Zniknęli, ale się znaleźli

Temat wisiał u mnie na tapecie już dobrą chwilę, ale dopiero dziś przyszedł bodziec, aby go wypchnąć. Oto bowiem swoje urodziny świętuje Leandro. Nie pamiętacie Leandro? Nie dziwię się, bo z pobytu w Polsce sam ledwo go kojarzę. Otóż 28-letni już dziś zawodnik z Kraju Kawy jesienią 2006 roku był zawodnikiem jednego z najdziwniejszych tworów w historii naszej ekstraklasy – brazylijskiej Pogoni Szczecin.

Kariery na Pomorzu chłopak nie zrobił, ale w przeciwieństwie do większości swoich rodaków udało mu się strzelić gola w lidze (9 meczów i 1 gol z Koroną Kielce). Nieudany epizod w Szczecinie jednak nie zniechęcił go do europejskiego futbolu. Prosto z Polski Leandro trafił na Węgry (niezły sezon dla Kaposvari Rakoczi FC), potem do Rosji, gdzie z sukcesami i świetną skutecznością grał przez 2,5 roku w Spartaku Nalczyk, aż wreszcie trafił na Ukrainę (Arsenał Kijów). W tym ostatnim kraju zatracił skuteczność, ale jego marka w Rosji okazała się na tyle mocna, że na początku 2013 roku sięgnął po niego niezwykle silny Kubań Krasnodar.

Choć na początku swego pobytu w nowym klubie Brazylijczyk zmagał się z kontuzją, to po jej zaleczeniu został pewnym punktem ekipy trenera Leonida Kuczuka. Ekipy, która w sezonie 2012/2013 zajęła 5. miejsce i w nagrodę zagra w Lidze Europy. A Leandro razem z nią, o czym pewnie nie myślał kopiąc futbolówkę na zgrupowaniach w Gutowie Małym. Przy okazji – bardzo ciekawe teksty o dalszych losach szczecińskich Canarinhos można czytać tutaj, tutaj, tutaj i tutaj.

Jak już jesteśmy przy byłych zawodnikach naszej ekstraklasy, którzy ostatnimi czasy dobili w różne ciekawe miejsca, to koniecznie trzeba wspomnieć o Dudu Bitonie.

Eks-snajper Wisły Kraków nie wywalczył sobie miejsca w Standardzie Liege (10 meczów i 1 gol), ale wiosną 2013 z radością przytulił go APOEL Nikozja, gdzie piłkarz z Izraelu 6 golami (w 13 meczach) przyczynił się do tytułu mistrzowskiego.

Bohaterem zadziwiającego transferu był Litwin Tadas Labukas. Po tym jak pożegnał się z Arką Gdynia próbował bez powodzenia szczęścia w Norwegii (Brann Bergen). Formę odnalazł w Skonto Ryga (ale jaka liga, taka też pewnie forma) i wtedy, czyli na początku 2013 roku, dość niespodziewanie przeniósł się do silnego, choć tylko II-ligowego, rosyjskiego Torpedo Moskwa. Przez ostatnie pół roku Labukas był tam podstawowym zawodnikiem (10 meczów).

Jeszcze wiosną 2012 roku Mladen Kascelan, były zawodnik ŁKS i Jagiellonii, świętował mistrzostwo Bułgarii z ekipą Ludogorca Razgrad, a już w sezonie 2012/2013 był podstawowym graczem Pantharakikos – drużyny, która przez długi czas była sensacją greckiej ekstraklasy, a koniec końców rozgrywki zakończyła na dobrej ósmej pozycji.

Również w Grecji kluby zmienił uwielbiany kiedyś w Widzewie Włoch Stefano Napoleoni. Po rundzie jesiennej 2012/2013 odstawił on słabszy Levadiakos na rzecz mocniejszego Atromitosu.

Efekt? Atromitos – przy dużym udziale Stefana (cztery gole w play-offs) – został wicemistrzem Grecji. A nasz bohater ustrzelił dwa piękne gole w meczu z przyszłym zwycięzcą play-offs – PAOK.

Wniosek jest jeden: gubiąc się w Polsce można się czasami znaleźć w jakiejś atrakcyjniejszej lokalizacji.

P.

Byle się wyrwać z polskiej ekstraklasy

Osiem greckich ciekawostek

Na brzegu rzeki Kubań Aras usiadł i dumał

Irlandczycy na Euro w Poznaniu – Just Cant Get Enough

Euro 2012, dzień meczu Irlandia - Włochy w Poznaniu Euro 2012, dzień po meczu Irlandia - Włochy w Poznaniu

Poznań w dniu meczu Irlandia – Włochy (z lewej) oraz – dzień po tym spotkaniu (z prawej).

Nie wiem, czy tylko ja jestem tak sentymentalny, czy po prostu każdy kibic w swej chorobliwej naturze już tak ma. O syndromie odstawienia po Euro 2012 (tak, nadal tępo patrzę w okno…) brat mój rodzony pisał zaraz po zakończeniu turnieju. Ja w pierwszą rocznicę mistrzostw próbuję na ile czas i możliwości mi pozwalają przypominać sobie ten piękny turniej i ten wspaniały karnawał. O ile traumą po porażce Polski z Czechami już się tu dzieliłem na gorąco, to wciąż siedzi we mnie niewypowiedziana na blogu tęsknota za Irlandczykami, którzy na niecałe dwa tygodnie zrobili z Poznania kolorowe miasto. Czy jak kto woli – zielone. 

