Którzy odeszli: Gary Speed

Kojarzę go jak przez mgłę z drużyny sensacyjnych mistrzów Anglii 1992 – Leeds United. Wtedy jeszcze Gary Speed był młody i nieopierzony, a mimo to nie odpuszczał nikomu. Walczył za trzech i pracował na cześć i chwałę bardziej uznanych kolegów – Erica Cantony czy Gordona Strachana. Świetny film o tamtej ekipie można obejrzeć tutaj.

Pamiętam też jak występował przez bite sześć lat w Newcastle. W barwach Srok nie tylko wojował w Premiership, ale także w Lidze Mistrzów 2002/2003. Ciekawy to był team – z Alanem Shearerem, Norbertem Solano i Craigiem Bellamym. Potem były jeszcze Bolton Wanderers i Sheffield United. Mimo serca wkładanego w grę zawsze grał fair – nigdy nie otrzymał czerwonej kartki.

Świetnie pamiętam go z meczu kwalifikacyjnego do MŚ 2006 z Polską w Cardiff (3:2 dla biało-czerwonych). Orał po boisku jak dzik. Przy nim nawet tacy boiskowi fighterzy jak Robbie Savage, Craig Bellamy czy John Hartson mogli się sporo nauczyć na temat walki bark w bark. Gary Speed był kapitanem reprezentacji Walii w tym spotkaniu i właśnie po nim zakończył swoją reprezentacyjną karierę. Miał na koncie 85 gier w kadrze, więcej zaliczył tylko legendarny bramkarz Neville Southall (92 mecze).

Pamiętam go również jako szkoleniowca narodowej drużyny Cymru. Speed w grudniu 2010 roku został trenerem reprezentacji Walii. Podpisał kontrakt na 3,5 roku. Posadę objął po Johnie Toshacku i jego nieudanej próbie wywalczenia biletów na MŚ 2010 (czwarte miejsce w grupie eliminacyjnej za Niemcami, Rosją i Finlandią) oraz fatalnym początku eliminacji do EURO 2012 (0:1 z Czarnogórą, 0:1 z Bułgarią, 1:4 ze Szwajcarią; w efekcie ostatnie miejsce w grupie na koniec 2010 roku). Pod jego wodzą drużyna powoli zaczęła wychodzić z dołka. Przegrała z Anglią (0:2), wygrała z Czarnogórą (2:1) i Szwajcarią (2:0), przegrała znów z Anglią (0:1) i wygrała z Bułgarią (1:0). To wszystko starczyło jednak na czwarte miejsce w grupie i brak szans na bitwę o bilety do Polski i na Ukrainę.

Eliminacje były przegrane, ale kibice wierzyli w Speeda. Udało mu się zbudować zespół, gdzie w pełni świecą gwiazdy Garetha Bale’a i Aarona Ramseya, w którym jest też miejsce dla doświadczonych Bellamy’ego i Morisona, a w którym także ładnie rozwija się młodzież (zastęp zawodników z roczników 1988-1992). 12 listopada 2011 na Cardiff City Stadium Walia rozbiła w towarzyskim meczu Norwegię aż 4:1. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach.

27 listopada 2011 roku Gary Speed został znaleziony martwy. Popełnił samobójstwo wieszając się we własnym domy. Do dziś w zasadzie nie wiadomo dlaczego to zrobił. Miał 42 lata. Zostawił żonę i dwójkę dzieci.

Mówiło się zawsze o nim, że ma charakter, jest wojownikiem, nie poddaje się. Podobno mocne gałęzie pękają z największym trzaskiem.

P.

Wymazywanie Lance’a Armstronga

Fascynuje mnie sytuacja z Lancem Armstrongiem. Był człowiek – nie ma człowieka. Co się z nim stanie? Co zrobić ze śladami jego obecności w postaci rekordów i zwycięstw? To sytuacja rodem z książki Thomasa Bernharda „Wymazywanie”.

Jak będzie przebiegał proces wymazywania Armstronga? Na początku będzie się o nim mówiło dużo. Że zły, że przemysł dopingowy, że zmuszał innych. Będzie sporo dyskusji, Armstrong znów będzie na pierwszych stronach gazet. Następnie ustali się co zrobić z rekordami i wygranymi wyścigami. Nazwisko zwycięzcy się wykasuje, laur przyzna drugiemu w kolejce albo nie przyzna w ogóle. Grunt to uporządkować sprawy formalne. Tak się kończy etap zakreślania miejsc do zmazania. Potem trzeba się brać za wymazywanie.

Armstrong zniknie z zestawień i publikacji. Początkowo będzie w nich funkcjonował z gwiazdką, drobnym drukiem albo w nawiasie, że został zdyskwalifikowany. Później, podczas aktualizacji zestawień zniknie z nich w ogóle. Za dwadzieścia lat trudno będzie znaleźć go w rankingach. Na pierwszych miejscach znajdą się inni. Jego obecność w jakimkolwiek sportowym kontekście będzie kłopotliwa. Oznaczała bowiem będzie niemą legitymizację jego dopingowej działalności. Tak jak kiedyś fotki z Papieżem czy Wałęsą nobilitowały, tak wkrótce stanie obok Armstronga będzie balastem.

