Swój na swego. Bratobójcze ślady na pucharowych szlakach (cz.1)

Wczorajszego wieczoru, na gorącym stadionie w Bukareszcie, Łukasz Szukała wydłużył listę polskich piłkarzy, którym w rozgrywkach europejskich pucharów dane było w barwach swego zagranicznego klubu zagrać przeciwko polskiemu zespołowi. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że choć Szukała tak naprawdę nie grał nigdy w naszej rodzimej lidze, a jego kariera rozgrywała się na boiskach niemieckich, francuskich i rumuńskich, to jednak mecz przeciwko Legii rozgrywał on już jako świeżo upieczony reprezentant Polski. Łukasz Szukała nie jest pierwszym polskim piłkarzem, który w barwach rumuńskiej Steauy stara się zastopować podejście mistrza Polski pod Champions League – tym był już przed sześciu laty Paweł Golański. Szukała stanowi jednak kolejne ogniwo w szeregu kilkudziesięciu już piłkarzy, w których żyłach płynie polska krew, a którzy w ‘obcym piłkarskim mundurze’ stanęli do pucharowej, boiskowej potyczki przeciwko polskiej drużynie. Rozdzielił nas, mój bracie, / zły los i trzyma straż (…) / W dwóch wrogich sobie szańcach / stoimy ja i ty. (…) / I wołasz mnie i mówisz: / To ja, twój brat… twój brat! W kontekście piłkarskich, boiskowych rozgrywek warto trzymać się z dala od tego typu wzniosłych, przejmujących rymów Edwarda Słońskiego, lecz historia polsko-polskich konfrontacji na niwie europejskich pucharów godna jest niewątpliwie tego, by się nad nią przez chwilę pochylić.

Na początku września 1959 roku doszło do jednej z największych kompromitacji polskiej klubowej piłki w całych jej dziejach. Ówcześni Mistrzowie Polski, futboliści ŁKS (m.in. z legendarnym późniejszym trenerem – Leszkiem Jezierskim w składzie) doznali w Esch druzgocącej klęski z luksemburskim Jeunesse 0:5. Dwa tygodnie później, 23 września 1959 roku oba zespoły rozegrały w Łodzi spotkanie rewanżowe, w którym minimalnie lepsi okazali się być gospodarze, wygrywając zaledwie 2:1 i odpadając z ogromnym hukiem z pucharowej zabawy. W zespole z Luksemburga przez półtorej godziny po murawie łódzkiego stadionu biegał m.in. Władysław Janik. Nazwisko tego piłkarza przewinęło się już na tym blogu w kontekście Królewskich opowieści, czyli opisu dziejów spotkań polskich futbolistów z wielkim Realem Madryt. Przy okazji wspominania pucharowych batalii polsko-polskich możemy jednak pozwolić sobie na to, by przy Janiku zatrzymać się nieco dłużej, bo jego historia nie jest z pewnością jedną z tych, jakich wiele. Nim Władysław Janik zainaugurował dzieje naszych pucharowych bratobójczych zmagań i wyrzucił z pucharów graczy ŁKS, miał już w swym dorobku dziesięcioletni futbolowy staż w luksemburskim zespole z Esch (trykot Jeunesse będzie przywdziewał łącznie aż przez 14 lat). Postać to zaprawdę intrygująca. Zasłony tajemnicy znad biografii futbolisty uchyla nieco Witold Łastowiecki w swej bezcennej publikacji „Piłkarscy gastarbeiterzy”. Janik, „syn małżeństwa polskich dyplomatów, którzy jeszcze przed wojną zamieszkali w Wielkim Księstwie, do 32 roku życia był tzw. bezpaństwowcem – czyli człowiekiem bez przynależności narodowej, starał się o paszport luksemburski, polskiego zdobyć w tamtej sytuacji politycznej nie mógł, tak więc dopiero w 1958 roku stał się obywatelem nowego kraju”. Przyjazd z Księstwa do komunistycznej Polski i rozegrany na łódzkim stadionie pierwszego dnia jesieni 1959 roku mecz, musiały być dla niego bardzo szczególnym i wyjątkowym doświadczeniem.

Na następny pucharowy bój naszego zespołu z piłkarzem, w którego żyłach przewijają się i krople polskiej krwi czekamy parę ładnych lat. 28 września 1966 roku w I rundzie Pucharu Mistrzów, Górnik Zabrze potyka się ze wschodnioniemieckim Vorwaertsem. Bramki drużyny z Berlina strzeże wówczas Alfred Zulkowski. W Zabrzu Zulkowski broni wprost fantastycznie dając się pokonać zaledwie dwukrotnie Ernestowi Polowi (w tym raz z karnego) i ratując Niemców przed znacznie wyższą porażką aniżeli 1:2. Kilkanaście dni później w Berlinie jednokrotnego reprezentanta NRD o polskim nazwisku pokonuje tylko Włodzimierz Lubański, lecz tym razem to Niemcy wygrywają 2:1. Potrzebny jest więc dodatkowy, trzeci pojedynek, który rozstrzygnie o sprawie awansu. 26 października 1966 roku, w neutralnym Budapeszcie, Lubański (trafia dwukrotnie) z Polem zdecydowanie już odczarowują bramkę Vorwaertsu, a i sam Zulkowski nie może zaliczyć tego występu do specjalnie udanych. Górnik wygrywa 3:1 i przechodzi dalej.

Równolegle do spotkań zabrzan z berlińczykami toczy się dwumecz warszawskiej Legii z innym wschodnioniemieckim zespołem – Chemie Lipsk. W Lipsku pewnie wygrywają gospodarze, pokonując Legię 3:0. W niemieckim zespole po lipskiej murawie biegają m.in. Horst Slaby i Klaus Lisiewicz. Co ciekawe, obaj zawodnicy o polskich nazwiskach, w meczu rewanżowym w Warszawie (padł remis 2:2) nie wzięli udziału, mimo że byli znaczącymi postaciami swego zespołu. Lisiewicz reprezentował nawet enerdowskie barwy podczas Igrzysk olimpijskich w 1964 roku.

Trzy sezony później, znów przeciwko warszawskiej Legii, zagra w Pucharze Mistrzów francuski defensor z polskimi korzeniami. W listopadzie 1969 roku 3-krotny reprezentant trójkolorowych Roland Mitoraj musi jednak uznać wyższość wspaniałej Legii Vejvody, której zwycięski marsz zatrzyma się dopiero na półfinałowym szczeblu rozgrywek. Dzięki bramkom Deyny i Pieszki legioniści dwukrotnie pokonują (2:1, 1:0) St. Etienne Mitoraja, który oba spotkania rozgrywa w pełnym wymiarze.

We wrześniu 1970 roku wielki Górnik Zabrze, pragnąc powtórzyć swój sukces z ubiegłego sezonu i ponownie dotrzeć do finału Pucharu Zdobywców Pucharów rozpoczyna te rozgrywki z przytupem, deklasując duński Aalborg 8:1 i 1:0. W obu tych spotkaniach w barwach skandynawskiego zespołu występuje zawodnik o swojsko brzmiącym nazwisku – Bąk. Ale ciężko znaleźć jakiekolwiek źródła, które mogłyby w choć nieznacznie poszerzyć naszą skromniutką wiedzę na temat tego tajemniczego gracza oraz jego ewentualnych polskich korzeni.

Sezon później, znów do konfrontacji z Górnikiem Zabrze, choć już w ramach rozgrywek o PKME, staje Olympique Marsylia, a w jej składzie piłkarze o domieszce polskiej krwi: Eduoard Kula oraz Jacques Novi. Francuzom udaje się wyrzucić silnego Górnika z pucharów (2:1, 1:1) już w I rundzie.

Następnej jesieni chorzowskiemu Ruchowi bezwzględnie wybija z głowy dalszą pucharową przygodę Dynamo Drezno (3:0, 1:0). Barwy zespoły z NRD przywdziewa w obu tych spotkaniach olimpijski reprezentant NRD z 1972 roku – Frank Ganzera, a podczas rewanżu w Dreźnie na boisku pojawia się z ławki rezerwowych również Eduard Geyer. Szczególnie ciekawą postacią jest właśnie ten drugi. Urodzony w 1944 roku w zajętym pięć lat wcześniej przez Niemców i włączonym do Rzeszy Bielsku (dziś: Bielsko-Biała) futbolista, odnosi po zakończeniu kariery znaczne sukcesy również w roli szkoleniowca. To właśnie Geyer jest ostatnim w dziejach selekcjonerem reprezentacji NRD oraz trenerem, który m.in. doprowadza Dynamo Drezno do półfinału Pucharu UEFA (w 1989 roku), a długo po upadku muru berlińskiego wprowadza do Bundesligi i prowadzi w niej przez trzy sezony Energie Cottbus (m.in. z naszym Juskowiakiem, Kałużnym, Kobylańskim i Wawrzyczkiem na pokładzie).

Sezon później, 19 września 1973 roku na stadionie w Chorzowie w ramach rozgrywek I rundy Pucharu UEFA, Ruch pokonuje niemiecki WSV Wuppertal aż 4:1. Jednym z ogniw bezlitośnie dziurawionej przez chorzowian niemieckiej defensywy jest Jurgen-Michael Galbierz. W wuppertalskim rewanżu Galbierz już nie zagra, a Niebiescy minimalnie przegrają (4:5), lecz pewnie przeskoczą niemiecką zaporę.

W sezonie 1975/1976 mielecka Stal dociera aż do ćwierćfinału Pucharu UEFA. Tam na jej drodze los stawia Hamburger SV. Z Hamburga Polacy przywożą cenny remis 1:1, jednak 17 marca 1976 roku na stadionie w Mielcu to goście wygrywają 1:0. W ataku HSV, 75 minut rewanżowego spotkania zagra Klaus Zaczyk. Urodzony w 1945 roku piłkarz polskiego pochodzenia z zachodnioniemieckim paszportem był w Bundeslidze bardzo znaczącą postacią. Rozegrał w niej bowiem równo 400 spotkań, zdobywając 61 goli (głównie dla HSV, ale również dla Karlsruher oraz Nurnberg). Zaczyk jeden raz wystąpił również w reprezentacji RFN (w 1967 roku), uwieńczając to wydarzenie trafieniem, a także sięgnął ze swym HSV, w sezonie następującym po mieleckiej konfrontacji, po Puchar Zdobywców Pucharów.

Zaledwie pół roku musimy czekać, by po renomowanym Zaczyku na polskie boiska zawitali w barwach niemieckiego zespołu kolejni piłkarze napędzani polską krwią. 15 września 1976 roku FC Koeln pokonuje GKS Tychy 2:0 a linię obrony przed słynnym Haraldem Schumacherem tworzą m.in. Jurgen Glowacz oraz Harald Konopka. Podczas rewanżu rozegranego 29 września 1976 roku w Tychach (1:1), Konopka wybiega w pierwszym składzie a na kwadrans przed końcem zostaje zmieniony właśnie przez Głowacza. Konopka był przez wiele lat czołowym obrońcą Bundesligi (rozegrał w niej 352 spotkania), dane mu było nawet zagrać na argentyńskim Mundialu w 1978 roku (nie przeciwko Polakom jednak, lecz w meczu z Włochami). Glowacz również był znaczącą postacią w lidze zachodnioniemieckiej, w której rozegrał 253 spotkania, broniąc przez lata barw FC Koeln, a potem również Werderu Brema i Bayeru Leverkusen.