Kibice Irlandii podczas Euro 2012 w Poznaniu

Kibice Irlandii podczas Euro 2012 w Poznaniu

To będzie pewne uproszczenie, ale umówmy się – poznaniacy nie należą do typów przesadnie eksponujących swoją życiową radość. Przez te 10 dni Euro w Poznaniu miałem wrażenie, że Irlandczycy mozolnie, wytrwale i co najważniejsze skutecznie wyciągali z miejscowych zachowania, o które ci nawet się nie podejrzewali. Bo może i zabawa w walenie się po głowach dmuchanymi młotkami jest dziecinna i głupia, ale – jak tak się chwilę zastanowić – czemu nie być jak ci weseli w zielonym, albo jak Joker, który lubi pytać: ”Czemu tak poważnie?”.

Kibice Irlandii podczas Euro 2012 w Poznaniu

Fantom - kibice Irlandii podczas Euro 2012 w Poznaniu

Zetknięcie się z Irlandczykami w najbardziej skumulowanej z możliwych formie, w tramwaju typu helmut (o ile się nie mylę) zmierzającym 18 czerwca na spotkanie z Włochami, sprawiło, że na nowo zacząłem definiować pojęcie ”skrajnie wysoka temperatura”. Na szczęście atmosfera była podgrzewana nie tylko odsłoniętymi pachami młodych mężczyzn, ale i bogatym repertuarem przyśpiewek kibiców z zielonej wyspy. Na czele z moją ulubioną.

Kibice Irlandii na Euro 2012 w Poznaniu – Just Can’t Get Enough.

B.

Intymny zapis zbiorowej choroby. "Futbol jest okrutny" Michała Okońskiego

– Nad czym tak siedzisz?

– Eee…. Nad niczym takim…

– No powiedz nad czym.

– Szukam Ormian występujących w ekstraklasie Azerbejdżanu…

Chyba większość ludzi chorych na futbol odbyło kiedyś podobną rozmowę. Mogła ona dotyczyć nocnej transmisji Pucharu Boliwii albo skrótów Azjatyckiej Ligi Mistrzów. Zapłacenia fortuny za książkę w nieznanym języku o niszowym zespole z egzotycznego zakątku świata lub unikatową koszulkę reprezentacji Japonii z Pucharu Konfederacji.

Trudno wyjaśnić takie zachowania, tak jak trudno jąkale wyjaśnić innym ludziom dlaczego się jąka albo suchotnikowi dlaczego kaszle. Porównania rodem z gabinetu lekarskiego pojawiają się tutaj nie przez przypadek, bo pasja futbolowa ma często właśnie kształt choroby – nieuleczalnej, niejednokrotnie bolesnej, szkodliwej dla otoczenia. Zdarzają się momenty radości i wyjątkowych wzruszeń, ale równie często duszę i zmysły toczy cierpienie. Bo futbol to trudny partner w relacji, a uczucie do niego boli.

O tym właśnie mówi książka Michała Okońskiego „Futbol jest okrutny”.

Książka znanego z „Tygodnika Powszechnego” autora składa się z pięciu części. Przyznam, że najbardziej cenię tę „pierwszą połowę”. Druga część i jej dogrywki to dobrze napisane eseje, poruszające ważne tematy i czytanie ich dostarcza sporo przyjemności. To nie one jednak stanowią o wartości książki i o jej wyjątkowości.

„Futbol jest okrutny”, przynajmniej w swojej pierwszej połowie, stanowi bowiem studium uzależnienia i niewoli. Stanu ciężkiego i o tyle kłopotliwego, że w pełni uświadomionego. Stanu, który oglądany z zewnątrz może budzić uśmiech politowania, szczególnie, jeżeli dotyka dorosłego mężczyznę, ojca i erudytę.

Gdybyż jeszcze było tak, że moje uzależnienie mnie cieszy, albo że nie uświadamiam sobie rozmiarów zjawiska. Niestety, uświadamiam sobie. (…) Na liście moich przerażeń poczesne miejsce zajmuje fakt, że moi synowie za chwilę się zorientują, że drużyna, której kibicuję, raczej niczego już nie zwojuje, i przerzucą się na inną, wygrywającą częściej, a z pewnością zamożniejszą.

Opowieść snuta przez Michała Okońskiego to wyznania osoby patologicznie zależnej od sprawy, która przez wiele osób traktowana jest jako niepoważna. Patrząc bowiem z zewnątrz nie sposób pewnie zrozumieć jak można tak dalece przejmować się tym, jak poszedł mecz Tottenhamu, czyli przeciętnej drużyny z dość odległego Londynu. Czym tu się przejmować, chłopie? A autor na to, że żadne jego ważne wydarzenie życiowe, ani ślub, ani narodziny synów, ani rozwód, nie przyprawiły go o bezsenną noc, ale takową przysporzył mu jeden z meczów Kogutów w Pucharze Anglii. Porażające, smutne, godne politowania (?). Okoński nie pisze tego jednak z dumą, a – tak mi się przynajmniej wydaje – z pewną bezsilnością oraz poczuciem głębokiej niestosowności i zakłopotania. Ale cóż on może zrobić, to w końcu choroba, sprawa niezależna od jego woli.

W gruncie rzeczy wolałbym kibicować jakiejś normalnej drużynie. Nie potrafię. Nikt nie potrafi. Łatwiej zmienić pracę, zmienić zawód, zmienić miasto i kraj, zmienić żonę czy męża, zmienić wyznanie. W świecie, w którym nic nie jest dane raz na zawsze, stałe okazuje się tylko jedno. Football, bloody hell.

Zresztą czytając w książce o różnych symptomach tej choroby można bez problemu znaleźć wiele analogii z chorobami zapełniającymi różne leksykony medyczne. Dla mnie niezwykłym przykładem zaczadzenia umysłu jego przywoływana przez Okońskiego historia „obiadowa”.

W pewne niedzielne popołudnie leżeliśmy na kanapie, oboje pogrążeni we własnych myślach. Dopiero co zjedliśmy risotto z fenkułem, w pobliżu stała butelka wina, z radia dobiegał kojący głos Marcina Kydryńskiego. Błogość w nas była, błogość i rozleniwienie. Żadne z nas długo nic nie mówiło, aż w końcu usłyszałem swój własny głos, przerywający tę czarowną chwilę. „Carrick” – powiedziałem.

Dodatkowo, miłość do futbolu to uczucie niezwykle wymagające, oczekujące nieustannych ofiar, żądające poświęceń i podporządkowania dla niego całego życia. Miłość, która psuje i niszczy, czasami nagradzając promykami szczęścia, krótkimi chwilami radości, które zaraz giną w mrokach przegranego meczu albo nieudanego transferu.

Czy ktokolwiek to doceni? – pyta retorycznie autor. Nie, nikt nie doceni, a wielu będzie jeszcze się śmiało. Ale i tak warto. Football, bloody hell.

P.

(Ciemnoskóry) Kirgiz schodzi z konia

W towarzyskim meczu w Tyraspolu Mołdawia pokonała Kirgistan (vide Kirgizja) 2:1 i nie byłoby w tym nic szczególnie ciekawego, gdyby nie dwóch zawodników zrzeszonej w azjatyckiej federacji reprezentacji gości. W pierwszym składzie Kirgistanu zagrało bowiem dwóch zawodników na pierwszy rzut oka nie do końca pasujących do reszty kolegów. Linię pomocy trzymało bowiem dwóch ciemnoskórych graczy – Claude Maka Kum i David Tetteh.

Maka Kum (pojawiający się także czasami jako Desire Koum)

urodził się w Kamerunie w 1985 roku. W wieku 22 lat przybył do Kirgistanu, aby grać w stołecznym zespole Dordoi Biszkek (2007-2009). Z klubem tym wywalczył dwa mistrzostwa Kirgistanu (2007, 2008). Później przeniósł się do Mołdawii, następnie trafił na Litwę, wrócił na sezon do Biszkeku, by od początku 2013 roku występować w litewskiej FK Dainava Alytus. W kadrze nowej ojczyzny zadebiutował w czerwcu 2012 roku meczem z Kazachstanem (2:5). W chwili obecnej ma na liczniku 4 mecze.

Nieco podobnie wygląda historia Davida Tetteha.

On z kolei urodził się w Ghanie (1985 r.), a w 2006 roku przeniósł się za chlebem do Tadżykistanu. W 2007 roku przeniósł się do znanego już Dordoi Biszkek, gdzie leci właśnie szósty rok jego występów (2007-) – najpierw rok na wypożyczeniu, a później już jako pełnoprawny zawodnik klubu. Tetteh już w 2008 roku otrzymał obywatelstwo Kirgistanu, ale powołanie do reprezentacji otrzymał dopiero w 2013 roku na eliminacyjny turniej do towarzyskiego AFC Challange Cup. Ghano-Kirgiz zaliczył prawdziwe wejście smoka, bo w trzech spotkaniach strzelał jedyne-zwycięskie gole: z Makau (1:0),

Pakistanem (1:0)

i Tadżykistanem (1:0).

Dumni Kirgizowie postanowili wspomóc się szybko naturalizowanymi Afrykanami. W chwili obecnej to niestety jedyny aspekt, który wiąże ich kadrę z wieloma europejskimi reprezentacjami.

P.

Czytaj także: 

Ciemnoskórzy pionierzy europejskich reprezentacjach. Cz. 1. i kolejne

Apoula Edel – czarnoskóry bramkarz reprezentacji Armenii

Mush

Do towarzyskich meczów młodzieżowych reprezentacji nie przykładam wagi żadnej, ale w spotkaniu biało-czerwonych U-21 z ich rówieśnikami z Norwegii doszło do ciekawego wydarzenia za którym stoi wyjątkowo interesująca osoba.

Polacy już po kwadransie wygrywali po golach Milika i Żyry. W drugiej połowie jednak przysnęli i w efekcie między 54. a 74. minutą spotkania dali sobie wbić aż cztery gole. Piłka za każdym razem wpadała do naszej siatki po uderzeniach tego samego zawodnika. Mushaga Bakenga – oto bohater tego spotkania.

Piszę o tym dlatego, że być może niedługo kilku członków tej reprezentacji, którzy nic nie osiągną w dorosłym futbolu, będzie wspominało przy kominku, że był kiedyś taki mecz, podczas którego ich osobiście wysmagał Bakenga.

Bakenga, którego rodzice pochodzą z DR Konga, urodził się w 1992 roku w Norwegii i nosi tam dźwięczną ksywkę Mush. Od najmłodszych lat strzelał hurtowe ilości goli w juniorach a później młodzieżowych drużynach Rosenborgu Trondheim. W pierwszym zespole zadebiutował już w 2009 roku, a już dwa lata później był jego największą gwiazdą. Talent szybkiego napastnika nie umknął wyszukiwaczom talentów i w styczniu 2012 roku Mush został zawodnikiem belgijskiego Club Brugge. Spędził w nim jednak bezowocne pół roku, po czym trafił na wypożyczenie do Cercle Brugge. Tam radził już sobie o niebo lepiej, zdobywając w sezonie 2012/2013 okrągłe 10 goli.

Jeżeli dalej będzie się tak rozwijał to powinien pójść tropem innych zawodników, których korzenie sięgają Konga i ligi belgijskiej, czyli Romelu Lukaku (ur. 1993) i Christiana Benteke (ur. 1990). A być może ruszy jeszcze wyżej. I młodzi Polacy dopiero będą mieli co wspominać skubiąc sobie słonecznik pod Niepołomicami.

P.

Nieważne jak zaczynasz. Zlatana powrót do owczych korzeni

Jeszcze tylko kilkadziesiąt godzin i cała europejska eliminacyjna karuzela zastygnie w letnim oczekiwaniu na jesienne decydujące batalie na drodze do Rio. Jednym z trzech ostatnich mgnień czerwcowych potyczek o punkty na Starym Kontynencie będzie wtorkowy pojedynek Szwedów z Wyspami Owczymi. W Solnie sensacji spodziewać się raczej nie mamy powodu. Bo choć dzielni Farerzy już niejednokrotnie udowodnili w przeszłości, że psikusa sprawić potrafią, to jednak Szwedzi podrażnieni przykrą dla nich piątkową porażką z Austriakami, z pewnością będą chcieli efektownie odbić ją sobie na sympatycznych Wyspiarzach.

Spotkanie w Solnie ma jednak pewien dodatkowy smaczek. Tak się jakoś złożyło, że swe pierwsze reprezentacyjne szlify, dzisiejszy gwiazdor światowego futbolu – Zlatan Ibrahimovic zdobywał właśnie przeciwko piłkarzom z Owczych Wysp. Było to dawno temu, 31 stycznia 2001 roku, podczas rozgrywanego wówczas turnieju o nazwie Nordic Football Championship. Tamtego dnia w obecności zaledwie 2204 widzów na Tipshallen w Vaxjo, Zlatan po raz pierwszy wdział na siebie reprezentacyjny trykot Trzech Koron. Ówczesny młodziutki piłkarz Malmoe FF, nie potrafił jednak ni razu przechytrzyć farerskiej obrony. Gospodarze zaledwie zremisowali 0:0. Na usprawiedliwienie szwedzkiego niepowodzenia należy jednak wspomnieć, że trenerski duet Lagerback-Soederberg wypuścił wówczas na murawę łącznie aż czternastu debiutantów. Jedynym nie-debiutantem i zarazem najbardziej ‚doświadczonym’ szwedzkim zawodnikiem w tamtym spotkaniu, był golkiper rozgrywający wówczas w Vaxjo swoje trzecie spotkanie w reprezentacyjnym swetrze. Czas zresztą pokazał, że spośród przetestowanej 31 stycznia 2001 roku gromadki żółtodziobów, obok Ibrahimovica zaledwie jeszcze tylko dwóch z nich było w przyszłości postaciami bardzo ważnymi dla drużyny Trzech Koron: Erik Edman i Christian Wilhelmsson. Pozostali (poza jeszcze Mikaelem Dorsinem) w przeważającej mierze zakończyli swą przygodę z kadrą na owym nordyckim turnieju (na udziale w którym poprzestali już nazajutrz przegrywając, również z Ibrą w składzie, w Jonkoping z Finami 0:1). W przeciwieństwie do swych szwedzkich rywali, farerscy podopieczni słynnego Allana Simonsena wybiegli na boisko w Vaxjo zgraną i całkiem doświadczoną ekipą, pośród której aż trzech graczy (Jens Knudsen, Allan Moerkoere, Kurt Moerkoere) pamiętało jeszcze sensacyjne, historyczne zwycięstwo nad Austriakami w 1990 roku, odniesione zresztą… w szwedzkiej Landskronie.

Zremisowany bezbramkowo u początku XXI wieku mecz, aż przez niespełna 12 lat straszył w annałach szwedzkiego futbolu, jako jedyny pojedynek pomiędzy obiema reprezentacjami.

far

Dopiero ubiegłej jesieni Ibrahimovic wraz z kolegami z reprezentacji Szwecji mieli okazję, by pozbawić piłkarzy z Wysp Owczych miana niepokonanych przez Trzy Korony. Nie przyszło to wcale bezproblemowo. Jeszcze do 65 minuty spotkania w Torshavn prowadzili gospodarze, jednak Zlatanowi wystarczyło zaledwie 10 minut, by zatrzeć nienajlepsze wspomnienia ze swego nordyckiego debiutu. Najpierw pięknie wystawił piłkę Kacaniklicowi, a potem, na kwadrans przed końcem, sam strzelił decydującą bramkę, ustalając wynik spotkania na 2:1 dla podopiecznych Erica Hamrena.

Bo nieważne jak zaczynasz…

ibra

ibra.

R.

Przeczytaj także:

Zwilczenie owiec

Usportowione Owce

Tytoń broni karnego z Grecją. Rok po Euro 2012 ciary równie wielkie

Liczyłem, że dokument Będziesz legendą człowieku pokaże mi więcej o reprezentacji Polski na Euro 2012 niż tylko ciekawy portret psychologiczny Damiena Perquisa. Zebrany materiał niestety nijak nie oddaje emocji karnawału sprzed roku – najpierw wielkich nadziei, przez chwilę dumy, a w końcu wielkiego rozczarowania. Szkoda. By przypomnieć więc sobie radość przeżywaną w chwili, gdy rok temu Przemysław Tytoń bronił rzut karny w meczu otwarcia Polska – Grecja, sięgam po domorosłych dokumentalistów – w tym swoje nagranie.

Przechodzą po mnie ciary równie wielkie jak 8 czerwca 2012 roku.

 

Widziane zza bramki

Widziane z trybuny nad bramką

 
Euro 2012: Polska – Grecja 1:1… przez numer10

Widziane z poznańskiej strefy kibica

Widziane z gdańskiej strefy kibica

Widziane z warszawskiej strefy kibica

Widziane z wrocławskiej strefy kibica

(karny od 1:50)

I na deser – gol Lewandowskiego widziany z trybun

Wszystkie światła na da Luz. Gorący wieczór w Lizbonie

por

Na piątkowy wieczór oczekuje z zapartym tchem, niegasnącą nadzieją, ale i ze sporą dawką prawdziwego niepokoju cała piłkarska Portugalia. Wydawało się, że podczas polsko-ukraińskiego Euro, Paulo Bento dorobił się drużyny, która bez większych trudności powinna zapewnić sobie miejsce na brazylijskim mundialu. Portugalczycy zagrali na zeszłorocznej imprezie naprawdę ciekawy, przyjemny, ale i niezwykle mądry futbol. To przecież właśnie oni najhardziej postawili się Hiszpanom w ich drodze po złoto. Jednak eliminacyjne zmagania do mistrzostw świata przyniosły kibicom czerwono-zielonych naprawdę sporą dawkę rozczarowań.

Tak na dobrą sprawę, podopieczni Bento, nie rozegrali dotychczas podczas kwalifikacji do brazylijskiego turnieju ani jednego dobrego spotkania. Rozpoczęli we wrześniu ledwo wygrywając w Luksemburgu (2:1), choć przegrywali już nawet 1:0. Kilka dni później w Bradze, dopiero po godzinie gry udało się przełamać dzielny opór piłkarzy Berti Vogtsa z Azerbejdżanu (ostatecznie 3:0). 12 października w Moskwie, w najważniejszym sprawdzianie, jakże bolesna i prestiżowa porażka z najgroźniejszym grupowym rywalem – Rosją 0:1. Cztery dni później, pożegnanie smutnej jesieni, Portugalczycy postanowili jeszcze uczcić przygnębiającym remisem w Porto 1:1 z zespołem Irlandii Północnej (w roli strażaka, który to już raz, wystąpił Helder Postiga, ratując ów remis na 10 min. przed końcem spotkania). Na wiosnę zespół Bento wcale nie zamierzał doznać jakiejkolwiek ozdrowieńczej metamorfozy. 22 marca na Ramat Gan, jeszcze po 70 minutach spotkania, Portugalczycy przegrywali z Izraelem 1:3. Niezawodny Postiga, a potem jeszcze Fabio Coentrao w 3 minucie doliczonego czasu gry, uratowali dla drużyny resztki honoru oraz punkcik, z którego nikt w Portugalii oczywiście nie zamierzał się cieszyć. Kilka dni później następuje wymęczone w końcowej fazie spotkania zwycięstwo w Baku.

Aktualna sytuacja reprezentacji kraju, który przecież od 2000 roku bez przerwy występuje na każdej wielkiej piłkarskiej imprezie, jest bardzo trudna. Nie chodzi już nawet o słabiutkie wyniki, ale przede wszystkim sama gra zespołu Bento absolutnie nie nastraja optymizmem. Od roku, czyli od momentu zakończenia Euro, drużyna portugalska nie zagrała właściwie ani jednego dobrego, udanego spotkania. Straty punktowe, które zdążyła ponieść w swych eliminacyjnych zmaganiach, mogą okazać się już nie do odrobienia, nawet w przypadku ewentualnego jutrzejszego zwycięstwa na Estadio da Luz przeciwko Rosjanom. Zwycięstwo to jest jednak warunkiem niezbędnie koniecznym, by w ogóle jeszcze móc marzyć o wygraniu grupy. Ale jego odniesienie łatwym zadaniem z pewnością nie będzie. Podopieczni Fabio Capello nie stracili bowiem dotychczas ani jednego gola w zmaganiach o brazylijski mundial, wygrywając wszystkie swoje mecze.

Kibice portugalscy głęboko wierzą jednak, że ogromny potencjał zespołu eksploduje właśnie podczas wieczornej batalii przeciwko Rosjanom. Tym bardziej, że na portugalskiej ziemi, konkretnie w Lizbonie właśnie, Bohaterowie mórz toczyli już z naszymi wschodnimi sąsiadami arcyważne batalie. I zawsze były one zwycięskie.

Pierwsza z nich, rozegrana jeszcze przeciwko reprezentacji ZSRR, dała Portugalii historyczny awans do Mistrzostw Europy w 1984 roku. Pisałem już kiedyś o tym szczególnym w całych dziejach portugalskiej piłki spotkaniu, w notce Cudowne lata portugalskiego futbolu.

„Wrocławskie zwycięstwo było niezwykle ważnym krokiem do upragnionego celu, jednak decydująca walka miała zostać stoczona 13 listopada 1983 roku, w obecności 70 000 widzów na Estadio da Luz, z bezpośrednim konkurentem do awansu – drużyną ZSRR. Portugalczycy byli w tym spotkaniu zespołem lepszym, aktywniejszym i ambitniejszym. Dyrygowani na boisku przez Jaime Pacheco, prowadzili grę niemal od pierwszego do ostatniego gwizdka arbitra. Na grząskiej, trudnej murawie ich dominacja bazująca na znakomitym wyszkoleniu technicznym nie podlegała dyskusji. Decydująca akcja przyszła w 43 min., kiedy to na jeden ze swych rajdów zdecydował się niesamowity Chalana. Został podcięty w okolicach pola karnego, a sędzia odgwizdał nieco kontrowersyjną jedenastkę, którą na bramkę zamienił niezawodny snajper pochodzący z Angoli Rui Jordao. Ten sam zawodnik trafił jeszcze w słupek w drugiej części meczu. Okazje do strzelenia bramki miał również Diamantino, a także Oganesjan i Demianienko w zespole radzieckim, ale wynik nie uległ już zmianie i Portugalia mogła świętować swój historyczny, pierwszy awans do Mistrzostw Europy. Na lizbońskim stadionie wesoło powiewały liczne polskie flagi. Kibice portugalscy doskonale wiedzieli, komu powinni podziękować”.

Ponad 20 lat od zwycięstwa nad Związkiem Radzieckim, 16 czerwca 2004 roku, znów na lizbońskim Stadionie Światła, przyszło się Portugalczykom mierzyć z Rosjanami. I znów był to mecz o ogromnym ciężarze gatunkowym. Podopieczni Scolariego, będący gospodarzami Euro 2004, rozpoczęli turniej doznając niespodziewanej porażki z Grecją 1:2. Mecz z Rosją, był więc batalią o być albo nie być w imprezie, dla obu zresztą ekip. Już w 7 minucie spotkania ładunek euforii na lizbońskim obiekcie zdetonował swym pięknym golem Maniche. Na sekundy przed końcem meczu, po znakomitej akcji, wprowadzonego kilkanaście minut wcześniej za kapitana zespołu Luisa Figo, młodziutkiego Cristiano Ronaldo, doświadczony Rui Costa ustalił wynik spotkania na 2:0. Ten mecz rozpoczął wspaniały marsz portugalskiej drużyny do finału Euro, gdzie dopiero powstrzymali ich znów Grecy.

Po niespełna 4 miesiącach, 13 października 2004 r., w eliminacjach do niemieckiego mundialu, obu ekipom ponownie przyszło stanąć ze sobą oko w oko w Lizbonie. Tym razem areną spotkania był już obiekt stołecznego Sportingu – Jose Alvalade. Lanie jakie spuścili tamtego wieczora Rosjanom podopieczni Scolariego śni się zapewne po nocach jego rosyjskim uczestnikom po dziś dzień. Już do przerwy po trafieniach Paulety, Cristiano Ronaldo oraz Deco, Bohaterowie mórz prowadzili 3:0. W ostatnich dwudziestu minutach postrzelali jeszcze: ponownie Cristiano, a także Simao i Petit (dwukrotnie). Przy stanie 4:0 honorowym trafieniem odgryzł się swym boiskowym bezwzględnym prześladowcom Arszawin. Portugalczycy rozbili jednak Rosjan aż 7:1, to była istna piłkarska rzeź.

 

Cristiano Ronaldo i Andrej Arszawin, którzy uczestniczyli w obu pamiętnych lizbońskich bataliach sprzed 9 lat, jutrzejszego wieczoru na da Luz, znów najprawdopodobniej staną przeciwko sobie na zielonej murawie. Dla Portugalczyków to mecz o życie. Rosjanie są w tak korzystnej i komfortowej sytuacji, że nawet ewentualna porażka może im nie przeszkodzić w wygraniu grupy. Owszem, to prawda, że drużyna o tak gigantycznym potencjale, jak reprezentacja Portugalii jest w stanie wygrać z każdym na świecie (nawet z Hiszpanią 4:0) i że bez trudu powinna ona poradzić sobie nawet w przypadku konieczności zmagań barażowych (jeśli prawo do gry we wspomnianych barażach uda jej się w ogóle wywalczyć, bo na razie w grupowej tabeli wyprzedza ją nawet Izrael). Prawdą jest również, że już w kilku poprzednich turniejach eliminacyjnych Portugalczycy głupio tracili punkty na jesieni, by swymi wiosennymi szarżami z nożem na gardle ratować sytuację. Ale przecież nikt nie zagwarantuje kibicom czerwono-zielonych, że w ewentualnych barażach nie trafią np. na Francuzów, z którymi przecież od zawsze gra im się bardzo parszywie.

Lizboński wieczór zapowiada się naprawdę ekscytująco. Szkoda byłoby nie ujrzeć portugalskich, brylantowych piłkarzy na brazylijskich boiskach. Szkoda byłoby Portugalczykom przerwać tę wspaniałą serię i nie wystąpić na ósmej z rzędu wielkiej imprezie. Szkoda byłoby, gdyby Cristiano Ronaldo nie miał możliwości podtrzymania swej unikalnej passy i strzelenia gola na szóstym z rzędu mistrzowskim turnieju. Czy jednak Stadion Światła znów okaże się dla portugalskiego futbolu stadionem szczęścia?

dl

Przeczytaj także:

Cudowne lata portugalskiego futbolu cz.1

Cudowne lata portugalskiego futbolu cz.2

Obrigado Portugal

Węgier ezgotyczny

Potencjalny reprezentacyjny debiut Georgo Lovrencsicsa w meczu z Kuwejtem brzmi być może nieco egzotycznie, ale… Węgrzy grający w naszej ekstraklasie mają to chyba we krwi.

Otóż spośród pięciu bratanków (Majoros, Vayer, Gheczy, Kulcsar, Lovrencscics), którzy przewinęli się przez polską ligę w czasach powojennych, tylko jeden z nich może się pochwalić występem w seniorskiej kadrze Węgier. Dosłownie, jednym występem. Tym kawalerem jest Arpad Majoros, pierwszy Madziar w naszej ekstraklasie po 1945 roku, w 2008 roku zawodnik Cracovii.

Ten szybki i błyskotliwy technicznie zawodnik, określany nawet mianem Cristiano Ronaldo Vasasu Budapeszt (stamtąd przybył), który jednak nie potrafił odnaleźć się w zespole Pasów (12 meczów przez rok, w pewnej mierze też na skutek kontuzji), zanim trafił nad Wisłę zaliczył oryginalny epizod reprezentacyjny. Otóż ówczesny szkoleniowiec reprezentacji Węgier, słynny Lothar Matthaus, w grudniu 2005 roku powołał go na towarzyski mecz z… Antiguą i Barbudą! Rozgrywany w Stanach Zjednoczonych mecz wygrali Węgrzy (3:0),

a ich oryginalną wiktorię oklaskiwało 250 widzów, z czego znaczna część… z Węgier.

Majoros pojawił się na boisku w 66. minucie zmieniając znanego nieco szerszej publiczności Tamasa Priskina (później gracz m.in. Watford, Derby, QPR, a ostatnio Ałanii Władykaukaz. Naszego swojskiego Cristiano możemy aktualnie oglądać w jeszcze drugoligowym Békéscsaba 1912 Elore SE.

Blokadą jego kariery była przede wszystkim… niechęć do ciężkiej pracy. Tak pisał węgierski korespondent przed przybyciem Węgra do Małopolski:

W Vasasie były wielkie oczekiwania związane z przyjściem Arpada, ale je zawiódł. Zazwyczaj gra na lewej stronie pomocy. Posiada dobrą szybkość startową i widowiskowy drybling. Jednakże ma kondycję daleką od dobrej i jego sztuczki zazwyczaj obrońcy szybko rozpoznają. Jego główny problem stanowi niechęć do regularnej, ciężkiej pracy. Majoros był także w Vasasie skonfliktowany z innymi zawodnikami w drużynie. Klub chciał go jednak zatrzymać licząc na to, że się zmieni. Latem 2006 roku przeszedł za niemałe pieniądze do Zalaegerszeg, jednak nie spełnił wyznaczonej mu roli i grał okazyjnie. (…) Majoros jest obdarzony bardzo dobrą techniką, to utalentowany piłkarz. Nie ma imponującej szybkości i wygląda na zmęczonego po 60 minutach. Wszyscy w Vasasie myśleli, że będzie kluczowym piłkarzem, ale gdy przebywał na boisku, podejmował złe decyzje, nie był zbyt przydatny.

Obserwując obecną dyspozycję Lovrencsicsa oraz jego spore możliwości można wysunąć tezę, że pojawienie się na boisku w meczu z Kuwejtem nie będzie jedynie egzotycznym epizodem reprezentacyjnym.

P.

Koniec znów na Bułgarskiej

„To ostatnia kolejka, moje sny wymarzone, szczęście tak upragnione, skończyło się. Pytasz co zrobię i dokąd pójdę, dokąd mam iść, ja wiem… dziś dla mnie jedno jest wyjście, ja nie znam innego,  tym wyjściem jest, no, mniejsza z tem”. Po rocznej przerwie zakończenie sezonu Kolejorza znów odbędzie się przy ul. Bułgarskiej.

Od czasu powrotu Kolejorza do ekstraklasy nie brakowało mu meczów o wielką stawkę na zakończenie sezonu. Co ciekawe, większość z nich rozgrywana była przy ul. Bułgarskiej. Były wśród nich potyczki o mistrzostwo, bitwy o miejsce w europejskich pucharach, były konfrontacje z drużynami rozpaczliwie broniącymi się przed spadkiem z ligi, był wreszcie i mecz… o Superpuchar Polski. 

Sezon 2010/2011

29 maja, 17:00 (15 337)

Lech Poznań – Korona Kielce 4:0

Stilic 26, Djurdjevic 39, Rudņevs 54, Wilk 87

Bardzo nijaki dla Kolejorza sezon ligowy (5. miejsce i ogólna mierność), najpierw pod wodzą Jacka Zielińskiego, a potem Jose Marii Bakero, został zaskakująco efektownie zakończony. Lech rozgromił wyjątkowo kiepską Koronę Kielce (13. miejsce) i na sam koniec rozgrywek sprawił swoim kibicom trochę radości.

Sezon 2009/2010 

15 maja, 17:00 (13.500 widzów)

Lech Poznań – Zagłębie Lubin 2:0

Kędziora (sam) 23, Lewandowski 58

Po dramatycznej przedostatniej kolejce (Lech wygrywa w ostatniej minucie w Chorzowie, a Wisła remisuje w ostatniej minucie u siebie z Cracovią po samobóju Jopa) Kolejorzowi zostało już tylko ostateczne przypieczętowanie mistrzostwa przed własną publicznością, a później jego świętowanie na ulicach Poznania. Jeden i drugi cel został osiągnięty.

Sezon 2008/2009

30 maja, 17:00 (17.500 widzów)

Lech Poznań – Cracovia 2:2

Rengifo 12, 67 – Szeliga 46, Moskała 82

Na kolejkę przed końcem sezonu Lech miał już tylko matematyczne szanse na mistrzostwo. Tracił bowiem trzy punkty do liderującej Wisły. Ta podejmowała u siebie niegrający o nic Śląsk Wrocław, a do Poznania przyjeżdżała walcząca o utrzymanie Cracovia. W jej przypadku trzy punkty ugrane w stolicy Wielkopolski byłyby na wagę utrzymania się w lidze a każdy inny rezultat oznaczał nerwowe spoglądanie na wyniki innych drużyn. Bijąc się o tytuł Kolejorz musiał jednak jednocześnie uważać, aby nie stracić wicemistrzostwa. Na jego potknięcie czekała bowiem tylko Legia, która legitymowała się takim samym statusem punktowym co on.

Poznaniakom mecz z Pasami specjalnie nie wyszedł. Wobec wieści spod Wawelu (Wisła zwyciężyła 2-0) nie potrafili się oni w pełni zmobilizować, przez co mecz zakończył się remisem. Ten wynik nie zadowolił żadnej z ekip. Lech spadł w ligowej tabeli na najniższe miejsce podium (Legia zwyciężyła u siebie z Ruchem 4-1), co było jednak kwestią wyłącznie prestiżową, ponieważ udział w europejskich pucharach miał on już dawno zapewniony dzięki zwycięstwu w Pucharze Polski. Dużo poważniejsze konsekwencje rezultat z Poznania miał przynieść Cracovii. Ona bowiem, przy równoczesnym zwycięstwie Arki z Odrą Wodzisław (2-1), wylądowała na 15. miejscu w tabeli, które oznaczało spadek. Los (?) jednak okazał się dla krakowian łaskawy i po relegowaniu z ligi Łódzkiego Klubu Sportowego Pasy wróciły do ekstraklasy.

O tym spotkaniu warto pamiętać również dlatego, że po raz ostatni na poznańskiej ławce zasiadał wówczas obecny selekcjoner reprezentacji Polski – Franciszek Smuda. Po zakończeniu zawodów kibice owacją podziękowali mu za trzy lata pracy.

Sezon 2007/2008

10 maja, 19:00 (15.500)

Lech Poznań – Łódzki KS 1:2

Rengifo 54 – Jovino 44, Vayer 90

Ten mecz przyprawił o rozpacz kibiców Kolejorza. Sprawa tytułu została przez Wisłę wyjaśniona już na długo przed ostatnią kolejką. Wciąż jednak trwała walka o podium i, co za tym idzie, o europejskie puchary. Legia miała wówczas trzy punkty przewagi na Dyskobolią i Lechem, ale to Dyskobolia miała lepszy bilans bezpośrednich spotkań z Kolejorzem. Przeciwnikiem Wielkopolan miał być ŁKS, który do pewnego utrzymania potrzebował jednego punktu. Na stole było więc sporo do zgarnięcia.

Podopieczni Smudy nic jednak nie ugrali. Najpierw fatalny błąd popełnił Emilian Dolha rzucając piłkę pod nogi łodzianom (był to zresztą jego ostatni mecz w barwach Kolejorza).

Krótko potem stan meczu wyrównał Rengifo i gdy wydawało się, że zwycięstwo jest jeszcze w zasięgu Lokomotywy kontrę ŁKS celnie zakończył Węgier Vayer.

Strata trzech punktów, wobec zwycięstwa Legii (3-1 z Polonią Bytom) oraz Dyskobolii (wyjazdowe 3-2 z Odrą Wodzisław), sprawiła, że Lech znalazł się poza podium. Tym razem miał jednak szczęście się do niego uśmiechnęło, ponieważ w obliczu niedoszłej fuzji ze Śląskiem Wrocław Dyskobolia zrezygnowała z występów w europejskich pucharach i zwolnione przez nią miejsce w tych rozgrywkach zajęli poznaniacy.

Warto również zauważyć, że Lech po raz drugi w ciągu kilku lat uratował ŁKS przed degradacją. Poprzednio miało to miejsce jeszcze w drugiej lidze (sezon 2001/2002), gdzie lechici przegrywając w Łodzi zapewnili ełkaesiakom utrzymanie.

Sezon 2006/2007

26 maja, 18:00 (15.000)

Lech Poznań – Odra Wodzisław Śląski 0:0

Jeśli miałbym się zastanawiać, które mecze przy Bułgarskiej były najnudniejsze, to wskazałbym chyba właśnie na te z Odrą Wodzisław. Tak było i na finiszu sezonu 2006/2007. Mecz praktycznie nie miał stawki. Kolejorzowi nie groziły ani puchary, ani spadek, podobnie rzecz się miała w przypadku Odry. Z tego całego wydarzenia warto jedynie zapamiętać Piotra Reissa odbierającego po spotkaniu statuetkę króla strzelców oraz fakt, że trenerem Odry był.. późniejszy szkoleniowiec Lecha – Jacek Zieliński.

Sezon 2003/2004

11 czerwca, 19:00 (25.000)

Lech Poznań – Wisła Kraków 2:2     

Bosacki 22, Goliński 81 – Szymkowiak 59, Frankowski 76

Czy po meczu ligowym sędzia może zarządzić rzuty karne? Może, jeśli spotkanie ligowe jest równocześnie spotkaniem o Superpuchar Polski. Na wniosek Lecha (świeżego zdobywcy PP) oraz za zgodą Wisły (świeżo upieczonego mistrza Polski) ostatni mecz sezonu 2003/2004 był właśnie takim spotkaniem. Choć pomysł to dość egzotyczny i nie słyszałem, żeby podobne rozwiązanie miało miejsce gdziekolwiek na świecie, kibice jednak nie mieli prawa narzekać. Pomimo ulewnego deszczu mogli oni obejrzeć świetne widowisko okraszone pięknymi golami. Dodatkowej dramaturgii spotkaniu dodał konkurs rzutów karnych, zakończony po myśli poznaniaków (4-1).

Sezon 2002/2003

3 czerwca, 18:00 (20.000)

Lech Poznań – Wisła Kraków 2:4

Ślusarski 7, Czereszewski 83 – Pater 58, 90, Żurawski 67, Frankowski 78

Zupełnie inaczej wyglądałaby ten mecz, gdyby w przedostatniej kolejce Kolejorz bezbramkowym remisem w Zabrzu nie zapewnił sobie utrzymania w lidze. Dzięki temu fani na Bułgarskiej mogli raczej obejrzeć piłkarski festyn niż siermiężną ligową młóckę. Wisła, mimo że właśnie wywalczyła tytuł mistrza Polski, przywiozła do Wielkopolski najsilniejszy skład. Zawodnicy Białej Gwiazdy zaprezentowali więc poznańskiej publiczności kilka popisowych akcji, a wynik i tak nie odzwierciedlił różnicy klas obu drużyn. Warto o tym spotkaniu pamiętać również z racji pożegnania, które miało podczas niego miejsce. Na ostatnie dziewięć minut meczu na boisko wszedł Jarosław Araszkiewicz, prawdziwa legenda Kolejorza. Pojawił się on na murawie z numerem „40” na plecach, zebrał burzę oklasków i zakończył swoją bogatą piłkarską karierę. 

Tekst pochodzi z programu meczowego „Heej Lech!”

P.