soczi jeden wynik zakończony bezbramkowym remisem w regulaminowym czasie gry oraz aż cztery spotkania, w których padła zaledwie jedna bramka.

Coraz częściej i coraz mocniej odzywają się niestety głosy, że turniej w Soczi, to szósty z rzędu, lecz zarazem być może, ostatni już taki zajazd hokejowej śmietanki pod szyldem pięciu olimpijskich kół. Dlatego tym bardziej należy docenić tę wspaniałą ucztę, którą przez ostatnich dwanaście dni mieliśmy możliwość się raczyć. Hokej na zimowych igrzyskach, z udziałem tych najlepszych z najlepszych, to niewątpliwie najwspanialsza światowa promocja i afirmacja tej pięknej, fascynującej i porywającej dyscypliny sportu. 

R.

Przełamując fale. Czy Amerykanom się uda? Czy Finowie zdołają?

Bywały całe, długie epoki w hokejowych dziejach, gdy każde zerknięcie na dzisiejsze, półfinałowe pary w oczywisty sposób pachniałoby nieuniknioną finałową rozgrywką o olimpijskie złoto pomiędzy zespołami Kanady i Szwecji. A jednak, zarówno amerykańscy, jak i fińscy, młodsi bracia swych niegdysiejszych, surowych nauczycieli lodowego rzemiosła spod znaku kija i krążka, wcale nie zamierzają oddawać im pola w piątkowych potyczkach i skrzętnie planują własny udział w meczu o najcenniejszy z kruszców, będących do zdobycia na zimowych igrzyskach. Czekają nas dziś zatem na soczijskich taflach dwa wspaniałe, hokejowe klasyki, a zarazem zapewne fascynujące sportowe widowiska na poziomie najwyższym z możliwych.

Przyznam szczerze, że zespół USA zrobił na mnie, jak dotąd, zdecydowanie najlepsze wrażenie spośród wszystkich ekip, uczestniczących na hokejowym turnieju olimpijskim, rozgrywanym w Rosji. Amerykanie grają naprawdę z polotem i niesłychanym zaangażowaniem, prezentując coś, co śmiało można by zdefiniować jako hokej totalny. Podopieczni Bylsmy są na tych igrzyskach niemal bliscy perfekcji. Przyznam się bez bicia, że pomimo, iż zespół spoza Europy, na igrzyskach rozgrywanych na Starym Kontynencie, sięgnął ostatnio po olimpijskie złoto aż 62 lata temu w Oslo, to jednak znakomita dyspozycja reprezentantów USA na rosyjskich taflach, skłoniła mnie nawet do tego, by po fazie grupowej, po raz pierwszy od dawna zaryzykować drobną kwotę mamony w trybach bukmacherskich młynów (dzieci, nie róbcie tego same, hazard to bardzo niebezpieczna zabawa) i postawić na ich końcowe zwycięstwo w turnieju. A przecież na tych igrzyskach, los ich wcale nie rozpieszczał. Najpierw trafili do ‚grupy śmierci’, a potem i w ćwierćfinale, i teraz w półfinale również przydzielono im rywali z najwyższej półki. To jednak nie przypadek, że Amerykanie pozostawili w pokonanym polu zespoły tej klasy, co Słowacja, Rosja czy Czechy. Teraz czeka ich konfrontacja z aktualnymi mistrzami olimpijskimi z Vancouver. Kanadyjczycy jednak przypominają nieco w Soczi głęboko uśpionego tygrysa, który niekoniecznie musi zdążyć przebudzić się na czas. Wygrali, co prawda, grupowe zmagania z Finami, ale męczyli się w meczach, w których absolutnie nie mieli prawa tego robić (przeciwko Norwegom czy Łotyszom) i jeśli podobnie niemrawą dyspozycję zaprezentują w boju o finał przeciwko Amerykanom, nie wróżę im łatwej przeprawy.

Gdy porówna się całościowy dorobek obu ekip na igrzyskach olimpijskich, czy mistrzostwach świata, nie ma wątpliwości, czyja gablotka mieni się większym blaskiem, bijącym od zdobytych trofeów. Kanadyjczycy aż ośmiokrotnie zdobywali olimpijskie złoto, dokładając do tego, cztery srebrne i dwa brązowe medale wywalczone na igrzyskach. Reprezentanci USA natomiast stawali na najwyższym olimpijskim podium dwukrotnie, zresztą czynili to tylko wówczas, gdy rzecz rozgrywała się na ich lodowiskach, w Squaw Valley (1960) oraz Lake Placid (1980). Ośmiokrotnie bywali też na olimpiadzie nagrodzeni srebrem i raz brązem. Na hokejowych mistrzostwach świata, Kanadyjczycy triumfowali aż 24 razy (wywalczając w latach 1920-32 aż sześć tytułów z rzędu), trzynastokrotnie zadowalali się wicemistrzostwem świata, a dziesięć razy zgarniali brąz i aż do początku lat 60. byli niekwestionowanym hegemonem światowego hokeja, oddając potem pałeczkę pierwszeństwa na mistrzowskich turniejach ekipie ZSRR. Dość powiedzieć, że na swe kolejne tytuły mistrzowskie, przyszło hokeistom spod znaku Klonowego Liścia czekać bardzo długo. Olimpijskie złoto wróciło do nich dopiero w 2002 roku, po oczekiwaniach trwających dokładnie pół wieku, a tytuł mistrza świata przytulili w 1994 roku, po upływie przeszło trzech dekad od momentu, gdy uczynili to poprzednim razem. Amerykanie natomiast uzyskiwali tytuł mistrza świata dwukrotnie, dziewięć razy zadowalali się wicemistrzostwem globu, a sześciokrotnie nagradzani bywali brązem. Na jeden z dwóch najcenniejszych kruszców podczas hokejowego mundialu, kibice w USA czekają już od 54 lat. Warto jednak pamiętać, że ze względu na bardzo ograniczony udział zawodników z NHL – hokejowym mistrzostwom świata daleko swym prestiżem do rozgrywek toczonych podczas igrzysk olimpijskich.

Hokeiści Kanady i USA po raz pierwszy w ważnych turniejowych okolicznościach skrzyżowali ze sobą kije na… letnich igrzyskach olimpijskich w Antwerpii. W półfinałowym spotkaniu, rozegranym 26 kwietnia 1920 roku, reprezentanci kraju uznawanego za ojczyznę i kolebkę hokeja na lodzie, po golach Fredricksona i Johanessona, pokonali USA 2:0. Cztery lata później, już na zimowej olimpiadzie we francuskim Chamonix, Kanadyjczycy wygrali 6:1. W 1932 roku na własnym lodzie, podczas olimpijskich zmagań w Lake Placid, reprezentanci Stanów Zjednoczonych, postawili się już rywalom bardzo mocno. Pierwszy mecz przegrali dopiero w dodatkowym czasie 1:2, a w drugim nawet trzy dogrywki nie przyniosły rozstrzygnięcia i spotkanie zakończyło się remisem 2:2. 26 lutego 1933 roku, w ścisłym finale rozgrywanych w Czechosłowacji mistrzostw świata, po trzynastu latach od pierwszej wzajemnej, konfrontacji o dużą stawkę, Amerykanom udaje się wreszcie, po raz pierwszy w historii, pokonać po dogrywce (2:1) na ważnym turnieju zespół Klonowego Liścia. Niespełna rok później, 11 lutego 1934 roku, drogi hokeistów obu ekip znów przetną się ze sobą w ścisłym finale mistrzostw świata, lecz na mediolańskiej tafli, pomimo uzyskania prowadzenia przez USA, ostatecznie po zwycięstwie 2:1 triumfować będzie Kanada. To ważna data, bo choć od tamtego czasu minęło dziesięć dni temu dokładnie 80 lat, Amerykanie i Kanadyjczycy już nigdy więcej nie zagrali ze sobą w meczu ścisłego finału mistrzostw świata. I choć już od bardzo dawna turnieje te odbywają się co roku, to na przełomie ostatniego stulecia, Amerykanom udało się zaledwie sześciokrotnie pokonać na nich odwiecznego rywala. Łupnia dostawali za to bardzo często, bo łącznie blisko pół setki razy. Niejednokrotnie były to porażki w zatrważających rozmiarach, takich jak choćby 2:16 (na MŚ w 1951 roku) czy 1:12 (MŚ ’55 i ’58). Choć warto przypomnieć, że ostatnie starcie na mistrzostwach z 2012 roku, wygrali po dogrywce właśnie Amerykanie (5:4).

Na olimpijskim szlaku dochodziło za to niejednokrotnie do zaciętych, wyrównanych bojów. Po nieznacznie przegranym przez USA 0:1 spotkaniu z 1936 roku na IO w Garmisch Partenkirchen, po wojnie jeszcze dwunastokrotnie obie reprezentacje stawały naprzeciw siebie podczas zimowych igrzysk. Do 1994 roku cztery te spotkania wygrali Kanadyjczycy (St. Moritz 1948 – 12:3, Innsbruck 1964 – 8:6, Grenoble 1968 – 3:2, Sarajewo 1984 – 4:2), w dwóch padł remis (Oslo ’52 – 3:3, Lillehammer ’94 – 3:3), a dwukrotnie triumfowali Amerykanie (Cortina d’Ampezzo ’56 – 4:1, Squaw Valley ’60 – 2:1).

Warto jednak w tym miejscu wspomnieć, że nim u schyłku XX wieku, na zimowe igrzyska znów zaczęli przyjeżdżać zawodnicy najlepsi z najlepszych, rolę swoistego hokejowego mundialu, podczas którego można było zweryfikować rzeczywistą siłę poszczególnych narodowych ekip (gdyż grały tam one po prostu w swych najsilniejszych składach, opartych na jeżdżących po lodowiskach NHL graczach) pełnił turniej Canada Cup. To właśnie tam mogły stanąć naprzeciw siebie reprezentacje Kanady i USA w swym pełnym rynsztunku. Pomiędzy 1976 a 1991 rokiem odbyło się pięć takich turniejów, a zarazem siedem pojedynków kanadyjsko-amerykańskich. Trudno byłoby wyłowić spośród nich choćby jeden taki, który nie byłby porywającym, fascynującym i emocjonującym do granic możliwości, hokejowym spektaklem. Co prawda aż sześć z tych spotkań wygrał zespół Klonowego Liścia, a reprezentacji USA udało się zaledwie jeden z nich zremisować (w 1984 roku, 4:4), ale wszystkie te pojedynki były niezwykle wyrównane.

Gdy we wrześniu 1991 roku, Kanadyjczycy podczas finałowej rozgrywki, dwukrotnie pokonali USA (w Montrealu 4:1, w Hamilton 4:2), euforii w kraju Klonowego Liścia nie było końca.

W 1996 roku turniej Canada Cup został formalnie zastąpiony tworem o nazwie Puchar Świata, który ze względu na udział w nim całej hokejowej śmietanki, swym prestiżem bił oczywiście na głowę rozgrywane corocznie mistrzostwa świata. Turnieje World Cup odbyły się jednak zaledwie dwukrotnie – w 1996 oraz 2004 roku.

Na World Cup ’96 hokeistom Kanady i USA przyszło skrzyżować ze sobą kije aż czterokrotnie, i aż trzykrotnie triumfowali wówczas Amerykanie! Najpierw w rozgrywkach grupowych, pokonali zespół Klonowego Liścia 5:3 (m.in. po dwa trafienia zaliczyli w tym spotkaniu Gretzky i Hull; ten ostatni zdobył piątą, przypieczętowującą zwycięstwo gospodarzy bramkę w ostatnich sekundach meczu). W pierwszym, niezwykle dramatycznym meczu finałowym na filadelfijskim lodowisku lepsi okazali się jednak być goście. Choć Le Clair na siedem sekund przed końcem regulaminowego czasu uratował Amerykanom remis, to jednak ostatecznie Kanadyjczycy wygrali 4:3, a decydującą bramkę zdobył dopiero w jedenastej minucie dogrywki niezawodny Steve Yzerman. Dwa dni później w Montrealu lepsi okazali się jednak reprezentanci USA, którzy zwyciężyli 5:2. W trzecim, decydującym i porywającym, finałowym pojedynku na montrealskiej tafli, Amerykanie, choć jeszcze na kilka minut przed końcem, po efektownym golu Adama Foote, przegrywali z gospodarzami 1:2, dzięki swemu fantastycznemu finiszowi (w ostatnich siedmiu minutach padło łącznie aż pięć goli!) oraz dwóm trafieniom uzyskanym w ostatnich czterdziestu sekundach spotkania, ponownie pogrążyli rywali w identycznych rozmiarach 5:2, triumfując w całym turnieju. Był to ogromny i niezwykle prestiżowy sukces amerykańskiego hokeja. Mam wciąż żywo przed oczami widok smutnego, zrezygnowanego Wayne Gretzkyego, przyglądającego się z boksu swego zespołu, szalonej euforii amerykańskich graczy po końcowej syrenie.

Osiem lat później, w montrealskiej hali, podczas drugiej i ostatniej edycji Pucharu Świata, Kanadyjczycy pokonają USA 2:1.

W Nagano w 1998 roku, rozpoczęła się dla hokeja na igrzyskach zupełnie nowa era. Wraz z pojawieniem się na olimpijskim turnieju wszystkich najlepszych graczy z NHL, hokejowy spektakl spod znaku pięciu olimpijskich kół nabrał posmaku wydarzenia absolutnie wyjątkowego, które pośród gier zespołowych można porównać chyba wyłącznie do futbolowego mundialu.

16 lutego 1998 roku, już podczas fazy grupowej, wyjechały do wzajemnej konfrontacji na japońskim lodzie, ekipy Kanady i USA naszpikowane największymi gwiazdami tej dyscypliny sportu. Z jednej strony Gretzky, Yzerman, Shanahan, Sakic, Recchi, z drugiej Hull, Tkachuk, Modano, Roenick. Kanadyjczycy, dyrygowani na lodzie przez największą legendę światowego hokeja – Wayne Gretzkyego okazali się tego dnia silniejsi od rywali. Na cztery trafienia Primeau (dwa gole), Zamunera i Sakica, skromną odpowiedź znalazł wyłącznie jeden z najskuteczniejszych snajperów w dziejach NHL – Brett Hull. Zespół Klonowego Liścia zwyciężył dość wyraźnie 4:1.

Cztery lata później, 24 lutego 2002 roku, stawką toczonego podczas igrzysk w Salt Lake City pojedynku odwiecznych rywali było już olimpijskie złoto. Oba zespoły w finałowym meczu znów zaserwowały nam niezapomniane, genialne widowisko, demonstrując hokej niemal z innej planety. Upragnione prowadzenie dla gospodarzy uzyskał Amonte, doprowadzając halę do euforii. Lodowe święto popsuł jednak Amerykanom Joe Sakic, który najpierw wyprowadził gości na prowadzenie 3:2, a 20 sekund przed końcem meczu, dobił USA, ustalając wynik finałowej rozgrywki na 5:2 dla Klonowego Liścia. Tego dnia, dowodzona na lodzie przez gwiazdy pokroju Mario Lemieux czy Yzermana, światowa ojczyzna hokeja, świętowała wywalczenie swego pierwszego od półwiecza, olimpijskiego złota.

Amerykanie postanowili zemścić się na słodko i 21 lutego 2010, podczas grupowej fazy olimpijskiego turnieju w Vancouver, popsuli radość z igrzysk gospodarzom imprezy, wygrywając z nimi 5:3. Choć na 3 minuty przed końcem meczu, Crosby sprawił swym trafieniem, że gospodarze igrzysk przegrywali już zaledwie jedną bramką, to jednak Ryan Kesler na 45 sekund przed końcową syreną zadał decydujący cios, posyłając krążek do pustej, kanadyjskiej bramki i ustalając wynik spotkania na 5:3 dla USA.

Siedem dni później, 28 lutego 2010 roku, obu zespołom znów przyszło skrzyżować ze sobą kije. Tym razem stawką było już olimpijskie złoto. Jonathan Toews i Corey Perry wyprowadzili gospodarzy na dwubramkowe prowadzenie. Kontaktową bramką odpowiedział Kesler, a na 25 sekund przed końcem finałowego spotkania, Zach Parise uciszył halę w Vancouver, wyrównując stan meczu na 2:2. Ostatnie słowo należało jednak do Kanadyjczyków. Gdy dochodziła ósma minuta dogrywki Sidney Crosby zdobył gola na wagę złota. Końcowy triumf, podobnie jak osiem lat wcześniej w Salt Lake City, stał się więc udziałem Kanadyjczyków. Warto też nadmienić, że wszystkich pięciu strzelców goli z finałowej potyczki w Vancouver, zobaczymy podczas dzisiejszej, półfinałowej batalii w Soczi, co z pewnością gwarantuje moc wrażeń.

Jak Kanadyjczycy dla Amerykanów, tak równie wymagającym starszym bratem i srogim nauczycielem hokejowego rzemiosła, byli niegdyś dla Finów, Szwedzi. Pierwsze wzajemne widzenia na lodowej tafli przyprawiały zapewne kibiców Suomi o porządny ból zębów. Rozpoczęło się podczas mistrzostw świata w 1949 roku od prawdziwego szwedzkiego potopu i porażki fińskich adeptów hokejowej sztuki aż 1:12. Dwa lata później było już nieco lepiej, bo tylko 3:11. Przez niemal dwie dekady scenariusz kolejnych, wzajemnych konfrontacji wyglądał mniej więcej tak samo – Szwedzi bili i patrzyli czy równo puchnie. Fińscy hokeiści solidnie obrywali, lecz obrywając postanowili przy tym nie próżnować i powolutku uczyli się nabywania umiejętności, jak sprawiać swym szwedzkim rywalom coraz więcej problemów na tafli. W 1959 roku na mistrzowskim turnieju udaje im się, po raz pierwszy w historii, zremisować z zespołem Trzech Koron 4:4. A po 21 latach od pierwszego fińsko-szwedzkiego pojedynku w meczu o stawkę, Suomi odnoszą wreszcie swe pierwsze historyczne zwycięstwo nad Ruotsi, jak nazywa się w Finlandii Szwedów. By smak zwycięstwa był jeszcze słodszy, fińscy hokeiści dokonują tego wyczynu w jaskini lwa, czyli podczas mistrzostw świata rozgrywanych na sztokholmskim lodowisku. Sensacyjne i efektowne zwycięstwo 3:1 rekompensuje Finom blisko dwie dziesiątki, poniesionych dotąd, często bardzo dotkliwych klęsk, podczas wzajemnych widzeń na lodzie. Dwa lata później, 12 marca 1972 roku, w trakcie igrzysk w Sapporo, hokeiści Suomi znów okażą się lepsi od Szwedów, wygrywając 4:3, a kilkadziesiąt dni później, wygrają również na praskich mistrzostwach 5:4.

Od lat 70. kiełkuje powoli nowy etap w dziejach lodowych zmagań pomiędzy reprezentacjami Finlandii i Szwecji. Choć Suomi wciąż jeszcze częściej przegrywają niż wygrywają w ważnych meczach ze swym potężnym sąsiadem, to jednak jest to już rywalizacja zdecydowanie bardziej wyrównana. Finom udaje się odnieść kilka niezwykle spektakularnych zwycięstw w tych najbardziej prestiżowych pojedynkach z ekipą Trzech Koron. W 1976 roku Suomi wygrywają z nimi mecz w Canada Cup 8:6, a wiosną 1985 roku, podczas mistrzostw świata w Pradze aż dwukrotnie gromią odwiecznych rywali 5:0 i 6:1. Wysoko wygrają również na wiedeńskich mistrzostwach dwa lata później (4:1). Podczas olimpijskich zmagań w Lake Placid, Calgary i Albertville aż trzy ich spotkania z rzędu kończą się remisem. Finowie triumfują za to 3:1 na lodowisku w Toronto, podczas rozgrywanego w 1991 roku turnieju Canada Cup.

10 maja 1992 roku na praskim lodowisku, Finom i Szwedom, po raz pierwszy w historii przychodzi zmierzyć się ze sobą w finale mistrzostw świata. Choć tydzień wcześniej, w rozgrywkach grupowych Suomi zwyciężają 3:1, w pojedynku o złoto górą będą Ruotsi, którzy wygrają 5:2.

Trzy lata później sytuacja się powtórzy. Tym razem jednak to Finowie będą górą. Ćwierć wieku po pierwszej, historycznej wiktorii odniesionej w jaskini szwedzkiego lwa, Suomi zdobędą Sztokholm aż dwukrotnie w trakcie jednego turnieju. Najpierw pokonają gospodarzy w rozgrywkach grupowych 6:3, a dwa tygodnie później, 7 maja 1995 roku, na lodowej tafli w stolicy Szwecji, pokonają w finałowym spotkaniu o mistrzostwo świata odwiecznych rywali 4:1. Bohaterem spotkania zostanie Ville Peltonen, który zdobędzie aż trzy pierwsze trafienia i będzie asystował przy golu na 4:0, którego uzyska Timo Jutila.

Szwedom i Finom bardzo przypadną do gustu cykliczne, co trzyletnie, wzajemne konfrontacje na finałowym szczeblu mistrzostw świata. Co ciekawe, wiosną 1998 roku, podczas światowego czempionatu na szwajcarskim lodzie, oba zespoły zmierzą się ze sobą aż trzykrotnie i łącznie padną w tych spotkaniach zaledwie… dwa gole, a żadnego z nich nie zdobędzie zespół Suomi. W rozgrywkach fazy grupowej Trzy Korony wygrają 1:0. W finałowym dwumeczu, rozegranym 16 i 17 maja 1998 roku na lodowisku w Zurychu, najpierw pada bezbramkowy remis, a nazajutrz Szwedzi, dzięki jedynemu trafieniu Tomberga na dziesięć minut przed końcem spotkania, zapewniają sobie triumf.

Po raz czwarty i ostatni, jak dotąd, Suomi i Ruotsi zmierzyli się w finale mistrzostw świata niespełna trzy lata temu. 15 maja 2011 roku, na tafli w Bratysławie, aż do 40 minuty meczu Finlandia przegrywała tę potyczkę 0:1, by ostatecznie, w końcowych dwudziestu minutach spotkania, zdecydowanie przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść i efektownie rozgromić Szwedów aż 6:1! Immonen, Nokelainen, Kapanen, Pesonen, Pyorala, Philstrom ładowali kolejno gumowy krążek do bramki rywala.

Co warte podkreślenia, łącznie aż piętnastu hokeistów z tamtego finałowego spotkania (dziewięciu Finów i sześciu Szwedów) wyjedzie dziś zapewne na lodowisko w Soczi, by powalczyć o olimpijski finał.

Od momentu, gdy w igrzyskach biorą udział najlepsi hokeiści z NHL, aż do dzisiejszego piątku, reprezentanci Finlandii i Szwecji trzykrotnie skrzyżowali ze sobą kije na olimpijskich turniejach. 18 lutego 1998 roku, podczas ćwierćfinałowej potyczki w Nagano na dwa trafienia fińskiego supersnajpera Teemu Selanne, odpowiedział tylko Peter Forsberg, strzelając dwanaście sekund przed końcem spotkania kontaktową bramkę. Spośród dwóch legendarnych graczy NHL, którzy stanęli wówczas przeciwko sobie na lodzie, to Jari Kurri triumfował więc nad Matsem Sundinem. Co ciekawe, w tamtym, rozegranym aż przed ponad szesnastu laty pojedynku, obok Selanne, wystąpił również inny hokeista, który będzie miał dziś okazję zagrać w półfinałowym boju na tafli w Soczi – Szwed Daniel Alfredsson.

Osiem lat po ćwierćfinałowej batalii z Nagano, 26 lutego 2006 roku, na lodowisku w Turynie Suomi i Ruotsi spotykają się w wielkim olimpijskim finale. Początek jest wymarzony dla Finów. Na skutek pięknej bramki Timmonena kończą oni pierwszą tercję prowadząc 1:0. W drugiej odsłonie Zetterberg i Kronwell wydzierają Suomi upragnione złoto. Nadzieję przywraca im przytomne, wyrównujące trafienie Peltonena, lecz dziesięć sekund po rozpoczęciu ostatniej tercji Lidstroem, swym znakomitym strzałem z dystansu przesądzi o końcowym triumfie Szwedów 3:2. Finowie nigdy dotąd nie byli tak blisko olimpijskiego złota, jak wówczas na turyńskiej tafli, lecz znów musieli obejść się smakiem. Na najcenniejszy z kruszców polują na igrzyskach do dziś. Warto również nadmienić, iż w pamiętnym olimpijskim, turyńskim finale sprzed ośmiu lat, wystąpiło łącznie aż ośmiu graczy, których zobaczymy dziś zapewne na soczijskim lodzie. Poza Selanne i Alfredssonem, są to również: Timmonen i O.Jokinen u Finów oraz Lundqvist, Kronwall, Zetterberg i D.Sedin u Szwedów.

  

Ostatni jak dotąd szwedzko-fiński pojedynek, który odbył się pod szyldem pięciu olimpijskich kół, rozegrany został cztery lata temu w Vancouver. Tam, jeszcze w fazie grupowej, zespół Trzech Koron dość gładko rozprawił się z Finlandią w stosunku 3:0.

Również ostatnie ważne spotkanie o stawkę, z udziałem obu ekip – zeszłoroczny, sztokholmski bój o finał mistrzostw świata, wygrali Szwedzi 3:0. A nazajutrz sięgnęli na swym lodowisku po złoto i noszą obecnie zaszczytny tytuł aktualnych mistrzów świata.

Gdyby spojrzeć na całościowy dorobek obu ekip, podobnie jak Kanadyjczycy Amerykanów, również i Szwedzi wciąż jeszcze biją Finów na głowę. Dwa olimpijskie złota, dwa srebra, sześć brązów, a do tego aż dziewięć tytułów mistrza świata i dziewiętnaście wicemistrzowskich na koncie Trzech Koron, a przede wszystkim, przeszło dwukrotnie większa ilość zwycięstw odniesionych nad Finlandią w bezpośrednich starciach na ważnych turniejach – robi wrażenie. Również i na turnieju w Soczi Szwedzi grają naprawdę znakomicie. Finowie są jednak niesłychanie głodni najcenniejszego z hokejowych trofeów, którym jest olimpijskie złoto, a którego nigdy, jak dotąd, nie dane im było posmakować. Ten głód sukcesu, w połączeniu ze szczególnym ładunkiem motywacyjnym, jaki w obu opisanych przypadkach, wyzwalają zawsze w zespołach Suomi i USA spotkania, rozgrywane przeciwko swym dawnym nauczycielom hokejowej sztuki, a przede wszystkim, znakomita dyspozycja prezentowana i przez Finów, i przez Amerykanów podczas obecnych igrzysk, sprawiają, że żaden z tych zespołów, w swej walce o spełnienie złotego, olimpijskiego marzenia, absolutnie nie stoi na straconej pozycji. Wszystko to daje nam chyba gwarancję doświadczenia dziś ogromnej dawki hokeja na poziomie najwyższym z możliwych. Wydaje mi się przy tym, że w niedzielnym olimpijskim finale, na tafli w Soczi, nie zmierzą się ze sobą Kanada i Szwecja. Choć oczywiście mogę się mylić ;) Za kilkanaście godzin wszyscy będziemy znacznie mądrzejsi :)

Rosyjsko-fińska wojna zimowa na hokejowej tafli

Gdy u zmierzchu 1939 roku ojczulek Stalin wysyłał z przyjacielską wizytą do Finlandii swą czerwoną zarazę na czołgach, spodziewał się łatwego i szybkiego sukcesu. Przeliczył się jednak wręcz niebywale, a nieudana ‚wojna zimowa’ sporo go kosztowała. Znacznie łatwiej szło już za to, przez całe dekady, zwyciężanie swych fińskich rywali, sowieckim hokeistom. Na lodowych taflach, reprezentanci ZSRR upokarzali Suomi bardzo regularnie, bardzo długo i bardzo boleśnie. Tamte czasy odeszły jednak już dawno do lamusa. Dzisiejszym wczesnym popołudniem, gospodarzy igrzysk w Soczi czeka zacięty bój, a nas wszystkich być może kolejna, niezapomniana hokejowa uczta z udziałem obu zespołów, podczas której zdarzyć się może dosłownie wszystko.

Pierwsze hokejowe kroki na międzynarodowej arenie Finowie zaczęli stawiać znacznie wcześniej niż nasi wschodni sąsiedzi, lecz były one dla nich bardzo niełatwe. W lutym 1939 roku reprezentanci Suomi po raz pierwszy stanęli w szranki na turnieju o mistrzostwo świata. Podczas imprezy rozgrywanej w Szwajcarii, na dzień dobry dostali porządny łomot od reprezentantów Trzeciej Rzeszy 1:12, a potem przegrali też swe wszystkie cztery pozostałe spotkania. Po dziesięciu latach, w 1949 roku, Finowie znów rywalizowali o hokejowe mistrzostwo globu, dostając srogie, dwucyfrowe nauczki od Szwecji (1:12) czy Czechosłowacji (2:19), ale i odnosząc swe pierwsze zwycięstwo na światowym czempionacie, pokonując Norwegów 7:3. Od 1957 roku, reprezentanci Finlandii wystąpili na wszystkich kolejnych turniejach o mistrzostwo świata, lecz bardzo długo nie odgrywali w nich jakiejkolwiek poważniejszej roli.

W przeciwieństwie do hokeistów ZSRR, którzy na międzynarodową arenę wkroczyli z przytupem w 1954 roku, już na dzień dobry zdobywając mistrzostwo świata. Aż po kres istnienia Kraju Rad, jego hokejowi przedstawiciele będą niekwestionowanym supermocarstwem w tej lodowej dyscyplinie sportu i nigdy nie zejdą poniżej brązu na wielkich turniejach, w których wezmą udział. Aż 22 razy wywalczą mistrzostwo świata, a siedmiokrotnie sięgną też po olimpijskie złoto.

Po raz pierwszy w meczu o poważną stawkę, hokejowe szlaki Finlandii i ZSRR krzyżują się ze sobą, właśnie podczas debiutanckich, a zarazem zwycięskich dla drużyny sowieckiej, mistrzostw z 1954 roku. Na francuskim lodowisku, zawodnicy radzieccy pokonują wówczas Suomi 7:1. Przez następne 34 lata oba zespoły rozegrają ze sobą jeszcze łącznie aż 43 mecze o punkty na wielkich turniejach i zaledwie dwukrotnie uda się Finom przegrać w mniejszych rozmiarach aniżeli różnicą trzech goli! Aż dziesięciokrotnie natomiast notują po stronie strat bramkowych wartości dwucyfrowe, z których najpokaźniejszą jest ta z mistrzostw świata z 1970 roku, o przykrym dla Suomi brzmieniu 1:16. Trudno więc dziwić się euforii mieszkańców Finlandii, gdy po całych dekadach bolesnych upokorzeń w licznych konfrontacjach z radziecką, lodową machiną, podczas igrzysk w Calgary, 28 lutego 1988 roku, ich reprezentacja, po decydującym trafieniu Erkki Lehtonena, uzyskanym na równo sto sekund przed końcem spotkania, wreszcie po raz pierwszy w historii, pokonuje na wielkim turnieju odwiecznego rywala 2:1. Dodatkowo, tym zwycięstwem, Finowie, niemal rzutem na taśmę zdobywają swój pierwszy, poważny, hokejowy medal.

Opromienieni przywiezionym z kanadyjskich lodów, olimpijskim srebrem, reprezentanci Suomi powoli wkraczają w przedświt swej pięknej, hokejowej epoki. Wiosną 1992 roku dołożą do powiększającej się powoli kolekcji łupów, kolejny srebrny kruszec, wywalczając podczas rozgrywanego u naszych południowych sąsiadów turnieju, swój pierwszy w historii medal mistrzostw świata. To już drugie, zdobyte przez nich srebro w okresie ostatnich czterech lat. Jeszcze kilkukrotnie, aż do końca istnienia na mapie Europy, groźnego Czerwonego Smoka, będą musieli uznawać wyższość graczy ZSRR w meczach o stawkę, ale nigdy nie będą to już bezlitosne pogromy, jak drzewiej bywało.

Po rozpadzie Związku Radzieckiego, zespoły Finlandii i Rosji po raz pierwszy krzyżują ze sobą kije, w ważnych turniejowych okolicznościach, podczas igrzysk w Lillehammer w 1994 roku. Tu reprezentanci Suomi odbijają sobie z nawiązką na spadkobiercach hokejowej czerwonej potęgi i rozgniatają rywali aż dwukrotnie, wygrywając najpierw 5:0, a potem, w meczu o brązowy medal 4:0. Gablotka na medale zapełnia się w następnych latach coraz bardziej. Naród, który na hokejowy kruszec czekał blisko pół wieku, teraz w przeciągu dwóch dekad z haczykiem (1988-2011) wywalczy łącznie aż 16 medali! Dwukrotnie sięgnie po mistrzostwo świata (1995, 2011), sześciokrotnie po wicemistrzostwo globu (1992, 94, 98, 99, 2001, 2007), dwukrotnie po olimpijskie srebro (1988, 2006), trzykrotnie olimpijski brąz (1994, 98, 2010) oraz trzykrotnie brąz na mistrzostwach świata (2000, 06, 08). Jak doskonale widać brakuje tu tylko najważniejszego z olimpijskich trofeów.

Hokeiści rosyjscy natomiast, odkąd u początku lat 90. zaczęli występować jako samodzielna reprezentacja, zdecydowanie musieli zapomnieć o marzeniach zdominowania światowych lodowisk na miarę ekipy radzieckiej z okresu jej złotej epoki. Rosjanie, w ostatnich dwóch dekadach sięgnęli co prawda czterokrotnie po mistrzostwo (1993, 2008, 09, 12) i dwa razy po wicemistrzostwo świata (2002, 2010), zdobywając ponadto wicemistrzostwo olimpijskie (1998) czy olimpijski brąz (2002), lecz przytrafiały im się również i takie występy, jak ten na światowym czempionacie, którego byli gospodarzami w 2000 roku, kiedy to zajęli dopiero jedenaste miejsce, czy w 2004 roku, gdy uzyskali dziesiątą lokatę.

Powróćmy jednak do bezpośrednich starć obu ekip. Od momentu, gdy Finowie mierzą się już nie z ZSRR, lecz z samodzielną reprezentacją Rosji bilans ich wzajemnych batalii przebiega w sposób niemal doskonale wyrównany. Na turniejach mistrzostw świata oba zespoły potykały się ze sobą piętnastokrotnie i solidarnie rozstrzygnęły na swoją korzyść po siedem spotkań, jedno kończąc remisem. Wiele z nich rozgrywanych było na szczeblu ćwierć lub półfinałowym. Wiele z nich znajdowało również swe rozstrzygnięcie dopiero po dogrywce lub w karnych. Ale były i takie spotkania, jak to wygrane  przez Finlandię na MŚ w 2004 roku 4:0, czy dla odmiany, to z 2008 roku, gdy tym razem Rosjanie triumfowali 4:0. Natomiast podczas zeszłorocznego czempionatu, w bezpośrednim starciu górą była Finlandia, która pokonała Rosję 3:2.

Warto jednak w sposób szczególny przyjrzeć się pojedynkom rosyjsko-fińskim na turniejach olimpijskich, od czasu, gdy na igrzyskach mogą wreszcie barć udział również wszyscy najlepsi hokeiści z NHL, bo one dadzą nam prawdziwy podgląd tego, czego możemy się dziś spodziewać na tafli w Soczi. Począwszy zatem od 1998 roku, Finowie i Rosjanie spotkali się dotąd na lodowisku w rozgrywkach pod szyldem pięciu kół olimpijskich czterokrotnie, dzieląc się zwycięstwami znów sprawiedliwie i po równo. Niewątpliwie natomiast cechą wspólną, łączącą te cztery odsłony fińsko-rosyjskich lodowych zmagań, jest bezsporny fakt, iż wszystkie one były widowiskami porywającymi i niezapomnianymi.

Oba fascynujące starcia naszpikowanych gwiazdami zespołów (Bure, Fiedorow, Jaszyn, Kurri, Tikkanen), podczas igrzysk w Nagano, przechylili na swoją korzyść Rosjanie. Najpierw w rozgrywkach grupowych, 15 lutego 1998 roku pokonali Suomi 4:3, choć ci prowadzili już nawet 3:1.

Zaledwie pięć dni później w boju o finał, dzięki fenomenalnie grającemu tego dnia Pawłowi Bure, Rosja prowadziła już 3:0, lecz Helminen, Rintanen i Selanne podnieśli swój zespół z kolan, doprowadzając do remisu. Na trafienie Żamnowa, odpowiedział Koivu, lecz nieuchwytny niczym błyskawica Bure był na japońskiej tafli bezlitosny dla rywali. Strzelił tego wieczoru łącznie aż pięć goli i zapewnił swej drużynie finał kosztem Suomi.

Cztery lata później, podczas igrzysk w Salt Lake, Paweł Bure znów ma zamiar pogrążyć Finów. Szybko strzela im gola, lecz tym razem Selanne, Eloranta i Lehtinen, nie zamierzają zadowalać się drugoplanową rolą i odwracają losy spotkania, dając swej drużynie bezcenne zwycięstwo 3:1 nad Rosją.

Wreszcie 24 lutego 2006 roku na turyńskiej tafli, w boju o olimpijski finał, Finowie, po golach Peltonena, Lydmana, Koivu i O.Jokinena deklasują Rosjan, pewnie wygrywając 4:0.

Wypada również nadmienić, że spośród graczy, których zobaczymy dziś na lodowisku w Soczi, tylko Teemu Selanne, zaliczający właśnie swoje szóste igrzyska, zagrał we wszystkich czterech wspominanych tu pojedynkach z Nagano, Salt Lake City oraz Turynu.

Gorąco zachęcam do tego, aby raz jeszcze (choćby w wielkim skrócie – dzięki zamieszczonym powyżej filmikom), przypomnieć sobie i przeżyć te fantastyczne hokejowe uczty, jakie zaserwowali nam w przeszłości gracze obu ekip na olimpijskich taflach, gdyż zawierają one w sobie niespotykany wręcz ładunek najpiękniejszych sportowych emocji, które są w stanie porwać nawet tych, którzy niekoniecznie fascynują się hokejem na co dzień. Ale jeszcze goręcej zachęcam do tego, by nie przegapić dziś swej szansy na uczestnictwo w naprawdę pasjonującym spektaklu, którym być może znów zechcą obdarować nas hokeiści reprezentacji Rosji i Finlandii, jak mają to od lat w swoim zwyczaju. Spodziewajmy się wszystkiego, co w tej dyscyplinie najlepsze i najpiękniejsze. Szansa, że się zawiedziemy jest naprawdę niewielka.

R.

Futbol na zimowych igrzyskach?

Raczej nieprędko. Choć bywały i takie mecze w historii piłkarstwa, które śmiało mogłyby stawać w szranki z hokejem na lodzie, ubiegając się o miano najbardziej widowiskowej, zimowej dyscypliny sportu w grach zespołowych. Piłka na śniegu zaliczyła już kilka znaczących epizodów, zapisując w dziejach polskiego futbolu całkiem nielichy podrozdział. Przypomnijmy sobie zatem kilka mgnień z tej bielszej odsłony piłki kopanej.

Chyba najbardziej spektakularnym wycinkiem ze zmagań reprezentacji biało-czerwonych na zimowym puchu, był rozegrany w niedzielne południe 5 listopada 1961 roku na Stadionie Śląskim mecz z Danią. Śnieg pokrył tego dnia chorzowską murawę naprawdę bardzo grubą warstwą. Andrzej Gowarzewski w swym bezcennym, encyklopedycznym dziele „Biało-czerwoni”, w następujących słowach opisuje tamto wydarzenie: Niespodziewany atak zimy już na początku listopada, połączony z gwałtownymi opadami śniegu, groził odwołaniem spotkania. Goście zachowali się po rycersku, przyjmując na wiarę, że i dla Polaków kopanie piłki na śnieżnym kobiercu nie jest codziennym zajęciem, a więc szanse obu stron będą równe. Nie były – nasz zespół znakomicie ożywiał zmarzniętych widzów, niemal w równych odstępach czasu zdobywając aż pięć goli! Najlepiej w kopnym śniegu czuł się Ernest Pol, który uzyskał hat-tricka i podopieczni Ryszarda Koncewicza rozgromili wówczas Danię aż 5:0.

Eugeniusz Faber

Niemal pół wieku później, zima postanowiła zaanektować chorzowski obiekt jeszcze wcześniejszą porą. 14 października 2009 roku polscy piłkarze, pozbawieni już szans awansu na afrykański mundial, ślizgali się w eliminacyjnym pojedynku przeciwko słowackim kadrowiczom. A że hokejowa klasa w nieporównanie wyższym stopniu znamionuje naszych południowych sąsiadów, to oni lepiej utrzymywali się na białej nawierzchni, świętując tego dnia swój sukces. Choć i biało-czerwoni postanowili kilkukrotnie udowodnić, że zimowe dyscypliny nie są im obce. Bardzo efektownie pokazał się już w początkowych minutach spotkania Seweryn Gancarczyk, który spektakularnym wślizgiem pokonał zdezorientowanego Jerzego Dudka, strzelając dla rywali zwycięską bramkę i zapewniając Słowakom historyczny awans na mundial. Jednak również pozostali biało-czerwoni nie składali broni. Po strzale Mariusza Lewandowskiego, odbitym od słowackiej poprzeczki, spadła z niej za kołnierz golkipera rywali blisko tona śniegu, lecz nasze konto bramkowe niestety nie uległo dzięki temu wzbogaceniu. Choć starał się także i nasz Jeleń, nie były to jednak warunki dla niego przyjazne. Mucha za to czuł się na śniegu niczym ryba w wodzie, ratując swej drużynie bezcenne zwycięstwo. Ówcześni podopieczni Stefana Majewskiego zapewne nie pielęgnują w zakamarkach swej pamięci nadmiernie ciepłych wspomnień z chorzowskich zabaw na śniegu.

Również na międzynarodowych szlakach polskich drużyn klubowych w europejskich pucharach niejednokrotnie witały ich śnieżne kobierce.

Właśnie na białym puchu, we francuskim St. Etienne, przegrali swą szansę na półfinał Pucharu Mistrzów, późnym przedwiośniem 1975 roku, piłkarze chorzowskiego Ruchu. W pierwszym meczu u siebie, Bula, Marx i spółka wygrywali już nawet 3:0, ostatecznie pokonując jednak rywali zaledwie jedną bramką. Mecz rewanżowy we Francji zupełnie im się nie ułożył. Stracili decydujące gole zarówno na początku, jak i na końcu spotkania po, trzeba to przyznać, nader kontrowersyjnych decyzjach węgierskiego arbitra. Przegrywając 0:2 pożegnali się z marzeniami o wywalczeniu miana najlepszego klubowego zespołu na Starym Kontynencie.

Prawdziwą śnieżną epopeję zanotował na swym koncie w rozgrywkach Ligi Europejskiej poznański Lech. Mecze rozgrywane w stolicy Wielkopolski z Udinese (20 luty 2009), Bragą (17 luty 2011), czy przede wszystkim z Juventusem Turyn, obfitowały nie tylko w nadmiar emocji, lecz również i białego puchu zalegającego płytę boiska. O ile podczas dwóch pierwszych z wymienionych spotkań, dało się jeszcze jakoś grać w piłkę, o tyle znaczna część pojedynku przeciwko słynnemu Juve była już toczona w głęboko anormalnych warunkach, przy śniegu sypiącym z nieba z impetem wodospadu. Kolejorz jednak, żadnego z wymienionych spotkań nie ma prawa zaliczyć do nieudanych, a bój z drużyną bianco-nerich, to wydarzenie, które zapisało się w sercach jego fanów prawdziwie złotymi, choć oblodzonymi zgłoskami. Nie ulega wątpliwości, iż futbol w swej śnieżnej odsłonie na miarę poznańskiego meczu z 1 grudnia 2010 roku, śmiało mógłby się ubiegać o paszport do Soczi :)

R.

Tak to się robi. Słoweńcy na medal

Niespełna dwumilionowy naród, posiadający nieliczną gromadkę 886 zarejestrowanych hokeistów, święci dzisiejszej soboty na oczach całego świata swój największy triumf w całej historii tej lodowej dyscypliny sportu. Zespół mający w składzie zaledwie jednego gracza z NHL, nie tylko pokonał, ale dał na olimpijskiej tafli prawdziwą lekcję hokeja, naszpikowanym gwiazdami Słowakom – byłym mistrzom (2002) i wicemistrzom świata (2012), którzy na poprzednich igrzyskach w Vancouver zajęli czwarte miejsce. Choć słoweński hokej zapewne nie wyjedzie z Soczi przyozdobiony którymkolwiek z kruszców, to jednak za to wszystko, czego udało mu się dokonać na przestrzeni ostatnich dwóch dekad, naprawdę należy mu się medal.

Jugosławia nigdy nie była hokejową potęgą. Nawet nazwać ją średniakiem byłoby raczej czymś na kształt komplementu. Dokładnie 30 lat temu na igrzyskach w Sarajewie reprezentacja Polski rozgromiła gospodarzy turnieju aż 8:1. 3 kwietnia 1991 roku na Mistrzostwach Świata gr. B w Ljubljanie biało-czerwoni znów ogrywają Jugosławię 6:3 i powracają wówczas do grona hokejowej elity. Rok później jugosłowiański zespół spadnie aż do trzeciej ligi światowego hokeja. Od tego właśnie poziomu, podczas turnieju na własnym lodowisku w Ljubljanie wiosną 1993 roku, rozpoczną swą żmudną, wytrwałą i godną podziwu wspinaczkę na salony hokeiści reprezentacji Słowenii. Jeszcze w 1994 roku na MŚ gr. C przegrywają aż 0:9 ze Słowakami, których dziś w Soczi rozłożyli na łopatki. W kwietniu 1998 roku Słoweńcy po raz pierwszy krzyżują kije na turnieju mistrzowskim grupy B. Jeszcze w kwietniu 2000 roku podczas mistrzostw rozgrywanych na taflach w Katowicach i Krakowie, Słowenia przegrywa z reprezentacją Polski 1:3 i tylko korzystniejszym bilansem bramek udaje się bałkańskim hokeistom utrzymać na drugim poziomie światowego hokeja. Jednak już dwa lata później, gdy biało-czerwoni zaliczają swą ostatnią, jak dotąd, przygodę wśród najlepszych, Słoweńcy właśnie debiutują w elitarnym gronie. Pierwszego gola, w przegranym 1:8 meczu z Rosją strzeli Marcel Rodman, który do dziś jest pewnym punktem zespołu. Dzięki swym dwóm zwycięstwom na tamtym turnieju, Słoweńcy, m.in. kosztem Polaków, których pokonują 4:2, utrzymają się na najwyższym szczeblu mistrzowskich rozgrywek. Możliwość częstej konfrontacji z najlepszymi stopniowo przynosi owoce. W 2006 roku Słowenia potrafi już bardzo dzielnie postawić się nawet takim potęgom, jak Finlandia (3:5) czy Czechy (4:5), a podczas ubiegłorocznego czempionatu, dopiero po dogrywce ulega w Sztokholmie Kanadyjczykom (3:4). I pomyśleć, że jeszcze w 2010 roku na mistrzostwach gr. B w Ljubljanie, Słoweńcy strasznie męczyli się z biało-czerwonymi, wygrywając zaledwie 3:2.

Dziś natomiast, debiutujący na igrzyskach olimpijskich zespół Słowenii, przeżywa właśnie swoje najpiękniejsze chwile. Trafił przecież do prawdziwej ‚grupy śmierci’ (Rosja, USA, Słowacja) i skazywany był przez tzw. znawców nawet na dwucyfrowe porażki. Zadziwił jednak już na dzień dobry, stawiając bardzo trudne warunki Rosjanom, a potem sprawiając, że znakomici słowaccy hokeiści byli momentami na tafli w Soczi bezradni i zagubieni niczym dzieci we mgle. Słowenia więc triumfuje. To nie przypadek. To efekt mądrego, ciekawego i dalekowzrocznego pomysłu na hokej, przez długie lata wdrażanego cierpliwie i z wiarą, że inwestycja prędzej czy później się opłaci. Progres jaki poczynił słoweński hokej na przestrzeni ostatnich dwóch dekad jest wręcz niebywały. Można być niewielkim narodem, ze stosunkowo nieliczną grupą hokeistów. Można nie mieć silnej krajowej ligi, ogrywając się na co dzień w austriackiej EBEL. Można zbierać kadrowiczów po klubach (i to nie zawsze pierwszoligowych) rozsianych po niemal całym Starym Kontynencie. Można. Trzeba mieć jednak równocześnie dobry, klarowny, świadomy pomysł na hokej. Anze Kopitar i spółka zrywają dziś owoce, które od lat powoli, lecz nieustannie wzrastały pod lodem słoweńskich tafli. Jeśli więc w naszej, rodzimej walce o powrót do hokejowego świata żywych, pragniemy się na kimś wzorować, warto spoglądać w słoweńskim kierunku. Naprawdę warto.

Olimpijskie blaski polskiego hokeja

„Nic tak nie boli, jak chwile szczęścia wspominać w niedoli” – przekonywał przed wiekami w piekielnej części swej „Boskiej Komedii” Dante Alighieri. Gorące uczucie do tej porywającej dyscypliny sportu, z którego od lat już, bezskutecznie próbowali wyleczyć mnie swymi wyczynami na międzynarodowej arenie polscy ‚ślizgacze’, niezmiennie przybierało w ostatnich czasach wyraz wiosennego przygnębienia w kontekście corocznych mistrzostw świata oraz nostalgicznego westchnienia podczas olimpijskich turniejów. Igrzyska od momentu, gdy znów grają na nich niemal wszyscy najlepsi (NHL zawiesza swe rozgrywki na ten czas) są prawdziwym świętem, radosną ucztą i niepowtarzalną afirmacją tego wszystkiego, co w hokeju najpiękniejsze.

Dorasta jednak w naszym kraju pokolenie, którego członkowie występy polskiej reprezentacji na zimowych igrzyskach będą znali już tylko z opowiadań i zakurzonych archiwalnych materiałów. Ja, dzięki Bogu, załapałem się jeszcze do grona tych dinozaurów, dla których udział biało-czerwonych hokeistów na olimpijskim turnieju był niegdyś czymś po prostu normalnym. W całych dziejach lodowej dyscypliny sportu nasza kadra aż trzynastokrotnie uczestniczyła w tym hokejowym święcie. Ba, Polacy zajęli na nim kiedyś nawet czwarte miejsce (1932) i aż czterokrotnie lokowali się w pierwszej szóstce (1948, 52, 72, 76). Dość powiedzieć, że pomiędzy 1924 a 1956 rokiem oraz pomiędzy 1972 a 1992 rokiem, nie odbyły się ani jedne zimowe igrzyska olimpijskie bez udziału w nich biało-czerwonych hokeistów. Aż łza potrafi zakręcić się w oku, gdy człowiek pomyśli, że swego czasu zarówno Jerzy Potz, jak i Henryk Gruth, wystąpili na aż czterech turniejach olimpijskich, Hilary Skarżyński uzbierał na nich łącznie równo dziesięć trafień (1948-5, 1952-1, 1956-4), a biało-czerwoni jeszcze w latach 80. zdolni byli do tego, by pokonać na olimpiadzie Finlandię (legendarny Jari Kurri na pokładzie) czy zremisować ze Szwecją. Dziś, gdy właśnie przeżywamy szóste już z rzędu zimowe igrzyska bez polskich hokeistów przemykających po lodowych taflach, a od ostatniego zwycięstwa naszej reprezentacji nad Włochami w Albertville miną za tydzień dokładnie 22 lata, powspominajmy nieco te najpiękniejsze chwile naszego hokeja i wszystkie jego punktowe zdobycze na turniejach spod znaku pięciu olimpijskich kół.

St. Moritz 1928

12.02. POLSKA-SZWECJA 2:2

Garmisch-Partenkirchen 1936

8.02. POLSKA-ŁOTWA 9:2

St. Moritz 1948

30.01. POLSKA-AUSTRIA 7:5

4.02.   POLSKA-WŁOCHY 13:7

Oslo 1952

19.02. POLSKA-RFN 4:4

23.02. POLSKA-FINLANDIA 4:2

24.02. NORWEGIA-POLSKA 3:4

Cortina d’Ampezzo 1956

1.02.  POLSKA-SZWAJCARIA 6:2

2.02.  POLSKA-AUSTRIA 4:3

Innsbruck 1964 (gr.B)

30.01. POLSKA-RUMUNIA 6:1

31.01. POLSKA-NORWEGIA 4:2

3.02.   POLSKA-WĘGRY 6:2

5.02.   POLSKA-WŁOCHY 7:0

8.02.   POLSKA-JUGOSŁAWIA 6:3

9.02.   AUSTRIA-POLSKA 1:5

Sapporo 1972

4.02. POLSKA-RFN 4:0

Innsbruck 1976

2.02. POLSKA-RUMUNIA 7:4

Lake Placid 1980

12.02. POLSKA-FINLANDIA 5:4

20.02. POLSKA-JAPONIA 5:1

Sarajewo 1984

15.02. JUGOSŁAWIA-POLSKA 1:8

Calgary 1988

16.02. POLSKA-SZWECJA 1:1

 

18.02. POLSKA-FRANCJA 6:2 (na skutek wykrycia podczas pomeczowych badań obecności środków dopingujących w organizmie polskiego hokeisty – Jarosława Morawieckiego, wynik zweryfikowano walkowerem na 2:0 dla Francuzów)

Albertville 1992

20.02. POLSKA-WŁOCHY 4:1

Pojedynek rozegrany wczesnym popołudniem w Meribel, to po dziś dzień ostatni mecz, a zarazem ostatnie zwycięstwo polskiej reprezentacji na turnieju olimpijskim. Strzelcem naszego ostatniego, jak dotąd, gola na igrzyskach był Janusz Adamiec. Czy doczekamy się kiedykolwiek następnego?

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu pozostawiłbym te kilka słów, zawartych w poprzednim zdaniu, w bezlitosnych szponach pytania retorycznego. Wciąż jednak dostrzegam pewne delikatne przebiśniegi nadziei, opisane jakiś czas temu w tekście Requiem na lodzie. Anatomia upadku, dlatego pragnę wierzyć, że kiedyś jeszcze, choć zapewne nieprędko, doczekamy się ponownie olimpijskich chwil polskiego hokeja.

R.

Stracona szansa radosnych orłów Henryka Apostela

To mogła być naprawdę wielka drużyna, zapisana na kartach dziejów polskiego futbolu niezapomnianymi zgłoskami. Zabrakło jej do tego tak niewiele i tak wiele zarazem. Minęło właśnie dokładnie 20 lat od debiutu na Teneryfie, prowadzonej przez Henryka Apostela reprezentacji biało-czerwonych.

Już na wstępie wyznam zupełnie otwarcie. Być może z żadną, ani wcześniejszą, ani późniejszą reprezentacją Polski nie czułem się tak bardzo mocno emocjonalnie związany, jak z tamtą kadrą, walczącą o udział w Euro ’96. Gdy masz 16-17 lat, patrzysz już na futbol troszkę inaczej, głębiej i bardziej analitycznie niż w wieku pacholęcym. Potrafisz teraz więcej rzeczy dostrzec, docenić, zrozumieć. Ale w sferze emocjonalnej wciąż jeszcze przeżywasz te najważniejsze mecze na poziomie najwyższym z możliwych. A biało-czerwoni Henryka Apostela niemal bezlitosnym wdrażaniem w życie swej filozofii ofensywnego, efektownego, radosnego, momentami wręcz beztroskiego futbolu na tak, powodowali istny wulkan emocji, w sposób niezrównany zasiewając w swych kibicach wirus uczucia, które Cyprian Kamil Norwid zwał „miłością dwuskrzydlatą – od uwielbienia do wzgardy”.

Gdy Henryk Apostel obejmował stery nad polską kadrą był już od lat szkoleniowcem o uznanej na naszym krajowym rynku marce. W 1978 roku asystował Edmundowi Zientarze przy ekipie polskich juniorów, która wywalczyła brąz w Mistrzostwach Europy, a rok później poprowadził kadrę U-20 do czwartego miejsca na japońskim mundialu (w meczu grupowym na tym turnieju, bramkę Polakom władował sam Diego Maradona). Później były jeszcze dwa srebra z rzędu, w 1980 roku (m.in. efektowne zwycięstwa nad RFN 3:2 czy w półfinale z Włochami 2:0; przegrany finał w Lipsku z Anglią 1:2) oraz w 1981 roku (zwycięstwo w karnych 6:5 po bezbramkowym półfinale w Bochum z Hiszpanią; porażka 0:1 z gospodarzami w finałowej potyczce w Dusseldorfie), wywalczone na mistrzostwach Starego Kontynentu w kategorii U-18. Przez wymienione juniorskie i młodzieżowe kadry biało-czerwonych, z którymi pracował Apostel, przewinęło się wiele znaczących później postaci dla naszego futbolu, takich jak choćby, Dariusz Dziekanowski, Andrzej Buncol, Andrzej Iwan, Jacek Kazimierski, Waldemar Matysik, Andrzej Pałasz, Ryszard Tarasiewicz, Dariusz Wdowczyk, Dariusz Kubicki czy Józef Wandzik. Tylko ostatni z wymienionych będzie miał okazję zetknąć się jeszcze z pochodzącym z Bytomia szkoleniowcem w kontekście reprezentacji, gdy ten, po kilkunastu latach będzie już prowadził pierwszy garnitur narodowego zespołu. Jednak zanim to nastąpi, Apostel przez cztery lata (1984-88) dowodzi ze szkoleniowej ławki wrocławskim Śląskiem (z Tarasiewiczem, Prusikiem czy Rudym na pokładzie), z którym w 1987 roku wywalczy Puchar Polski oraz rozegra dwumecz z prowadzonym przez Johna Toshacka Realem Sociedad w europejskich pucharach (0:2, 0:0). W 1988 roku przejmuje zespół poznańskiego Lecha. Z Kolejorzem przeżywa wspaniałą przygodę, konfrontując się w PEZP z FC Barceloną Johanna Cruyffa, z którą odpada w dramatycznych okolicznościach dopiero po serii rzutów karnych. Ciekawostką jest fakt, że oba te spotkania przesiedzi na ławce rezerwowych, nie dostając swojej szansy na występ, młodziutki, choć niezwykle zdolny snajper rodem z Gostynia – Andrzej Juskowiak, z którego goli żyć będzie po latach apostelowa kadra biało-czerwonych. Szkoleniowiec wróci do Lecha jeszcze w 1991 roku, by wywalczyć z nim mistrzostwo kraju (1992) oraz z hukiem rozbić się o szwedzką zaporę (0:3, 0:1 z IFK Goeteborg), podczas próby sforsowania bram Champions League. Na początku kwietnia 1993 roku trener Kolejorza zasłabnie podczas porannego treningu zespołu. Przechodzi zawał serca i żegna się z poznańską ławką. Gdy powróci do zdrowia, obejmie w lipcu tego samego roku bardzo ciekawy wówczas zespół zabrzańskiego Górnika. Po kilku miesiącach właśnie tam zastanie go nominacja na selekcjonera polskiej reprezentacji.

