Mazur na wapnie

Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego aż tak mocno utkwiło mi to w pamięci po dziś dzień. Jako zakochany w futbolu po uszy, dziesięcioletni smyk, pewnego grudniowego wieczoru przed ćwierćwieczem, usłyszałem przeczytaną przez spikera wiadomości sportowych po głównym wydaniu dziennika telewizyjnego informację o śmierci piłkarza. To był suchy komunikat, okraszony czarno-białym (a może i kolorowym, lecz telewizor był czarno-biały;) zdjęciem byłego reprezentanta Polski, który właśnie odszedł ku bramom wieczności. Nazywał się Włodzimierz Mazur. Tak, jak dziecko z barejowego „Misia” za młode było na Heroda, tak i ja za młody wówczas byłem, by pamiętać grę ś.p. Mazura. Co więcej, usłyszałem wtedy o tej postaci po raz pierwszy. Ale pamiętam do dziś to szczere, potężne zdumienie, że piłkarze, podobnie jak wszyscy normalni śmiertelnicy również umierają, że nie są wyjęci spod prawa śmierci. W oczach zafascynowanego do granic możliwości światem piłki dzieciaka, było to prawdziwe odkrycie, coś co zrobiło na mnie ogromnie wrażenie. Czyli piłkarze to też ludzie, zwyczajni jak my, mimo że przecież – myślałem – herosi.

Włodzimierz Mazur był znakomitym piłkarzem, królem strzelców naszej ligi w 1977 roku, zdobywcą łącznie 80 goli na boiskach ekstraklasy. Dziś, jako kibice biało-czerwonych z pewnością oddalibyśmy wiele za napastnika tej klasy. A jednak zawodnik Zagłębia Sosnowiec, a u schyłku kariery również francuskiego Rennes, trafił na najwspanialsze czasy w dziejach naszego futbolu, gdy znamienitych graczy, pretendujących do występów z orzełkiem na piersi było na pęczki, co sprawiło, że nigdy nie zdołał wywalczyć sobie niepodważalnego miejsca w podstawowym składzie reprezentacji Polski. Dość powiedzieć, że na 23 spotkania dla narodowej kadry, jakie były jego udziałem, Mazur tylko jeden rozegrał w pełnym wymiarze czasu. Po prostu – byli wówczas jeszcze lepsi od niego: Lubański, Szarmach, Lato, Iwan. Mimo to Włodzimierz Mazur przez kilka lat był niezwykle ważną postacią biało-czerwonych prowadzonych i przez Gmocha, który zabrał go na argentyński mundial, i przez Ryszarda Kuleszę, a szansę w ważnych meczach dostawał jeszcze nawet u Piechniczka. Dla polskiej reprezentacji strzelił łącznie trzy bramki, w tym tę jedną zupełnie niezwykłą i niezapomnianą – 2 maja 1979 roku na chorzowskim stadionie w eliminacyjnym meczu do Euro ’80 przeciwko Holandii.

Ta cudowna, genialnie wykonana jedenastka w fantastycznym meczu przeciwko aktualnym wicemistrzom świata jest istną kwintesencją piłkarskiej klasy Włodzimierza Mazura. Znakomicie oddał ją Stanisław Terlecki (którego to właśnie Mazur wygryzł z ekipy na argentyński mundial) na kartach swych wspomnień, które w bardzo ciekawą książkę „Pele, Boniek i ja” poskładał kilka lat temu Rafał Nahorny.

„Przed meczem z Bułgarią, na treningu na Stadionie Dziesięciolecia, Mazur, który według mnie wykonywał karne lepiej od Kazia Deyny, nagle zaproponował Tomaszewskiemu zawody. O duże pieniądze, bo obaj lubili hazard. Zakład polegał na tym, że Mazur twierdził, iż strzeli Tomaszewskiemu dziesięć ‘jedenastek’ na dziesięć. Wszyscy się uśmialiśmy, a najbardziej propozycja ubawiła Tomka, uchodzącego przecież po finałach mistrzostw świata w RFN za specjalistę od karnych. Nie dał się wtedy Tomek pokonać Szwedowi Tapperowi i Uli Hoenessowi, to miał go ograć, i to na tak niekorzystnych dla strzelającego warunkach, jakiś tam napastnik Zagłębia Sosnowiec?

Po Włodku nie można było poznać przeżywanych emocji. Był taki beznamiętny, że aż strach. A żeby sobie utrudnić zadanie, Mazur uderzał piłkę raz lewą, raz prawą nogą. I… trafił dziesięć na dziesięć. Gdy usłyszał od Tomka, że trafiło się ślepej kurze ziarno, to… zaproponował rewanż, czyli taki sam zakład. Tylko o potrójną stawkę. I gdy doszło do dziewiątego i dziesiątego karnego, to na stadionie zapadła cisza jak makiem zasiał. Wszyscy poddaliśmy się emocjom. I Włodek skasował Tomka raz jeszcze”.

Włodzimierz Mazur zagrał na argentyńskim mundialu w jednym tylko meczu. Po godzinie gry przeciwko gospodarzom turnieju, Jacek Gmoch krzyknął w kierunku ławki rezerwowych: „Włodek, rozgrzewaj się!”. Lubański wstał i zaczął szykować się do rozruchu, na co Gmoch rzucił tylko: „Nie ty, Włodek Mazur”. To zdarzenie jeszcze po latach żywo wspominają uczestnicy tamtego mundialu, będący świadkiem tej nieprzyjemnej sytuacji upokorzenia przez selekcjonera legendy naszego futbolu. Pochylając się nad tamtym zdarzeniem, tym razem jednak, wyjątkowo, z perspektywy spojrzenia na postać Włodzimierza Mazura, chyba po raz pierwszy zadałem sobie pytanie: co by było, gdyby Mazur, bezlitosny i bezbłędny w wykonywaniu jedenastek, pojawił się na boisku nieco wcześniej, jeszcze zanim Kazimierz Deyna po wojence nerwów prowadzonej na murawie z Bońkiem o to, kto ma być egzekutorem, strzelił z wapna wprost w ręce argentyńskiego bramkarza?

Do dziś zachwycamy się Panenką, a mieliśmy przecież swojego Mazura, który gdy stanął z piłką na wapnie…

Niech spoczywa w pokoju.

R.

Całą masę podobnych historii wspominamy na facebookowym profilu Numer 10 – polub!

Czytaj też:

Dariusz Wdowczyk – skrucha a krótka pamięć. Nie dajmy się nabrać


Trzy pierwsze rzuty karne reprezentacji Polski: Klotz, Batsch, Steuermann  

Lewy i Dudek. Jedna noc w kwietniu, jedna w maju   

 

Andrzej Strejlau. Chory na futbol idzie na zwolnienie

 

Orły bez orzełka. Niespełnionych marzeń o kadrze podręczny rejestr

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *