Zapal znicz na grobach sportowców w swoim mieście

Sportowcy pochowani w Poznaniu - cmentarz Junikowo
Wybrane groby sportowców na poznańskim cmentarzu Junikowo

Może to już się dzieje powszechnie tylko o tym nie wiem, w końcu o akcji pod Wawelem, gdzie kibice odwiedzają groby zmarłych piłkarzy Wisły, napisała już Gazeta Krakowska (choć nie podała konkretów w postaci wypowiedzi któregoś z takich kibiców). Może cała masa pasjonatów sportu (z których przecież spora część wykazuje duże przywiązanie do historii) w Święto Zmarłych odwiedza mogiły nie tylko swojej rodziny i znajomych. Może. Ale gdyby jednak nie – zachęcam do pomysłu, który sam w tym roku mam zamiar zrealizować. Zapalenie znicza na grobie sportowca pewnie jest i mniej efektowne niż odpalenie rac na stadionie, ale jak dla mnie świadczy dużo lepiej o naszym szacunku i pamięci do ludzi, których oklaskiwaliśmy (lub chcielibyśmy oklaskiwać, lecz nie zdążyliśmy) albo dzięki którym powstały kluby nam bliskie.

Jeśli chodzi o groby sportowców w Poznaniu, stosowną kwerendę (ładnie imię dla dziewczynki) mam już za sobą. Skoro kibice Lecha potrafią skrzyknąć się, by porządkować groby powstańców, to i do miejsc spoczynku wielkich postaci Kolejorza też są na pewno w stanie dotrzeć.

Największą poznańską nekropolią pod względem liczby pochowanych osób jest cmentarz na Junikowie. Wyszukiwarka grobów pozwala ustalić, gdzie dokładnie leżą m.in. tacy sportowcy związani z Poznaniem jak (kliknij w imię i nazwisko, by zobaczyć szczegółowe położenie na planie):

Teodor Anioła - grób

Teodor Anioła (4.11.1925 – 10.07.1993; pole 4, rząd A, nr 14) – piłkarska legenda Lecha Poznań, członek tercetu A-B-C, trzykrotny król strzelców ekstraklasy, reprezentant Polski.

Mieczysław Balcer (12.06.1906 – 13.03.1995; pole Aleja Zasłużonych, kwatera-3; rząd-L; numer-40, grób rodzinny) – piłkarz (reprezentant Polski), lekkoatleta, koszykarz (Czarna ’’13’’ Poznań), ale też siatkarz, wioślarz i hokeista (AZS Poznań); w Krakowie związany z Cracovią i Wisłą, w Poznaniu zagrał jeden mecz w Warcie zaraz po wojnie, potem też trener jej oraz Lecha.

Edmund Białas (15.08.1919 – 24.07.1991; pole 19, rząd B7, nr 12 – grób rodzinny) – pierwszy reprezentant Polski w barwach Lecha Poznań, członek tercetu A-B-C, również trener Kolejorza.

Piotr Danielak (15.10.1913 – 19.07.1969 [możliwe, że to data pochówku, a nie śmierci]; pole 9, kwatera 5, rząd 7, nr 243) – piłkarski mistrz Polski z Wartą Poznań w 1947 roku, bronił jej barw też przed wojną, raz wystąpił w pierwszej reprezentacji kraju.

Wacław Drab (27.08.1920 – 21.09.1975; pole Aleja Zasłużonych, rząd P, nr 104 – grób rodzinny) – jedyny z prezesów Lecha Poznań, który zmarł w trakcie pełnienia funkcji; klubem kierował przez ponad 15 lat, w tym czasie ruszyła budowa stadionu przy ul. Bułgarskiej.

Marian Fontowicz (13.07.1907 – 26.11.1988; pole Aleja Zasłużonych, kwatera 2, rząd P2, nr 97 – grób rodzinny) – legendarny bramkarz Warty Poznań, między jej słupkami stał aż 578 razy, piłkarski mistrz Polski z 1929 roku, reprezentant kraju.

Mirosław Justek (23.09.1948 – 24.01.1998; pole 4 kwatera 3, numer 26 – grób rodzinny) – po dziesięciu latach gry dla Pogoni Szczecin trafił do Lecha Poznań i właśnie w jego barwach był na piłkarskich mistrzostwach świata w Argentynie w 1978 roku.

Barbara Sobotta (z d. Lerczak) (12.04.1936 – 21.11.2000; pole 27, kwatera D, rząd 2, nr 12 – grób rodzinny) – lekkoatletka, sprinterka, mistrzyni Europy i medalistka olimpijska z Rzymu (1960), gdzie zdobyła brązowy medal w sztafecie 4 x 100 m (wraz z Teresą Ciepły, Celiną Jesionowską i Haliną Górecką). Mam nadzieję, że błędna tabliczka przysłana przez PKOl została już wymieniona.

Zygfryd Słoma (28.10.1927 – 24.01.2007; pole 22, kwatera C, rząd 2, nr 21 – grób rodzinny) – wieloletni piłkarz, potem też trener pierwszego zespołu i młodzieży w Lechu Poznań, reprezentant Polski.

Edmund Szyc (11.11.1895 – 23.02.1987; pole Aleja Zasłużonych, kwatera 2, rząd L2, nr 27 – grób rodzinny) – jeden ze współzałożycieli w 1912 roku Warty Poznań (potem jej honorowy prezes) oraz założyciel Polonii Leszno i Polonii Bydgoszcz. Rok temu kwiaty złożyli piłkarze Zielonych.

Trzeci piłkarz Lecha Poznań z legendarnego tercetu A-B-C, który zmarł jako ostatni, został pochowany na Zabytkowym Cmentarzu Jeżyckim (główna brama przy ul. Nowina). Henryk Czapczyk (27.08.1922 – 30.08.2010, kwatera L, rząd 21, numer 11) – zawodnik i trener również poznańskiej Warty (z nią mistrz Polski 1947), a w czasie wojny żołnierz Armii Krajowej i uczestnik powstania warszawskiego.

Henryk Czapczyk

Na cmentarzu na Miłostowie, największym w Poznaniu pod względem obszaru, leży m.in. związany przez wiele lat z Kolejorzem jako piłkarz i trener Mieczysław Tarka (11.12.1919 – 10.02.1976) oraz zmarli w tym roku: medalista olimpijski z Monachium Rafał Piszcz (24.10.1940 – 18.09.2012) i najmłodszy piłkarz w historii Lecha Poznań w pierwszej lidze Andrzej Woźniak (30.10.1951 – 17.09.2012).

Funkcjonuje wiele miejskich wyszukiwarek grobów – na poczekaniu znalazłem, że mają ją: Kraków, Warszawa, Gdańsk, Łódź i Katowice.

To jak, kto da ognia?

B.

Zapraszamy wszystkich piłkarskich hipsterów – jak napisał o was i o nas Michał Okoński – na profil Numer10 na facebooku i na twittera.

Wspominamy:

Henryk Bałuszyński


Henryk Bałuszyński – Polska, Górnik Zabrze, Vfl… przez numer10

Krzysztof Nowak – Numer 10 Serc

Maciej Frankiewicz 

Nodar Kumaritaszwili 

Lokomotiw Jarosław 

Kamila Skolimowska  

Adam Ledwoń 

Agata Mróz 

Najlepsze najgorsze transfery w Anglii

Nie tak dawno kupiłem z głupia frant książkę „Can We Play You Every Week?” autorstwa Maxa Velody.

Pozycja ta to szybka podróż przez 92 kluby występujące wówczas w najwyższych klasach rozgrywkowych Anglii. Każdy rozdzialik to jedna ekipa, ale książka nie sili się na archiwistyczny sznyt, raczej skupia się na ciekawostkach i wyrazistych postaciach.

Na przywołanie kilku ciekawych anegdotek przyjdzie jeszcze pora, ale chciałbym teraz tylko wspomnieć o ciekawej rubryce, którą autor poprowadził dla kilku klubów (choć nie wiem, dlaczego akurat dla tych, a nie dla innych) – najgorszy transfer. Oto jego zestawienie najtrefniejszych transferowych ruchów:

Arsenal Londyn – Francis Jeffers

9 mln funtów za wyciągnięcie go z Evertonu. Trzy lata na Highbury i ‚aż’ cztery gole.

Zresztą z nr „9” na Highbury zawsze był kłopot.

Aston Villa – Bosko Balaban

Kosztował 5.8 mln funtów, tygodniowo kasował 20.000. Był przez trzy lata, zagrał 8 meczów, nie strzelił żadnej bramki.

Blackburn Rovers – Kevin Davies

Pobity klubowy rekord, gdy Rovers wybuliło za niego 7.5 mln funtów w 1998 roku. Strzelił jednego gola.

Crystal Palace – Valerien Ismael

Za Francuza zapłacono 2.75 mln funtów, by 9 miesięcy i 13 meczów później oddać go do Lens za 1.3 mln.

Everton – Numer 1: Per Kroldrup

Ściągnięty latem 2005 roku za 5.1 mln funtów, zagrał swój pierwszy i ostatni zarazem mecz dopiero w… Boxing Day (grudzień).

Everton – Numer 2: Alex Nyarko

4.5 mln funtów w 2000 roku za przenosiny z Lens. Po 4 latach i 33 występach, podczas meczu z Arsenalem, jeden z fanów Evertonu wbiegł na boisku i zerwał koszulkę z Nyarko, twierdząc, że nie jest godny jej nosić.

Nottingham Forrest – Andrea Silenzi

Włoch trafił do Forrest z Torino za 1.8 mln funtów, co w 1995 roku było kupą kasy. Efekt? Dwa lata, 12 meczów, bez gola, powrót do Italii.

Southampton – Ali Dia 

Święci do dziś rumienią się na wspomnienie transferu Ali Dii. Menedżerowi Graemeowi Sounessowi polecić go miał rzekomo George Weah w rozmowie telefonicznej. Rzekomo. Coach połapał się w pomyłce już po kilku minutach Senegalczyka na boisku, a kapitan drużyny Matt Le Tissier nazwał go mianem „Bambi na lodzie”.

Sunderland – Milton Nunez

Pyszna historia. Sunderland zapłacił 1.6 mln za Honduranina w 1999 roku. Władze klubu myślały bowiem, że ściągnęły czołowego strzelca z Nacionalu Montevideo. Tymczasem do Anglii trafił człowiek o tym samym nazwisku, który na chleb zarabiał w trzeciej lidze Hondurasu. Sprawa wyszła na jaw po 44 minutach rozegranych przez Nuneza w drużynie Sunderlandu:)

Co sądzicie o tych typach? A jak w przypadku innych klubów? Massimo Taibi w MU? Zostawiam pod dyskusję. Polecam też stary tekst na Z Czuba.

P.

KONKURS! Lech – Legia, święte wojny

Lech Poznań - Legia
Warszawa 1973

Na zdjęciu ławka rezerwowych Kolejorza podczas meczu Lech Poznań – Legia Warszawa 1:3 (15 listopada 1973 roku): lekarz Marian Kawczyński, Aleksander Świtała, Wiesław Zakrzewski, Wiesław Adamski, Jerzy Nowak i kierownik sekcji Marian Lewandowski / fot. Stanisław Wiktor (www.cyryl.poznan.pl – kliknij i zobacz więcej starych zdjęć).

O tym, że między kibicami Lecha Poznań i Legii Warszawa panują stosunki mroźne jak mroźna była pogoda podczas pierwszego spotkania obu klubów po zwycięskim remisie Polaków na Wembley (na zdjęciu wyżej) przekonywać nikogo nie trzeba. O tym, skąd się ta niechęć wzięła i że nie panuje od stworzenia świata, przeczytać można w jednej z Kronik Miasta Poznania. 

”Nie chcemy w tym tomie zajmować się zwalczaniem stereotypów (…) Ile razy można pisać, że poznaniacy myją się nie tylko w sobotę, że nie są aż tak skąpi, że była u nas konspiracja i że prócz pyr jemy jeszcze coś innego. Albo, że warszawiacy nie zajmują się głównie kantowaniem niewinnych przechodniów i przegrywaniem powstań, zaś celem ich życia nie jest gnębienie poznaniaków” – czytam we wstępniaku tomu ”Poznań, Warszawa – wspólna sprawa”. Rozdział, który bardzo powinien zainteresować kibiców, ale i socjologów oraz historyków nosi tytuł ”Lech Poznań i Legia Warszawa. Święte wojny kibiców”.

Autor, Piotr Grzelczak, dogrzebał się do masy smakowitych wycinków tej wieloletniej rywalizacji na wielu obszarach.

Zaraz po wojnie, w 1945 roku, było jeszcze całkiem pokojowo. Gdy poznańscy piłkarze pojechali do stolicy na święto kolejarza, nim ruszyli w drogę powrotną porwali – na ulicy! – warszawski tłum do zabawy. Na czele kilkusetosobowego korowodu, po zaintonowaniu jednej z piosenek sławiącej mieszkańców stolicy, kroczył Edmund Białas ze słynnego tercetu ABC. Pięć lat później, w listopadzie 1950 r., przed spotkaniem Lech – Legia odbył się rytuał typowy dla rzeczywistości Polski Ludowej: ”Henryk Czapczyk odczytał rezolucję pokojową, a z rąk 22 graczy wyfrunęły gołębie. W tym czasie ZMP-owcy wypuścili balony z napisami Witamy Światowy Kongres Pokoju”. Jeszcze we wrześniu 1957 r., podczas meczu w Warszawie, miejscowi kibice dopingowali… Lecha. Był to wyraz sympatii dla kiepskiej wówczas, acz ambitnej poznańskiej jedenastki i oznaka dezaprobaty dla postawy legionistów. Legia tamto spotkanie wygrało 2:1 po dwóch golach Lucjana Brychczego.

Cudne są skany artykułów prasowych z przełomu lat 70. i 80. Już z nagłówka możemy się dowiedzieć, że Awanturnicy nie mogą liczyć na pobłażanie, ”wszelkie próby przemycania na widownię alkoholu będą likwidowane”, a ”dla tych osób, które z różnych względów nie zdążą spożyć obiadu, na koronie stadionu rozstawione będą barowozy z napojami i ciepłymi kiełbaskami”. Były też apele: ”bądźmy więc obiektywni i nagradzajmy wszystkie dobre zagrania nawet wtedy, gdy akcja powiedzie się rywalom, a nie gospodarzom. Zważając na to, że owa prośba do poznańskiej widowni była skierowana krótko po wydarzeniach w Częstochowie w 1980 roku, raczej nie spotkała się ona ze zrozumieniem.