Potem Amerykanin zniknie z przestrzeni publicznej. Ludzie przestaną o nim mówić. Młodzi kibice jeszcze na początku będą słyszeli, że wygrywał, ale oszukiwał. Potem już nie usłyszą o nim w ogóle. Po co mówić o kimś, kogo nie ma?

Fundacja Armstronga przestanie być łączona ze sportem. Na jej czele będzie stał łysawy facet, który wygrał walkę z rakiem. Dobrze ubrany biznesmen.

Za pół wieku na zdjęciu człowieka wygrywającego Tour de France ówcześni dojrzą nieznanego mężczyznę, który lubił sobie pojeździć na rowerze.

Czy za następne ćwierć wieku zniknie nawet ze zdjęć?

P.

Narody na granicy, reprezentacje na granicy. "Czarny orzeł, biały orzeł. Piłkarze w trybach polityki"

Łatwo jest powiedzieć, że Klose to świnia, która sprzedała się Niemcom. Łatwo jest mieć żal do Podolskiego, że biega z czarnym, a nie z białym orłem na piersi. Łatwo jest też nazywać zdrajcą Ernesta Wilimowskiego. Bo w ogóle łatwiej jest pewne rzeczy osądzać niż próbować je zrozumieć. Kapitalna książka Thomasa Urbana „Czarny orzeł, biały orzeł. Piłkarze w trybach polityki” dokonuje właśnie tego trudniejszego ruchu – tego związanego z opisaniem i zrozumieniem.

Niemiecki historyk w swoim dziele opisuje nad wyraz skomplikowane polsko-niemieckie sąsiedztwo. Skupia się przede wszystkim na okolicach Górnego Śląska, choć nie brakuje również historii z Wielkopolski i innych części kraju. W jedenastu tekstach autor bierze na warsztat przypadki ukazujące skomplikowanie i złożoność relacji polsko-niemieckich w XX i XXI wieku. W tym zbiorze znaleźć można historie absolutnie poruszające.

Urban ukazuje np. losy Fryderyka Scherfke, piłkarza Warty Poznań, przedstawiciela mniejszości niemieckiej i… strzelca pierwszego gola dla reprezentacji Polski na mistrzostwach świata podczas pamiętnego meczu z Brazylią na MŚ 1938. Fryc Scherfke, jak na niego mawiali koledzy, urodził się w Poznaniu, ale wychowywany był w niemieckim duchu – chodził do niemieckojęzycznego gimnazjum, był również protestantem. Żył jednak w przyjaźni z Polakami i gdy otrzymał powołanie do biało-czerwonej kadry, to nie wahał się ani chwili. Gdy Niemcy wkroczyli do stolicy Wielkopolski Scherfke podpisał volklistę i został wcielony do Wehrmachtu. Początkowo praktykował jednak głównie jako animator życia sportowego w Kraju Warty, a następnie jako mechanik. Dopiero później angażowany był do prac na kolei. Dzięki nim miał on pomagać swoim byłym kolegom z boiska – m.in. znanemu warciarzowi i bramkarzowi reprezentacji Polski Marianowi Fontowiczowi. Pod koniec wojny Scherfke dostał się do niewoli brytyjskiej, a po jej zakończeniu otworzył sklep z meblami w Brandenburgii. Socjalistyczna propaganda nazwała go zdrajcą, ale z czasem coraz częściej pojawiały się głosy mówiące o zasługach byłego zawodnika w pomaganiu swoim kolegom z Poznania. Dobry Prusak? Zły Polak? Nie wiem.

Niezwykle interesująca jest również historia Ernesta Wilimowskiego. Większość fanów jednak ją zna, więc ograniczę się do kilku ciekawostek. Ezi urodził się w 1916 roku jako obywatel Rzeszy. W tym samym roku jego ojciec jako niemiecki żołnierz poległ na froncie. Początkowo chłopak nosił więc nazwisko po matce – Ernest Prandella. Matka chowała go po niemiecku – w tym języku z nim rozmawiała, do takiej szkoły posyłała, wreszcie zapisała do zespołu 1. FC Katowice – futbolowego bastionu mniejszości niemieckiej. Nazwisko Wilimowski Ezi otrzymał po ojczymie, który go adoptował, gdy chłopak miał 13 lat. Roman Wilimowski był z kolei polskim patriota zaangażowanym w powstania śląskie i z miejsca wysłał przyszłą gwiazdę do polskojęzycznego gimnazjum. W tak złożonych warunkach rozwija się tożsamość młodego Eziego. A to dopiero przygrywka do dalszych, często dramatycznych wybór narodowościowych genialnego napastnika.

