Polskie kanonady na niemieckiej ziemi

Dzisiejszym późnym popołudniem na murawie mogunckiego stadionu Robert Lewandowski wzbogacił swój strzelecki dorobek o kolejne dwa trafienia. Czy robi to jeszcze na nas jakiekolwiek wrażenie? Przyzwyczailiśmy się. W końcu od tego tam jest, żeby strzelać. Poza tym drużyna gra na niego, a w ogóle to mógł załadować więcej i szybciej, a już na pewno efektowniej. Ci bardziej złośliwi sarkną jeszcze, iż to przecież tylko dwie poprawnie wyegzekwowane jedenastki, a temu wszystkiemu niezawodnie towarzyszyć będą nieodłączne gorzkie żale, wylewane nad naszym najukochańszym z futbolowych pytań retorycznych – dlaczego Lewandowski takim chwackim snajperem nie jest już w biało-czerwonym stroju z orzełkiem na piersi? Nie jest, to prawda. A jednak warto czasem, choćby na krótką chwilę ustać w lamentacjach i biadaniach, by zdać sobie sprawę z oczywistego faktu, że pomimo wszystko na naszych oczach rozgrywa się obecnie historia naprawdę unikalna w całych dziejach naszego biało-czerwonego futbolu. Mamy wreszcie piłkarza, pewnie pierwszego od czasów Zbigniewa Bońka, którego zna i ceni cały sportowy świat. Zawodnika, który tworzy historię europejskiego futbolu i którego nazwisko jeszcze przez lata będzie wiele znaczyło choćby w annałach rozgrywek Champions League. Napastnika, który już zapisał się jako najskuteczniejszy strzelec spośród wszystkich naszych graczy w całych dziejach niemieckiej Bundesligi. A dzisiejszego wieczoru po raz szesnasty zaliczył na pierwszoligowych boiskach naszych zachodnich sąsiadów co najmniej dwa trafienia w jednym spotkaniu. Po raz SZESNASTY! Drugi na tej liście Jan Furtok uzbierał ledwie połowę tego co Lewandowski.

Swą kanonadę w ilościach hurtowych rozpoczął Lewandowski 1 października 2011 roku, aż trzykrotnie pokonując w Dortmundzie bramkarza Augsburga – Simona Jentzscha. Gole z 30, 44 i 78 minuty meczu złożyły się na pierwszy efektowny hattrick byłego napastnika poznańskiego Lecha w Bundeslidze.

Na drugiego czekał ponad 2 lata, by całkiem niedawno – 1 listopada 2013 roku, również przed własną publicznością, trzykrotnie skierować piłkę do siatki zespołu VFB Stuttgart. Z całą sprawą Lewandowski uwinął się właściwie w 19 minut, pomiędzy 54 a 73 minutą spotkania.

Pomiędzy hattrickowym wyczynem przeciwko Augsburgowi i Stuttgartowi, na przestrzeni owych dwóch lat, Lewandowski aż trzynastokrotnie serwował w Bundeslidze bramkowe dwupaki golkiperom przeciwnych drużyn (aż czterokrotnie Freiburgowi, dwukrotnie zespołom Mainz, Hannover i HSV, po jednym razie Koeln, Wolfsburgowi, Furth), a w listopadzie 2012 roku przez trzy kolejki pod rząd nie schodził poniżej dwóch trafień na mecz. Dziś natomiast, w pojedynku z Mainz (który w klasyfikacji bramkowych ofiar Lewego depcze po piętach Freiburgowi), po raz pierwszy dzięki dwóm trafieniom z jedenastek, dołożył do kolekcji swój kolejny, szesnasty już, mnogi snajperski łup.

Pomiędzy strzeleckimi osiągnięciami Lewandowskiego a pozostałych naszych piłkarzy na niemieckiej ziemi zionie prawdziwa przepaść. Jan Furtok, który również był ongiś snajperem o wyrobionej marce i niezwykle w Bundeslidze cenionym, uzbierał ledwie połowę tego, co ma już w garści Lewandowski. A nadmienić wypada, że Furtok biegał po pierwszoligowych murawach naszych zachodnich sąsiadów przez siedem sezonów. Lewandowski, póki co, jest w trakcie rozgrywania czwartego. Jan Furtok był naprawdę znakomitym napastnikiem, o czym chyba nie trzeba nikogo przekonywać. Ośmiokrotnie trafiał seriami do bramki rywala, w tym, podobnie jak Lewandowski, aż dwukrotnie udało mu się ustrzelić klasycznego hattricka. Co więcej, Furtok dokonał swego wyczynu w kilkanaście dni, w kwietniu 1991 roku. Najpierw we Frankfurcie napastnik HSV trzykrotnie pokonuje słynnego Uli Steina, a niespełna dwa tygodnie później na Stadionie Olimpijskim w Berlinie trzy razy dziurawi siatkę miejscowej Herthy. Poza tym były napastnik GKS Katowice zalicza jeszcze pięć bramkowych dwupaków dla HSV (na rozkładzie m.in. Andreas Koepke czy Oliver Kahn) i jednego grając już dla Eintrachtu.

Tuż za Furtokiem w tej klasyfikacji znajdujemy Andrzeja Juskowiaka. Były trener napastników Kolejorza spod którego skrzydeł wyfrunął do wielkiego piłkarskiego świata Robert Lewandowski może z prawdziwym uznaniem przyglądać się poczynaniom byłego podopiecznego. Sam Juskowiak, były król strzelców na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie, podczas swej gry na boiskach Bundesligi siedmiokrotnie kazał golkiperom drużyn przeciwnych wyplątywać futbolówkę z sieci co najmniej dwa razy w jednym spotkaniu. W 1997 roku dwukrotnie serwował bramowe duety przywdziewając trykot Borussi Moenchengladbach. Potem pięciokrotnie to samo czynił grając dla Wolfsburga. 19 sierpnia 2000 roku nasz superstrzelec aż trzykrotnie pokonywał bramkarza Kaiserslautern Georga Kocha, kompletując swój jedyny w Bundeslidze hattrick.

Lewandowski, Furtok, Juskowiak – wszyscy ci nasi wspaniali snajperzy w większym lub mniejszym stopniu pozostawili lub wciąż jeszcze są na etapie pozostawiania sporego niedosytu w kontekście ich strzeleckiego dorobku w reprezentacyjnym trykocie. Cóż więc powiedzieć o kolejnym z polskich graczy w tej klasyfikacji? Janusz Turowski, były piłkarz Legii i szczecińskiej Pogoni nigdy nawet nie wdział na siebie reprezentacyjnej koszulki, po prostu nie było mu to dane. Ale o tym piłkarzu, w kontekście orzełka na piersi, będziemy na blogu jeszcze sporo pisali, na razie ograniczymy się więc tylko do suchych faktów. Napastnik Eintrachtu Frankfurt aż pięć razy, co najmniej dwukrotnie w jednym meczu, pokonywał na boiskach Bundesligi bramkarzy rywali. 15 kwietnia 1989 roku przeciwko zespołowi Karlsruher ustrzelił swojego hattricka, a jego główną ofiarą był rodak, były bramkarz zabrzańskiego Górnika Aleksander Famuła.

Po Turowskim pora na Euzebiusza Smolarka i Artura Wichniarka. Obaj czterokrotnie, co najmniej dwa razy w meczu, doprowadzali do przygnębienia bramkarzy drużyn przeciwnych podczas pierwszoligowych rozgrywek w Niemczech. Co ciekawe Wichniarek zawsze owego wyczynu dokonywał przed własną publicznością w Bielefeld. Smolarek sprawiedliwie dzielił swe wielobramkowe popisy, w dwóch przypadkach ich areną uczynił stadion pracodawcy w Dortmundzie, a dwukrotnie przywoził swe snajperskie łupy z boisk rywali. Co więcej, 15 października 2005 roku w Kaiserslautern, piłkarz Borussi Dortmund już w pierwszej części spotkania skompletował efektowny hattrick, aż trzykrotnie pokonując Jurgena Macho.

Marek Leśniak biegając po murawach Bundesligi ‚zaledwie’ trzykrotnie zmuszał do plątania się w sieciach co najmniej dwa razy na mecz, bramkarzy zespołów przeciwnych, ale za to jego hattrick ustrzelony w barwach Wattenscheid 18 września 1993 roku jest z pewnością osiągnięciem zupełnie wyjątkowym w całej historii polskich występów w lidze niemieckiej. Wspomnianego dnia, na Stadionie Olimpijskim w Monachium, były snajper szczecińskiej Pogoni aż trzykrotnie pokonywał golkipera Bayernu Monachium – Aumanna.

Poza tym dwukrotnie w jednym spotkaniu Leśniak pokonywał jeszcze golkiperów Schalke (Jens Lehmann) oraz HSV (Golz).

Podobnym bilansem może poszczycić się Mirosław Okoński. Tyle, że on na boiskach Bundesligi spędził znacznie mniej czasu, bo tylko dwa sezony. Choć hattricka na miarę Leśniaka w Niemczech nie ustrzelił, to po dwa razy w jednym spotkaniu lokował piłkę do bramki Borussi Dortmund, Waldhoff Mannheim oraz Kaiserslautern.

Triumwirat posiadaczy trzech wielopaków zamyka Kuba Błaszczykowski, choć mam nadzieję, że kapitan naszej reprezentacji nie powiedział jeszcze w tym względzie ostatniego słowa. Co ciekawe aż dwa ze swoich podwójnych trafień, Błaszczykowski uzyskał w spotkaniach przeciwko HSV i Norymberdze, kiedy to dwukrotnie do siatki rywali strzelał również Lewandowski, mieliśmy więc wówczas aż cztery trafienia Polaków w jednym spotkaniu!

Dwa bramkowe dwupaki są udziałem Andrzeja Buncola dla Bayeru Leverkusen oraz Cezarego Tobollika dla Eintrachtu Frankfurt.

Po jednej podwójnej strzeleckiej szarży zaliczyli na boiskach Bundesligi: Włodzimierz Smolarek (i to już w debiucie!) i Paweł Kryszałowicz dla Eintrachtu Frankfurt, Piotr Nowak dla TSV Monachium, Ryszard Cyroń dla Fortuny Dusseldorf, Tomasz Wałdoch dla Schalke, Henryk Bałuszyński (podobnie jak W.Smolarek – już w debiucie!) i Marcin Mięciel dla Bochum, Jacek Dembiński dla HSV, Sławomir Majak dla Hansy Rostock, Piotr Reiss dla Herthy Berlin i Artur Sobiech dla zespołu Hannover.

Suche liczby już od dawna niosą ze sobą przesłanie bardzo klarowne, szanujmy dokonania Roberta Lewandowskiego i spieszmy się doceniać jego piłkarską klasę, bo następnego gracza tego formatu doczekamy się zapewne nieprędko. I kibicujmy mu, by na jego grze i snajperskich dokonaniach zyskała również polska reprezentacja.

R.

Czytaj także: Biało-czerwone trójpaki w Bundeslidze.

Światowy sport rozrywkowy. Rozmowa z prof. Michałem Buchowskim

Przemysław Nosal: Real Madryt płaci za Garetha Bale’a 100 milionów euro. Kluby mają długi sięgające swoją wysokością PKB niejednego państwa, a mimo to w najlepsze występują w swoich ligach. Najlepsi piłkarze zarabiają pieniądze, które dla przeciętnych śmiertelników są nawet trudne do wyobrażenia. Świat piłki staje się coraz bardziej wirtualny/umowny. Czy to czeka również inne sfery – np. rozrywkę?

Michał Buchowski: Ależ dzisiejsza piłka nożna – ta, do której należy Bale – jest rozrywką, tak jak film, estrada, kabarety. Jest częścią sportowego przemysłu rozrywkowego. Rządzi się ona swoimi prawami, lecz nie są one aż tak bardzo różne od innych współczesnych rodzajów dostarczania wrażeń i emocji. To interes, jak każdy inny, oparty na rachunku dochodów i wydatków. Inwestuje się po to, by osiągnąć zyski. Taką inwestycją może być np. Bale. Podejmuje się ryzyko w nadziei na zysk. Są kluby, które nie ryzykują, ale potem np. przegrywają z europejskimi słabeuszami w rozgrywkach kontynentalnych. Tak jak w rozrywce, dochody piłkarzy bywają kosmiczne, wręcz abstrakcyjne dla zwykłych zjadaczy chleba. To jeden z paradoksów współczesnego świata. Inżynierowie ułudy zarabiają na tym krocie, ale nie ma pewności, czy w przewidywalnej przyszłości ta koniunkturalna bańka nie pęknie, tak jak bańka inwestycyjna w 2008 roku. I tutaj ponownie wrócić można do problemu potencjału piłki nożnej i kibicowania, dzięki którym tworzyć się może wspólnota, realizowane mogą być lokalne cele, pielęgnowane wartości i która nie musi kręcić się tylko wokół reklamy, pieniądza i gadżetów. Od klubów i jego kibiców zależy, jakie one będą i czy będą mieć moc jednoczącą, budującą, czy raczej będą dzielić.  

W koszykówce przez wiele lat zespół Harlem Globetrotters – taki koszykarski cyrk. Poza tym organizowane są regularnie konkursy wsadów i rzutów za trzy punkty. W piłce jakoś nie widać podobnych trendów. Dlaczego?

Każdy sport ma swoją specyfikę. Niemniej są przecież formy uprawiania piłki na modłę Globetrotters. Za takie uznać możemy objazdowe mecze najlepszych zespołów w rodzaju Barcelony, Realu czy Manchesteru do Chin, Japonii i… Polski. Faktycznie, w piłce nożnej nie urządza się wśród zawodników konkursów na najlepszy strzał w okienko bramki itp., ale widać nie bardzo organizatorów imprez ten rodzaj atrakcji pociąga.

Można jednak pomyśleć o czymś innym, czymś dla kibiców – oczywiście zależy to też od tego, jakich kibiców chce mieć klub. Do niedawna w przerwach meczów na Bułgarskiej urządzano konkurs rzutów karnych wśród wylosowanych kibiców. Nie wiem, dlaczego ich zaprzestano, bo dla wielu była to wielka frajda. Gdyby na przykład urządzać konkurs na strzał bezpośrednio z rzutu rożnego do bramki lub na trafienie w poprzeczkę z szesnastki, a do tego podnieść stawkę dla zwycięzcy do przynajmniej kilkudziesięciu tysięcy złotych, to emocji w przerwie byłoby nie mniej niż w trakcie meczu.

Możemy obecnie obserwować bardzo ciekawe zjawisko w światowym futbolu reprezentacyjnym. Z jednej strony, swoje reprezentacje narodowe mają coraz mniejsze kraje i terytoria – ostatnio choćby Gibraltar. Z drugiej strony, na igrzyskach w Londynie nie oglądaliśmy kadry Anglii a zjednoczone zespoły pod szyldem Wielkiej Brytanii. Jednoczymy się w ramach piłki czy wręcz przeciwnie?

To zależy od kontekstu. W różnych momentach do głosu dochodzą odmienne tendencje. Piłka bez wątpienia może pełnić funkcje jednoczące. Wspomniane klubowe rozgrywki europejskie przyczyniają się do wytwarzania wspólnej przestrzeni „Europy”, do europeizacji. Ludzie oglądają mecze drużyn z innych krajów, kibice jeżdżą za swoimi drużynami i odwiedzają inne miasta. Spotykamy osoby z innych krajów i natychmiast wielu z nas znajduje z nimi wspólny temat do rozmowy – to piłka nożna, mecze i piłkarze (choć kibice mają tendencję do przesadzania z powszechnością zainteresowania tymi tematami). W tym sensie piłka bez wątpienia jednoczy. Co zastanawiające, owo ujednolicanie zachodzi dzięki temu, ze jednocześnie kibicujemy różnym drużynom i mamy różne piłkarskie upodobania. W odniesieniu do mnożenia lub redukowania liczby drużyn narodowych to nie ma to specjalnego znaczenia. Wielka Brytania to, iż ma cztery różne federacje i reprezentacje zawdzięcza faktowi, że jest ojczyzną futbolu. Ten układ nie zgadza się z logiką państwa narodowego. Teraz dochodzi do tego Gibraltar. Dlaczego w takim razie swojej reprezentacji nie ma np. federalny land Niemiec Bawaria ze stolicą w Monachium? Myślę, że obecnie liczyłby się on bardziej na mapie piłki niż wiele innych znanych nam reprezentacji narodowych, np. Polski.

Kiedyś piłka nożna była dla wielu chłopców szansą na szybką karierę i wyjście z ubóstwa. Dzisiejsze gwiazdy sportu to zwykle długofalowe inwestycje rodziców, którzy przez wiele lat opłacają najlepszych trenerów, fizjoterapeutów, obozy szkoleniowe i odpowiednie wyżywienia, po to, aby ich pociecha wybiła się z tłumu rówieśników. Sport nie jest już ścieżką szybkiego awansu społecznego? Coś może go w tym kontekście zastąpić?

Tu dotykamy istoty sprawy. Z jednej strony sport to demokratyczna dziedzina, w której każdy może awansować dzięki swym indywidualnym talentom i pracowitości. W tym sensie to ideał indywidualistycznego społeczeństwa kapitalistycznego, ponieważ każdy, wykorzystując swe zdolności, może się wybić. Zarazem wiemy, że aby być najlepszym sam talent dziś już nie starcza. Trzeba inwestować, by w wyścigu talentów prześcignąć innych równie zdolnych, trzeba też mieć po prostu sporo szczęścia. Lubimy historie karier „od pucybuta do milionera”, ale chyba nawet w Ameryce początku XX wieku były one raczej wyjątkiem, niż regułą; w dzisiejszych czasach wcale nie jest łatwiej pokonywać bariery klasowe i środowiskowe. Ideał równości szans, którym nadal karmią nas media, zaczyna się chwiać. Ale nadal twierdziłbym, że, zwłaszcza ze względu na swą masowość, piłka nożna pozostaje wciąż względnie demokratyczna. Nadal na szczyty potrafią wypływać chłopcy z faveli w Sao Paulo, z afrykańskich wsi, przedmieść Neapolu, z Zenicy czy z Sarajewa w Bośni, z Bonaventury w Kolumbii, z Szolnoku na Węgrzech, z Wildy czy z Dębca. Mogą to być dzieci artystów, jak van Persie, czy kucharki i ogrodnika, jak Ronaldo. Oczywiście, na każdą taką historię mniej lub bardziej spektakularnego sukcesu przypada kilkaset, jeśli nie kilka tysięcy historii porażek, często bardzo dramatycznych, niemniej jednak, zwłaszcza gdy wiemy, o jakich stawkach i zarobkach rozmawiamy, nadal łatwiej jest chłopcu z afrykańskiej wioski dorobić się na grze w piłkę, niż na grze na giełdzie.

Profesor dr hab. Michał Buchowski, antropolog społeczny, dyrektor poznańskiego Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM. Koordynuje w Polsce międzynarodowy projekt „FREE: Football Project in an Enlarged Europe”. Jego głównym celem jest naukowa analiza fenomenu piłki nożnej jako potencjalnego źródła tożsamości europejskiej, przede wszystkim w ujęciu socjologicznym, historycznym, politycznym i antropologicznym. Strona internetowa projektu: http://free-project.eu/Pages/Welcome.aspx

P.

Czytaj także:

Imperium kontratakuje

Kochać gwiazdy

Strzały w Saknin

Trzy były wielkie, wspaniałe i szczęśliwe dni w historii miasteczka Saknin. Jeśli dodamy do tego trzy dni kolejne, tylko wspaniałe i szczęśliwe, okaże się, że nad Saknin świeci dobra gwiazda. Inne miasta w Galilei, choćby takie Um El Fahm, dwa razy bardziej ludne i nieco zasobniejsze, więc zdałoby się – co najmniej dwa razy ciekawsze, mogą poszczycić się tylko dniami zapadającymi w pamięć. Tymczasem mieścinka Saknin doświadczyła fartu i ma tego świadomość.

Tak zaczyna się kapitalny tekst-reportaż Pawła Smoleńskiego z książki „Arab strzela, Żyd się cieszy„, który to niedawno miałem przyjemność przeczytać. Bardzo sobie cenię to, co i w jaki sposób pisze Smoleński o Izraelu. W małych wydarzeniach i drobnych ludzkich sprawach potrafi oddać on złożoność codzienności w tym niezwykłym państwie. Tekst, o którym tutaj wspominam, to jeden z rozdziałów tej książki, od którego wziął się zresztą jej tytuł (co ciekawe sam tekst funkcjonuje w zbioru jako „Saknin”), a także, jak się dowiedziałem, opublikowany kiedyś w „Dużym Formacie” reportaż (można go przeczytać za płatną ścianą tutaj). Cóż to jednak za niezwykłe dni?

Wielki Dzień Pierwszy – rok 2002. Zbieg okoliczności, przypadków i fartu sprawia, że Ittihad Abna Sakhnin (po hebrajsku Ihud Bnei Sakhnin) – klub piłkarski Zjednoczeni Synowie Sakninu awansuje do izraelskiej pierwszej ligi.

Wielki Dzień Drugi – rok 2004. Na stadionie narodowym w Ramat Gan Ittihad Abna Sakhnin zdobywają puchar Izraela, gromiąc Hapoel Hajfa (4:1). Silniejsze drużyny opadły w eliminacjach, jak to w pucharach bywa. Synowie Sakninu uzyskali awans do Pucharu UEFA jako pierwsza arabska drużyna w historii piłki nożnej.

Wielki Dzień Trzeci – rok 2006, mecz narodowej reprezentacji Izraela przeciwko Irlandii w eliminacjach do mistrzostw świata. Dziewięćdziesiąta minuta, klęska zagląda w oczy, lecz wystarczyła sekunda, by Abbas Suan, pomocnik Abna (dla Żydów – Bnei) Sakhnin strzelił bramkę. Suan wali czołem w murawę, twarzą zwrócony w stronę Mekki. Stadion w Ramat Gan szaleje ze szczęścia, kibice przed telewizorami wariują, a całe Saknin przez kilka dni zachowuje się jak nadpobudliwy czubek odstawiony do proszków uspokajających.

Zostawmy Wielki Dzień Pierwszy – materiałów filmowych brak, wierzymy więc reporterowi na słowo. O Wielkim Dniu Trzecim pisałem już na blogu tutaj. Skupmy się na Dniu numer 2.

Klub, który powstał raptem w 1992 roku, po 10 latach swojego działania awansuje do ekstraklasy Izraela. Miasteczko liczące nieco ponad 25 000 mieszkańców szaleje:

– To było coś… coś takiego, że nie wiem. Nasz ostatni mecz w drugiej lidze oglądali wszyscy, daję ci słowo honoru. Mama, tata, bracia, siostry; wszyscy ściskali kciuki, choć to był mecz o nic, bez szczęścia byłby zupełnie nieważny, ślepiliśmy zupełnie bez sensu w te telewizory. Nie mogliśmy już nic zrobić, potrzebna była wola niebios. Spełniło się. Nie wierzyłem szczęściu. Tak, nasze miasteczko Saknin stało się sławne w całym Izraelu. Dostaliśmy szansę, żeby pokazać, że jesteśmy równi Żydom; w pierwszej lidze był wcześniej tylko jeden arabski klub.

Abna (Bnei) to w ogóle był zespół niezwykły. Mimo że arabski, to grało w niej wielu Żydów, często bardziej lojalnych wobec drużyny niż Arabowie. Nie odchodzą na lepsze kontrakty, jak bramkarz Meir Cohen. Trenerem tej ekipy jest natomiast… żydowski nacjonalista! Eyal Lahman to jeden z najtwardszych syjonistów, jakich widziałem. Facet zdeterminowany. Jeśli zobaczy cel, poświęci mu wszystkie inne, pionier, kibucnik i nacjonalista w jednym. Jak mu się udało z bardzo przeciętną drużyną odnosić takie sukcesy? Pokazał arabskim chłopakom z Sakninu, że muszą walczyć. Mecz to nie jest mecz, lecz bitwa o honor i o życie. Jest syjonistą, więc wierzy, że nacjonalizm wyzwala niewiarygodne wręcz siły. Mówił swoim zawodnikom: to nie tylko futbol, lecz przede wszystkim realizacja waszej arabskiej dumy. Musicie nie tylko grać, lecz naprawdę walczyć. I rzeczywiście – chłopcy z Abna Sakhnin wychodzili na boisko, jakby chcieli zabić. Nie żałowali własnych kości, nie mówiąc o kościach rywali. Kiepscy technicznie, surowi, piłkarsko raczej marni, lecz w kluczowych meczach potrafili dać z siebie więcej niż wszystko. Lahman, syjonista, uczył ich, że muszą pokazać swoją arabskość, gdy grają z Żydami.

Tak nastrojona drużyna nie błyszczy specjalnie w lidze. Sezon 2003/2004 – 10. miejsce. Sezon 2004/2005 – 10. miejsce. Sezon 2005/2006 – 12. miejsce (ostatnie) i spadek. Prawdziwa przygoda czeka jednak na Synów Sakninu w Pucharze Izraela. To jego bohaterami i zarazem zdobywcami zostają w 2004 roku. W finale wygrywają z silnym Hapoelem Hajfa (4:1).

Dzięki temu Bnei Sakhnin startuje w Pucharze UEFA 2004/2005. W pierwszej rundzie czekają na nich Albańczycy z Partizanu Tirana. Arabowie radzą sobie z nimi wyjątkowo wdzięcznie – wygrywają oba mecze, 3:0 i 3:1. Ludzie tańczą na ulicach, jest dobrze.

W kolejnej rundzie prawdziwa gratka – Newcastle United. Anglicy zakończyli piękny sen izraelskiej ekipy. Wygrali u siebie 2:0 (dwa gole Kluiverta),

a na wyjeździe aż 5:1 (hat-trick Shearera, dwa gole Kluivertra). Ale… Strzelali nam bramki, ale ja czułem, że to nic, no, prawie nic. Ja – Arab – jestem w środku wielkiego piłkarskiego świata. My – Arabowie z małego Sakninu – gramy z klubem z ojczyzny futbolu.

Cała ta historia natchnęła dokumentalistę Christophera Browna do nakręcenia dokumentu „After the Cup: Sons of Sakhnin United”.

Paweł Smoleński z kolei pyta pod koniec swojego tekstu: Gdyby w Sakninie nie zdarzyły się Trzy Dni Wielkie oraz trzy tylko szczęśliwe, co można by było powiedzieć o tym mieście?

Choć pytanie to dotyczy miejsca wyjątkowego, to można je zadać w kontekście wielu innych miejscowości – Hoffenheim czy Grodzisk Wielkopolski. Choćby dlatego, a może przede wszystkim dlatego, warto grać w piłkę.

P.

To tylko jedna z niezwykłych opowieści, jakie snujemy na profilu Numer10 na facebooku i naszym twitterze. 

Islandia o mundial: sześć godzin w lodowatej wodzie

– Jak to zrobiłeś? Jak to w ogóle jest możliwe?!

Guðlaugur Friðþórsson nie bardzo wiedział co powiedzieć. Dokonał czegoś niebywałego, trudno się z tym nie zgodzić, ale wymaganie od niego jeszcze wytłumaczenia to już przesada.

Gulli to islandzki bohater narodowy z Vestmannaeyjar.

Właśnie z tamtejszym IBV grały polskie drużyny w europejskich pucharach – Wisła Kraków pół roku po wyczynie Gulliego, a Lech Poznań półtora roku przed.

W 1984 roku u wybrzeży wysp Vestmannaeyjar zatonęła łódź rybacka. Gulli musiał patrzeć jak umierają jego kolejni koledzy.

Płynął ku lądowi, na przemian modląc się i wspominając dzieciństwo (a może to już było takie przewijanie filmu przed zejściem?), głównie ewakuację wyspy po wybuchu wulkanu 11 lat wcześniej.

Płynął, choć woda była lodowata, miała w końcu ledwie 5 stopni Celsjusza.

Płynął, choć musiał odganiać majaki, choć wydawało mu się, że już nie może, że już nie daje rady.

Ale dał radę.

Nim dotarł do lądu płynął przez sześć godzin. Uratował się. Nikt długo nie był w stanie pojąć jak mu się udało, bo chłop ani nie był zbyt wysportowany, ani z drugiej strony sadło go przesadnie nie grzało. Pomogła mu specyficzna budowa ciała (o ile dobrze pamiętam naukowcy porównali ją do… wieloryba – ale może chodziło o inne zwierzę, wytwarzające sporo ciepła podczas ruchu). Gulli został zwycięzcą, został bohaterem. Tę niesamowitą walkę pokazuje uznany za najlepszy islandzki obraz roku i wystawiony do boju o Oscara film Głębia (The Deep), który latem obejrzałem na poznańskim festiwalu Transatlantyk.

Czy 30 lat po wyczynie Gulliego reprezentacja Islandii pierwszy raz zagra na mistrzostwach świata? Jeśli uznamy, że musi się w tych eliminacjach nacierpieć tyle co Gulli, to zostaje jej właśnie 1,5 h rewanżowego meczu z Chorwacją.

Pierwsza część cierpień, ale i bohaterstwa, to oczywiście powrót stulecia, czyli remis 4:4 ze Szwajcarią, wyciągnięty z 1:4 i opiewany już na tym blogu.

Druga – mecz w Oslo z Norwegią, gdzie Islandczycy musieli zremisować, by być spokojnymi o baraże. Drżeli o to 1:1, które utrzymywało się od 30. minuty, a ja drżałem razem z nimi. Udało się. 

Trzecie 90 minut z palpitacjami to pierwszy bój z Chorwacją, grany przez długie minuty w osłabieniu po czerwonej kartce Skulasona.

W Reykjaviku Islandia pokonać się jednak nie dała, teraz musi tylko/aż nie przegrać w Zagrzebiu. Przy bezbramkowym wyniku będą karne, przy remisie z golami Islandię czeka eksplozja radości podobna do nagłego wystrzału wody przez gejzer Strokkur (przy którym ‚pra-gejzer’ Geysir to już mało ekspresyjny staruszek). Czego jej i sobie z całego serca życzę.

B.

PS

Gdy na twitterze Numer 10 pisałem, że kibicowałem Islandii zanim zaczęło to być modne, nie chciałem uwiarygodnić świadectwa futbolowego hipsterstwa danego przez Michała Okońskiego, po prostu mam świadków na to, że od czasu wizyty na Wyspie Gejzerów trzy lata temu, na punkcie tego kraju szaleję. Jeśli awansuje dam temu na blogu jeszcze większy wyraz.

I na Facebooku Numer 10 też.