Później przytaczane wydarzenia w większości kojarzę już całkiem dobrze, niżej przypomnę więc moje the best of Lech – Legia w Poznaniu.

17 listopada 1995
Lech Poznań – Legia Warszawa 1:1
Piotr Prabucki 28 – Jerzy Podbrożny 90

Nie jestem do końca pewien, kiedy zostałem uświadomiony, że w Poznaniu najważniejszym meczem sezonu jest ten, gdy na Bułgarskiej gra Legia. W listopadzie 1995 roku wiedziałem już to na pewno, bo gdy podczas gry w piłkę w wakacje owego roku ktoś ośmielił się powiedzieć, że kibicował Legii w walce o Ligę Mistrzów i zaraz potem został zgromiony przez starsze i szersze w barach towarzystwo, ja już wiedziałem, że takiego błędu taktycznego popełnić nie wolno.

Pamiętam dobrze, że mecz był w piątek wieczorem, więc gazety relacje zamieściły dopiero w poniedziałek. W ów piątkowy wieczór wydarzenia boiskowe śledziłem z uchem przy radiu. Niezastąpione Radio Merkury przekazywało wieści najpierw wielce radosne, a później istnie hiobowe.

Legia to była wtedy potęga, pierwszy polski zespół, który grał w Lidze Mistrzów – zresztą w następnym tygodniu w środę stołeczny klub jechał na mecz z Rosenborgiem Trondheim. Ale to Lech objął prowadzenie. Niespełna pół godziny po rozpoczęciu gry, akcję Mirosława Trzeciaka wykończył Piotr Prabucki.

Mijały kolejne minuty, a ja jako kibic Lecha nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. Poznański klub bił nie tylko odwiecznego rywala, ale i najlepszy polski klub. Do tego, na trzy minuty przed końcem meczu sprawozdawca drze się w niebogłosy. Karny dla Lecha po faulu na Ryszardzie Remieniu! Prabucki i… Szczęsny broni. W ostatniej minucie Pisz robi akcję prawą stroną, a niecierpiany po odejściu z Poznania do Legii Jerzy Podbrożny wyrównuje. 1:1. Wynik, który przed meczem można by wziąć w ciemno, po ostatnim gwizdku jest wielkim rozczarowaniem.

6 czerwca 1998
Lech Poznań – Legia Warszawa 3:0
Piotr Reiss 27, 60, 69

Lech bił się o utrzymanie, Legia o puchary. Poznaniacy w dwóch ostatnich meczach – z Legią oraz z przyszłym mistrzem (ŁKS), musieli zdobyć co najmniej dwa punkty. Zdobyli sześć!

Festiwal Piotra Reissa i najwyższe zwycięstwo Lecha nad Legią od 1949 roku (było 4:1 po golach Anioły, Białasa, Oprycha oraz Kazimierza Górskiego) również śledziłem przy radioodbiorniku. Radość łączyła się wtedy ze sporym zdziwieniem, bo w tamtym sezonie równie wysoko, 3:0, Legię pokonał tylko ŁKS.

Całą relację z meczu można przeczytać tutaj. Mój ulubiony fragment jest na końcu tekstu:

– Zapewne żaden z graczy Lecha nie pójdzie do Legii. Głowackiego nie puści klub, a Murawski i Bosacki – nie chcą – powiedział Kopa. – Chcę zostać w Poznaniu, kocham ten klub! – wołał po spotkaniu szczęśliwy Maciej Murawski.

Brawo!

 

25 marca 2000
Lech Poznań – Legia Warszawa 1:2
Sławomir Suchomski 82 (karny) – Bartosz Karwan 83, Michał Goliński 88 (sam.)

Sobota, samo południe i transmisja w TVP. Lechowi w oczy zagląda już przepaść, na której dnie znajduje się druga liga. Do meczu z Legią poznaniacy przystępują jednak maksymalnie zmotywowani. Wszyscy piłkarze farbują sobie włosy na niebiesko, co potem widać w reklamach firmy, która miała czelność podczepić się do nazwy poznańskiego klubu (tu na zdjęciu obok Rafała Siadaczki – Tomasz Augustyniak).

Z tego meczu pamiętam tylko radość po pierwszym golu Sławomira Suchomskiego z karnego

i żal po szybkiej odpowiedzi Legii i samobóju Michała Golińskiego. Dla odświeżenia pamięci, fragment relacji gazetowej:

Nieszczęście Lecha w starciu z Legią zaczęło się zaraz po strzeleniu przez poznaniaków gola z rzutu karnego. Do tej pory, zwłaszcza w drugiej połowie, lechici potrafili narzucić warszawianom swoje warunki i przeważali. W 80. min po dalekim wykopie Michała Kokoszanka kiks w środku pola przytrafił się Jackowi Bednarzowi. Piłka przeleciała mu nad głową i trafiła do Sławomira Suchomskiego. Ten ruszył pędem w stronę pola karnego i tu był faulowany przez Macieja Murawskiego. Winowajca miał wątpliwości do decyzji sędziego. Nie miał ich za to trener warszawiaków Franciszek Smuda: – Nie, no, karny był! W polu karnym Murawski nie powinien w ogóle robić wślizgów – mówił.

Suchomski sam wykorzystał karnego ryzykownym strzałem pod poprzeczkę. Ta bramka była podsumowaniem okresu przewagi „Kolejorza” i balsamem na nerwy poznańskich kibiców, które nadwyrężyły zwłaszcza nie wykorzystane przez lechitów sytuacje podbramkowe. Dwie najbardziej jaskrawe stworzył Paweł Kaczorowski. W 42. min strzelił w dogodnej sytuacji w słupek, a Jarosław Maćkiewicz nie zdołał dobić piłki do pustej bramki. Jeszcze lepszą sytuację miał Lech w 62. min. Wtedy to fantastyczne podanie Maćkiewicza otworzyło Kaczorowskiemu drogę do warszawskiej bramki. Poznaniak minął bramkarza Zbigniewa Robakiewicza i strzelił już do pustej bramki – i znów trafił w słupek!

To właśnie te dwie sytuacje miał na myśli trener Smuda, gdy po meczu przyznał, że Legia mogła to spotkanie przegrać już przed 80. min. – Mieliśmy jednak więcej szczęścia – przyznał i nie wiadomo dlaczego okrasił tę wypowiedź słowem ”niestety”.

Odpowiedź Legii na bramkę Lecha była niemal natychmiastowa. Po wznowieniu gry Legia wywalczyła rzut rożny. Piłkę bił tradycyjnie Marek Citko. Piłka odbiła się jeszcze od barków Przemysława Urbaniaka i spadła pod nogi Bartosza Karwana. Ten z bliska nie dał szans Michałowi Kokoszankowi.

Remis 1:1 – wedle słów trenera Lecha Mariana Kurowskiego sprzed meczu – był jeszcze sukcesem Lecha. 5 min po golu Karwana ”Kolejorzowi” przytrafiło się jednak nieszczęście. Marcin Mięciel chciał zagrać piłkę na pole karne poznaniaków. Piłka skozłowała i trafiła na nogę wprowadzonego do gry za utykającego Grzegorza Matlaka Michała Golińskiego. Goliński czuł na plecach oddech Karwana. Chciał więc wybić piłkę i mocno ją uderzył, lecz przy tym także podkręcił. Piłka zatoczyła łuk i wpadła do bramki za wysuniętym do przodu Kokoszankiem.

3 kwietnia 2004
Lech Poznań – Legia Warszawa 0:1
Piotr Włodarczyk 54

Byłem w 29-tysięcznym tłumie na Bułgarskiej. Widziałem zaciętość i walkę poznaniaków i nie widziałem (bo widok zasłonił mi dym z rac albo wielka flaga) gola Włodarczyka.

A teraz KONKURS. Do wygrania dwa egzemplarze Kroniki Miasta Poznania pt. Sport.

Jeden wygra ta osoba, która w komentarzu pod tą notką najciekawiej opisze swoją wizję meczu Lech Poznań – Legia Warszawa w 2020 roku.

Drugi wygra ta osoba, która polubi profil Numer10 na facebooku oraz trafnie wytypuje wynik niedzielnego meczu Lech – Legia oraz strzelca pierwszego gola (wpisujemy na FB). Można też śledzić nas na twitterze.

Powodzenia!

Mierzejewski przędzie dalej polsko-polską sagę, czyli pucharowe swój na swego – część druga

Przy okazji zmagań o Ligę Mistrzów warszawskiej Legii z bukareszteńską Steauą, której barw bronił w tym dwumeczu nasz reprezentacyjny obrońca Łukasz Szukała, przypomnieliśmy dzieje polsko-polskich konfrontacji w europejskich pucharach. Jako, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, iż dzisiejszego wieczoru w tureckich szeregach zagra przeciwko polskiej drużynie Adrian Mierzejewski, podejmujemy kontynuację owej futbolowej, bratobójczej opowieści od momentu, na którym zakończyliśmy ją w części pierwszej, czyli od sezonu 1991/1992.

Jesienią 1991 roku, w niespełna rok po tym, jak Wandzik i Warzycha oraz Buncol i Leśniak, reprezentowali swe zagraniczne zespoły w bojach z polskimi klubami, znów duet wielce zasłużonych dla naszego futbolu zawodników staje w obcych barwach naprzeciw zespołu z ojczyzny. Wielokrotni, wybitni reprezentanci Polski – Waldemar Matysik i Jan Furtok w zmaganiach I rundy Pucharu UEFA przeciwko Górnikowi Zabrze grają wówczas dla niemieckiego HSV. 17 września 1991 roku na hamburskim Volksparkstadionie pada dość niespodziewany remis 1:1. I trzeba przyznać, że wydatny udział w uzyskanym przez Piotra Jegora prowadzeniu dla gości miał… Jan Furtok. To były piłkarz GKS Katowice wyskoczył bowiem z muru tak niefortunnie, że znacznie ułatwił Jegorowi (niczego oczywiście strzelcowi pięknej bramki nie ujmując, bo uderzenie było naprawdę mistrzowskie) pokonanie Richarda Golza. W zabrzańskim rewanżu piłkarze Górnika przez godzinę dzielnie strzegą bezbramkowego remisu. Jednak właśnie w 60 min. Jan Furtok znakomicie zagrywa do Thomasa von Heesena, który pokonuje Marka Bębna. Furtok ma również udział przy drugiej bramce dla gości, którzy ostatecznie rozwiewając polskie nadzieje wygrywają 3:0.

Trzy tygodnie później, w ramach rozgrywek II rundy Pucharu Zdobywców Pucharów, do Katowic przyjeżdża ze swą Bruggią, aktualny wciąż jeszcze wówczas król strzelców naszej ekstraklasy – Tomasz Dziubiński. Podopieczni znakomitego Ernsta Happela, w gronie których obok byłego wiślaka znajdują się również tacy gracze jak van der Elst, Ceulemans czy Amokachi, wygrywają z GKS 1:0, a przeogromną zasługę przy zdobyciu zwycięskiej bramki dla Belgów miał właśnie niezwykle aktywny Dziubiński, który w 20 minucie spotkania swym rajdem rozerwał obronę gospodarzy dogrywając piłkę na nos Staelensowi, który pokonał Jojkę. Tomasz Dziubiński również mógł, a nawet powinien jeszcze w pierwszej połowie spotkania, samemu wpisać się na listę strzelców, lecz nie potrafił z linii bramkowej skierować piłki do pustej bramki katowiczan. W rewanżu Belgowie są jeszcze bardziej bezwzględni dla polskiego zespołu i wygrywają wyraźnie 3:0, a grający w tym meczu z numerem 10 na plecach Dziubiński znów wspaniale asystuje przy golu Staelensa na 2:0, zagrywając mu futbolówkę niemal na nos. Dziubiński ponownie ma dwie niezłe sytuacje do pokonania Janusza Jojki, lecz brakuje mu nieco szczęścia. Podczas walki o piłkę polski napastnik Brugge otrzymuje też całkiem solidne uderzenie łokciem w twarz od Dariusza Grzesika, za które dziś Grzesik wyleciałby z ogromnym hukiem z boiska, będąc ukarany jeszcze zapewne dodatkową dyskwalifikacją. Wówczas spokojnie kontynuował grę.

W następnym sezonie znów rozgrywki Pucharu Zdobywców Pucharów są świadkiem występu przeciwko naszemu zespołowi zawodnika, w którego żyłach płynie polska krew. Sylvain Legwinski jest wówczas zaledwie 19-letnim zawodnikiem francuskiego AS Monaco, prowadzonego przez Arsene Wengera, a 16 września 1992 roku przyjeżdża do Lubina, by zagrać z Miedzią Legnica, polskim drugoligowcem, a zarazem sensacyjnym zdobywcą Pucharu Polski. Kochanek, Cymbała czy Gajdzis stają oko w oko z Thuramem, Djorkaeffem czy Klinsmannem. No i Legwinskim. Fajerwerki w tym meczu kończą się jednak bardzo szybko, bo już w 2 minucie, kiedy to Djorkaeff ustala wynik spotkania na 1:0 dla gości z Księstwa Monako. W rewanżu pada niespodziewany bezbramkowy remis i podopieczni Wengera kroczą dalej, lecz dla Legwinskiego na lubińskim stadionie pucharowa przygoda w tamtej edycji się kończy. Nie oznacza to jednak wcale, że Legwinski już o sobie polskim kibicom nie przypomni. 11 września 1996 roku przyjedzie ze swoim Monaco (już pod wodzą Tigany) na Suche Stawy, by rozegrać całe spotkanie i w końcówce ograć po golu Ikpeby krakowskiego Hutnika w ramach rozgrywek o Puchar UEFA. Niespełna dwa tygodnie później podopieczni Tigany przypieczętowują swój awans, pokonując Hutnika 3:1, a Legwinskiego w 57 minucie spotkania zastąpi na boisku sam Enzo Scifo.

Upływa sporo czasu nim znów, po bojach Widzewa z Juventusem, jesteśmy świadkami bratobójczej pucharowej walki naszych piłkarzy o naprawdę niebagatelną stawkę. W 1995 roku uzbrojona po uszy warszawska Legia dziarskim krokiem wmaszerowuje do Ligi Mistrzów. Tam postanawia nie zadowolić się samą obecnością w niej, lecz wywalcza awans do grona ośmiu najlepszych klubowych zespołów Starego Kontynentu. 5 marca 1996 roku na stadionie w Warszawie, naprzeciw mistrzów Polski ponownie staje nasz ateński duet z Panathinaikosu – Józef Wandzik oraz Krzysztof Warzycha. Obaj są już wówczas niekwestionowanymi gwiazdami całej greckiej ligi, a popularny Gucio Warzycha jest wręcz ikoną wszechateńskich Koniczynek. W pierwszym ćwierćfinałowym boju na istnym grzęzawisku przy Łazienkowskiej pada bezbramkowy remis. 20 marca 1996 roku w obecności niespełna 75000 widzów na ateńskim stadionie górą są gospodarze. Po pół godzinie gry czerwoną kartkę otrzymuje Marcin Jałocha, osłabiając zespół, a już chwilę później Szczęsnego, po nodze Michalskiego, pokonuje nasz były chorzowski supersnajper. Drugiego gola napastnik reprezentacji Polski dokłada w 57 minucie spotkania, uszczęśliwiając ateńskiego molocha. Oba trafienia Warzycha uzyskuje lewą nogą. „Przykre tylko to, że Polak strzela Polakom bramki” – skomentował na gorąco po drugim golu Dariusz Szpakowski. Na kilkanaście minut przed końcem wynik spotkania na 3:0 ustalił Argentyńczyk Borelli. Z marzeń o półfinale Champions League nie pozostało wiele. Na dość głęboko schowanym marginesie można nadmienić, iż całkiem niedawno, jeden ze znanych polskich dziennikarzy w sposób jak najbardziej niedwuznaczny dał do zrozumienia, iż legioniści wówczas ateński rewanż po prostu opchnęli swym rywalom, a szybko otrzymana czerwona kartka miała być swoistym alibi w konfrontacji z ewentualnymi zarzutami o ów niecny czyn.



Co ciekawe, niespełna pół roku później pucharowy los znów kojarzy ze sobą, tym razem w Pucharze UEFA, Legię z Panathinaikosem. Choć Koniczynki mecz w stolicy Grecji rozgrywają niemal w niezmienionym składzie w porównaniu do marcowego ćwierćfinału, a kadra Legii, ogromnie osłabiona jest jedynie cieniem drużyny z tamtych bojów (tylko czterech warszawskich graczy sprzed pół roku znów wybiega w podstawowym składzie na ateńską murawę), to pojedynek ów toczy się już według zupełnie innego scenariusza. Bardzo szybko, bo już w 3 minucie spotkania Wandzika pokonuje efektownym strzałem Dariusz Czykier. Pomiędzy 26 a 38 minutą meczu gospodarze strzelają Szamotulskiemu aż 3 gole, lecz bezcenną bramkę do szatni zdobywa Cezary Kucharski. Krzysztof Warzycha nie mogąc jakoś tego dnia wstrzelić się w bramkę legionistów, opuszcza boisko po godzinie gry. Na 10 minut przed końcem spotkania Georgiadis ustala wynik spotkania na 4:2. Jednak 23 września 1996 roku jesteśmy przy Łazienkowskiej świadkami fantastycznej, niesamowicie ambitnej gry zespołu ze stolicy Polski. Kilka minut po przerwie strzela gola Marcin Mięciel, ożywiając nadzieje warszawskich kibiców, a w ostatnich, niezwykle emocjonujących sekundach spotkania Cezary Kucharski pokonuje Wandzika wydzierając niespodziewany awans dla podopiecznych Mirosława Jabłońskiego.

Warszawa tego wieczoru szaleje z radości, ale i przeplata ów entuzjazm westchnieniem – czyli przebicie się wiosną do półfinału Champions League było jednak jak najbardziej możliwe. Sfrustrowany niemiłym przyjęciem jakie zgotowali mu fani ze stolicy Polski oraz utraceniem awansu w ostatnich sekundach spotkania, Krzysztof Warzycha udziela polskim dziennikarzom zdawkowego, lecz bardzo rozemocjonowanego wywiadu, który zapamiętałem chyba najlepiej z tamtego wieczoru. Dla Józefa Wandzika, byłego już wówczas golkipera reprezentacji Polski, porażka przy Łazienkowskiej była szóstym i ostatnim już zarazem występem w barwach greckiego klubu przeciwko polskiemu zespołowi. Podczas tych trzech bratobójczych dwumeczów, byłego bramkarza Ruchu Chorzów i Górnika Zabrze, polscy piłkarze pokonywali aż dziewięciokrotnie (dwukrotnie uczynili to Jakołcewicz oraz Kucharski, po jednym trafieniu odnotowali Rzepka, Pachelski, K.Moskal, Czykier i Mięciel). Średnią straconych bramek w pucharowych meczach przeciwko polskim drużynom Wandzik nie odbiega więc Kazimierskiego.

Warzycha swojej bratobójczej sagi tamtego wieczoru wcale jeszcze nie zakończył. Po niespełna czterech latach, 9 sierpnia 2000 roku przyjedzie do Płocka, by na tamtejszym stadionie w 11 minucie spotkania o awans do Ligi Mistrzów znów pokonać swego dobrego znajomego z ateńskiego ćwierćfinału – Macieja Szczęsnego. Szczęsny broni wówczas bramki warszawskiej Polonii, która m.in. z innym uczestnikiem pamiętnych bojów o półfinał Champions League – Tomaszem Wieszczyckim, a także robiącym furorę na polskich boiskach Nigeryjczykiem z polskim paszportem – Emmanuelem Olisadebe (który tydzień później udanie zadebiutuje w biało-czerwonej reprezentacji) próbuje wojować o awans do europejskiej elity. Koniczynki wywożą z Polski remis 2:2, Warzycha zaś spędza na płockiej murawie równo 62 minuty. W 3 minuty po zejściu z boiska żywej legendy Panaty, pojawia się na nim inny polski gracz wszechateńskich – Igor Sypniewski. Niespełna 26-letni wówczas wychowanek ŁKS pokazuje kilka błyskotliwych zagrań, lecz nie uwieńcza swego występu strzeleniem gola. 23 sierpnia 2000 roku w Atenach podopieczni Dariusza Wdowczyka przegrywają niby zaledwie 2:1, ale awans Panathinaikosu nie jest nawet przez moment zagrożony. Niespełna 36-letni wówczas Krzysztof Warzycha, opuszczając tamtego wieczoru (zmieniony w 73 minucie spotkania przez Gorana Vlaovica) murawę w Atenach zamyka historię swych bratobójczych polsko-polskich zmagań w europejskich pucharach. Warzycha aż ośmiokrotnie wystąpił w koszulce greckiego klubu przeciwko zespołowi z Polski. Dwukrotnie udało mu się awansować (Legia, Polonia), dwukrotnie musiał uznać wyższość polskich zespołów (Lech, Legia). Strzelił w tych spotkaniach 3 bramki, za każdym razem, choć przeciwko różnym zespołom, pokonując Macieja Szczęsnego. Jego gole w bojach z Legią o półfinał Champions League są do dziś bramkami największej wagi jakie polski piłkarz strzelił polskiemu klubowi w rozgrywkach europejskich pucharów.

12 sierpnia 1998 roku na słynnym Old Trafford oraz dwa tygodnie później na łódzkiej murawie, bój o Champions League toczą Manchester United oraz ŁKS. W obu tych spotkaniach, bardzo skutecznie dostępu do bramki podopiecznych Alexa Fergusona strzeże przed Dzidosławem Żuberkiem i spółką, jeden z najlepszych wówczas golkiperów na świecie – Peter Bolesław Schmeichel. Rodzina wybitnego reprezentanta Danii wywodzi się z bardzo bliskiego sercom autorów bloga, miasteczka o nazwie Wąbrzeźno. Do dziś jeszcze przed jednym z wąbrzeskich kościołów możemy znaleźć symboliczny pomnik polskich patriotów pomordowanych podczas II wojny światowej, na którym widnieją nazwiska dziadka (Julian Szmeichel; zamordowany przez Niemców w 1939 r.) i babci (Anna Szmeichel; członkini AK, zamordowana przez Rosjan w 1945 r.) słynnego piłkarza. Ojciec bramkarza MU – Antoni, w wieku 28 lat, zmuszony był w 1961 roku ratować się ucieczką z ojczyzny przed nękającym go czerwonym terrorem. Osiadł w Danii, którą, choć założył w niej własną, szczęśliwą rodzinę (Peter przyszedł na świat w 1963 r.), traktował przez pierwsze kilkanaście lat, wyłącznie jak luksusowe więzienie. O Polsce bałem się myśleć. Ale to była i jest moja ojczyzna. W 1988 roku kupiłem nawet w Chełmży mieszkanie. Peter do dzisiaj ma do mnie ogromne pretensje, że nie nauczyłem go mówić po polsku. Jego trzy siostry mówią zresztą to samo – zwierzał się ojciec reprezentanta Danii w kapitalnym wywiadzie, jaki przeprowadził z nim w połowie lat 90. dla „Piłki Nożnej” Paweł Zarzeczny.

W tym samym sezonie, 17 września 1998 roku w ramach ostatnich już w historii rozgrywek o Puchar Zdobywców Pucharów, Heerenveen pokonuje na własnym boisku Amikę Wronki 3:1. W barwach holenderskiego zespołu biega przeciwko zespołowi z Wielkopolski wychowanek Mieszka Gniezno – Arkadiusz Radomski. Zarówno w Heerenveen, jak i po dwóch tygodniach we Wronkach (goście wygrywają 1:0), Radomski rozgrywa całe spotkania, wydatnie pomagając swemu zespołowi w przeskoczeniu polskiej zapory. By wyłamać się nieco z okowów chronologii, warto zrobić już teraz duży skok w przyszłość po dziejach naszych bratobójczych pucharowych zmagań i przypomnieć, że Radomski potykać się też będzie we wrześniu 2006 roku przeciwko warszawskiej Legii, w barwach Austrii Wiedeń. Wielokrotny reprezentant Polski wystąpi tylko w wiedeńskim rewanżu wygranym przez gospodarzy 1:0 (mecz w Warszawie zakończył się remisem 1:1) i po raz drugi walnie przyczyni się do wyrzucenia polskiego zespołu z europejskich pucharów.

26 października 2000 roku swój jedyny występ w obcych barwach przeciwko Polakom zaliczy Piotr Reiss. Piłkarz Herthy Berlin pojawi się na murawie Stadionu Olimpijskiego dopiero w 57 minucie meczu z Amiką Wronki, lecz już 9 minut później pokona Jarosława Stróżyńskiego, podwyższając wynik na 3:0 dla gospodarzy. Podopieczni Stefana Majewskiego ostatecznie przegrywają z Niemcami 3:1.

W rewanżowym spotkaniu we Wronkach Reiss już nie wystąpi, lecz jego zespół zapewni sobie awans remisując 1:1.

Pod koniec 2002 roku znów polski piłkarz reprezentuje barwy niemieckiego klubu w konfrontacjach z polskim zespołem. Ówczesny filar naszej reprezentacyjnej linii defensywnej – Tomasz Hajto w niespełna półtora miesiąca aż czterokrotnie zagra w barwach Schalke przeciw polskim klubom. Najpierw zespół z Gelsenkirchen mierzy się w II rundzie Pucharu UEFA z Legią. Dość dziwny był to dwumecz. W Warszawie w zaledwie 12 minut padają aż 4 gole. Niemiecki zespół prowadzi już w pewnym momencie 2:0, gospodarze szybko doprowadzają do remisu, lecz w ostatniej minucie spotkania Duńczyk Ebbe Sand zapewnia wyjazdowe zwycięstwo 3:2 drużynie Hajty. 14 listopada 2002 roku na Arena AufSchalke to legioniści dość wyraźnie dominują i mają mnóstwo okazji by odrobić straty z nadwyżką, lecz zaledwie bezbramkowo remisują.

Dwa tygodnie później Hajto powraca do Krakowa, w którym grał kiedyś dla Hutnika, by zmierzyć się tym razem z zespołem Wisły w ramach kolejnej rundy rozgrywek Pucharu UEFA. Wydaje się, że remis 1:1 wywieziony przez faworyzowany niemiecki zespół spod Wawelu będzie wystarczającą zaliczką, by zapewnić sobie spokój w rewanżu. Jednak 10 grudnia 2002 roku Wisła Kraków sprawia, że jesteśmy świadkami jednego z najlepszych meczów naszej drużyny w europejskich pucharach. Co prawda na zdobytą krótko przed przerwą bramkę Macieja Żurawskiego odpowiada już po dwóch minutach właśnie Tomasz Hajto (po błędzie francuskiego golkipera Białej Gwiazdy – Angelo Huguesa) i w pewnym sensie wszystko zaczyna się od początku, ale w drugiej połowie zespół Henryka Kasperczaka niemal zmiata niemiecką drużynę z murawy. Trzy największe gwiazdy ówczesnej Wisły: Kalu Uche, Żurawski i Kamil Kosowski strzelają kolejne bramki i zespół z Krakowa deklasuje rywali. Hajto przegrywa więc 1:4 i zamyka rozdział swych bratobójczych pucharowych zmagań, z którym uwinął się w niespełna półtora miesiąca, uwieńczając go zdobyciem jednego gola oraz powiększeniem swej bogatej kolekcji żółtych kartek o kolejne dwie.



Tomasz Wałdoch jeszcze kilka miesięcy wcześniej niekwestionowany kapitan polskiej reprezentacji, który po koreańskim mundialu pożegnał się z narodową kadrą, również stanowił wówczas bardzo ważne ogniwo defensywy Schalke, lecz w tamtym czasie kontuzje wykluczyły go ze wszystkich czterech bratobójczych meczów.

Już po roku kolejny Polak w trykocie niemieckiego klubu melduje się, aby przystąpić do polsko-polskiej konfrontacji. Jesienią 2003 roku faworyzowana Hertha Berlin z Arturem Wichniarkiem na pokładzie odpada z nikomu bliżej w Europie nieznaną drużyną z Grodziska Wielkopolskiego (0:0 i 0:1). Polski napastnik zagrał w obu meczach bardzo przyzwoicie, lecz nie udało mu się pokonać Liberdy. Wichniarkowi zabrakło przede wszystkim nieco szczęścia, jak choćby w 68 minucie spotkania w Grodzisku, gdy po jego strzale głową piłka trafiła w słupek. Były napastnik poznańskiego Lecha, wraz z pozostałymi podopiecznymi Huuba Stevensa, musiał więc uznać wyższość piłkarzy Dyskobolii, w której zebrała się zresztą wówczas wcale niekiepska paka (Rasiak, Niedzielan, Sobolewski, Mila, Wieszczycki, M.Zając, Krizanac).

W następnym sezonie, we wrześniu 2004 roku warszawska Legia okazuje się być wyraźnie słabsza od Austrii Wiedeń. Choć na wyjeździe legioniści długo trzymają się dzielnie i tracą bramkę dopiero w końcówce spotkania (0:1), to jednak w stolicy Polski Austriacy górują już zdecydowanie, wygrywając 3:1. Na osiem minut przed końcem rewanżowego spotkania przy stanie 0:2, na murawie przy Łazienkowskiej pojawia się w koszulce wiedeńskiego klubu niekwestionowana gwiazda austriackiej Bundesligi, ponad 33-letni już wówczas Radosław Gilewicz.

9 sierpnia 2005 roku znów jesteśmy świadkami meczu o wysoką stawkę, w którym reprezentant Polski, grający dla greckiego Panathinaikosu, staje do konfrontacji z polskim klubem w ramach rozgrywek najważniejszego z europejskich pucharów. Nigeryjczyk z polskim paszportem – Emmanuel Olisadebe jest już wówczas zaledwie cieniem zawodnika, który niemal w pojedynkę wywalczył dla Polski pierwsze od 16 lat przepustki na mundial, lecz nadal potrafi skutecznie skierować futbolówkę do bramki. Podczas dramatycznych bojów o Champions League przeciwko krakowskiej Wiśle Olisadebe trafia aż dwukrotnie, bardzo wydatnie przyczyniając się do podarcia w strzępy naszych marzeń o polskim zespole w Lidze Mistrzów. 9 sierpnia 2005 roku popularny Emsi wykazuje się instynktem strzeleckim w zamieszaniu pod bramką Majdana i z bliska posyłając piłkę do krakowskiej bramki (podopieczni Engela jednak dzielnie się podnoszą i wygrywają ostatecznie 3:1).



Dwa tygodnie później, 23 sierpnia 2005 roku, Olisadebe dobija piłkę głową z jeszcze bliższej odległości, bo niemal z samej linii bramkowej, wyprowadzając Panathinaikos w 65 minucie spotkania na upragnione prowadzenie 2:0. Kilkadziesiąt sekund później Oli opuści ateńskie boisko, ale swoje już zrobił. Mecz jest zresztą niezwykle dramatyczny, kipi wręcz od emocji. Wisła ma całkiem niekiepską zaliczkę z pierwszego spotkania. Kilka sytuacji do przerwy marnuje Zieńczuk. Jeszcze po godzinie gry wciąż utrzymuje się satysfakcjonujący nas bezbramkowy remis. Wtedy jednak pada pierwszy gol dla gospodarzy. 3 minuty później Olisadebe podwyższa na 2:0. Jednak Polacy się nie poddają, w 78 minucie cudowną bramkę zdobywa Radosław Sobolewski. Kilka minut później stan meczu wyrównuje wprowadzony do gry słowacki internacjonał Marek Penksa, jednak angielski sędzia Mike Riley nie uznaje tej bramki. Z jakiego powodu – do dziś nie wiadomo (nie było tam ani zagrania ręką przez Penksę, ani też raczej pozycji spalonej). Kilka sekund później piłka jest już pod naszym polem karnym i na 3 minuty przed końcem pada gol dla Greków na 3:1. W ostatniej minucie spotkania wyrzucony zostaje z boiska istny boiskowy braveheart krakowskiej drużyny, strzelec gola – Sobolewski. W dogrywce po kolejnym bramkarskim ‘popisie’ Majdana Grecy dobijają wycieńczonych Polaków. Uczestnik tamtego spotkania, grający potem w Grecji, Marcin Baszczyński, właśnie wypełniając kontrakt pod Akropolem posiadł ponoć wiedzę, dzięki której wyzbył się jakichkolwiek złudzeń co do pamiętnego dwumeczu: Wisła najzwyczajniej w świecie została wówczas przekręcona, oświadczył nasz były reprezentant, gdy znów zawitał do Polski. Szkoda, bo marzenie o Champions League było bliskie realizacji jak nigdy wcześniej po 1996 roku.

Jednak trafienia Olisadebe nie były ostatnimi jakie czekały tamtej jesieni krakowską Wisłę ze strony naszych graczy reprezentujących zagraniczne kluby. Przygnębieni efektem bojów z Panathinaikosem, podopieczni Jerzego Engela (już jednak bez Błaszczykowskiego, Uche i Frankowskiego) mierzą się teraz z portugalską Vitorią Guimaraes o prawo gry w fazie grupowej Pucharu UEFA. 15 września 2005 roku Polacy przegrywają z kretesem pierwszą, wyjazdową potyczkę aż 0:3. 29 września 2005 roku mistrzowie Polski niespodziewanie przegrywają również w Krakowie – 0:1. Decydującą, piękną zresztą bramkę, zdobywa dla portugalskiego zespołu nasz Marek Saganowski. Trafienie Sagana jest z pewnością po dziś dzień jednym z najefektowniejszych spośród wszystkich goli, jakie polscy zawodnicy strzelali polskim klubom w europejskich pucharach.

W sierpniu 2006 roku drogę do bram Champions League zagrodził warszawskiej Legii Szachtar Donieck (1:0, 3:2), a w jego pomarańczowej koszulce rozegrał ów dwumecz w pełnym wymiarze czasu wielokrotny reprezentant Polski Mariusz Lewandowski. W końcówce rewanżowego spotkania, gdy wszystko było już dawno pozamiatane, polski zawodnik Szachtara, którego barwy reprezentował łącznie przez 9 sezonów, odpuścił nieco krycie Włodarczykowi, dzięki czemu ten ostatni zmniejszył rozmiary porażki Legii do stanu 2:3.

Niemal równolegle do Lewandowskiego toczył swe bratobójcze boje, lecz na niwie Pucharu UEFA, były obrońca Warty Poznań i Legii Warszawa – Krzysztof Ratajczyk. 10 sierpnia 2006 roku, w zakończonym remisem 1:1, pierwszym spotkaniu swego austriackiego Mattersburga przeciwko Białej Gwieździe, Ratajczyk rozegra w drużynie gospodarzy całe spotkanie, lecz nie zdoła zapobiec bramce zdobytej głową przez Zieńczuka. W Krakowie Rataj już nie wystąpi, a jego zespół musi uznać wyższość podopiecznych Dana Petrescu, którzy pokonują pod Wawelem Austriaków 1:0.

Po wyeliminowaniu Mattersburga przychodzi czas na decydujące boje krakowskiej Wisły o awans do fazy grupowej Pucharu UEFA. I tu znów mocny polski akcent, gdyż silnym punktem defensywy Iraklisu Saloniki był wówczas były gracz GKS Katowice Mirosław Sznaucner. 14 września Wisła przegrywa w Krakowie z greckim klubem 0:1. Jednak dwa tygodnie później, już po wymianie trenera z Petrescu na Okukę, polski zespół niemal cudem, po golu Mijajlovica w doliczonym czasie gry zapewnia sobie zwycięstwo 1:0. W 100 minucie dogrywki Piotr Brożek ogrywa w polu karnym właśnie Sznaucnera, wykłada piłkę Mauro Cantoro i Argentyńczyk swym trafieniem rozstrzyga o losach awansu. Sznaucner rozegrał cały dwumecz w pełnym możliwym wymiarze minut.

Latem 2007 roku Zagłębie Lubin bije się o Ligę Mistrzów ze słynną bukaresztańską Steauą. Podopieczni słynnego Gheorghe Hagiego są już oczywiście zaledwie cieniem Steauy przed którą drżały niegdyś największe europejskie potęgi, ale dla mistrzów Polski wciąż stanowią zaporę o ogromnej sile. Wśród podopiecznych legendarnego Hagiego znajduje się również wychowanek ŁKS, piłkarz który z Korony Kielce trafił do reprezentacji Beenhakkera i zagrał w niej niespełna rok wcześniej niezapomniane spotkanie przeciwko Portugalii – Paweł Golański. Rumuni nie przepacając specjalnie koszulek wywożą z Lubina zwycięstwo 1:0, a Golański biega po placu gry przez 74 minuty uświetniając swój występ żółtą kartką. W rewanżu rozegranym 8 sierpnia 2007 roku na gorącym terenie w Bukareszcie podopieczni Czesława Michniewicza zapewniają nam jednak dość niespodziewane emocje. Najpierw Arboleda o mało nie roznosi rumuńskiej bramki, trafiając w słupek, a kilkadziesiąt sekund później jest już 1:0 dla Zagłębia po zagraniu Kolumbijczyka i przytomnym trafieniu Michała Stasiaka. Po 8 minutach wyrównuje Nicolita, lecz Hagi i jego chłopcy drżą o awans do ostatnich chwil spotkania. Dopiero w 82 minucie meczu mogą nieco odsapnąć, gdy Zaharia ustala końcowy wynik na 2:1 dla gospodarzy. Golański zagra przeciwko swoim w Bukareszcie przez pełne, zwycięskie dla jego drużyny 90 minut.

Niespełna półtora miesiąca później swą bratobójczą pucharową batalię stoczy również partner Golańskiego z reprezentacyjnej linii obrony w pamiętnym meczu przeciwko Portugalczykom – Grzegorz Bronowicki. Były piłkarz Górnika Łęczna i Legii Warszawa, w stroju Crvenej Zvezdy Belgrad pokonuje 20 września 2007 roku w Grodzisku piłkarzy tamtejszej Dyskobolii 1:0. Belgradzka Czerwona Gwiazda nie wydziela już wówczas z siebie nawet niewielkiej części tej siły rażenia, co przed laty, ale na Dyskobolię wciąż jeszcze wystarczy. Bronowicki wydeptuje murawę w Grodzisku Wielkopolskim przez pełne 90 minut. W rewanżu, choć podopieczni Jacka Zielińskiego maja swoje szanse, Crvena Zvezda (już bez Bronowickiego w składzie) ponownie wygrywa 1:0 i to ona wchodzi do grupowych rozgrywek Pucharu UEFA.

Sezon później dochodzi do kolejnej bratobójczej konfrontacji, której stawką jest faza grupowa Ligi Europejskiej. Sytuacja była tu o tyle szczególna, że Jacek Bąk grający wówczas w Austrii Wiedeń przed laty, aż przez 3 sezony (1992-1995), reprezentował barwy poznańskiego Lecha, z którym teraz przyszło mu się zmierzyć. Był to trzeci (po Bońku przeciwko Widzewowi oraz Matysikowi przeciw Górnikowi) i ostatni jak dotąd taki przypadek w historii europejskich pucharów, że polski piłkarz stawał oko w oko z polskim klubem, w którym kiedyś grał. 18 września 2008 roku na wiedeńskiej murawie ciśnienie momentami naprawdę było wysokie. Austriacy pokonali Lecha 2:1, a Jackowi Bąkowi ewidentnie puściły nerwy, gdy najpierw wdał się w przepychankę słowną z Tomaszem Bandrowskim, a chwilę później uderzył w twarz Hernana Rengifo. Fanatycy Kolejorza nie zapomnieli tego byłemu Lechicie i gdy ten przyjechał do Poznania na spotkanie rewanżowe, kilku z nich, jak donosiła prasa, złożyło Bąkowi niekoniecznie sympatyczną wizytę w jednej z hotelowych restauracji. Wracając jednak do spraw boiskowych, 2 października 2008 roku rozegrał się na stadionie w stolicy Wielkopolski istny futbolowy horror, zwieńczony niezapomnianym, zwycięskim golem Rafała Murawskiego na 4:2 w ostatnich sekundach dogrywki, po którym nastąpiła istna eksplozja radości poznańskich trybun. Jacek Bąk opuszczał więc miasto, w którym spędził 3 lata swego życia zdecydowanie na tarczy, dodatkowo opromieniony blaskiem dwóch żółtych kartek, które zarobił w dwumeczu przeciwko Lechowi.

Tymczasem Kolejorz Franciszka Smudy na samym udziale w fazie grupowej absolutnie nie zamierzał poprzestawać. Poznaniacy walczyli w niej bardzo dzielnie, lecz do pełni szczęścia, czyli do awansu z grupy potrzebowali w swym ostatnim spotkaniu wyjazdowego zwycięstwa nad Feyenoordem. Wieczór 17 grudnia 2008 roku Arboleda, Murawski, Stilic, Peszko, Rengifo, Lewandowski i spółka zwieńczyli sukcesem, czyli upragnionym rotterdamskim triumfem 1:0 po golu Djurdjevica. W 65 minucie spotkania na murawie, w koszulce Feyenoordu, pojawił się obecny pomocnik Korony Kielce, 18-letni wówczas Michał Janota.



Pod koniec sierpnia ubiegłego roku, po kilkuletniej przerwie, znów Polak stanął przeciwko Polakowi na pucharowej niwie. Śląsk Wrocław Oresta Lenczyka został wówczas zdrowo przeczołgany przez niemiecki Hannover, w którego barwach dwukrotnie wbiegał na boisko z ławki rezerwowych Artur Sobiech. I to nie wbiegał bezproduktywnie. Gdy pojawił się na kwadrans przed końcem meczu we Wrocławiu na tablicy wyników widniała informacja p.t. 3:3. Chwilę później końcowy wynik brzmiał już 3:5 dla hanowerskich podopiecznych trenera o dalekich polskich korzeniach – Mirko Slomki. W Niemczech Sobiech pojawił się na murawie w 63 minucie meczu, gdy jego zespół wygrywał ze Śląskiem 2:1. Już po 5 minutach swej boiskowej obecności piłkarz pochodzący z Rudy Śląskiej udanie wykończył dośrodkowanie partnera z drużyny, a 5 minut przed końcem dołożył również swoje drugie trafienie w tym meczu. Ostatecznie Hannover rozgromił mistrzów Polski 5:1. Bramki Sobiecha są jak dotąd ostatnimi polskimi bratobójczymi trafieniami w europejskich pucharach.

Wreszcie bieżący sezon przynosi nam kolejną garść pucharowych pojedynków polsko-polskich. Najpierw wileński Żalgiris, prowadzony z trenerskiej ławki przez byłego trenera Widzewa, a także chwilowego asystenta selekcjonera naszej kadry – Marka Zuba (jako piłkarz zaliczył w ekstraklasie zaledwie 5 spotkań; w barwach Igloopolu grał razem z Kłakiem, Bajorem, Zielińskim, Piszem, Cebulą, Podbrożnym, itd), zaś na murawie wiedziony do boju przez niespełnionego we wrocławskim Śląsku Kamila Bilińskiego (zaledwie 1 gol na boiskach naszej ekstraklasy), niweczy sny o przygodzie w Lidze Europejskiej poznańskiego Lecha. A potem Łukasz Szukała wraz ze swą bukareszteńską Steauą odziera z marzeń o Champions League, warszawską Legię. Adrian Mierzejewski zapewne już niebawem wzbogaci tę, wciąż trwającą, momentami fascynującą historię bratobójczych polsko-polskich zmagań w europejskich pucharach. Historię, w której póki co, zdecydowanie częściej Polacy grający w zagranicznych klubach eliminowali nasze zespoły z pucharowej zabawy, aniżeli byli przez nie pozostawiani w pokonanym polu. Nadzieja, że ów niekorzystny dla polskich drużyn bilans ulegnie jeszcze w tym sezonie choćby drobnej, pozytywnej kosmetyce, jest raczej licha, ale trzymajmy się jej, bo przecież polski kibic żyje z nadziei.

Zagraniczni trenerzy bywają dobrzy, ale źli także

– Do PZPN nadchodzą faksy z różnych stron świata. Odezwał się Clemente oraz jakiś szwajcarski trener, którego nazwiska nie pamiętam – mówił Zdzisław Kręcina po mundialu w Korei i Japonii.

Z ok. 99 proc. prawdopodobieństwem można określić, że selekcjonerem reprezentacji Polski zostanie Adam Nawałka, a nie np. Dariusz Wdowczyk lub obcokrajowiec. Wydaje się, że Zbigniew Boniek ani przez moment nie brał serio pod uwagę możliwości zatrudnienia człowieka spoza Rzeczpospolitej, czym wpisuje się w tradycję PZPN. 

Mniej lub bardziej poważnie nad kandydatami z zagranicy zaczęto się pochylać po objęciu władzy w związku przez Michała Listkiewicza, gdy nie przedłużona została umowa z Januszem Wójcikiem. Dzięki rozmowie Roberta Błońskiego z eks-szefem polskiej piłki mogę uaktualnić tekst sprzed wyboru Waldemara Fornalika o parę ciekawych wątków.

Oto z kim w przeszłości PZPN prowadził rozmowy, kto szybko za nie podziękował, a kto na telefon się nie doczekał. Lista nazwisk trenerów jest miejscami bardzo ciekawa.

Listopad 1999 (selekcjonerem wybrany Jerzy Engel)

Najpoważniejszym kandydatem do objęcia kadry był prowadzący Legię Franciszek Smuda. Obowiązki selekcjonera miał zacząć pełnić od czerwca – do końca sezonu prowadząc warszawski klub. W TOP 3 znalazł się poza tym Edward Lorens i ostateczny zwycięzca – Jerzy Engel. Paweł Janas zrezygnował ze względu na kłopoty zdrowotne.

Wcześniej PZPN rozmawiał też wstępnie z trzema trenerami z zagranicy. – To było tylko sondowanie ich opinii na temat pracy z kadrą, nie miało nic wspólnego z pytaniem wprost: czy pan chce – wyjaśniał prezes Listkiewicz.

Ostatnio jednak dodał: – Do Wernera Liczki pojechaliśmy z Heńkiem do cieszyńskiej restauracji Pod Jeleniem. Lataliśmy też do Chorwacji rozmawiać z dwoma kandydatami, ale nie byliśmy przekonani. Powtarzałem rozmowy Zbyszkowi, też kręcił głową. Mili, ale żaden nie przekonał. Któregoś dnia Boniek spytał, co się dzieje z Jurkiem Engelem.

Wiadomo, że odmówił pochodzący z Bośni Ivica Osim (z Jugosławią ćwierćfinał MŚ 1990, potem Panathinaikos, ze Sturmem Graz dwa mistrzostwa Austrii, w latach 2006-2007 miał kadrę Japonii).

Tygodnikowi ”Piłka Nożna” (46/1999) Osim mówił:

– W połowie października otrzymałem faks, który zawierał informację o nie przedłużaniu umowy z dotychczasowym selekcjonerem. Zostałem także powiadomiony, że wasza federacja widzi między innymi mnie, jako ewentualnego następcę Janusza Wójcika. (…) Nie chodzi o to, że kategorycznie nie chcę prowadzić waszej kadry. Po prostu w Sturmie nie wykonałem jeszcze wszystkiego, co sobie wyznaczyłem. Nie mogę opuścić drużyny w trakcie rozgrywek. (…) Nie chciałbym też zmuszać do przeprowadzki mojej rodziny, która w Austrii czuje się bardzo dobrze. Oprócz tego obawiam się bariery językowej.

Nie wiadomo, czy pozostałych dwóch panów, których związek sondował, wykazało jakiekolwiek zainteresowanie ofertą. Wiadomo, kto na telefon z numeru zaczynającego się na +48 czekał, dzieląc się tym uczuciem z polską prasą.

Co tu kryć, osiągnięcia Anghela Iordanescu robiły wrażenie: jako grający asystent – zwycięzca Pucharu Mistrzów (Steaua 1986), jako selekcjoner Rumunii – ćwierćfinał (1994) i 1/8 finału (1998) mistrzostw świata.

Iordanescu opowiadał:

– Po uzgodnieniu szczegółów z władzami waszego związku, zrobiłbym to [objął kadrę] z największą radością. Ale póki co, telefon z Polski nie dzwoni.

I raczej nie zadzwonił. A Rumun i tak miał dobrze, bo dostał furę pieniędzy od arabskiego Al-Hilal.

Dość ciekawa wypowiedź (dla ”Piłki Nożnej”) wiąże się z przytaczanym wówczas w mediach nazwiskiem Seppa Piontka. Niemiec zdobył z Danią na Euro 1984 brązowy medal, a w 1999 roku pracował… No właśnie, to jest ciekawe.

– Jestem zatrudniony w piłkarskim związku Grenlandii. Pomagam mu w przyjęciu do UEFA i FIFA (…) Na pewno bym się nad tym zastanowił i rozważył przedstawioną ofertę. Jednak muszę zauważyć, że jestem związany kontraktem z federacją Grenlandii i tylko bardzo ciekawa propozycja mogłaby mnie skusić do zmiany miejsca pracy.

Absolutnie wirtualnym kandydatem był Słowak Dusan Uhrin. Trochę śmieszne, trochę straszne było to, że PZPN do jakichś rozmów z nim się przyznawał, a były trener reprezentacji Czech o tym w ogóle nie wiedział, ba trzy tygodnie przed ogłoszeniem nazwiska selekcjonera podpisał kontrakt w Kuwejcie. W podobnych kategoriach (trochę szumu, żadnych konkretów) pisać można chyba też o Josefie Venglosu, wówczas trenującym Celtic Glasgow.

Czerwiec / lipiec 2002 (selekcjonerem wybrany Zbigniew Boniek)

Po mundialu w Korei, proces wyboru trenera kadry można sprowadzić do ”jeśli zechce, będzie Boniek”. A że ”Zibi” do końca przekonany nie był, na wszelki wypadek rozpatrywano też inne oferty. Z będącymi wówczas na topie, Henrykiem Kasperczakiem i Dragomirem Okuką, prezes Listkiewicz rozmawiać jednak nie chciał (”Nie chcemy osłabiać najlepszych polskich klubów. Kibice mieliby mi za złe, gdybym trzy tygodnie przed rozpoczęciem sezonu zabrał tym drużynom jej najlepszych „zawodników”. Łączenie pracy w reprezentacji z pracą w klubie nie wchodzi w rachubę. Dlatego zamierzam porozmawiać z tymi, którzy nie mają takiego problemu”).

Pod koniec czerwca zgłosił się Bask Javier Clemente.

Jako trener zasłynął w 1983 roku, gdy doprowadził Athletic Bilbao do pierwszego tytułu mistrza Hiszpanii od 27 lat, a rok później zdobył z nim Puchar Hiszpanii i Superpuchar. W 1988 r. z Espanyolem dotarł do finału Pucharu UEFA. Tyle dobrego, bo ukoronowaniem jego przygody z hiszpańską kadrą narodową (1992-98) był brak wyjścia z grupy na francuskim mundialu i porażka z Cyprem na inaugurację eliminacji Euro 2000. Listkiewicz:

– To dobry trener, ale nie powiem, żebym wpadł w euforię z powodu tej wiadomości. Nie uważam, by Clemente był dużo lepszy od kręgu osób, które wytypowaliśmy do rozpatrzenia. Zbigniew Boniek, Werner Liczka, Stefan Majewski, Dariusz Wdowczyk i jeszcze jeden znany trener z b. Jugosławii, który odnosił sukcesy i jako piłkarz, i jako szkoleniowiec.

Kim był ów tajemniczy człowiek z Bałkanów? Tego nie udało się dociec. Być może wrócono do pomysłu Ivicy Osima. W każdym razie, prezes zastrzegał potem, że nie był to były trener Słowenii Srecko Katanec:

– Na jego temat rozmawiałem z działaczami słoweńskimi i mówili, że jest konfliktowy.

Jest jeszcze zabawna wypowiedź Zdzisław Kręciny dla ”Gazety”:

– Do PZPN nadchodzą faksy z różnych stron świata (…) odezwał się Clemente oraz jakiś szwajcarski trener, którego nazwiska nie pamiętam.

(”…kolega Brzęczkowski, kolega Kopytniak i ten kolega z trzeciej ławki, którego nie znam z nazwiska…”)

Gdyby Boniek nie zdecydował się na fuchę, selekcjonerem zostałby Werner Liczka, prowadzący wtedy czeską młodzieżówkę.

”Gazeta” pisała wówczas:

Jeśli nie zgodzi się Zbigniew Boniek, prawdopodobnie zostanie nim Czech Werner Liczka.
– Ja już się zdecydowałem, ale wszystko teraz zależy od prezesa Listkiewicza. Nikt mi nie obiecał, że zostanę trenerem reprezentacji Polski, ale do niedzieli pan Listkiewicz powie mi, czy dostanę tę funkcję. Było to bardzo konkretne spotkanie. Mieliśmy takie same spostrzeżenia.

Grudzień 2002 (selekcjonerem wybrany Paweł Janas)

Po dymisji Bońka, (bardzo) tymczasowym selekcjonerem został jego asystent, Stefan Majewski. W porównaniu do obecnej sytuacji wiadomym było, że kadra rozegra styczniowe mecze już pod okiem stałego trenera. A Majewski, choć był murowanym kandydatem, selekcjonerem wówczas nie został.

”Gazeta” (9.12.2002):

Czterech Polaków (w tym Jerzy Engel i Stefan Majewski, ale nie Henryk Kasperczak, Mieczysław Broniszewski czy Janusz Wójcik) oraz jeden szkoleniowiec z zagranicy (nie z krajów Europy Środkowo-Wschodniej i nie Werner Liczka) – to kandydaci na selekcjonera reprezentacji Polski

Mam już w głowie pewną koncepcję, może zaskakującą, ale na pewno nie wyciągnę królika z kapelusza – mówi „Gazecie” prezes PZPN Michał Listkiewicz. Na pewno koncepcją tą nie jest zatrudnienie Bertalana Bicskeia. Informacja o jego kandydaturze pojawiła się ostatnio w węgierskich gazetach. – To bomba medialna – mówił Listkiewicz.

Do PZPN wpłynęło też pismo od menedżera byłego trenera reprezentacji Norwegii Egila Olsena [w latach 1990-98 z europejskiego kopciuszka stworzył pogromców Brazylii].

„Drillo” był zainteresowany pracą w Polsce. – Poprosiłem tego menedżera, by przysłał CV Olsena oraz ofertę i warunki, na jakich byłby gotów tu pracować – tłumaczy Listkiewicz.

Cztery dni później, o kandydaturze Norwega nie było już mowy. Henryk Apostel po posiedzeniu Wydziału Szkolenia:

– Rozmawialiśmy o kandydatach na stanowisko selekcjonera. Jest ich pięciu, wszyscy z Polski. Nazwiska? Panowie żartują. Po analizie odrzuciliśmy cztery kandydatury z zagranicy. Obcokrajowcy nie znają polskiej mentalności, polskiej ligi, polskich piłkarzy, polskich przyzwyczajeń… Zagraniczni trenerzy, owszem, bywają dobrzy, ale źli także.

Czerwiec/lipiec 2006 (selekcjonerem wybrany Leo Beenhakker)

Tym razem sprawa była postawiona jasno przez prezesa Listkiewicza. Zagraniczny i basta!

Spróbujmy trenera zagranicznego, zobaczmy, jak smakuje. Mam nadzieję, że uda się pozyskać dobrego fachowca z uznanym nazwiskiem. Rozmawiałem już z czterema kandydatami. Wszyscy mówią „tak”, ale zastrzegają, że jeśli ich nazwiska pojawią się w gazetach, zerwą rozmowy.

Oto czwórka, którą podała ”Gazeta” (piątym kandydatem, jedynym z Polski, był – jakże inaczej – Stefan Majewski ; w tym gronie nie ma Avrama Granta, który jak powiedział ostatnio Listkiewicz, był poważnym kandydatem):

Branko Ivanković51 l., przez ostatnie cztery lata był selekcjonerem Iranu, wcześniej trenował m.in. Hanower. Był asystentem Mirko Jozicia w reprezentacji Chorwacji.

Luka Bonacić51 l., pracował m.in. w Iranie. W trakcie ostatniego sezonu trafił do Hajduka Split. Nie odniósł sukcesu, został pobity przez chuliganów i po czterech miesiącach zrezygnował.

Christoph Daum53 l. były trener Bayeru Leverkusen, klub opuścił w atmosferze skandalu po ujawnieniu, że zażywał kokainę. Ostatnio pracował w Fenerbahce.

Leo Beenhakker. W tym miejscu kilka zdań o zatrudnieniu Holendra z newsweekowej książki ”Leo Zawodowiec. Jak Beenhakker odmienił Polaków”:

– Słuchaj, Leo, mam takie pytanie – zaczął de Zeeuw. – Zostałbyś selekcjonerem polskiej kadry? Beenhakker: – A jesteś w stanie to załatwić? Jeśli tak, to jestem zainteresowany.

Nazajutrz de Zeeuw zadzwonił do Michała Listkiewicza, który wcześniej, jeszcze w trakcie mundialu, podczas pobytu w Hannoverze, starał się wysondować Leo (…) De Zeeuw i Listkiewicz wspólnie wyjechali do Niemiec, gdzie w siedzibie SportFive spotkali się z Beenhakkerem. Negocjacje nie były długie.

Listkiewicz: – Jeszcze podczas MŚ w Niemczech zadzwonił do mnie człowiek z jego otoczenia, a mój znajomy z DFB, ze słowami, że gdybyśmy szukali nowego selekcjonera, to wielkie nazwisko jest zainteresowane. Z Leo spotkałem się w kawiarni w Hamburgu i oczarował mnie jak później piłkarzy. Ma wielką klasę i chyba podobne wrażenie wywiera zarówno na kobietach, jak i na mężczyznach. Początkowo myślałem, żeby zatrudnić go w PZPN jako nadzorcę wszystkich reprezentacji narodowych. Parę tygodni później zadzwoniłem, że sytuacja się zmieniła i jest wakat na stanowisku selekcjonera. Leo przyleciał do Warszawy.

Czerwiec/lipiec 2012 (selekcjonerem wybrany Waldemar Fornalik)

Dla wykazania swoich szerokich horyzontów związek znów pochwalił się rozmowami z zagranicznym kandydatem, który nic o tym nie wiedział.

– Jest propozycja, żeby Fornalik został trenerem. Jest też druga kandydatura z zagranicy Bertiego Vogtsa. 27 czerwca mamy zarząd, przedyskutujemy obie i zobaczymy, w którym kierunku pójdziemy. Myślę, że rozsądek zwycięży i podejmiemy słuszną decyzję. Vogts to bardzo poważna propozycja. Spotykamy się za chwilę z Rudolfem Budgołem oraz Antkiem Piechniczkiem. Myślę, że rozsądek zwycięży i podejmiemy słuszną decyzję – mówił Grzegorz Lato.

Berti Vogts, który z Niemcami zdobył mistrzostwo Europy w 1996 roku, był… zaskoczony. – Te informacje bardzo mnie dziwią. Z nikim nie rozmawiałem – powiedział.

Berti Vogts

Po kilkunastu godzinach Lato swoją wypowiedź sprostował i podkreślił, że kandydatów do prowadzenia naszej reprezentacji jest wielu, a CV od szkoleniowców dopiero zaczynają do związku spływać.

Październik 2013 (selekcjonerem wybrany…)

Słowak Vladimir Weiss, Czech Michal Bilek, Szwajcar Rolf Fringer i Belg Georges Leekens mieli według Przeglądu Sportowego zgłosić się do PZPN po zwolnieniu Waldemara Fornalika.

Vladimir Weiss razem z kadrą Słowacji, którą prowadził w latach  2008-2012, wykopał Polskę z mundialu 2010. Sam w RPA w grupie wygrał z włoskimi czempionami 3:2, a odpadł dopiero w 1/8 finału po porażce z Holandią 1:2.

Vladimir Weiss

Michal Bilek to kolejny nasz prześladowca. Najmocniejszym akcentem jego czteroletniej przygody z reprezentacją Czech był występ na Euro 2012, po którym zostało nam tylko siąść i płakać. 10 września tego roku po nieudanych eliminacjach mundialu podał się do dymisji.

Georges Leekens z kadrą Belgii pracował dwa razy (1997-1999 i 2010-2012). Jego sukcesem był awans do mundialu we Francji w 1998 roku. Prowadził Excelsior Mouscron nim zasilili go Michał Żewłakow i Marcin Żewłakow.

Rolf Fringer – człowiek o wysokim czole, który Szwajcarię objął po Euro 1996 i po roku bez sukcesów z reprezentacją się pożegnał, wysłał ofertę do PZPN za pośrednictwem swojego agenta. W kwitach pochwalił się m.in. rekomendacjami od Joachima Löwa i Ottmara Hitzfelda.

 

B.

Można polubić Numer10 na facebooku. Na twitterze też.

Janusz Wójcik ma kiepską pamięć, czyli jak Legia Warszawa (nie) gromiła w sezonie 1992/1993

Janusz Wójcik, Legia Warszawa 1993

Kadra z Fornalikiem, oczekiwania jak z Engelem


Dariusz Wdowczyk. Skrucha a krótka pamięć

Dariusz Wdowczyk, Celtic

Jestem spokojniejszy, bo oto Dariusz Wdowczyk zrezygnował z walki o posadę selekcjonera reprezentacji Polski. Dariusz Wdowczyk nie byłby jednak sobą, gdyby nie zrobił tego na niby.

Po pierwsze na niby dlatego, że nasz zuchwalec selekcjonerem zamierza być, ale w przyszłości.

Po drugie na niby dlatego, że rezygnuje z roli, której nikt (oprócz paru dziennikarzy) nie miał mu zamiaru powierzać. Na to stanowisko nie został też przewidziany konkurs, więc równie dobrze Dariusz Wdowczyk mógłby ogłosić, że rezygnuje z walki o koronę Niderlandów.

Selekcjonerem zostanie Adam Nawałka, o ile nie dojdzie do takiej wolty, jaka zdarzyła się w 1999 roku, gdy na uszykowany już stołek nie usiadł Franciszek Smuda. Jestem spokojniejszy nie dlatego, że wiem, iż trener Górnika doprowadzi nas do francuskiego Euro (tego nie wiem), a dlatego, że nie jest on Dariuszem Wdowczykiem. Ani żadnym innym z organizatorów handlu meczami w Polsce, czyli największej zbrodni, jaka może ograbić futbol z wszystkiego co najpiękniejsze (czy też po prostu normalne i przyzwoite).

Szkoda, że Zbigniew Boniek na swojej konferencji prasowej nie powiedział głośno i wyraźnie: osoba, która była współorganizatorem korupcji w sporcie nie może być selekcjonerem reprezentacji Polski, najważniejszej drużyny piłkarskiej w kraju. Szkoda, bo to pewne spekulacje by ucięło.

Jednocześnie jednak prezes PZPN wprost powiedział, że większość z kandydatur, które pojawiają się w mediach jest zwyczajnie wykreowana, wymyślona. Taką kandydaturą wydaje się być właśnie Dariusz Wdowczyk. Skoro jednak spora część jego entuzjastów mówiła o nim całkowicie poważnie, to jako przeciwnik honorowania przestępców – nawet jeśli po odbytej karze, to moim zdaniem bardzo umiarkowanie skruszonych – aspirujących do najwyższych honorów, a takim jest rola trenera drużyny narodowej, o paru sprawach pozwolę sobie przypomnieć.

I to nie o czasach Korony Kielce, którą Dariusz Wdowczyk na niby wprowadził na zaplecze ekstraklasy, a za co został skazany. I nie tym, że wciągał w handel meczami i młodych, i starych, i Polaków, i obcokrajowców, i tych, którzy na kupowanie wyników mieli, i tych, którzy nie mieli (tym przecież pożyczał). Nie będę nawet jeszcze raz pisał o tym, że osoba z takim wyrokiem zaszczytu prowadzenia reprezentacji dostąpić NIE MOŻE. Wystarczająco dobitnie napisali bowiem o tym Andrzej Kałwa (i to jeszcze zaraz po objęciu Pogoni Szczecin), Paweł Czado i Krzysztof Stanowski. O tym, że stanowisko selekcjonera powinno być święte mówi też Michał Listkiewicz w ciekawej rozmowie Roberta Błońskiego.

Tomasz Łapiński w Cafe Futbol był jednym z tych, którzy uznali, że korupcyjna przeszłość Wdowczyka nie powinna być przeszkodą na drodze do selekcjonerskiego stołka (”Nie jestem zwolennikiem piętnowania za błędy na całe życie”) natomiast widzi problem w krótkiej i (jeszcze?) za mało obfitującej w wyniki pracy z Pogonią. Były obrońca mówi też jednak tak: – Moim zdaniem warunkiem powrotu do zawodu powinna być skrucha, oficjalne przyznanie się: ”Zrobiłem duży błąd, doskonale to rozumiem, uderzam się w pierś”.

Jak wyglądała i wygląda skrucha, uderzenie się w pierś i ”oficjalne przyznanie się” w przypadku Wdowczyka (zatrzymanego 28 marca 2008, skazanego 16 września 2009)?

Lipiec 2008Dariusz Wdowczyk zostaje na niby konsultantem Korony Góry Kalwaria (a tak naprawdę – trenerem)

Korona Góra Kalwaria

W pierś Dariusz Wdowczyk uderzył się szybko, bo już zaledwie trzy i pół miesiąca po zatrzymaniu przez służby. Skrucha polegała na powrocie do roli trenera, lecz z udawaniem, że wcale nie. Oficjalnie trenować bowiem nie mógł, miał już nałożony zakaz, więc został konsultantem w czwartoligowej Koronie Góra Kalwaria.

Pierwszy o sprawie napisał futbol.pl, cytując jednego z zawodników, Sebastiana Malickiego: – Trener przed treningiem mówił nam, że musimy się rozwijać. Będziemy zwracać uwagę na taktykę.

Wdowczyka na trenowaniu zespołu dorwali fotoreporterzy Faktu i Super Expressu. 

Klub oczywiście się bronił. – Naszym trenerem jest wychowanek Korony Emilian Hanc. Mogę jednak potwierdzić, że Dariusz W. został konsultantem – mówił prezes Zbigniew Sznajder. Dariusz W. rozpoczął zajęcia z Koroną w poniedziałek. Zachowywał się jak trener. Pracownik klubu opowiada nam, że ubrany w dres dawał piłkarzom wskazówki. Oficjalnie pełni jednak funkcję konsultanta. – Jeżeli jest konsultantem, nic nie możemy zrobić – mówił przewodniczący Mazowieckiego Związku Piłki Nożnej Zbigniew Łazarczyk. – Spodziewałem się takich kombinacji. Jesteśmy bezsilni – dodawał Eugeniusz Kolator z PZPN (Gazeta Wyborcza – 17 lipca 2008).

Dariusz Wdowczyk pracę w Koronie skończył nie dlatego, że ktoś poszedł po rozum do głowy, a dlatego, że sponsorowi Korony skończyły się pieniądze.

Wrzesień 2009 (po wyroku) – Dariusz Wdowczyk u Tomasza Lisa na niby przeprasza kibiców (a tak naprawdę – swoją rodzinę)

Dariusz Wdowczyk u Tomasza Lisa

Tuż po wyroku skazującym Dariusz Wdowczyk przyszedł do programu na żywo Tomasza Lisa. Miał idealną okazję, by przed naprawdę wielką, bo prawie trzymilionową (!) publicznością, posypać głowę popiołem, nie wybielać się i przeprosić. Trener swój udział w handlu meczami tłumaczył: bezradnością, brakiem pomysłu na to, jak grać i wygrywać w ówczesnych realiach i – uwaga – presją wyniku. Przyznał też, że do czasu pierwszych zatrzymań nie zdawał sobie sprawy, jak udział w korupcji może się dla niego skończyć.

Skrucha i przeprosiny? Tu zacytuję dosłownie, by nie było wątpliwości:

Tomasz Lis: – My, wszyscy naiwni wierzyliśmy, że mecze rozgrywane są na boisku. Co pan by chciał powiedzieć kibicom Korony, i nie tylko Korony, którzy mówili ”Wdowczyk to jest fighter, fantastyczny kandydat na trenera reprezentacji narodowej w przyszłości”?
Dariusz Wdowczyk: – Kibicom Korony mogę powiedzieć tyle, że działaliśmy na rzecz Korony. I w tej bezradności obraliśmy złą drogę. Teraz większość z nas za to będzie pokutować. Ja mam nadzieję, że po odbyciu kary uda mi się wrócić do piłki.
Tomasz Lis: – Czy pan by chciał przeprosić?
Dariusz Wdowczyk: – Mogę przeprosić wszystkich, którzy na mnie stawiali, którzy mi kibicowali, którzy mnie dopingowali, że ich zawiodłem. Chcę przeprosić moją rodzinę i dzieci za to, że tak się stało, to był dla nich trudny moment.

Widzę tu zdanie, które trzeba zapamiętać i powtarzać: Działaliśmy na rzecz Korony.

Nie widzę tu przeprosin dla kibiców Korony Kielce i drużyn, które w nierównej walce z nią przegrywały. Nie widzę przeprosin dla trenerów, którzy jak Bogusław Szopa musieli odejść z piłki przez kielecki handel meczami. O tym trenerze pisał Super Express, a przypominał Michał Pol:

W rewanżu Kielcach to już były takie jaja, że nawet kibice Korony się śmiali. Gospodarze nie mogli sobie z nami poradzić, była już 83. minuta, a tu wciąż 0:0. No i wtedy karny z kapelusza. Dwóch piłkarzy skacze do górnej piłki, a sędzia pokazuje faul i karny dla Korony. Kabaret.- Nie wytrzymałem i nakazałem piłkarzom zejście do szatni. A Wdowczyk tylko się śmiał i kpił. „Schodźcie, schodźcie. Będzie walkower dla nas. Bardzo dobrze”. W tym swoim eleganckim garniturku, z cynicznym uśmiechem. Myślał, że wszystko mu wolno. W końcu wróciliśmy do gry, ale na boisku kabaret trwał w najlepsze. W ostatniej minucie mieliśmy rzut wolny z 16 metrów. Wrzutka w pole karne, piłka w powietrzu, a sędzia odgwizduje koniec meczu. W szatni moi młodzi piłkarze płakali jak dzieci. Wkurzyłem się, nie poszedłem na konferencję. Bo o czym ja miałem gadać z Wdowczykiem?

Styczeń 2013 (przed objęciem Pogoni) – Dariusz Wdowczyk i jego hierarchia

Delete

W rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem, która w papierowym Sport.pl ekstra była zatytułowana ”Wdowczyk wciska klawisz delete” szkoleniowiec wije się jak zaskroniec, wybielanie się przenosi niemal na international level.

Swoją karę szkoleniowiec nazywa ”bardzo surową”, choć sam ją przecież wynegocjował. Gdyby był tak przekonany o nikłości swojej winy, jak opowiada dalej w wywiadzie, powinien nie iść na żaden układ z prokuraturą. A wówczas, w normalnym procesie, dostałby prawie na pewno wyższy wyrok. I całkiem możliwe, że bez zawieszenia. Jak też przypomina Andrzej Kałwa w Poligonie: W sądowym wyroku nie wspomniano także o premii, jaką trener Wdowczyk otrzymał od klubu za awans (a znając ówczesne realia finansowe Korony, premia wynosiła zapewne nieco więcej niż ‚na waciki i jedną porcję sushi’) – nie orzeczono jej przepadku, sam trener Wdowczyk też jakoś zapomniał poinformować, że dręczony wyrzutami sumienia przeznaczył całą kwotę na budowę studni w Sudanie…

Najbardziej obrazowy jest ten fragment rozmowy:

Kupował pan…
-…nie ja kupowałem. Kupował zespół, który w tamtym czasie prowadziłem. Nie tylko Wdowczyk, zawodnicy też w tym uczestniczyli, większość z nich.
Chciałem zapytać, czy kupić sędziego jest gorszym złem, niż sprzedać mecz?
– Kupowanie i sprzedawanie, generalnie korupcja w sporcie, to coś złego i już. Jeśli jednak mam wypowiadać się na tak postawione pytanie, myślę, że kupowanie było mniejszym złem niż sprzedawanie meczów. Nie widzieliśmy innego wyjścia w rywalizacji z pozostałymi zespołami, bo bezpośredni rywale – według naszej opinii, co zresztą zostało potwierdzone przez sąd – również to robili.
OK, powiem szczerze, z dwojga złego kupić, w moim odczuciu, jest mniejszym złem, niż sprzedać mecz. Sprzedawanie to oszukiwanie kibiców swojej drużyny, innych zawodników czy też innych ludzi, którzy związani są z klubem, i branie za to pieniędzy.

Czyli, jeśli dobrze rozumiem, według Dariusza Wdowczyka:
– sprzedawanie meczów jest większym złem od kupowania meczów,
– sprzedawanie meczów jest oszukiwaniem kibiców swojej drużyny,
– kupowanie meczów to działalność na rzecz klubu, choć to źle obrana droga (to w studiu Lisa),
– trudno stwierdzić, czy kupowanie meczów jest oszukiwaniem kibiców swojej drużyny (i czy należy ich za to przeprosić) – on sam w każdym razie o tym nie mówi, choć kupił 30 gier.

Styczeń 2013 (przed objęciem Pogoni) – Dariusz Wdowczyk korupcji z lat 80. nie pamięta. Młody był.

fot. przerwanareklame.pl

Dariusz Wdowczyk pytany o to, czy miał do czynienia z korupcją, nim zaczęła obowiązywać ustawa skazująca uczestników ustawiania wyników, odpowiada:

– Nie. Przez dziesięć lat grałem poza Polską, wcześniej – czy to w Gwardii, czy Legii – być może były takie nieczyste mecze, ale proszę pamiętać, że ja byłem wtedy młodym zawodnikiem, starsi nie mieszaliby młodych w takie procedery, nie miałem z tym nic wspólnego.

Z Gwardii Warszawa Dariusz Wdowczyk odchodził jako 21-latek. Natomiast w Legii grał w siedmiu kolejnych sezonach (ostatnim był 1989/1990), odchodził z niej więc jako 28-latek i reprezentant Polski. Naprawdę trudno sobie wyobrazić, by taka osoba nie wiedziała nic o sprawach szatni i o ówczesnej rzeczywistości futbolowej w Polsce.

A w tej rzeczywistości, np. sezon ligowy 1985/1986 wyglądał tak, że prasa w ramach protestu przeciw pozorowanym meczom zrezygnowała z zamieszczenia relacji z ostatniej kolejki spotkań. O tej kolejce pisał między innymi Ryszard Chomicz w pierwszej biografii Mirosława Okońskiego.

Przed ostatnią kolejką tabela wyglądała tak:
11.-12. Lechia Gdańsk, Motor Lublin – po 24 punkty,
13.-14. Stal Mielec, Zagłębie Lubin – po 23 punkty,
15. Bałtyk Gdynia 22 pkt.

Lechia, Motor i Zagłębie – o czym szczegółowo można przeczytać w książce – zawiązały spółdzielnię, by z ligi spadł Bałtyk. Za to, by Lech Poznań nie odpuścił gdynianom ostatniego meczu, każdy z trzech klubów przekazał Kolejorzowi po cztery miliony złotych. I faktycznie, Kolejorz w Gdyni nie przegrał. Nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, by przy okazji sądzić, że każdy ze ”spółdzielców” jednocześnie zabezpieczył swój mecz. W Warszawie z Legią grał akurat Motor. Zremisował 1:1, Dariusz Wdowczyk grał do przerwy.

Najgłośniejszym przypadkiem nieudowodnionego przehandlowania meczu, o którym parę osób powiedziało jednak głośno, jest spotkanie z tego samego sezonu. Górnik Zabrze – Legia Warszawa 3:0 (1986) to przecież słynna historia pudełka od butów (bez żółtych ciżemek, za to z inną zawartością).

Sam Dariusz Wdowczyk, w czasach, gdy o korupcji mówiono cicho albo wcale (bo w 1998 r.) zeznawał w Gazecie Wyborczej na temat tego spotkania tak (a zagrał w nim od początku do końca) – Nie dostałem żadnych pieniędzy pod stołem, nad stołem czy w pudełku po butach. Wiem, że były podejrzenia. Ale na tym się skończyło. Mistrzostwa nie zdobyliśmy. Górnik miał poparcie ministra Szlachty, ale również naprawdę dobrą drużynę.

Zaprzecza też w swojej książce Andrzej Iwan z Górnika. Ale mamy też inne wspomnienia:

Pod koniec 2003 roku na łamach Naszej Legii ówczesny kierownik drużyny Kazimierz Orłowski zapewnił, że decydujący mecz z Górnikiem w Zabrzu ”został sprzedany przez piłkarzy”. Opowiada o budzących podejrzenia zdarzeniach czy zachowaniach niektórych piłkarzy Wojskowych, o samochodach i… pudełkach po butach, o podziale w zespole, wreszcie o bezsensie swojej pracy. Nieco wcześniej, bo w maju 2002 Jerzy Engel udzielił wywiadu Gazecie Wyborczej. Na pytanie, dlaczego Legia nie została mistrzem Polski 1986 odpowiedział: ”wtedy mistrzem Polski musiał być Górnik Zabrze. I  tak zrobiono, że był” (za: kolekcja klubów Encyklopedii Piłkarskiej Fuji – Legia to jest potęga). 

Również Andrzej Person w wydanej książkowo rozmowie pyta Andrzeja Strejlaua:
Tuż przed spotkaniem do szatni Legii, prowadzonej wtedy przez pańskiego wychowanka Jerzego Engela, wszedł piłkarz Górnika z pudełkiem z butami piłkarskimi. Legioniści chórem spytali: Jaki numer tych butów? Odpowiedział: sześć. I tak na oczach pilnujących swoich piłkarzy działaczy Legii zawodnicy sprzedali za sześć milionów mistrzostwo Polski. Wierzy pan w tę opowieść?

Trener specjalnie nie zaprzecza: – U nas nikt nikogo za rękę nie złapał. Z drugiej strony wiem dobrze, że legioniści zarabiali mniej niż inne drużyny i byli podwójnie narażeni na przekupstwo.

Andrzej Strejlau pracę z reprezentacją Polski w 1989 roku zaczął od niemal już przegranych eliminacji mistrzostw świata 1990. Po bezbramkowym remisie z Anglią w Chorzowie, Polacy stracili teoretyczne szanse na grę na włoskim mundialu. Przeciw Synom Albionu zaprezentowali się jednak bardzo, ale to bardzo obiecująco. Tym bardziej musiało dziwić, że – tu zacytuję nasz tekst o selekcjonerze – zaledwie dwa tygodnie później ten sam zespół, na tym samym stadionie, pod wodzą tego samego selekcjonera, po zadziwiająco biernej i nieporadnej ‚grze’, przegrał ze Szwedami 0:2. Podopieczni Olle Nordina nawet specjalnie się nie starali, samo im tak jakoś wszystko wychodziło, bo i musiało, restaurację na bankiet z okazji awansu na mundial mieli już przecież zarezerwowaną w Katowicach od dawna, zupełnie jakby coś przeczuwali. Sam Strejlau nie miał chyba większych wątpliwości co do faktu, iż kilku jego reprezentantów mu to spotkanie perfidnie pod nosem opchnęło.

– Nawrocki bardzo się napracował i zmieniłem go, zmęczonego w 65 minucie. Powiedział schodząc z boiska, że w ośmiu nie ma szans wygrać tego meczu – wspominał kilka lat później w swej ”Autobiografii” Andrzej Strejlau.

Andrzej Gowarzewski w starym tomie ”Biało-czerwoni” pisze: Poszukiwacze sensacji zapewniali, że tak jak w eliminacjach ME na rzecz Portugalii, tak teraz w eliminacjach MŚ na korzyść Szwecji, działały nie tylko wyższe umiejętności sportowe, ale i zakulisowe starania. Wątku interesownego oddania punktu nikt jednak poważnie nie sprawdzał.

Dla porządku – skład Polaków i skrót: Jarosław Bako – Piotr Czachowski, Zbigniew Kaczmarek, Dariusz Wdowczyk (kapitan) – Robert Warzycha (67. Dariusz Kubicki), Janusz Nawrocki (81. Janusz Góra), Ryszard Tarasiewicz, Jacek Ziober – Roman Kosecki, Dariusz Dziekanowski, Krzysztof Warzycha.

Październik 2013 (po ”rezygnacji” z ubiegania się o funkcję selekcjonera) – Dariusz Wdowczyk mówi, że ”ludzie są, jacy są” i że nie jesteśmy na niego gotowi.

”Niedoszły” selekcjoner mówi tak (tu w wersji za Piłką Nożną):

– Nadal uważam, że jestem lepszym trenerem niż byłem pięć lat temu, poradziłbym sobie, ale dostrzegam, że jeszcze ludzie nie są na mnie gotowi. Są, jacy są – muszę im też udowodnić, że jestem dobrym trenerem. Rozważyłem wszystkie za i przeciw, może jest faktycznie za wcześnie?

Panie trenerze – nie jest za wcześnie. Dla nas – przeciwnych futbolowym handlarzom, którzy lubią się wybielać – jest już na pana za późno. Tacy już jesteśmy.

B.

Można polubić Numer10 na facebooku. Na twitterze też. Może też w końcu będzie konkurs….

Czytaj też:

Janusz Wójcik ma kiepską pamięć, czyli jak Legia Warszawa (nie) gromiła w sezonie 1992/1993

Janusz Wójcik, Legia Warszawa 1993

Przychodzi Leśnodorski do Smudy

Kadra z Fornalikiem, oczekiwania jak z Engelem

Najważniejszy mecz w historii

Pierwsza strona gazety przed meczem Norwegia - Islandia

Islandia gra w Norwegii ”Najważniejszy mecz od początku” – dosłownie tłumacząc tytuł czołówki dziennika Frettabladid. Nie ma w tym żadnej przesady, żadnego dmuchania balonu w stylu Janusza Wójcika i ”meczu stulecia” z Anglikami. Drużynę z wyspy gejzerów i wulkanów dzielą trzy mecze od mistrzostw świata (i warunkiem koniecznym nie jest zwycięstwo w żadnym z nich). W spotkaniu z Norwegią nie może uzyskać gorszego wyniku niż Słowenia przeciw Szwajcarii. Albo inaczej: jeśli wygra w Oslo, nic jej barażów nie odbierze. A w nich choćby właśnie Słowenia pokazywała, że można się uporać z faworytem.

,  – tak, tak.

Gylfi Thor Sigurdsson – strzelec cholernie ważnych goli z Cyprem, Słowenią (dwóch) i Albanią – opowiada: – Odkąd byłem mały i zacząłem grać w piłkę, marzyłem o tym, by zagrać na mundialu. To byłoby coś niesamowitego – dodaje, jakby samemu jeszcze nie do końca wierząc, jak blisko jest cel.

Dużo spokojniejszy i pewniejszy siebie jest trener Lars Lagerbäck, on już w końcu na mundialach wojował. Jak każdy szanujący się siwy Skandynaw analizuje chłodno i konkretnie: – Jedyna rzecz, która naprawdę ma znaczenie w piłce nożnej to wynik. A wyniki pokazują, że Islandia jest drużyną lepszą od Norwegii – przekonuje, przypominając o wygranym 2:0 spotkaniu w Reykjaviku.

Co za ironia losu – pomyślałby legendarny założyciel Reykjaviku w 874 roku, wypędzony z Norwegii, Ingolfur Arnarson.

Islandia z władzą norweską musiała się liczyć aż do XIV wieku (gdyby jeszcze w barażach ubiła ciemiężącą ją później przez wieki Danię, satysfakcja byłaby już pełna), a i w futbolu to właśnie Norwedzy długo byli głównymi nauczycielami wyspiarzy. Z żadną inną reprezentacją Islandia nie grała tyle razy (31), a co za tym idzie, z żadną inną nie przegrywała tyle razy (18). To jednak właśnie Norwegii Islandczycy wbili w 1947 roku historycznego, pierwszego narodowego gola. To właśnie w Norwegii Islandia może przebić się do ostatecznych gier o mundial. Pierwszy, historyczny raz.

Gylfi Thor Sigurdsson mówi, że jego angielscy koledzy z Tottenhamu ciągle nie są w stanie uwierzyć, że Islandia ma szanse na baraże. – Robią naprawdę wielkie oczy. A co będzie dopiero, gdy pojedziemy na mistrzostwa? – pyta.