Praktycznie każda historia, którą przytacza autor i każda postać, o której opowiada, ukazują złożoność i tragizm relacji polsko-niemieckich. Duszną atmosferę czuć z kartek książki podczas czytania o niedokończonym meczu między Wisłą Kraków a 1. FC Kattowitz z 1927 roku. Dla przeciętnego fana hieroglifem pozostaje sytuacja Mazurów, którzy po wojnie wyjeżdżali do Niemiec zasilali tamtejsze kluby sportowe. Oni sami zwykle nie uważali się za Polaków, ale w miejsce ich najliczniejszej piłkarskiej kolonii – Schalke Gelsenkirchen – to przecież słynny „Polackenclub”. Nutka sensacji towarzyszy opowieściom o konspiracyjnych meczach podczas wojny (jak przewieźć piłki na taki tajny mecz!?), a nostalgii – przy tekście o zagładzie sportu żydowskiego (np. słynna swego czasu Hasmonea Lwów).

Ciekawe wątki mają również z pozoru dobrze nam znane historie polskich piłkarzy, którzy po wojnie trafiali do Niemiec. Pierwszym z nich był Stefan Majewski, który dziś wprost przyznaje, że jego wnuki „są Niemcami” (w jakiej kadrze zagrają?). Podoba mi się również cytat Andrzeja Iwana o swoim transferze do Bochum i rozmowach między trenerem Vfl Hermannem Gerlandem a prezesem Górnika Zabrze: „Gerland zdawał się być już zmęczonym pobytem w Polsce, nieustannym chlaniem. (…) Chyba nie zdawał sobie sprawy z groteskowości tej sytuacji: przy alkoholu, za którym nie przepadał, prowadził rozmowy na temat sprowadzenia do Niemiec nałogowego alkoholika”.

W ostatnim rozdziale książki autor pochyla się nad Klose (ur. 1978) i Podolskim (ur. 1985). Obaj oni urodzili się w Polsce, ale obu też od dziecka przysługiwał niemiecki paszport, bowiem ich przedkowie byli przesiedleńcami ze Śląska i Mazur. Klose opuścił Polskę jako siedmiolatek i przez Francję osiedlił się wraz z rodziną w Niemczech. Waldemar Podolski wraz z żoną i 2-letnim synkiem Łukaszem wyjechał do Niemiec, gdy mały piłkarz miał 2 lata. Obaj panowie swoje całe życie przeżyli w Niemczech, obaj tam chodzili do szkół i tam się uczyli grać w piłkę. Obaj też mają rodzinę w Polsce. Klose mówi dziś o sobie: „Jestem Ślązakiem i Europejczykiem. Zdrajcy? A w tle pojawia się także historia Dariusza Wosza, którego rodzicom odebrano polski paszport po przyjeździe do NRD, a 10-letni wówczas chłopak ledwo dukał coś po niemiecku.

Książka Urbana to pozycja o tyle także przydatna, że nie tylko opisuje jednostkowe futbolowe dzieje, ale wydobywa również ich historyczno-społeczny kontekst. Trudno zrozumieć wybory Ślązaków podczas II wojny światowej, jeżeli nie wie się jaka sytuacja tam wówczas panowała. Autor właśnie to robi – w przystępny sposób zakreśla tło relacji polsko-niemieckich na Górnym Śląsku, w Poznaniu, w Krakowie, na Mazurach. Nie twierdzę, że po lekturze książki już je w pełni zrozumiałem, ale przynajmniej mam nieco jaśniejszy ogląd.

Zastanawiam się tylko nad trafnością tytułu. Być może na Śląsku nie było nigdy czarnego i białego orła, ale był ten trzeci – czarno-biały.

P.

Osiem greckich ciekawostek

1. Oryginalny sposób zaistnienia w świadomości greckich kibiców wymyślił sobie były zawodnik Widzewa Łódź – Stefano Napoleoni. Od początku tego sezonu Włoch występuje bowiem z numerem 1 na koszulce!

 

Być może Napoleoni poszedł tropem Argentyńczyka Ricardo Verona z OFI Kreta, który od dwóch lat biegał z takim oznaczeniem na plecach. Niestety ten zabieg nie przyczynił się do podniesienia jego formy, a wręcz przeciwnie – niski numer zdaje się mu nieco ciążyć. W poprzednich dwóch edycjach grając z numerem „27” strzelił odpowiednio 7 i 8 goli. Teraz nie trafił jeszcze ani razu, a jego Levadiakos po sześciu kolejkach zajmuje przedostatnie miejsce w tabeli.

2. Czerwoną latarnią ligi jest natomiast AEK Ateny. W klubie tym występuje były reprezentant Polski Roger.

On również przed sezonem zmienił numer na trykocie – z „7” na godną „10”. Zagrał też w pięciu z sześciu spotkań tego sezonu, ale nawet pies z kulawą nogą nie zainteresował się w jakiej jest obecnie dyspozycji.

3. W przeciętnym Panthrakikosie odnalazł się czołowy jeszcze niedawno snajper francuskiej Ligue 1 – pochodzący z Tahiti Marama Vahirua. W swojej karierze błyszczał w Nantes, OGC Nice i Lorient, nieco mniej w Nancy i Monaco. W Grecji jeszcze nie zdobył żadnej bramki.

4. Z marazmu nie może ciągle wyjść Panathinaikos Ateny. Koniczynki w sześciu grach zdobyły raptem siedem punktów. Atmosfera wokół dowodzącego zespołem Jesualdo Ferreiry, byłego coacha Benfiki, Bragi, FC Porto i Malagi, robi się podobno coraz gęstsza.

5. Przyzwoicie radzi sobie natomiast nowy klub Mirosława Sznaucnera – beniaminek Veria FC. Pomimo skromnej kadry lokuje się on na 7. pozycji w tabeli. Kolegą Polaka został niedawno Carlo Costly!

Kariera Honduranina nie układała się zbyt dobrze po opuszczeniu Bełchatowa. Fiaskiem był pobyt w Birmingham City, kontuzje trafiły go w rumuńskim FC Vaslui, kiepsko było także w meksykańskim Atlasie Guadalajara i amerykańskim Houston Dynamo (tylko dwa gole). W Verii na razie CC także bez gola. Czy tym razem będzie lepiej?

6. Sensacją sezonu jest jak na razie inny beniaminek – Platanias Chanion. Zespół ten w 2009 roku awansował do… trzeciej ligi! Zajął w niej piąte miejsce, ale dzięki tabunom relegowanych w skutek afery korupcyjnej klubów został on awansowany na zaplecze ekstraklasy. Wejście do Superleague Platanias zawdzięcza już jednak samemu sobie – zwyciężył bowiem grupę barażową.

7. Szkoleniowcem trzeciego PAOK Saloniki jest Georgios Donis. Pamiętamy go? Najszybszy zawodnik kapitalnej drużyny Panathinaikosu Ateny, która w 1996 roku awansowała do półfinału Ligi Mistrzów. Ależ on przeganiał wtedy legionistów w pamiętnym dwumeczu…

8. Pierwsze miejsce już oczywiście okupuje Olympiakos Pireus. Jeżeli zwycięży znów w całych rozgrywkach, to będzie to jego trzeci triumf z rzędu i piętnasty w ciągu ostatnich siedemnastu lat (Panathinaikos wygrywał w 2004 i 2010 roku). I niech ktoś mi powie, że liga grecka nie jest nudna.

P.

Za szybki

Spore było moje zdziwienie, gdy przeglądając zasoby personalne ukraińskich ligowców w kadrze Zakarpatii Użgorod znalazłem najszybszego swego czasu piłkarza Europy – Davida Odonkora.

 

Ten urodzony w 1984 roku syn Ghanijczyka i Niemki wchodził do wielkiej piłki w Dortmundzie. Debiutanckie kroki w pierwszym zespole Borussii stawiał w sezonie 2001/2002, ale pewnym jego punktem został dopiero dwa lata później. Jako prawoskrzydłowy (chwilami również prawy pomocnik) dorobił się opinii niezwykle prędkonogiego zawodnika. W żółtej koszulce zasuwał w sumie cztery lata.

Klub zmienił dopiero po MŚ 2006. Sam wyjazd na tę imprezę był dla niego sporą niespodzianką. Odonkor miał oczywiście doświadczenie w młodzieżowych reprezentacjach – zaliczył w nich niemal wszystkie szczeble (U-17, U-18, U-19, U-20 i U-21), ale do seniorskiej kadry zawsze mu nieco brakowało. Tym bardziej więc zaniemówił, gdy w maju 2006 Jurgen Klinsmann ni z gruchy, ni z pietruchy wysłał mu zaproszenie na najważniejszą niemiecką imprezę XXI wieku. Odonkor nie okazał jednak tremy i dobrze zaprezentował się w towarzyskich przedmundialowych grach z Japonią, Szwecją i Gruzją. W efekcie, już podczas mistrzostw, Klinsi posyłał go w bój jako dżokera w meczach z Kostaryką, Polską (grupa), Argentyną (ćwierćfinał) i Włochami (półfinał). Odonkor mocno szarpał, robił dużo wiatru i zaliczył jedną asystę. Wiemy z kim. Jak krzyczał wtedy komentujący zawody Roman Kołtoń: „Co zrobił Dudka, on musi być przy Odonkorze!!!”.

Jedyne co mi zostało na osłodę zapaści psychicznej po tym meczu, to tylko świadomość, że Odonkor nie jest taki znowu szybki. Jeleń był szybszy.

Po niemieckim turnieju skrzydłowy postanowił przenieść się do Betisu Sewilla. Nie była to jednak dobra decyzja. W stolicy Andaluzji nie potrafił udowodnić, że umie coś więcej niż latać wte i wewte. Efekt: trzy sezony, w tym jeden spadkowy i jeden na zapleczu ekstraklasy, kontuzje, częste ugniatanie ławki i tylko jeden gol w Primera Division.

Wytchnieniem była kadra, gdzie jeszcze wciąż mu w miarę ufano. Grał trochę w okolicznych potyczkach towarzyskich (w starciu z Rumunią strzelił swojego jedynego gola w koszulce z czarnym orłem) i eliminacjach EURO 2008, dostał powołanie na ten turniej, ale w Austrii zaliczył już tylko epizod (połówka w przegranym spotkaniu z Chorwacją). To było jego pożegnanie z reprezentacją.