Po nieudanych podchodach pod amerykański World Cup ’94, dymisji opiekującego się naszą kadrą przez ponad czteroletnią kadencję Andrzeja Strejlaua oraz przygnębiającym finiszu eliminacyjnych zmagań, firmowanym już przez Lesława Ćmikiewicza, polski futbol znajdował się w stanie naprawdę głębokiego upadku. Misja Apostela, przypominająca w jakimś sensie budowanie na zgliszczach, naprawdę nie należała do godnych pozazdroszczenia. Odchodziła właśnie z narodowego zespołu grupa piłkarzy, nazywana przez niektórych z samych jej członków, pokoleniem straconym – Jarosław Bako, Jacek Ziober, Robert Warzycha czy Jan Furtok. Dodatkowo w środowisku piłkarskim oraz dziennikarskim nader liczne było stronnictwo domagające się selekcjonerskiego berła dla Janusza Wójcika. I choć srebrni olimpijczycy z czasem staną za Apostelem murem, to jednak znajdą się w naszym kraju dziennikarze, a nawet całe, niegdyś szanowane, tytuły sportowe, które od zarania aż po kres apostelowej przygody z kadrą, będą przekraczać wszelkie granice przyzwoitości w poniewieraniu selekcjonerem na rzecz lansowanego przez siebie pupila.

9 lutego 1994 roku, debiutujący w roli trenera polskiej reprezentacji Henryk Apostel nie miał łatwego zadania również i z tego powodu, że rywalem jego zespołu była na Teneryfie reprezentacja naprawdę mocna. Hiszpanie mieli już za sobą kryzys początku lat 90. i w oparciu o złotych medalistów igrzysk w Barcelonie przygotowywali właśnie na amerykański mundial nową, silną drużynę. To spotkanie przeplatało w sobie wiele symbolicznych podtekstów. Kapitanem hiszpańskiej kadry był w tym meczu Zubizarreta, którego Apostel doskonale pamiętał z tchnącej istnym horrorem serii jedenastek przeciwko Barcelonie przy ul. Bułgarskiej w Poznaniu. Po murawie biegał też Beguiristain, który podopiecznym Apostela dawał się wcześniej we znaki grając w europejskich pucharach zarówno przeciwko Śląskowi (strzelił gola dla Sociedad we Wrocławiu), jak i Lechowi (jako pierwszy trafił z karnego) oraz Julio Salinas, który również wystąpił przeciwko Kolejorzowi na Camp Nou. Na boisku w Teneryfie spotkało się poza tym sześciu uczestników olimpijskiego finału sprzed kilkunastu miesięcy, w tym aż trzech strzelców bramek w tamtej, pamiętnej potyczce (Abelardo, Kowalczyk, Staniek). Co ciekawe jeden z piłkarzy, o których Henryk Apostel pragnął oprzeć cały szkielet swej narodowej kadry – Aleksander Kłak, doznał podczas przedmeczowej rozgrzewki kontuzji barku, przesiedział całe spotkanie na ławce rezerwowych i nigdy nie zagrał w kadrze biało-czerwonych za kadencji tego szkoleniowca. Na Wyspach Kanaryjskich Polacy rozegrali naprawdę niezłe, obiecujące spotkanie. Prowadzenie dla gospodarzy uzyskał debiutujący Sergi Barjuan, lecz w 38 minucie spotkania, po ładnej akcji Kowalczyka, wyrównał kapitan zespołu – Roman Kosecki. Udanie zadebiutowali w koszulce z białym orłem na piersi Andrzej Woźniak i Henryk Bałuszyński. Obaj będą potem znaczyli wiele dla tej drużyny. Jestem zadowolony z wyniku i z gry w pierwszej połowie meczu – powie po powrocie do kraju selekcjoner biało-czerwonych.

Wiosną 1994 roku reprezentacja Apostela zagra jeszcze dwukrotnie z finalistami zbliżającego się mundialu. Najpierw bezbramkowo zremisuje w Salonikach z Grekami, a potem pokona w Cannes Arabię Saudyjską 1:0 (gol w końcówce spotkania Tomasza Wieszczyckiego; powrót do kadry byłego podopiecznego selekcjonera z czasów jego pracy w Śląsku – Andrzeja Rudego). Następnie przyjdzie seria trzech kolejnych, towarzyskich przetarć na naszym podwórku. Żadne z nich jednak nie przyniesie kibicom nadmiernych powodów do optymizmu. Na krakowskich Suchych Stawach biało-czerwoni pokonują znajdujących się w głębokim kryzysie Węgrów 3:2 (gole Jałochy, Bałuszyńskiego i naprawdę efektowne trafienie w końcówce Fedoruka), ulegają w Katowicach przeciętnym Austriakom 3:4 (bramki Juskowiaka, Brzęczka i Moskala; pożegnanie z apostelową kadrą m.in. Rudego i Leśniaka, a także Grembockiego, na którego aż dotąd bardzo wytrwale stawiał polski szkoleniowiec) oraz remisują w Radomiu ze stawiającą dopiero pierwsze, samodzielne kroczki reprezentacją Białorusi 1:1 (trafienie Jacka Bąka). Wszystkie te trzy ostatnie sprawdziany, przed eliminacyjną premierą w Tel Awiwie, musiały dawać selekcjonerowi bardzo wyraźny sygnał, że nie jest dobrze.

Jednak to, co działo się w niedzielne popołudnie 4 września 1994 roku na Ramat Gan, przerosło chyba nawet najskrytsze obawy selekcjonera i przeszło do historii polskiej piłki, jako jeden z najbardziej kompromitujących występów naszej kadry w meczach o punkty. Biało-czerwoni zagrali tego dnia nie tyle słabo, co przygnębiająco, żałośnie i ze skandalicznym wręcz brakiem jakiejkolwiek namiastki boiskowej ambicji, odpowiedzialności i zaangażowania. Słynną tyradę o tym, jak bardzo ma dość komentowania meczów tak grającej narodowej drużyny, smażył przez ostatnie kilka minut telewizyjnej transmisji Dariusz Szpakowski, ale chyba wszyscy podzielali wówczas głębokie zniesmaczenie para-występem tego zespołu. Tym bardziej, że była to kolejna, szósta już z rzędu porażka polskiej reprezentacji w meczu o punkty. Po dziewięciu miesiącach pracy Apostela z kadrą okazało się, że stojąc u progu eliminacyjnych zmagań do Euro ’96 nie mamy nawet nędznej atrapy drużyny. Największą żałością ziało z tylnich formacji, od których ponoć zaczyna się budowę każdego zespołu. Apostel już wcześniej, po meczu z Austrią zrezygnował z Piotra Jegora, który w pierwotnym zamyśle miał być filarem biało-czerwonej defensywy, a po spotkaniu w Izraelu imiennie obarczył odpowiedzialnością za stracone bramki Romana Szewczyka, który na Ramat Gan zakończył swą reprezentacyjną karierę. Wandzik w bramce też absolutnie nie pomógł drużynie, ale wśród graczy, na których tego dnia najmocniej się zawiódł, selekcjoner wymieniał również Jałochę oraz duet napastników: Mielcarski-Kowalczyk, który już nigdy więcej nie zaistnieje wspólnie w jego kadrze. Zagrali beznadziejnie – podsumował szkoleniowiec. Jedynym piłkarzem, obok kapitana polskiego zespołu, Romana Koseckiego, który w końcówce meczu odpowiedział swym trafieniem na gole Ronena Haraziego, zmniejszając rozmiary porażki na 1:2, do którego trener nie zgłaszał większych zastrzeżeń był Tomasz Wałdoch. By kontekst tej spektakularnej kompromitacji był pełniejszy, warto jednak też wspomnieć, że polska ekipa wylatywała do Tel Awiwu – dziś rzecz raczej nie do pomyślenia – dopiero w dniu meczu. Kilka miesięcy po spotkaniu, już na chłodno, Apostel przyzna: Nie przewidywaliśmy dla zawodników czasu na aklimatyzację, mieli zagrać z marszu. Samolot do Izraela startował o godzinie szóstej rano. Zawodnicy ‚zarwali’ noc. Potem snuli się po boisku jak śnięte ryby.

Do następnego eliminacyjnego pojedynku pozostało polskiemu selekcjonerowi niespełna czterdzieści dni. Zaledwie tyle miał czasu na to, aby na fundamencie selekcji negatywnej, która obrodziła w nadmiar owoców, zacząć niemal od nowa konstruować pomysł na budowę swojej drużyny, opierając ją na innych niż dotąd ogniwach. Po raz kolejny okazało się, że czasem trzeba naprawdę upaść bardzo nisko i strasznie boleśnie, by na dobre zacząć się podnosić. Jeśli pisałem na wstępie tego tekstu o apostelowej reprezentacji, o jej istocie i o jej duchu, to myślałem właśnie o tym wszystkim, co na zgliszczach izraelskiej klęski zaczął z mozołem budować polski selekcjoner przez następny rok. Bo ta reprezentacja, tak na dobrą sprawę powolutku zaczęła powstawać i rodzić się do życia właśnie wtedy, w październiku 1994 roku w Mielcu, a na dobre objawi się ona światu dopiero wiosną 1995 roku.

Nie boję się, że będzie to mój ostatni mecz w roli selekcjonera polskiej reprezentacji. Mam nadzieję, że zawodnicy zagrają wreszcie tak, jak tego wszyscy oczekują, i co najważniejsze, wygrają – wyznał przed mieleckim meczem „Gazecie” Henryk Apostel. Polscy reprezentanci wiedzieli jednak, że choć oficjalnie nikt o tym nie mówił, grają o być albo nie być swego selekcjonera. W drużynie nastąpiło dość znaczne przemeblowanie. Formację defensywną wydatnie wzmocnił Waldemar Jaskulski, do drugiej linii wprowadzili się Piotr Świerczewski i Marek Koźmiński, a także debiutujący w kadrze Sylwester Czereszewski, natomiast w ataku naprawdę wysoką jakość wnieśli Andrzej Juskowiak i Krzysztof Warzycha. Apostel postanowił skończyć więc z forsowanym wcześniej nieco na siłę, choć przecież głęboko już utopijnym w tamtych czasach i w ówczesnych warunkach, zamierzeniem opierania kadry o graczy słabej, polskiej ligi. Po raz pierwszy w historii jego selekcjonerskiej kadencji, spośród zawodników, którzy wyszli na boisko, większość stanowili ci z zagranicznych klubów. Odtąd stanie się to regułą podczas wszystkich meczów o punkty jego zespołu. To była już zupełnie inna drużyna biało-czerwonych, choć zwycięstwo nad Azerbejdżanem wcale nie przyszło łatwo. Zostało jednak wyszarpane i wywalczone, głównie przez ofensywny tercet z niezawodnym Koseckim (asystował przy zwycięskiej bramce Jusko) oraz Warzychą i Juskowiakiem w składzie. Co ciekawe, mieleckim występem pożegnał się z apostelową kadrą dotąd pewny jej punkt – Jerzy Brzęczek (w Zabrzu przeciwko trójkolorowym usiądzie jeszcze na ławce rezerwowych, potem zniknie z drużyny). Inny z graczy, którzy podczas nieobecności Koseckiego, zastępowali go w funkcji kapitana zespołu – Tomasz Łapiński, również tym meczem stracił na jakiś czas swe niepodważalne miejsce na środku obrony. Na dziesięć minut przed końcem spotkania z Azerami, zgłosił dziwne zawroty głowy i trener musiał dokonać zmiany. Piłkarz Widzewa źle poczuje się również tuż przed rozpoczęciem następnego eliminacyjnego spotkania z Francuzami i Apostel będzie musiał zdecydować się na pokerową zagrywkę zastąpienia Łapińskiego, debiutującym w kadrze i na dobrą sprawę uczącym się dopiero od niedawna gry na środku obrony – Markiem Świerczewskim. Łapiński do kadry Apostela jeszcze wróci i będzie odgrywał w niej ważną rolę, ale niepodważalną ostoją na środku defensywy będzie już wówczas ktoś inny. Polacy wywalczą więc w Mielcu skromne, lecz jak najbardziej zasłużone, swoje pierwsze eliminacyjne zwycięstwo na drodze do Euro ’96. Będzie to również, w całych dziejach naszego futbolu, premierowa wiktoria biało-czerwonych za trzy punkty. Bardzo się cieszę i myślę, że w tym meczu było więcej momentów dobrych niż złych w grze reprezentacji Polski. Jestem zadowolony z całego zespołu. Szkoda tylko, że moi gracze nie wykorzystali kilku dogodnych sytuacji – podsumuje mielecki pojedynek Apostel.

16 listopada 1994 roku na stadionie w Zabrzu czeka Polaków przeciwko Francji, sprawdzian znacznie bardziej wymagający, a zarazem kolejny już mecz o wszystko w tych eliminacyjnych zmaganiach. Grunt pod nogami Apostela wciąż jest bardzo niepewny, co skłania go nawet do złożenia publicznej deklaracji: Być może po spotkaniu z Francją reprezentację będzie prowadził już kto inny. Odejdę, jeśli ten mecz przegramy. Biało-czerwoni rozgrywają jednak naprawdę dobre spotkanie, zdecydowanie dominując na zabrzańskiej murawie. Tomasz Wałdoch czyni występ kapitana rywali, słynnego gwiazdora Manchesteru United, Erika Cantony, zupełnie bezbarwnym, czy wręcz niewidocznym dla oka. Nadspodziewanie udanie debiutuje w kadrze Marek Świerczewski. Wypada jedynie żałować, że świetnie grającym tego dnia: Koseckiemu (zdecydowanie najlepszy na murawie), Warzysze i Juskowiakowi zabrakło nieco szczęścia w sytuacjach podbramkowych, których nie udało się zamienić na gola. Remis 0:0 trójkolorowi przyjmują z prawdziwą ulgą, tym bardziej, że od 50 minuty grają w osłabieniu po czerwonej kartce dla Karembeu. „Francuzi zerwali się ze stryczka” – napisał w swej relacji o tym spotkaniu „World Soccer„. Do ostatniej minuty drżałem o wynik. Polacy byli dziś lepsi. To cud, że nie przegraliśmy. Ja i polski trener budujemy nowe drużyny, ale na tej drodze, to mój rywal jest bliżej celu – wyznał po meczu trener przyszłych mistrzów świata Aime Jacquet. Gospodarze zasłużyli na zwycięstwo. Możemy być szczęśliwi, że zdobyliśmy punkt – wtórował francuskiemu selekcjonerowi uczestnik spotkania Youri Djorkaeff. Do zwycięstwa zabrakło nam szczęścia. Mamy dobry, młody zespół, z którym trzeba pracować – podsumował Henryk Apostel.

Niespełna miesiąc po udanym, choć bezbramkowym spotkaniu z Francuzami, apostelowa kadra kończy rok, pokonując w Rijadzie, po golach Bałuszyńskiego i Rząsy Arabię Saudyjską 2:1.

Nadciąga powoli wiosna 1995 roku, a wraz z nią rozkwita na dobre ten reprezentacyjny zespół. Już towarzyskie spotkanie w Ostrowcu Świętokrzyskim, pokazuje, że biało-czerwoni potrafią zagrać naprawdę ofensywnie, efektownie i skutecznie. Pokonują Litwinów 4:1 (Czereszewski, Wałdoch, Wieszczycki, Jaskulski), rozgrywając wprost znakomitą pierwszą połowę meczu (3:0). Na Polaków czeka już jednak rywal z naprawdę najwyższej półki. Rumunia ma dziś zespół, jak Polska w 1974 roku. To jest generacja wybitnych piłkarzy – mówił przed wyjazdem do Bukaresztu na mecz z najsilniejszą drużyną w naszej eliminacyjnej grupie, Henryk Apostel. Rzeczywiście, Rumuni, którzy kilka miesięcy wcześniej, na amerykańskim mundialu, zachwycili swą grą cały piłkarski świat, należeli wówczas do najściślejszej elity futbolowych potęg. Hagi, Raducioiu, Dumitrescu, Lacatus, Popescu, Petrescu czy Munteanu, to byli gracze najwyższej światowej klasy. A jednak 29 marca 1995 roku biało-czerwoni toczyli z nimi znakomity, ekscytujący, wyrównany, otwarty bój. Dość powiedzieć, że w Bukareszcie zagraliśmy aż pięcioma czysto ofensywnymi zawodnikami, takimi jak Nowak, Kosecki, Bałuszyński, K.Warzycha i Juskowiak. Po golu, zdobytym przez ostatniego z wymienionych w 42 minucie spotkania z rzutu karnego, Polacy objęli sensacyjne prowadzenie. Jeszcze do szatni wyrównał jednak, po znakomitym zagraniu Hagiego, Florin Raducioiu. Józef Wandzik nie był bez winy przy tym golu, ale pełnię swych możliwości postanowił zademonstrować dopiero 7 minut po przerwie, wrzucając sobie piłkę do bramki i niwecząc tym samym wysiłek całego zespołu, który na tle rywala z najwyższej półki rozegrał naprawdę nadspodziewanie dobre spotkanie. Warto podkreślić, że od 70 minuty, gdy pożegnany przez arbitra czerwoną kartką został Jaskulski, biało-czerwoni biegali po boisku Steauy w dziesiątkę. Grę Polaków komplementował po meczu nawet jeden z najwspanialszych futbolistów wszechczasów, Gheorghe Hagi, który szczególnie hojny był w pochwałach dla Henryka Bałuszyńskiego: Dziś zachwycił mnie ten piłkarz. Wygrał wszystkie pojedynki jeden na jednego, a czasem nawet dwóch naszych obrońców było bezradnych przy jego dryblingach. Rumuńscy defensorzy nie są łatwymi rywalami, ale Bałuszyński udowodnił, że ma klasę.

Musimy teraz wygrać z Izraelem i Słowacją u siebie. W sierpniu pojedziemy do Francji na mecz o wszystko – nie załamywał rąk po pechowej porażce w Bukareszcie Henryk Apostel. W kraju poza wąskim gronem osobistych i nieprzejednanych wrogów selekcjonera, nikt poważny nie domagał się już głośno dymisji Apostela. Ta drużyna zaczynała mieć swój niepowtarzalny styl, prezentując odważny, otwarty futbol, a zawodnikom, w większości nieźle wyszkolonym technicznie, piłka absolutnie nie przeszkadzała w grze. Szkoda tylko, że w tak nikłym stopniu przekładało się to na konkretne zdobycze punktowe. Gdyby biało-czerwonym udało się zagarnąć zasłużony komplet punktów w Zabrzu przeciwko Francuzom oraz przywieźć, będący jak najbardziej w ich zasięgu, remis z Bukaresztu, ich sytuacja w tabeli byłaby nieporównanie ciekawsza. Ale i cenne, eliminacyjne punkty musiały w końcu zacząć zasilać konto tak grających biało-czerwonych.

Zabrzański mecz z Izraelem udowodnił po raz kolejny, że zespół Apostela ma naprawdę wielką siłę rażenia w przednich formacjach, lecz pod własną bramką nigdy nie możemy czuć się bezpiecznie. Triumfalny powrót do kadry po izraelskiej klęsce z Tel Awiwu, zaliczył napastnik Betisu – Wojciech Kowalczyk, który na obiekcie Górnika, z nietypowym dla siebie numerem „2” na plecach, rozegrał swój najlepszy mecz w polskiej reprezentacji. Zawodnik, który był zamieszany właściwie we wszystkie cztery trafienia dla naszej drużyny (sam zdobył bramkę na 3:2 po pięknym strzale głową w 55 minucie, a wcześniej w 20 minucie trafił też w poprzeczkę), tak wspominał tamto spotkanie na kartach biografii spisanej przez Krzysztofa Stanowskiego p.t. „Kowal”: W ofensywie graliśmy świetnie i mieliśmy naprawdę niezłych grajcarów do strzelania goli. Gorzej, że… do przerwy przegrywaliśmy. Poszły dwie kontry, dwie bramki z niczego. Józek Wandzik zapomniał pobronić. W szatni panowała grobowa cisza. Dobrze graliśmy, tylko bramkarz nie działał. Trener też nic nie mówił. Chwilę postał w miejscu, chwilę nerwowo pochodził i milczał. W końcu stanął przed nami i powiedział jedno zdanie, które bardzo zapadło mi w pamięci: „Panowie, to może być nasze ostatnie 45 minut”. Wstrząsnęło nami. Wandzik jednak i w drugiej połowie cały czas stał popsuty i strasznie się wtedy z nami bawił. Na szczęście potrafiliśmy wtedy strzelić więcej goli niż on.

Polacy wygrali ostatecznie 4:3 po „meczu, który był jak arytmia serca”, by zacytować słowa naszego selekcjonera.

W apostelowej kadrze dokonywały się ostatnie zmiany, nadające jej właściwy i ostateczny kształt. Szkoleniowiec wreszcie zlitował się nad kibicami biało-czerwonych i zluzował z reprezentacyjnych obowiązków Józefa Wandzika, który nie pomógł drużynie w kolekcjonowaniu zdobyczy punktowych, by na eufemizmie poprzestać. Do składu wchodzili za to nowi gracze, choćby tacy jak Krzysztof Bukalski (który zaliczył znakomitą asystę przy bramce Kowalczyka z Izraelem), Jacek Zieliński, Maciej Szczęsny, a potem również Andrzej Woźniak, który dostanie wreszcie swą wielką szansę w meczu o punkty. Nastąpiła też reaktywacja olimpijskiego ataku z Barcelony, gdyż partnerem Juskowiaka został teraz Kowalczyk. Krzysztof Warzycha, który mecz z Izraelem obejrzał z ławki rezerwowych, więcej już w kadrze Apostela nie zagra.

Na dobrą sprawę, eliminacyjnym meczem, rozegranym 7 czerwca 1995 roku w Zabrzu przeciwko Słowacji, reprezentacja Henryka Apostela wchodzi w najpiękniejszy dla siebie okres. Rozgromienie podopiecznych słynnego Josefa Venglosza w stosunku 5:0, stanowi bowiem pewien moment szczytowy w historii tego zespołu, będąc prawdziwą afirmacją, a zarazem efektowną kwintesencją tego wszystkiego, co było w jego grze najwspanialsze. I któż by się wówczas spodziewał, że będzie to zarazem ostatnie zwycięstwo apostelowej reprezentacji…

Bójmy się Polaków” – napisał w swej relacji z zabrzańskiego pogromu, francuski „L’Equipe„, przestrzegając podopiecznych Jacqueta, że za kilkadziesiąt dni przyjdzie im się zmierzyć w meczu o wszystko z drużyną, która posiada naprawdę imponującą siłę rażenia i nie zawaha się jej użyć. Wszak w dwóch ostatnich swych eliminacyjnych spotkaniach, biało-czerwoni strzelili aż dziewięć goli! Czerwcowy pojedynek ze Słowakami jest przede wszystkim wielkim triumfem Piotra Nowaka, który długo szukał swej drogi do drużyny Apostela, lecz wreszcie rozgrywa w niej fantastyczne spotkanie, będąc bezsprzecznie najlepszym piłkarzem na murawie oraz aktywnie współdziałając przy dwóch polskich trafieniach, a także samemu uzyskując efektowną bramkę na 4:0. Dwa gole są udziałem niezawodnego Juskowiaka, a po jednym dokładają też Wieszczycki i Kosecki. Między słupkami, w miejsce Wandzika, pojawia się Szczęsny, a na środku obrony Marka Świerczewskiego zluzuje Jacek Zieliński. Obaj gracze Legii zaliczają znakomity występ, podobnie zresztą jak cała nasza drużyna. Mam nadzieję, że we Francji zagramy jeszcze lepiej. Teraz naprawdę jest szansa na awans. Wreszcie mamy zespół. Uwierzyliśmy, że możemy wygrywać – cieszył się po zabrzańskim triumfie Henryk Apostel. Jest więc dobrze. Wszyscy z nadzieją czekają na decydujący bój w paryskim Parku Książąt.

Nim to jednak nastąpi nadchodzi zaproszenie na mecz do Brazylii, przeciwko przygotowującym się do turnieju Copa America, aktualnym mistrzom świata. Polscy kadrowicze pościągani w trybie awaryjnym z urlopów, absolutnie nie zamierzają być tłem dla piłkarzy pokroju Aldaira, Jorginho, Roberto Carlosa, Dungi, Cesara Sampaio, Leonardo, Savio czy Edmundo. Biało-czerwoni znów rozgrywają nadspodziewanie dobry mecz i już w początkowych sekundach mogą przełamać gospodarzy, lecz brazylijski (!) arbiter tego spotkania nie dyktuje ewidentnej jedenastki po faulu Darnleia na Kowalczyku. Szczęsnego dwukrotnie pokona Tulio, lecz Juskowiak po raz kolejny potwierdzi ogromną klasę i strzelając między nogami renomowanego Aldaira, zaliczy swoje trafienie w Brazylii. Polacy grają przeciwko najlepszej drużynie świata jak równy z równym. Zawodnicy przekonali się, że nie są jeszcze najlepsi, ale równocześnie uwierzyli, że dystans do najlepszych nie jest taki duży – tłumaczył po spotkaniu Henryk Apostel. Minimalna porażka 1:2 oraz znakomita postawa wielu polskich graczy, z Juskowiakiem, Wieszczyckim (którego chciało po tym meczu pół ligi brazylijskiej), Zielińskim czy Nowakiem na czele, sprawiła, że bez przygniatającego brzemienia lęków i niepokojów czekaliśmy na decydujące, paryskie starcie.

Ten mecz rozstrzygnie się w środku pola. Uważam jednak, że tutaj mamy przewagę. Poza tym posiadam dwóch znakomitych napastników: Kowalczyka i Juskowiaka. Wierzę, że znajdą sposób na defensywę Francuzów – snuł swe refleksje przed batalią na Parc des Princes, Henryk Apostel. Dziś słowa naszego selekcjonera o polskiej przewadze w drugiej linii, podczas gdy o sile francuskiej pomocy stanowili przecież wówczas tacy gracze, jak Zidane, Deschamps czy Desailly, można by potraktować w kategoriach buńczuczności. Wówczas jednak polskie dwie przednie formacje miały naprawdę ogromną wartość. Aime Jacquet publicznie rozpływał się w zachwytach nad polskim ofensywnym kwartetem (Kosecki-Nowak-Kowalczyk-Juskowiak). Nim jednak na paryską murawę wybiegły obie jedenastki, miało miejsce jeszcze jedno dość istotne zdarzenie. Polska kadra przegrała sparing z Fortuną Dusseldorf 1:3. Nasi bramkarze bronili w tym meczu po 45 minut. W pierwszej połowie między słupkami stanął Woźniak, w drugiej natomiast, zbierający dobre recenzje za mecze ze Słowacją i Brazylią – Szczęsny. Gdy Woźniak opuszczał polską bramkę, nasze konto było czyste. Bramkarz Legii natomiast aż trzykrotnie musiał wyplątywać z sieci futbolówkę. Zapewne nie pozostało to bez wpływu na fakt, iż 16 sierpnia 1995 roku w bramce biało-czerwonych, ku ogromnemu zaskoczeniu polskich kibiców, po raz pierwszy w meczu (i to takim meczu!) o punkty, stanął Andrzej Woźniak. Paryż na długo zapamiętał ten jego występ.

Rozegrany 16 sierpnia 1995 roku na paryskim Parc des Princes pojedynek z Francuzami, to bodaj najbardziej ekscytujący, emocjonujący i dramatyczny mecz pierwszej reprezentacji Polski jaki kiedykolwiek dane mi było przeżyć. Nie da się zapomnieć tego spotkania, choćby człowiek żył jeszcze następne dwieście lat. Biało-czerwoni niestety nie osiągnęli spodziewanej przez Apostela przewagi w drugiej linii. Kosecki grał z kontuzją, a Zidane przyćmił tego wieczoru Nowaka. Piotr Świerczewski mógł strzelić w Paryżu swą bramkę życia, lecz piłka po jego pięknym uderzeniu nie przełamała rąk Lamy na tyle, by wpaść do francuskiej bramki. Potem niezłą sytuację ma jeszcze Juskowiak. I wreszcie nadchodzi 35 minuta spotkania. Debiutujący w kadrze Tomasz Iwan ambitnie wyłuskuje piłkę w środkowej części boiska spod nóg Zidane, Kowalczyk instynktownie zagrywa ją ‚na pamięć’ do Juskowiaka, a ten pomimo asysty Leboeufa pakuje futbolówkę w krótki bramki Bernarda Lamy. Chyba nie tylko ja jeden myślałem wówczas, że oszaleję z radości. Polskie media, przyrównując nazajutrz paryską batalię do pamiętnego meczu na Wembley z 1973 roku (trzeba przyznać, że rzeczywiście analogii było sporo), wagę bramki zdobytej przez Juskowiaka zestawiały ze słynnym golem Jana Domarskiego sprzed 22 lat.

Warto w tym miejscu, choć na chwil kilka, zatrzymać się nad postacią niezawodnego snajpera apostelowej kadry. Andrzej Juskowiak znajdował się wówczas w fantastycznej formie i należał do absolutnie najściślejszej elity najlepszych napastników na świecie. Był jednym z najskuteczniejszych strzelców na Starym Kontynencie podczas eliminacji do Euro ’96. W swych ośmiu występach w meczach o punkty strzelił dla Polski aż siedem goli. Był niezawodny, znakomity, bezcenny. To nie przypadek, że pytały o niego wtedy największe kluby z Realem Madryt na czele, a gdy kilkanaście miesięcy później przechodził do Bundesligi, najlepszy wówczas gracz biegający po niemieckich boiskach, Krasimir Bałakow, doskonale pamiętający Jusko ze wspólnej gry dla Sportingu Lizbona, mówił publicznie na łamach prasy: „Przychodzi właśnie do Bundesligi być może najlepszy napastnik świata„. Andrzej Juskowiak, olimpijski król strzelców z Barcelony, był najprawdopodobniej najznakomitszym polskim piłkarzem od czasów Zbigniewa Bońka. I jeśli Robert Lewandowski rzeczywiście przerósł już swego mistrza z poznańskiego Lecha, to uczynił to dopiero naprawdę niedawno. Choć z drugiej strony, do skuteczności na poziomie Juskowiaka w tych naprawdę ważnych meczach polskiej reprezentacji o punkty, wciąż jeszcze Lewemu sporo brakuje.

Na Parc des Princes to jednak, mimo wszystko, nie Juskowiak został głównym bohaterem polskiego zespołu, a strzelony przez niego gol był na dobrą sprawę ostatnim ofensywnym akcentem ze strony biało-czerwonych w tym meczu. Natomiast w niepodzielnej roli głównej, postanowił obsadzić się tego wieczoru Andrzej Woźniak. Polacy, szczególnie od momentu, gdy w 56 minucie usunięty z boiska przez arbitra został Łapiński, bronili się heroicznie i momentami rozpaczliwie, niczym podopieczni Kazimierza Górskiego na Wembley. Woźniak natomiast nawiązywał do najwspanialszych, londyńskich wyczynów Jana Tomaszewskiego, a nawet śmiało można rzec, iż przerósł swego słynnego poprzednika. Bronił dosłownie wszystko. Strzały Francuzów, nawet te z najbliższej odległości, Książę Paryża wyłapywał niemal jak w transie. Ginola, Dugarry, Zidane, Guerin nie potrafili znaleźć sposobu na polskiego golkipera. Gdy na dziewięć minut przed końcem spotkania, Woźniak obronił również rzut karny egzekwowany przez Lizarazu, przyznam, że po raz pierwszy w życiu podczas piłkarskiego meczu, ze szczęścia aż zaszkliły mi się oczy. Myślałem że śnię, bo aż trudno było uwierzyć, że to, co widzę jest naprawdę rzeczywistością. „Polacy powinni postawić pomnik bramkarzowi” – napisał nazajutrz „L’Equipe„. „Woźniak nie pozwolił Francji na zwycięstwo. Zapamiętamy go na długo” – komentowała stacja radiowa France Info. Fenomenalny Książę Paryża popełni tego wieczoru zaledwie jeden, jedyny błąd, co bezlitośnie wykorzysta Djorkaeff, wydzierając nam na cztery minuty przed końcem spotkania niemal pewny już awans na angielskie Euro. Jestem zadowolony z wyniku. Zespół walczył bardzo dzielnie. Uważam, że mamy teraz 51 procent szans na awansmówił po meczu Henryk Apostel. Nasz los w tych eliminacjach nie jest już w naszych rękach. Wiele zależy przede wszystkim od meczu Polska-Rumunia, konstatował trener trójkolorowych Aime Jacquet. „Witaj smutku” – zatytułowała swój komentarz do paryskiego meczu „L’Equipe„, pisząc, że Francuzi powinni porzucić myśl o Euro ’96 i przygotowywać zespół na finały mistrzostw świata we Francji w 1998. Nie wszystko jest przegrane. Polacy mogą się jeszcze potknąć – starał się sączyć nikłe krople nadziei do serc francuskich kibiców Vincent Guerin.

6 września 1995 roku mógł być datą, która na trwałe zapisze się w dziejach polskiego futbolu. Gdyby biało-czerwoni odnieśli tego dnia w Zabrzu zwycięstwo nad Rumunią, raczej nic już nie stanęłoby na przeszkodzie do wywalczenia pierwszego wówczas, historycznego awansu naszej reprezentacji na Mistrzostwa Europy. Szansa była naprawdę spora, gdyż zespół Anghela Iordanescu przyjechał potężnie osłabiony brakiem swych największych gwiazd (nie zagrali na stadionie Górnika m.in. Hagi, Raducioiu czy Dumitrescu). Niestety również Apostelowi wypadło z jedenastki dwóch bezcennych, kontuzjowanych graczy – Nowak i Kowalczyk. Biało-czerwoni grali ambitnie, starali się, bili w rumuński mur aż do utraty tchu, znakomite sytuacje do strzelenia upragnionej, zwycięskiej bramki mieli Juskowiak, Wieszczycki i przede wszystkim Kosecki, lecz gościom udało się wywieźć z Zabrza bezbramkowy remis, drastycznie podcinając skrzydła polskim marzeniom o Euro ’96. Teoretyczne szanse wciąż jeszcze były i to całkiem niemałe, ale nic już nie zależało teraz wyłącznie od polskich piłkarzy, muszących liczyć na to, że Rumuni, którzy na stadionie Górnika zapewnili już sobie awans na Mistrzostwa Europy, nie odpuszczą meczu trójkolorowym. Bardziej niż Wojtka Kowalczyka brakowało dzisiaj reżysera gry z prawdziwego zdarzenia czyli Piotrka Nowaka. Szczególnie brakowało jego ostatniego podania, które otwiera drogę do bramki. Jeśli Rumuni potraktują poważnie mecz z Francją, wygrają go. Są w tej chwili lepsi od drużyny Aime Jacqueta – podsumował po meczu Andrzej Juskowiak. Kowalczyk, pod naciskiem władz Betisu, opóźnił o kilka dni swój przyjazd na zgrupowanie przed pojedynkiem z Rumunią, by móc wystąpić w meczu swego klubu w Primera Division, lecz doznał podczas niego bardzo ciężkiej kontuzji, która wykluczyła go z gry na wiele miesięcy, a w znacznym stopniu przystopowała nawet jego obiecującą karierę. Z Nowakiem sprawa była nieco bardziej skomplikowana, gdyż wystąpił on w Bundeslidze już dziesięć dni po meczu z Rumunią, i zaledwie trzy dni po meczu ze Słowacją w Bratysławie, z udziału w których rzekomo wyeliminowały go… kontuzje. Henryk Apostel publicznie ocenił postępowanie piłkarza jako niezrozumiałe.

Nadszedł wreszcie sądny dzień 11 października 1995 roku. Jeśli Rumuni nie przegrają z Francuzami w Bukareszcie, a Polacy wywiozą komplet punktów z Bratysławy, a potem jeszcze wygrają w neutralnym Trabzonie z Azerbejdżanem – po raz pierwszy w historii pojadą na Euro. Nie pojechali jednak. Gdy w 20 minucie spotkania, po świetnym zagraniu Piotra Świerczewskiego, niezawodny Juskowiak, uzyskał prowadzenie dla polskiego zespołu, wydawało się, że ta historia zwieńczona będzie happy endem. Nic z tych rzeczy. Słowacy od tego momentu bardzo wyraźnie zdominowali biało-czerwonych i boiskowej inicjatywy nie oddali już po końcowy gwizdek arbitra. Jeszcze do przerwy wyrównał z karnego były piłkarz madryckiego Realu – Peter Dubovsky, a druga odsłona była już pełnym dramatem w wykonaniu podopiecznych Apostela. Po godzinie gry, gdy na świetlnej tablicy widniał wynik 1:1, polski selekcjoner postanowił zdjąć z boiska, zaliczającego tego dnia kiepski występ, jak zresztą niemal większość naszych piłkarzy, kapitana zespołu Romana Koseckiego. Ten schodząc z boiska, zdjął koszulkę, co zauważył portugalski arbiter, pognał w kierunku piłkarza i pokazał mu drugą żółtą kartkę. Przygotowany do wejścia Czereszewski musiał powrócić na ławkę rezerwowych, a Kosecki, zdając sobie sprawę, że na skutek własnej głupoty osłabił zespół, po krótkiej wymianie zdań z Apostelem, ucałował orzełka na reprezentacyjnej koszulce, której miał już nigdy więcej nie założyć, położył ją na murawie za linią boczną boiska i udał się do szatni. Kilka sekund później Bałuszyński huknął z wolnego w słowacką poprzeczkę, ale potem grali już tylko gospodarze, rozgniatając polski zespół 4:1.

Gdy na kwadrans przed końcem spotkania przegrywaliśmy jednym golem, śladem polskiego kapitana postanowił powędrować również Piotr Świerczewski i wynieść głupotę na jeszcze wyższy poziom. Dzięki dwóm wspomnianym, boiskowym mędrcom biało-czerwoni po raz pierwszy w swej kilkudziesięcioletniej, futbolowej historii kończyli mecz w dziewiątkę. Fakt, że w Bukareszcie Rumuni okazali się, zgodnie z obawami, nad wyraz gościnni dla trójkolorowych, przegrywając z nimi 1:3 nie miał już dla nas żadnego znaczenia. Swym kompromitującym, boiskowym i pozaboiskowym, bratysławskim występem, panowie odziani w nasze reprezentacyjne stroje, skazali wówczas polskich kibiców na poczucie ogromnego, przygnębiającego wręcz wstydu. Piękne sny o potędze zakończyły się brutalną i koszmarną pobudką. Jutro składam dymisję na ręce prezesa PZPN. Przegraliśmy sromotnie. Przegrałem, więc mogę powiedzieć: sędzia nas oszukał – stwierdził po meczu trener Henryk Apostel. Znacznie mniej wyrozumiały dla wybryków naszych dwóch, usuniętych z boiska graczy, był ówczesny sekretarz generalny PZPN, Michał Listkiewicz: Tak nie zachowują się nawet piłkarze na boiskach B-klasy, stwierdził były polski arbiter. Ostrzegałem kolegów przed tym sędzią. Jeszcze w Portugalii ukarał mnie czerwoną kartką za to, że pokazałem mu, żeby kupił sobie okulary – załamywał ręce Juskowiak.

Miesiąc później, podczas bezbramkowego meczu w Trabzonie, Apostel formalnie poprowadził jeszcze biało-czerwonych w swym pożegnalnym spotkaniu w selekcjonerskiej roli, ale na dobrą sprawę jego trenerska przygoda z reprezentacją zakończyła się już w Bratysławie.

Na apostelową kadrę spojrzeć można w sposób dwojaki. Do sukcesu zabrakło jej przecież tak niewiele – łutu szczęścia z Francuzami w Zabrzu, pewniejszego chwytu Wandzika w Bukareszcie, czterech minut na Parc des Princes. Był to niewątpliwie zespół potrafiący dostarczyć swymi występami mnóstwa emocji. Prezentujący futbol ofensywny, atrakcyjny, efektowny. Grający jak równy z równym z największymi piłkarskimi potęgami, toczący zacięte boje z aktualnymi (Brazylia) czy przyszłymi (Francja) mistrzami świata oraz dotrzymujący kroku w bezpośredniej konfrontacji czołowym futbolowym siłom nie tylko Starego Kontynentu (Hiszpania, Rumunia). Było to naprawdę ciekawe pokolenie piłkarzy. U szczytu formy znajdowali się wówczas olimpijczycy z Barcelony, z Juskowiakiem, Kowalczykiem, Świerczewskim, Koźmińskim, Wałdochem czy Łapińskim na czele. Znakomitą dyspozycję prezentowali tacy gracze, jak Woźniak czy Zieliński, a także wodzący rej w drugiej linii Nowak i Kosecki. Temu ostatniemu, na skutek nieodpowiedzialnej postawy w Bratysławie, dość szybko zapomniano, że to właśnie on, bardzo długo, niemal za uszy ciągnął w górę tę reprezentację, wypracowując większość naszych eliminacyjnych bramek, a i samemu strzelając ważne gole. Od czasów Zbigniewa Bońka, to właśnie Roman Kosecki był kapitanem biało-czerwonych o bodaj największym (choć nie zawsze dobrym) wpływie nie tylko na zespół, lecz i na decyzje samego selekcjonera. Była też grupa młodych, obiecujących, świetnie wyszkolonych graczy, z Wieszczyckim i Bałuszyńskim na czele. Był robiący furorę w lidze holenderskiej Tomasz Iwan. Ta drużyna naprawdę potrafiła grać w piłkę i nie miała kompleksów nawet na tle najlepszych. Już nigdy później nasza reprezentacja nie zaproponowała polskim kibicom futbolu na podobnie wysokim poziomie technicznym.

Ale była też druga strona medalu. Zawodnicy często podkreślali, że ta kadra stanowiła znakomicie zgraną paczkę, że była wręcz rodziną, co sprawiało, że z ogromną przyjemnością przyjeżdżali na zgrupowania i spędzali na nich ze sobą czas. Tylko, że to właśnie sposób owego wspólnego spędzania czasu był tym najpoważniejszym problemem i miał ogromny wpływ na to, że tamten zespół nie przeszedł do historii polskiego futbolu opromieniony blaskiem sukcesu, który nie tylko mógł, lecz wręcz powinien być jego udziałem. Gdy na mecz z Rumunią w Zabrzu, po raz pierwszy i ostatni zarazem powołany został do tej kadry Marek Jóźwiak, który niejedno przecież w naszym futbolu i widział, i przeżył, był mocno zadziwiony imprezowym rozmachem reprezentacyjnego towarzystwa, dając temu wyraz w głośnym wywiadzie dla tygodnika „Piłka Nożna” i podsumowując całą sprawę w kilku dosadnych słowach: Chyba jednak za dużo ‚nafty’ tam idzie. Wojciech Kowalczyk dość bezceremonialnie wspominał po latach na kartach swej biografii: Ekipa była wesoła, każdy każdemu przypadł do gustu. Starą tradycją w reprezentacji są wieczorki powitalne. Zazwyczaj na jednej nocy się nie kończyło, bo ciągle dojeżdżali na zgrupowanie spóźnieni koledzy, z którymi trzeba się było przywitać. Wlewaliśmy w siebie alkohol przez kilka dobrych dni! Bezustannie. Jedna, wielka nieprzerwana impreza. Trener Apostel nigdy nie należał do specjalnie rygorystycznych. Może też wyznawał naszą zasadę, że kto się dobrze nie pobawi, ten dobrze nie zagra? Mieliśmy od niego swego rodzaju przyzwolenie, że nie będzie nas ścigał za nocne Polaków rozmowy. Te rozmowy, jeśli mecz był w środę, kończyliśmy koło poniedziałku. Nie zawsze jednak. Miarka przebrała się bowiem, gdy przed decydującym pojedynkiem w Bratysławie, słowacki dziennikarz opisał, jak polscy gracze, mocno wczorajsi, zwlekają się w dniu meczu południową porą do hotelowej stołówki. W kraju wybuchł skandal. Choć biało-czerwoni od dawna już swoją boiskową postawą robili coraz lepsze wrażenie, a na dobrą sprawę, gdyby nie gra w osłabieniu, również i wynik na Słowacji mógłby wyglądać zupełnie inaczej, to jednak w sytuacji, gdy światło dzienne ujrzało życie reprezentacyjnej wspólnoty od kuchni, Henryka Apostela nic już nie mogło uratować. Nie po takim meczu, jak ów kompromitujący, bratysławski blamaż.