Co będzie? Może Islandczykom uda się załatwić trochę wygodniejszy niż wcześniej transport, w końcu przez lata wyspa pełniła punkt przesiadkowy w stronę Ameryki (a sama leży na styku płyt kontynentalnych – europejskiej i amerykańskiej).

Trener Lars Lagerbäck, pytany przez dziennikarzy w Oslo, jakie widzi różnice w pracy z reprezentacjami Szwecji i Islandii, rzuca: – Po pierwsze – podróże. Gdy lecieliśmy na Cypr, musieliśmy czekać na przesiadkę w Londynie sześć godzin. To niewygodne. Po drugie – pieniądze (śmieje się). Po trzecie – mamy trochę mniejszy sztab, nie mamy np. specjalnego człowieka do analizy gry rywali.

Ale jakoś sobie radzimy.

 

B.

Na profilu Numer10 na facebooku będziemy mocno ściskali kciuki za Islandię. Na twitterze też. A może nawet zrobimy relację na żywo…

Do poczytania:

Radość podczas meczu Szwajcaria - Islandia 4:4

Islandii powrót stulecia na 4:4. Teraz mundial?


„Optymizm Ramsay’a pękł jak balon! Polacy przeszli wszelkie oczekiwania” – pisała prasa brytyjska po pierwszym meczu biało-czerwonych w Anglii. 1:1 w 1966 r.

 

Henryk Bałuszyński, równo trzy miesiące temu skończyłby 41 lat. To bohater mojego pierwszego Wembley (chyba najlepszego z przegranych). Oddajmy głos komentatorom:
– Polacy… Bałuszyński… Hajto, nie to Michalski był… Bałuszyński. Teraz jest Hajto. Bałuszyński, dobra akcja polskiej drużyny. Jest Michalski przed polem karnym. Bałuszyński na pole karne… do Warzychy, ten zostawia Citce, szansa i… JEEEEEST, GOOL, GOL, GOL PROSZĘ PAŃSTWA! Tyle lat czekaliśmy, 23 lata na to, by Polacy strzelili bramkę. I strapiona twarz Glena Hoddle’a. Jest to szósta minuta z sekundami.
Zbigniew Boniek: Chciałbym tę twarz widzieć za półtorej godziny, za niecałe półtorej godziny. Znakomita akcja, którą rozpoczął Bałuszyński, przeciął całe boisko, znalazł się po drugiej stronie. Tutaj było trochę przypadkowości. Citko w takich sytuacjach nie przebacza. Jeden zero, znakomicie zaczęliśmy.
– No. Naprawdę, na miarę marzeń i to tych najskrytszych, bo kto by przypuszczał, że tak obiecująco zaczniemy to spotkanie. A więc proszę państwa, jeśli nie wierzycie, to ja was o tym przekonuję. Jeden zero Polska prowadzi na Wembley. Można zapukać do sąsiadów i zachęcić do oglądania [jeśli tacy nie zasiedli dziś przed telewizorami].

Smutek bratanków

Płacząc nad losem własnym i biało-czerwonej piłki zawsze warto zerknąć nieco na południe i dodać sobie otuchy śledząc poczynania naszych bratanków – Węgrów.

Madziarzy dobrze się prezentowali w całych eliminacjach do MŚ 2014. Opukiwali słabszych, zdobywali punkty na silniejszych (3-1 i 1-1 z Turcją, 2-2 z Rumunią). Wiele wskazywało na to, że być może, po 28 latach przerwy, kibice nad Budapesztem znów obejrzą Węgrów na mundialu. Przyszły jednak kluczowe spotkania eliminacji i…. Rumuni sprali ich na 3-0,

a Holendrzy na 8-1.

Słynny węgierski marazm i nostalgia po takich spotkaniach z pewnością osiągnęły stan wyższy niż woda w Dunaju na wiosnę. Jednocześnie należy pamiętać, że ‚nasze bratanki’ są wyjątkowo zaprawione w efektownym zaprzepaszczaniu swoich mundialowych szans. Najbardziej pamiętna wpadka ostatnich lat to z pewnością baraże do MŚ 1998 i kompromitujące boje „jedenastki komediantów” z Jugosławią (1-7 i 0-5).

Mundial USA 1994 Węgrzy pożegnali się ze łzami i z m.in. z dwiema porażkami z Islandią (1-2 i 0-2).

Całkiem ładnie rozpoczęty wyścig po bilet do Korei i Japonii (2002) Węgrzy zakończyli trzema porażkami (1-3 z Gruzją, 0-2 z Rumunią i 0-1 z Włochami), a w ostatecznej tabeli wyprzedzili ich nawet Gruzini.

Równie efektownie zaprzepaszczane były także mistrzostwa Europy. Euro 2004 zostały definitywnie położone dwiema porażkami w dwóch ostatnich grach – z Łotwą (1-3) i Polską (1-2). Kwalifikacje do Austrii i Szwajcarii to kompromitacja totalna, przedostatnie miejsce w grupie za Mołdawią, okraszone nawet porażką z reprezentacją z Naddniestrza (0-3).

Podobno smutek stanowi nieodłączny element węgierskiej tożsamości. Reprezentacja piłkarska Madziarów z pewnością nie zamierza przyczyniać się do zmiany tego stanu.

P.

PS Pierwsza strona Nemzeti Sport: ”Kiedy będziemy grali w piłkę?”. Obok litania smutnych porażek od 1986 roku.

 

Przeczytaj także:

Jak św. Paweł Attylę ujarzmił cz. II. Futbol na Węgrzech

Po latach długich i szarych jak spodnie Gabora Kiraly, Węgrzy chcą znów być wielcy

Bratanki od łupanki

Polska musi być jak Bułgaria Stoiczkowa

Christo Stoiczkow, Bułgaria

– I pomyśleć, że jeszcze miesiąc temu myśleliśmy, że jest po nas. Rywale byli tak przestraszeni, że grali z zaciśniętymi pośladkami. Grali na remis, w ogóle nie myśleli o zwycięstwie. Nie zasłużyli na awans. Skarciliśmy ich tak, by najbardziej bolało.

Pięknie byłoby usłyszeć takie słowa po zakończonych eliminacjach od któregoś z polskich piłkarzy, pewnie najbardziej pasują do Artura Boruca. Poziom ich abstrakcji w obecnej sytuacji reprezentacji Polski dorównuje wysokością drapaczom chmur, ale 20 lat temu sytuacja Bułgarów – bo przytoczone zdania należą do Christo Stoiczkowa po meczu Francja – Bułgaria 1:2 – była porównywalnie marna.

Francja do awansu na mistrzostwa świata w USA potrzebowała zaledwie jednego remisu w dwóch ostatnich meczach u siebie. Ze słabym Izraelem straciła gola na 2:3 w ostatniej minucie. Druga: ekipa Gerarda Houlliera z Bułgarią gola też straciła w 90. minucie. Emil Kostadinow i miny Francuzów jakby ktoś im zabrał wszystkie sery. I wina.

Tabela przed meczami w październiku
1. Francja 8 13
2. Szwecja 8 12
3. Bułgaria 8 10
4. Austria 7 6
5. Finlandia 8 3
6. Izrael 7 2

Tabela na koniec eliminacji
1. Szwecja 10 15
2. Bułgaria 10 14
3. Francja 10 13
4. Austria 10 8
5. Finlandia 10 5
6. Izrael 10 5

Wiem, że cud związany z Bułgarią kojarzy się polskiemu kibicowi głównie z wygraną 3:0 w Burgas 15 lat temu. Jednak tamten cud za Janusza Wójcika mógł być podejrzanie zaplanowany, spróbujmy więc tych Bułgarów sprzed 20 lat postawić reprezentacji Waldemara Fornalika za wzór. Bułgarów, którzy mieli w składzie jednostki błyszczące w klubach jeszcze bardziej oślepiająco niż teraz Robert Lewandowski (w rozgrywkach 1992/1993 Stoiczkow strzelił dla Barcelony najwięcej goli ze wszystkich sezonów w niej spędzonych), ale którzy dopiero stawali się drużyną.

By naprawdę choć zacząć próbować wierzyć w awans Polaków, podkreślmy dwie sprawy. Pierwsza, optymistyczna: takie cuda naprawdę się zdarzają (patrz – Bułgaria z 1993 roku). Druga, mniej wesoła: cholernie rzadko mogą się z nich cieszyć polscy kibice. 

A gdy już spróbujemy sięgnąć wgłąb kibicowskiej pamięci do szufladki ”zjawiska nadprzyrodzone z udziałem polskich piłkarzy”, to oprócz nieprawdopodobnej interwencji Jerzego Dudka w finale Ligi Mistrzów Liverpool – AC Milan (jeszcze raz polecam dokument Sky Sports – One night in May) dogrzebiemy się do ciosu karate Tomasza Kłosa, ratującego Polskę przed utratą gola na 2:2 w spotkaniu z Ukrainą (szerzej do poczytania w Przeglądzie Sportowym). To nadal jest widok, który sprawia, że człowiekowi kopara opada.

Może więc polscy piłkarzy nawet nie muszą być jak fantastyczni Bułgarzy, a wystarczy, że pójdą tropem drużyny Jerzego Engela. Moment eliminacji jest zupełnie inny, ale sytuacja jest trochę podobna jak wtedy: najpierw rosnące oczekiwania (napompowany balon przed Wembley za Wójcika oraz przed Euro 2012), potem prysznic, potem remis z Anglikami (0:0 w 1999 roku i 1:1 rok temu), po którym znów nam się wydaje, że co to nie my, aż w końcu zbieranie po łbie od kogo się da. Aż do meczu z Ukrainą – przynajmniej tak było 13 lat temu.

Wtedy – przyznaję się (droga młodzieży, nie naśladujcie) – jako osoba całkiem niepełnoletnia, chyba pierwszy raz byłem u bukmachera. Szedłem do niego z postanowieniem, że oprócz swojego tasiemca obstawię też dokładny wynik meczu Ukraina – Polska, uznawany przez buka za najmniej prawdopodobny. Ślad flamastra na tablicy nie pozostawiał wątpliwości, jakiego rezultatu nie należy się spodziewać. Najwyższy, bo kurs 100, zaoferowano za zwycięstwo Polaków 3:1.

Nie postawiłem. Nie wygrałem stukrotności postawionej kwoty (zapewne dwóch złotych). Czasem dobrze pomyśleć: ”a może jednak się, kurde, uda”. Polecam przed meczem w Charkowie.

B.

Na profilu Numer10 na facebooku będziemy też mocno ściskali kciuki i donosili jak w walce o swój pierwszy mundial radzi sobie dzielna Islandia, o której cudach już pisaliśmy. Na twitterze tym bardziej.

Przychodzi Leśnodorski do Smudy

Dawno już na którykolwiek z meczów naszej, za przeproszeniem, ekstraklasy nie czekałem z takim utęsknieniem, jak na niedzielny pojedynek przy Reymonta w Krakowie. Czekałem od ponad dwóch miesięcy, gdy dotarły do mnie te oto słowa:

„Nie wierzę, że w ogóle to jest możliwe, żeby ten typ trenera jeszcze funkcjonował w poważnym zespole. Uważam, że to może być tak, że ta drużyna w ogóle nic nie zagra. Takiego trenera absolutnie bym nie zatrudnił, formuła, jaką proponuje, wyczerpała się już dawno temu, jeszcze w latach 90. Nie wierzę, żeby samym oryginalnym sposobem motywowania można było daleko zajechać. Uważam, że to jakieś zupełne nieporozumienie. Jest tylu młodych trenerów, którzy naprawdę mają pojęcie o długofalowej pracy, juniorach, jesteśmy naprawdę w innych czasach. Chciałbym się mylić oczywiście”. 

Chciałeś, to masz, należałoby rzec i machnąć ręką, bo to w końcu ani mój cyrk, ani moje małpy. Prezes Leśnodorski nie pierwszy i nie ostatni zapewne raz, ujawnił to, co bardzo trafnie łaskaw był skonstatować onegdaj Jacek Kazimierski – że o futbolu nie ma pojęcia. A i Smuda nie pierwszy, i nie ostatni zapewne raz, udowodnił wszem i wobec, że jak na nasze, ligowe warunki jest trenerem po prostu wybitnym. Z zespołu, który fachowcy skazywali na tułaczkę po dolnych rejonach tabeli, niespodziewanie uczynił czołową siłę polskiej ligi.

Przed meczem rewanżowym Legii z norweskim Molde, w notce Szturmowanie Leśnodorskim pisałem m.in:

„Przed najważniejszymi bataliami o najwyższe cele Leśnodorski osłabia siłę rażenia swego zespołu i zapewne nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. O stanie jego futbolowej świadomości najlepiej świadczy bowiem sposób, w jaki pozwolił sobie podsumować trenerską wartość Franciszka Smudy. Owszem, wszyscy jesteśmy zawiedzeni zeszłorocznym Euro, wszyscy wiemy, że Smuda nie jest ani przesadnie błyskotliwym, ani też specjalnie elokwentnym człowiekiem, lecz ocenianie go wyłącznie przez pryzmat jego pracy z narodową reprezentacją świadczy nie najlepiej o prezesie Legii. Życzę mu zatem, by zarządzany przez niego klub zagrał kiedykolwiek, choćby przez chwilę, choćby namiastkę tego, co drużyny prowadzone przez Smudę w europejskich pucharach. By Legia Leśnodorskiego, zagrała taki dwumecz z Borussią Dortmund jak Widzew, by zagrała tak z Barceloną jak niegdyś Wisła, by wygrała z Interem, by rozgromiła w takim stylu Trabzonspor lub Grashoppers, by zaprezentowała taki futbol, jak poznański Lech w bojach z Nancy, La Coruną czy Udinese. Na razie bowiem mamy jedną wielką żenadę w tegorocznej pucharowej przygodzie Legii”. 

Dziś wypada chyba zdecydowanie obniżyć próg życzeń i skoncentrować się raczej na ściskaniu kciuków, by klubowi zarządzanemu przez naszego sympatycznego Znawcę Futbolu udawało się, w ramach rozgrywek dla wszystkich tych, którzy za słabi są na Ligę Mistrzów, choćby remisować na własnym boisku w konfrontacji z cypryjskim zespołem. Na razie bowiem, i ten ambitny cel, wydaje się być zdecydowanie poza zasięgiem.