Potem już było tylko gorzej. Sezon 2011/2012 spędził w spadającej z 2. Bundesligi Alemannii Aachen, a od początku obecnych rozgrywek zarabia na chleb właśnie w ukraińskiej Zakarpattii Użgorod. Niemiec zagrał na razie w 10 meczach i strzelił 2 gole. Jeden z nich był nawet całkiem zacny.

Na nic to się jednak zdało, bo jego zespół zdobył tylko siedem punktów i zajmuje przedostatnie miejsce w tabeli.

Nie sądzę, żeby Odonkor chciał zapuścić korzenie w Użgorodzie, więc interesuje mnie jaki będzie jego kolejny klub. Obstawiam coś z Chin albo Kataru.

P.

Czereś, czyli talibowie, Chiny i ZOMO

Dzisiaj 41. urodziny obchodzi zawodnik, którego większość kibiców kojarzy tylko z jednym meczem, mimo że na swoim koncie ma on mistrzostwo Polski i tytuł króla strzelców. Sylwester Czereszewski. Czereś.

Pierwszym klubem zawodnika urodzonego w leżącej przy polsko-litewskiej granicy Gołdapi była Korona Klewki (stąd też słynna ksywa – Pele z Klewek!). To w tej właśnie miejscowości grasować mieli swego czasu talibowie. Czereszewski jednak na pewno ich nie spotkał, ponieważ od początku 1989 roku terminował już w Stomilu Olsztyn. Z tym klubem grał z sukcesami w niższych ligach, aż odezwało się po niego wojsko. Przymusową służbę postanowił odrobić on jednak w policji. Bieganie w mundurze tak mu się jednak spodobało, że chciał kontynuować tę ścieżkę rozwoju także po zakończeniu służby zasadniczej. Wtedy jednak na powrót zarówno do piłki jak i Olsztyna namówić go miał Bogusław Kaczmarek. Jak twierdzi dziś były asystent Leo Beenhakkera – gdyby nie on, to Czereszewski pracowałby w ZOMO. Piłkarz chyba też nie żałuje swojego wyboru, bo po półtora roku udało mu się awansować ze Stomilem do ekstraklasy. W najwyższej lidze drużyna przez długi czas była sensacją rozgrywek (po dziesięciu kolejkach sezonu 1994/1995 zajmowała 5. miejsce), a sam zawodnik został okrzyknięty Odkryciem Roku 1994 przez tygodnik „Piłka Nożna”. Potem w stolicy Mazur bramkostrzelny gracz spędził jeszcze dwa lata, w międzyczasie trafiając również do reprezentacji Polski prowadzonej przez Henryka Apostela.

Jego dobra gra nie umknęła szperaczom z Łazienkowskiej. I tak na początku 1997 roku Czereszewski przeniósł się do stolicy, a wraz z nim trafił tam również duet z Częstochowy – Paweł Skrzypek i Jacek Magiera. Poza tym na miejscu na piłkarza czekał już jego druh z Olsztyna – Tomasz Sokołowski. Być może dzięki takiej kompanii Czereszewski szybko wpasował się w zespół. Już w pierwszym sezonie wywalczył krajowy puchar (strzelił bramkę w finale) i wicemistrzostwo Polski (trafił w pamiętnym meczu z Widzewem Łódź). Potem jego pozycja w zespole wciąż rosła i w efekcie kędzierzawy napastnik spędził w Legii aż pół dekady, w tym czasie zdobywając z drużyną mistrzostwo Polski (2002), Puchar Polski (1997) i Puchar Ligi (2002), a indywidualnie również tytuł króla strzelców (1998). W sumie dla ekipy z ulicy Łazienkowskiej rozegrał 116 ligowych meczów i zdobył 45 goli.

Gorzej natomiast wyglądała jego kariera reprezentacyjna. Czereszewski w kadrze rzucano na różne pozycje (od napastnika, przez skrzydłowego, po rozgrywającego oraz… defensywnego pomocnika) i w efekcie nie za bardzo miał on pole do popisu. W zasadzie jedynym jego występem, który pamiętają fani biało-czerwonych był ten w eliminacjach do EURO 2000 przeciwko Bułgarii w Burgas (wrzesień 1998), gdzie ówczesny legionista strzelił dwie bramki.


Kryzys kariery Czereszewskiego przyszedł jeszcze podczas jego pobytu w Legii. Piłkarz niezadowolony z treningów pod okiem Drogomira Okuki postanowił przenieść się aż do… Chin!