Manolis żre

Manolis, czyli po grecku prorok. Za takiego od jakiegoś już czasu uchodzi we własnej ojczyźnie Konstantinos Mitroglou.

Wczoraj strzelając dwie bramki w barażu z Rumunią (3:1) ostatecznie potwierdził fanom Hellady swój nadprzyrodzony charakter.

Wszyscy wiemy, co się mówi o Grekach. Że nudni, że defensywni, że gole strzelają tylko po rogach, a większą kreatywność w grze wykazują nawet koty bawiące się motkiem wełny. Czarny PR ciągnie się za nimi oczywiście od czasu zwycięskiego EURO 2004 i w tej kwestii nic się nie zmienia, tym bardziej, że te łachudry jak na ironię awansowali na kolejne imprezy: EURO 2008, MŚ 2010 i EURO 2012. Gdy nawet pojawiała się na horyzoncie jakaś gwiazdka w stylu Ninisa, to w kluczowym momencie i tak swoją nogę musiał wetknąć jakiś Karagounis albo inny Gekkas. Do czasu.

Rok 2013 to bowiem rok Mitroglou. Zaryzykuję twierdzenie, że od czasu Saravakosa Grecy nie mieli drugiego równie utalentowanego ofensywnego grajka. Nawet jeśli ktoś błysnął na krajowym podwórku, to na arenie międzynarodowej nie istniał. Tymczasem Mitroglou w kończącym się roku:

Liga grecka: 22 mecze – 20 goli
Liga Mistrzów: 4 mecze – 3 gole (hat-trick z Anderlechtem)
Reprezentacja: 7 meczów – 5 goli
W sumie: 33 mecze – 28 goli

Cóż, na dodatek nasz Kostek strzela bardzo nielicho.

Talent Mitroglou nie objawił się jednak nagle, stopniowo dojrzewał wśród greckich winorośli. Już w zeszłym roku został on wybrany najlepszym piłkarzem swojego kraju. Dla Olympiakosu, w rodzimej lidze i Lidze Mistrzów, występował już jako 19-latek. Ekipę z Pireusu reprezentuje już więc – z 1,5-roczną przerwą na występy w Panioniosie i Atromitosie – szósty rok. Co ciekawe, juniorskie szlify pobierał w Niemczech – w MSV Duisburg i Borussii Moenchengladbach. Może tam nasiąknął taką dziką skutecznością spod znaku Gerda Mullera :)

W reprezentacji natomiast zadebiutował w 2009 roku jako 21-latek. Zagrał m.in. w barażu o MŚ 2010, eliminacjach do EURO 2012, samym EURO (20 minut w meczu z Czechami) i trwających jeszcze dla Grecji eliminacji MŚ 2014. Występów jednak nie uzbierał szczególnie dużo, bo w chwili obecnej jego bilans to 27 meczów i 7 goli. Niektóre z trafień też nie od macochy.

Cóż, jeśli Grecy awansują na MŚ 2014 to jest więc szansa, że nie będziemy przysypiali na jej meczach.

EURO 2004: Róg…. Charisteas… gol…. róg…. Charisteas… gol… hrrrr.

P.

Międzykontynentalne baraże, mniam, mniam

Walkę na śmierć i życie o bilet na brazylijski mundial stoczyli właśnie w barażach tak niebanalnie skojarzeni przeciwnicy jak Jordania z Urugwajem (0:5) i Meksyk z Nową Zelandią (5:1). Abstrahując od wyników – to piękne pary, prawda?

Jest coś takiego w międzykontynentalnych barażach, że ich śledzenie dostarcza mi rzadkiego dreszczyku emocji. Wiązałbym to z dwiema sprawami. Pierwsza – oczywista nieuchronność samej sytuacji barażu. Nie ma remisów, są tylko wygrani i przegrani, ktoś będzie się cieszył, a ktoś płakał. Kciuk pójdzie w górę albo w dół i jednych obejrzymy na mundialu, a drudzy obejrzą mundial w telewizji. Druga – to chyba najpiękniejsze – magia niebanalnych zestawień. Międzykontynentalne baraże kojarzą ze sobą reprezentacje, które w innych okolicznościach najprawdopodobniej nigdy by się nie spotkały. Jordania – Urugwaj? Iran – Irlandia? Nawet w pijanym widzie trudno byłoby wpaść na pomysł organizacji podobnych spotkań. A tutaj – proszę. Kwotowo-regionalny palec FIFA-owskiego demiurga każe rywalizować ze sobą zawodnikom z przeciwległych krańców świata. Cudownie!

W oczekiwaniu na rewanże i – co chyba nawet ważniejsze – żeby poupajać się nieco hipsterską nostalgią za tym, co nieoczywiste w piłce, zapraszam do przypomnienia sobie poprzednich transkontynentalnych bojów o mundial.

MŚ 1986

Szkocja – Australia 2:0 i 0:0

W strefie europejskiej mieliśmy wówczas 7 grup (po 4 lub 5 drużyn). Zwycięzcy grup oraz cztery najlepsze drugie miejsca awansowały bezpośrednio. Kolejne dwie drużyny z drugich miejsc stoczyły ze sobą dwumecz (słynna bitwa Holandia – Belgia [2:1 i 0:1]), najsłabsza Szkocja zmierzyć się za to miał ze zwycięzcą strefy… Australii i Oceanii (OFC)! Tam najsilniejsza okazała się właśnie Australia przed… Izraelem (o jego międzynarodowych perypetiach pisałem tutaj), Nową Zelandią i Tajwanu (Tajpej). W dwumeczu górą byli Szkoci.

MŚ 1990

Kolumbia – Izrael 1:0 i 0:0

Cztery lata później – trochę, o ironio – najsilniejszą ekipą Australii i Oceanii był już Izrael. W nagrodę mógł on zmierzyć się z przedstawicielem Ameryki Południowej. Wówczas w kwalifikacjach strefy CONMEBOL grało 9 drużyn w trzech grupach (nie grała Argentyna, która awansowała z automatu jako mistrz z 1986 roku). Najlepsi zwycięzcy grup (Brazylia i Urugwaj), natomiast najsłabszy (Kolumbia) musiała się zmierzyć z przedstawicielem OFC. Po niezwykle wyrównanym boju lepsi okazali się Kolumbijczycy.

MŚ 1994

Kanada – Australia 2:1 i 1:2 k. 1:4

 

O mistrzostwa w Stanach Zjednoczonych z ramienia na powrót biła się już Australia (w dużej mierze także dlatego, że Izrael przeniósł się do UEFA), lepsza w ostatecznym boju o prymat w OFC od Nowej Zelandii (1-0 i 3-0). W nagrodę przystąpiła ona do międzykontynentalnego barażu z Kanadą. Reprezentacja z Kraju Klonowego Liścia zajęła drugie – za Meksykiem – miejsce w strefie CONMEBOL (USA jako gospodarz nie brał udziału). W tym dramatycznym dwumeczu lepsi okazali się Aussie. W konkursie rzutów karnych genialnie spisywał się Mark Schwarzer, który… wczoraj ogłosił zakończenie swojej kariery reprezentacyjnej (!!!). A przedtem polecam ładną bramkę z przewrotki Fariny.

Australia – Argentyna 1:1 i 0:1

Droga z Australii na mistrzostwa okazała się jednak o wiele dłuższa i bardziej wyboista niż zwykle, bowiem w decydującym o bilecie do USA meczu zmierzyć się musiała z samą Argentyną! Strefa CONCACAF miała wówczas dwie grupy po 5 drużyn. Bezpośrednio awansowali zwycięzcy grup (Kolumbia i Brazylia) oraz lepsza z drugomiejscowych ekip (Boliwia). Albicelestes jako ci słabsi musieli stanąć w barażowe szranki. Mocno się w nich napocili, ale koniec końców to oni, a nie Australijczycy, polecieli do Stanów. Tutaj ciekawy materiał o tym dwumeczu.

MŚ 1998

Iran – Australia 1:1 i 2:2

Na mundialu we Francji po raz pierwszy zagrały aż 32 drużyny. To sprawiło, że mocniej w ruch poszła kontynentalna machina barażowa. Po raz pierwszy w Europie zagrano aż cztery dwumecze barażowe (najlepsza z drugiego miejsca – Szkocja – awansowała bezpośrednio). W efekcie międzykontynentalny baraż rozegrano między – a jakże! – Australią a Iranem. Aussie tradycyjnie wygrali w OFC. Iran z kolei zakwalifikował się do niego ze strefy azjatyckiej. W pierwszym etapie wygrał jedną z dziesięciu grup, których to triumfatorzy utworzyli w drugim etapie dwie grupy po 5 drużyn. Ich zwycięzcy (Arabia Saudyjska i Korea Południowa) awansowali bezpośrednio na mundial. Natomiast drugie miejsca (Iran i Japonia) musiały w bezpośrednim spotkaniu walczyć dalej – zwycięzca miał bezpośredni awans, przegrany zdobywał prawo do gry w międzynarodowym barażu. Po dramatycznym boju lepsza okazała się Japonia (3:2 pd.). Irańczycy jednak się zmobilizowali i w ostatnim tchnieniu odprawili Australię po super emocjonującym dwumeczu (w rewanżu Kangury wygrywały już 2:0!).

MŚ 2002

Irlandia – Iran 2:0 i 0:1

Mundial w Korei i Japonii to kolejne międzygwiezdne barażowe boje Iranu. Tym razem jednak fortuna się od niego odwróciła. Los skojarzył go bowiem z najmocniejszą z ekip, które zajęły drugie miejsce w swoich grupach w strefie UEFA. Była to Irlandia (pozostałe osiem zespołów z dziewięciu grup zagrało w europejskich barażach). W pierwszym spotkaniu lepsi byli Boys in Green. W rewanżu było nieziemsko nerwowo, a gdy Iran strzelił w 90. minucie gola, to stadion z ponad 100 tysiącami kibiców niemal nie eksplodował od emocji. Na wyrównanie stanu rywalizacji już jednak nie starczyło czasu i to podopieczni Micka McCarthy’ego pojechali do Azji.

Australia – Urugwaj 1:0 i 0:3

Drugi baraż to tradycyjnie już sprawa Australii. Kangury tradycyjnie już zwyciężyło w OFC i na drodze do mundialu stanął jej Urugwaj – piąta ekipa strefy CONMEBOL. Choć Soceroos wygrali pierwszy mecz (1:0), to w rewanżu zebrali ostre cięgi i po raz czwarty pomachali na tym etapie mistrzostwom.

MŚ 2006

Urugwaj – Australia 1:0 i 0:1 k. 2:4

W transkontynentalnych barażach do niemieckiego dwie małe zmiany. Pierwsza – nie zagrał w nim żaden zespół z Europy (zwycięzcy grup oraz dwie najlepsze ekipy z drugich miejsc – Szwecja i Polska – awansują bezpośrednio, reszta gra ze sobą w barażach). Druga – Australia wygrała!:) Kangury wzięły rewanż na Urusach – po zaciętych bitwach odprawiły ich w rzutach karnych. Dzięki temu po raz drugi w historii (po 1974 roku) zagrały na mistrzostwach.

Trynidad i Tobago – Bahrajn 1:1 i 1:0


Jeszcze bardziej egzotyczny był drugi dwumecz. Karaibscy podopieczni Leo Beenhakkera (4. miejsce w CONCACAF), pomimo remisu u siebie, zdołali pobić Bahrajn, który wcześniej podczas azjatyckiego barażu z Uzbekistanem (1:1 i 0:0) wsławił się wątpliwą sympatią sędziów. Dobrze im tak! W pierwszym spotkaniu piękną bramkę dla T&T strzela naturalizowany przedtem szybko Anglik – Chris Birchall (jego matka urodziła się w Port of Spain).

MŚ 2010

Kostaryka – Urugwaj 0:1 i 1:1

Wreszcie ostatnie mistrzostwa i dwa dość oryginalne baraże. W pierwszym tradycyjnie już wystąpił Urugwaj, tradycyjnie już piąta ekipa CONMEBOL oraz Kostaryka – czwarta drużyna CONCACAF. Górą byli Celestes, dzięki czemu później mogli czarować na południowoafrykańskich stadionach.

Bahrajn – Nowa Zelandia 0:0 i 0:1

Tradycyjnie też Bahrajn, po tradycyjnie też już dramatycznym barażu azjatyckim (Bahrajn – Arabia Saudyjska 0:0 i 2:2 pd.) zagrał z nowym zwycięzcą OFC – Nową Zelandią (Australia przeniosła się już do Azji). Minimalnie lepsi okazali się All Whites.

Pięknie byłoby kiedyś zobaczyć w takim barażu naszych biało-czerwonych. Ot, wyobrażam sobie spotkanie Polska – Oman. I Polska wygrywa! Niemożliwe?

P.

Dwa miliardy innych niezwykłych historii możecie przeczytać na profilu Numer10 na facebooku i naszym twitterze.

Zaplecze z orzełkiem, ławkowicze bez orzełka

W kontekście powołania do kadry Rafała Leszczyńskiego, bramkarza I-ligowego Dolcanu Ząbki, często pojawia się w mediach nieprawdziwa informacja, że ostatnim zawodnikiem, który wystąpił w reprezentacji Polski, grając równocześnie na zapleczu naszej ekstraklasy był bramkarz Radosław Cierzniak. Tymczasem ostatnim „zapleczowcem” był Marcin Robak.

W styczniu 2010 roku Franciszek Smuda powołał go na słynne tajskie tournee. Robak był wówczas najlepszym strzelcem liderującego w I lidze Widzewa Łódź. Jako pierwszoligowiec rozegrał on w kadrze wszystkie trzy mecze wyjazdu: z Danią (1:3; od 70. minuty), Tajlandią (3:1; od 70. minuty) i Singapurem (6:1; od 46. minuty). Na dodatek, w tym środkowym spotkaniu Robaczek wpisał się na listę strzelców.

 

Lista pozostałych zawodników z I ligi (kiedyś drugiej) do wglądu oczywiście w tym wpisie.

Przy okazji Leszczyńskiego również mały update naszego innego tekstu, często przywoływanego (zwykle bez podania źródła) w innych mediach. Tutaj pisałem jakiś czas temu o zawodnikach, którzy otrzymali (albo nawet otrzymywali) powołania na zgrupowania kadry, ale nie udało im się w niej nigdy zagrać. Do tego zestawienia, nie uwzględniając na razie bramkarza Dolcanu, należy dopisać dwa – przynajmniej tyle udało mi się wyczesać – nowe nazwiska. Jest to duet golkiperów:

Bartosz Kaniecki – XII 2010; Polska – Bośnia i Hercegowina 2:2

Rafał Gikiewicz – XII 2011; Polska – Bośnia i Hercegowina 1:0

Zobaczymy czy bramkarz Dolcanu pójdzie w ich ślady.

P.

PS 1 – Uwaga, uwaga! Gorąco zachęcam do wzięcia udziału w europejskim badaniu FREE Football Research in an Enlarged Europe. Ankietę znajdziecie tutaj. W projekcie biorą udział fani z całego kontynentu, więc jest fajna okazja, żeby poczuć się członkiem szerszej wspólnoty.

PS 2 – Poza tym cały czas przypominamy, że profil Numer10 na facebooku i nasz twitter to coś więcej niż zwykły profil i zwykły twitter.

Poznańskie syreny

Dzisiejszego wieczoru, 9 listopada o godzinie 19:41, w sercu niejednego z poznańskich kibiców zawyły zapewne syreny piłkarskich wspomnień. Dokładnie ćwierć wieku temu po stolicy Wielkopolski rozszedł się skąpany w przeraźliwej ciszy złowrogi dźwięk, który zaistniał na skutek spotkania pierwszego stopnia, jakie zafundował kopniętej przez siebie futbolówce z poprzeczką bramki Zubizarrety, ówczesny obrońca Kolejorza – Damian Łukasik. W tej jednej chwili zgasły nadzieje na coś naprawdę wielkiego, wspaniałego i wymarzonego, na coś, co było zarazem bliżej niż na wyciągnięcie ręki. Do dziś po Poznaniu snują się opowieści o tym, że gdy Bogusław Pachelski podbiegał do ustawionej na jedenastce piłki, słynny trener Barcy – Johann Cruyff odwrócił się i zrezygnowany, pogodzony z porażką zaczął zmierzać w kierunku szatni. Tym jednym, jedynym strzałem nasz znakomity poznański snajper, bohater obu pojedynków przeciwko Barcelonie, mógł zrobić znacznie więcej niż tylko wyrzucić wielki klub z europejskiej rywalizacji, wprowadzając Kolejorza do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Dziś z perspektywy ćwierćwiecza, być może jeszcze wyraźniej niż wówczas widać, jak ogromną i realną była szansa, by podopieczni Henryka Apostela, jako pierwsi i zarazem ostatni jak dotąd, wywalczyli dla polskiego futbolu europejski puchar.

Przyznam się szczerze i bez bicia, iż nie oparłem się pokusie i dziś znów, po latach, obejrzałem z płytki cały ten niesamowity pojedynek, jaki tamtego mroźnego listopadowego wieczoru stoczyły przy Bułgarskiej te dwa wspaniałe zespoły. To rzeczywiście niezwykłe, że nawet teraz, po upływie tak ogromnej ilości wody w Warcie, znając przecież wynik tamtej rywalizacji od dawien dawna, gdy widzę, jak mój piłkarski idol lat chłopięcych, popularny Bodek Pachelski, biorąc ogromny rozbieg, sadzi swe drobne kroczki, by za chwilę trafić futbolówką w ręce Zubizarrety, serce wciąż bije mi niczym młot.

Niby spotkały się wówczas dwa piłkarskie światy, które miała dzielić przepaść. W szeregach Barcy rzeczywiście liczni uczestnicy mundiali i mistrzostw Europy, kilka naprawdę wielkich nazwisk (Zubizarreta, Lineker, Bakero), na czele z tym największym, osiadłym na szkoleniowej ławce (Cruyff). Dość powiedzieć, że nie było ani jednego spośród graczy biegający przy Bułgarskiej w trykocie Dumy Katalonii, który nie zagrał w swej karierze dla reprezentacji swego kraju. Po przeciwnej stronie nazwiska, które średnio zorientowanemu futbolowemu kibicowi na Starym Kontynencie albo nie mówiły kompletnie nic, albo bardzo niewiele. Choć Łukasik był raczej podstawowym graczem ówczesnej reprezentacji Polski, a w pobliżu kadry prowadzonej przez Łazarka kręcili się wówczas również Araszkiewicz, Jakołcewicz i Jankowski, to jednak ich dorobek i znaczenie w europejskiej piłce na tle rywali ze stolicy Katalonii wydawało się być nader mizerne. A jednak boisko rządzi się swoimi, czasem zupełnie nieprzewidywalnymi prawami. Lech, który w polskiej lidze wcale nie zachwycał, w międzynarodowych rozgrywkach poczynał sobie nadspodziewanie wyśmienicie. Najpierw nie dał szans albańskiemu Flamurtari, a potem wywiózł z Camp Nou, sensacyjny remis, po pięknym golu Pachelskiego. W Poznaniu Kolejorz wcale nie przyjął taktyki grania na utrzymanie bezcennego, bezbramkowego remisu, lecz podjął odważną, zażartą, momentami zapierającą dech w piersiach walkę ze słynnym rywalem. Pachelski i Araszkiewicz niejednokrotnie wprawiali stadion w stan wrzenia, brylując na tle hiszpańskich znakomitości. Nieomylny zazwyczaj Gary Lineker był bezradny jak dziecko w konfrontacjach z Łukasikiem, Jakołcewiczem i Rzepką, momentami bywał wręcz ośmieszany przez skutecznie interweniujących poznańskich defensorów. Cruyff widząc co się dzieje zdejmie mundialowego króla strzelców z boiska już na początku dogrywki.

Lechici, którzy w ten pojedynek włożyli całe swe waleczne serca, w miarę upływu czasu, coraz wyraźniej opadali z sił oddając pole przeciwnikowi. A jednak w przekroju całego spotkania byli zespołem, który stworzył sobie lepsze sytuacje do strzelenia zwycięskiego gola. Poznaniacy grali niezwykle ambitnie, momentami zadziwiająco błyskotliwie, absolutnie nie sprawiając wrażenia gorszych piłkarsko od tych z wielkiej Barcelony. Gdy nadeszła pora na egzekwowanie serii jedenastek, które miały zadecydować o losie dwumeczu, emocje sięgały zenitu. Kiedy Ryszard Jankowski obronił strzał Roberto, stadion wręcz eksplodował z radości. Kruszczyński, Jakołcewicz i Rzepka kolejno pokonują z wapna Zubizarretę. Na pudło Araszkiewicza, odpowiada solidarnie i to z nawiązką, bo aż dwoma pudłami – renomowany Alexanko (wykorzystując niefrasobliwość Arasia, który tuła się gdzieś po polu karnym w momencie strzału, turecki sędzia nakazuje powtórzenie jedenastki hiszpańskiemu defensorowi), stwarzając sytuację, w której od awansu dzieli Kolejorza zaledwie jeden celny strzał z jedenastu metrów do bramki Zubizarrety. Bogusław Pachelski, piłkarz który przed dwoma tygodniami uciszył swym wspaniałym trafieniem Camp Nou, tym razem uciszył stadion przy Bułgarskiej brakiem trafienia. Ta słynna już jedenastka Pachelskiego przeciwko Barcelonie, tamten moment, tamte sięgające zenitu a przepełnione nadzieją emocje, gdy podbiega do piłki, to jedna z najbardziej dramatycznych i ekscytujących chwil, jakie futbol pozwolił mi kiedykolwiek przeżyć. Samego Pachelskiego wspomnienie owego nieszczęsnego karnego, będzie zapewne prześladować z większym lub mniejszym natężeniem do końca jego dni. A przecież był to piłkarz znakomity, niejednokrotnie brylujący na tle graczy z najwyższej półki, strzelający bezcenne bramki, w ważnych meczach, wielkim klubom. W tamtym jednym momencie jednak zabrakło mu odrobiny szczęścia. Potem jeszcze Bakero, który po latach wróci na Bułgarską w roli szkoleniowca Kolejorza, oraz Głombiowski i Aloisio, kontynuując serię jedenastek trafiają do siatki, a Łukasik uderzeniem w poprzeczkę gasi światło na Bułgarskiej w niezapomniany, mroźny wieczór 9 listopada 1988 roku.

Chóralne „Dziękujemy!” jakim, po wyjściu ze złowrogiej ciszy kilkusekundowego nokdaunu zaaplikowanego przez nieubłagane konsekwencje strzału Łukasika, pożegnały zawodników Kolejorza poznańskie trybuny, długo jeszcze ogrzewało chłód listopadowego powietrza przed ćwierćwieczem w stolicy Wielkopolski. To smutne, że po tak wspaniałym i dramatycznym meczu ktoś musiał odpaść i to za sprawą rzutów karnych. Lech zaprezentował się znakomicie – mówił na pomeczowej konferencji Johann Cruyff.

A potem? A potem już żadna z drużyn (Aarhus, CSKA Sredec Sofia, Sampdoria Genua), jakie napotkała w tamtej edycji na swej drodze po Puchar Zdobywców Pucharów FC Barcelona nie sprawiła jej choćby namiastki tych problemów, jakie zafundowali swą dzielną, boiskową postawą piłkarze poznańskiego Lecha. Trzy i pół roku później pod dowództwem tegoż samego Johanna Cruyffa, aż siedmiu z piłkarzy grających w dramatycznym dwumeczu przeciwko Kolejorzowi, wydatnie przyczyni się do wywalczenia przez Barcę triumfu w Lidze Mistrzów. A przecież, gdyby piłkarskie szczęście uśmiechnęło się pamiętnego wieczoru do piłkarzy Kolejorza wielka Barca Cruyffa, którego dymisja wisiała ponoć wówczas na włosku, mogłaby nigdy nie zaistnieć, a jeden z europejskich pucharów mógłby zostać uniesiony w radosnym geście przez ręce polskich piłkarzy.

R.

Katarski patent

O ile mocarstwowe ambicje katarskich szejków na poziomie reprezentacji to temat, który można śledzić poprzez przygotowania kadry (i całego kraju) do MŚ 2022, o tyle klubowy plany podboju wszechświata najpiękniej można obserwować na przykładzie tamtejszej ekipy – Al-Rayyan.

Pomysłem władz klubu na sukcesy jest przede wszystkim pompowanie petrodolarów w zagranicznych szkoleniowców i zawodników. Trenerem tego zespołu został właśnie świetnie znany z Sewilli Manolo Jimenez. To kolejny już szkoleniowiec ze znanym CV, który podjął pracę w Al-Rayyan. Jego poprzednikami byli m.in. nasz Antoni Piechniczek, Rene Simoes, Luis Fernandez, Rabah Madjer i Pierre Lechantre.

Jeszcze dobitniejszym przykładem są zagraniczni piłkarze, którzy przewinęli się przez klubową kadrę przez ostatnią dekadę. W większości to piłkarze przez duże „P” (choć już nieco łysawi). Oto TOP 10.

Fernando Hierro (2003-2004)
Mario Basler (2003-2004)
Ronald De Boer (2004-2005)
Frank De Boer (2004-2005)
Anderson (2004-2005)
Sabri Lamouchi (2006-2007)
Roque Junior (2008)
Jacek Bąk (2005-2007)
Ricardinho (2008-2009)
Afonso Alves (2010-2012)

Poza tym koszulkę katarskiego klubu zakładali tacy zawodnicy jak Marcelo Bordon, Fabrice Fiorese, Ali Benarbia, Youssef Mokhtari, Moises czy Amara Diane. Asami obecnej kadry są z kolei znany Brazylijczyk Nilmar oraz Koreańczyk Cho Yong-Hyung.

Efekty tych wszystkich ruchów w ciągu ostatnich dziesięciu lat? Wicemistrzostwo Kataru (2005) i trzy razy trzecim miejsce (2009, 2011, 2012). Trzy razu zespół zagrał w Azjatyckiej Lidze Mistrzów, ale bez sukcesów: 2011 – ostatnie miejsce w grupie; 2012 – 3. miejsce w grupie; 2013 – ostatnie miejsce w grupie.

Szału nie ma. Pieniądze jednak szczęścia nie dają.

P.

Czytaj także:

Rynki w Azji o poranku

Różne klubu gwiazdy sobie  wybierają. Ich prawo

Wciąż uważamy, że warto śledzić profil Numer10 na facebooku i na twitterze.

Którzy odeszli: Alex Alves, Christian Benitez, Bruno Metsu

Fatalnie się czujemy, gdy odchodzą bliskie nam osoby; nieswojo – gdy odchodzą osoby, które w jakiś sposób znaliśmy, a wiadomość o ich śmierci spadła na nas o tyle niespodziewanie, że trochę już o nich zdążyliśmy zapomnieć. Tak się złożyło, że pomiędzy 1 listopada 2012 a 1 listopada 2013 umarły trzy osoby dość młode, z którymi w różnych okresach swoich kibicowskich sympatii żywo sympatyzowałem.

14 listopada 2012 roku niespodziewana wiadomość przyszła z Brazylii. Po długich (czteroletnich) zmaganiach z białaczką zmarł tam ALEX ALVES.

Nie trzeba go z pewnością przedstawiać kibicom niemieckiej Bundesligi, której to na przełomie wieków (lata 1999-2003) Brazylijczyk był gwiazdą. Wraz z niezniszczalnym Michaelem Preetzem stworzył bardzo mocny atak berlińskiej ekipy, który wojował w Lidze Mistrzów (1999/2000; gol z Barceloną na Camp Nou)

i Pucharze UEFA (w tym wystąpił nawet w dwumeczu z Amiką Wronki). To Alves był w nim jednak tą bardziej finezyjną połówką. Wyróżniał się on bowiem nie tylko przefarbowaną na blond grzywką, ale także kapitalną techniką i nieziemskimi uderzeniami (ta bramka została uznana Bramką 2000 Roku). Brazylijczyk miał 37 lat. Jego ładne wspomnienie można przeczytać tutaj.

29 lipca 2013 gruchnęła natomiast informacja o kolejnym zgonie aktywnego zawodnika – tym razem był to reprezentant Ekwadoru CHRISTIAN BENITEZ.

Tak się akurat złożyło, że o Benitezie pisałem w kontekście meczu Polska – Ekwador (2:2) w 2010 roku. Tak się też złożyło, że Ekwadorczyk strzelił w nim oba gole dla swojej drużyny.

Jeszcze w lutym 2013 był na ustach kibiców z całego świata po efektownym pudle w meczu towarzyskim z Portugalią (2:3). Już pół roku później zostawił żonę i dwójkę dzieci, na skutek powikłań po zapaleniu wyrostka robaczkowego, które to miały doprowadzić do zapalenia otrzewnej i zatrzymania akcji serca. Ekwadorska federacja na pamiątkę Beniteza zarezerwowała dla niego numer 11 na koszulce.

Może się tak zdarzyć, że tę dwójkę napastników będzie w lepszym świecie trenować Francuz BRUNO METSU.

To on jest budowniczym jednej z najciekawszych mundialowych drużyn XXI wieku – ćwierćfinalisty z Senegalu.

Zanim trafił on na ławkę Lwów Terangi prowadził m.in. Lille, Valenciennes, Sedan i reprezentację Gwinei. Opromieniony sukcesem w Korei i Japonii postanowił szukać nowych wyzwań oraz lepszych pieniędzy. Szkolił Gaziantepspor oraz kluby z ZEA, Kataru i Arabii Saudyjskiej. Podejmował się także prowadzenia reprezentacji Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Kataru. Z tą pierwszą kadrą zmierzył się nawet z reprezentacją Polski (wyjazdowe 5-2 dla biało-czerwonych). Z obu szybko wylatywał – z ZEA po porażkach w eliminacjach do MŚ 2010, z Kataru po kiepskim Pucharze Azji 2011. W 2012 roku zastąpił na stanowisku trenera zespołu Al-Wasl z ZEA samego Diego Maradona. Jednak już kilka miesięcy później zdiagnozowano u niego raka żołądka i Metsu musiał zakończyć swoją karierę trenerską. Zmarł 13 października 2013 roku w wieku 59 lat.

Pewnie jeszcze nie raz będę łapał się na tym, że chętnie był sprawdził co u nich słychać.

P.

Zobacz także: 

Zapal znicz na grobach sportowców w swoim mieście
Sport – skutek uboczny: śmierć

Henryk Bałuszyński
Krzysztof Nowak – Numer 10 Serc

Maciej Frankiewicz

Nodar Kumaritaszwili

Lokomotiw Jarosław

Kamila Skolimowska

Adam Ledwoń

Agata Mróz