Jesienią 1995 roku zakończyła przedwcześnie swój żywot być może najciekawsza reprezentacja biało-czerwonych, jaką mieliśmy w ostatnim ćwierćwieczu. Bardzo symbolicznym wydaje się po latach fakt, że o swej selekcjonerskiej nominacji dowiedział się niegdyś Apostel z ust Ryszarda Kuleszy, człowieka, który będąc kilkanaście lat wcześniej trenerem polskiej kadry, również zapłacił ogromną cenę za nieodpowiedzialne postępowanie swych podopiecznych, którym zaufał w zbyt wielkim stopniu. Nie mam bata, żeby poganiać piłkarzy – zwierzał się dziennikarzom, po jednym z towarzyskich meczów swej drużyny, Henryk Apostel. Może gdyby go miał, przeszedłby do historii nie tylko polskiego futbolu, bo prowadzonej przez niego drużynie naprawdę momentami niewiele brakowało do najlepszych na świecie. Pytanie tylko, czy firmowany przez niego biało-czerwony zespół, byłby rzeczywiście w stanie wspiąć się na sam szczyt na wiecznie chwiejnych, wczorajszych nogach.

R.

Komentarze z numer10.blox.pl:

Gość: dekka, *.internetdsl.tpnet.pl
2014/02/10 09:27:59
Dzięki za to wspomnienie, sam również mam olbrzymi sentyment do tej kadry. Przy „brasilianie” jaką wtedy prezentowaliśmy, futbol obecnej reprezentacji wygląda jak gra w wykonaniu kiepsko skonfigurowanych robotów, takich raczej tajlandzkiej produkcji. Dwie topowe ekipy w grupie (Rumunia u szczytu potęgi i Francja, która za trzy lata wygra Mundial) i naprawdę pechowy brak awansu. Cieszę się, że przypomina Pan również chamską antykampanię, jaką Apostelowi urządzili dziennikarze, a raczej fanboye Misia. Kulminacją tej szopki był urządzony przez Szpakowskiego wybór nowego selekcjonera w systemie audio- tele. Czekam z niecierpliwością na drugą część!

Gość: jacek23151, 5.172.252.*
2014/02/10 09:58:57
Audiotele było dopiero po drugim Piechniczku, trzy lata po opisywanym okresie, kiedy Wójcik mógł rzeczywiście wydawać się zbawcą…

A ja miałem wtedy lat 13 i po golu Djorkaeffa jedyny raz z okazji meczu kadry się poplakalem

Gość: VP, *.gorzow.mm.pl
2014/02/10 10:05:28
Audio-tele to było dawno po dymisji Apostela, a konkretnie w 1997 po piechniczkowej klęsce

Gość: DENDI, *.internetdsl.tpnet.pl
2014/02/10 12:07:06
Doskonale pamiętam każdy mecz kadry Apostela :)
Jak była transmisja towarzyskiego meczu z Brazylią (gdzieś koło 2.00 w nocy), razem z bratem nastawiliśmy budzik, aby wstać i obejrzeć ten mecz.
A po bramce Djorkaeffa w meczu na Parc de Princes, po raz pierwszy (podczas meczu) poleciały mi łzy. Miałem wówczas 13 lat, ale przeżywałem każdą minutę słynnego meczu z Francuzami.
Piękne czasy :)

Gość: jacek23151, 46.31.32.*
2014/02/10 18:39:44
A tak w ogóle to strasznie mi się zrobiło smutno po lekturze wywodów tego półgłówka Kowalczyka, który wielokrotnie dawał do zrozumienia, że co najmniej kilku z tych piłkarzy przyjeżdzało wtedy na kadrę chlać wódę i bzykać panienki, przez co olewali grę albo nie prezentowali 100% możliwości.

Gość: jacek23151, 46.31.32.*
2014/02/10 22:08:52
A po golu na 4:0 na boisko wszedł Vladimir Weiss :)

Gość: Bodo70, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/02/10 22:44:14
Co za brednie! Do kadry Apostela określenia takie jak „efektowny”, „najwspanialszy”, „apogeum” pasują jak pięść do nosa. Ta kadra generalnie grała piach z nielicznymi wyjątkami – vide 5:0 ze Słowacją. Z Francją na wyjeździe o mały figiel nie wygraliśmy dzięki Panu Bogu, bramkarzowi Woźniakowi i superfartowi – tak naprawdę była to jedna udana kontra i (nieudana) obrona Częstochowy. A już bęcki ze Słowacją (i pajacowanie Koseckiego), a zwłaszcza wyjazd z Azerbejdżanem to już litość i trwoga. Dosłownie zęby bolały, gdy się na to patrzyło. Apostel nad niczym nie panował, a wystawianie Wandzika, który puszczał babola za babolem, można wręcz uznać za autosabotaż. Szkoda kilku niezłych występów Koseckiego, Kowalczyka, Piotra Nowaka, Juskowiaka, Koźmińskiego czy Wałdocha. Reszta albo była za słaba, albo w zespole było za dużo rotacji.

Gość: Marcin_Piotrków
2014/02/10 23:49:58
Myślę , ze tej kadrze brakowało szczęścia i trochę mentalności zwycięzców, szczególnie w meczach z faworytami grupy. Zawsze czegos brakowało – a to błąd bramkarza, a to niewykorzystane sytuacje. Jak tak spojrzeć na chłodno, to w meczach z faworytami grupy zdobyliśmy tylko 2 bramki. No i ten fatalny pierwszy mecz z Izraelem. Uważam też że osiągnęlibyśmy lepszy wynik gdybyśmy mieli lepszego, bardziej charyzmatycznego trenera. Henio Apostel to nie jest jakiś zly trener ale jednak trochę pogubil się w selekcji, miał około 9 mies. na zbudowanie drużyny, a tymczasem ta drużyna „budowała” się w trakcie eliminacji, i stąd te pogubione punkty. Dopiero po kilku meczach wykrystalizował się w miare stabilny skład. Spójrzcie na kadre Engela – tam od początku stawiano konsekwentnie na określonych graczy. Niemniej jednak także mam do kadry Apostela sentyment, miałem wówczas 12 lat i każdy mecz mocno przeżywałem, a spotkanie z Francją mam do dziś na kasecie, obejrzałem je chyba z 30 razy i wiele komentarzy szpaka znam na pamięc z tego meczu ;) pozdrawiam

blazejt6
2014/02/12 17:22:07
Ciekawe spojrzenie na pokolenie piłkarzy z tamtych lat! Graty!

Gość: Human, *.ip.netia.com.pl
2014/02/13 12:16:34
Chłopie! Napisałeś wszystko co ja bym napisał! Z tymi eliminacjami umarła mi prawdziwa miłość do kadry :/ Mieli pecha i Wańdzika :/

Gość: villy85, *.dolarowiec.pirx.pl
2014/11/11 10:20:22
Ale tak prawdę mówiąc to widziałem te bramki Wandzika i tak naprawdę to on zawalił 2: z Rumunią drugą (choć ciężko mi powiedzieć z powtórek, czy nie została naruszona nietykalność bramkarza w polu bramowym) i pierwszą z Izraelem, przy pozostałych nie widzę jego winy: w Izraelu 2 z sytuacji sam na sam, pierwsza bramka z Rumunią też właściwie była w takiej sytuacji choć niby łatwiejsza do obrony. W Zabrzu z Izraelem druga to sytuacja sam na sam z rywalem, a trzecia to mocny strzał zza pola karnego. Lepiej niech mi ktoś powie gdzie była obrona i gdzie jej odpowiedzialność?? No i co ciekawe w meczu z Rumunią przy drugiej bramce komentator mówił, że do tego momentu Wandzik grał bardzo dobry mecz. Wychodzi na to, że poprostu zrobiono z Wandzika po części kozła ofiarnego, który tak naprawdę zawalił 1 punkt z Rumunią.

Gość: villy85, *.dolarowiec.pirx.pl
2016/07/26 20:58:00
Oglądam cały ten mecz z Rumunią i nie ma, co zwalać na Wandzika, bo naprawdę dobrze grał i kilka razy nas uratował. Rumunia była lepsza, choć fakt mieliśmy swoje sytuacje, ale zasłużenie wygrała, my graliśmy czysto na kontry.

Dożywotni król nie tylko rumuńskich serc

Gheorghe Hagi, człowiek, który futbol potrafił uczynić sztuką, rozpoczyna dziś pięćdziesiąty rok swego życia.

O piłkarskim geniuszu rodem z Sacele, napisano już niegdyś na naszym blogu całkiem sporo. Zapraszamy więc do lektury, bo futbolowy artysta z Bałkanów, to naprawdę postać godna tego, aby ją lepiej poznać lub po prostu przypomnieć sobie, jakie cuda potrafił wyczyniać ze skórzaną kulą u nogi rumuński piłkarz wszechczasów.

Gheorghe Hagi. Król futbolu. cz.1

Gheorghe Hagi. Król futbolu. cz.2

Gheorghe Hagi. Król futbolu. cz.3

Gheorghe Hagi. Król futbolu. cz.4

Wszystkiego najlepszego, niezapomniany władco milionów futbolowych serc!

Nie idźcie tą drogą

Dobra prognoza dla Polski, dobra prognoza dla Europy – zwykła mawiać przed laty legendarna już telewizyjna spikerka, wieszcząca w wieczornym wydaniu dziennika pogodę na jutro. Porównywalny dreszcz optymizmu poczułem kilka dni temu, gdy krakowska Gazeta poinformowała, iż kolejny z naszych byłych piłkarskich orłów postanowił wedrzeć się na polityczne salony, w tym przypadku euro-salony. „Jest znaną i lubianą osobą, może wnieść powiew świeżości do polskiej i europejskiej polityki” – przekonuje rzecznik małopolskiego SLD, która to partia w trosce o budowę lepszego jutra dla Starego Kontynentu, postanowiła skorzystać z intelektualnego potencjału eks-futbolisty. Rzecz dotyczy Macieja Żurawskiego, więc tym większy żal, że na swym posterunku w służbie narodu, pośród politycznej familii nie wytrwał radny PO, Radosław Majdan, bo wówczas obaj nasi mężowie stanu mogliby dokończyć, w bardziej już szykownych strojach oraz pośród przyjaźniejszych okoliczności przyrody, tę jakże głęboką i merytoryczną konwersację o życiu i jego problemach.

Cóż może dać polityk Żurawski Europie? Co ma jej do zaproponowania? Z jakim bogactwem myśli i głębią programów nadciąga pod postkomunistycznym sztandarem znad Wawelu ku gmachom w Strasburgu i Brukseli? Nie chcę się znęcać nad byłym graczem Warty, Lecha czy Wisły, bo ani nie jest on osobą niesympatyczną, ani też jakoś szczególnie tępą. Ba, w piłkarskiej szatni, przy pomyślnych wiatrach może uchodzić nawet za względnego bystrzachę. Jednak, jak mawiał sienkiewiczowski bohater: „Znaj proporcjum, mociumpanie!”. Sedno problemu leży natomiast gdzie indziej. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że polskie partie polityczne traktują swych wyborców jak bandę idiotów, którym kompletnie wszystko jedno, bo i tak ostatecznie, po chwilowym wachlowaniu się długopisem nad wyborczą urną, rzeczywiście zagłosują na tych bardziej ‚znanych’, przynajmniej z nazwiska. Po części zresztą w swych bezczelnych przewidywaniach niestety mają rację, co bezlitośnie potwierdzają wyniki niemal każdych kolejnych wyborów.

Fatalnie się dzieje, gdy polityka wchodzi do futbolu. Gdy jednak futbol wchodzi do polityki mamy do czynienia z sytuacją chyba jeszcze gorszą. Jeśli prawo w Polsce stanowią nam w sejmie Roman Kosecki i Cezary Kucharski (obaj PO) do spółki z Janem Tomaszewskim (PiS), w senacie ustawodawczą pracę posłów przez kilka lat korygował Grzegorz Lato (SLD), a Maciej Żurawski (SLD) ma reprezentować nasz kraj w europarlamencie, to zabrnęliśmy chyba rzeczywiście w jakąś koszmarnie ciemną uliczkę, z której wyjścia będziemy szukali kiedyś w trudach i znojach.

Owszem, ktoś może powiedzieć, że cóż w tym dziwnego, iż SLD szturmuje Europę Żurawskim (kilka lat temu samorządowym kandydatem tej formacji, która najwidoczniej kocha sport, był człowiek o głowie prawdziwie nie byle jakiej – Józef Młynarczyk), skoro standardy intelektualne wyznaczają tam ludzie pokroju głównego rzecznika tej partii, którego zdaniem zaledwie rok dzielił wybuch Powstania Warszawskiego (ponoć działo się to w 1988 roku), od wprowadzenia stanu wojennego (według naszego geniusza – 1989 rok). Ktoś inny słusznie może wskazać, że przez polski parlament przewinęła się przecież przez dekady znaczna ilość osób w jeszcze mniejszym stopniu przygotowanych (intelektualnie, moralnie, merytorycznie czy jakkolwiek) do pełnienia tak ważnych funkcji niż ci, którzy zasilają polityczne ławy z futbolowego narybku. Ktoś słusznie zauważy, że przecież od lat politykę opisują nam ludzie, którzy kultury osobistej oraz dobrych manier mogliby się nauczyć od niejednego z piłkarzy, a wśród telewizyjnych gwiazd polskiego dziennikarstwa najjaśniej błyszczą te, które każdego dnia warcząc wieczorową porą na swych gości nie potrafią sklecić choćby jednego zdania poprawną polszczyzną, a nawet i takie, które z poważną miną pytają zaproszonych przez siebie polityków dlaczego, skoro ich partia jest taka fajna, nie należą do niej nieżyjący już od dziesięcioleci (o czym gwiazda nie wie) myśliciele polityczni. Ktoś wreszcie wskaże, że na zaszczytnych ministerialnych stołkach zasiadają u nas postaci niemal żywcem wycięte z najbardziej złośliwych dowcipów o blondynkach. A jeszcze ktoś inny słusznie pokwęka, że i na najwyższych stanowiskach w państwie mieliśmy już ludzi, którzy nie dorośli nawet do pełnienia roli dyżurnego w klasie. Tak, niestety to prawda. A jednak, mimo wszystko, zasilanie szeregów politycznej i około politycznej ferajny, ludźmi z piłkarskiego środowiska, o którego intelektualnych kompetencjach bardzo dosadnie wyraził się niegdyś na kartach swej biografii Wojciech Kowalczyk, do niczego dobrego nie prowadzi. Owszem, chwalebne wyjątki się zdarzają, jak wszędzie, ale akurat tu specjalnie nimi nie obrodziło.

Przesłanie więc, zarówno do tych, którzy na listy wciągają, jak i do tych, którzy są na nie wciągani, może być tylko jedno. Szanujcie wyborców choć trochę. I jak radził niegdyś człowiek, który niejednej filipińskiej chorobie spojrzał głęboko w oczy – nie idźcie tą drogą. A jeżeli już koniecznie musicie, pójdźcie na całość i sięgnijcie chociaż po jeszcze spektakularniejsze postacie ze świata polskiej piłki – będzie przynajmniej weselej i bardziej widowiskowo, jeśli już ma być tragicznie. Politycznie niezagospodarowany jest na przykład Marek Jóźwiak. Specjalność – kopytka. Sukces gwarantowany.