Po kilku miesiącach pobytu tam i wyczerpujących podróżach samolotami na mecze ligowe postanowił wrócić jednak do Warszawy. Stołeczny klub w połowie rundy jesiennej przyjął zawodnika z powrotem do składu, a ten odwdzięczył mu się dobrą grą (6 goli w 11 meczach) i sporym wkładem w mistrzowski tytuł (2002). Po wypiciu szampana dobry nastrój jednak prysnął i zawodnikowi podziękowano za współpracę. Postanowił więc on poszukać szczęścia na Cyprze w zespole AEL Limmasol. Ta decyzja okazała się jednak kompletną pomyłką. Klub z Wyspy Afrodyty zerwał bowiem kontrakt z Polakiem… zanim jeszcze wystartowały rozgrywki ligowe. W efekcie jesienią 2002 roku Czereszewski nieoczekiwanie stał się bezrobotny.

Wtedy rękę po niego wyciągnął Lech Poznań. Kolejorz fatalnie zaczął sezon 2002/2003. Jako beniaminek zwyciężył w pierwszej kolejce z KSZO Ostrowiec Świętokrzyski (2:0), ale potem było już tylko gorzej. Zespół nie tylko nie potrafił wygrywać, ale także strzelać bramek (9 goli w 12 kolejkach). Zawodnicy odpowiedzialni za siłę ofensywną, albo popadli w apatię (Reiss, Ślusarski, Goliński), albo okazali się zwyczajnie za słabi na ekstraklasę (Bugaj, Przysiuda). Pomysłem trenera Baniaka na rozwiązaniem tego problemu miało być właśnie ściągnięcie Czereszewskiego. Krótko jednak po tym jak były reprezentant Polski zameldował się przy Bułgarskiej Baniak… ulotnił się spod tego adresu. Po serii fatalnych wyników (drugie w sezonie zwycięstwo Lech odniósł dopiero w 13. kolejce!) najpierw zastąpił go Czesław Jakołcewicz, a potem Bohumil Panik. Ten pierwszy mocno stawiał na eks-stomilowca. Czereszewski grał u niego całe mecze na środku pomocy wraz z Michałem Golińskim. Panik natomiast sadzał go zwykle na ławce i wpuszczał dopiero w końcówkach jako zmiennika Reissa, Ślusarskiego lub Gajtkowskiego. W całym sezonie 2002/2003 w barwach Kolejorza nasz bohater uzbierał 18 spotkań i 5 goli. Co ciekawe miał on chyba ulubione drużyny do dręczenia, bo trafiał do siatki w obu meczach ze Szczakowianką Jaworzno (2:2 i 2:1) i Wisłą Kraków (2:3 i 2:4).

Status rezerwowego przy Bułgarskiej zupełnie jednak nie odpowiadał Czereszewskiemu, a nowy trener Libor Pala także nie przejawiał zainteresowania jego usługami. Piłkarz odszedł więc do Górnika Łęczna, gdzie występował przez 1,5 roku, ale w końcu pożegnano go po licznych kontuzjach i na skutek konfliktu z… Bogusławem Kaczmarkiem.

 

Przez całą rundę zawodnik pozostawał bez pracy i dopiero na początku sezonu 2005/2006 zatrudniła go Odra Wodzisław. Bohater z Burgas był tam jednak dopiero czwartym napastnikiem za Maciejem Korzymem, Adamem Czerkasem i Łukaszem Masłowskim. Po zakończeniu rundy jesiennej opuścił więc on śląskie miasteczko i wrócił na Mazury. Tak właśnie zakończyła się profesjonalna kariera piłkarska króla strzelców 1998.

 

Ale… Czereszewski pozostał przy futbolu. W 2008 roku otworzył szkółkę piłkarską w Olsztynie, gdzie zajął się szkoleniem juniorów. Od sezonu 2011/2012 w warmińsko-mazurskiej B-klasie występuje także zespół Czereś Sport Olsztyn. Jego prezesem i trenerem jest były reprezentant Polski, a najbardziej rozpoznawalnym zawodnikiem… oczywiście on sam. Natomiast początku obecnego sezonu zespół połączył się z KS Fortuną Gągławki i dzięki temu dziś występuje już w A-klasie.

P.

Tekst pochodzi z programu meczowego „Heeej Lech!”

Zniknięcie potęgi. Rocznica końca NRD

3 października 1990 roku, a więc równo 22 lata temu, doszło do zjednoczenia Niemiec. Było to wydarzenie, które nie tylko zmieniło losy polityczno-gospodarcze całej Europy, ale również jej porządek sportowy. Oto bowiem zniknęło pompowane sterydami mocarstwo, które w perspektywie kolejnych lat mogło w światowym sporcie znaczyć jeszcze więcej niż dzisiaj Chiny. Mowa oczywiście o Niemieckiej Republice Demokratycznej. Świetnym przewodnikiem po świecie enerdowskiego sportu jest książka Dariusza Wojtaszyna „Sport w cieniu polityki. Instrumentalizacja sportu w NRD”.

To pozycja naukowo-historyczna, to każdy kibic powinien być usatysfakcjonowany po jej lekturze. Ci, którzy w enerdowskiej przeszłości orientują się gorzej – będą mieli okazję zapoznać się z mechanizmami sportowej maszyny. Ci, którzy pamiętają jak ona działała, z pewnością dowiedzą się rzeczy, które przedtem funkcjonowały jako plotka.