Rok później, we wrześniu 1977 roku w I rundzie Pucharu UEFA, Odra Opole rywalizuje z enerdowskim FC Magdeburg. Ciekawy pojedynek trenerski toczą ze sobą Antoni Piechniczek oraz Klaus Urbanczyk. Triumfuje ostatecznie zespół prowadzony przez Urbanczyka (1:1, 2:1; co ciekawe w Magdeburgu trafi dla Odry Józef Klose, ojciec późniejszego superstrzelca reprezentacji Niemiec Miroslava Klose). Urodzony w 1940 roku w Halle Klaus Urbanczyk, odnosi znaczące sukcesy już jako piłkarz. Ponad 30-krotnie przywdziewa reprezentacyjny trykot NRD. W 1964 roku obrońca o polskich korzeniach wywalcza olimpijski brąz, a indywidualnie zostaje wybrany we wschodnich Niemczech zarówno piłkarzem jak i sportowcem roku. Jako trener dwukrotnie doprowadza swój Magdeburg do wicemistrzostwa Oberligi, dwukrotnie zdobywa Puchar NRD a we wspominanej właśnie edycji Pucharu UEFA, po pokonaniu opolskiej przeszkody (a nie była to wcale przeszkoda byle jaka, bo stanowili ją m.in. Młynarczyk, Wójcicki, Klose czy Piechniczek na trenerskiej ławce), zatrzymuje się dopiero na szczeblu ćwierćfinałowym. Urbanczyk do całkiem nieodległych czasów Mirko Slomki oraz Marka Zuba był jedynym szkoleniowcem, w którego żyłach krążyła domieszka polskiej krwi, a który poprowadził w pucharowych bojach zagraniczną drużynę przeciwko zespołowi z Polski.

22 listopada 1978 roku jesteśmy świadkami pierwszego trafienia piłkarza o polskich korzeniach przeciwko polskiemu zespołowi w ramach rozgrywek europejskich pucharów. W 37 minucie meczu III rundy Pucharu UEFA rozgrywanego w Moenchengladbach, Krystian Kulik pokonuje z jedenastki bramkarza wrocławskiego Śląska – Zygmunta Kalinowskiego i zapewnia swej Borussii prowadzenie do przerwy. Tuż po niej wyrównuje jednak Mieczysław Olesiak i mecz kończy się niespodziewanym remisem 1:1.

W zespole, który prowadzi Udo Lattek, poza jednym z najlepszych wówczas graczy na świecie – Allanem Simonsenem oraz późniejszymi znakomitymi szkoleniowcami Winfriedem Schaefferem i Ewaldem Lienenem gra również inny, obok Kulika, piłkarz o polskim rodowodzie – Helmut Dudek. We wrocławskim rewanżu Śląsk walczy bardzo dzielnie, ale Simonsen niemal w pojedynkę rozstrzyga o losach meczu (2:4), ustrzelając hat-tricka. Na murawę wrocławskiego stadionu wybiegnie już tylko jeden z naszego duetu w BMG – Krystian Kulik. Warto temu piłkarzowi poświęcić nieco więcej uwagi, bo jest z pewnością tego godzien. Urodzony w 1952 roku najprawdopodobniej w Starych Siołkowicach (choć niektóre źródła wskazują również na Zabrze) Krystian Kulik, jeszcze jako mały chłopiec opuszcza Polskę. Gdy ma 19 lat biega już po boiskach Bundesligi w barwach Borussii Moenchengladbach. Trykot BMG będzie przywdziewał niemal równo przez całą dekadę, odnosząc naprawdę ogromne sukcesy. Trzy razy z rzędu wywalczy mistrzostwo Bundesligi (1974/75; 75/76; 76/77; do czwartego kolejnego tytułu w sezonie 77/78 zabraknie korzystniejszego bilansu bramek), wystąpi łącznie aż w dziewięciu meczach finałowych (!) o Puchar Mistrzów, Puchar Interkontynentalny czy Puchar UEFA. Dwukrotnie uda mu się zdobyć Puchar UEFA (1975 i 1979). Podczas finałowego spotkania o to trofeum w 1980 roku przeciwko Eintrachtowi Frankfurt, Kulik zdobywa dwa gole – najpierw wyrównuje na 1:1 strzelając bramkę do szatni w 45 min., a potem na 2 minuty przed końcem meczu, swym trafieniem rozstrzyga o losach spotkania (3:2; w rewanżu to jednak frankfurtczycy wygrywają szczęśliwie 1:0 i zgarniają trofeum). Krystian Kulik rozegrał w Bundeslidze w barwach BMG 220 spotkań, strzelając w nich 38 goli. W samych tylko rozgrywkach europejskich pucharów bilans tego polskojęzycznego piłkarza jest również bardzo efektowny: 69 meczów i 13 zdobytych bramek. Co ciekawe we wspominanej przez nas edycji Pucharu UEFA 78/79, po odprawieniu z kwitkiem wrocławian, Borussia trafia na Manchester City. 20 marca 1979 roku w Moenchengladbach dochodzi do interesującego pojedynku Kulik-Deyna. Krystian Kulik otwiera wynik w 45 minucie spotkania. Kazimierz Deyna pojawia się na murawie po godzinie gry i odpowiada honorowym trafieniem w 78 minucie meczu. Niemcy wygrywają 3:1 i nie ma na nich silnych w tamtej edycji Pucharu UEFA.

kulik

Warto jednak pochylić się i nad drugą postacią ważną dla nas w zespole BMG podczas ich pojedynku ze Śląskiem. Bo tak na dobrą sprawę cała ta już właściwa historia zmagań polsko-polskich w europejskich pucharach rozpoczyna się dopiero właśnie od niego. Wszyscy wymienieni wcześniej piłkarze, począwszy od Janika, mieli z Polską więcej lub mniej wspólnego, a po ich żyłach krążyła bardziej lub mniej rozcieńczona polska krew. Najczęściej przychodzili jednak na świat już na obczyźnie i niejednokrotnie już tylko polsko brzmiące nazwisko, które przetrwało przez pokolenia było ostatnim pomostem łączącym ich w jakikolwiek sposób z naszym narodem, z naszym krajem. Helmut Dudek to już jednak zupełnie inna historia. Urodzony w Bytomiu w 1957 roku swoje umiejętności piłkarskie kształcił właśnie w Polsce. Zdolny junior bytomskich Szombierek zadziwiająco szybko przebija się do pierwszego składu seniorskiego zespołu i jeszcze jako 17-letni chłopak gania za piłką po boiskach naszej ekstraklasy, trafiając nawet do bramki rywali. Bardzo szybko postanawia też uciec do lepszego świata i spróbować przy okazji swojej szansy na wielką karierę. 20-letniemu polskiemu obrońcy nie udaje się jednak wywalczyć pewnego miejsca w składzie jednej z najsilniejszych wówczas drużyn na Starym Kontynencie. W trykocie Borussii Moenchengladbach przez dwa sezony rozegra łącznie zaledwie 12 spotkań (6 w Bundeslidze, 4 w Pucharze UEFA oraz 2 w Pucharze Niemiec). A jednak, jako pierwszy w historii Polak ma on swój udział w wywalczeniu ważnego europejskiego trofeum (mecz ze Śląskiem stanowił na tej drodze dla Dudka kolejny i ostatni zarazem akcent). Po dwuletniej przygodzie w zachodnich Niemczech Helmut Dudek wyjeżdża szukać szczęścia aż do Stanów Zjednoczonych, gdzie przez ponad 8 lat jest prawdziwą gwiazdą tamtejszych rozgrywek. 

Nie minął nawet rok od pojedynków Śląska z Borussią i w Pucharze Mistrzów znów przychodzi potykać się naszemu zespołowi z drużyną z Niemiec (tym razem z ich czerwonej części). 19 września 1979 roku w Berlinie Dynamo rozbija chorzowski Ruch 4:1.

Dwa trafienia zanotował wówczas (19 min. na 2:0, 80 min. na 4:0) grający tamtego dnia z numerem 10 na plecach Hartmut Pelka.

Innym piłkarzem biegającym wspomnianego wieczoru po berlińskiej murawie, w którego żyłach krążyła również polska krew był Frank Terletzki. Zarówno Pelka, jak i Terletzki (na szczęście i my mieliśmy wówczas w Polsce swojego świetnego Stanisława Terleckiego) byli bardzo mocnymi punktami w zespole mistrza NRD. Oboje wystąpili też w bezbramkowym rewanżu w Chorzowie.

Jednak na prawdziwie fascynujący i jedyny w swoim rodzaju bratobójczy pojedynek w pucharach przyszło nam poczekać do wiosny 1983 roku. Przeciw polskiemu zespołowi stanął tym razem nie tylko Polak z krwi i kości, ale zarazem największa wówczas i absolutnie niekwestionowana gwiazda naszej narodowej reprezentacji. Co więcej, piłkarz, który nasz kraj opuścił jak najbardziej legalnie, za zgodą totalitarnej władzy, a do tego kontynuował swą piłkarską karierę w  jednym z najlepszych klubowych zespołów jakie wówczas wydeptywały murawy stadionów na całym futbolowym świecie. To był rzeczywiście istnie bratobójczy pojedynek, bo Zbigniew Boniek, o którym mowa, musiał stanąć oko w oko do konfrontacji z zespołem, z którego odchodził do Serie A, a w którym przeżył najowocniejszy dotąd okres swojej kariery. Musiał stanąć naprzeciw piłkarzom, z którymi do niedawna, przez lata, dzielił wspólną klubową szatnię, z którymi jeszcze niespełna 3 lata wcześniej wyrzucał za burtę Pucharu UEFA właśnie Juventus (Boniek strzelił wówczas w Turynie decydującego o awansie karnego dla Widzewa), a z kilkoma z nich Zibi wciąż przecież spotykał się w reprezentacyjnej szatni. Musiał stanąć przeciwko swoim łódzkim kibicom, którzy przez lata go kochali, nieśli na skrzydłach swego dopingu, których tyle razy uszczęśliwiał i którzy do niedawna daliby się za niego pokroić. A do tego niebywała wręcz stawka meczu – walka o wejście do finału, który rozstrzygnie o tym, który klubowy zespół kopie piłkę najlepiej w całej Europie. Jeśli to nie jest futbolowa, bratobójcza piłkarska batalia, to cóż nią jest?…

6 kwietnia 1983 roku Juve pokonuje Widzew 2:0 i trudno przecenić wkład Bońka w drugą bramkę dla gospodarzy. Dwa tygodnie później w Łodzi pada remis 2:2 i to właśnie po faulu Młynarczyka na Bońku, Platini ustala wynik spotkania z jedenastki (bramki Surlit-2 oraz Rossi i Platini). Gdy w Łodzi na jakieś 20 minut przed końcem spotkania holenderski liniowy arbiter zostaje trafiony rzuconą z trybun butelką po wódce, która poważnie rani go w głowę i spotkanie zostaje przerwane, to właśnie Zibi gorąco i skutecznie namawia swych kolegów z Juve, by kontynuować mecz. Zbigniew Boniek oba półfinałowe spotkania przeciwko Polakom rozegrał w pełnym wymiarze czasu i był niewątpliwie jeśli nie najlepszym, to jednym z najlepszych piłkarzy tego dwumeczu. Do dziś na pytanie czego lub kogo zabrakło wówczas w Widzewie, wszyscy odpowiadają: Bońka! Był wtedy w swoim żywiole i być może z nim ten Puchar Mistrzów byłby nasz! – wspominał po latach w swej biografii spisanej przez Jacka Perzyńskiego inny uczestnik półfinałowych spotkań, z widzewskiej strony barykady, Włodzimierz Smolarek.

   

 

Niespełna pięć miesięcy później w I rundzie Pucharu Zdobywców Pucharów znów krzyżują się szlaki Bońka i polskiej drużyny. Juventus rozbija w Turynie 7:0 Lechię, która dopiero co wywalczyła awans z III ligi polskiej do wyższej klasy rozgrywkowej. 28 września 1983 roku w pamiętnym gdańskim rewanżu, śledzonym z trybun przez nieprzebrane tłumy polskich fanów, po golach Marka Kowalczyka i Jerzego Kruszczyńskiego sensacja wisi w powietrzu, ale ostatecznie podopieczni Trapattoniego ratują zwycięstwo nad naszym drugoligowcem. Wynik na 3:2 dla Juve ustala na 7 minut przed końcem spotkania właśnie Zbigniew Boniek, strzelając lewą nogą w krótki róg bramki Tadeusza Fajfera. Na wiosnę to właśnie piłkarze Juve wzniosą triumfalnie ku górze Puchar Zdobywców.

Jesienią 1984 roku w szranki z naszymi zespołami stają dwaj zachodnioniemieccy piłkarze polskiego pochodzenia. Pierre Littbarski (którego dziadek był warszawiakiem), bajeczny technicznie, jeden z najbłyskotliwszych wówczas graczy jakich nosi ziemia, późniejszy mistrz świata z 1990 roku, a także wicemistrz świata z lat 1982 i 1986, wraz ze swoim FC Koeln wyrzuca za pucharową burtę Pogoń Szczecin. To właśnie Littbarski, pokonując Marka Szczecha, strzeli na kwadrans przed końcem pierwszego meczu w Kolonii bramkę przesądzającą o zwycięstwie Niemców 2:1. W Szczecinie Polacy są naprawdę bliscy odrobienia strat, lecz zarówno Adam Kensy, jak i Marek Leśniak nie potrafią pokonać z rzutów karnych Schmachera, a Littbarski popisuje się cudownym zagraniem do Beina, po którym ten ostatni przesądza sprawę awansu, zapewniając gościom zwycięstwo 1:0.

littbarski

Natomiast inny późniejszy brązowy medalista Euro 88’ – Uli Borowka, będzie musiał wraz ze swą Borussią Moenchengladbach uznać wyższość łódzkiego Widzewa. Niemcy wygrają co prawda pierwszy mecz 3:2 (Borowka wejdzie na końcowe 7 minut), jednak w Polsce zwycięskie trafienie Włodzimierza Smolarka na 1:0 przesądzi o awansie polskiego zespołu. Co ciekawe, Borowka, który 7 listopada 1984 roku wybiegał po łódzkiej murawie całe 90 minut, kilkanaście lat później powróci jeszcze na ten stadion, by przez jakiś czas reprezentować barwy… łódzkiego Widzewa właśnie. Uli Borowka wyrownuje pucharowe porachunki z polskim futbolem już następnej jesieni eliminując w I rundzie Pucharu UEFA poznańskiego Lecha. W Moenchengladbach, po wyrównującym golu Damiana Łukasika pada niespodziewany remis 1:1 (Borowka rozegrał to spotkanie w pełnym wymiarze czasu). 2 października 1985 roku na stadionie w Poznaniu triumfują jednak goście, wygrywając 2:0, choć twardy i nieustępliwy defensor BMG polskiego pochodzenia, musi tym razem opuścić murawę już w 27 minucie meczu.

17 września 1986 roku łódzki Widzew pojechał do austriackiego Linzu, by w ramach I rundy Pucharu UEFA zmierzyć się z tamtejszym LASK. Ważnym punktem defensywy gospodarzy był niemal 30-letni już wówczas Dariusz Gajda. Nim były piłkarz Włókniarza Zelów i Concordii Piotrków czmychnął z komunistycznej Polski do Austrii, aż przez cztery sezony (lata 1981-1985) grał dla ŁKS. Zanim więc pucharowy los skojarzył Widzew z Linzem, Gajda zdążył już uzbierać na swoim koncie udział w aż ośmiu łódzkich derbowych bataliach, więc można śmiało rzec, iż w bojach przeciwko byłemu klubowi Młynarczyka, Bońka i Smolarka był zahartowany. Na niewiele się to jednak zdało. Z Austrii Widzew przywiózł remis 1:1 (całe spotkanie Gajdy), a w Łodzi Wiesław Wraga zapewnił gospodarzom zwycięstwo 1:0. Dynamiczny były obrońca ŁKS raczej specjalnie niczym publiczności nie zachwycił i opuścił murawę na Widzewie już w przerwie rewanżowego spotkania. Na boiskach austriackiej Bundesligi kontynuował jednak swą przygodę z Linzem jeszcze przez kilka sezonów.

Bardzo ciekawie było też we wrześniu 1987 roku. Wówczas to w I rundzie PKME los skojarzył ze sobą Górnika Zabrze i Olympiakos Pireus. Nie byłoby w tym nic intrygującego, gdyby nie fakt, iż bramki Greków strzegł Jacek Kazimierski. Okoliczności w jakich były bramkarz Legii przechodził kilka miesięcy wcześniej do zespołu mistrza Grecji nadają się na ciekawą książkę. Ograniczymy się więc jedynie do przypomnienia, iż w kwietniowym spotkaniu o być albo nie być na Euro 88’ dla polskiej reprezentacji, Kazimierski paskudnie przepuścił na stadionie olimpijskim w Atenach strzał Saravakosa, by chwilę później przyklepać kontrakt z Olympiakosem. Selekcjoner Wojciech Łazarek nie zamierzał się bawić w owijanie w bawełnę i już na konferencji prasowej obrazowo wyjaśnił, iż on złapał by strzał Saravakosa do kapelusza, popijając w międzyczasie kawę, a Jacek Kazimierski o reprezentacyjnym swetrze może zapomnieć. I rzeczywiście Kazimierskiemu nie zaufał już nigdy więcej żaden polski selekcjoner. Za to Kazimierski miał okazję przypomnieć o sobie polskim kibicom, bodaj po raz ostatni za swego piłkarskiego życia, właśnie przy okazji dwumeczu Górnika z Olympiakosem. W Grecji pada remis 1:1 (Kazimierskiego pokonuje Joachim Klemnz). Andrzej Iwan w swej książce „Spalony” opisuje greckie podchody pod polskich piłkarzy, by odpuścili rewanż w Zabrzu. Rekompensatą dla Iwana miał być… właśnie intratny kontrakt z Olympiakosem. Odpuścił jednak ktoś inny. Tenże sam Iwan nie ma bowiem większych wątpliwości, że strzał zza pola karnego, po którym uzyskał w Zabrzu drugie trafienie dla swego zespołu był jak najbardziej do obrony. Ostatecznie Górnik wygrał 2:1 (prowadzenia dla Górnika uzyskał Ryszard Cyroń) i awansował dalej. Całkiem niedawno na TVP Sport można było obejrzeć cały ten mecz raz jeszcze. Utkwił mi w pamięci jeden obrazek, gdy po końcowym gwizdku Kazimierski niespecjalnie przejęty porażką swego zespołu przyjacielsko pozdrawia Józefa Wandzika i innych graczy Górnika. Cóż, Grecy wiedzieli kogo biorą i w jaki sposób biorą, więc teraz trzeba było płacić za to rachunki. Raczej specjalnie nie zaskakuje fakt, że Kazimierskiemu w Pireusie podziękowano za grę bardzo szybciutko.

Trzy lata po odprawieniu przez zabrzan z kwitkiem Kazimierskiego udaje się poznańskiemu Lechowi wyrzucić z pucharowej zabawy dwóch kolejnych Polaków w greckich trykotach. Piłkarską wczesną jesienią 1990 roku Kolejorz gra naprawdę rewelacyjnie. Najpierw pokonuje w stolicy Wielkopolski Panathinaikos Ateny z Józefem Wandzikiem i Krzysztofem Warzychą w składzie 3:0. Dla Wandzika jest to wybitnie nieudane spotkanie. Już w pierwszych sekundach meczu fauluje szarżującego w polu karnym Pachelskiego (jedenastkę na gola zamienia Czesław Jakołcewicz), a potem daje się zaskoczyć Jakołcewiczowi strzałem z grubo ponad 30 metrów. Trzecie trafienie dokłada Marek Rzepka i Lech niespodziewanie deklasuje mistrzów Grecji..

Kolejne dwa trafienia nasz ówczesny reprezentacyjny golkiper zmuszony jest wyplątywać z sieci swojej bramki podczas rewanżowego zwycięstwa Lecha w Atenach 2:1 (gole Bogusława Pachelskiego i Kazimierza Moskala). Nasz wyborowy snajper Krzysztof Warzycha przez 180 minut dwumeczowego boju nie jest w stanie wyrządzić krzywdy Kazimierzowi Sidorczukowi strzegącemu bramki mistrzów Polski.

 Kilka tygodni po zwycięskich bataliach Lecha z Panathinaikosem na froncie II rundy Pucharu UEFA przeciw polskiemu klubowi znów stanęło równocześnie aż dwóch naszych znakomitych graczy. 24 października 1990 roku GKS Katowice gra z Bayerem Leverkusen. I to właśnie tego dnia ma wspaniałą okazję, by przypomnieć o sobie polskim kibicom filigranowy uczestnik dwóch mundiali (82, 86), brązowy medalista z mistrzostw świata w Hiszpanii – Andrzej Buncol. Gdy wyjechał z Polski po meksykańskiej imprezie i zdecydował się przyjąć niemieckie obywatelstwo (choć przecież polskiego nigdy się nie zrzekł) w peerelowskiej propagandzie uczyniono z niego niemal przestępcę i wroga publicznego, którego należy stosownie potępić a potem najlepiej dokładnie wymazać z kibicowskiej pamięci za jego niecny postępek. Jesienią 1990 roku pochodzący przecież ze Śląska Buncol pojawia się na katowickiej murawie po pół godzinie gry, zmieniając strzelca pierwszej bramki dla Bayeru – Andreasa Thoma. Tuż po przerwie były piłkarz Ruchu i Legii podwyższa wynik spotkania na 2:0 i tym samym niemal przekreśla nadzieje katowiczan na awans do następnej rundy. Mecz kończy się zwycięstwem gości 2:1. 7 listopada 1990 roku na boisku w Leverkusen przypomni o sobie polskim kibicom kolejny nasz świetny zawodnik. Marek Leśniak gra tego dnia naprawdę znakomicie. Jest szybki, dynamiczny, nieuchwytny dla obrońców gieksy. To właśnie on w 28 minucie rewanżowego spotkania otwiera wynik meczu pokonując Janusza Jojkę. Kolejne bramki dla Niemców padną dopiero w samej końcówce meczu i Bayer wygra aż 4:0, a Buncol z Leśniakiem wyrzucą z hukiem GKS Katowice z europejskich pucharów.

 

Przeczytaj też:  Swój na swego. Bratobójcze ślady na pucharowych szlakach  (cz.2)

Anglia mogła paść przed Kubą Błaszczykowskim

A jak już by nie padła cała Anglia, to choć kompleks polskich piłkarzy co do strzelania goli w Premier League. Oto bowiem minęło już 21 lat od ostatniego takiego gola, gdy Robert Warzycha wpakował piłkę do bramki Manchesteru United strzeżonej przez Petera Schmeichela (wideo w linku).

Nie mam wątpliwości co do tego, że dla Jakuba Błaszczykowskiego Dortmund jest w tej chwili lepszym miejscem do grania w piłkę niż Manchester City (a może nie lepszym, a łatwiejszym). Jednocześnie, z wypowiedzi piłkarza w poniedziałkowej rozmowie z Robertem Błońskim z Gazety wnioskuję bez podobnych wątpliwości, że temat jego przejścia do MC był. Stwierdzeniu o tym, że zainteresowanie Anglików to ”spekulacje”, kapitan reprezentacji de facto zaprzecza już w następnym zdaniu, że kierował się potencjałem drużyny.

– Transfer do Manchesteru City? Ostatnio w Anglii byłem w maju. W Londynie, na finale Champions League. A wcześniej? Nie pamiętam. Zostawmy spekulacje, zostałem w Dortmundzie. Kierowałem się potencjałem drużyny, Borussia ma naprawdę ogromne możliwości. Zanim postanowiłem przedłużyć kontrakt, poszedłem do trenera Kloppa. Zapytałem, czy po sezonie nie odejdzie. Powiedział, że zostanie i to był kolejny argument, który zadziałał.

Został więc Klopp, a razem z nim Błaszczykowski i – póki co – Robert Lewandowski.

Anglicy już widzieli Lewandowskiego w Manchesterze United,

on sam już się widział w Bayernie. Mam nadzieję, że ostatecznie porzuci chęć goszczenia na bawarskim Oktoberfeście i wybierze Anglię lub Hiszpanię, względnie Włochy. Podobne kibicowskie życzenie przeprowadzkowe kieruję do Błaszczykowskiego, bo o ile Bundesligę nasi piłkarze podbijają lepiej lub gorzej – ale podbijają – to z innymi czołowymi ligami jest licho.

A już w Premier League – nie licząc bramkarzy – polscy piłkarze od dwóch dekad nie znaczą NIC. To wielkie NIC, to wielkie ZERO towarzyszy mi przez całe kibicowskie życie – gdy wspominany na wstępie Warzycha strzelał dla Evertonu dopiero w nie wchodziłem. Oglądając ligę angielską mam wręcz wryte w podświadomość przeświadczenie, że to rozgrywki dla piłkarzy kopiących piłkę do bramki ze wszystkich krajów świata oprócz jednego, Polski. Coś jak ta ostatnia osada Gallów z Asterixem i Obelixem broniącą się przed rzymianami. Jakby polskim piłkarzom odgórnie nie dawano do Premier League wiz, a jeśli już taką cudem zdobędzie, to będzie to tylko wiza tymczasowa, koniecznie z pieczątką ”jak strzelisz gola, to akurat nie zostanie uznany” (vide Grzegorz Rasiak z Liverpoolem), względnie ”strzelanie golom zespołom z Premier League dozwolone tylko w Pucharze Anglii” (vide Euzebiusz Smolarek w Boltonie).

21 lat! To nawet w Mississippi człowieka w tym wieku już łaskawie uznają za dorosłego.

To nawet na polską drużynę w Lidze Mistrzów czekamy krócej, bo – póki co – 17 lat.

To nawet – wydawać by się mogło trwająca wiecznie – rozłąka reprezentacji Polski z wielką imprezą, między Meksykiem 1986 a Koreą 2002 to było 16 lat.

Nie wiem, czy Kuba Błaszczykowski by się w Manchesterze City odnalazł (problemy z tym miałby raczej mniejsze niż Kazimierz Deyna), całkiem możliwe, że przyszłoby mu wchodzić z ławki rezerwowych, przy czym gole to on strzelał w Borussii też wtedy, gdy Klopp akurat na niego nie stawiał (patrz: bramkaw pierwszym sezonie w Lidze Mistrzów z Marsylią, zaraz po tym meczu mówił, że zastanawia się nad odejściem). Takiego gola mógłby strzelić nawet w pierwszym ligowym meczu MC, dokładnie 21 lat po Warzysze. Mógłby, prawda?

Co do tego, że Robert Lewandowski w takiej Anglii by coś wcelował nie mam już żadnych wątpliwości, to w końcu nie reprezentacja.

Po drodze było jeszcze paru panów, którzy w Premier League, już-tuż-tuż byli, ale ostatecznie sprawa upadła. Z moich ulubionych historii niedoszłych transferów spowiadali się jakiś czas temu w Przeglądzie Sportowym następujący panowie:

Tomasz Łapiński

Jednym z powodów był lęk przed lataniem. – To był istotny argument, by nie wyjeżdżać. Choć nie jedyny – mówi Łapiński. Najpoważniejsza oferta nadeszła z Londynu. Szefowie West Hamu byli gotowi dać za niego 1,6 mln funtów, ale najpierw chcieli mu się przyjrzeć przez kilka dni. – Nie jestem królikiem doświadczalnym, żebym się sprawdzał na testach – uważa Łapiński, który nigdy nie skusił się na zagraniczną ofertę.

Marek Citko

W czasie, kiedy właściciele Widzewa dzielili przyszłe zyski, Citko poleciał na rekonesans do Blackburn. – I przeraziłem się tym miastem. Było szaro, mgła, w oddali jakieś pastwiska. Idealne miejsce, żeby się rozpić albo wrócić do hazardu. Odstraszał mnie poziom drużyny, Blackburn broniło się przed spadkiem. Naciski w Widzewie były duże, właściciele się grzali, ale powiedziałem, że odejdę do klubu z czołowej czwórki, a nie do cieniasów – opowiada Citko.

Paweł Wojtala

– Wyszły mi niezłe mecze w reprezentacji i dlatego pojawiły się możliwości transferu. Przede wszystkim do Liverpoolu. Niestety, epopeja kontuzji znów dała o sobie znać… Uraz mnie wykluczył i The Reds zdecydowali się za jakiś czas na innego piłkarza HSV, Stephane’a Henchoza. Na Wyspy Brytyjskie mogłem trafić jeszcze rok później – do Sheffield Wednesday. Nie dostałem jednak pozwolenia na pracę, a wcześniej w Liverpoolu jako kadrowiczowi załatwiono by ten dokument.

To nie jest tak, że na gole Polaków w Hiszpanii i Włoszech nie czekaliśmy długo. Bo czekaliśmy. W Hiszpanii konkretnie 86 016 godzin, czyli 3584 dni, czyli 512 tygodni, czyli 9 lat, 9 miesięcy i 23 dni.

14 grudnia 1997: Gijon – Salamanca 1:1, Cezary Kucharski (gol od 1:29);

Cezary Kucharski, Sporting Gijon

8 października 2007: Racing Santander – Real Valladoid 2:0, Euzebiusz Smolarek (poniżej też inne gola dla Racingu i… słupek w meczu z Realem),


Euzebiusz Smolarek strzela w słupek w meczu Real Madryt – Racing przez numer10

W Serie A dziesięć lat też nie stuknęło, ale też było blisko.

8 marca 1998: Brescia – Lecce 3:2, Marek Koźmiński (foto).

13 maja 2007: Palermo – Ascoli 2:3, Radosław Matusiak (foto)


Radosław Matusiak – gol w meczu Ascoli – Palermo przez numer10

Pamiętajmy też, że Kamil Glik w zeszłym sezonie strzelił gola Lazio.

Z ciągnących się latami – jak w polskich sądach – spraw nasi kibice dłużej niż na polskiego gola w Premier League musieli czekać chyba tylko na… gola kadry na Wembley. Od Domarskiego do Citki minęły 23 lata. Anglia, cholera jasna!

 B.

Na profilu Numer 10 na FB lubimy podyskutować o wyższości derbów Poznania w okręgówce nad meczami modern football. Można polubić


Derby Poznania bez Lecha i Warty, z Okońskim i osiedlowymi kibicami

Już w pierwszej kolejce klasy okręgowej Poznań Wschód – akurat tuż przy stacji Poznań Wschód – doszło do piłkarskich derbów Poznania na najwyższym możliwym (w tym momencie) ligowym szczeblu – szóstym szczeblu rozgrywek w Wielkopolsce. Niestety nie było mnie na stadionie Polonii przy ul. Harcerskiej, więc muszę się posłużyć relacją (bez korekty) ze strony zwycięzców, TPS Winogrady:

Jedyną  bramkę strzelił w 20 min. debiutujący w naszej drużynie Jacek Jereszyński z rzutu wolnego. (…) Mecz toczył się w ogromnym upale co nie przeszkadzało naszym zawodnikom dominować na boisku. Gospodarze próbowali fizycznie zniwelować naszą przewagę techniczną ale nie pozwoliło to stworzyć zagrożenia pod  bramką naszej młodej drużyny (10- ciu młodzieżowców w meczu). Jedynym atutem Polonii była tz. gra na aferę, którą znakomicie rozbijali wyróżniający się w dniu dzisiejszym Krzysztof Adamczak oraz Mateusz Walczyk. W końcówce meczu flustracja gospodarzy zakończyła się na dwóch czerwonych kartkach.

Obiekt Polonii mam zamiar w końcu odwiedzić, mam nadzieję, że jeszcze w tej rundzie. Nie znaczy to jednak, że derbów Poznania w takim składzie nie miałem jeszcze zaszczytu obserwować. Otóż miałem. Zamiast udać się na pochód pierwszomajowy, w ramach rozgrzewki przed mundialem 2010 w RPA, obejrzałem baty, jakie TPS sprawił Polonii. Skończyło się 8:0, stopień wyżej niż Portugalia – Korea Północna. Pamiętam, że tubylcy wspominali z rozrzewnieniem czasy, gdy bramki klubu z Winograd bronili Sławomir Janicki i Paweł Linka (o Bartoszu Bereszyńskim nie mówili). Ale to wszystko nic w porównaniu z moim ubiegłorocznym wypadem na Wichrowe Wzgórze, z którym potem wtargnąłem na całą stronę. Piękne czasy.

TPS Winogrady - Polonia Poznań

Jeszcze w sezonie 1994/1995 Poznań miał trzy kluby piłkarskie w ekstraklasie, a więc sześć meczów derbowych na najwyższym szczeblu. W Olimpii piłki nie kopie się już w ogóle, bo sekcja piłkarska upadła. Numerem dwa w mieście jest Warta, która jednak od tamtej pory nie wróciła do najwyższej ligi. Został w niej numer jeden – Lech. Bój o miano trzeciego klubu w mieście (rezerw Lecha nie liczymy) po upadku piłki na Golęcinie toczą TPS Winogrady i Polonia Poznań. Ciekawi mnie, czy wśród kibiców obu drużyn są nie tylko rodziny i znajomi w większości młodych piłkarzy, więc wybieram się na bezpośredni pojedynek TPS – Polonia.

Przedzieram się między blokami na osiedlu Wichrowe Wzgórze. Tu na boisku obok szkoły, nieopodal kościoła, swoje mecze gra zespół z Winograd. Na wale ziemnym z kilkudziesięcioma krzesełkami, służącym jako trybuna, ludzie stoją w grupkach. Pamiętam legendy, które krążą o hardości ludzi z Głównej, skąd pochodzi Polonia. Sądzę więc, że dwóch postawnych młodzianów z bliznami na twarzy, które wskazują, iż podczas utarczek nie salwują się ucieczką, sympatyzuje właśnie z nią. Dalej mijam panów po pięćdziesiątce, głośno dyskutujących i klepiących się po plecach, którzy zza pazuchy popijają z brązowych puszek piwo Kumpel Mocny. Tego typu grup po tej stronie boiska jest jeszcze kilka. W przerwie próbuję zagajać, ale zdawkowe odpowiedzi sugerują mi, bym poszukał dyskutantów gdzie indziej. W końcu przez furtkę w narożniku ogrodzenia, którędy na boisko wracają też piłkarze obu zespołów, przechodzi dwóch kibiców. Młodszy pomaga iść starszemu, którego wygląd wskazuje, że pamięta jeszcze czasy II wojny światowej. Podchodzę do nich i pytam.

TPS Winogrady - Polonia Poznań

Przepraszam bardzo, jaki jest wynik po pierwszej połowie?

– TPS prowadzi 2:0.

A komu panowie kibicują?

– Raczej Winogradom, w końcu tu jednak teraz mieszkamy.

Któryś z zawodników jest sąsiadem?

Piotr Kasprzak (syn): Raczej nie, tu są już chyba chłopcy z całego miasta. I pracownicy umysłowi, i z różnych szkół [klub przez wiele lat funkcjonował przy Technikum Przemysłu Spożywczego – przyp. red.].

Eugeniusz Kasprzak (ojciec): Ale założyciel TPS, Marian Rogowski, to był nasz sąsiad. On mieszkał na pierwszym piętrze, a my na trzecim. Zresztą był nie tylko sąsiadem. Kiedyś ze mną pracował. Wie pan, ja robiłem w rzeźni, a on przyprowadzał do niej uczniów z technikum na praktyki.

Teraz prezesem TPS jest były świetny napastnik Andrzej Juskowiak, też go panowie widujecie na meczach?

PK: Więcej tego Mirka Okońskiego, on też tu w pobliżu mieszka, pod dwunastką czy jedenastką. O, jest tam po drugiej stronie, za płotem, po lewej od ławki trenera [na zdjęciu drugi od lewej].

TPS Winogrady - Polonia Poznań, wśród kibiców Mirosław Okoński, legenda Lecha Poznań

Często panowie oglądacie mecze TPS?

PK: Od czasu do czasu. Jak jest ciepło, to częściej.

EK: Syn zagląda tu częściej, ja już tyle nie mogę chodzić. Ale jak byłem młody, to byłem wszędzie! A teraz przyszedłem, bo gra też Polonia, a z nią też czujemy się związani.

(pada gol na 3:0 dla TPS)

To panowie pewnie by woleli, by w tym meczu był remis?

PK: W sumie to obojętne, kto wygra, bo jak człowiek mieszkał i tu i tu, to oba kluby lubi.

EK: Jestem rodowitym poznaniakiem. Mieszkaliśmy zaraz przy boisku Polonii od 1958 roku aż do… w którym się wyprowadziliśmy?

PK: W 1976. 

… Najbardziej pamiętam taki jeden mecz Polonii, z drugą reprezentacją Polski, która szykowała się do meczu z Niemcami. To było chyba w latach 50., może pod koniec [prawdopodobnie chodzi o spotkanie z 1958 r., reprezentacja Polski B zagrała wtedy w Poznaniu z NRD – przyp. red.]. Teodor Anioła w niej wtedy grał i te wszystkie asy. Mam w głowie scenę przy stanie 3:3. Krótko przed przerwą z prawej strony był przerzut na lewą i z woleja huknął… Zapomniałem, jak on się nazywa, chociaż twarz mam przed oczami… No huknął i ta nasza Polonia wygrała 4:3! To była ładna niespodzianka! O, strzelili…

(gol dla Polonii – jest 3:1)

EK: Albo na Grunwald się chodziło. I na Wartę. Tylko Olimpii nie lubiłem.

Z współczesnych piłkarzy kojarzę z Polonią tylko Jacka Dembińskiego, napastnika Lecha i reprezentacji Polski.

PK: Na Głównej grał i Włodzimierz Jakubowski, i Strojny, Wittig w bramce, dwóch Maćkowiaków, bodaj bliźniaki… A Polonia była przecież mistrzem Polski w rugby. Myśmy zaraz obok tego boiska mieszkali.

A kto chodzi na TPS?

PK: Niektórzy to stała ekipa. Jest np. ojciec tego Sławka Janickiego, bramkarza. Ten Sławek poszedł stąd do Lecha, ale tam już za wiele nie mógł zwojować, bo był już ten Kotorowski. Potem poszedł do Turku, nawet chyba „jedenastkę” na Warcie obronił. A potem w Gorzowie miał kontuzję. Tam więcej ten żużel finansowali niż tę piłkę i klub padł.

(gol TPS na 4:1, swoją czwartą bramkę w meczu strzela Patryk Nowak)

Tylko za dużo nam go w Poznaniu nie zostało.

EK: No nie, nie. Ja tam tego Lecha popieram, bo to jednak pierwsza liga.

PK: Ale też już dawno nie byliśmy… Jak jeszcze grali tak o godzinie 11, w niedzielę, to się chodziło. Teraz to już za późno grają, o 20…

EK: Ja już tak nie mogę chodzić za dużo, tutaj na boisko to czasem przyjdę. A na tych meczach też czasem się te rozróby zdarzają. Pamiętam, jak Lech pojechał do Warszawy na Legię. Gość, który ze mną pracował, wrócił z podbitym okiem. Ja wiem, że może tych rozrób było więcej kiedyś, już dawno. Ale, kurde, przypadkowo można zawsze dostać.

A na Wartę panowie zaglądali?

EK: Pamiętam, że byłem na Warcie… tak ostatnio… chyba jak zrobili stadion na Dolnej Wildzie. Wtedy od czasu do czasu chodziłem. Kiedy to mogło być? No, jeszcze byłem kawalerem, czyli miałem jakieś 25 lat. A teraz mam 84, proszę pana. Już grubo ponad 50 lat minęło.

(gol na 4:2)

Ja w tym roku miałem 4:52.

– Tyle pan miał? No to ja miałem, panie, te swoje wyniki, jak już byłem po pięćdziesiątce, he, he. Najpierw puszczali maraton za miastem, gdzie nie było kibiców. Jak zrobili trasę bliżej centrum, to się przez to potknąłem i spadłem na kolana. Ledwo mogłem wstać, a biegać to w ogóle. To było na 20. km, syn dogonił mnie dopiero na 30. A ja z budowy wziąłem dechę, złamałem ją, wziąłem pod rękę i tak szedłem te 20 km. Chcieli mnie ściągnąć z trasy, ale się nie zgodziłem. I jeszcze nie byłem ostatni! Miałem pięć godzin i trochę. Przed maratonem sobie biegałem do Biedruska i z powrotem…

(gol na 4:3 – takim wynikiem kończy się mecz, TPS pokonuje Polonię)

4:3 dla Polonii to dobry wynik?

PK: No, fajny mecz, siedem goli. Warto było przyjść.

Jasne!

EK: Chociaż, można powiedzieć, że Kulej był dwa razy mistrzem olimpijskim, ale Pietrzykowski był jedenaście razy mistrzem Polski i cztery razy mistrzem Europy. Nokautował Węgra Pappa, mistrza olimpijskiego i Europy. Jeszcze w kawalerskich czasach był mecz bokserski Polska – Niemcy na targach. Nie można się tam było dostać, bo było za mało biletów. Z kolegami żeśmy stali od Głogowskiej na tych oknach u góry. Tak długo, aż nas milicja przepędziła.

Pracował też ze mną na warsztacie w rzeźni taki Mocny. Zapaśnik, w półciężkiej. Tak jak się nazywał, taki był. W 1956 roku na turnieju w Czechosłowacji przegrał w finale z 6 – czy 7-krotnym mistrzem świata. On mnie zawsze mówił, że ma za słaby mostek. Ale panie! Silny był jak koń! Jak myśmy na haku ciągnęli jedną skrzynię, to on sam potrafił dwie albo trzy! Kiedyś mieliśmy dobry sport, a teraz nie wiem, co się z nim dzieje. Nie wiem, czy za mało finansują, czy nie ma tego narybku. A mnie nic mi innego nie pozostało, jak tylko się sportem interesować… 

PZU kpi z Grzegorza Rasiaka. Jak polscy kibice szydzą z piłkarzy

Grzegorz Rasiak

Grzegorz Rasiak – pomimo upływu tylu lat! – nadal jest obiektem internetowych żartów.

Tym razem z napastnika dworuje sobie PZU na stronie mocnopomocni, o czym dowiedziałem się z profilu Weszło, który udostępnił jeden z obrazków na swoim serwisie-córce. Oto ten obrazek, przedstawiający tok dochodzenia do odpowiedzi w zabawo-quizie typu ”Kogo masz na myśli?”.

Skoro już wszyscy, nawet PZU, są w tak świetnych nastrojach, nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić do lektury tekstu, którego główna myśl została zawarta w notce na tym blogu już jakiś czas temu.

Nie ma drugiego polskiego sportowca, który był tak wyszydzany jak Grzegorz Rasiak. Przesadnie, bo piłkarz, który wrócił właśnie do Warty Poznań, grał i wygrywał z najlepszymi zespołami na świecie.

Kibicom najprościej ocenia się bramkarzy i napastników. Bramkarz wpuści gola – jest kiepski, nie wpuści – jest OK. Napastnik strzeli gola – jest dobry, nie strzeli – jest patałachem. Dominuje biegunowe, zero-jedynkowe podejście. Przypadek Grzegorza Rasiaka jest jednak szczególny.

Wpisuję ”Rasiak” w Google, w zakładce do wyszukiwania grafik w internecie. Pierwszy, czyli ”najsilniejszy” wynik, to fotomontaż: głowa piłkarza doklejona jest do gołego torsu faceta, który pod swoją pachę kieruje nie dezodorant, lecz „Pronto”, środek do pielęgnacji drewna.

Drugi w kolejności obrazek to przerobiony plakat akcji „Pełnosprawni w pracy”. „Czy wiesz, co możesz zyskać, zatrudniając osoby niepełnosprawne?” – widać hasło, a obok zdjęcie Grzegorza Rasiaka w stroju reprezentacji Polski oraz trenera Pawła Janasa, który wystawiał go do gry. Normalne zdjęcia z meczów w wyszukiwarce wyskakują dopiero na następnych miejscach. A przecież od największej eskalacji szyderstw pod adresem piłkarza minęło jakieś siedem lat!

Poznański napastnik strzelił 50 goli w polskiej ekstraklasie, do tego dołożył 72 podczas gry w Anglii. To dużo, nawet bardzo. Dla całej rzeszy osób jest jednak „drewniakiem”, stanowi synonim boiskowego łamagi, na którego temat powstała cała litania dowcipów (w większości umiarkowanie wysokich lotów). Jak do tego doszło?

Nigdy nie będziesz Brazylijczykiem…

W wielu krajach – Polska nie jest pod tym względem wyjątkowa – normą na piłkarskich stadionach jest obrażanie piłkarzy przeciwnych drużyn. Wiadomo, że są fani klubów, którzy nie cierpią się skrajnie (jak choćby Lech Poznań i Legia Warszawa czy krakowska Wisła z Cracovią), wtedy też i zawodnikom podczas meczów obrywa się szczególnie. Ci z grubsza wiedzą, jakiego przyjęcia mogą się spodziewać w Szczecinie, jakiego we Wrocławiu, a jakiego w Lubinie.

Czasem zdarza się, że bluzgający ze wszystkich krańców Polski obierają sobie za cel konkretnego gracza. Doświadczył tego Radosław Majdan, były bramkarz Pogoni Szczecin, Wisły Kraków i Polonii Warszawa. Od czasu, gdy związał się z piosenkarką Dorotą Rabczewską, czyli Dodą, niemal podczas każdego wyjazdowego spotkania swojej drużyny musiał wysłuchiwać wulgarnych i chamskich uwag pod jej i swoim adresem. Po rozstaniu z celebrytką Majdan pozostawał w telewizyjnych show, więc kibice intonowali: – Ch… z wynikami, wygramy ”Taniec z gwiazdami”!

Bramkarze mają o tyle gorzej od pozostałych piłkarzy, że nie biegają po całym boisku, a tylko parę metrów między słupkami, a to właśnie za bramkami najczęściej ulokowane są sektory najgłośniejszych, najbardziej fanatycznych kibiców (tam są najtańsze bilety), którzy wiedzą, jak wywierać presję i wyprowadzać z równowagi.

Dla osób, które nie bywają na stadionach, szokiem może być fakt, że fani potrafią odegrać koncert drwin w kierunku piłkarza… swojej drużyny. W zeszłym sezonie, gdy atakujący Wisły Kraków śrubował swój rekord kolejnych meczów bez strzelonego gola, kibice krzyczeli ”Daniel Sikorski, najlepszy napastnik Polski!” i przekonywali, że klub nie potrzebuje Leo Messiego, bo ma Sikorskiego.

Z kolei przed Euro 2008, gdy bywalcy stadionów protestowali przeciw grze w narodowej reprezentacji Brazylijczyka z polskim paszportem, wywieszając transparenty „Roger – nigdy nie będziesz Polakiem”, fani Legii Warszawa zadrwili z napastnika swojej drużyny hasłem „Grzelak – nigdy nie będziesz Brazylijczykiem”.

Pytanie, czy większą dywersję wobec swojej drużyny uprawiają źle grający piłkarze, czy szydzący z nich fani, pozostaje otwarte.

Co myślą o nim? Że jest w dechę

Mało który piłkarz potrafi odciąć się od tego, co się o nim mówi i pisze, nielicznym udaje się podejść do tego z dystansem. Piłkarz Lecha Poznań Łukasz Trałka, jeszcze grając w Polonii Warszawa, został obśmiany w internecie za swoje zachowanie w jednym z meczów: pozwolił rywalowi się ograć, a potem – na leżąco – patrzył bezradnie na traconego gola. Czytelnicy serwisu Weszło.com nie mieli litości. Zdjęcie leżącego gracza było przedmiotem mnóstwa fotomontaży. Trałka leżał więc na latającym dywanie, na księżycu czy wśród tłumu wędrującego na rewolucję. Piłkarz do sprawy podszedł z klasą – autora swojej ulubionej pracy nagrodził.

Przypadek Grzegorza Rasiaka łączy powyższe historie: Majdana powszechnie obrażanego na stadionach, piłkarzy wyszydzanych przez fanów swoich zespołów i ofiar internetowego ”hejterstwa”. To bowiem w sieci królowały dowcipy o Rasiaku-drewniaku oraz przeróbka piosenki Skaldów ”Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał” – ze słowami: ”Ktoś mnie powołał, świat nagle zawirował, bo nie chcą bym kopał z ‚Na dobre i na złe’. Dziś w ‚Nie do wiary’ pokazywali, że ktoś powołał mnie…”.

Sam napastnik podchodzi już do sprawy z uśmiechem. Zanim wrócił do Poznania z Gdańska, gdzie przez jeden sezon grał w Lechii, mówił w TVP: – Docinki są wliczone w grę w piłkę. Każdy woli być klepany po plecach i chwalony, obrażanie to nie jest nic miłego. Sam za bardzo się tym nie przejmuję, bardziej przejmują się bliskie mi osoby. Rodzinę i przyjaciół bolało to bardziej niż mnie. Jak usłyszę dobry kawał o sobie, to chętnie się pośmieję, ale jak ktoś mnie obraża, to nie mamy o czym rozmawiać.

Niedawno w sieci pojawiło się też nagranie, na którym Grzegorz Rasiak siedzi na ławce rezerwowych i przed kamerą czyta dowcipy na temat tego, jakim jest „drewniakiem”:

– ”Co myślą o Rasiaku koledzy z boiska? Co myślą? Że jest w dechę” – czyta, a skinienie głową można odczytać jako znak, że dowcip nie jest najgorszy.

– ”Dlaczego Rasiak strzela tyle bramek głową? Bo to chłop jak dąb”. No tak: 1,92 m robi swoje – dopowiada.

– ”Czy to prawda, że Rasiak nie czyta książek? Nieprawda, czyta, i to od deski do deski”. A tak szczerze: czytam wiele książek – z tego żartu piłkarz może być wręcz zadowolony.

– ”Co gryzie Grzegorza Rasiaka? Korniki”. To jest dobre – uśmiecha się.

– ”Do Rasiaka przyszedł Mikołaj, rozdał wszystkim w domu prezenty i rozmawia z Rasiakiem. – Oj, widzę, że nie cieszysz się z tego zwierzątka, które ci podarowałem. – Bo ja chciałem pieska albo kotka. – Niestety, dla innych dzieci też zabrakło. – Ale ja się boję tego… bobra” – koniec odczytu, uniesiona brew i mina Grzegorza Rasiaka wyrażają lekką dezaprobatę.

Ograł Liverpool, grał z Arsenalem i Chelsea

Polscy piłkarze takie etykietki jak ”talent” czy ”młody, zdolny” noszą dłużej niż rówieśnicy w innych krajach Europy, gdzie nastolatków na boisku traktuje się tak samo jak dorosłych. Podejście części naszych trenerów, ale też kibiców, jest takie, że nawet dwudziestokilkuletni zawodnik ”jeszcze będzie miał czas, by odgrywać ważną rolę w zespole”. Grzegorz Rasiak był więc traktowany jako przyszłość futbolu nad Wisłą nawet wtedy, gdy miał 24 lata i strzelał gole w reprezentacji Polski, a razem z Groclinem Dyskobolią z małego Grodziska Wlkp. eliminował z europejskich pucharów takie wielkie zachodnie firmy, jak Hertha Berlin i Manchester City. Dopiero po tych meczach jakby ktoś przestawił wajchę z oczekiwaniami i wymaganiami – z zaniżonych na zawyżone. Można też stwierdzić, że od tego momentu Rasiak strzelał gole i grał dobrze, ale nie wtedy, gdy zostałoby to najbardziej docenione.

W angielskiej Premier League zaliczył epizody w takich klubach jak Tottenham Hotspur i Bolton Wanderers. Rasiakowi nie udało się strzelić gola w tych rozgrywkach (tak jak innym Polakom od niemal… 21 lat!), choć był tego naprawdę blisko. Po pierwsze: w debiucie przeciw słynnemu Liverpoolowi skierował piłkę do bramki, ale sędzia nie uznał gola, ku zaskoczeniu obu drużyn. Innym razem Polak pokonał znakomitego Holendra Edwina van der Sara z Fulham, ale nie w spotkaniu ligowym, lecz pucharowym. A takie gole statystycy i kibice traktują trochę mniej prestiżowo.

Poza tym napastnik zdobywał w Anglii bramki – i to całe mnóstwo – ale szczebel rozgrywek niżej od Premier League. Tych w Polsce kibic masowy nie oglądał.

Nie oglądał też starć zawodnika ze wspomnianym Liverpoolem (w sumie aż czterech, z czego jeden był zwycięski), a także z Arsenalem, Chelsea i Manchesterem City. Mało który polski piłkarz w ostatnich latach wystąpił tyle razy przeciw najlepszym drużynom świata. To wszystko dla przeciętnego kibica-szydercy nie miało znaczenia. Liczyło się kilka słabszych występów piłkarza w reprezentacji Polski, jak ten przeciwko Anglii, gdy faktycznie zaprezentował się słabiutko. Kompilacja boiskowych błędów Rasiaka ma na YouTube 2,72 mln wyświetleń. Kompilacja udanych zagrań – a pięknych goli też strzelił sporo – ponad dziesięć razy mniej.

Ktoś uzna, że nie umiał zaprezentować swoich umiejętności we właściwym momencie. Ktoś inny, że to pech. Bo gdy w narodowej kadrze wyszedł mu przepiękny strzał zakończony golem, to rywalem akurat były Wyspy Owcze.

Gdy był w wysokiej formie i został uznany za najlepszego zawodnika turnieju, to była impreza towarzyska na Ukrainie, a nie mecz o punkty. Gdy Polska zagrała najlepszy mecz ostatniego ćwierćwiecza i pokonała Portugalię, to ludzie bardziej niż podanie przy golu Smolarka zapamiętali Rasiakowi zmarnowaną okazję do podwyższenia prowadzenia.

Dla Warty Poznań, która spadła na trzeci szczebel rozgrywek, Grzegorz Rasiak powinien być zbawieniem. – Na treningach wyskakuje piętro wyżej od pozostałych zawodników – mówi jeden z pracowników klubu. W ”Ogródku” przy Drodze Dębińskiej stałe miejsce ma loża szyderców jak w „Muppetach”, składająca się w większości z osób w wieku 50+. Jeśli ona doceni piłkarza, to znaczy, że naprawdę jest znów u siebie.

W pierwszym oficjalnym meczu po powrocie do ”Zielonych” w Sosnowcu strzelił ładnego gola. Następnego dołożył w spotkaniu ligowym Warty z Nielbą w Wągrowcu. Poznaniacy po trzech kolejkach są liderami.

Poznaniak ze Szczecina i kibic Lecha, w którym nigdy nie zagrał

Grzegorz Rasiak urodził się na początku 1979 r. w Szczecinie, ale już w wieku czterech lat razem z rodzicami przeniósł się do Poznania. – Czuję się poznaniakiem, zawsze się nim czułem. Zawsze też kibicowałem Lechowi, ale nigdy w nim nie zagrałem. Była taka szansa raz, rok przed końcem mojego kontraktu w Grodzisku, ale życie potoczyło się inaczej – mówi dziś 34-letni napastnik.

W dzieciństwie mieszkał na Piątkowie, na os. Bolesława Chrobrego, gdzie całymi popołudniami kopał piłkę razem z kolegami.

Z komentarzy pod tekstem na poznan.gazeta.pl:

”w dzieciństwie byłem jednym z kolegów Grzegorza z bloku obok. Faktycznie było tak, że na naszym udeptanym boisku (teraz jest w tym miejscu parking) był on, potem przepaść i cała reszta daleko daleko po nim. To były lata 80-te i chyba tylko Grzegorz miał ‚korki’. Reszta grała w zwykłych butach. Bywało, że bywałem z nim w jednej drużynie, wtedy rzecz jasna wygrywałem :)) Stare czasy… fajnie było… Potwierdzam – był wtedy jak z innej planety i pamiętam, że chodził właśnie do 13-tki”.

Treningi pod okiem trenera rozpoczął w czwartej klasie podstawówki w Olimpii, bo na Golęcin było mu najbliżej. Gwardyjski klub nie cieszył się wielką popularnością wśród poznańskich kibiców, szczególną kuźnią talentów też nie był (choć w tym samym czasie co Rasiak ćwiczyli obecny bramkarz Lecha Krzysztof Kotorowski i późniejszy reprezentant kraju Mirosław Szymkowiak), ale mały Grześ długo musiał być namawiany na zmianę zespołu. Już wtedy rozniosła się fama, że oto w Poznaniu rośnie niezły piłkarz. Rasiak trafił do „trzynastki”, najbardziej znanej w mieście szkoły sportowej, z niej do szkółki piłkarskiej w Szamotułach, aż w końcu do Warty, do której teraz wraca po prawie 15 latach.

B.

CIEKAWOSTKI I ZDJĘCIA, KTÓRYCH SAMI SIĘ BOIMY. POLUB PROFIL NUMER 10 NA FB


Co gryzie Andraża Kirma?

Lisbon Story a mecz, którego nie było

Szturmowanie Leśnodorskim, szturmowanie Kotorowskim, czyli nic nowego pod (polskim) słońcem

Można żyć bez Ligi Mistrzów. W naszym pięknym kraju nad Wisłą pomieszkujemy przecież sobie bez niej już dobre niemal 17 lat. Można by śmiało rzec, iż dorasta nowe pokolenie, które udział polskiego zespołu w Champions League zna jedynie z mglistych opowieści sączonych przez geruzję zimowymi wieczorami przy kominku. Mimo to, wciąż na nowo, nieco odurzeni wakacyjnymi upałami na krótką chwilę reanimujemy nasze niepoprawne, złudne kibicowskie nadzieje, że może jednak tym razem jakimś cudem się uda. Czasem zdeptane zostają one bardzo szybko i jeszcze bardziej brutalnie, a czasem tlą się nawet jeszcze na 3 minuty przed upragnionym progiem klubowego eldorado, jak bywało dwukrotnie w przypadku krakowskiej Wisły (w 2005 oraz 2011 roku, gdy bramki rozwiewające nadzieje mistrzów Polski padały w 87 minucie meczu). Niejednokrotnie rzeczywiście brakowało szczęścia (jak w pamiętnym ateńskim spotkaniu, w którym sędzia nie uznał prawidłowo zdobytej dla krakowian bramki Marka Penksy). Tylko, że szczęściu, by nieszczęsnym zajechać truizmem, wypada niestety choć trochę pomagać. W tym jednak cały jest ambaras, iż polskie kluby pomagać mu wybitnie nie mają ochoty.

Do znudzenia będę to przypominał. By zagrać w Champions League w zespół trzeba naprawdę solidnie zainwestować. Gdy Legia Pawła Janasa udanie forsowała upragnione bramy Ligi Mistrzów miała naprawdę bardzo mocny zespół. Zespół wzmocniony przed eliminacyjnymi pojedynkami ze szwedzkim IFK Goeteborg takimi graczami, jak Wieszczycki, Kucharski, Staniek czy Kubica. Widzew Franciszka Smudy przeżył istny najazd świetnych graczy do klubowej szatni nim stanął w szranki do pamiętnych bojów z duńskim Broendby (Szczęsny, Wojtala, Michalski, Majak, Dembiński). Jednym słowem – było kim grać, po prostu było kim awansować.

 

Smutne jest to, że od wielu już lat polityka transferowa naszych klubów, które wywalczyły sobie prawo gry w europejskich pucharach wygląda na swoisty polski sabotaż międzynarodowych rozgrywek. To paradoks trudny do ogarnięcia zdrowym rozumem. W Ekstraklasie niby wszyscy walczą o górne miejsca w tabeli, by móc zagrać w europejskich pucharach, po czym gdy już ów cel osiągną i przychodzi im stanąć w szranki z resztą stawki w międzynarodowym klubowym towarzystwie to, jak to eufemistycznie ujął jeden z rodzimych trenerów – ‘bardziej koncentrują się na naszej lidze’. Nie chcę się powtarzać, bo o zadziwiającym i irytującym zjawisku polskiego ‘szturmowania’ bram Ligi Mistrzów pisałem w poprzednich latach już dwukrotnie, w kontekście zarówno Wisły, jak i Lecha.

http://numer10.blox.pl/2009/08/Udalo-sie-Chlopcy-od-Cupiala-wreszcie-w-Lidze.html

http://numer10.blox.pl/2010/07/Szturmowanie-Ligi-Mistrzow-Zapis-choroby.html

A schemat właściwie od kilkunastu sezonów pozostaje niezmienny, więc nazwy zespołów nie grają tu najistotniejszej roli. Nazywając jednak rzecz po imieniu – w polskich klubach szykujących się do podboju piłkarskiej Europy panuje głęboko zakorzeniona tendencja do nie wzmacniania zespołu. Raczej oddaje się najlepszych graczy, aniżeli ich zatrzymuje. Mało kto dziś o tym pamięta, ale gdy 18 lat temu Legia szykowała się do bojów o Champions League, na zgrupowaniu w ciepłych krajach pokonała towarzysko mocny Besiktas 3:0. Turcy byli tak zachwyceni grą naszego reprezentacyjnego obrońcy Jacka Zielińskiego, że brali go w ciemno za spore pieniądze. Zieliński pozostał jednak w Warszawie, bo chciał tego zarówno on sam, jak i ówczesny zarząd stołecznego klubu, rzeczywiście pragnący budować drużynę i rzeczywiście wierzący w szansę na sukces. Jeden ze znanych i poczytnych dziennikarzy wyśmiał wówczas ‘frajerstwo’ z Łazienkowskiej, które miało sprawić, że Legia i tak odpadnie ze Szwedami, a przy okazji jeszcze pozbawi się godziwego grosza, sam Zieliński zaś zaprzepaści możliwość gry w naprawdę niezłym, bogatym zespole. Zieliński jednak został, a Legia awansowała, bo w ten awans po prostu uwierzono w warszawskim klubie i robiono wszystko, by w jego osiągnięciu sobie dopomóc. Jeszcze tylko Widzewowi udało się sezon później podążyć ścieżką wyznaczoną sukcesem Legii. Potem było już tylko gorzej. 10 lat temu krakowska Wisła, mając naprawdę świetny, niemal gotowy zespół i spore szanse na awans do CL postanowiła rozbroić drużynę z dwóch bezcennych jej filarów: Kosowskiego i Kuźby. Lech natomiast szykował się przed trzema laty do bojów ze Spartą Praga sprzedając Roberta Lewandowskiego, a sprowadzając w jego miejsce emerytowanego Wichniarka i chaotycznego Tshibambę. Transfer Rudnevsa owszem dograno, ale już po praskiej herbacie, czyli dopiero na Ligę Europy (Łotysz, już przeciwko Juve ustrzelił hat-tricka), gdy czarno na białym było widać, że nie ma kto dla poznaniaków strzelać goli.

Szczególnie żal tych naszych nieszczęsnych podejść pod Ligę Mistrzów w kilku minionych sezonach, gdy po reformie Platniego polskie kluby nie muszą się już mierzyć z Barceloną czy Realem. Levadia, Sparta, Apoel, Helsingborg to zespoły, które w ostatnich latach zagradzały naszym piłkarzom drogę do Champions League. Ględzenie o tym, że nie stać nas, ani piłkarsko, ani ekonomicznie na powołanie do życia zespołu, który mógłby się przedrzeć do Ligi Mistrzów odkładam na regał z tanimi bajkami. Nikt mnie nie przekona, że nie można zbudować w naszym kraju zespołu choćby na miarę BATE Borysow, które swą trwającą od wielu już sezonów (choć przerwaną tego lata, zapewne jedynie na chwilę) pucharową epopeją zawstydza nasz klubowy futbol.

Czekamy dalej na cud, na fuksa, na cokolwiek. Teraz przyszła więc pora na Legię. Legię, która kierowana geniuszem sternika Leśnodorskiego zdążyła już obnażyć swą niemoc i bezradność w siermiężnym dwumeczu z topornymi Walijczykami. Wywiozła też kapitalny, bramkowy remis z zespołem zajmującym 12 miejsce w tabeli ligi norweskiej, prezentując się niemal katastrofalnie. Na dobrą sprawę mistrzowie Polski nie zagrali jeszcze żadnego w miarę przyzwoitego meczu w tegorocznej edycji europejskich pucharów. Z taką grą absolutnie nie mają czego szukać w decydujących bataliach o Champions League. Basel, Celtic, Pilzno czy Steaua wydają się być w tej chwili bezwzględnie mocniejsze od Legii (wydaje się, że jakiekolwiek poważniejsze szanse mieliby mistrzowie Polski jedynie w konfrontacji z Dinamem Zagrzeb). Liga Europy jest niby na wyciągnięcie ręki, ale tym, którzy poczuli się uspokojeni zwodniczym i bądźmy szczerzy do bólu – absolutnie niezasłużonym remisem z Molde, chciałbym powiedzieć, że to Norwegowie wciąż są faworytem dwumeczu z Legią, bo to oni po prostu lepiej grają w piłkę. Można oczywiście upajać się kolejnymi, wysokimi zwycięstwami mistrzów Polski w naszym ligowym grajdołku. Tylko, że o sile Ekstraklasy przekonaliśmy się dobitnie po raz kolejny, choćby podczas zeszłorocznych popisów naszych zespołów w rozgrywkach pod egidą UEFA. Póki co, na tle rywali z europejskiej średniej przecież półki, mistrz Polski wciąż wygląda blado. A wygląda tak również dlatego, że włodarze warszawskiego klubu zdecydowali się powielić błędy dobrze sprawdzone przez inne polskie zespoły w ich nieudanych podejściach pod Ligę Mistrzów. Trudno bowiem uznać, że zespół Legii doznał przed tak ważnymi dla niego bataliami znaczących wzmocnień. Czy Dosa Junior jest obrońcą lepszym od Żewłakowa, od Jędrzejczyka? Czy Helio Pinto, który jest niezłym graczem, rzeczywiście wzmocnił tę formację, która najbardziej takiego wzmocnienia potrzebowała? Leśnodorski pozbył się z klubu swego najlepszego zawodnika, pewnie jedynego, który potrafił w pojedynkę rozstrzygnąć o losach meczu. Danijela Ljuboi nie ma już w Legii, ale czy sprowadzono na jego miejsce równie markowego, znakomitego, gotowego do gry na najwyższym poziomie od zaraz, napastnika? Ojamaa rzeczywiście zapowiada się na ciekawego gracza, ale on nie stanie się w kilka tygodni dla przedniej formacji Legii tym, kim był przez ostatnie dwa lata Ljuboja. Dwaliszwili i Saganowski są wartościowymi, pożytecznymi zawodnikami, ale z całym i szacunkiem, i sympatią dla nich, nie są to piłkarze formatu Ljuboi. Jeśli pozbywamy się z zespołu napastnika tej klasy, należy tę stratę co najmniej zrekompensować równie świetnym graczem, a biorąc po uwagę szczególny kontekst wagi najbliższych tygodni, spróbować wzmocnić atak napastnikiem naprawdę znakomitym i bramkostrzelnym. Nic z tych rzeczy. W końcu mamy do czynienia z polskim szturmowaniem Ligi Mistrzów. Przed najważniejszymi bataliami o najwyższe cele Leśnodorski osłabia siłę rażenia swego zespołu i zapewne nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. O stanie jego futbolowej świadomości najlepiej świadczy bowiem sposób w jaki pozwolił sobie podsumować trenerską wartość Franciszka Smudy. Owszem, wszyscy jesteśmy zawiedzeni zeszłorocznym Euro, wszyscy wiemy, że Smuda nie jest ani przesadnie błyskotliwym, ani też specjalnie elokwentnym człowiekiem, lecz ocenianie go wyłącznie przez pryzmat jego pracy z narodową reprezentacją świadczy nie najlepiej o prezesie Legii. Życzę mu zatem, by zarządzany przez niego klub zagrał kiedykolwiek, choćby przez chwilę, choćby namiastkę tego, co drużyny prowadzone przez Smudę w europejskich pucharach. By Legia Leśnodorskiego, zagrała taki dwumecz z Borussią Dortmund jak Widzew, by zagrała tak z Barceloną jak niegdyś Wisła, by wygrała z Interem, by rozgromiła w takim stylu Trabzonspor lub Grashoppers, by zaprezentowała taki futbol, jak poznański Lech w bojach z Nancy, La Coruną czy Udinese. Na razie bowiem mamy jedną wielką żenadę w tegorocznej pucharowej przygodzie Legii. Czekamy więc na rewanż z Molde pełni obaw, tym bardziej, że w pamięci natrętnie majaczy niezbyt szczęśliwa ręka trenera Urbana w pucharowych zmaganiach. Szczególnie tych przeciwko Skandynawom. Pragnę bowiem przypomnieć, że już kiedyś Legia Jana Urbana przywiozła cenny remis 1:1 ze Skandynawii. W Warszawie z Broendby było jednak 2:2 i to rywale cieszyli się z awansu. O zeszłorocznym, przegranym dwumeczu z Rosenborgiem również pamiętamy bardzo dobrze.

Lech szturmuje w tym roku nieco mniej efektowne bramy aniżeli Legia, bo tylko Ligę Europy. Ale szturmuje jak zawsze z przytupem, czyli z niezastąpionym Kotorowskim w roli głównej. Jeśli Lech gra w pucharach, to Kotorowski w bramce być musi, inaczej UEFA mogłaby nawet zdyskwalifikować poznański zespół, nie mogąc go należycie zidentyfikować. A Kotorowski to taki znak rozpoznawczy, taki nieformalny, żywy herb Kolejorza. Jest Kotorowski w bramce, więc wiadomo, że to Lech, można zatem grać. I tu znowu. Nie mam nic do Kotorowskiego, sprawia wrażenie sympatycznego człowieka, ale nie jest to bramkarz dla drużyny, która pragnie walczyć o poważne cele w poważnych międzynarodowych rozgrywkach. Wydawało się, że w Poznaniu zrozumiano to już wiele lat temu, a jednak temat powraca wciąż na nowo. Śmiać tu się, czy płakać, do końca nie wiadomo, po prostu z bezsilności opadają ręce. Myślałem, że ktoś przetnie, tłumaczył popularny Kotor, po farfoclu jakiego dopuścił się niedawno w meczu z Cracovią. W Wilnie niestety też nikt nie przeciął. Oby w najbliższy czwartek znalazł się w barwach Kolejorza jakiś sprawny przecinak, bo może być krucho.

Żal mi nieco trenera Rumaka. To ponoć wartościowy człowiek, a musi teraz zmierzyć się z całym światem, który nagle się przebudził i z niepokojem stwierdził, że coś tu w tym zespole nie funkcjonuje jak należy, i że właściwie to ten Lech gra słabo. A przecież Lech nie grał dobrze już od bardzo dawna. Nie funkcjonował właściwie w przygniatającej większości spośród swych najważniejszych meczów z najsilniejszymi rywalami. Z AIK, z Legią, ze Śląskiem, więc nie ma się specjalnie co dziwować, że i teraz z Żalgirisem nie wyszło. Choć daleki jestem od wieszczenia klęski w rewanżu na Bułgarskiej (pamiętajmy, że kilkanaście lat temu Ruch również przegrał w Wilnie, by potem rozbić w pył Żalgiris na Śląsku), to jednak z szacunkiem podchodzę do ambitnego zespołu szlifowanego od jakiegoś czasu przez Marka Zuba. Grają oni naprawdę świadomy, poukładany, nieprzypadkowy futbol i mogą Kolejorzowi napsuć niebawem sporo krwi. Łatwo z pewnością nie będzie.

Mamy też i Śląsk, o którym piszę na końcu, bo niespodziewanie postanowił wyłamać się z obowiązującego schematu polskiego zespołu grającego w pucharach. Przyznam szczerze, że wielokrotnie przecierałem oczy ze zdumienia, obserwując fantastyczny występ wrocławian przeciwko faworyzowanej Bruggii. Czyli jednak jest to możliwe, można wzmocnić zespół na puchary (szkoda oczywiście, że dopiero teraz, a nie na zeszłoroczne starcia o Champions League), można zagrać ambitnie, błyskotliwie i zrobić psikusa naprawdę mocnej drużynie. Teoretycznie, pomimo wspaniałej gry i zwycięstwa w pierwszym spotkaniu, awans Śląska wciąż pozostaje dalekim marzeniem, którego realizacja kosztować będzie na boisku mnóstwo wysiłku i potu, ale nawet jeśli się nie uda, tym jednym meczem wrocławianie już udowodnili, że warto budować drużynę, że warto pokazać się z dobrej strony na Starym Kontynencie, że warto zainwestować w emocje i radość polskich kibiców. Bo ligową młóckę z Podbeskidziem czy Jagiellonią niedługo niewielu będzie pamiętać, a wielkimi pucharowymi występami polskich drużyn na europejskiej arenie żyją nieraz przez lata całe pokolenia naszych kibiców.

R.

Brudny Haris

Bośniak Haris Handzic (ur. 1990) to jeden z najgorszych transferów Kolejorza ostatnich lat.

Zawodnik sprowadzony do Lecha wiosną 2009 roku przez Franciszka Smudę szybko okazał się kompletnie nieporadnym, nieskoordynowanym i kompletnie powolnym pseudonapastnikiem. Przez rok wystąpił tylko w jednym meczu ekstraklasy, do tego dorzucił mecze w europejskich pucharach, Pucharze Polski i Ekstraklasy oraz popisy z młodzieżowcami (wśród których i tak nie błyszczał). Tylko współobecność Chorwata Gordana Golika i Słowaka Jana Zapotoki w zespole Lecha sprawiła, że publiczność ostrze swojej szydery nie wymierzała wyłącznie w kierunki Handzica.

W końcu jednak władze klubu postanowiły ulżyć wszystkim w cierpieniach i w sierpniu 2010 roku Bośniak wrócił do ojczyzny. Przez 2 lata grał w FK Sarajewo (30 meczów – 5 goli), pół roku w Velezie Mostar (6-0) i sezon 2012/2013 w zespole FK Rudar Prijedor (26-7). Te ostatnie rozgrywki Rudar zakończył na 10. miejscu również dzięki trafieniom Handzica.

Gole uzbierane w bośniackiej Premier Lidze okazały się wystarczające do kolejnego zagranicznego transferu. Oto bowiem od lipca Handzic występuje w klubie ze stolicy… Liechtensteinu – FC Vaduz.

Vaduz występuje obecnie na zapleczu szwajcarskiej ekstraklasy, a w minionym sezonie wywalczył w niej 9. miejsce. W tych rozgrywkach ma się bić o awans.

Szwajcario, Liechtensteinie, uważajcie. Będziecie bić pokłony. Takiego snajpera jeszcze nie widzieliście. Przynajmniej tak można sądzić po obejrzeniu poniższego filmiku.

Innego końca świata nie będzie.

P.

Baczyński, kiepski piłkarz

Bohdan Tomaszewski w jednym z wywiadów (niestety nie mogę go w tej chwili nigdzie znaleźć), że w okresie okupacji niemieckiej w jego warszawskim bloku na ul. Hołówki 3 mieszkał jeden nietypowy chłopak. Nietypowy, bo nie lubił on grać w piłkę. Na boisku pojawiał się tylko przymuszony, w ostateczności, dopiero wtedy, gdy zabrakło nóg do którejś z drużyn. Jego dziwność potęgowało także to, że nie tylko nad futbol przedkładał czytanie, ale także to, że sam pisał wiersze. W efekcie traktowano go trochę jak odludka i dziwaka.

Tym niespełnionym futbolistą jest Krzysztof Kamil Baczyński.

 

Zginął on podczas Powstania Warszawskiego, 4 sierpnia 1944 roku, czyli dokładnie 69 lat temu. Zastrzelił go niemiecki snajper w Pałacu Blanka. Kilka tygodni później życie straciła jego żona, Barbara Drapczyńska.

Dramat Baczyńskiego i jego całego pokolenia polega m.in. na tym, że nie mieli oni żadnego wyboru. Nie dane im było zdecydować czy chcą zostać piłkarzami, ślusarzami, naukowcami czy poetami. Podczas powstania demokratycznie tracili życie młodzi ludzie bez względu na swoje zainteresowania. Byli wśród nich literaci, byli także piłkarze, jak choćby ówcześni zawodnicy Polonii Warszawa – Ludwik Skrzypek i Aleksander „Przybysz” Justynowicz.

Baczyński o tym wszystkim wiedział, wyczuwał fatalizm sytuacji, w której nic nie zależy od człowieka, od jego chęci i decyzji. Wiedział, że „i tak stanie”.

I tak staniemy na wozach, czołgach,
na samolotach, na rumowisku,
gdzie po nas wąż się ciszy przeczołga,
gdzie zimny potop omyje nas,
nie wiedząc: stoi czy płynie czas.
Jak obce miasta z głębin kopane,
popielejące ludzkie pokłady na wznak leżące, stojące wzwyż,
nie wiedząc, czy my karty iliady
rzeźbione ogniem w błyszczącym złocie,
czy nam postawią, z litości chociaż,
nad grobem krzyż.

Gdyby Baczyński przeżył powstanie na pewno miałby okazję pójść na jakiś mecz. Z kolegami. Albo z żoną, w ramach niedzielnej rozrywki. Jeżeli tylko miałby ochotę. Mógłby być bardzo szczęśliwy.

P.

Lux-torpeda

Piękny dzień będą mieli dziś wszyscy kibice futbolu w Luksemburgu. Tamtejszy klub FC Differdange 03 wystąpi bowiem w III rundzie eliminacji Ligi Europy. Wszystko dzięki temu, że tydzień wcześniej, po sensacyjnym dwumeczu, Luksemburczycy wykopali za burtę międzynarodowych rozgrywek holenderski FC Utrecht!

W spotkaniu u siebie Luksemburczycy wygrali 2:1. W dramatycznym rewanżu rozgrywanym w Holandii padł natomiast remis 3:3, mimo że Holendrzy wygrywali już 3:1! Gole dla Holendrów tutaj, tutaj i tutaj, dwie bramki dla Luksów poniżej:

 

Bohaterem dwumeczu został Marokańczyk Omar Er Rafik, który strzelił dla FCD03 w sumie trzy gole. Kolejnym, po albańskim FC Laci i Utrechcie, zespołem w pucharowym kalendarzu Luksemburczyków jest wpisane właśnie na dziś norweskie Tromso. Kto wie, co się może wydarzyć.

Sukcesy FCD03 dają okazję by przypomnieć inne spektakularne europejskie awanse ekip z tego najmniejszego państwa Beneluksu.

Samo Differdange ma na swoim koncie jeden ciekawy szlak podboju. Dwa sezony temu, w II rundzie LE wyeliminował on Levadię Tallin (0:0 i 1:0), później co prawda zebrał baty od greckiego Olympiakosu Volou (0:3 i 0:3), ale Grecy zostali zdyskwalifikowani za korupcję, by w IV rundzie zmierzyć się z samym PSG (0:4 i 0:2). Rok później FCD03 wyeliminowało natomiast islandzkie NSI Runavik, by potem polec z KAA Gent.

Mistrzem awansów poza boiskiem jest FC Avenir Bergen. W 1974/1975 w ramach PZP kryzys na Cyprze wyeliminował Enosis Paralimni, natomiast wprowadzenie nieuprawnionego zawodnika sprawiło, że Szwedzi z Orebro sami wyeliminowali się z Pucharu UEFA 1995/1996. Własnymi nogami Luksemburczycy wykopali tylko Farerów z B36 Tornshavn (PZP 1992/1993).

Cztery razy swój pucharowy dwumecz zwyciężał także F91 Dudelange. Zespół kojarzony w Polsce głównie za sprawą Tomasza Gruszczyńskiego miewał także swoje piękne dni. W eliminacjach LM 2005/2006 Luksemburczycy wyeliminowali po dramatycznych zawodach niespodziewanie Bośniaków z Zrijnski Mostar (0:1 i… 4:0 po dogrywce!). W kolejnej rundzie zostali jednak usieczeni przez Rapid Wiedeń (1:6 i 2:3). W sezonie 2011/2012 F91 odprawił Santa Coloma z Andory (2:0 i 2:0), by potem odpaść ze słoweńskim Mariborem (1:3 i 0:2). Wreszcie sezon najpiękniejszy – el. LM 2012/2013. I runda – S.P. Tre Penne z San Marino (7:0 i 4:0). II runda – Red Bull Salzburg na łopatkach (1:0 i 3:4)!

 

W III rundzie zaporą nie do przejścia okazał się znowu Maribor (0:1 i 1:4).

Najbardziej doświadczoną pucharowo ekipą z Luksemburga jest jednak Jeunesse Esch. To jedyny zespół, który osiągnął drugą rundę eliminacji Pucharu Europy. W sezonie 1959-1960 boleśnie przekonał się o tym… ŁKS! Ówczesny mistrz Polski kompletnie skompromitował się w dwumeczu – na wyjeździe przegrał 0:5 (!!!!), by u siebie wygrać tylko 2:1. W kolejnej rundzie jednak miejsce w szeregu wskazał Luksemburczykom sam Real Madryt (0:7 i 2:5), późniejszy triumfator rozgrywek. W sezonie 1963/1964 wziętą w eliminacjach przeszkodą było fińskie Haka. Skandynawowie u siebie spokojnie wygrali 4:1, by w rewanżu sensacyjnie przegrać aż 4:0. W kolejnej rundzie JE wygrało nawet pierwszy mecz z Partizanem Belgrad (2:1), ale w Jugosławii zebrało już srogi oklep (2:6).

Kolejny raz sprawdza się więc twierdzenie, że w Europie nie ma już kelnerów, a na pewno nie są nimi Luksemburczycy.

P.

UWAGA! Spoko, jeżeli nie interesują Was najbardziej ezoteryczne ciekawostki futbolowe, to wcale nie musicie lubić facebookowego profilu bloga.