(Skromny) Import królów trwa

Polską ekstraklasę, dokładniej – Zawiszę Bydgoszcz, zasilił kolejny zagraniczny król strzelców. Portugalczyk Bernardo Vasconcelos w swojej długiej (ma już 34 lata) i ciekawej karierze (grał w Portugalii, Holandii, w Izraelu i na Cyprze) uzbierał sporo goli, ale dopiero 18 trafień, które zaliczył w sezonie 2012/2013 dla Alki Larnaka dały mu koronę najlepszego snajpera – króla strzelców ligi cypryjskiej.

Przy tej okazji uświadomiłem sobie, że tekst na temat importowanych królów strzelców w naszej lidze, który popełniłem 2,5 roku temu, stał się już mocno nieaktualny. W tak zwanym międzyczasie nasze krajowe rozgrywki zasiliło bowiem kilku nowych zawodników, którzy po plecakach chowają strzeleckie korony.

Największym wydarzeniem był transfer dwukrotnego (2008 i 2009) króla strzelców ligi greckiej – Argentyńczyka Ismaela Blanco.

 

Blanco spędził w AEK Ateny cztery lata i – ten drugi, co tu ze mną bloguje, miał tego naoczne dowody – w stolicy Grecji był prawdziwym idolem. Jego gole wiodły ligowego średniaka na podium ekstraklasy (dwa wicemistrzostwa) i po krajowy puchar (2011). Gdy jesienią 2011 roku opuszczał zespół na rzecz meksykańskiego San Luis FC tłumy kibiców płakały. Meksykańska przygoda okazała się jednak niewypałem i wiosną 2012 roku, dość niespodziewanie i w ostatniej chwili okienka transferowego, Blanco zasilił Legię Warszawę. Nadzieje były ogromne, ale były król strzelców był cieniem samego siebie. Snuł się po boisku ociężały i zaliczył tylko sześć ligowych ogonów. Z Warszawy trafił do 2. Bundesligi do TSV Monachium (13 meczów bez gola!), dziś dogorywa w argentyńskim CA Lanus.

Nie mniejszym wydarzeniem był transfer do Wisły Kraków króla strzelców ligi serbskiej sezonu 2010/2011 i zarazem jej mistrza oraz zdobywcy krajowego pucharu – Ivicy Iliewa.

Iliew to było wówczas głośne nazwisko – reprezentant Serbii, uczestnik Ligi Mistrzów z Partizanem, piłkarz z doświadczeniem w Serie A, Bundeslidze i lidze greckiej. Nadzieje były więc wielkie… Serb spędził pod Wawelem dwa lata i dziś trzeba już przyznać, że zawiódł. Na pewno nie okazał się pomyłką w stylu Blanco, ale jakoś nie potrafił wpasować się w drużynę. Nawet gdy błyszczał indywidualnymi umiejętnościami, to niezbyt wiele z tego wynikało. Daleki jestem także od tego, aby oceniać go wyłącznie przez pryzmat strzelanych goli (nigdy nie był klasycznym napastnikiem), ale cztery trafienia na dwa lata to trochę mało. Jeżeli do tego dodać wysoki kontrakt, to okazuje się, że Biała Gwiazda grubo przestrzeliła. Po ostatnim sezonie odszedł z Wisły i jak na razie nie ma nowego klubu.

Najskromniejszy w tym gronie jest Deivydas Matulevicius. Litwin jako 20-latek trafił do Odry Wodzisław. Tam przez dwa lata grywał ogony, ale chwilami dawał próbki sporego talentu. To tej przygodzie wrócił na rok do ojczyzny i… został królem strzelców ligi litewskiej 2011 w barwach Żalgirisu Wilno.

 

Być może dzięki temu otrzymał po raz kolejny szansę nad Wisłą – w czasie pożogi ściągnęła go do siebie dołująca Cracovia. W spadających wówczas z ekstraklasy Pasach panował wtedy jednak wielki bałagan. Litwin prawie nic nie grał i po sezonie przeszedł do zespołu rumuńskiej ekstraklasy – Pandurii Targu Jiu. Tam radzi sobie świetnie – w poprzednich rozgrywkach zdobył 10 goli.

W formie ciekawostki należy pamiętać także, że były napastnik Śląska Wrocław Johan Voskamp to król strzelców holenderskiej Eerste Divisie w sezonie 2010/2011.

Fajnie, że naszą ligę zasilają kolejni goleadorzy z tytułami królewskimi. Szkoda tylko, że tak rzadko się w niej sprawdzają.

P.

Pamiętacie o blogowym facebooku? Jak nie, to pamiętajcie. Nie pożałujecie.

Złoty Puchar zabrany w drodze do Rio

Gold Cup 2013 już za nami. Wiemy, że przez najbliższe dwa lata tytuł najlepszej ekipy strefy CONCACAF dumnie dzierżyć będą Amerykanie.

Trudno powiedzieć, że takie rozstrzygnięcie jest w jakiś sposób szokujące. W końcu tylko raz zdarzyło się, że Gold Cup wygrał ktoś spoza dwójki USA – Meksyk (była to Kanada w 2000 roku). Jednocześnie triumf dla USA pozostaje o tyle ważny, że stanowi potwierdzenie właściwego kierunku zarządzania reprezentacją, który obrał nowy trener Jurgen Klinsmann. Można oczywiście gderać, że turniej rozgrywany u siebie (prawda), że Meksyk wysłał drugi skład (prawda), że konkurencja w tym roku wyjątkowo kiepska (prawda). Mimo wszystko zwycięstwo w turnieju to jednak zawsze spore wyzwanie i rzadko udaje się to drużynom z przypadku. Amerykanom się udało i chwała im za to.

Jeszcze kilka słów o gwiazdach i gwiazdkach turnieju. MVP turnieju został świetnie wszystkim znany Landon Donovan. Amerykanin strzelił 5 goli (zdobył Złoty But), sporo asystował i był mózgiem ekipy spod gwieździstego sztandaru. 31-letni Donovan podczas turnieju przekroczył próg 150 meczów w kadrze stając się zarazem jednym z najbardziej doświadczonych reprezentantów na świecie. I znowu nie byłoby w tym pewnie nic dziwnego, gdyby nie to, że kilka miesięcy przed turniejem… zniknął! Kapitan USA zmagał się z depresją, przerwał grę w piłkę i zaszył się nie wiadomo gdzie. Wrócił dopiero po czterech miesiącach i okazało się, że przerwa dobrze mu zrobiła.

Innym reprezentantem USA, który błyszczał na Gold Cup 2013 i również wywalczył Złoty But dla najlepszego strzelca jest Chris Wondolowski. To kolejny zawodnik, który nie wyskoczył z pudełka. Wondolowski to dwukrotny król strzelców MLS (2010 i 2012) i najlepszy zawodnik ligi ostatniego sezonu. W kadrze występuje już dwa lata, ale przedtem na niego specjalnie nie stawiano. Na Gold Cup 2013 pokazał, że jest rasowym goleadorem, którego głównym atutem pozostaje gra głową. Na jego niekorzyść natomiast działa wiek. Zawodnik, którego dziadek pochodzi z Warszawy, ma już na karku 30 lat – trochę dużo jak na kadrowego świeżaka.

W zwycięskiej drużynie podobał mi się także Brek Shea (pisałem o nim tutaj, wielki talent) i mikry Joe Corona, a niespodzianką (raczej pozytywną) w bramce Jankesów był dość starawy już Nick Rimando z Realu Salt Lake City.

Najlepszym bramkarzem turnieju został uznany golkiper Panamy – Jaime Penedo. Dla bramkarza Kanałowców to miłe wyróżnienie, bo występuje on już w kadrze od dekady. Ostoją defensywy srebrnych medalistów był zabójczo solidny kapitan Roman Torres, który został bohaterem półfinału z Meksykiem.

Poza tym w reprezentacji Panamy dobrze radził sobie także ofensywny duet rutyniarz Blas Perez i młody Gabriel Torres (trzeci z królów strzelców). Temu pierwszemu już nie w głowie chyba wielkie transfery, ale Torres może zapragnąć zamienić ekwadorski Zamora FC na coś ciekawszego.

W bezbarwnym Hondurasie błysnął 20-latek z Anderlechtu – Andy Najar.

Fajne wrażenie za to zrobił młody skład Meksyku. Z „10” na plecach błyszczał w nim Marco Fabian (1.70 m, świetny technik). Może już pora na transfer do Europy?

W ataku przyjemnie dla oka wspierał go Raul Jimenez. Inni? O Rodolfo Zelayi pisałem już tutaj. Strachem napawała składająca się z dryblasów reprezentacja Trynidadu i Tobago, z atakiem w postaci wielkich rastamanów Kenwyne Jonesa i Keona Daniela.

Największym przegranym turnieju jest zdecydowanie skompromitowana Kanada, a pomimo wysokich zwycięstw w grupie blado wypadła też Kostaryka.

Gold Cup 2013 wygrała najlepsza drużyna turnieju. Kolejny test czeka Amerykanów za rok w Brazylii. Ciekawe czy Klinsmann będzie w stanie poprowadzić ich po medal mundialu.

P.

Piękne przewrotki śląskich beniaminków w pucharach. Piast i zaginione wideo z Odry

Marcin Robak (Piast Gliwice) po strzeleniu gola przewrotką z Karabachem Agdam

Szkoda, strasznie szkoda, że Piast Gliwice nie wyeliminował azerskiego Karabachu Agdam. Szkoda też, że Śląsk Wrocław w głupi sposób pozbawił się kompletu punktów za tę rundę do rankingu UEFA. Że te liczby po przecinku nie mają znaczenia? Powiedzcie to Wiśle Kraków, która miała być rozstawiona w eliminacjach Ligi Mistrzów albo wicemistrzowi Polski, który też miał w nich grać.

Piast zaprezentował się przyzwoicie, wstydu nie przyniósł, natomiast – umówmy się – smutne to dla polskich kibiców czasy, w których odpadnięcie z klubem z Azerbejdżanu wstydu już nie robi. Śląski beniaminek w europejskich pucharach żegna się pięknym golem Marcina Robaka,

 

który to przypomniał mi o innym śląskim debiutancie w pucharach.

To już szesnaście lat (prawie co do dnia) od meczów Odra Wodzisław – Pobeda Vitaminka Prilep. O rewanżowym wyjeździe do Macedonii szeroko na swoim blogu pisał Paweł Czado. Tam Odra przegrała – tak jak Piast w Baku – 1:2. Najpierw jednak wodzisławianie urządzili gościom na swoim obiekcie (kilkanaście dni wcześniej zalanym podczas powodzi) srogie lanie. I tu znów pojawia się śląska przewrotka, ale – uwaga – nie chodzi o strzał zakończony golem, ale o asystę. Sławomir Paluch pięknie do Jacka Polaka i jest 1:0. Sam Paluch podwyższył na 2:0, aż w końcu wynik na 3:0 ustalił szczególnie bliski sercom i metrykom autorów tego bloga Mariusz Nosal – o którym niestety słuch zaginął.

Nasze pojemne jak szafa Lesiaka archiwa akurat dysponują unikatowym skrótem z tego spotkania.


Odra Wodzisław Śląski – Pobeda Prilep 3:0 (23.07.1997) przez numer10

Odra Wodzisław – Pobeda Vitaminka Prilep 3:0 (1:0)

Bramki: Polak (34.), Paluch (48.), Nosal (68.).

Odra: Kłoda – Staniek, Brzoza, Skorupa, Sowisz – Sibik, Wieczorek (78. Pluta), Zagórski (68. Bałuszyński), Polak – Wosz (63. Nosal), Paluch. 

Przypomnijmy, że zanim Odra zagrała w Pucharze UEFA, wystartowała w… Pucharze Intertoto. W klubie nikt nie spodziewał się awansu do „normalnych” pucharów, więc już udział w pucharze lata traktowano jako wielką szansę i promocję. Start w Intertoto Odra zaczęła od porażki 2:4 z Rapidem Bukareszt u siebie (było już 0:4; gole Przemysław Pluta i Paweł Sibik), potem były baty w Lyonie (2:5, dwa razy Krzysztof Zagórski), po nich… tygodniowe wczasy całego zespołu w Nicei, dalej bezbramkowy remis z Żiliną w Jastrzębiu (podczas powodzi w Wodzisławiu) i na deser niesamowite zlanie Austrii w Wiedniu, 5:1 po hattricku Zagórskiego i golach Wieczorka i Sowisza.

Zdjęcie Sowisza w japońskim Kyoto Purple Sanga, a także sporą część powyższych informacji można znaleźć w monografii Odry, o której w jednym z następnych wpisów.

B.

UWAGA! Blogowy facebook wciąż szuka swoich fanów. Na nim jeszcze więcej eksplozji neurotycznych ciekawostek i niesamowitych historii.

PS Dwie zagadki, bez nagród.

1) Jaki kolor miały stroje Odry podczas meczu w Macedonii?

2) Skąd pochodzi skrót wodzisławskiego spotkania z Pobedą?

PS 2

Mecz Lecha z Honką Espoo został odbębniony, święte prawo poznańskiego zespołu, że wygrał specjalnie się nie przemęczając. Natomiast nie dziwię się osobom, które były rozczarowane, bo zapłaciły 40-50 zł za bilety na tego typu sparing. Na takie mecze klub powinien dać dwa razy niższe ceny.

Kryzys, czyli wszystkiemu winny Gresko

Jednym z moich ulubionych sposobów wyjaśniania obecnego kryzysu gospodarczego na przykładzie piłki, to wskazywanie palcem na kolorowe lata 1998-2006 i kwoty, które kluby czołowych lig europejskich (nie jacyś dorobkiewicze z obrzeży kontynentu) płaciły za piłkarzy. Do dziś w pierwszej dziesiątce najdroższych zawodników utrzymuje się Zinedine Zidane (za 73,5 mln do Realu w 2001 roku; 2 miejsce w rankingu), Figo (do Realu za 60 mln euro w 2000 roku; 5 m.) i Hernan Crespo (do Lazio za 55 mln w 2000 roku; 9 m.), a zaraz za nią mieszczą się Gianluigi Buffon (do Juve za 54,2 mln w 2001 roku; 11 m.), Gaizka Mendieta (za 48 mln do Lazio w 2001 roku; 12 m.), Rio Ferdinand (za 46 mln do Manchesteru w 2002 roku; 14 m.), Andrij Szewczenko (za 46 mln do Chelsea w 2006 roku; 15 m.), Christian Vieri (za 45 mln do Interu w 2000 roku; 16 m.) i Ronaldo (za 45 mln do Realu w 2002 roku; 17 m.). Takie bajońskie sumy płacone za zawodników, którzy nawet grając kapitalnie nie mieli możliwości się spłacić, a zwykle byli kompletnymi niewypałami (Mendieta albo Szewczenko) napompowały bańki, które prędzej czy później musiały eksplodować.

To jednak tylko jeden życiodajny zastrzyk dla inkubującego się potwora pod nazwą „kryzys”. Drugi, być może nawet ważniejszy, to masa krytyczna przedziwnych transferów, w których bardzo przeciętni zawodnicy zostali przehandlowani za astronomiczne kwoty, które nijak miały się do ich umiejętności. Dla mnie patronem takich ruchów jest obchodzący dziś właśnie 36. urodziny Vratislav Gresko.

O przyszłym na świat w 1977 roku w małym słowackim miasteczku Tajov defensorze pewnie nikt by dzisiaj już nie pamiętał, gdyby nie jego niezwykła kariera klubowa. Gresko swoje pierwsze futbolowe kroki stawiał w Dukli Bańska Bystrzyca, a w wieku 20 lat przeniósł się do Interu Bratysława. Dwa lata dobrej gry w stołecznym klubie zaowocowało dość niespodziewanym transferem do Bayeru Leverkusen!

W Bundeslidze Słowak przez 1,5 roku rozegrał tylko 15 meczów, do tego dorzucił jeszcze 5 w Lidze Mistrzów. W tym czasie rozpoczął także swoją reprezentacyjną karierę. Te, trzeba przyznać, dość wątłe osiągnięcia wystarczyły jednak, aby w październiku 2000 roku Gresko przeniósł się do Interu Mediolan za niemal 5 mln euro! (sic!). Wielu fanów przecierało oczy ze zdumienia, ale włoscy bossowie właśnie taką kwotę postanowili wysupłać z kieszeni. Jako lewy obrońca Słowak spędził w Mediolanie niemal dwa lata obok takich tuzów jak Ronaldo czy Vieri. Jego szczytowym osiągnięciem tego okresu jest piękny gol strzelony w ćwierćfinale Pucharu UEFA z AEK Ateny.

Zakończenie pięknego snu Gresko i zarazem bolesna deziluzja włodarzy klubu przyszły podczas ostatniej kolejki sezonu 2001/2002. Inter mający wtedy jeszcze szanse na mistrzostwo przegrał na wyjeździe z Lazio (4:2) grzebiąc zarazem marzenie o scudetto (zajął 3. miejsce). Czarnym bohaterem spotkania okazał się właśnie Słowak, który asystował przy drugiej bramce Poborskiego.

Po tym spotkaniu spadła na niego fala krytyki i było jasne, że dla reprezentanta Słowacji nie ma już przyszłości w Interze. Po zakończeniu rozgrywek szybko wymieniono go na Matiasa Almeydę z Parmy. Od tego czasu rozpoczęło się bujanie Greski. Pół roku spędził w Parmie (5 meczów), cztery lata w Blackburn (40 meczów), rok w Norymbergii (15 meczów), rok w Bayerze Leverkusen (21 meczów), a od 2011 roku występuje w drugoligowym słowackim zespole ZP SPORT Podbrezova. Tam wreszcie jest kapitanem i liderem (przynajmniej był nim w sezonie 2011/2012).

Personalnie nie mam nic przeciwko Gresce, ale dla mnie stanowi on właśnie symbol alternatywnej ekonomii uprawianej przez wiele (większość) klubów na przełomie wieków. Właśnie tworzenie takich spekulacyjnych baniek – w tym przypadku dotyczących cen zawodników – doprowadziło do zapaści wielu instytucji funkcjonujących w obrębie rynku finansowego. Ktoś powie – zawodnik kosztuje tyle, ile ktoś za niego zapłaci. OK. Ktoś inny doda, że nie warto się czepiać, bo to przecież prywatne pieniądze klubów. OK. Tylko to wszystko razem pospinane jest z równie nadętym i niewydolnym systemem bankowym i prowadzi do znanych nam świetnie i bolesnych zarazem konsekwencji.

A poza tym to wszystko jest zwyczajnie głupie, bo kto widział, żeby szanujący się klub wykładał pięć baniek za bardzo przeciętnego kopacza.

P.

UWAGA! Blogowy facebook wciąż szuka swoich fanów. Na nim jeszcze więcej eksplozji neurotycznych ciekawostek i niesamowitych historii.

Dudu Suomi-Machine

Ciekawie złożyło się, że dziś Lech Poznań mierzy się w europejskich pucharach z fińskim zespołem FC Honka, a także dzisiaj swoje urodziny (28) świętuje zawodnik występujący nie tak dawno w FC Honka oraz w Wiśle Kraków. Tym kimś jest Nigeryjczyk Dudu Omagbemi.

 

Czytelnicy bloga czytali już o nim tutaj kilkukrotnie. Dudu zanim trafił do Polski (2007) przez pół dekady występował w Indiach, zdobywając tam tytuł króla strzelców (2005) i uwielbienie trybun.

Gdy ważyły się losy jego transferu do Wisły to w gazetach przedstawiał się jako Goal-Machine i opowiadał jak to będzie dziurawić siatki w ekstraklasie. Faktycznie wejście miał mocne, bo już w swoim debiucie strzelił ładną bramkę Polonii Bytom.

Potem już jednak było coraz gorzej i Nigeryjczyk głównie okupował ławkę rezerwowych. W sumie rozegrał tylko 9 meczów, ale medal mistrzowski (2008) otrzymał.

Z Krakowa przeniósł się na Węgry do zespołu Debreczyn VSC.

W Debreczynie spędził rok, zdobywając przy okazji… dwa tytuły mistrzowskie (2009, 2010). Wiosną 2009 roku jego gole walnie przyczyniły się do zdobycia czempionatu (11 meczów i 4 gole), ale jesienią 2009 był już tylko figurantem. Ba, z Debreczynem awansował nawet do Ligi Mistrzów, ale nie zagrał w niej ani sekundy. Wiosną 2010 roku trafił do Kecskemeti TE, ale ruch ten okazał się kompletną pomyłką.

Dudu odżył dopiero po transferze do mroźnej Finlandii. Jesienią 2010 roku w 10 meczach dla Kuopionu Palloseura strzelił aż 8 goli, dorzucając się do sensacyjnego wicemistrzostwa.

Szybko poszła fama, że Dudu to dobry grajek. Wtedy ściągnął go do siebie właśnie klub FC Honka.

Nigeryjczyk spędził w nim 1,5 roku z bilansem 41 meczów i 10 goli. W tym czasie klub zajął 4. miejsce na koniec 2011 roku i przeciętnie radził sobie w kolejnym sezonie. Nie udała się także próba podboju Ligi Europy, gdzie w II rundzie Finów wyeliminował szwedzki BK Hacken (choć w I rundzie Honka wyeliminowała estońskie Nomme Kalju, a Dudu strzelił gola). Pocieszeniem był za to triumf w Pucharze Finlandii i Pucharze Ligi.

Ciemnoskóry napastnik wrócił więc jesienią 2012 roku do Kuopionu, gdzie występuje do dzisiaj. Nie wiedzie mu się jednak najlepiej. Przez rok zagrał w 30 meczach, ale zdobył tylko 4 gole. Kiepsko, a latek przecież nie ubywa.

Być może więc to obecność Dudu, a nie Tima Vayrynena, w ataku Honki byłaby dziś lepsza dla Kolejorza.

P.

Mały kubański raj

Mały wielki gol padł podczas Gold Cup 2013. Gol, który wprawił w euforię całą Kubę – mocno umęczony przez brodatych dyktatorów w mundurach kraj.

 

Zanim jednak o konkretach – najpierw krótki wstęp. W turnieju bierze udział 12 drużyn w trzech grupach. Do fazy pucharowej awansują po dwie najlepsze drużyny z każdej grupy oraz dwie najlepsze ekipy z trzecich miejsc. Przed meczem Kuby z Belize mała tabela trzecich miejsc wyglądała tak, że pewny awansu był już Salwador z 4 punktami. O drugą przepustkę rywalizowała Martynika (3 pkt, bilans 2-4, czyli -2). Kuba przed ostatnią kolejką miała na koncie zero punktów i bilans 1-7. Aby więc awansować musiała wygrać przynajmniej czterema bramkami (decyduje większa liczba strzelonych goli).

Jeszcze w 80. minucie potyczki z Belize było jednak tylko 2:0. W 84. minucie na tablicy widniał już wynik 3:0, po tym jak hat-tricka skompletował Ariel Martinez. Gdy wydawało się, że nic już się nie da zrobić, to pod bramkę rywala udał się obrońca Yenier Marquez i… w doliczonym czasie gry wpakował piłkę do siatki! Cała drużyna oraz kubańscy kibice na stadionie oszaleli ze szczęścia.

 

Dla Kuby to wielkie futbolowe wydarzenie. Dopiero po raz drugi w historii Gold Cup (czyli od 1991 roku) udało im się awansować z grupy. Poprzednim razem miało to miejsce w 2003 roku, ale wtedy turniej rządził się innymi prawami (były tylko po 3 drużyny w grupie). Fani futbolu – a nie ma ich aż tylu, co fanów baseballa czy lekkiej atletyki – na tej wyspie liczą, że ich reprezentacja, w całości składająca się z piłkarzy grających w ojczyźnie (!), jeszcze sprawi im trochę radości. Ćwierćfinałowym przeciwnikiem Kuby będzie Panama. Wszystko jest możliwe.

Ewentualnymi sukcesami Kuba mogłaby nawiązać do swoich najpiękniejszych piłkarskich wspomnień – występu na MŚ 1938. W pierwszym etapie tamtego turnieju (rozgrywano wówczas tylko fazę pucharową) Kubańczycy przeszli po powtórzonym meczu Rumunię (3:3 i 2:1).

W ćwierćfinale jednak już boleśnie zderzyli się ze Szwedami (0:8!).

Nigdy więcej Kubańczycy już nie zagrali na mundialu. Czasem przez słabość reprezentacji, a czasem ze względów politycznych (FIFA wykluczyła Kubę z eliminacji do MŚ 1954 i 1970). Teraz nic nie stoi przeszkodzie, żeby tamtejsi futboliści, że ich wyspa jest mocna nie tylko w rumbie i kręceniu cygar.

P.

UWAGA! Wciąż zapraszamy na facebookowy profil Numer 10. Nie znam żadnej osoby, która zaglądałaby tam i była rozczarowana :)

El Salva – Zelaya

Niesamowity koncert jednego aktora mogli zobaczyć kibice podczas meczu Salwador – Haiti (1:0) w ostatniej kolejce fazy grupowej Gold Cup 2013. Aktorem tym był gwiazdor reprezentacji La Selecta – Rodolfo Zelaya.

Ten ofensywny grajek najpierw komicznie nie trafił do pustej bramki, później kapitalnie uderzył zza połowy boiska pechowo trafiając w słupek bramki Haiti, wreszcie z rzutu karnego strzelił w bramkarza Haiti, by chwilę później skutecznie dobić futbolówkę. Zresztą sami zobaczcie.

Zelaya to gracz niesłychanie efektowny – szybki, świetny technicznie i celnie strzelający z dystansu. Dla Salwadoru jest tym, kim dla Szwecji jest Zlatan Ibrahimovic a dla Polski Błaszczykowski albo Lewandowski. Mimo że 3 lipca stuknęło mu dopiero ćwierćwiecze, to dla kadry swojego kraju rozegrał już 36 meczów strzelając 15 goli. Lokuje się obecnie na 6. miejscu w klasyfikacji wszech czasów najlepszych strzelców reprezentacji Salwadoru.

Trwające mistrzostwa kontynentu to dla niego już trzeci Gold Cup w karierze! Zaliczył jeden mecz w 2009 roku, ale na turnieju w 2011 był już prawdziwym asem. Strzelił cztery gole w czterech spotkaniach i to dzięki niemu Salwador dotarł do ćwierćfinału, gdzie pechowo odpadł z Panamą po niesłusznie zaliczonej bramce (o Gold Cup 2011 czytajcie tutaj, tutajtutaj, tutaj i tutaj). A jego trafienie z meczu z Kostaryką (1-1) zostało uznane za jedno z najpiękniejszych w rozgrywkach.

W toczącym się turnieju nasz bohater ma na koncie trzy gole – obok tego z Haiti zapakował jeszcze dwa Trynidadowi i Tobago (2:2).

Ciekawie układa się także kariera klubowa Zelayi. Cały czas związany jest on bowiem z ojczystym Alianza FC. Z niego jednak urządza sobie krótkie – półroczne lub roczne – wypady do innych lig. Przez rok bawił w Meksyku (Club Leon, 2009) i łącznie przez rok w Rosji (Ałanija Władykaukaz – pół roku na zapleczu ekstraklasy okupione fatalną kontuzją i pół roku w ekstraklasie). Obecnie znów możemy go oglądać w Alianzie.

Zelaya, noszący ksywkę Fito, jest w swoim kraju idolem. Jego facebookowy profil liczy ponad 20 tysięcy fanów. Gdzie tylko się nie pojawi, tam spotyka się z uwielbieniem kibiców. Trudno więc dziwić się, że wszyscy liczą, że to za jego właśnie przyczyną Salwador wywalczy – pierwszy w historii! – medal Gold Cup.

P.

UWAGA! Zapraszamy serdecznie na facebookowy profil Numer 10. Tam oprócz artykułów z bloga można znaleźć również tony innych ciekawych materiałów.

Śmierć, Gwinea, Chelsea świata

Kilka dni temu, dokładnie 8 lipca, media przekazały informację o śmierci naturalizowanego reprezentanta Gwinei Równikowej – Claudineya Ramosa, zwanego również Rinconem.

Ramos (ur. 1980) to Brazylijczyk, który w 2012 roku dał się namówić swojemu rodakowi, Gilsonowi Paulo, trenującemu akurat reprezentację Gwinei Równikowej, na występy w tamtejszej reprezentacji. O praktykach stosowanych przez Gwineę w kwestii naturalizacji sporo już pisaliśmy tutaj i tutaj, pisał o tym również Rafał Stec na swoim blogu (tutaj i tutaj).

Ramos nie dał długo się prosić i w październiku 2012 roku – nie mając żadnych (!!!) związków z Gwineą – zadebiutował w nowej kadrze meczem z DR Konga w ramach kwalifikacji MŚ 2014. Po miesiącu dorzucił rewanżowe spotkanie z tym samym zespołem, a wiosną 2013 zagrał jeszcze trzy spotkania eliminacyjne: dwa z Republiką Zielonego Przylądka (4:3 i 1:2) i jedno z Tunezją (1:1). W pierwszym spotkaniu z RZP Ramos strzelił swoją jedyną bramkę dla Gwinei – zwycięską, w 88. minucie meczu.

Przyjazd do Afryki na wiosenne mecze okazał się jednak dla Ramosa tragiczny w skutkach. Piłkarz podczas pobytu na Czarnym Lądzie nabawił się malarii, która dała o sobie znać trzy tygodnie po powrocie do Brazylii. Pomimo hospitalizacji w rodzimym szpitalu zawodnik umarł.

Piszę jednak o tym nie tylko dlatego, żeby pokazać jak fatalne konsekwencje mogą mieć transkontynentalne naturalizacje i podobne im przedziwne ruchy kadrowe niektórych reprezentacji – okazuje się, że w świecie globalnych przepływów to ludzkie ciało i jego właściwości są najmniej odporne na metaforę globalizacji. W całej sprawie zaintrygował mnie bowiem jeszcze jeden wątek.

Przyjrzałem się uważnie reprezentacyjnej jedenastce puszczonej w bój przez hiszpańskiego selekcjonera Andoni Goikoetxea (legenda Athleticu Bilbao, reprezentant Hiszpanii na EURO 1984 i MŚ 1986) w meczu, w którym Ramos strzelił swojego jedynego gola. Otóż nie było w niej ani jednego zawodnika urodzonego w Gwinei Równikowej! Ani jednego! Co zabawniejsze (tragiczniejsze?), aż dziewięciu z nich nie miało żadnych związków z krajem, który reprezentowali. Oto skład GR wraz z pochodzeniem zawodników:

Clementino Danilo – Brazylia
Baba Issaka – Ghana
Rui – Zielony Przylądek (rodzice)/ Hiszpania (miejsce urodzenia)
Fousseny Kamissoko – Wybrzeże Kości Słoniowej
Claudiney Ramos – Brazylia
Judson – Brazylia
Dio – Brazylia
Randy – Hiszpania, ojciec z Gwinei Równikowej, przez wiele lat odmawiał gry dla DR
Lawrence Doé – Liberia
Ricardinho – Brazylia
N´Sue – Hiszpania, ojciec z Gwinei Równikowej, przez 5 lat odmawiał gry dla GR, występy w juniorskich reprezentacjach Hiszpanii; w kadrze występuje… na specjalnym kontrakcie

W poprzednich spotkaniach ekipę przed kompletnym obciachem ratowała garstka zawodników, których z Gwineą łączy coś więcej niż tylko paszport: Fernelly Castillo, Juan Maximo Eyama Ndong, Felipe Ovono albo Diosdado Mbele. W spotkaniu z RZP ich jednak zabrakło i w efekcie na boisku pojawiła się w całości ekipa najemników. Skądinąd całkiem dobrze opłacanych – Brazylijczyk Andre Neles dostał 200 tys.$ za pokwitowanie paszportu oraz 10 tys.$ za każdy występ, a Kolumbijczyk Jimmy Bermudez inkasuje 3 tys.$ za każdy mecz. Jak na warunki afrykańskie – żyć, nie umierać.

Dość powiedzieć, że od 2005 roku i rozpoczęcia futbolowej polityki naturalizacyjnej przez Ruslana Obiang Nsue, prezesa związku futbolowego, a prywatnie syna prezydenta-satrapy Teodoro Obiangy, oraz zakontraktowanego przez niego brazylijskiego selekcjonera Antonio Dumasa, Gwinea naturalizowała… 58 zawodników: 23 Brazylijczyków, 14 Kameruńczyków, 6 Kolumbijczyków, 4 Senegalczyków (w tym występujący kiedyś w Legii Mamadou Balde), 3 Ghanijczyków, 3 Iworyjczyków, 2 Nigeryjczyków, 1 Liberyjczyk i dwóch pół-Hiszpanów. Większość z nich zrobiło to za pieniądze. Ich pełna lista tutaj (podobne praktyki odbywają się w kobiecej reprezentacji GR). Szczególnie głośnym echem odbiło się szybkie naturalizowanie 9 Brazylijczyków po to, aby Gwinea odrobiła straty w rewanżowym meczu z DR Konga (w pierwszym przegrała 0:4) w ramach eliminacji PNA 2013 (nie udało się, GR wygrała tylko 2:1). Trener Konga, Claude Le Puel, nazwał wówczas Gwineę Stanami Zjednoczonymi Piłki. Cyrk na kółkach.

W tym kontekście siłą rzeczy pojawia się znowu pytanie o przyszłość piłki reprezentacyjnej. Skoro bowiem Gwinea, wzorem Chelsea Londyn – która jako pierwsza wystawiła na mecz ligowy jedenastkę składającą się wyłącznie z obcokrajowców (26 grudnia 1999 roku Chelsea – Southampton) – ubiera w swoje koszulki już wyłącznie zawodników zachęconych pieniędzmi lub mirażem gry na międzynarodowej imprezie (np. PNA), to nie ma żadnych przeciwwskazań, aby w niedalekiej przyszłości to samo zrobił Katar, Kirgistan albo Kanada, a w dalszej kolejności choćby Azerbejdżan i… kolejne państwa.

W takim układzie chyba nie byłoby już sensu zastanawiać się nad gospodarzem MŚ 2026 i 2030.

P.

UWAGA! Zapraszamy serdecznie na facebookowy profil Numer 10. Tam oprócz artykułów z bloga można znaleźć również tony innych ciekawych materiałów.

Cebula od Roberta Lewandowskiego

Robert Lewandowski i jego żona - okładki czasopsim Gala i Show

Doczekały się w końcu media plotkarskie prawdziwego kąska z udziałem Roberta Lewandowskiego. Może i strzelenie przez niego czterech goli Realowi Madryt było dla telewizji całodobowych wystarczające (i efektowniejsze od parad Jerzego Dudka), by zgodnie ze swoją nazwą trąbiły o tym przez 24h. Może. Dla wielu odbiorców wiadomości z życia gwiazd nadal to było jednak za mało.

Oni… albo raczej one (to raczej panie są częstszym odbiorcą tzw. gazet śliskich) potrzebowały tematu, nad którym można się pochylić podczas dyskusji u fryzjera czy w minimarkecie. Tematu dalece szerszego od kopania piłki, bliskiego sercom mas przedstawicielek płci pięknej. Tematu – tak właśnie – stawania na ślubnym kobiercu i wielkiego weselicha. Bo to można wtedy i o białej sukni panny młodej, i o garniturze pana młodego, i o kościele, i o gościach, i o zespole, i o weselu, itepe. Wiadomo – to tak jakby w uniesieniu.

Robert Lewandowski wkroczył właśnie ostatecznie nie tylko w świat małżeństwa, ale i w świat celebrytów. Zdaje się w nim odnajdować całkiem nieźle, a nawet jeśli nie sprawia mu to szczególnej frajdy (tego nie wiem), to w imię możliwych zysków gra z głową i np. rzuca głodnym newsów fanom kolejne zdjęcia z podróży poślubnej. Te zyski to choćby przyszłe kontrakty reklamowe (piłkarz właśnie znów został twarzą gry FIFA), być może promowane w mniej żenujący sposób jak ten z Gillette.

Robert Lewandowski jest na najlepszej drodze, by stać się jednym z najbardziej rozpoznawalnych Polaków na świecie. W tym roku nie odwiedzałem jeszcze kurortów naszego wiecznie zimnego Bałtyku, ale zdziwiłbym się, gdyby na straganach pośród mieczów puszczających bańki mydlane, nakręcanych psów grających na mandolinie i niebieskich potworów zmieniających się w okamgnieniu w mandarynkę brakowało podróbek koszulek Lewandowskiego. Na allegro hulają t-shirty z jego zdjęciami (nie sądzę, by piłkarz bądź jego agent czerpali z tego profity), a w centrum Poznania żółta podróba z czarnym numerem 9 i nazwiskiem na plecach wisi dumnie w sklepie na deptaku. Sklepie ze strojami… kąpielowymi.

 Robert Lewandowski - koszulka

(w kwestii zarabiania na nazwisku piłkarza natrafiłem też na zabawną aukcję na allegro – ”Cebula od Roberta Lewandowskiego!” – brzmiał jej tytuł; sprzedawca naprawdę tak się nazywa, więc nadużycia nie ma, natomiast nie sądzę, by zatytułował stronę aukcji ”Cebula od Jana Pawlaka” gdyby takie miał imię i nazwisko)

Kiepska gra – czy jak kto woli kiepska skuteczność – Roberta Lewandowskiego w reprezentacji Polski sprawia, że tzw. kibic sukcesu jeszcze bardziej utożsamia się z golami napastnika dla Borussii Dortmund i jej sukcesami właśnie. Cała reprezentacyjna trójka, z Jakubem Błaszczykowskim i Łukaszem Piszczkiem włącznie, wywindowała zainteresowanie Bundesligą w Polsce na – jak sądzę – niespotykany do tej pory poziom. Na poziom tak wysoki, że Bundesliga właśnie odpaliła polską wersję swojej oficjalnej strony internetowej (tak wyglądają podstrony klubów bliskich sercu Roberta Lewandowskiego – FC Bayern i Borussia Dortmund). Przy obecnym zainteresowaniu niemiecką ekstraklasą, śledzenie w programach Ran na Sat.1 i Bundesliga Pur na DSF dokonań poprzedniej polskiej trójki w Bundeslidze – Andrzeja Juskowiaka, śp. Krzysztofa Nowaka i Waldemara Krygera – można określić za taki vintage jak posiadanie kasety VHS z zapisem swojej komunii.

Zważając na sympatię polskich kibiców do Borussii, a jednocześnie na dbałość Roberta Lewandowskiego (i jego doradców) w budowaniu kariery piłkarsko-celebryckiej, zastanawia mnie bardzo decyzja o odejściu do Bayernu Monachium (skoro już sam Juergen Klopp pogodził się ze stratą swojego najlepszego napastnika po sezonie, to sprawa wydaje mi się ostatecznie przesądzona). Bayern to oczywiście wybitny klub ze znakomitym, a jednocześnie perspektywicznym zespołem i doskonałym trenerem Pepem Guardiolą. To też jednak klub o potężnym elektoracie negatywnym.

Podczas pobytu na terenie dawnego NRD spotkałem gościa – głowę rodziny – który wyniki Bundesligi sprawdzał tylko po to, by dowiedzieć się czy gwiazdorzy Bayernu znów przypadkiem nie przegrali. Nie uważam, by był to odosobniony przypadek niechęci do bogatych Bawarczyków. Również w Polsce grupa Bayern? Nein, danke wydaje mi się większa niż np. antykibiców którejś z angielskich potęg (choć to też może być tylko moje wrażenie).

Anty Bayern

Czy Robert Lewandowski nie boi się częściowej utraty sympatii kibiców w związku z przenosinami do Monachium? Czy naprawdę nie marzy mu się zostanie pierwszym Polakiem, który strzelałby gole dla takich klubów jak FC Barcelona czy Real Madryt? Czy po prostu zakłada, że Bayern jest tylko kolejnym krokiem – wybitnym zespołem w tym samym kraju w którym gra, przez co odpadnie mu kłopot z aklimatyzacją – a na Hiszpanię czy Anglię przyjdzie jeszcze czas?

Wracając jeszcze na moment do cebuli, pamiętacie dialog Osła i Shreka?

– Ogry są… jak cebula!
– Śmierdzą?!
– Tak… nie!
– Bo się od nich płacze?
– Nie!
– Bo jak się zostawi je na słońcu to robią się brązowe i rosną im włoski?
– NIE! Ogry mają WARSTWY! Rozumiesz, ogry mają warstwy – cebula ma warstwy. Ogry mają warstwy.
– Wiesz, nie wszyscy lubią cebulę…

Bayernu też nie wszyscy lubią. Może nawet Robert Lewandowski go specjalnie nie lubi. Ale może uznaje, że trzeba zacisnąć zęby i ubrać jego strój w drodze na piłkarski szczyt. Nawet za cenę łezki uronionej przez część fanów.

B.

Opadający Klonowy Liść

W pierwszym meczu rozpoczynającego się właśnie Gold Cup 2013 (mistrzostwach Ameryki Północnej, Środkowej i Karaibów) Kanada sensacyjnie przegrała z Martyniką. Żeby dodatkowo okrasić tę wypowiedź – przegrała po pięknym golu Fabrice’a Reuperne w doliczonym czasie gry.

Wynik ten oczywiście nie przekreśla Kanadyjczyków z dalszej rywalizacji, ale stanowi on kolejny etap degrengolady soccera z kraju klonowego liścia.

Nie żeby Kanadyjczycy byli kiedyś wybitnymi piłkarzami. Wiadomo, że tam rządzi hokej i inne sporty, którym bliżej raczej do klimatów Stanów Zjednoczonych. Z drugiej jednak strony większość reprezentantów zarabia na chleb w Europie (niektórzy byli nawet całkiem znani – np. Staltieri, bracia De Guzman, Hirschfeld, McKenna, Klukowski) a od 2007 roku kanadyjskie kluby grają w MLS. Tymczasem reprezentacja dołuje na potęgę.

Przypomnijmy – Kanada zagrała jeszcze na MŚ 1986.

Co prawda w nieodległym Meksyku przegrała wszystkie mecze (0:1 z Francją, 0:2 z Węgrami i 0:2 z ZSRR), ale sam awans był sporym sukcesem.Świetne teksty o tamtej wycieczce można przeczytać tutaj i tutaj, a poniżej ciekawy filmik w tym właśnie temacie.

Potem już nigdy na mundialu Kanadyjczyków nie oglądaliśmy, mimo że pojawiała się na nim Jamajka, Trynidad i Tobago czy Kostaryka. W kwalifikacjach do MŚ 2002, 2006, 2010 i 2014 nie udawało im się nawet awansować do ostatniej, czwartej, rundy eliminacji strefy CONCACAF. W drodze na niedoszły mundial w Brazylii krajanie Bryana Adamsa polegli m.in. z Kubą (0:1) i zebrali megabaty od Hondurasu (1:8).

Przez długi czas Kanada za to mogła się pochwalić sukcesami na mistrzostwach kontynentu (strefy) – mistrzostwo 1985 i 2000, brąz 2002 i 2007. Od kilku lat jednak i tutaj kompletna padlina. Na Gold Cup 2009 została ona ustrzelona już w ćwierćfinale przez Honduras (0:1). Kompletnym blamażem zakończył się za to Gold Cup 2011. Kanadyjczycy nie wyszli nawet z grupy! Przegrali z USA (0:2) po fatalnym błędzie bramkarza,

 

wygrali z Gwadelupą (1:0) i zremisowali z Panamą (1:1).

Naprawdę kiepsko to wygląda i władze kanadyjskiej federacji nie bardzo wiedzą jak sobie z tym problemem poradzić. Dość powiedzieć, że w ciągu ostatniej dekady reprezentację prowadziło zmiany na stanowisku selekcjonera dokonywały się… aż dziewięciokrotnie. Od 4 lipca trenerem kadry jest były coach m.in. Realu Madryt, Albacete, Sportingu Gijon, Mallorki i Villarealu. Formalnie obejmie jednak urząd dopiero po Gold Cup 2013, a na turnieju na ławce zasiada Colin Miller (zawodnik kadry Kanady na MŚ 1986).

Wiem, że to żaden wskaźnik, ale Kanada zajmuje obecnie 88. miejsce w rankingu FIFA. Trzynaście pozycji za będącą na dnie Polską. Dwanaście za Jordanią, trzy za ZEA. Sugestywna metafora kanadyjskiego soccera.

P.

Czytaj także: Zmiksowany Liść Klonowy