Można zaryzykować tezę, że dla NRD sport jeszcze ważniejszy niż gospodarka czy kultura. Sport był bowiem oknem na świat, możliwości nawiązywania kontaktów z innymi krajami oraz pokazywania wszem i wobec, że nawet na zachodzie Europy najlepiej sprawdza się jeden model rozwoju państwa – ten socjalistyczny. Sportowcy stali się więc „dyplomatami w dresach” i pełnili nie mniej istotną rolę niż czołowi politycy.

Sport w NRD był więc wszędzie. Rozkwitały kluby przyzakładowe: Dynamo – policja i służba bezpieczeństwa, Lokomotive – kolej, Stahl – przemysł ciężki i hutnictwo, Aktivist – przemysł surowcowy, Vorwarts – milicja ludowa, a później wojsko itd. Organizowano masowe zawody, zakładano szkoły i uczelnie sportowe, goniono do uprawiania gimnastyki, dofinansowywano uprawianie określonych dyscyplin, a stowarzyszenia sportowe skupiały aż 22% obywateli kraju (inna sprawa w jaki sposób byli oni tam werbowani). Poza sportem masowym kładziono wielki nacisk na wyniki sportowe. To wszak one miały być wizytówką państwa za granicą. W tym celu, poza morderczymi treningami, o czym warto jednak pamiętać, enerdowskich sportowców szprycowano całym farmakologicznym wówczas arsenałem. Autor książki pisze o czterech fazach rozwoju dopingu w NRD:

– faza preanaboliczna, lata 60-te, stosowano głównie środki pobudzające na bazie amfetaminy;

– faza anaboliczna, od 1964 roku, szprycowanie sterydami anaboliczno-androgennymi;

– centralna faza anaboliczna, od 1974 roku, stosowanie sterydy anaboliczne wchodzi w zenit – w tym okresie trwa już centralnie zarządzana ich dystrybucja, opis dawkowania i badania naukowe;

– faza postanaboliczna; lata 80-te, wobec kampanii antydopingowych zamiast sterydów stosuje się bardziej wyszukane środki – psychotropy, doping krwią, baby-doping (porażająca metoda – wykorzystywanie w najważniejszych zawodach skrajnej mobilizacji organizmu w okresie wczesnej ciąży, później usuwanej);

Jak wiemy już dzisiaj, w większości przypadków sportowcy nawet nie wiedzieli, że lecą na sterydach, bo trenerzy i lekarze takiej wiedzy im nie przekazywali.

Autor książki pokazuje do jakich spektakularnych skutków doprowadziła taka pseudosportowa polityka. NRD w krótkim czasie stało się bowiem jednym z najważniejszych graczy we światowym sporcie! Enerdowcy, jako samodzielna reprezentacja występowali w latach 1965-1990 (przedtem MKOl nie uznawał rozdziału państwa niemieckiej, więc i reprezentacja była wspólna). Rzut oka na medale zdobywane przez NRD na kolejnych letnich igrzyskach, dla porównania – na tle RFN.

LIO 1968 – NRD: 25 medali (9 złotych), 5. miejsce w klasyfikacji medalowej; RFN: 26 (5), 8m.

LIO 1972 – NRD: 66 (20), 3 m.; RFN: 40 (13), 4 m.

LIO 1976 – NRD: 90 (40), 2 m.; RFN: 39 (10), 4 m.

LIO 1980 – NRD: 126 (47) 2 m.; RFN: bojkot

LIO 1984 – NRD: bojkot; RFN: 59 (17), 3 m.

LIO 1988 – NRD: 102 (37), 2 m.; RFN: 40 (11), 5 m.

Podobnie te dysproporcje rysowały się w przypadku igrzysk zimowych (odsyłam na strony 135-143 książki). Można zauważyć, że osiągnięcia obu ekip w 1968 roku były jeszcze bardzo podobne, a dwadzieścia lat później dzieliła je różnica ponad sześćdziesięciu zdobytych krążków! Warto przywołać kilka najciekawszych postaci z tamtego okresu: zabójcza sprinterka Renate Stecher, niepobity pływak Roland Matthes, kulomiot Udo Beyer, maratończyk Waldemar Cierpinski, pływaczki Barbara Krause, Kornelia Ender i Kristin Otto, słynna łyżwiarka Katarina Witt, zastępy kolarzy na turbodopalaniu – Bernd Drogan, Lothar Thomas, Uwe Raab czy załogi kajakarskie i wioślarskie. Wszyscy oni mieli w swoim kraju rangę bogów i sympatię wszystkich polityków.

Gorzej jednak wiodło się tym, którym socjalistyczny ustrój, mimo sportowych sukcesów, nie podobał się za bardzo i postanowili uciec do RFN. Przykładem tego może być popularny enerdowski piłkarz Lutz Eigendorf. Cztery lata po tym jak uciekł do kapitalistycznej części Niemiec zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w wypadku („wypadku”) samochodowym. Za wydarzeniem stać miało oczywiście Stasi. Świetny tekst o nim tutaj (tutaj jeszcze inny, ale po turecku, więc trzeba jechać translatorem), a tutaj i tutaj (dwie części) kapitalny tekst o zagadce jego śmierci.

Warto jeszcze przez chwilę pochylić się nad kondycją piłki w NRD. Mimo usilnych starań, szczególnie na początku istnienia państwa (specjalna klasyfikacja i ekstra dotacje) NRD nigdy nie stało się mocarstwem piłkarskim. Enerdowskie kluby w europie były zwykłymi średniakami. Zdarzyły się jednak dwa rodzynki w tym mętnym cieście. W 1974 roku 1.FC Magdeburg wygrało Puchar Zdobywców Pucharów. W drodze po to trofeum drużyna odprawiła NAC Breda, Banik Ostrawa (0-2 i 3-0), Beroe Stara Zagora, Sporting Lizbona a w finale słynny AC Milan (2-0).

 

Natomiast w 1981 roku, w tym samych rozgrywkach, Carl Zeiss Jena dotarł do finału. Po drodze wyeliminował AS Roma (0-3 i 4-0!), Valencię, Newport County i Benfikę Lizbona. Jak wyglądał finał z Dinamo Tbilisi to już jednak wszyscy wiemy, bo pisałem o tym tutaj.

Jeszcze gorzej wyglądają dokonania piłkarskiej reprezentacji kraju. Starała się zakwalifikować do wszystkich imprez w latach 1958-1990. Udało jej się tylko raz. W 1974 roku awansowała na mundial rozgrywany w… RFN. Tam NRD spisywało się bardzo dobrze. Na inaugurację wygrało z Australią (2-0), potem zremisowało z Chile (1-1), by w ostatnim meczu grupowym odnieść największe zwycięstwo w swojej historii – pokonać RFN (1-0)!

 

Euforia jednak szybko została ostudzona. W drugim etapie grupowym (tak, był wtedy taki) enerdowcy przegrali z Brazylią (0-1) i Holandią (0-2) oraz zremisowali z Argentyną (1-1) i nie dane już im było bić się o medale. Mistrzostwo zdobyła zaś reprezentacja… RFN.

Po upadku muru struktury sportowe ze stemplem „NRD” stopniowo znikały. Do dziś jednak zbierane jest żniwo tamtego systemu w postaci chorób genetycznych i problemów hormonalno-płciowych byłych mistrzów sportu. Piętno pozostało i choćby dlatego warto pamiętać, o tym, co działo się za naszą zachodnią granicą przez niemal pół wieku.

P.

Jedyna taka stolica

Przekorna niemiecka rewolucja jakości

Podgórski mógł lepiej, ale mógł też gorzej

Tomasz Podgórski, błyszczący od początku sezonu kapitan Piasta Gliwice, jest zawodnikiem o bardzo ciekawej przeszłości. Przez niemal całą swoją karierę pozostaje on związany z gliwickim klubem (niemal = półroczne wypożyczenie do Zawiszy Bydgoszcz wiosną 2010). Z zespołem tym grał już w ekstraklasie (lata 2008-2009), ale większość kibiców usłyszała o nim dopiero teraz.

Niemniej ciekawa jest reprezentacyjna przeszłość Podgórskiego. Urodzony w 1985 roku piłkarz załapał się do rocznika, nad którym trenerską pieczę w młodzieżowych reprezentacjach Polski sprawował Andrzej Zamilski. Od samego początku jego ekipa odnosiła mniejsze i większe sukcesy. Najpierw, jeszcze bez Podgóskiego, awansowała do ME U-17 2002. Tam nie wyszła z grupy z Niemcami, Gruzją i Węgrami. Zaliczyła trzecie miejsce – zwycięstwo z Węgrami, remis z Gruzją, porażka z Niemcami.  Polska ekipa w składzie: Łukasz Fabiański, Krystian Kalinowski, Piotr Stawowy, Mariusz Solecki, Tomasz Szczepan, Marcin Kowalczyk, Marcin Tarnowski, Michał Pędzich, Krzysztof Kruczek, Grzegorz Bartczak, Paweł Jurgielewicz, Mateusz Spaczyński, Klaudiusz Łatkowski, Patryk Buława, Marcin Juszczyk, Radosław Feliński, Marcin Borowczyk, Michał Lemanowicz. Prawda, że z dzisiejszej perspektywy królują postacie egzotyczne? Większość z nich nie zagrała nawet nigdy w ekstraklasie. Ciekawostki: dla Niemiec strzelał były gracz Górnika Paul Thomik oraz… Lukas Podolski. Gwiazdą Anglii był Rooney, a dla Czechów trafiał Michal Papadopulos z Zagłębia Lubin. Przebieg składów do wglądu tutaj.

Kolejna impreza to ME U-19 2005 w Szwajcarii – znów bez Podgórskiego. Skład Polaków: Łukasz Fabiański, Piotr Celeban, Grzegorz Bartczak, Klaudiusz Łatkowski, Sebastian Madera, Marcin Tarnowski, Tomasz Szczepan, Marcin Smoliński, Marcin Kowalczyk, Sławomir Peszko, Łukasz Piszczek, