Nowe kwaterunki starych znajomych

Ustabilizował się już ruch transferowy w futbolowym świecie, więc warto zerknąć, w jakie zakamarki dotarli zagraniczni znajomi naszej ekstraklasy. Zacznijmy od byłych lechitów.

Na zaskakujący krok zdecydował się właśnie goszczący często na tym blogu Ibou Sawaneh. Po świetnych występach w lidze belgijskiej skusił się na petrodolary i już możemy oglądać go w koszulce katarskiego Muaither SC.

Pracodawcę zmienił także Semir Stilic i wypłatę pobiera już nie od Karpat Lwów (22 mecze i 1 gol), ale od tureckiego Gaziantepsporu. Bośniak rozegrał na razie dwa spotkania, ale jego zespół po pięciu kolejkach zajmuje ostatnie miejsce w tabeli z jednym oczkiem.

Iljan Micanski po kiepskim sezonie zamienił Ingolstadt na występujący w 2. Bundeslidze Karlsruher SC. Na chwilę obecną strzelił tam jednego gola w 6 meczach. Kopnął do siatki… Ingolstadt. Ładnie kopnął.

Joel Tshibamba po nieudanej przygodzie w Chinach (Henan Jianye) będzie próbował szczęścia w duńskim pierwszoligowcu FC Vestsjælland.

Co u innych? O Paulinho w Tottenhamie nie piszę, bo to wiadomo. Najbardziej spektakularny był chyba transfer byłego wiślaka Marcelo. Zamienił on PSV Eindhoven na niemiecki Hannover 96.

Inny świetny Brazylijczyk Rodrigao vel Rodrigo Moledo (kiedyś w Odrze Wodzisław) został graczem piekielnie mocnego Metalistu Charków.

Bardzo niespodziewane były także przenosiny reprezentanta Zimbabwe Costa Nhamoinesu (świetnie o nim pisze Przemek Zych) z Zagłębie Lubin do Sparty Praga. Costa jest tam podstawowym zawodnikiem, co mnie osobiście bardzo cieszy, bo to dobry i mocno niedoceniony zawodnik. Ba, ostatnio popisał się nawet bramką!

Drugi już sezon w silnym austriackim Red Bull Salzburg rozpoczyna właśnie Brazylijczyk Rodnei – kiedyś zawodnik Jagiellonii Białystok, a później Herthy Berlin i 1. FC Kaiserslautern. Ostatnio było wicemistrzostwo, teraz w klubie liczą na więcej.

Z kolei Nikola Mijajlovic (ostatnio w Amkarze Perm) po raz kolejny próbuje szczęścia w swojej ukochanej Crvenie Zveździe Belgrad.

Furorę w tureckiej SuperLig robi na razie Akhisar Belediyespor Kulübü (na razie 4. miejsce), w którym pierwsze skrzypce gra Bruno Mezenga (5 meczów i 2 gole). W ekstraklasie Portugalii odnaleźli się Bedi Buval (Academica Coimbra; kiedyś Lechia Gdańsk) oraz Rui Miguel (Pacos de Ferreira; u nas w Zagłębiu). W najwyższej klasie rozgrywkowej Danii grać będzie z kolei Michal Peskovic (Viborg FF; Polonia Bytom i Ruch Chorzów), a Carlo Costly po dobrych występach w greckiej AS Veria postanowił zarobić konkretniejsze pieniądze w chińskim Guizhou Zhicheng.

W kolejny okienku pewnie część z nich znajdziemy już w nowych miejscach. Taka specyfika zawodu.

P.

Ikechi, syn doktora metalurgii po rumuńskiej uczelni

Ikechi Anya zaintrygował mnie już podczas ostatnich meczów eliminacji do MŚ 2014. Zdobył wtedy bramkę w spotkaniu Macedonia – Szkocja (1:2).

W ostatni weekend z kolei strzelił niezwykłego gola dla swojej klubowej drużyny, Watford, w konfrontacji z Barnsley (5:1).

25-letni pomocnik to postać nietuzinkowa nie tylko z racji coraz lepszych występów na europejskich arenach. Osobną wobec futbolu historią jest bowiem jego życiorys. Ojcem piłkarza jest Nigeryjczyk, który studiował w Bukareszcie. Na uczelni związał się on z Rumunką, a po zakończeniu edukacji wyższej para wspólnie przeniosła się do Glasgow, gdzie pan Anya postanowił zrobić doktorat z metalurgii. Właśnie w Szkocji, w 1988 roku, przyszedł na świat Ikechi. Gdy chłopiec był jeszcze malutki jego ojciec dostał pracę w Anglii, w hrabstwie Buckinghamshire, więc cała familia tam właśnie się przeniosła.

Być może w efekcie tych przemieszczeń kariera naszego bohatera również jest dość kręta. Pierwsze kroki stawiał on w Wycombe Wanderers, potem był Oxford City, Halesowen Town FC i Northampton Town, gdzie zawodnik po raz pierwszy dał się poznać szerszej publice. W 2009 roku Ikechi dość nieoczekiwanie przeniósł się do Hiszpanii. Terminował tam w akademii Sevilla, potem w Celcie Vigo, Cadiz i Granadzie. Nigdzie, no, może poza Cadiz, specjalnie nie błyszczał, więc z ulgą przyjął wypożyczenie z Granady, której formalnie był zawodnikiem, do angielskiego Watford. W tym klubie zaczął grać na tyle dobrze, że zainteresowanie nim wykazali selekcjonerzy reprezentacyjni.

No właśnie – selekcjonerzy to liczba mnoga. Z racji swoich skomplikowanej historii mógł bowiem reprezentować aż cztery kraje – Nigerię, Rumunię, Szkocję i Anglię. Zdecydował się jednak na Szkocję i w sierpniu 2013 otrzymał powołanie na eliminacyjne mecze z Belgią i Macedonią. W tym pierwszym zadebiutował, w tym drugim strzelił bramkę.

Jeszcze pewnie o nim nieraz usłyszymy. I to nie dlatego, że Ikechi lubi się wypowiadać.

P.

Czytaj także:

Pierwszy czarnoskóry zawodnik w reprezentacji Szkocji

Nie zapominajcie o facebookowym profilu „Numer 10”. Ludzie, którzy są jego fanami mówią o niezwykłych doznaniach.

Moja historia kibicowania: Zawisza po Bońku

Zawisza Bydgoszcz 1979

[ten wpis miał pojawić się wcześniej, najpierw po awansie do ekstraklasy, potem przed pierwszym meczem w niej, aż w końcu po pierwszym zwycięstwie – z Cracovią; tydzień później, po spotkaniu z Lechią też nie jest jednak terminem najgorszym, bo gościnna na tym blogu opowieść kibic(owani)a Zawiszy Bydgoszcz zaczyna się właśnie w Trójmieście]

Pamiętam awans do ekstraklasy w 1979 roku. Zawisza walczył o niego z Lechią Gdańsk i Bałtykiem Gdynia. Właśnie w Gdyni bydgoszczanie grali ostatni mecz. Do awansu wystarczał remis i remisem się skończyło [0:0]. Pierwszy raz wtedy płynąłem łódką, u brata w Chojnicach. I na tej łódce było radio, w którym słuchałem relacji z Bałtyku. To była euforia połączona z zauroczeniem.

Na Zawiszę chodziłem od 1978 roku. Zbigniew Boniek już wtedy w Bydgoszczy nie grał, choć jego duch, wspomnienie jego gry, ciągle krążyło po stadionie. Po awansie w 1979 obejrzenie każdego meczu na stadionie w Bydgoszczy stało się dla mnie obowiązkiem.

Z wypełnieniem tego obowiązku nie było łatwo. Studiowałem i mieszkałem w pokoju małżeńskim w akademiku. Na weekend zjeżdżaliśmy do domu, do rodziny. Jakoś od piątku człowiek żył w strachu, że znowu będzie musiał tłumaczyć żonie i teściowej, że w niedzielę do południa wybierze mecz w Bydgoszczy zamiast ich towarzystwa. Za pierwszym razem dosłownie to z siebie wydukałem, co spotkało się oczywiście z wielkim zdziwieniem. A potem, nie wiem jakim cudem, została przyjęta wersja „a niech głupi gania oglądać tę piłkę”. I tak odbywałem swój rytuał: w niedzielę ok. 9 rano leciałem jak na skrzydłach na autobus, by dotrzeć do Bydgoszczy na mecz, który zaczynał się najczęściej o 11 albo 12.

Pamiętam te tasiemcowe kolejki po bilety na Zawiszę. Po te zwykłe-niezwykłe kartki z bloczku.

bilet na mecz Zawisza Bydgoszcz - Wisła Kraków (1992)

Zdarzały się na stadionie nadkomplety, chyba po 25 tysięcy osób. Układy na trybunach z innymi grupami kibicowskimi? Z Lechem Poznań było ok, ale już z Ruchem Chorzów – niedobrze, a z Wisłą Kraków po prostu źle. Takich mordobić jak później (patrz: film na końcu wpisu) nie było, choć z trasy na stadion były usuwane samochody, bo zdarzały się pobite szyby i połamane drewniane ławki.

Już wtedy na trybunach Zawiszy wisiała flaga Nakła. Znaczące grupy przyjeżdżały też z Mogilna i Barcina.

W Czarnych Nakło przed Zawiszą grał Adam Kensy, mój kolega, reprezentant Polski, ważna postać w Pogoni Szczecin. Od zawsze było widać, że ma wielki talent. Swój talent szlifował na boisku Czarnych. Normalnie nikt oprócz drużyny nie miał na nie wstępu, ale na nasze szczęście konserwatorem był tam ojciec kolegi, więc spędziliśmy na tej murawie pół dzieciństwa.

Adam Kensy

Na Czarnych też się chodziło oglądać mecze. Taki Andrzej Szostak był powoływany do młodzieżówki, a potem go Lech wziął. Najwyżej byli w trzeciej lidze, ale to już w latach 90. [sezon 1997/1998]. W szczytowym okresie na mecze przychodziło jakieś 1,5 tys. A i tak największą atrakcją było jak na swój koncert na Czarnych zespół Varius Manx przyleciał helikopterem. To najlepiej zapamiętała moja córka.

Nakielaninem był też Krzysztof Arndt (kliknij, by zobaczyć gola z Olimpią w Poznaniu), ten z kolei grał też w LKS Sadki. Jego brat mieszkał w tym samym bloku co moja siostra, czasem się go więc widywało, to była duża sprawa. Potem spotkałem go na rybach na Noteci, ale to już było jak odszedł z Zawiszy.

Którzy piłkarze najbardziej zapadli mi w pamięć? Wiadomo, w bramce Andrzej Brończyk, instytucja. Poza tym Dariusz Durda (niesamowity skrót z jego golem z Hutnika Kraków), Jan Stypułkowski, Stefan Majewski, którego gol strzelony głową chyba ze Śląskiem Wrocław jakoś szczególnie zapadł mi w pamięć. Dariusz Pasieka długo było postrzegany jako taki „młot”, ale później piłkarsko się wyrobił. Był Jacek Kot, ten co strzelił Lechowi w Poznaniu jak było 5:1 (na tym wideo w meczu 2:2 w Poznaniu w 1993 r. strzela karnego w ostatniej minucie jak Panenka; wcześniej też gol Durdy). Czy się dawniej mówiło o kupionych i sprzedanych meczach? Szeptało się. A o faktach wiedzieli tylko zainteresowani i najbardziej wtajemniczeni. 

Piotr Nowak był ulubieńcem trybun, tak jak wcześniej Mariusz Modracki. Za to Bierwagen był mało lubiany, bo wszyscy uważali, że gra w Zawiszy tylko dzięki ojcu.

Człowiek się tym Zawiszą interesował już od dzieciaka, zbierał wycinki z gazet – z poniedziałkowej Pomorskiej – nawet jak grał w trzeciej lidze. Z końca lat 60. kojarzę takie nazwiska jak Szaryński i Unton – oni grali w ataku. Był też Polakow. Jak byłem mały miałem hopla na punkcie bramkarzy. W Pomorskiej była taka stała grafika rzucającego się bramkarza. W Zawiszy bronił wtedy Zembrzuski.

W pierwszym sezonie po następnym powrocie do pierwszej ligi [sezon 1989/1990] Zawisza skończył sezon na czwartym miejscu w tabeli. Szkoda, że nie udało się wejść do normalnych pucharów [tylko do Pucharu Intertoto]. Ale przez lata człowiek miał takie wrażenie, że hierarchia wśród wojskowych klubów jest ustalona, a klub z Bydgoszczy jest w niej za Legią i Śląskiem. I zwłaszcza przez Legię był drenowany. A czasem też demolowany.

Najwyższa porażka w sezonie spadkowym 1993/1994 – Zawisza – Legia 0:6 plus awantury na trybunach. Od 0:34 widać flagę Nakło.

W trwającym sezonie aż szkoda słów na to, jak ten Zawisza dawał sobie wyrywać punkty z rąk. Z Widzewem – prowadził i przegrał. W Gliwicach – zmarnowany karny przy remisie na pięć minut przed końcem. Z Podbeskidziem – 2:0 na niecały kwadrans przed końcem i 2:2. Z Cracovią w końcu zagrał już mądrzej i wygrał. A w Gdańsku zdobył punkt chyba po najsłabszej grze z tych wszystkich meczów. To drużyna, która spokojnie powinna się kręcić wokół dziesiątego miejsca w tabeli.

Roman

Polecamy też:

Pyszny tekst Ofensywnych o Zawiszy lat 90.

Kibicowska historia Zawiszy na kibice.net

Bydgoska jedenastka wszech czasów według Gazety Wyborczej

Strzelcy goli dla Zawiszy

 

Profilu Numer10 na facebooku nie zapomni o żadnych ciekawych urodzinach,

a na twitterze chętnie poutyskuje nad niektórymi komentatorami.

Do Poznania na mecz samochodem z plandeką. Kazimierz Trampisz, legenda Polonii Bytom o futbolu dawnych lat

Kazimierz Trampisz, Polonia Bytom

Przed nami mecz dwóch dawnych mistrzów Polski, Warta Poznań zagra z Polonią Bytom. Do wszystkich klubów, które kiedykolwiek wygrały ligę, mam wielki szacunek, a jeszcze mocniej trzymam kciuki za te, które przechodzą problemy i ganiają za piłką w niższych ligach belgijskich. Moja sympatia do bytomskich mistrzów w ostatnich latach wzrosła razem ze stopniowym poznawaniem ich historii.

O Szombierkach Bytom już pisałem przy okazji wizyty na ich obiekcie.

Szombierki Bytom

Na Polonii Bytom byłem przy okazji wygranego – dopiero po dogrywce – meczu Kolejorza w Pucharze Polski. A skoro Polonia tym razem zawita do Poznania, oddam głos jej legendzie. Kazimierz Trampisz – piórem Dariusza Leśnikowskiego – o spotkaniach z Lechem i Wartą Poznań opowiadał tak:

”[Na mecze wyjazdowe] jeździło się samochodami z plandeką. Najgorsze było to, że ławki w nich były luźne, (…) trzeba było cały czas się nogami zapierać, by się nie wywrócić. Nogi cierpiały strasznie. (…) Nasz kierowca pomylił drogi do Poznania i przyjechaliśmy tam o 4 nad ranem, a o 11 mieliśmy grać mecz. (…) Ale z Wartą – czy byliśmy chorzy, czy kulawi – zawsze musieliśmy wygrać. I wygraliśmy 4:1!” – wspomina Kazimierz Trampisz.

W 1947 r. Polonia walczyła z Lechem o awans do ekstraklasy. ”[W Warszawie] musieliśmy mieć remis. Nasza porażka dawała trzecie miejsce w grupie – i awans do tworzonej właśnie ekstraklasy KKS-owi Poznań. Na bieżni – przy murawie, gdzie my grali z Czarnymi Koszulami – cały mecz chodził facet z teczką. Poznaniakom wolno było dopingować Polonię Warszawa, żeby dobrze z nami grali. (…) Skończyło się remisem 2:2. Do ekstraklasy zakwalifikowały się obie Polonie. Potem – decyzją PZPN – wszedł też do ligi KKS Poznań”.

Zapewniam, że ta książka jest o niebo ciekawsza niż biografie współczesnych piłkarzy (zwłaszcza zagranicznych), z których spora część niestety należy do kategorii pitu-pitu. Kazimierz Trampisz, urodzony w Stanisławowie reprezentant Polski choćby na igrzyskach olimpijskich w Helsinkach, to kopalnia opowieści i anegdot o futbolu w Polsce w latach 40., 50. i 60. Tych przed wielkimi sukcesami ery Kazimierza Górskiego, więc zapomnianych lub prawie nieodkrytych – a szkoda.

Pana Kazimierza można zobaczyć i posłuchać na tym wideo. Spotkania Polonii Bytom z Ruchem Chorzów wspominał w Gazecie Wyborczej, a z Wisłą Kraków w Przeglądzie Sportowym. Jest też duża i smaczna rozmowa, którą przeprowadził Paweł Czado. Polecam.

B.

Numer 10 na Facebooku wspomina choćby Davida Odonkora, który doprowadzał ludzi do kopania telewizora.

Z ziemi włoskiej do polskiej z remisem pod pachą

Miał być raj, miał być cud, a to wszystko nie tak! – śpiewała przepięknie Katarzyna Groniec w piosence ‘Sztuczny Miód’. Nie mam zamiaru powracać do frustrującego zagadnienia podchodów naszych zespołów pod bramy Champions League. Temat na sezon bieżący uważam za wyczerpany i choć odżyje on zapewne za rok w całej swej krasie niezmiennej aktualności, to jednak na razie skupmy się na tym, co jest – tu i teraz. Zamiast Ligi Mistrzów mamy bowiem Ligę Europejską. Zamiast CL – EL. Niby w tytule imprezy zmienia się zaledwie jedna, jedyna literka, ale czyni ona kolosalną różnicę. Miast pławić się w pięknej krainie piłkarskiego miodu, mistrzom Polski pozostaje na pociechę brodzenie w baryłkach miodopodobnego substytutu. Ale przecież i tu można zaznać nieco słodyczy i pokrzepić swe siły. Warto więc skorzystać z okazji. Tym bardziej, że rozgrywki grupowe LE to teren przez nasze zespoły nieźle już rozpoznany, a także plac boju, z którego niejednokrotnie zespoły rodzimej ekstraklasy wychodziły zwycięsko, awansując do kolejnych etapów rozgrywek (dwukrotnie Lech, jednokrotnie Legia i Wisła). Tym bardziej wreszcie, że na dzień dobry piłkarze Legii Warszawa zaznają być może jedynej w tym sezonie namiastki smaku nieosiągalnej Ligi Mistrzów. Choć bowiem w rozgrywkach znacznie mniej prestiżowych, to jednak wybiegną oni dziś wieczorem na legendarną, wspaniałą arenę Stadio Olimpico, by zmierzyć się z naprawdę wielkim klubem.

Wbrew pozorom, to może być bardzo ważny, prestiżowy mecz dla całej naszej klubowej piłki. I choć na włoskiej ziemi polski zespół jeszcze nigdy nie odniósł zwycięstwa w europejskich pucharach, to jednak kilka spotkań zapisało piękne karty w dziejach naszego futbolu.

Wiosną 1970 roku w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów zabrzańskiemu Górnikowi przyszło się zmierzyć z zespołem AS Roma. Helenio Herrera, argentyński z francuskim paszportem słynny twórca i niestrudzony propagator idei catenaccio, zwany trenerskim „Magiem” (trener reprezentacji Francji, Hiszpanii, Włoch, a także m.in. FC Barcelony, Atletico Madryt czy Interu Mediolan, z którym odnosił największe sukcesy), zaraz po losowaniu, które skojarzyło ze sobą oba zespoły oświadczył: Jestem więcej niż pewien, że w finale znajdzie się Roma! Z uznaniem jednak wypowiadał się o drużynie Górnika, w sposób niedwuznaczny dając do zrozumienia, że najwybitniejszą indywidualność tego zespołu – Włodzimierza Lubańskiego bardzo chętnie widziałby w swoim zespole. AS Roma nie była wówczas drużyną, która dominowałaby w rozgrywkach Serie A. Raczej pałętała się gdzieś w środkowych rejonach ligowej tabeli, a w podstawowym składzie giallo-rossich biegało zaledwie dwóch graczy, którzy mieli na swoim koncie występy w reprezentacji (Capellini dwukrotnie zagrał dla Italii, natomiast Joaquin Peiro reprezentował Hiszpanię m.in.. podczas angielskiego mundialu ’66). Po latach, tylko Fabio Capello oraz Luciano Spinosi będą ważnymi postaciami dla Squadra Azzurra (obaj wystąpią m.in. przeciwko Polakom podczas MŚ ’74 w Niemczech). Rywalizacja toczyła się o wielki finał ważnych klubowych rozgrywek, więc Włosi pragnąc zwiększyć nieco swoje szanse uciekali się również do drobnych, niekoniecznie najczystszych przedmeczowych, pozaboiskowych przedbiegów.  Dość powiedzieć, że piłkarze Górnika swój pierwszy po wylądowaniu w Wiecznym Mieście trening, zmuszeni byli odbyć na trawniku w jednym z rzymskich parków, w otoczeniu zdumionych i zafascynowanych wydarzeniem miejscowych dzieciaków i spacerowiczów. Na szczęście w dniu pierwszego półfinałowego spotkania, 1 kwietnia 1970 roku, umożliwiono już zabrzanom wybiegnięcie na murawę Stadio Olimpico, gdzie w obecności niespełna 47000 widzów rozegrali oni naprawdę znakomite zawody. W 29 minucie gry, Lubański wyłożył piłkę Janowi Banasiowi, a ten potężnym strzałem uzyskał prowadzenie dla gości. Sam Lubański mógł jeszcze co najmniej dwukrotnie pokonać Ginulfiego, lecz najpierw trafił piłką w poprzeczkę, a potem mijając już golkipera Romy i mogąc znaleźć się przed pustą bramką pechowo się pośliznął. Rzymianie wyrównali w 53 minucie po bardzo problematycznym rzucie wolnym podyktowanym przez bułgarskiego arbitra (strzelcem Salvori) i zdecydowanie dominowali w drugiej części meczu, ale dobrze zorganizowana gra obronna zabrzan, dyrygowana przez Kostkę, Oślizłę i Gorgonia, nie pozwoliła gospodarzom na zwycięstwo. Jestem bardzo zadowolony z postawy moich chłopców – mówił po meczu Michał Matyas. Wiedział, co mówi. Górnicy rozegrali z Romą jeszcze dwa równie dramatyczne, remisowe spotkania, po czym słynny sędziowski rzut monetą ze Strasburga rozstrzygnął sprawę i to polski zespół zagrał w finale PEZP z Manchesterem City.

Trzy sezony później jesienią 1972 roku rozgrywki Pucharu Zdobywców Pucharów znów były świadkiem dobrego występu polskiej drużyny na włoskiej ziemi. Warszawskiej Legii przyszło się mierzyć z naprawdę znakomitym wówczas AC Milanem. W stolicy Polski, po fantastycznym, wyrównującym golu świeżo upieczonego mistrza olimpijskiego – Kazimierza Deyny (spośród legionistów również Ćmikiewicz i Gadocha maczali swe nogi w monachijskim złocie) padł wynik 1:1. Podopiecznym Lucjana Brychczego nie dawano więc większych szans na sukces w mediolańskiej potyczce z włoskim gigantem klubowego futbolu. Milan prowadzony przez Nereo Rocco zdobywał kilka sezonów wcześniej i Puchar Mistrzów, i Puchar Interkontynentalny, i Puchar Zdobywców Pucharów. 8 listopada 1972 roku na słynnym San Siro, w obecności 35000 widzów, w boju przeciwko legionistom trykot rosso-nerich przywdziali m.in. Karl-Heinz Schnellinger (cztery mundiale dla zachodnich Niemiec, srebro MŚ w 1966 oraz brąz w 1970) oraz aż trzech mistrzów Europy z 1968 roku (Pierino Prati oraz Roberto Rosato, który zaliczył ponadto dwa mundiale) na czele z najsłynniejszym z nich, legendarnym – Gianni Riverą (łącznie cztery mundiale na koncie). Jednak i legioniści mieli naprawdę ogromne atuty. To nie przypadek, że po spotkaniu w Warszawie Włosi, doceniając klasę rywala zdecydowali się na indywidualne krycie aż trzech polskich piłkarzy – Deyny, Gadochy i błyskotliwego Tadeusza Nowaka. Szczególnie Deyna, strzelec fenomenalnego gola na stadionie Dziesięciolecia, budził ogromny respekt u rywali. Słynny Rivera uznał go za zdecydowanie najlepszego piłkarza pierwszego starcia obu ekip. Na mediolańskiej murawie już w 10 minucie Piotra Mowlika pokonał Giulio Zignoli. Legioniści jednak rozegrali na San Siro naprawdę znakomite spotkanie, które potem przez długie lata uchodziło wśród wielu za najlepszy wyjazdowy mecz, jaki nasz zespół klubowy stoczył na europejskiej arenie. Tuż przed przerwą stan nie tylko meczu, ale i całego dwumeczu wyrównał Jan Pieszko. Po przerwie trwał więc ciąg dalszy wielce dramatycznego boju. Nieuchwytny dla rywali był niesamowity Deyna. Jego strzał najpierw wybił z linii bramkowej Schnellinger, a potem jeszcze  Pierangelo Belli jakimś cudem obronił uderzenie popularnego Kaki. W regulaminowym czasie Milan remisuje z Legią 1:1. Potrzebna jest więc dogrywka, podczas której Deyna trafia w słupek mediolańskiej bramki. Na kilkadziesiąt sekund przed zakończeniem dogrywki, Mowlika pokonuje Luciano Chiarugi. Legioniści, po arcydramatycznym, fantastycznym boju muszą więc uznać wyższość Milanu. Mediolańczycy przejdą też wszystkie pozostałe zapory, z których jednak żadna już nie sprawi im tyle problemów, co warszawska i sięgną po Puchar Zdobywców. Co ciekawe, niespełna dwa lata później na Neckarstadionie w Stuttgarcie, 55-krotny defensor reprezentacji Italii – Romeo Benetti, znów będzie musiał przyglądać się z bliska, podobnie jak podczas warszawskiego pucharowego boju, fantastycznej bramce strzelonej przez Deynę, która tak na dobrą sprawę wyrzuci Squadrę Azzurra z niemieckiego mundialu ’74.

Ponad 13 lat później 27 listopada 1985 roku warszawska Legia znów toczy swój wielki bój na mediolańskiej ziemi. Tym razem jednak na San Siro legioniści walczą o awans do ćwierćfinału Pucharu UEFA z Interem. Zespół Mario Corso naszpikowany jest znakomitymi graczami. Znajduje się w nim wówczas aż czterech aktualnych mistrzów świata z 1982 roku (Giuseppe Bergomi, Fulvio Collovati, Marco Tardelli i Alessandro Altobelli). Jest tam również ówczesny filar defensywy Squadra Azurra, uczestnik Euro ’80 Giuseppe Baresi. Są też dopiero szykujący się wówczas do swych wielkich reprezentacyjnych karier – bramkarz Walter Zenga oraz obrońca Riccardo Ferri. Jest wreszcie znakomity irlandzki Liam Brady. Wszyscy oni stają do walki na San Siro przeciwko podopiecznym młodego polskiego trenera – Jerzego Engela (w zespole Interu nie wybiegł tamtego wieczoru na murawę gwiazdor reprezentacji RFN: Karl-Heinz Rummenigge). Jednak i w składzie Legii nie brakuje wówczas ciekawych, zdolnych, wartościowych zawodników (m.in. Dziekanowski, Buncol, Karaś, Kazimierski, Kubicki, Wdowczyk). Podopieczni Engela absolutnie nie zamierzają ustępować pola mediolańczykom. Na San Siro bramkę Zengi bardzo groźnie ostrzeliwują Wdowczyk, Buncol, Buda. Pełnym blaskiem błyszczy największa gwiazda warszawskiego zespołu – Dariusz Dziekanowski, który swoim występem oczarował wielu w Italii. Na tle wspaniałych, twardych włoskich defensorów, błyskotliwa gra Dziekanowskiego wzbudza pośród mediolańskich trybun szmer podziwu. Piłkarz, który kilkanaście dni wcześniej strzelił włoskiej reprezentacji (z Bergomim, G.Baresim, Collovatim i Altobellim na pokładzie) w Chorzowie wspaniałego, zwycięskiego gola i tym razem jest nieuchwytny dla rywali z Półwyspu Apenińskiego. Antonio Corso oceniając po meczu na San Siro próby unieszkodliwienia przez swoich piłkarzy Dziekana podsumował je jednym dosadnym słowem: „bezradność”. To właśnie Dziekanowski sprytnie zagrywa piłkę do Zbigniewa Kaczmarka, który staje oko w oko z golkiperem Interu jednak przenosi piłkę nad poprzeczką. Inter dwukrotnie poważnie zagraża bramce Polaków, jednak najpierw strzał Altobellego głową, znakomicie broni Kazimierski, a w drugiej minucie doliczonego czasu gry Brady trafia piłką w słupek. Legioniści pozostawiają po sobie bardzo dobre wrażenie. W warszawskim rewanżu, po świetnym, dramatycznym meczu, mediolańczycy w samej końcówce dogrywki wyrzucą jednak Legię z pucharów.

Na kolejny bój podczas którego polski zespół nie polegnie na włoskiej ziemi czekamy niespełna sześć lat. I znów macza w nim swe palce warszawska Legia. O ile jednak świetne, dramatyczne, heroiczne wyjazdowe boje przeciwko mediolańskim: Milanowi i Interowi, nie przyniosły Polakom upragnionego awansu, o tyle wiosną 1991 roku, wreszcie udaje się legionistom przejść włoską zaporę. W walce o półfinał Pucharu Zdobywców Pucharów los kojarzy Legię z Sampdorią Genua. Pisaliśmy już niegdyś o tych meczach w notce Ścigając Jacka Cyzio, więc ograniczę się tylko do przypomnienia faktu, iż zespół z Genui był wówczas prawdziwą klubową potęgą na Starym Kontynencie. Pagliuca, Vierchowod, Cerezo, Michajliczenko, Lombardo, Dossena, Vialli, Mancini – te nazwiska nawet dziś mówią same za siebie, a wszystko to pod batutą trenerskiej znakomitości – Vujadina Boskova. W Warszawie legioniści niespodziewanie wygrali 1:0, ale i tak nie dawano im większych szans w rewanżu. 20 marca 1991 roku na Luigi Ferraris w Genui w obecności niespełna 26000 widzów rozbłysła jednak gwiazda Wojciecha Kowalczyka. W 19 minucie pomimo asysty Lanny i Vierchowoda, Kowal znakomitym strzałem lewą nogą pokonuje Pagliukę. Genueńczycy rzucają się do odrabiania strat, ale fenomenalnie broni Maciej Szczęsny, który obok Kowalczyka jest tego dnia zdecydowanie największą gwiazdą warszawskiego zespołu. Szczęsny znakomicie wybrania istne stuprocentówki Viallego, Manciniego i Michajliczenki. Po przerwie Kowalczyk po zagraniu Leszka Pisza podwyższa sensacyjne prowadzenie gości na 2:0. W 68 minucie spotkania Roberto Mancini zdobywa kontaktową bramkę dla Sampdorii. Dwie minuty przed końcem Vialli wyrównuje stan meczu. I wtedy zaczyna się dramat. Do piłki czem prędzej bieży Mancini, by wyplątać ją z polskich sieci, ale Szczęsny toczy heroiczny bój o futbolówkę, by zyskać kilka cennych sekund. Gorąca, południowa krew Manciniego osiąga temperaturę wrzenia i włoski napastnik kopie Szczęsnego, po czym ponownie próbuje wyrwać mu piłkę. Szczęsny jednak nie zamierza dać się bezkarnie turbować słynnemu zawodnikowi i wymierza mu soczysty prawy prosty w facjatę. Mancini upada. Po chwili sam polski bramkarz zostaje spoliczkowany przez Cerezo. Na boisku iskrzy wcześniej już wielokrotnie, ale teraz emocje wybuchają po obu stronach bardzo gwałtownie. Niemiecki arbiter Ziller pokaże Manciniemu żółty kartonik, a Szczęsnemu pomacha czerwienią na do widzenia. Władysław Stachurski wykorzystał już limit zmian w swoim zespole, więc do bramki zmuszony jest wskoczyć na ostatnie minuty Marek Jóźwiak. Do zakończenia spotkania naprawdę mało czasu, a Włosi potrzebują aż dwóch trafień, jednak biorąc poprawkę na fakt, iż grają w przewadze, u siebie, a w polskiej bramce stoi nie-bramkarz, przy pomyślnych wiatrach, nawet w dwie minuty mogliby się uporać z tym zagadnieniem. Tym bardziej, że niemiecki sędzia przedłuża spotkanie aż o niemal 6 minut. Sampdoria tylko jakimś cudem nie zdobyła gola na 3:2, jednak Jóźwiak zachował czyste konto i jak się potem chwalił, jest być może jedynym bramkarzem, który nie dał się pokonać w europejskich pucharach. Polski zespół na włoskiej ziemi osiąga więc remis, który wreszcie jest zwycięskim!

Po niespełna dwunastu latach, znów polscy piłkarze po znakomitym spotkaniu wywożą remis z Italii. I znów muszą zetknąć się z Roberto Mancinim, który jest teraz szkoleniowcem rzymskiego Lazio. 20 lutego 2003 roku, krakowska Wisła Henryka Kasperczaka rozgrywa naprawdę bardzo udany mecz, będąc zespołem lepszym od Lazio (z m.in. Marchegianim, Dino Baggio, Couto, Simeone, Oddo, Mihajlovicem, Stankovicem, Fiore, Claudio Lopezem i Chiesą w składzie) choć zaledwie remisując 3:3. Chyba właśnie wtedy na Stadio Olimpico przed ponad dekadą, polski zespół był najbliższy pierwszego, historycznego zwycięstwa na włoskiej ziemi. Zabrakło nieco szczęścia, nieco doświadczenia, nieco konsekwencji, nieco lepszego bramkarza niż Hugues, nieco mniej pechowego obrońcy niż Jop itp. Sukces był naprawdę na wyciągnięcie ręki. Gdy w drugiej połowie spotkania Wisła prowadziła w Rzymie 3:2 (po fantastycznym golu Kalu Uche oraz trafieniach z karnego Macieja Żurawskiego) i śmiało mogła strzelać kolejne gole, dobijając będącego już na łopatkach rywala, to Enrico Chiesa, istna zmora naszych klubowych drużyn w pucharach, wyrównał stan meczu. Po meczu na Stadio Olimpico, po raz pierwszy od wieków całych, włoska prasa zgodnie zachwycała się grą polskiego zespołu. W krakowskim rewanżu Lazio znów dość szczęśliwie wygrało 2:1 i Wisła straciła naprawdę ogromną szansę na awans, który był bliżej niż na wyciągnięcie ręki.

I wreszcie ostatni, jak dotąd, remis naszej drużyny we Włoszech. Zaskakujący co najmniej tak samo jak wyczyn warszawskiej Legii w bojach z Sampdorią, bo przecież nikt nie dawał polskim piłkarzom najmniejszych szans. Jesienią 2010 roku poznański Lech w żałosnym stylu odpadł z rywalizacji o Ligę Mistrzów. Najpierw jakimś cudem prześliznął się w rywalizacji z azerskim Interem Baku, a potem fatalnie zaprezentował się w konfrontacjach z całkiem przeciętną wówczas Spartą Praga, przegrywając dwukrotnie 0:1. Potem wyszarpana w meczach z Dnipro (wszystko oparło się o bramkę zdobytą w Dniepropietrowsku przez Arboledę, a potem na trzymaniu zwycięskiego bezbramkowego remisu w Poznaniu) promocja do fazy grupowej EL. I dopiero tam, 16 września 2010 roku na stadionie w Turynie, nastąpiła istna, niespodziewana eksplozja poznańskiej lokomotywy. Po pół godzinie gry Lech prowadził już na Juventusie 2:0, dzięki trafieniom Artjoma Rudnevsa. Do prywatnej rywalizacji z Łotyszem postanowił przystąpić Giorgio Chiellini, strzelając dwa gole i wyrównując na 2:2. W 68 minucie strzałem z ponad 30 metrów pokonał Kotorowskiego słynny Alessandro Del Piero. Jednak w drugiej minucie doliczonego czasu gry fantastycznym trafieniem odpowiedział ponownie Rudnevs, który został bohaterem wieczoru i zapewnił Kolejorzowi sensacyjny remis z Juventusem w Turynie 3:3.

W całych dziejach zmagań polsko-włoskich na niwie europejskich pucharów nigdy nie udało się naszemu zespołowi wygrać w Italii. Sześciokrotnie polskie drużyny remisowały na włoskiej ziemi (choć Legia w 1972 roku przegrała ostatecznie z Milanem po dogrywce), tocząc wspaniałe, niezapomniane boje i będąc nieraz naprawdę o krok od upragnionego zwycięstwa. Znacznie częściej jednak polskie zespoły schodziły pokonane z włoskich stadionów. Poza opisanymi spotkaniami dość blisko wywiezienia remisu z Włoch byli też piłkarze Zagłębia Lubin w 1990 roku (przegrali w Bolonii 0:1, tracąc gola w drugiej minucie doliczonego czasu gry; Włosi mieli jednak w tym meczu znaczną przewagę, a Cabrini przestrzelił karnego) oraz Lecha Poznań w 2009 roku (w 91 minucie spotkania Kikut zaliczył fatalną stratę piłki, po której Udinese skontrowało poznaniaków walczących o zwycięstwo, które dałoby im awans, na skutek czego Di Natale ustalił wynik na 2:1). W obu przypadkach jednak remis nie dawałby nic obu naszym zespołom, które by osiągnąć upragniony awans potrzebowały w obu wspomnianych spotkaniach zwycięstwa. Dzielnie walczyła również Wisła Kasperczaka w Parmie i choć po golu Adriana Mutu na kwadrans przed końcem przegrała 1:2, to jednak w Krakowie odrobiła straty i wyeliminowała Włochów. Natomiast w 1974 roku warszawska Gwardia choć minimalnie przegrała we Włoszech z Bologną 1:2 (bramka Stanisława Terleckiego), to jednak w rzutach karnych pokonała gospodarzy, awansując do następnej rundy.

Jak nie przyznawałem piłkarzom Legii większych szans w konfrontacji o awans do Ligi Mistrzów z bukareszteńską Steauą, tak teraz uważam, że podopieczni Jana Urbana mają szansę sprawić na Stadio Olimpico miłą niespodziankę i wzbogacić kolekcję polskich remisów na włoskiej ziemi o kolejny. Szansy tej upatruję jednak raczej w fakcie, nie traktowania ze śmiertelną powagą rozgrywek Ligi Europejskiej przez zespoły z tak prestiżowych lig, jak Serie A (sformułowanie „europrzystawka” użyte dziś przez włoską prasę uważam za jak najbardziej trafnie opisujące stosunek możnych do EL). Upatruję jej również w tym, iż rzymski klub, którego barwy reprezentowali przed laty tacy gracze jak Laudrup, Gascoigne, Poborsky, Salas czy Crespo niekoniecznie udanie inauguruje swe zmagania w EL. Dość powiedzieć, że Lazio w ostatniej dekadzie jeszcze nigdy nie wygrało na dzień dobry w grupowych rozgrywkach Ligi Europejskiej. Mimo, iż aż trzy na cztery takie spotkania piłkarze z Lacjum grali u siebie (w tym m.in. z Salzburgiem i Vaslui). Wreszcie upatruję tej szansy w pięknie futbolu po prostu. Bo któż spodziewał się niegdyś, że Legia stawi czoła Sampdorii, a Lech nagle eksploduje w Turynie. Czekam więc dziś na remis na Stadio Olimpico, czekam na udany mecz polskiej drużyny na tle znanego, mocnego rywala, czekam na pierwszą i być może ostatnią tej jesieni choćby namiastkę emocji rodem z niedostępnej dla naszych zespołów Ligi Mistrzów, na plaster prawdziwego miodu w krainie miodopodobnego substytutu.

R.

Planeta Piotrówka. Najbardziej afrykański z polskich klubów

Wczoraj wielu fanów z zainteresowaniem śledziło wyniki losowania par w ostatniej fazie eliminacji do MŚ 2014 w Afryce. Dla przypomnienia, pary te wyglądają następująco:

Wybrzeże Kości Słoniowej – Senegal
Etiopia – Nigeria
Tunezja – Kamerun
Ghana – Egipt
Burkina Faso – Algieria

Przy okazji przypomniałem sobie, że przecież taką małą Afrykę mamy również w polskiej lidze. Namiastkę futbolu z Czarnego Lądu od wielu już lat można bowiem spotkać w Piotrówce – wsi położonej w województwie opolskim, w powiecie strzeleckim, w gminie Jemielnica. Tamtejszy LZS Piotrówka stał się mekką grajków z Afryki.

Wszystko na poważnie zaczęło się wiosną 2010 roku, kiedy ekipę z Opolszczyzny zasilił znany i lubiany Emmanuel Ekwueme. W zespole już wówczas było kilku Afrykańczyków – m.in. Dzikami Gwaze i Patmore Shereni. Tolek wykonał jednak jeszcze parę telefonów i koniec końców ekipa do wiosennych starć przystąpiła z czterema graczami z Zimbabwe i trzema z Nigerii.

Sezon: 2009/2010
Prezes: Ireneusz Strychacz
Trener: Grzegorz Wagner, Marek Koniarek (od marca 2010)
Obrońcy:
Patmore Shereni (14.09.84, ZIM, 190/84).

Pomocnicy: Emmanuel Ifeanyi Ekwueme (22.11.79, NGA, 177/75, W, Znicz Pruszków), Christian Gainet (22.05.88, ZIM/GBR, W, brak klubu), Dzikamai Andre Gwaze (22.04.89, 179/71, ZIM, KS Wisła),  Chidi Frank Obaka (05.09.89, NGA),
Napastnicy: Roland Emeka John (15.09.87, NGA, 182/75, J -> MKS Kluczbork), Peter Nzerumbaye (19.11.87, ZIM, W, brak klubu)
Miejsce: IV liga 2009/2010, grupa: opolska, 2. miejsce (za Oderką Opole) i awans

Afrykańska taktyka okazała się skuteczna i Piotrówka mogła cieszyć się z awansu do III ligi. Władze klubu poszły więc za ciosem. W kolejnych rozgrywkach kadra LZS liczyła już 10 Afrykańczyków i jednego Ukraińca.

Sezon: 2010/2011
Trener: Marek Koniarek (od marca 2010)
Obrońcy:
Paddington Shereni (25.06.86, ZIM), Patmore Shereni (14.09.84, ZIM, 190/84),

Pomocnicy: Hiyancinte Crespin (08.09.86, SEN, J), Emmanuel Ifeanyi Ekwueme (22.11.79, NGA, 177/75, J), Alirou Nsangou (31.08.84, CMR, 175/75, W), Chidi Frank Obaka (05.09.89, NGA), Bernard Obiado Ocholeche (24.05.87, 185/75, NGA, Podbeskidzie Bielsko-Biała, J -> Górnik Polkowice),  Ihor Wons (15.04.87, UKR, 176/70, W, Marspyrt Nagórzanka),
Napastnicy: Idrissa Séga Cissé (01.01.90, SEN), Roland Emeka John (15.09.87, NGA, 182/75),  Peter Nzerumbaye (19.11.87, ZIM, 177/74, J), Babatunde Shola (17.02.92, NGA)
Miejsce: III liga 2010/2011, grupa: opolsko-śląska, 11. miejsce

Pomimo takiego wzrostu ilości stranieri, to jednak wciąż Polacy rozdawali karty w Piotrówce. To przede wszystkim oni zajmowali miejsce w pierwszym składzie i stanowili o grze zespołu. Idrissa Cisse z ośmioma golami został wówczas zaledwie trzecim strzelcem LZS, za Łukaszem Mieszczakiem (11 goli) i Maciejem Wolnym (9 goli).

Stan ten utrzymał się także podczas następnej edycji rozgrywek. Pomimo dziewięciu przybyszów z Afryki w kadrze, tylko trzech wychodziło w pierwszej jedenastce (choć akurat Cisse został najlepszym strzelcem drużyny).

Sezon: 2011/2012
Trener: Maciej Lisicki (od czerwca 2011), Marcin Molek (od 27 września 2011), Krzysztof Kiełb (od stycznia 2012), Aleksander Mużyłowski, Ryszard Czerwiec (od 9 maja 2012)
Obrońcy:
Frank Adu Kwame (16.05.85, GHA),  Munyaradzi Shumba (26.04.90, GHA, J -> nie wznowił treningów),

Pomocnicy: Emmanuel Ekwueme (22.11.79, NGA, 177/75), Lucky Ekwueme (25.06.89, NGA, 189/79, W),  Zerah Mpako (10.11.82, CMR, 176/77), Chidi Obaka (05.09.89, NGA, J -> Stal Zawadzkie),
Napastnicy: Sani Goringo Abubakar (02.09.85, NGA, W), Idrissa Cissé (01.01.90, SEN -> Ruch Radzionków), Daniel Onyekachi (24.08.85, NGA, 178/78, Polonia Nowy Tomyśl, J -> SQC Bình Định (Qui Nhơn)),
Miejsce: III liga 2011/2012, grupa: opolsko-śląska, 11. miejsce

Szczyt afrykańskiego zaciągu przyszedł na sezon 2012/2013. Wtedy kalejdoskopowo zmieniający się szkoleniowcy mieli do dyspozycji dziesięciu Afrykańczyków oraz trzech Brazylijczyków i jednego Ukraińca.

Sezon: 2012/2013
Trener: Ryszard Remień (od lipca 2012), Zbigniew Smółka (od 17 września 2012), Krzysztof Kapelan (od 19 września 2012), Jan Żurek (od 29 listopada 2012)
Obrońcy:
Filipe (07.02.85, 179/78, BRA, W, bez klubu), Frank Adu Kwame (16.05.85, GHA),  Jewhenij Sawczuk (23.02.90, UKR), Patmore Shereni (14.09.84, 190/84, ZIM, W, bez klubu),

Pomocnicy: Attah Teche Abanda (16.12.89, CMR, W),  Emmanuel Ekwueme (22.11.79, 177/75, NGA, W, bez klubu), Galdino (18.11.85, 180/71, BRA, W, bez klubu), Dzikamai Gwaze (22.04.89, 179/71, ZIM, W, bez klubu), Sunday Ibrahim (20.12.80, 172/72, NGA, bez klubu, J), Zerah Mpako (10.11.82, CMR, 176/77), Bernard Ocholeche (24.05.87, 185/75, KP Piaseczno, J), Jean Paulista (28.11.77, 176/72, BRA, Polonia Bytom, J -> Skra Częstochowa),
Napastnicy: Sani Goringo Abubakar (02.09.85, 169/66, NGA), Idrissa Cissé (01.01.90, SEN, Ruch Radzionków, J -> Okocimski KS Brzesko, W, Okocimski KS Brzesko),
Miejsce: III liga 2012/2013, grupa: opolsko-śląska, 9. miejsce

Choć obcokrajowcy wciąż stanowili uzupełnienie składu, to wkład kilku z nich stał się kluczowy dla wyników zespołu. Adu Kwame strzelił 12 goli, Cisse – 11, a Gwaze – 4. Cała reszta drużyny w sumie dorzuciła do tego jeszcze tylko 10 trafień.

Obecny sezon to z kolei zmiana polityki personalnej i reorientacja na Kraj Kawy. Jej następstwem jest aż dziesięciu Canarinhos w zespole. Sprawą zainteresowała się nawet TVP!

Wesołych miłośników samby uzupełniają dwaj gracze z Zimbabwe, Kameruńczyk i nieśmiertelny Tolek Ekwueme.

Sezon: 2013/2014
Trener: Tomasz Hejduk
Bramkarze:
 Frances (08.05.87, BRA), Rodrigo (25.07.94, BRA). 
Obrońcy:  Filipe (07.02.85, BRA, 179/78)Jorge (31.01.92, BRA), Thiago (07.04.93, BRA). 
Pomocnicy: Alberto (29.11.91, BRA), Kelvin Bulaji (22.05.93, ZIM), Igor (12.02.88, BRA), Cássio (09.03.92, BRA), Emmanuel Ekwueme (22.11.79, NGA, 177/75), Galdino (18.11.85, BRA, 180/71), Zerah Mpako (10.11.82, CMR, 176/77). 
Napastnicy: Dzikamai Gwaze (22.04.89, ZIM, 179/71), Mozart Gomes (07.12.92, BRA)

Miejsce: III liga 2013/2014, grupa: opolsko-śląska

I to właśnie oni występują w pierwszym składzie. W ostatnim meczu ze Startem Namysłów w podstawowej jedenastce wybiegło tylko trzech Polaków (Iwan, Mańkowski, Barć). Kiedy Piotrówka zostanie opolską Chelsea, która puści w bój samych obcokrajowców?

Losowanie par w Afryce, mundial w Brazylii… LZS już to wszystko przewidział i zdaje się, że pod tym właśnie kątem komponuje swój skład.

P.

Wielogłos o nieistniejącym maratończyku. "Ostatni wyścig" Jeana Hatzfelda

Poznański maraton zbliża się wielkimi krokami. Faworytem w nim mógłby być Etiopczyk Ayanleh Makeda. Mógłby, gdyby nie został zdyskwalifikowany. Mógłby, gdyby w ogóle istniał. Długodystansowe popisy, choć niezwykle sugestywne i toczone ramię w ramię z prawdziwymi postaciami ze sportowych aren, to jednak tylko zmyślona rzeczywistość książki Jeana Hatzfelda „Ostatni wyścig”.

Przyznam, że jeszcze nie czytałem tak wciągających opisów biegania, jak w nowej pozycji Wydawnictwa Czarne. Każdy bieg głównego bohatera niemal się współodczuwa. Zderzamy się ze ścianą po 30 km, czujemy oddech ścigających nas Kenijczyków, męczymy się z olimpijską trasą.

Rozmawiałem z Ayanlehem o biegu bez wdawania się w szczegóły, ponieważ trasy maratony nie da się zaplanować, dopóki choć raz jej się nie przebiegnie. Ja się boję Japończyka, Ayanleh Amerykanina, Tirunesh nie dowierza Githuce, bo z założenia się nie ufa Kenijczykom. Ale przede wszystkim boimy się Ameryki, tłumu na ulicach, nagród idących w setki tysięcy dolarów, porywistego wiatru wiejącego to w twarz, to z boku.

Autor uczynił z biegania coś więcej niż sport, nawet coś więcej niż hartowanie ducha i wykuwanie życiowych cnót. Nie brnąc w górnolotną metafizykę opisuje on bieganie Etiopczyka jako pewien alternatywny sposób bycia w świecie i radzenia sobie z nim. Przemieszczając się za Makedą po kolejnych kartkach powieści dokonujemy nie tylko wiwisekcji głównego bohatera, ale także tysięcy innych afrykańskich biegaczy, dla których ten sport znaczy dużo więcej niż mogłoby wydawać się sytym obserwatorom ze Starego Kontynentu.

Wszystko byłoby więc pięknie i szlachetnie, gdyby nie plama na krystalicznej sylwetce Ayanleha. Plama, która z czasem staje się dziurą, w którą zapada się główny bohater. Po wywalczeniu olimpijskiego złota w organizmie Etiopczyka wykryta zostaje niedozwolona substancja. Makeda zostaje zdyskwalifikowany i… strącony w niebyt. Bez prawa głosu, bez rozprawy. Po prostu wymazany.

Polot „Ostatniego wyścigu” polega w dużej mierze na tym, że choć dotyczy on perypetii afrykańskiego biegacza, to główny bohater pojawia się w nim przede wszystkim w opowieściach innych. Jego mistrzostwo i upadek jest narracyjnym wytworem bliskich mu osób – żony, trenera, fizjoterapeutki. Mamy więc do czynienia z sytuacją podobną do „Rashomon” Kurosawy czy „Podejrzanych” Bryana Singera. To właśnie ci bohaterowie mówią o sukcesach i porażkach Ayanleha, oni są jego rzecznikami. Były mistrz maratońskich tras sam się nie wypowie, bo jest miotany gdzieś na froncie jako niski stopniem żołnierz etiopskiej armii.

Hatzfeld wyczuwa zasłonę subtelności kulturowych, które sprawiają, że białemu człowiekowi trudno pojąć motywacje i zachowania ludzi z Afryki. Dziennikarz, jedna z postaci powieści, chce drążyć, szukać, odkręcać, naprawiać. Nie rozumie mentalności ludzi z Czarnego Lądu. Ich honorowego pogodzenia się z pewnymi sprawami. Trudnej do pojęcia pokory i stanu zaakceptowania określonych kolei losu.

– My, Afrykanie, boimy się kar wymierzanych przez białych.

Historia Makedy przypomina mi nieco historię z „Hańby” Coetzeego, gdzie decyzje zgwałconej dziewczyny, która myśli i czuje już po afrykańsku, są niezrozumiałe dla jej myślącego „po białemu” ojca.

Gwoli uczciwości na zakończenie jednak dodam, że opisywana tu książka nie jest pozycją wybitną. Czyta się ją z zainteresowaniem, ale chwilami autor osiada na mieliznach, jak choćby palcem na wodzie pisany wątek romansu dziennikarza. Na usprawiedliwienie Hatzfelda działa przede wszystkim fakt, że chyba lepiej czuje się on w reportażu a nie w fikcji. A że „Ostatni wyścig” jest fikcją niech przekona wszystkich to, że w maratonie na igrzyskach w Atenach (2004) i Pekinie (2008) nie wygrywał Ayanleh Makeda, ale – odpowiednio – Włoch Stefano Baldini (2:10:55)

oraz Samuel Kamau Wanjiru z Kenii (2:06:32 – rekord olimpijski).

Tak więc książka na pewno jest fikcją, ale lęk Afryki przed Europą pozostaje prawdziwy.

P.

Islandii powrót stulecia na 4:4. Teraz mundial?

Szwajcaria - Islandia 4:4

Strona sportowa z dziennika Frettabledid po meczu Szwajcaria – Islandia (z islandzkiego na polski – ”Powrót stulecia”).

O ile z polskich remisów – zwłaszcza klubowych – rzadko kiedy wynika ostatecznie coś dobrego, to mały dzielny naród z północy kontynentu swoją udaną gonitwą za Helwetami przybliżył się do debiutanckiego udziału w wielkiej piłkarskiej imprezie. Ilościowo w odrobionych stratach Islandczycy nie przebili co prawda Szwedów, którzy z Niemcami wyciągnęli z 0:4 na 4:4, ale jeśli spojrzymy na urodę tych goli…

(tu z komentarzem szwajcarskiej tv – ”To nie może być!” – słychać po 3., a zwłaszcza 4. golu)

Szwajcaria – Islandia 4:4 (3:1)
0-1 Jóhann Berg Guðmundsson (‚3)
1-1 Stephan Lichsteiner (’15)
2-1 Fabian Schär (’27)
3-1 Stephan Lichsteiner (’30)
4-1 Blerim Dzemaili (’54, karny)
4-2 Kolbeinn Sigþórsson (’56)
4-3 Jóhann Berg Guðmundsson (’66)
4-4 Jóhann Berg Guðmundsson (’90)

Sytuacja w grupie E, przez jednych nazywaną najsłabszą, a przeze mnie po prostu najciekawszą, wygląda tak, że po siedmiu grach Szwajcar ma 15 punktów, Norweg 11, Albańczyk i  Islandczyk po 10, Słoweniec 9, a Cypryjczyk 4.

Islandia ma przed sobą jeszcze mecze z Albanią (dziś u siebie), Cyprem (też u siebie) i na koniec spotkanie w Oslo. Z Norwegami już w tych eliminacjach wygrali, z Albanią też, a na Wyspie Afrodyty się potknęli, ale to akurat jedyny rywal, na którym goście z Gejzerów zrobili punkty w poprzednich eliminacjach. To nie jest tak, że oni nie mogą tego zrobić.

Islandczycy nazywają spotkanie z Albanią bardzo ważnym, ”a może nawet najważniejszym od bardzo bardzo dawna”. Z presją radzą sobie różnie, co pokazała wtopa na Cyprze zaraz po wygraniu z Norwegią. Chyba nie zdają sobie do końca sprawy z tego, że swoje losowanie można porównać tylko z losowaniem Polaków na Euro 2012.

Na Wyspę Gejzerów przelewam potężną dawkę swojej kibicowskiej miłości, nie tylko tę poświęconą kibicowaniu maluczkim. W kraju, gdzie w książce telefonicznej ludzie są porządkowani według imion (za dużo jest tych samych nazwisk – pochodzących od imion rodziców, z końcówką -sson lub -dottir), a piłka kopana na wielu boiskach może lądować w oceanie, czas płynie wolno i przyjemnie. – Mało rzeczy się tu zmienia. Długo można to lubić, ale w końcu zaczyna cię wkurzać, że musisz chodzić do tych samych knajp, w których spotykasz tych samych ludzi – tłumaczył mi mieszkający na wyspie przez dekadę Iworyjczyk Yapi. Gdyby reprezentacja awansowała na mundial w Brazylii, byłby to przełom, o jakim Islandczycy chyba nawet nie marzyli.

O meczu Islandia – Albania, a może też i o San Marino – Polska będzie na profilach Numer 10 na facebooku i Twitterze.

B.

Na wszystkich poligonach gra o tron

Nie tylko w Europie pasjonująco zapowiadają się dzisiejsze mecze kwalifikacyjne do MŚ 2014. Na żadnym kontynencie nie zabraknie emocji, na wielu z nich będzie słychać płacz zawodników żegnających się z mundialem.

Najbardziej elektryzujących widowisk można spodziewać się na Czarnym Lądzie. Tam w 10 grupach drużyny rywalizują o pierwsze miejsca w tabeli, które dają awans do trzeciej – ostatecznej – fazy kwalifikacji. W pięciu parach spotkają się tam triumfatorzy grup, a zwycięzcy dwumeczów pojadą na mundial. Na razie swoje grupy wygrały już WKS (gr. C), Egipt (gr. G) i Algieria (gr. H). W aż pięciu przypadkach dziś zetrą się ze sobą aktualny lider z wiceliderem, a rozstrzygnięcie tych meczów określi sprawę awansu. I tak w grupie B Tunezja (11 pkt.) zagra z Republiką Zielonego Przylądka (9 pkt.). W grupie D Ghana (12 pkt.) podejmie Zambię (11 pkt.). Choć Ghanijczycy mają więcej oczek, to przewaga psychiczna stoi po stronie Chipolopolo. Zambijczycy wygrali pierwsze spotkanie (1:0), a także pamiętny półfinał PNA 2012.

W grupie F Nigeria (9 pkt.) zmierzy się z Malawi (7 pkt.), w grupie I Kamerun (10 pkt.) z Libią (9 pkt.), a w grupie J – Senegal (9 pkt.) z Ugandą (8 pkt.). W pierwszym spotkaniu Lwów Nieposkromionych sensacyjnie wygrali Libijczycy (2:1).

Jeszcze weselej będzie w grupie A i E, gdzie o awans biją się wciąż trzy drużyny. W tej pierwszej RPA (8 pkt.) gra z Botswaną (7 pkt.), a Środkowa Afryka (3 pkt.) z Etiopią (10 pkt.). Dla Etiopczyków to wielka szansa na potwierdzenie swojego zmartwychwstania. W grupie E natomiast Burkina Faso (9 pkt.) zmierzy się z Gabonem (7 pkt.), a Niger (3 pkt.) z Kongo (10 pkt.). Będzie się działo!

W Azji pasjonująco zapowiada się baraż o 5. miejsce w AFC. Daje ono bowiem prawo gry w interkontynentalnym barażu z piątą ekipą z Ameryki Południowej. Szansę na ten bój mają Jordania i Uzbekistan. Mecze odbędą się dziś i 10.09. Szczególnie Uzbekistan ma na tym etapie rachunki do wyrównania. W 2006 roku został on bowiem skandalicznie przekręcony w dwumeczu z Bahrajnem (1:1 i 0:0).

W strefie CONCACAF jeszcze wszystko możliwe, ale szlagierowo zapowiada się spotkanie wicelidera z Kostaryki (11 pkt.) z liderem USA (13 pkt.) oraz rywali z nad i spod awansowej kreski – trzeciego Meksyku (8 pkt.) z czwartym Hondurasem (7 pkt.). Meksyk z Hondurasem zgotowały piękne widowisko i fani liczą na powtórkę.

W Ameryce Południowej poza grą są już Paragwaj (!) i Boliwia (znowu). Pozostałe siedem drużyn bije się o cztery miejsca bezpośredniego awansu i jedno barażowe. Ciekawie na pewno będzie w spotkaniu drugiej Kolumbii (23 pkt.) z trzecim Ekwadorem (21 pkt.), a także walczącego o życie Urugwaju (16 pkt.) w dusznym Peru (14 pkt.). W październiku Celestes urządzili sobie niezłą strzelankę w meczu z tym samym przeciwnikiem.

Na naszym kontynencie oczywiście również mamy dziś sporo ciekawych spotkań, tym bardziej, że eliminacje wkraczają w decydującą fazę. Wyjątkowo interesująco będzie w meczach Włochy – Bułgaria i Rumunia – Węgry, a także w całej grupie E.

Nie ukrywam, że bardzo cieszyłbym się móc obejrzeć w Brazylii występy takich reprezentacji jak Etiopia, Węgry, Uzbekistan, Republika Zielonego Przylądka (pięknie zagrała na PNA 2013) i albo nawet Malawi. Lekkie przewietrzenie składu stałych bywalców mundialu chyba wszystkim wyszłoby na dobre.

P.

Na naszym facebooku wielkie wydarzenie nie przesłaniają nam tych mniejszych, jak choćby rocznica założenia Foto-Higiena Gać czy urodziny Sławomira Wojciechowskiego.

6 września, który pachnie remisem

Nie ma chyba na naszej planecie banału większego nad stwierdzenie, iż historia lubi się powtarzać, również ta futbolowa. Na zdrowy rozum ciężko doszukać się w tej dziwnej i niewyjaśnionej powtarzalności pewnych zjawisk choćby krzty, choćby grama logiki. A jednak, czy chcemy, czy nie chcemy, ów głęboko irracjonalny mechanizm niejednokrotnie lubi o sobie dawać znać. Przykłady można by mnożyć naprawdę w nieskończoność. Ale to temat na zupełnie osobną opowieść. Zajmijmy się więc tym, co tu i teraz, a więc dzisiejszym eliminacyjnym pojedynkiem na Stadionie Narodowym. Tak się składa, że data 6 września jest w naszych piłkarskich dziejach dość intensywnie nabrzmiała bardziej lub mniej dawnymi, ważnymi spotkaniami polskiej reprezentacji o stawkę. Nigdy tego dnia nie zdarzyło się biało-czerwonym przegrać meczu o punkty. W kontekście dzisiejszego wieczoru to oczywiście żadna dla nas pociecha, albowiem Polacy, jeśli nadal chcą marzyć o brazylijskim mundialu bezwzględnie potrzebują zwycięstwa nad Czarnogórą. Dzisiejsza kartka z kalendarza dziejów naszej reprezentacji niepokojąco jednak krąży wokół remisu, który nie jest zwycięskim.

Tak się złożyło, że szóstego dnia września biało-czerwoni rozegrali w roli gospodarza trzy spotkania o eliminacyjne punkty.

W 1995 roku podopieczni Henryka Apostela rozpoczęli swe zmagania bardzo niemrawo, lecz na wiosnę stanowili już całkiem ciekawy zespół, grający ofensywny, nieco husarski, lecz całkiem efektowny futbol. W sierpniu 1995 roku biało-czerwoni byli o krok od zdobycia Parc des Princes, skąd wywieźli, po dramatycznym, emocjonującym boju, remis 1:1. Szansa na pierwsze, historyczne wdarcie się na Euro ’96 kosztem trójkolorowych była naprawdę spora. Rumunom, zdecydowanie najlepszym w grupie i właściwie pewnym już swego, do szczęścia brakował zaledwie punkcik w ich trzech ostatnich meczach. Ale i biało-czerwoni wszystko mieli w swoich nogach. 6 września potrzebowali zwycięstwa nad podopiecznymi Iordanescu, a potem jeszcze kompletu punktów w meczach ze Słowacją oraz Azerbejdżanem, co było jak najbardziej realne. Tym bardziej, że rumuński zespół przyjechał potężnie osłabiony brakiem swych największych gwiazd (nie zagrali na stadionie Górnika m.in. Hagi, Raducioiu czy Dumitrescu). Niestety również Apostelowi wypadło z jedenastki dwóch bezcennych, kontuzjowanych graczy – Nowak i Kowalczyk. Biało-czerwoni grali ambitnie, starali się, bili w rumuński mur aż do utraty tchu, znakomite sytuacje do strzelenia upragnionej, zwycięskiej bramki mieli Juskowiak, Wieszczycki, Kosecki, lecz gościom udało się wywieźć z Zabrza bezbramkowy remis niwecząc polskie marzenia o Euro.

9 lat później, 6 września 2006 roku, polska reprezentacja rozpoczynała dopiero swe zmagania o Euro, lecz była już po dotkliwym i nieoczekiwanym bydgoskim laniu, sprawionym jej przez Finów. Leo Beenhakker jeszcze na dobre nie zdążył zapoznać się z kadrą, a już zebrały się nad nim czarne chmury po katastroficznej grze jego zespołu przeciwko Skandynawom ‚Ludowi Uralskiemu’. 6 września 2006 roku, w Warszawie na starym boisku Legii przy Łazienkowskiej Beenhakker grał więc arcyważny mecz przeciwko Serbom. W 30 minucie spotkania prowadzenie dla biało-czerwonych uzyskał robiący wówczas istną furorę na naszych boiskach Radosław Matusiak. Polacy mieli swoje następne szanse (m.in. kapitan Maciej Żurawski trafił piłką w słupek) i zaliczyli naprawdę bardzo przyzwoity występ, momentami sygnalizując preludium możliwości, które ujawnią miesiąc później w niezapomnianym zwycięskim meczu przeciwko Portugalczykom. Jednak w 71 minucie warszawskiej potyczki, wynik meczu został przez Serbów ustalony na 1:1. Co ciekawe biało-czerwonych pozbawił zwycięstwa swym celnym strzałem ówczesny piłkarz holenderskiego Vitesse, którego całkiem niedawno chciała ponoć sprowadzić Legia, na wypadek, gdyby udało jej się jakimś niesłychanym wręcz cudem awansować do Champions League (choć znany znawca futbolu prezes Leśnodorski zarzekał się – i tu mu wierzę – że nawet nie wie, kto to jest) – znakomity Danko Lazovic. Na ławce rezerwowych serbskiej kadry usiadł wówczas, po raz ostatni w swej piłkarskiej karierze, późniejszy piłkarz warszawskiego klubu Danijel Ljuboja, lecz na murawę nie było mu dane wybiec tamtego dnia.

Wreszcie 6 wrzesień sprzed pięciu lat. Blog Numer 10 miał już wówczas ponad miesiąc swego istnienia za sobą, a biało-czerwoni po pierwszej, historycznej, choć nieudanej przygodzie na Euro 2008, przystępowali do zmagań o mundial w RPA. Inaugurowali je we Wrocławiu w piknikowych warunkach (nie mieliśmy wówczas stadionu, który byłby gotów przygarnąć reprezentację, bo Polska, jak wiadomo, stała rozkopana i w budowie na Euro 2012), po piknikowej grze, podopieczni Beenhakkera zremisowali 1:1 z ambitnymi Słoweńcami. Rywale czuli przed biało-czerwonymi chyba zdecydowanie przesadny respekt, rok później, na jesieni, nie byli już dla nas tak łaskawi i zmietli podopiecznych Beenhakkera 3:0, jego samego pozbawiając selekcjonerskiej posady. We Wrocławiu prowadzenie dla Polaków uzyskał strzałem z karnego w 17 minucie Michał Żewłakow. Wyrównał na 10 minut przed przerwą Dedić, a w zespole naszych rywali zagrali wówczas, dobrze później znani z polskich boisk: Kirm, Komac czy Suler.

A więc 6 września na polskich stadionach biało-czerwoni rozegrali w całej swej historii łącznie 3 pojedynki o punkty i wszystkie je zremisowali. Co szczególnie ciekawe w kontekście dzisiejszego wieczoru, dwa spośród wymienionych spotkań Polacy rozegrali przeciwko zespołom wywodzącym się z byłej Jugosławii i oba zakończyły się wynikiem 1:1.

Na marginesie warto nadmienić, że ostatni mecz jaki rozegraliśmy właśnie 6 września, był spotkaniem towarzyskim i zakończył się również wynikiem remisowym. 2 lata temu w Gdańsku podopieczni Franciszka Smudy zremisowali z Niemcami 2:2 (bramki Lewandowskiego i Błaszczykowskiego).

Jedynym w dziejach polskiego piłkarstwa nie zremisowanym tego dnia meczem naszej reprezentacji, rozegranym na własnym stadionie, było warszawskie zwycięstwo nad Węgrami 1:0 w selekcjonerskim debiucie Janusza Wójcika sprzed 16 lat.

Data 6 września zdecydowanie cieplej zapisała się na kartach naszych futbolowych dziejów w kontekście wyjazdowych meczów o punkty naszej reprezentacji.

W 1978 roku inaugurująca zmagania o Euro ’80, a zarazem żegnająca na selekcjonerskim stołku Jacka Gmocha, reprezentacja Polski, po golach Marka Kusto i Grzegorza Lato, przywozi z Islandii zwycięstwo 2:0. Jednym z uczestników tamtego spotkania był dzisiejszy prezes PZPN Zbigniew Boniek.

20 lat później, 6 września 1998 roku, podopieczni Wójcika nadspodziewanie świetnie inaugurują eliminacje do Euro ‘2000, pokonując w Burgas Bułgarię 3:0. Dwa trafienia Sylwestra Czereszewskiego, jedno Tomasza Iwana.

Wreszcie dokładnie 10 lat temu, w Rydze, zespół Pawła Janasa odnosi bardzo ważne zwycięstwo nad Łotwą 2:0 (gole Mirosława Szymkowiaka i Tomasza Kłosa).

Gwoli rzetelności, by wyczerpać do cna temat p.t. ‘6 września a polska reprezentacja’, należy również wspomnieć, że jeden jedyny raz zdarzyło się tego dnia biało-czerwonym doznać porażki i to druzgocącej. W towarzyskiej potyczce 1970 roku podopieczni Ryszarda Koncewicza (m.in. z Deyną i Lubańskim na pokładzie) zostali w Rostocku rozgromieni przez NRD 5:0.

Na warszawską murawę Stadionu Narodowego wybiegną dziś zapewne piłkarze żądni zwycięstwa dla swych reprezentacji, bo tylko komplet punktów może przedłużyć ich drużynom marzenia o udziale w brazylijskim święcie futbolu. Piłkarze głęboko w nosie mający jałowe dywagacje na temat faktu, iż polski 6 września niebezpiecznie mocno pachnie remisem, ale że potrafił on nam też przynosić, choć wyłącznie na obcej ziemi, piękne chwile ważnych zwycięstw (jak choćby w Burgas czy w Rydze). Warto wierzyć w to zwycięstwo. Jeśli jednak dzisiejszego wieczoru biało-czerwoni zremisują z Czarnogórcami, a mym skromnym zdaniem niestety bardzo wiele na to wskazuje, znów będzie się można pochylić przez chwilę z zadumą nad przedziwną konsekwencją kalendarzowych kartek z dziejów naszego futbolu. Dopóki jednak tli się nadzieja warto wierzyć w Burgas, warto wierzyć w Rygę.

R.