Czy Szpakowski znów nie uzna gola Borussii w finale?

Dariusz SzpakowskiKarl-Heinz Riedle

Uważam, że red. Dariusz Szpakowski ma świetne warunki głosowe i dzięki nim potrafi (lub potrafił) stworzyć atmosferę meczu, który ogląda się w tv. Gdy TVP się z nim rozstało, między mundialem 2002 a Euro 2004, wręcz ubolewałem nad brakiem jego komentarza (zwłaszcza wobec zmiany na Janusza Basałaja). Po tym powrocie lapsusy red. Szpakowskiego zaczęły się jednak mnożyć w zastraszającym tempie (nie mam zamiaru tu ich przypominać, inni skrzętnie je spisują), a co jeszcze gorsze, w większym stopniu niż wcześniej zaczął on popełniać rażące błędy merytoryczne (pewnie wcześniej też były, ale kibic nie miał środków, by to sprawdzić).

Wpadką, której nie jestem w stanie red. Szpakowskiemu zapomnieć, jest ta z finału Ligi Mistrzów w 1997 roku, Borussii Dortmund z Juventusem. Mój 10-letni umysł nie był wtedy w stanie pojąć, dlaczego komentator nie uznaje gola, z którego Karl-Heinz Riedle oraz wszyscy pozostali Niemcy na stadionie się cieszą. I nie pojmuje do teraz.

Halo, Darku, oddaję ci głos!

Juventus nie przegrał żadnego spotkania… Peruzzi… Lambert… Riedle! Ale podniesiona chorągiewka. Nie ma bramki. …

Radość piłkarzy Borussii…

Główny arbiter pokazuje…

że jednak…

nie było spalonego. Nie uwzględnił decyzji bocznego arbitra. No i po wyjściu z kontry, popatrzmy na spokojnie…

Po pozostawieniu bez opieki… Jeden do zera dla Borussii.

A widzą państwo tutaj akcję z tego ujęcia, która wyraźnie nam pokazuje, że spalonego nie było, choć boczny arbiter teraz podnosi chorągiewkę, ale w momencie podania spalonego nie było i jeden do zera. Karl-Heinz Riedle, w tym spotkaniu, w 30. minucie, zaskakujące prowadzenie drużyny, która nie była faworytem w tym spotkaniu. Trzeci gol w piątym meczu, trzynastka okazuje się szczęśliwa dla Riedle. Jaka piękna radość.

GOLA RIEDLE Z KOMENTARZEM DARIUSZA SZPAKOWSKIEGO MOŻNA ZOBACZYĆ TUTAJ

B.

PS Natomiast nie mam za dużo przeciw temu, by red. Dariusz Szpakowski w finale Borussii z Bayernem, tak jak w meczu Polska – Rosja, pomylił strzelającego gola Jakuba Błaszczykowskiego z Łukaszem Piszczkiem. Lub dwóch Polaków w innej dowolnej konfiguracji.

PS 2 O tym jak redaktor Szpakowski mylił strzelców goli w finale igrzysk olimpijskich w Barcelonie Hiszpania – Polska 3:2, tutaj: Tylko jeden taki wieczór miałem w życiu 

PS 3 Jest też rzut karny Macieja Żurawskiego w meczu Glentoran – Wisła, którego red. Szpakowski nie uznał. Mocna rzecz.

 

Robert Lewandowski na okładce Kickera nie chce do Bayernu 

Wciskanie maszynki do golenia Lewandowskim. Czas na Coca-Colę 

Lewy i Dudek. Jedna noc w kwietniu, jedna w maju 

Requiem na lodzie. Anatomia upadku

pol-zsrr

pol-kor

Był kiedyś taki film Mathieu Kassovitza, nagrodzony zresztą w Cannes, p.t. „Nienawiść„. I w tym filmie padają całkiem ważne słowa, diagnozujące stan współczesnego społeczeństwa, które przypomina faceta spadającego z kilkunastopiętrowego budynku, a który nim upadnie i roztrzaska się o beton, wciąż jeszcze lecąc, myśli sobie: „jak na razie nie jest źle, jak na razie nie jest źle”. Polskiego hokeja na lodzie sytuacja ta jednak absolutnie nie dotyczy. Wszyscy bowiem już od co najmniej kilkunastu wiosen, doskonale zdajemy sobie sprawę z niezaprzeczalnego faktu, że jest z nim bardzo, bardzo, ale to naprawdę BARDZO źle. I choć już od lat, co roku, po każdym kolejnym turnieju mistrzowskim wydaje się nam, że gorzej właściwie być nie może i że dawno już nastąpiło spotkanie z bolesnym kresem procesu upadania, który zdążył wyżłobić dno przy jakim Rów Mariański jest jedynie niewinną bruzdą, a teraz należy skupić się już wyłącznie na próbach reanimacji ledwo dyszącego pacjenta, to jednak wciąż na nowo dokonujemy niechcianego odkrycia, że zjawisko pikowania naszego rodzimego hokeja wciąż trwa i ma się całkiem nieźle. Oglądanie wyczynów polskich hokeistów, nazywanych złośliwie ślizgaczami przez kibiców pamiętających jeszcze tłuste lata tej dyscypliny w naszym kraju, zakrawa bowiem na swoisty coroczny, wiosenny rytuał pokutny. Wiosna jest piękna. Wiosną rozkwita nadzieją cały świat, wszystko budzi się do życia. Wszystko, prócz polskiego hokeja. A przecież hokej na lodzie jest dyscypliną wspaniałą, ekscytującą, emocjonującą, dynamiczną, potrafiącą w mgnieniu oka oczarować każdego łaknącego ogromnej dawki sportowych wrażeń kibica. Cóż z tego, skoro o naszym, rodzimym hokeju, już od lat całych, wypada niestety jedynie milczeć.

A jednak do przerwania owego milczenia skutecznie skłonili mnie Szwajcarzy. Na zakończonych właśnie mistrzostwach świata elity, hokeiści spod znaku białego krzyża na czerwonym tle grali zachwycająco, kompletując kolejne zwycięstwa nad największymi tuzami lodowej dyscypliny, takimi jak Szwecja, Kanada, Czechy (pokonali ich aż dwukrotnie), USA i sensacyjnie wywalczając tytuł wicemistrza świata. A przecież każdy, kto ma choć blade pojęcie o hokeju, doskonale zdaje sobie sprawę, że na poziomie narodowych reprezentacji jest to dyscyplina raczej przewidywalna, z bardzo ugruntowaną i ustabilizowaną już od dekad całych ścisłą elitą, w szeregi której się wedrzeć, wydawałoby się rzeczą wręcz awykonalną. Dość powiedzieć, że przez ostatnie 20 lat, ani razu nie udało się żadnej reprezentacji spoza grona siedmiu wspaniałych (Rosja, Kanada, Czechy, Szwecja, Finlandia, USA, Słowacja; kiedyś, przed rozpadem ZSRR i CSRS była to wielka szóstka) wywalczyć jakiegokolwiek medalu na wielkiej imprezie. Na igrzyskach olimpijskich udało się to ostatnio 37 lat temu drużynie RFN, która w 1976 roku wywalczyła brąz (jednak warto wspomnieć, że na turnieju tym nie grała wówczas ani Kanada, ani Szwecja). Na mistrzostwach świata medal (helwecki brąz) padł łupem kogoś spoza wąskiego grona hokejowej arystokracji jeszcze dawniej, bo w 1953 roku (ale i na tym turnieju brakowało wówczas i Kanady, i ZSRR, i USA). Teraz, po 60 latach, znów udało się wydrzeć kruszec (i to srebrny) z rąk hokejowych monopolistów sukcesu. Dokonała tego, we wspaniałym zresztą stylu, zachwycając cały lodowy świat, reprezentacja Szwajcarii. Szwajcarii, która jeszcze w 1975 roku podczas Pucharu Spenglera, rozgrywanego przecież na jej terenie, w Davos, była gromiona przez Polaków w stosunku 10:0!!! Szwajcarii, którą w 1978 r. na MŚ w Belgradzie biało-czerwoni rozbili 8:1, w 1983 r. na MŚ w Tokio 6:4, i z którą jeszcze 16 lat temu na turnieju mistrzowskim, rozgrywanym w Katowicach, potrafiliśmy prowadzić emocjonujący bój, zakończony bezbramkowym remisem. Jednak od tamtego dnia, 15 kwietnia 1997 roku, hokejowe szlaki Polaków i Szwajcarów już nigdy się ze sobą nie przecięły. Oni właśnie wygrywają ze wszystkimi najlepszymi, walcząc teraz o najcenniejsze medale. My, od których niegdyś Helweci mogli uczyć się grać, i którzy kilkukrotnie plasowaliśmy się w najlepszej piątce drużyn globu, teraz pałętamy się w trzeciej lidze światowego hokeja, grywając tam nieraz z drużynami, które koncentrują się głównie na tym, by w ogóle utrzymać się na łyżwach, a przegrywamy z zespołami, którym jeszcze do niedawna aplikowalibyśmy dwucyfrową liczbę bramek, i z którymi, tak na dobrą sprawę, wstydem byłoby dla nas jeździć po tym samym lodowisku na turnieju mistrzowskim. A gdy w tej trzeciej lidze przychodzi mecz decydujący o awansie do ligi drugiej, jak to miało miejsce niedawno w Doniecku, wybitny przecież trener naszego zespołu Igor Zacharkin, diagnozuje zastany przez siebie stan posiadania biało-czerwonego hokeja następującymi słowy: Moi zawodnicy przestraszyli się, że mogą wygrać. Polacy wygrywają już przecież w pewnym momencie 2:0 z Ukraińcami. Ale ostatecznie przegrywają. Dlaczego? Bo przestraszyli się, że mogą wygrać. Brzmi to, zaiste, porażająco. Reprezentacja Polski, niegdyś regularny uczestnik turniejów elity, która potrafiła epizodycznie wygrać nawet z największymi gigantami lodowej dyscypliny, teraz jest sparaliżowana strachem, bo oto pojawia się szansa niespodziewanego zwycięstwa, dającego nam awans do drugiej ligi światowego hokeja. Kiedyś, przez całe dekady, spadek do tej drugiej ligi traktowany był u nas jako wielka porażka, którą co prędzej należało zmazać ponownym awansem do grona najlepszych. Dziś, można sądzić, że jeśli nic się nie zmieni, będziemy skazani na ugrzęźnięcie na trzecioligowych ślizgawkach na dobre. Tak, właśnie tu, właśnie w tym miejscu jesteśmy i warto wreszcie zdać sobie z tego faktu sprawę. Ale jak to się stało, że nasz hokej upadł aż tak nisko? I jak to możliwe, że jesteśmy właśnie tu, gdzie jesteśmy?

Nasze osiągnięcia w latach przedwojennych bywają niejednokrotnie przez nas samych lekceważone. Świat przecież wtedy dopiero uczył się hokeja, oswajał się z nim powoli. W turniejach mistrzowskich uczestniczyło częstokroć zaledwie kilka reprezentacyjnych zespołów. A jednak bagatelizowanie dziś tamtych osiągnięć polskiego hokeja zakrawa na bardzo poważną przewinę. Przecież to właśnie wówczas odnieśliśmy nasze największe hokejowe sukcesy. To wtedy, w epoce międzywojnia mieliśmy kilku hokeistów zaliczanych do grona najlepszych na całym Starym Kontynencie. Tadeusz Adamowski (urodzony w Lozannie, dzieciństwo i młodość spędził w USA; jako zawodnik, a potem trener wprowadzał polski hokej na europejskie salony; jeden z najpopularniejszych polskich sportowców u schyłku lat 20-tych), Aleksander Tupalski (zarazem futbolista Polonii Warszawa oraz kilkukrotny reprezentant Polski w piłce nożnej), Adam Kowalski, Andrzej Wołkowski (strzelił aż 22 gole dla Polaków na ważnych turniejach w elitarnym gronie, co jest drugim wynikiem w historii polskiego hokeja) czy bramkarz Józef Stogowski, to były nazwiska ważne dla europejskiego hokeja lat przedwojennych (wszyscy wymienieni zawodnicy bywali powoływani na prestiżowe wówczas spotkania Europa-Kanada).

Zainaugurowaliśmy swe poważne turniejowe przygody jeszcze w epoce przedsanacyjnej, 12 stycznia 1926 r. na lodowisku w szwajcarskim Davos, przegrywając z Francuzami 1:2 (trafienie Adamowskiego) w ramach Mistrzostw Europy. Łącznie rozegraliśmy tam cztery spotkania, sprawiedliwie – po dwa przegrane i dwa wygrane. Pierwsze turniejowe zwycięstwo odnieśliśmy 16 stycznia 1926 r. nad Hiszpanami (4:1), zajmując ostatecznie szóste miejsce w dziewięciozespołowej stawce. Rok później na hokejowym Euro 1927 Polacy zajęli już 4 miejsce w sześciozespołowej stawce, wyprzedzając, co dziś może zabrzmieć wręcz fantastycznie – reprezentację Czechosłowacji. Na szczególną uwagę zasługuje tu zwycięstwo nad Węgrami 6:1 i aż cztery trafienia Adamowskiego w tym spotkaniu (łącznie uzbierał tych trafień pięć na wspomnianym turnieju, podobnie zresztą jak Tupalski). W turniejach mistrzowskich przed wojną żaden inny polski hokeista nie dokona już podobnego wyczynu (Andrzejowi Wołkowskiemu uda się co prawda w latach 30-tych uzbierać aż cztery turniejowe hattricki, a Adamowi Kowalskiemu jeden, ale granicy uzyskania więcej niż trzech bramek w jednym meczu żaden z nich nie przekroczy). W lutym 1928 roku na szwajcarskiej ziemi nasi hokeiści po raz pierwszy uczestniczą w igrzyskach olimpijskich. Turniej olimpijski traktowany jest zarazem jako światowy czempionat i tak będzie jeszcze bardzo długo, nim hokejowe mistrzostwa świata wybiją się na niepodległość spod opiekuńczych skrzydeł pięciu kół olimpijskich. W St. Moritz Polacy trafiają do istnej grupy śmierci, z której dziś odjeżdżaliby zapewne uginając się pod bagażem kilkudziesięciu straconych bramek. Wówczas biało-czerwoni zremisowali 2:2 ze Szwecją, a z Czechosłowacją stracili decydującego gola dopiero w ostatniej tercji, przegrywając 2:3 i zajmując w swym olimpijskim debiucie 9 miejsce w jedenastozespołowym gronie.

Już po roku jednak na węgierskich lodowiskach, polski hokej święci swój największy sukces i pierwszy turniejowy medal. Wicemistrzostwo Europy w 1929 roku biało-czerwoni wywalczają, pokonując Szwajcarów 2:0 (dwa gole Tupalskiego) oraz Austriaków 3:1 (Adamowski, Tupalski, Krygier). W budapeszteńskim ścisłym finale 3 lutego 1929 r., po trafieniu niezawodnego Adamowskiego w 39 minucie spotkania, Polacy wygrywają już z Czechosłowacją 1:0. Polscy hokeiści oswajają się z zapachem złota jednak tylko przez 5 minut, kiedy to dla naszych południowych sąsiadów pada gol wyrównujący. Potrzebne są aż dwie dogrywki, by rozstrzygnąć sprawę tego, komu należy się miano najlepszej drużyny na Starym Kontynencie. W 77 minucie gry, strzał Dorasila przesądza o tym, że Polacy przywiozą z Węgier ‘jedynie’ srebro. Co ciekawe, jest to przedostatnia już (a trzecia i zarazem ostatnia z udziałem Polaków) impreza o randze Mistrzostw Europy. Po roku 1932, medaliści Mistrzostw Starego Kontynentu ustalani będą niejako symbolicznie, po prostu na podstawie miejsc zajętych na mistrzostwach świata lub igrzyskach olimpijskich.

A tymczasem w 1930 roku Polacy znów potwierdzają swój akces do hokejowej czołówki. W półfinale biało-czerwoni, choć prowadzą już z Niemcami 1:0 po golu Tupalskiego, ostatecznie przegrywają jednak 1:3 tracąc szanse na drugi z rzędu mecz o złoto. W pojedynku o 3 miejsce ulegają po trafieniach w ostatniej tercji Austriakom 0:2, zajmując w tym turnieju, odpowiednio 4 miejsce w Europie oraz 5 miejsce na świecie.

W lutym 1931 roku apetyty na sukces polskich kibiców hokeja są jeszcze bardziej wyostrzone, bo turniej o mistrzostwo świata odbywa się wówczas na naszym lodzie w Krynicy. Na otwarcie zmagań przegrywamy z Czechosłowacją 1:4.

Potem jednak dzięki bezcennemu trafieniu w dogrywce Tupalskiego, pokonujemy Francuzów 2:1 i wciąż pozostajemy w grze. W finałowej rozgrywce sześciu najlepszych zespołów turnieju, biało-czerwoni 4 lutego 1931 odnoszą ogromnie ważne i bardzo prestiżowe zwycięstwo nad Szwedami 2:0.

Przegrywają potem planowo, jak niemal każdy, z Kanadyjczykami (0:3). Szansa na brązowy medal ucieka chyba 6 lutego w Krynicy, gdzie choć prowadzimy już z Austriakami po trafieniu Materskiego, dajemy sobie wbić w trzeciej tercji dwa gole i przegrywamy 1:2. Potem jeszcze minimalna porażka z USA 0:1 oraz bezbramkowy remis z Czechosłowacją. Polacy zajmują ostatecznie 4 miejsce, wyprzedzając zarówno Szwedów, jak i Czechosłowację oraz potwierdzając po raz kolejny, że należą do ścisłej światowej hokejowej czołówki. Na Starym Kontynencie są na tym turnieju drugą siłą, nieznacznie ustępując tylko Austriakom.

Rok później, w zimie 1932, z igrzysk w amerykańskim Lake Placid, znów przywożą Polacy 4 miejsce. Tam jednak, gwoli ścisłości, turniej był wyłącznie czterozespołowy, a biało-czerwoni przegrali wszystkie swoje mecze, w tym po raz pierwszy dwucyfrowo (porażka 0:10 z Kanadą). Z praskich mistrzostw świata 1933, Polacy przywożą 7 lokatę. W 1935 roku w szwajcarskim Davos biało-czerwoni zajmą dopiero 10 miejsce w gronie piętnastu drużyn, ale odniosą tam swe pierwsze i jedyne aż do połowy lat 50-tych turniejowe zwycięstwo nad Niemcami, a także najwyższe przedwojenne zwycięstwo w rozgrywkach rangi mistrzowskiej, pokonując Belgów aż 12:2 (hattrick Wołkowskiego i Kowalskiego). Na igrzyskach w Garmisch Partenkirchen 1936 naszym udziałem jest 9 miejsce, lecz na uwagę zasługuje pierwsze polskie historyczne trafienie w pojedynku z Kanadyjczykami (1:8, gol Adama Kowalskiego) oraz efektowne zwycięstwo nad Łotyszami 9:2, którzy przecież dziś leją nas, jak tylko chcą. Rok później na mistrzostwach świata biało-czerwoni zostawiają po sobie bardzo dobre wrażenie. 17 lutego 1937 na londyńskim lodowisku, po bramkach Kowalskiego, Burdy i Wołkowskiego wyraźnie pokonują Szwedów 3:0. To po dziś dzień najwyższe nasze zwycięstwo nad reprezentacją Trzech Koron. Z Kanadą udaje się Polakom strzelić aż dwie bramki (obie są dziełem Czesława Marchewczyka; porażka 2:8), czego na tamtym turnieju nie udało się osiągnąć żadnej innej ekipie. Pokonujemy jeszcze Francuzów 7:1 i Węgrów 4:0, lecz szansę na wejście do finałowej czwórki i włączenie się do walki o medale, przegrywamy nieznacznie w meczu ze Szwajcarami (0:1). Polacy zajmują dopiero 8 miejsce (6 lokatę przegrali nasi gracze bez walki, zostając zdyskwalifikowanymi i poddając po prostu walkowerem dwa ostatnie spotkania w turnieju, których byli zresztą zdecydowanym faworytem), choć brąz na tym turnieju był jak najbardziej w ich zasięgu. Z praskich mistrzostw świata 1938, przywożą Polacy 9 miejsce (5 goli Wołkowskiego). Natomiast na pół roku przed piekłem II wojny światowej, na szwajcarskich lodowiskach biało-czerwoni plasują się na bardzo przyzwoitej 6 lokacie wśród trzynastozespołowej gromadki. Stawkę zamyka debiutująca wówczas w imprezie i robiąca tam za chłopca do bicia, dziś potężna przecież w siłę, reprezentacja Finlandii. Co ciekawe, swoje ostatnie przedwojenne spotkanie w mistrzowskim turnieju rozgrywają Polacy w Bazylei, 12 lutego 1939 r. o godz. 10.30, właśnie z reprezentantami niemieckiej III Rzeszy, przegrywając 0:4. Naszym najlepszym strzelcem na tym turnieju znów jest Wołkowski z sześcioma bramkami na koncie.

W pewnym sensie, wraz z wybuchem wojny, kończy się najbardziej płodny w sukcesy okres polskiego hokeja. Szczególnie lata 1927-1932 są dla biało-czerwonych wyjątkowo udane. Wówczas to dwukrotnie wywalczają wicemistrzostwo Europy (1929, 1931) i aż trzykrotnie lokują się w pierwszej czwórce na wielkich turniejach (4 miejsce na MŚ 1931, 4 miejsce na IO 1932; 4 miejsce na ME 1927). Dziś może zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale w latach przedwojennych toczyliśmy bardzo wyrównane boje z Czechosłowacją, a ze Szwedami na wielkich turniejach mieliśmy w bezpośrednich starciach dodatni bilans. Takie zespoły jak Finlandia czy Łotwa, mogły wówczas jedynie pomarzyć o nawiązaniu równorzędnej walki z Polakami. Cóż, trochę się zmieniło w hokejowym układzie sił na świecie od tamtego czasu.

Pierwsze powojenne mistrzostwa globu, od razu z udziałem Polaków, rozgrywają się w zimie 1947 roku na lodowisku w Pradze. 15 lutego 1947 roku, po niemal ośmioletniej przerwie biało-czerwoni znów toczą swój bój na wielkim turnieju. Wysoko przegrywamy jednak z Austriakami 2:10, a oba trafienia uzyskuje wybitna postać polskiego powojennego hokeja Hilary Skarżyński. Co ciekawe, trenerem naszej hokejowej kadry, jest znany z boisk piłkarskich, niesamowity Wacław Kuchar. Nazajutrz po klęsce z Austrią, biało-czerwoni odnoszą swe pierwsze od 1939 roku turniejowe zwycięstwo, rozbijając Rumunów 6:0 (hattrick znakomitego Stefana Csoricha). Toczymy potem jeszcze zacięte boje m.in. ze Szwedami (3:5) i USA (2:3), gromimy Belgów (11:1) i kończymy mistrzostwa jako szósta hokejowa siła na świecie.

Po roku, na zimowych igrzyskach olimpijskich w szwajcarskim St. Moritz, rewanżujemy się Austriakom, pokonując ich 30 stycznia 1948 r. 7:5 (pierwszą po wojnie bramkę dla Polaków na igrzyskach strzela Csorich). Nazajutrz doznajemy jednak spektakularnej klęski z USA w rozmiarach 4:23. Dwucyfrowo przegramy również z Kanadą, Czechosłowacją i Szwecją (minęły już czasy przedwojennych wyrównanych pojedynków z tymi zespołami), za to aż 13 bramek udaje nam się wbić Włochom (13:7). Turniej kończymy na 7 miejscu, ale na skutek wycofania zespołu USA, przesuwamy się ostatecznie na 6 lokatę. Aż trzech naszych graczy, Alfred Gansiniec, Mieczysław Palus i wspomniany Skarżyński, kompletuje na olimpijskim turnieju w St. Moritz po pięć trafień.

Na następny występ o stawkę czekają Polacy aż 4 lata, do kolejnych zimowych igrzysk. W Norwegii, w 1952 roku, Polacy wywalczają 6 miejsce (4 lokata w Europie), a na szczególną uwagę zasługuje fakt naszego pierwszego po wojnie, hokejowego zetknięcia z Niemcami. 19 lutego 1952 na lodowisku w Oslo, biało-czerwoni tracą w końcówce dwie bramki i ostatecznie remisują z RFN 4:4. Na skandynawskim turnieju wyprzedzamy również Finów, których pokonujemy w bezpośrednim starciu w Lillestrom 4:2. Eugeniusz Lewacki, z pięcioma trafieniami na koncie, jest na tym turnieju olimpijskim naszym najskuteczniejszym zawodnikiem.

3 lata później znów Polacy stają do walki na hokejowych mistrzostwach świata. Turniej rozgrywany w zachodnich Niemczech jest w dziejach naszego hokeja momentem dość istotnym. Oto bowiem wreszcie, po raz pierwszy w historii, stają do rywalizacji ze sobą wszystkie największe siły na hokejowej mapie świata. W gronie rywali polskiej drużyny są teraz wszyscy najlepsi, jest Kanada, USA, Czechosłowacja, Szwecja, robiąca błyskawiczne postępy Finlandia, jest RFN, i jest też włączająca się od niedawna do rywalizacji z resztą hokejowego świata ekipa ZSRR. Można powiedzieć, że to dopiero wtedy w 1955 roku zaczynają się dla Polaków prawdziwe mistrzostwa świata, prawdziwe, bo naszpikowane obecnością wszystkich najlepszych. Na dzień dobry, 26 lutego 1955 roku, na lodzie w Krefeld odnosimy wielki sukces, pokonując gospodarzy imprezy, ekipę RFN 5:4 (dwa trafienia Józefa Kurka, naszego najskuteczniejszego w dziejach strzelca na turniejach pośród elity). Następnego dnia przegrywamy z Kanadyjczykami 0:8, a nazajutrz stajemy do pierwszej historycznej turniejowej batalii z drużyną ZSRR. Po bramkach Wróbla i Lewackiego, przegrywamy z radziecką hokejową potęgą 2:8. Po drodze doznajemy jeszcze porażek m.in. z USA, CSRS, Szwecją, ale za to udaje nam się wygrać z Finami 6:3 i zajmujemy ostatecznie 7 lokatę (wyprzedzamy Szwajcarię i Finlandię; od Niemców mamy niestety gorszy bilans bramkowy, choć wygraliśmy z nimi bezpośrednie starcie). Ten turniej to ważne potwierdzenie mocnej pozycji polskiego hokeja na arenie międzynarodowej.

W 1956 roku na igrzyskach we włoskim Cortina d’Ampezzo Polacy zajmują 8 miejsce, wyprzedzając Szwajcarów i Austriaków, a więc obie drużyny, które udało im się pokonać w bezpośrednim starciu. Rok później, w zimie 1957, na moskiewskim turnieju o mistrzostwo świata po raz pierwszy przegrywamy ważny mecz z Finami (3:5, choć po pierwszej tercji prowadziliśmy już 2:0). Przegrywamy potem nie tylko z ZSRR, CSRS, Szwecją, ale również z NRD. Udaje nam się pokonać jedynie Japonię (hattrick Zdzisława Nowaka) i Austrię (hattrick Kurka). Prowadzonym przez czeskiego trenera Antonina Haukvica Polakom przypada więc w udziale 6 miejsce, lecz należy pamiętać, że do Moskwy nie przyjechały wówczas ekipy Kanady i USA. Józef Kurek kompletuje na turnieju w Rosji aż siedem trafień.

Przedwiośniem 1958 roku na lodowisku w Oslo, Polacy zajmują już ostatnie miejsce w turnieju mistrzowskim. Przegrywamy wyraźnie z wszystkimi faworytami (USA, Kanada, ZSRR i Szwecja strzelają nam dwucyfrową liczbę bramek; Czechosłowacja jest nieco litościwsza), ale decydujące znaczenie ma zmarnowana szansa na zwycięstwo z Finlandią (jeszcze na 13 min. przed końcem spotkania prowadzimy po golach Kurka 2:0; zespół Suomi wyrównuje na 8 sekund przed końcową syreną!) oraz dość zaskakująca porażka z gospodarzem imprezy – Norwegią 3:8 (choć jeszcze po pół godzinie gry wygrywaliśmy 3:2). Na mistrzostwach w Czechosłowacji, liczba uczestników turnieju zostaje powiększona do 12 zespołów. Jednak Polakom udaje się wygrać zaledwie jedno spotkanie, ze Szwajcarami 2:1 (decydujący gol Kurka), dzięki czemu zajmują przedostatnie miejsce w końcowej tabeli. Doprowadza to do sytuacji, że w 1960 roku, po raz pierwszy, odkąd biało-czerwoni zaczęli regularnie grywać na mistrzowskich turniejach, nie załapali się na igrzyska olimpijskie.

W marcu 1961 roku na lodowiskach w Lozannie i Genewie, biało-czerwoni po raz pierwszy w historii zmuszeni są do udziału w turnieju zaledwie na zapleczu rywalizacji ośmiu najlepszych drużyn globu. Mało tego, Polakom udaje się tam wygrać jedynie z gospodarzami (3:1), przegrywając aż cztery spotkania i zajmując dopiero 5 lokatę. Na wspomnianym drugim froncie ugrzęźniemy na kolejne kilka lat (choć odnosimy tam niekiedy imponujące zwycięstwa, jak 22:4 z Jugosławią, 10:0 z Wielką Brytanią czy 10:1 z Francją w 1963 r.), wyrwiemy się stamtąd dopiero w 1965 roku. Ale wcześniej jeszcze, pod wodzą trenera Gary Hughesa jedziemy na igrzyska w Innsbrucku, gdzie choć przegrywamy z RFN i Japonią, wygrywamy jednak naszą grupę i zajmujemy 9 miejsce na turnieju olimpijskim (Józef Manowski uzyskał 8 trafień, z czego aż 4 w meczu przeciwko Jugosławii; Bronisław Gosztyła ustrzelił na austriackiej imprezie 7 goli, a Józef Stefaniak – 5). W marcu wspomnianego już roku 1965, na fińskich lodowiskach wygrywamy grupę B (tylko drużynie RFN udaje się z nami zremisować 3:3, wszyscy pozostali rywale wyraźnie przegrywają z Polakami) i powracamy do elity.

Tam jednak rywale wcale nie czekają na nas z otwartymi ramionami. Choć Polacy wstydu absolutnie nie przynoszą, tocząc bardzo zacięte boje i nawet z najlepszymi nie doznając jakichś druzgocących klęsk, to jednak trzy decydujące mecze z zespołami będącymi w naszym zasięgu przegrywamy (NRD 0:4, Finlandia 3:6, USA 4:6) i grzecznie się pożegnawszy, opuszczamy grono elitarnej ósemki. Powrócimy tam dopiero po 4 latach. W 1969 roku na lodowisku w Lublanie, w ramach MŚ gr. B, wygrywamy niemal wszystkie mecze (również z RFN 3:2), przegrywając jedynie z NRD (1:4) i to właśnie w towarzystwie tej ostatniej ekipy wkraczamy do ścisłej, sześciodrużynowej hokejowej elity.

Nasz zespół prowadzi wówczas znakomity radziecki trener Anatolij Jegorow. To początek jego epoki. Dodajmy od razu, bardzo udanej epoki w dziejach naszego hokeja. Na sztokholmskich mistrzostwach elity w 1970 roku, przegrywamy na dzień dobry, po całkiem niezłej grze z Czechosłowacją 3:6. Potem notujemy dość wyraźne porażki z Finami, Szwedami i ZSRR. W decydujących o pozostaniu w grupie A pojedynkach z NRD, Polacy najpierw remisują 2:2, lecz 29 marca ulegają drużynie ze wschodnich Niemiec 2:5 (choć jeszcze w końcowej fazie meczu prowadziliśmy 2:1). Lądujemy więc na ostatnim, 6 miejscu w elitarnym gronie (choć przypomnieć należy, że w turnieju tym nie uczestniczyła Kanada), a potem przegrywamy jeszcze barażowy dwumecz z RFN (4:4 i 3:6), co oznacza ponowną degradację do grupy B. Na szwajcarskich lodowiskach w 1971 roku Polacy dają się wyprzedzić tylko gospodarzom (choć w bezpośrednim z nimi spotkaniu remisujemy 4:4).

Za to 4 lutego 1972 roku na lodowisku w Sapporo, polscy hokeiści pokonując w arcyważnym meczu zespół RFN aż 4:0 dokonują rzeczy wspaniałej, wywalczając awans do najlepszej szóstki bijącej się o medale na japońskich igrzyskach olimpijskich. Tam przegrywamy już wszystkie mecze, ale pogromu doznajemy wyłącznie od Czechosłowacji. Ze Szwedami oddajemy teren po walce 3:5. Leszek Tokarz strzela na tym turnieju bramki nie tylko Niemcom, ale również Finom, Szwedom, oraz reprezentantom Czechosłowacji. Podopieczni Jegorowa swojego występu w Sapporo raczej wstydzić się nie muszą. Niespełna 2 miesiące później, na MŚ gr. B, wygrywając wszystkie swoje mecze (w tym te dwa najważniejsze, czyli dramatyczny bój z USA 6:5 oraz z NRD 3:2), biało-czerwoni po bukaresztańskim lodzie znów efektownie wślizgują się do hokejowej śmietanki.

Na moskiewskim czempionacie elity w 1973 roku polscy hokeiści bardzo mądrze dysponują swymi zasobami. Pozwalają bić się gospodarzom imprezy w zastraszających wręcz rozmiarach (aż 0:20), ale tylko po to, by wszystkie siły rzucić na kluczowe dla nas pojedynki z drużynami Finlandii oraz RFN, które miały ostatecznie zadecydować o tym, kto pozostanie w elitarnym gronie, a kto z niego wypadnie. Biało-czerwonym udaje się zremisować z Finami 1:1 oraz po piorunującej trzeciej tercji (wygranej aż 3:0) pokonać w decydującym boju Niemców 4:1. Plasujemy się na 5 miejscu w świecie (w turnieju nie brała jednak udziału Kanada) i dzięki temu, po raz pierwszy od kilkunastu lat udaje się Polakom pozostać w elitarnym gronie na kolejny rok. Zresztą nasi hokeiści grać będą w wąskiej, sześciodrużynowej grupie A przez aż 4 sezony z rzędu.

Na wiosnę 1974 roku, podczas mistrzostw w Helsinkach biało-czerwoni przegrywają swe inauguracyjne spotkanie ze Szwedami 1:4, ale u strzelca ostatniej bramki dla Skandynawów – Ulfa Nilssona, wykryto po meczu niedozwolone środki dopingujące w organizmie. Wynik spotkania zostaje zweryfikowany na 5:0 dla Polski i jak się potem okaże, to właśnie ten walkower zadecydował o naszym pozostaniu w elicie na kolejny rok. Polskim hokeistom udaje się bowiem uciułać jeszcze dwa remisy (2:2 z Finlandią oraz 3:3 z NRD), ale to wystarcza by wyprzedzić o punkt rywali ze wschodnich Niemiec.

Na mistrzostwach w Monachium i Dusseldorfie w 1975 roku biało-czerwoni znów znają swoje priorytety. Pokornie pozwalają okładać się w dwucyfrowych rozmiarach  hokeistom ze Szwecji lub ZSRR, przegrywając też pozostałe spotkania z Czechosłowacją oraz Finlandią. Jednak gdy przychodzi do decydujących bojów z USA, podopieczni Jegorowa nie zawodzą, wygrywając oba spotkania 5:3 oraz 5:2. Najlepszym naszym strzelcem na tym turnieju jest Walenty Ziętara, który uzyskuje 5 trafień.

Wraz z monachijskimi mistrzostwami, kończy się w naszej kadrze turniejowa era Anatolija Jegorowa. Trenera, który przez 3 lata z rzędu (1973-1975) zdołał wywalczyć z polskimi hokeistami 5 miejsce na świecie i utrzymać biało-czerwony hokej w wąskiej elicie lodowej dyscypliny. Jegorow jest wspominany przez jego dawnych zawodników jako trener bardzo wymagający, ale jednocześnie taki, który wprowadził nowe standardy do polskiego hokeja. Bywał w klubach, prowadził zajęcia z klubowymi trenerami, regularnie doglądał swoich zawodników, dbając o ich rozwój. No i był z nimi na dobre i złe. Został odwołany z selekcjonerskiego stołka, bo w Moskwie nie spodobało się między innymi to, że Jegorow wraz ze wszystkimi swymi podopiecznymi chodził na niedzielną Mszę św. do kościoła. On natomiast uważał, że skoro wszyscy jego zawodnicy są wierzący, to jego obowiązkiem jest być z nimi i towarzyszyć im w chwilach dla nich ważnych. Uznano jednak takie postępowanie za niegodne człowieka radzieckiego. Po powrocie do ojczyzny posadzono Jegorowa za biurkiem i uczyniono z niego biurokratę, zajmującego się radzieckim hokejem… na trawie.

Requiem na lodzie. Anatomia upadku cz.II

R.

Z komentarzy na numer10.blox.pl

2013/05/23 10:31:59
Świetny artykuł. Ktoś powinien go przedrukować. Dzięki i pozdrawiam.
2013/05/24 09:30:52
Mądry ten Jegorow był! Sprytnie odpuszczał przegrane mecze.
Gość: numer10, *.xdsl.centertel.pl
2013/05/24 11:11:11
Głupi nie był :) Znał możliwości polskiego hokeja i do nich dostosowywał proces wytaczania realnych celów i priorytetów podczas mistrzowskich turniejów. Dzięki temu osiągnął to, czego nie udało się uzyskać ni wcześniej, ni później żadnemu innemu selekcjonerowi – utrzymał nas w ścisłej, pięciodrużynowej światowej czołówce przez kilka sezonów z rzędu. „Wolno nam było przegrać z ZSRR 0:20 podczas mistrzostw świata w Moskwie, aby przećwiczyć zagrywki i pewne fragmenty gry na spotkania z Finlandią i RFN, które były dla nas kluczowe. To dzięki punktom zdobytym w tamtych meczach utrzymaliśmy się w światowej elicie” – wspominał niedawno jeden z naszych ówczesnych reprezentantów.
Gość: Tomek, *.hsd1.il.comcast.net
2013/05/26 00:36:20
Fantastyczny wpis. Dziękuje. Pierwsza miłość do polskiej reprezentacji to Albertville 1992. Mialem 10 lat. Oglądałem wszystkie mecze, i mimo sromotnych porażek zakochalem się w hokeju. Pomyślałem sobie „nie mogę się doczekać następnej olimpiady kiedy nasi bedą grać”. Nie doczekałem się. Po latach przeprowadziliśmy się z rodzina do USA. Lata 98-2004 to obsesja na punkcie Czerkwaskiego. Oprócz tego tego to oglądanie (raczej śledzenie na internecie) zmagan w grupie B, teraz C. Porażki z Kazachstanem, Ukraina, Austria, Norwegia,, Słowenia, etc. 21 lat minęło od Albertville. Czy doczekamy się polskiej reprezentacji w hokeju na Olimpiadzie? Trudno to sobie wyobrazić…

Requiem na lodzie. Anatomia upadku cz.II

Jegorow więc odchodzi, ale zostawia nasz hokej w naprawdę niezłej kondycji i na więcej niż  przyzwoitym miejscu w światowej hierarchii. Na zimowych igrzyskach w Innsbrucku w 1976 roku, już pod wodzą znakomitego niegdyś hokeisty – Józefa Kurka, nasi zawodnicy pokonują w preeliminacjach Rumunów, ale potem we właściwym turnieju przegrywają wszystkie mecze (choć wynik spotkania z Czechosłowacją zostaje zweryfikowany walkowerem z 1:7 na 1:0 dla Polaków). Ten najważniejszy już na inaugurację, mimo hattricku Tadeusza Obłoja z RFN 4:7. W Innsbrucku więc, podobnie jak 4 lata wcześniej w Sapporo, kończymy na 6 miejscu. To czwarta w historii (1948, 1952, 1972, 1976) i zarazem ostatnia tak wysoka lokata biało-czerwonych na turnieju olimpijskim.

W dwa miesiące po austriackiej olimpiadzie Polacy po raz pierwszy po wojnie przystępują do mistrzostw świata gr. A jako gospodarze. Kwietniowe mistrzostwa w Katowicach są specyficznym turniejem. Nasz zespół, który ma wówczas, jak się wydaje, niepowtarzalną wręcz szansę na zdobycie medalu (w czempionacie wciąż nie biorą udziału Kanadyjczycy), ostatecznie opuszcza jednak elitarne grono.

Ale najpierw jest ten dzień. Ten zupełnie wyjątkowy, najwspanialszy, najcudowniejszy w całych dziejach naszego hokeja dzień – 8 kwietnia 1976 roku. W meczu, który rozpoczął się o godzinie 20.30 na lodowisku w Katowicach, pokonaliśmy 6:4 prawdziwą, niemal nienaruszalną hokejową potęgę, reprezentację ZSRR, która na 13 turniejach bezpośrednio poprzedzających ten rozgrywany na Śląsku wywalczyła aż 12 złotych medali (ogólnie w całej historii swego uczestnictwa w wielkich hokejowych imprezach, czyli w latach 1954-1991 drużyna radziecka nigdy nie zeszła poniżej brązu; na MŚ 22 razy zdobywała złoto, 7 razy srebro, 5 razy brąz; na IO 7 razy złoto, 1 srebro, 1 brąz), zespół aktualnych wówczas mistrzów świata i mistrzów olimpijskich, który od dziesięcioleci zdawał się być absolutnie poza zasięgiem naszych graczy. A jednak w Katowicach wydarzył się tego wieczora prawdziwy hokejowy cud. Już sam fakt strzelenia radzieckiej drużynie aż sześciu goli w jednym meczu był czymś niezwykłym (do tamtej pory zdarzyło się zaledwie trzykrotnie, by udało się którejś drużynie strzelić w turniejowym pojedynku z ZSRR więcej niż pięć bramek; dwukrotnie sztuka taka powiodła się Czechosłowacji w 1961 i 1974 r. i raz Kanadzie w 1960 r.). Gdy ogląda się po latach tamto spotkanie, nawet dziś trudno uwierzyć, że Polacy potrafili kiedyś tak fenomenalnie, tak porywająco grać w hokeja. Zespół, który jeszcze 2 miesiące wcześniej zlał nas w Innsbrucku 16:1, teraz sam został rozbity przez tych samych właściwie polskich zawodników. Prowadziliśmy już w pewnych momentach spotkania 4:1, 5:2 i 6:3, by ostatecznie pokonać radziecką drużynę 6:4. Wspaniały hattrick Wiesława Jobczyka, dwa trafienia Mieczysława Jaskierskiego (jeden z naszych trzech najlepszych strzelców wszechczasów na turniejach elity), jedno Ryszarda Nowińskiego. Ten rezultat był tak niewiarygodnie niesamowity, że niektórzy hokeiści nawet po latach przyznają, że gdy tamtego wieczora przyjechali po meczu do hotelu, nawet wówczas jeszcze nie dotarło do nich, że to co się stało na katowickim lodzie, wydarzyło się naprawdę (wielu naszych graczy, z nadmiaru emocji, nie potrafiło potem w ogóle tej nocy zasnąć). Ale wydarzyło się! Popełniając polityczny nietakt wobec czerwonego Wielkiego Brata zza wschodniej granicy, odnieśliśmy nasze jedyne w historii, ale za to jakże wspaniałe hokejowe zwycięstwo nad ZSRR.

 

Po takim otwarciu, apetyty naszym kibicom znacznie się wyostrzyły. Jednak już nazajutrz sprowadził nas na ziemię późniejszy triumfator imprezy – zespół Czechosłowacji, gromiąc gospodarzy 12:0. Jednak już 11 kwietnia Katowice znów opływają w pociechę, albowiem nasi hokeiści ponownie wygrywają 6:4, pokonując tym razem NRD. Pierwsza, naprawdę ważna porażka biało-czerwonych na tym turnieju przychodzi następnego dnia. Tym razem naszym rywalem są Niemcy z zachodniej części kraju. Choć to my, po bramce Leszka Kokoszki obejmujemy prowadzenie w tym spotkaniu, to jednak po końcowej syrenie triumfuje RFN, wygrywając 5:3. Przegrywamy też z USA 2:4 oraz ze Szwecją 1:4, zdobywając punkt jeszcze tylko na Finlandii 3:3 (choć jeszcze po pół godzinie gry prowadzimy z Suomi 3:1, ale potem w ciągu 45 sekund tracimy aż dwa gole). Znów lokujemy się na 5 miejscu i tak niewiele przecież nam zabrakło, by wedrzeć się do finałowej wielkiej czwórki. Tym razem jednak, zajęcie wysokiej 5 lokaty w zreformowanej ośmiozespołowej już grupie A, wcale nie gwarantuje pozostania w niej. Rozgrywki toczą się dalej, a Polacy którzy byli przecież o krok od pierwszej czwórki, zmuszeni są teraz walczyć o utrzymanie się w elicie. Najpierw po ekscytującej pogoni za rywalem (ze stanu 0:3) pokonujemy NRD 5:4. Potem, nieco pechowo dzielimy się punktami z Finlandią (nie wystarcza hattrick Kokoszki, remisujemy 5:5, choć przez niemal całe spotkanie to biało-czerwoni prowadzili, w pewnym momencie nawet 3:1). Wystarczy jednak byśmy tak samo podzielili się punktami w ostatnim meczu z RFN, a wszystko będzie ok. Niestety 24 kwietnia 1976 roku zabrakło nam w Katowicach dosłownie 21 sekund, by utrzymać nie tylko remis 1:1, ale i całą naszą reprezentację w elitarnym gronie. Niestety, nie udaje się. Niemcy również w hokeju walczą do końca. Polacy zajmują przedostatnie, 7 miejsce i wraz z NRD opuszczają grupę A. Jobczyk i Kokoszka uzyskują na katowickich mistrzostwach po 6 trafień, Ziętara gromadzi ich na swoim koncie 5.

Na zapleczu elity zagrzejemy miejsce przez dwa sezony. Udaje nam się awansować na marcowym belgradzkim turnieju grupy B w 1978 roku (m.in. efektowne zwycięstwa nad Szwajcarią 8:1, Włochami 12:2, Norwegią 9:4). Na moskiewskim turnieju elity w 1979 roku, prowadzona przez czeskiego szkoleniowca Slavomira Bartona, polska drużyna wstydu na pewno nie przynosi. Choć utrzymać się jej wśród najlepszych nie udaje. Przegrywamy z gospodarzami 0:7, ale już Szwecji stawiamy się zadziwiająco dzielnie, ulegając zaledwie 5:6. Remisujemy też z RFN 3:3. W bojach o pozostanie w grupie A, Polacy m.in. remisują z USA 5:5 (szkoda tego meczu, bo jeszcze po pół godzinie gry prowadziliśmy 5:3) i nieznacznie ulegają Finlandii.

Kolejną szansę do konfrontacji z najlepszymi nasi hokeiści mają jednak już po niespełna roku. Na igrzyskach olimpijskich w Lake Placid, Polacy odnoszą jeden naprawdę znakomity rezultat. 12 lutego 1980 roku biało-czerwoni, po dwóch trafieniach Andrzeja Zabawy (najskuteczniejszy strzelec naszej kadry w całej jej historii – 99 goli) i Kokoszki oraz jednym Jobczyka (łącznie 88 goli dla kadry i drugie miejsce w klasyfikacji wszechczasów), odnoszą ostatnie jak do tej pory zwycięstwo w konfrontacji z reprezentacją Finlandii (5:4). Potem przychodzą trzy porażki (Kanada 1:5, ZSRR 1:8, Holandia 3:5) i zwycięstwo nad Japonią 5:1, co daje Polakom 7 miejsce na turnieju olimpijskim.

Na kolejne konfrontacje z najlepszymi Polacy muszą jednak poczekać aż do następnych igrzysk. Nie udaje nam się bowiem przebić do hokejowej elity na trzech kolejnych mistrzostwach gr. B. Na olimpijskim, dwunastodrużynowym turnieju w Sarajewie, biało-czerwonym udaje się zwyciężyć jedynie z gospodarzami imprezy. We wspomnianym pojedynku z Jugosławią, efektownie wygranym 8:1, swój hattrick kompletuje Jerzy Christ (uzbierał na tych igrzyskach łącznie 5 trafień). Polacy przywożą z Sarajewa 8 lokatę.

W marcu 1985 roku, na turnieju w szwajcarskim Fryburgu, znów dla polskiego hokeja wychodzi słońce. Biało-czerwoni pozwalają tam ze sobą zremisować (2:2) jedynie Helwetom i pewnie wkraczają w upragnione progi grupy A. Powrót naszych hokeistów do elity jest iście piorunujący. 12 kwietnia 1986 roku na moskiewskim lodowisku Polacy odnoszą ogromny sukces, wywalczając swe jedyne w dziejach turniejowe zwycięstwo nad reprezentacją Czechosłowacji. Na dwa trafienia Jerzego Christa, odpowiedzieć zdoła jedynie Petr Rosol 10 minut przed końcem spotkania. Zwycięstwo biało-czerwonych nad aktualnymi wówczas mistrzami świata 2:1 jest prawdziwą megasensacją. Niemal równo 10 lat po słynnej katowickiej wiktorii nad ZSRR, znów odnosimy fantastyczne zwycięstwo, które stanowi jedną z najcenniejszych zdobyczy polskiego hokeja w całej jego historii.

 

Nie wystarcza ona jednak do utrzymania się w grupie A. Podopieczni Leszka Lejczyka przegrywają bowiem swoje kolejne mecze (m.in. ZSRR 2:7, Kanada 3:8, Finlandia 2:4). Szkoda szczególnie pojedynku z USA (5:7), w którym jeszcze tuż przed końcem drugiej tercji prowadzimy 4:2, ale ostatecznie ulegamy Amerykanom. Pożegnalne spotkanie, zremisowane po zaciętej walce z RFN 5:5 nie uratuje polskiego bytu w elitarnym gronie. Wiosną 1987 roku we Włoszech biało-czerwoni znów stają więc w szranki na światowym, hokejowym zapleczu, gdzie wywalczają sobie jednak błyskawiczny powrót do grupy A.

Igrzyska olimpijskie w Calgary są kolejną wspaniałą okazją, by skonfrontować się z najlepszymi. 14 lutego 1988 roku w obecności 17 000 widzów na Olympic Saddledome Polacy w nadspodziewanie minimalnych rozmiarach przegrywają z gospodarzami turnieju – Kanadyjczykami, tylko 0:1. Dwa dni później 16 lutego wprawiają wszystkich w jeszcze większe osłupienie, sensacyjnie remisując, z późniejszymi brązowymi medalistami tej imprezy – Szwedami 1:1. Wyrównującą bramkę w tym spotkaniu strzela dla Polaków, znajdujący się w wyśmienitej dyspozycji, Jarosław Morawiecki.

 

Morawiecki dołoży też swoje trafienie w następnym, gładko wygranym przez Polaków pojedynku z Francuzami (6:2). Jednak na tym meczu, w pewnym sensie, kończy się dla biało-czerwonych olimpijski turniej. Po zwycięstwie nad trójkolorowymi bowiem, Morawiecki zostaje wylosowany do kontroli antydopingowej, która wykazuje w organizmie polskiego zawodnika niedozwolone środki dopingujące. Morawiecki kończy swój udział na igrzyskach dyskwalifikacją, wynik zostaje karnie zweryfikowany na 0:2 dla Francuzów, a z polskiej drużyny momentalnie uchodzi powietrze. Turniej, który zaczął się jak z bajki, nagle przemienia się w pasmo kolejnych porażek. Nasi hokeiści przegrywają trzy kolejne spotkania i miast bić się o najwyższe cele (a wielu uważa, że właśnie wtedy, właśnie na tym turnieju było to możliwe) plasują się ostatecznie na 10 lokacie.

Na mistrzostwach świata grupy A w Sztokholmie, w kwietniu 1989 roku, Polacy przegrywają swoje mecze z każdym z wielkiej szóstki. W fazie grupowej udaje nam się pokonać po emocjonującym boju reprezentację RFN 5:3. Jednak w decydującej batalii o pozostanie w gronie najlepszych ulegamy 30 kwietnia 1989 r. tymże samym Niemcom 0:2. To ważny moment w historii naszego hokeja. Już nigdy potem nie zagramy w ośmiozespołowym elitarnym gronie (grupa A zostanie po kilku latach powiększona do 12 zespołów). Już nigdy potem nie zajmiemy tak wysokiego, 8 miejsca w hokejowej światowej hierarchii. Już nigdy potem nie dane nam będzie zmierzyć się w wielkich turniejowych grach z drużynami ZSRR, Czechosłowacji czy Kanady (pierwsi i drudzy, co prawda, niebawem przestaną jako byty państwowe istnieć, lecz Kanada przecież istnieje po dziś dzień i ma się całkiem dobrze). Hokejowy świat zacznie nam odjeżdżać, a brak konfrontacji z najlepszymi będzie tę przepaść między nami a elitą, z roku na rok, coraz bardziej pogłębiał.

Jednak nim to się stanie, uda się Polakom jeszcze dwukrotnie posmakować udziału w wielkim święcie hokeja. Po nieudanej próbie powrotu do elitarnego grona na MŚ gr. B w 1990, z pomocą biało-czerwonym przychodzi reforma mistrzowskich rozgrywek, powiększająca grupę A do 12 zespołów. Choć na turnieju w Lublanie biją nas już i Francuzi, i Włosi, i Norwegowie, to jednak 29 marca 1991 r. udaje się Polakom pokonać Austriaków 2:1, dzięki czemu to my załapujemy się na czwarte, ostatnie premiowane awansem do zreformowanej elity miejsce.

Zimą 1992 roku uczestniczymy jeszcze w turnieju olimpijskim w Albertville. We Francji biało-czerwoni przegrywają sześć kolejnych spotkań (najwyżej 1:9 z Finlandią) i dopiero w meczu o przedostatnie miejsce, pokonują Włochów 4:1. Efektowne zwycięstwo w Meribel, odniesione 20 lutego 1992 roku nad Italią jest ostatnim, jak do tej pory, występem naszych hokeistów na igrzyskach, a bramka uzyskana przez Józefa Adamca, ustalająca wynik tamtego spotkania, ostatnim polskim trafieniem na olimpiadzie. Warto podkreślić, że w tym ostatnim olimpijskim balu naszego hokeja zdążył jeszcze wziąć udział młodziutki wówczas, wychowanek GKS Tychy, późniejsza gwiazda NHL – Mariusz Czerkawski.

Rozegrane 2 miesiące po francuskich igrzyskach, mistrzostwa świata gr. A na lodowiskach Pragi i Bratysławy, jeszcze bardziej obnażyły coraz większy dystans dzielący nas od najlepszych. I tak, jeśli w Albertville przegraliśmy ze Szwedami 2:7, tu było już 0:7, jeśli na IO z Finlandią 1:9, tu 2:11, jeśli tam z USA 0:3, tu 0:5, jeśli tam z Niemcami 0:4, tu 1:11. Od początku jednak było wiadomo, że dla Polaków na turnieju rozgrywanym u naszych południowych sąsiadów, liczy się głównie grupowy pojedynek z Włochami, których pokonanie absolutnie leżało w zasięgu biało-czerwonych (czego zresztą dowiedli kilkadziesiąt dni wcześniej na IO). Choć prowadzimy już z Italią nawet 3:1, i potem jeszcze na 10 minut przed końcem 5:4, to jednak w tych ostatnich 10 minutach tracimy aż 3 gole i mamy już tylko jedną, ostatnią szansę na utrzymanie się w elicie. 6 maja 1992 roku przegrywamy ją jednak, ulegając na lodowisku w Pradze Francuzom 1:3. Gol Krzysztofa Kuźniecowa, dający nam zresztą prowadzenie w tym spotkaniu, okaże się być ostatnim polskim trafieniem w grupie A przez całe najbliższe 10 lat!

Spadamy więc do grupy B. Jedziemy jednak na wiosenny turniej do Holandii jako zdecydowany faworyt rozgrywek i niemal pewniak do zaliczenia szybkiego powrotu do elity. Pamiętam atmosferę tamtych dni, bo większość znających się na rzeczy kibiców w naszym kraju, doskonale zdawała sobie sprawę, że jeśli nie wywalczymy powrotu do grupy A teraz – na wiosnę 1993 roku, możemy do niej nie wrócić już nigdy. Nad pozycją polskiego hokeja na międzynarodowej arenie zaczęły się bowiem zbierać czarne chmury, które nieubłaganie nadciągały nad nasz rodzimy, lodowy mikroświatek. Ich źródło tkwiło w ważnych wydarzeniach politycznych ówczesnej epoki, a mianowicie w ważkim procesie rozpadu ZSRR oraz CSRS. Rozpad ów miał również swoje konsekwencje czysto sportowe. W segmencie hokejowym przejawiał się on w zjawisku wielce niekorzystnym dla polskiej reprezentacji. Oto bowiem, z dwóch niekwestionowanych potęg, czyli zespołów Związku Radzieckiego i Czechosłowacji, wypączkowało aż kilka bytów, które swym potencjałem w lodowej dyscyplinie wyraźnie przerastały biało-czerwonych. Słowacja, Łotwa, Białoruś, Kazachstan, Ukraina powoli nadciągały ze swymi siłami, by uprzykrzyć Polakom ich hokejowy los. Co więcej, z dwóch ekip niemieckich – RFN i NRD, które choć na ważnych turniejach częściej z nami wygrywały niż przegrywały, to jednak obie absolutnie pozostawały w zasięgu polskiej drużyny, wyłoniła się wspólna reprezentacja zjednoczonych Niemiec, z którą nasz zespół raczej nie miał zazwyczaj większych szans na nawiązanie równorzędnej walki.

A więc późnym marcem 1993 roku miało się poczucie pewnego fin de siecle w polskim hokeju, a zarazem przekonanie o powadze chwili – albo uda nam się wskoczyć na odpływający właśnie okręt o nazwie Elita, albo zniknie nam on w dali na zawsze. Jednym słowem: teraz albo nigdy. Polacy wciąż byli jeszcze wówczas dość mocną ekipą, zresztą mówiąc uczciwie najlepszą na turnieju w Eindhoven. Biało-czerwoni podopieczni łotewskiego trenera Ewalda Grabowskiego bardzo wyraźnie rozjeżdżali wszystkich rywali (m.in. Chiny 21:1, Rumunia 13:0, Bułgaria 13:2, Japonia 7:1, Holandia 7:1, Dania 7:3). Potknęli się tylko raz, jeden jedyny raz – na samym początku, w meczu otwarcia przeciwko drużynie, która jak się wydawało będzie outsiderem w tych rozgrywkach. 25 marca 1993 r. stało się coś bardzo istotnego dla przyszłości naszego hokeja. Polacy zlekceważyli zawodników z Wysp (Wielka Brytania była beniaminkiem, który właśnie awansował z grupy C) i przegrali niespodziewanie 3:4. Nie udało się już tej wpadki nadrobić do końca turnieju. Mimo, że biało-czerwoni szli dalej jak burza, a Brytyjczycy mieli ogromne problemy niemal w każdym kolejnym meczu, nawet z najsłabszymi zespołami, to jednak udało im się uciułać komplet punktów i sensacyjnie zdystansować Polaków w walce o przepustki do grupy A. Wiedzieliśmy, że teraz z roku na rok, będzie już coraz gorzej, coraz trudniej, że stopniowo dochodzić będę kolejni mocni rywale, którzy na razie są zmuszeni przebijać się przez sito kolejnych eliminacji, nim staną nam na drodze. Jeszcze we wrześniu 1993 roku na turnieju kwalifikacji olimpijskich w Sheffield, biało-czerwoni staczają wspaniały pojedynek, wywalczając wręcz sensacyjny remis ze Słowacją 4:4. Jednak wyraźnie przegrywają z Łotwą (2:6), co sprawi że po raz pierwszy od 26 lat zabraknie naszych hokeistów na igrzyskach olimpijskich.

Potem jest już tylko gorzej. Na mistrzostwa gr. B w 1994 roku docierają już Łotysze, nie pozostawiając nam żadnych złudzeń (0:7). Po roku jest już na nich i Słowacja, która tym razem rozbija nas aż 10:0. Na mistrzostwach w 1996 roku zajmujemy dopiero 5 miejsce na zapleczu elity. Podobnie jest rok później, na turnieju w Katowicach i Sosnowcu. Co ciekawe nawet tak wybitny trener jak Ludek Bukac (odnosił medalowe sukcesy na MŚ i IO z reprezentacją Czechosłowacji, prowadził też narodowe zespoły Niemiec, Austrii i Czech), zatrudniony na naszym selekcjonerskim stołku, nie potrafi powstrzymać procesu pikowania reprezentacji biało-czerwonych. Przeciwnie, w 1998 roku, miast bić się o awans, Polacy są poważnie zagrożeni degradacją do grupy C. Sytuacja powtarza się również rok później, gdy biało-czerwoni przegrywają swoje wszystkie mecze i dopiero zwycięstwo w bezpośrednim starciu z Węgrami ratuje ich byt w grupie B. W przeciągu 6 lat pozycja polskiego hokeja na międzynarodowej arenie traci na wartości niemal dwukrotnie. O ile w 1992 roku, gdy spadamy z grupy A, jesteśmy jeszcze na 12 miejscu na świecie, to w 1998 r. plasujemy się już na 23 lokacie i jesteśmy przeszczęśliwi, że w ogóle udało się nam utrzymać na zapleczu elitarnego grona. Biało-czerwony hokej zaczyna staczać się po równi pochyłej. Gdyby zdystansowały nas tylko i wyłącznie kraje, które wyłoniły się na hokejowej mapie świata po rozpadzie ZSRR i Czechosłowacji, to byłoby jeszcze całkiem nieźle, tym bardziej, że przecież można się było tego spodziewać. Ale hokejowy świat odjeżdża nam coraz bardziej i coraz liczniejszą watahą. Elitarne grono uciekło nam już dawno i próżno by szukać nawet śladów ich łyżew pozostawionych na tafli. Jednak, co jest prawdziwym problemem, odjechali nam również ci, których jeszcze do niedawna Polacy najczęściej bez większego problemu ogrywali (Szwajcaria, Włochy, Norwegia, Austria, Słowenia, Dania). Na mistrzostwach świata gr. B rozgrywanych w 2000 roku na taflach w Katowicach i Krakowie, udaje się Polakom odnieść jeden naprawdę sensacyjny i znakomity rezultat, pokonując Niemców 6:2. Jednak biało-czerwonych stać już wyłącznie na takie jednorazowe zrywy. Wiktoria nad niemieckim zespołem nic nam nie daje w obliczu kolejnych porażek, poniesionych z zespołami, teoretycznie przynajmniej, znacznie od Niemców słabszymi.

A jednak i dla naszego hokeja wychodzi na krótko słońce. Podczas kwietniowego turnieju (zreformowanej grupy B, która zwie się teraz Dywizją I), rozgrywanego w 2001 roku w Grenoble, Polacy przegrywają co prawda z Francuzami, jednak zwycięstwa odniesione nad wszystkimi pozostałymi rywalami, przy równoczesnym potknięciu się gospodarzy w meczach z Holendrami i Węgrami, zapewniają podopiecznym Wiktora Pysza upragniony awans do elity. Ponowne, wyczekiwane przez równo dekadę wdarcie się reprezentantów Polski na hokejowe salony, spowodowane było głównie faktem przeprowadzenia kilka lat wcześniej reformy grupy A, powiększającej ją do 16 drużyn.

Po niemal równo 10 latach, na szwedzkich lodowiskach, znów możemy śledzić występy naszych hokeistów pośród najlepszych. W rozgrywkach fazy grupowej, Polacy nie potrafią strzelić nawet gola, ulegając wyraźnie Słowacji (0:7), Finlandii (0:8) i Ukrainie (0:3). W meczach o utrzymanie się w grupie A, biało-czerwoni grają całkiem solidnie. Aż zaskakująco pewnie pokonują w Jonkoping Włochów (5:1), a pierwszą radość z ponownego strzelenia przez polski zespół gola w elitarnym gronie, funduje kibicom jedyny polski zdobywca Pucharu Stanleya (z New Jersey w 2000 roku), zawodnik który zaliczył niemal pół tysiąca spotkań w NHL – Krzysztof Oliwa. Następnego dnia, 3 maja 2002 roku, Polacy przegrywają swą szansę na pozostanie w elicie, ulegając Słowenii 2:4. Choć mecz z Japonią biało-czerwoni  pewnie wygrywają (5:2), zajmując ostatecznie w turnieju 14 miejsce, to jednak na skutek regulaminu gwarantującego zawodnikom z kraju kwitnącej wiśni, jako reprezentantowi Azji, pozostanie w gr. A, to polscy hokeiści spadają na zaplecze. Bramka uzyskana w tym meczu na 5:1 przez Mariusza Czerkawskiego w 48 minucie spotkania rozgrywanego 5 maja 2002 roku na lodowisku w Jonkoping, jest ostatnim, jak do tej pory, polskim trafieniem na mistrzostwach świata grupy A. Mariusz Czerkawski najlepszy polski hokeista wszechczasów, niekwestionowana gwiazda ligi NHL (uczestnik All Star Game w 2000 roku), w której przez kilkanaście lat (Boston Bruins, Edmonton Oilers, New York Islanders, Montreal Canadiens, Toronto Maple Leafs) wystąpił w 787 meczach, uzyskując w nich 223 gole i 227 asyst, symbolicznie spiął pewne rzeczy klamrą. Będąc młodziutkim zawodnikiem, wychowanek GKS Tychy, zdążył jeszcze zaliczyć udział w ostatkach naszego wielkiego imprezowania, uczestnicząc na igrzyskach olimpijskich oraz mistrzostwach świata gr. A. w 1992 roku. Po równo 10 latach dane mu było raz jeszcze, po raz ostatni niestety, posmakować wielkiej imprezy w reprezentacyjnym stroju. Wypada tylko żałować, że tak znakomitemu zawodnikowi, nie dane było grać regularnie ze swą narodową drużyną pośród najlepszych. Wypada też żałować, że Mariusza Czerkawskiego polski hokej miał tylko jednego.

mc 

 

Naszej reprezentacji znów więc nie chcą w elicie. Przez kilka następnych lat, próbujemy jeszcze się tam przebić, ale zawsze przegrywamy ostatecznie rywalizację, a to z Kazachstanem, a to z Norwegią, a to z Austrią, a to Francją, a to z Włochami, a to z Ukrainą itd. itp. I choć od tamtych, szwedzkich mistrzostw świata z 2002 roku, minęło już aż 11 turniejowych wiosen, to wciąż jeszcze, po dziś dzień oczekujemy na powrót naszych hokeistów do grona najlepszych. Jest to oczekiwanie, już teraz, najdłuższe w całych dziejach naszego hokeja i niestety, co gorsza, coraz bardziej beznadziejne. Bądźmy tu bowiem szczerzy do bólu – na ów wymarzony powrót w najbliższym czasie absolutnie się nie zanosi. Co więcej, 81 lat po pamiętnych, krynickich przedwojennych mistrzostwach świata, na których wywalczyliśmy 4 miejsce, Krynica była świadkiem pierwszego w historii występu Polaków w dywizji I B, czyli nazywając rzecz po imieniu, w dawnej grupie C. Mało tego, podczas tego turnieju, 21 kwietnia 2012 roku na własnym lodowisku przegraliśmy awans na zaplecze elity z hokeistami Korei Południowej, których jeszcze 8 lat wcześniej gromiliśmy w Gdańsku 9:0. Uciekli nam więc już nie tylko najlepsi, nie tylko ci, którzy gonią najlepszych, ale uciekły nam już dawno również takie zespoły jak Węgry, których jeszcze całkiem niedawno ogrywaliśmy bardzo łatwo i bardzo wysoko, a teraz uciekają nam nawet Koreańczycy, którzy w mistrzostwach świata dawnej grupy C wygrywają z nami na naszym lodowisku. Reprezentacja Polski, która jeszcze 38 lat temu okupowała 5 miejsce na świecie, teraz kręci się w okolicach miejsca 25. Wielu uznało porażkę z Koreą Południową (drużyna ta przecież, jeszcze całkiem niedawno, skupiała się raczej na rywalizacji z takimi hokejowymi ‘tuzami’ jak Meksyk, RPA czy Nowa Zelandia), jako ten arcybolesny, lecz ważny moment osiągnięcia wreszcie dna, od którego można się już tylko odbić.

 

Czy proces odbijania się został już zainicjowany? Może wyjdę na naiwnego, utknęliśmy przecież od dwóch lat w światowej trzeciej lidze – ale pragnę wierzyć, że tak, że coś się wreszcie ruszyło. Oczywiście proces ten, jeśli rzeczywiście właściwym ludziom starczyłoby woli, determinacji i konsekwencji, będzie przebiegał powolutku, stopniowo i awansu do elity raczej nie możemy się spodziewać w najbliższych kilku, a może nawet i kilkunastu latach. Jednak mam wrażenie, że pewne delikatne przebiśniegi nadziei gdzieś tam się wreszcie pojawiły, i że kierunek reform, jaki został zarysowany, wydaje się być właściwy, przemyślany, rozważny i perspektywiczny. Mamy wreszcie znakomitych trenerów kadry, takich z naprawdę najwyższej półki, niekoniecznie odrywanych od pracy, jak to drzewiej bywało, w trzeciej lidze szwedzkiej. Dopóki Igor Zacharkin i Wiaczesław Bykow (duet ten wywalczył dwukrotnie mistrzostwo i raz wicemistrzostwo świata z reprezentacją Rosji, a wielu ludzi związanych z europejskim hokejem dziwuje się niepomiernie, że osoby o takiej renomie zdecydowały się w ogóle na pracę u nas) będą się kręcić przy polskim hokeju, przy naszych reprezentacjach, dopóki będzie ich w tym wspomagał Mariusz Czerkawski, mamy chyba gwarancję, że będzie trwała próba reanimacji tej dyscypliny sportu w naszym kraju i albo pacjent umrze, albo ożyje i powróci do zdrowia. Pragnę wierzyć, że realne jest to drugie rozwiązanie. Jest tajemnicą poliszynela, że jedną z największych bolączek naszego hokeja, i powtarzają to od lat, jak mantrę wszyscy, którzy choć trochę znają się na rzeczy – jest utrata jakiejkolwiek choćby namiastki kontaktu naszych hokeistów z najlepszymi. Ze łzą rozrzewnienia w oku można dziś wspominać przypadek ikony polskiego hokeja Henryka Grutha (rekordowa ilość występów w kadrze; jako jedyny Polak przyjęty do Galerii Sław IIHF), który wystąpił na czterech turniejach olimpijskich tylko dlatego, że z udziału w piątym wykluczyła go kontuzja. Z obecnej kadry jeszcze tylko Leszek Laszkiewicz pamięta smak udziału w turnieju elity. Dla większości naszych zawodników mecz z Ukrainą o awans z Dywizji I B jest tak naprawdę jedynym ważnym meczem o stawkę z silnym rywalem w całym sezonie, co sprawia potem, że nasi zawodnicy nawet prowadząc już na lodowisku – boją się, że mogą wygrać. Dlatego bezcenną byłoby rzeczą, gdyby doszło do skutku zapowiadane wprzęgnięcie którejś z polskich drużyn do rozgrywek KHL, czy nawet austriackiej EBEL. Prędzej czy później zaowocowałoby to dla naszej reprezentacji, dla naszego hokeja. Nie deprecjonowałbym przy tym, jak to czynią niektórzy, możliwości ewentualnego udziału naszego zespołu w rozgrywkach ligi austriackiej (choć oczywiście renoma KHL jest zdecydowanie bardziej przekonująca). Przypatrzmy się bowiem procesowi budowania, mocniejszych dziś od naszej, reprezentacji Słoweńców i Węgrów. Droga ich wiodła głównie, choć oczywiście nie tylko, poprzez mozolne, długotrwałe ogrywanie się drużyn z tych krajów właśnie w lidze austriackiej.

Hokej na lodzie jest sportem trudnym, wymagającym, a przy tym dość drogim, ale równocześnie fantastycznym, emocjonującym, wspaniałym. A nasz hokej potrzebuje sukcesu jak tlenu. Gdyby on się pojawił, jestem spokojny o to, że na jego fali, tropem siatkówki czy piłki ręcznej, polski hokej poszybowałby w górę, umocnił się, odbudował swoją pozycję, wypracował odpowiednią koniunkturę. Jednak aby w osiągnięciu tego sukcesu sobie dopomóc, należy najpierw wieloletnią, wytrwałą, mądrą, solidną pracą u podstaw, przygotować właściwy ku temu grunt. Odnoszę wrażenie, i oby nie było ono rozczarowująco zawodne, że praca nad gruntem powoli się rozpoczyna. Jak długo ona potrwa i jakie efekty przyniesie? Pożyjemy – zobaczymy. Nie ulega jednak wątpliwości, że pięknie byłoby kiedyś móc ponownie przeżyć choćby namiastkę tych emocji, jakie bywały w przeszłości udziałem polskiego hokeja podczas konfrontacji z najlepszymi na świecie. Obyśmy jeszcze doczekali takich chwil, czego nam wszystkim życzę!

pol ussr

 Requiem na lodzie. Anatomia upadku – cz. I

Tak blisko, tak daleko

Już się wydawało, że będzie cenny remis i nadzieje na mistrzostwo zatlą się chwilę dłużej. A tu nagle… bach! W miniony weekend doszło do rozstrzygnięć w lidze serbskiej i bułgarskiej, które mogą zadecydować o mistrzostwach w tamtejszych ligach. Moment rozstrzygnięcia – 90. minuta.

Tego samego dnia, niemal o tej samej godzinie.

Najpierw Bułgaria (godz. 18.00). Levski Sofia (wicelider, 64 punkty) podejmował u siebie mistrza kraju 2012 – Ludogorec Razgrad (lider, 66 punktów), kolejka nr 28/ 30. Trybuny pełne, race, śpiewy, pełen zestaw.

Cały mecz przeważa Ludogorec, przyjezdni mają sporo okazji i chyba wierzą, że nic złego im się nie stanie w stolicy. Tymczasem… w ostatniej akcji meczu piłka wpada do siatki gości po… samobójczym strzale – odbiciu futbolówki – przez Holendra Mitchella Burgzorga. Trybuny w amoku, piłkarze Lewskiego w amoku, zawodnicy Ludogorca płaczą…

Niemal równolegle (godz. 18.30) rozstrzygały się losy mistrzostwa Serbii (kolejka nr 28/30). Na dodatek działo się to w świętych derbach Belgradu. Partizan (lider, 64 pkt) mierzył się z Crveną Zvezdą (wicelider, 62 pkt). Przez całe spotkanie toczył się wyrównany bój. W ostatniej minucie spotkania sędzia dyktuje rzut wolny dla Partizana. Do piłki podchodzi 21-letni Milos Jojic i… trafia! Partizanowi trudno będzie teraz odebrać tytuł mistrzowski, a samemu strzelcowi… tytuł mesjasza:)

Na ligowy czempionat pracuje się przez cały sezon, ale najbardziej chyba boli, gdy oddala się on tak gwałtownie w ostatniej minucie spotkania.

P.

Niepokój Benfiquistas

Wyobrażam sobie jak się denerwują. Na pewno nie spali przez całą noc. Od rana nie mogą sobie znaleźć miejsca. Zrobili sobie kawę, ale o niej zapomnieli i wystygła. Potem udawali, że czytają, w tle gdzieś pewnie majaczyło radio. Jadąc do pracy pewnie pruli na długich światłach i zaciągniętym ręcznym, ani chybi spowodowali też niejedną stłuczkę. Zresztą wyjście do pracy jest dziś właściwie bez sensu, bo możliwość skupienia się na czymkolwiek pozostaje bliska zeru. Najlepiej byłoby chyba cały dzień coś kserować albo przepuszczać przez niszczarkę. Trudno się żyje, gdy umysł zmaga się z tyloma pytaniami, od których zależy być albo nie być.

Jak ustawić zespół? Jak poradzić sobie z Fernando Torresem?

„Mamo, nie teraz, teraz nie mogę rozmawiać!”.

Jak unieszkodliwić Victora Mosesa? Jak bić jedenastki w ewentualnym konkursie rzutów karnych? Miliony pytań wprawiają duszę już nawet nie w drganie, ale w prawdziwy dygot.

Kochają do szaleństwa, tak jak kocha się w młodości. Zwycięstwa traktują jak sukcesy własnego dziecka. Porażki strącają ich do piekła i sprawiają, że zalewają się w trupa w podłych barach. Benfiquistas. Fanatyczni kibice Benfiki Lizbona. Podobno najlepsi na świecie, w co jestem w stanie uwierzyć po wizycie w stolicy Portugalii.

W oczekiwaniu na dzisiejszy finał Chelsea Londyn – Benfica Lizbona warto obejrzeć jeden z najciekawszych sportowych dokumentów ESPN i zarazem najciekawszy dokument o kibicach. Opowieść o podwożeniu Eusebio na lotnisko i upijaniu się z policjantami to świadectwa miłości, niczym „Dzieje Tristana i Izoldy” albo „Cierpienia młodego Wertera”. Polecam bardzo.

P.

Czytaj także:

Obrigado Portugal: Futbol, Fatima, fado

Obrigado Portugal: Benfica Lizbona

Obrigado Portugal: Sporting Lizbona

Obrigado Portugal: Braga się modli i gra

Nagrody postkolonialne

We Francji i Belgii właśnie przyznano nagrody dla najlepszych zawodników z Afryki odpowiednio – w lidze francuskiej oraz belgijskiej.

We Francji wywalczył je znany i lubiany za występy w Pucharze Narodów Afryki 2012 reprezentant Gabonu Pierre-Emerick Aubameyang (19 goli w 35 meczach).

W Belgii z kolei triumfował Senegalczyk Mbaye Leye z Zulte Waregem (16 goli w 37 meczach).

 

Sam nie wiem dlaczego, ale wyróżnienia te wydają mi się wyjątkowo przewrotne.

Pierwsza interpretacja, dziwna. Zawodników z Afryki jest w obu ligach wielu, więc trzeba ich wyróżniać osobno. Ot, takie nagrody dla mniejszości. Idąc tym tropem wypadałoby wyróżniać najlepszych przybyszy z Ameryki Południowej na Ukrainie i najwybitniejszych zawodników z Meksyku grających w MLS. Dziwne? Trochę cudaczne.

Druga interpretacja, też dziwna. Zarówno Francja, jak i Belgia miały kiedyś w Afryce solidne kolonialne latyfundia i teraz honorując zawodników z Czarnego Lądu, z jednej strony dowartościowują przybyszów („pamiętamy, że tu jesteście, tworzymy jedną wielką i zobaczcie jak Was szanujemy”), ale z drugiej strony dyskretnie podkreślają ich odrębność i jeszcze subtelniej wskazują, że wciąż – być może już tylko w głowach – Afrykanie są powiązani ze swoimi kolonizatorami niewidoczną nitką relacji nadrzędności i podrzędności.

P.

Królowa może przypłynie, piłka raczej nie

W weekend majowy przeczytałem świetną książkę Macieja Wasielewskiego „Jutro przypłynie królowa” z Wydawnictwa Czarne.

Ten literacki reportaż, choć mam poczucie, że przyporządkowywanie go do konkretnego gatunku jest dla niego krzywdzące, opowiada o małej, bo nieco ponad czterdziestoosobowej, społeczności żyjącej na wyspie Pitcairn i mrocznej tajemnicy, która ją scala i dzieli zarazem.

Pitcairn ma powierzchni 4,6 km² i leży na Oceanie Spokojnym, w Polinezji, między Australią a Ameryką Południową. Jako pierwsi zaludnili ją słynni buntownicy ze statku Bounty, a dziś żyją na niej ich dalecy potomkowie. Jedynym skupiskiem ludzi na wyspie jest miasteczko Adamstown.

Jedną z wielu rzeczy, która zaintrygowała mnie po przeczytaniu tego małego dziełka, było pytanie: czy Pitcairn ma swoją reprezentację piłkarską? Przecież niemal każdy kawałek lądu na kuli ziemskiej ma swoją reprezentację – zrzeszoną albo niezrzeszoną w FIFA albo jednej z lokalnych federacji. Ale czy czterdzieści osób, w różnym wieku i różniej płci, czy to wystarczy, aby grać w piłkę? 

Otóż… nie wystarczy. Otóż Pitcarn, a także Wyspy Marshalla (tutaj ciekawa dyskusja na forum dotycząca piłki na Wyspach Marshalla), Nauru, Wyspa Norfolk (tutaj można poczytać o piłce na Norfolk), Tokelau oraz Wyspy Wallis i Futuna (trzy ostatnie są terytoriami zależnymi) są jedynymi zamieszkanymi przez ludzi wyspami (lub archipelagami wysp) Oceanii, które nie mają swoich reprezentacji i nie należą do OFC ani do żadnej innej federacji. Niektóre źródła podają co prawda, że mieszkańcy Pitcairn grywają w piłkę z turystami odwiedzającymi wyspę lub z załogami przybijających statków, ale czynią to kompletnie amatorsko.

Tak sobie myślę, że gdyby w Adamstown częściej kopano futbolówkę, to życie osadników z wyspy byłoby inne, niewykluczone, że lepsze.

P.

Tomasz Kulawik, Wisła, Stirlitz i aspiryna

Tomasz Kulawik, Wisła Kraków 1998

Tomasz Kulawik, był taki piłkarz. Jak na ekstraklasę – dobry, dla niektórych nawet bardzo. Symbol przeobrażanie się starej, biednej Wisły w nową, bogato-cupiałową i przede wszystkim mistrzowską (choć pierwszego gola za Tele-Foniki strzelił ktoś inny). Moje pierwsze skojarzenie związane z nim to korona króla strzelców Pucharu UEFA 1998/1999, osiągnięcie dość mało rozpoznawalne, a szkoda, bo Kulawika stawia u boku takich tuzów jak choćby Dennis Bergkamp, Jürgen Klinsmann, Alan Shearer czy Radamel Falcao. Z ośmiu goli, które wiślak wtedy zdobył, aż cztery pokwitował Trabzonspor, a jednego sam Gianluigi Buffon z Lilianem Thuramem, Roberto Sensinim i Fabio Cannavaro w obronie Parmy.









I tak żył sobie Tomasz Kulawik w mojej świadomości, aż znów zgodził się być awaryjnym trenerem Wisły Kraków. Pomijam, że na swojej pierwszej konferencji prasowej zaprezentował się jak prekursor mody, która nigdy nie nastanie (choć i to wydarzenie zapadające w pamięć prawie jak pierwsze stroje Stanislava Levy’ego), a na innej mylił GKS Bełchatów z GKS Katowice i jeszcze się upierał, że wcale nie.



Przede wszystkim Tomasz Kulawik jest trenerem najsłabszej Wisły Kraków za czasów rządów Bogusława Cupiała i tak teraz jest i będzie kojarzony. To trochę jak Grzegorz Lato, który choć piłkarzem był absolutnie wybitnym, sam sobie jako prezes PZPN przykleił etykietkę nieporadnego kombinatora z rubasznym śmiechem.

Jedyne, co Kulawik może jeszcze zrobić w tym sezonie, to wetknięcie kija w szprychy Lechowi Poznań pędzącemu po mistrzostwo Polski. To moim zdaniem jego ostatnia szansa na choć częściowe wyjście z twarzą (z wąsem) z tego sezonu. Taka nagła zmiana tematu, jak u radzieckiego szpiega w tym wyspecjalizowanego.

Stirlitz wchodzi do gabinetu Müllera:
– Nie chciałby pan pracować dla radzieckiego wywiadu? – pyta. – Nieźle płacą.
Zszokowany Müller patrzy podejrzliwie. Stirlitz zmieszany kieruje się w kierunku drzwi. Przystaje:
– Nie ma pan przypadkiem aspiryny? – pyta.
Wie, że ludzie zapamiętują tylko koniec rozmowy.

B.

Polska 2000-2009: Wisła Kraków 2002 i Henryk Kasperczak dzięki Mali  

Jak Wisła i Lech nie były rozstawione, a Groclin nie grał o Ligę Mistrzów  

Noel Brightone Chama Sikhosana Nkululcko – pierwszy czarnoskóry Wisły 

Postscriptum do Królewskich opowieści

ju

Nie pozostając obojętnym na sugestie płynące z niektórych Waszych komentarzy, dopisuję do Królewskich opowieści mini-suplement, wzbogacający opis pucharowych zmagań polskich piłkarzy z madryckim Realem, również o to wszystko, co działo się na arenach Primera Division oraz Copa del Rey.

Jako pierwszy z naszych graczy, w lidze hiszpańskiej, staje oko w oko z piłkarzami Realu Madryt, Jan Tomaszewski. Czyni to dwukrotnie. Najpierw 7 października 1981 r. Hercules Alicante, którego bramkarski sweter przywdziewa wówczas polski golkiper, przegrywa na Santiago Bernabeu 2:1, a Tomaszewskiego pokonują już w pierwszych 20 minutach spotkania Santillana i Uli Stielike. 24 stycznia 1982 w Alicante, Hercules znów okazuje się być gorszym o jedną bramkę od podopiecznych Vujadina Boskova, a polskiego bramkarza pokonuje na 10 minut przed końcem spotkania, samobójczym trafieniem jego kolega z zespołu, 0:1. A więc dwie porażki Tomaszewskiego z Królewskimi i 3 stracone przez niego bramki.

Jan Urban zapisał istną sagę swymi występami przeciw Królewskim z Madrytu. Pamiętamy o dwóch pucharowych występach w barwach zabrzańskiego Górnika na jesieni 1988 r. Nieco ponad rok później, 30 grudnia 1989 r., Urban już w barwach Osasuny Pampeluna znów jedzie na Santiago Bernabeu, gdzie rozgrywa całe spotkanie i dostaje tam łomot 1:4.  W rundzie wiosennej 25 kwietnia 1990 r. znów triumfują Królewscy, wygrywając w Pampelunie po trafieniach Martina Vazqueza 2:0, a polski napastnik, osamotniony z przodu po czerwonej kartce dla Zigandy, nie zdoła przełamać madryckiej obrony.

Przełamuje ją za to i to z przytupem 30 grudnia 1990 roku. To data, która wyryta jest bardzo mocnym i jakże radosnym rylcem w sercach wszystkich kibiców Osasuny. Tego dnia, pochodzący z Jaworzna niedoszły gracz poznańskiego Lecha, zapisuje się mocnym akcentem w historii Primera Division. Jego Osasuna gromi ku zdumieniu wszystkich na Santiago Bernabeu madrycki Real aż 4:0!!! Urban pokonuje Buyo aż trzykrotnie. Najpierw w 17 min. po rzucie rożnym, umieszcza piłkę w bramce głową. W 37 min. strzela zjawiskowego gola z ponad 30 metrów!!! A krótko po przerwie, w 52 min. podwyższa wynik cudownym, technicznym trafieniem. W kilka minut później wykłada jeszcze piłkę na tacy Larrainzarowi i ten ustala rezultat spotkania na 4:0 dla Osasuny. Na murawie Santiago Bernabeu, w towarzystwie takich futbolowych tuzów jak Hagi, Michel czy Butragueno, były piłkarz Zagłębia Sosnowiec wyczynia z piłką, co tylko chce. Podopieczni legendarnego Alfredo di Stefano zostali tego wieczoru wręcz zdemolowani przez jednego polskiego piłkarza z numerem „7” na plecach. Fani Królewskich po zakończonym spotkaniu wyrażają swoją wściekłość z powodu bezradności madryckich graczy w obliczu popisów Urbana, zasypując murawę najrozmaitszymi przedmiotami. Jan Urban – te dwa słowa wypowiada się tego wieczora w całej Hiszpanii z ogromnym zdumieniem, szacunkiem, podziwem, a niesamowity wyczyn i gwiazda polskiego piłkarza przyćmiewa przez kilka najbliższych tygodni wszystkich innych futbolistów Primera Division.

04

To historyczny pojedynek również w całej historii polsko-królewskich zmagań. Nigdy wcześniej, ani też nigdy potem, nie udało się już polskiemu piłkarzowi wygrać na Santiago Bernabeu, nie mówiąc już o ustrzeleniu tam hattricka.

Urban kontynuuje jednak serial swych pojedynków z Realem. 12 stycznia 1992 r. jego Osasuna przegrywa na Bernabeu z podopiecznymi Beenhakkera 2:5. Polski napastnik przebywa na placu gry do 78 minuty, ale tego dnia, to nie on, lecz genialny Gheorghe Hagi, który strzela dwa gole, w tym jednego niemal z połowy boiska (choć bądźmy szczerzy, dla Hagiego to nie jakiś nadzwyczajny wyczyn) jest na ustach wszystkich. W rundzie rewanżowej, na wiosnę, 23 maja 1992 roku w Pampelunie, Jan Urban jest bardzo bliski odniesienia swego drugiego zwycięstwa nad Królewskimi. Osasuna bardzo długo prowadzi po bramce Larrainzara, lecz niezawodny ‚Sęp’ Emilio Butragueno na 4 minuty przed końcem spotkania wyrównuje straty, 1:1.

3 stycznia 1993 r. na Santiago Bernabeu w meczu przeciwko Realowi, mamy już na murawie dwóch polskich piłkarzy w koszulkach Osasuny. Ani Jan Urban, ani Roman Kosecki nie potrafią jednak przez półtorej godziny, znaleźć sposobu na pokonanie Buyo, a ich klub przegrywa po dwóch trafieniach Hierro i jednym Butragueno 0:3. Na wiosnę 30 maja 1993 r. w Pampelunie, znów zobaczymy ich obu zmagających się z Realem. Urban rozgrywa całe spotkanie, Kosecki pojawia się na placu gry w 52 min., a mecz kończy się bezbramkowym podziałem punktów.

4 września 1993 r. już w I kolejce Primera Division, jedynym Polakiem w barwach Osasuny jest rozgrywającym swój pierwszy ligowy pojedynek z Królewskimi srebrny medalista z BarcelonyRyszard Staniek. Jego zespół przegrywa jednak w Pampelunie 1:4, a Staniek nie potrafi przez 90 minut zagrozić bramce Realu.

23 stycznia 1994 roku jest datą szczególną w historii polsko-królewskich zmagań w Primera Division. Wówczas to Osasuna niespodziewanie remisuje na Santiago Bernabeu 0:0, a w jej barwach biegają w tym meczu po murawie aż trzej polscy piłkarze. Ryszard Staniek spędza na boisku pełne 90 minut, a Jan Urban pojawia się na nim na trzy minuty przed końcem, zastępując Jacka Ziobera. Jacek Ziober rozgrywa tego wieczoru swój pierwszy i zarazem ostatni pojedynek przeciwko Realowi Madryt w Primera Division. Jan Urban czyni to tego dnia po raz ostatni w barwach Osasuny. Co prawda 21 maja 1995 roku skonfrontuje się on z Królewskimi raz jeszcze, ale wówczas na Bernabeu zagra w pełnym wymiarze czasu już w koszulce Realu Valladolid, przegrywając z podopiecznymi Jorge Valdano 0:1.

Tymczasem pałeczkę od Urbana przejmuje Roman Kosecki, by godnie kontynuować polskie szarże na pozycje Królewskich. Po wspomnianych już dwóch spotkaniach, jakie były piłkarz Legii rozegrał przeciwko Realowi w trykocie Osasuny, przychodzi teraz pora na serię derbów Madrytu z udziałem Polaka.

rk

2 października 1993 r. Atletico na własnym boisku bezbramkowo remisuje z Realem. W rundzie rewanżowej 19 lutego 1993, dzięki trafieniu w ostatnich minutach meczu, triumfują Królewscy 1:0. Zimą, u początku 1994 roku, przychodzi też pora na madrycki dwumecz w ramach ćwierćfinału Pucharu Hiszpanii. Najpierw 5 stycznia na królewskich włościach pada dość niespodziewany remis 2:2. Grający z numerem 10 na plecach Roman Kosecki już w pierwszej połowie ma swoje dwie szanse, by uciszyć Santiago Bernabeu, lecz najpierw piłkę spod nóg wygarnia mu golkiper rywali, a potem nieczysto trafia w futbolówkę na polu karnym gospodarzy. W rozegranym równo tydzień później rewanżu, Kosa i spółka nie potrafią zrobić użytku z korzystnego rezultatu w pierwszym starciu i ulegają Realowi 2:3, odpadając z pucharowej rozgrywki.

Jednak po upływie niespełna dziesięciu miesięcy, 5 listopada 1994 roku, ówczesny kapitan polskiej reprezentacji wreszcie strzela swoją bramkę na Santiago Bernabeu. Kosecki w 36 min. spotkania pokonuje Buyo, odpowiadając swym trafieniem na wcześniejsze trzy dwa gole Realu. Ostatecznie jeszcze do przerwy oba madryckie zespoły ustalą wynik spotkania na 4:2 dla Królewskich. Bramka Romana Koseckiego jest ostatnią, jak dotychczas, strzeloną przez polskiego piłkarza w Primera Division na Santiago Bernabeu.

Na wiosnę, 15 kwietnia 1995 r. Kosecki rozegra swój szósty (znów w pełnym wymiarze minut) w barwach Atletico, a łącznie ósmy i zarazem ostatni pojedynek przeciwko Królewskim. Gospodarze przegrywają jednak derbowe spotkanie z Realem 0:2, dzięki dwóm trafieniom Chilijczyka Ivana Zamorano.

Kilka miesięcy wcześniej, swych sił w konfrontacji z Królewskimi spróbuje również inny były napastnik Legii, Wojciech Kowalczyk. 29 stycznia 1995 r. napastnik reprezentacji Polski wbiegnie na boisko w Sewilli na kwadrans przed końcem spotkania, a jego Betis bezbramkowo zremisuje z Realem Madryt. Na swoje następne, drugie i zarazem ostatnie już zmaganie w Primera Division przeciwko Realowi, poczeka Kowalczyk ponad 2 lata. 15 lutego 1997 roku na Santiago Bernabeu, Betis bardzo dzielnie stawia czoła podopiecznym Fabio Capello, remisując 2:2, a Kowal opuszcza plac gry dopiero na 5 minut przed końcem spotkania. Kowalczyk jest więc jedynym, obok Ziobera, polskim piłkarzem, któremu udało się nie przegrać w Primera Division z madryckim Realem.

15 października 1997 r. próbuje jeszcze Cezary Kucharski, ale jego Sporting, przegrywa w Gijon z Królewskimi 0:2. Dzisiejszy menedżer Roberta Lewandowskiego, pojawia się na murawie na 6 minut przed końcem spotkania, gdy podopieczni Juppa Heynckesa prowadzą już 2:0 po golach Morientesa i Raula.

Aż ponad dekadę przychodzi nam czekać na kolejne podejście polskiego gracza pod Królewskich. 1 grudnia 2007 roku Euzebiusz Smolarek nie zdoła jednak powtórzyć utrechckiego wyczynu swego ojca Włodzimierza i pokonać bramkarza Realu, a jego Santander przegrywa na Santiago Bernabeu 3:1. Smolarek schodzi z murawy w 73 min. przy stanie 3:0 dla podopiecznych Bernda Schustera. Drugie starcie Ebiego z Realem ma miejsce już na wiosnę, 20 kwietnia 2008 roku. Smolarek wejdzie na boisko w 57 min. spotkania w Santander, a jego Racing przegra po golach Raula i Higuaina 0:2.

Ponad pół roku później 29 listopada 2008 r., przyszły reprezentant naszego kraju – Eugen Polanski odnosi drugie po Urbanie, polskie zwycięstwo w Primera Division nad Realem Madryt. Getafe pokonuje tego dnia Królewskich 3:1, a Polanski przebywa na placu gry do 73 min. W wiosennym rewanżu 21 kwietnia 2009 na Santiago Bernabue, Eugen rozegra już całe spotkanie, które Królewscy bardzo szczęśliwie wygrywają z Getafe 3:2. Jeszcze na 5 minut przed końcem zespół Polanskiego prowadzi w Madrycie 2:1, ale Guti wyrównuje (85 min.), a Higuain w doliczonym czasie gry ustala wynik potyczki.

Reasumując więc króciutko, w rozgrywkach Primera Division przeciwko Królewskim wystąpiło łącznie dziewięciu Polaków (Tomaszewski, Urban, Kosecki, Staniek, Ziober, Kowalczyk, Kucharski, Smolarek, Polanski).

Spośród wszystkich polskich piłkarzy, jacy kiedykolwiek w rozgrywkach ligowych lub w europejskich pucharach zmierzyli się z madryckim Realem, niewątpliwie i zdecydowanie na plan pierwszy wysuwa się Jan Urban, który aż 11 razy zagrał przeciwko Królewskim (2 występy w barwach Górnika, 8 w Osasunie i 1 w Valladolid), strzelając 3 gole. Roman Kosecki 8 razy potykał się z Realem (2 razy w barwach Osasuny i 6 razy w koszulce Atletico), zdobywając 1 bramkę. Robert Lewandowski i Łukasz Piszczek zaliczyli po 4 spotkania, a Lewandowski uzyskał w nich aż 5 trafień.

W swych występach przeciwko Realowi polscy piłkarze zdobyli łącznie 15 goli. Najwięcej strzelił ich Lewandowski – 5, Urban – 3, a Sekulski, Jegor, Baran, W.Smolarek, Kosecki, Gorawski i Krzynówek po jednej. Wybór czy najpiękniejszą z nich była ta strzelona przez Urbana (na 2:0), ta uzyskana Jegora, czy też ta, której autorem był Krzynówek, pozostawiam każdemu z Was. Obyśmy mieli więcej takich dylematów ;)

Nadmieniam równocześnie, że jak przypomniano w jednym z komentarzy, Tomasz Rząsa, na ponad rok przed swymi potyczkami z madryckim Realem w Champions League w barwach Partizanu Belgrad, 30 sierpnia 2002 roku rozegrał również całe spotkanie o Superpuchar Europy przeciwko Królewskim, a jego Feyenoord przegrał wówczas 1:3.

Ivan Turina nie żyje. Olbrzym, który dał Lechowi Puchar

Ivan Turina

Ivan Turina nie żyje, 2 maja rano został znaleziony martwy w swoim mieszkaniu w Szwecji. Prawdopodobnie zmarł na serce. Zostawił ciężarną żonę i dwójkę dzieci.

Jeśli można powiedzieć, że jakikolwiek mecz Pucharu Ekstraklasy zapadł mi w pamięć, to było to spotkanie Lecha Poznań z GKS Bełchatów (1:3). To był debiut Ivana Turiny w Kolejorzu i mój debiut na trybunie prasowej. Potem widziałem jego radość w Chorzowie po zdobyciu przez Lecha Pucharu Polski, a także w sierpniu minionego roku w Solnie, gdy już jako gracz AIK pokonał poznaniaków.

Gdy Lech nie zdobył w 2009 r. mistrzostwa kraju, Chorwat został uznany jednym z kozłów ofiarnych. Nie zgadzał się tym mianem, bo jak słusznie zauważał – Kolejorz z nim w składzie nie przegrał żadnego meczu ligowego.

Bohaterem Kolejorza był przede wszystkim po półfinale Pucharu Polski z Polonią Warszawa, po którym powstał poniższy tekst, puszczony w Gazecie Wyborczej Poznań. 

O poznańskiej drużynie od dłuższego czasu można było powiedzieć wszystko, ale nie to, że bramkarz wybronił jej mecz. Aż do minionej środy. Gdyby nie Ivan Turina, Lecha nie byłoby w finale Pucharu Polski.

Gdyby nie Chorwat, Lech Poznań nie wygrałby Pucharu Polski w 2009 roku. Bramkarz był bohaterem rewanżowego meczu półfinałowego z Polonią Warszawa. Oto tekst Gazety Wyborczej Poznań o bramkarzu po tamtym wyczynie.

Kilkadziesiąt sekund przed gwizdkiem sędziego, oznaczającego dogrywkę w meczu Polonii i Lecha, Jacek Kosmalski mógł rozstrzygnąć spotkanie na korzyść gospodarzy. Mógł, ale jego strzał głową z bliska obronił instynktownie Turina. Dodatkowe 30 minut gry nie przyniosło goli, co oznaczało konkurs rzutów karnych. Nadzieję na awans kibice Lecha upatrywali w swoim bramkarzu. W końcu od miesięcy słyszeli o niesamowitych umiejętnościach bronienia jedenastek przez Chorwata. Legendy okazały się zgodne z rzeczywistością. Turina najpierw fantastycznie obronił niezły strzał Radka Mynara, potem na tyle przestraszył Jarosława Latę, że ten podał mu piłkę wprost w ręce, by w końcu Radosław Majewski sam nie trafił w bramkę. W ten sposób w środę, kilka minut po godzinie 20, chorwacki bramkarz został bohaterem Poznania. Wcześniej, z wyjątkiem meczu z Feyenoordem, Chorwatowi raczej szczędzono pochwał.

Do stolicy Wielkopolski przyjechał w sierpniu w ubiegłego roku. Był trzecim testowanym przez Lecha bałkańskim bramkarzem, ale jak zauważył Józef Młynarczyk, ’’pierwszym gotowym do gry, ukształtowanym i ogranym’’. Nic dziwnego, w końcu Turina, który przyszedł na świat w 1980 r., przed grą w ekstraklasie odnosił sukcesy w lidze chorwackiej. Z Dinamem Zagrzeb wygrał w 2006 r. dublet, a w eliminacjach Ligi Mistrzów mierzył się z gwiazdami Arsenalu. W Pucharze UEFA Chorwatów i Turinę pogrążył… Ireneusz Jeleń, a obecny bramkarz Lecha, który przy golach straconych z Auxerre popełnił błędy, myślał nawet o zakończeniu kariery.
Do poznańskiego klubu przyszedł z greckiej Skody Xanthi za ok. 200 tys. euro. Największe zastrzeżenia pod adresem mierzącego 197 cm bramkarza dotyczą wprowadzania przez niego piłki do gry. – Ivan ma bardzo wielką stopę, ciężko mu odpowiednio ułożyć but i stąd te problemy z wybiciami – mówi Młynarczyk, były trener bramkarzy Lecha. Legendarny polski golkiper chwali współpracę z Chorwatem: – Lubi nad sobą pracować, zresztą z jego budową ciała to konieczne, by nie zapuścić się fizycznie. Dobrze radzi sobie w sytuacjach sam na sam, mocny jest też na przedpolu.

Obok Ivana Djurdjevicia, Turina uznawany jest za najbardziej charakternego spośród bałkańskiej kolonii w Lechu. – Jest trochę impulsywny, potrafi się zezłościć, ale to wszystko w ramach mobilizacji siebie i kolegów – zastrzega Młynarczyk.

A co z legendarnymi umiejętnościami bronienia karnych? Młynarczyk: – To wszystko prawda, widzieliśmy to praktycznie od początku jego pobytu w Poznaniu. Co tu dużo mówić, kilku chłopaków zakłady z nim przegrało…

Turina po meczu z Polonią swój popis skomentował krótko: – To po prostu moja robota.

B.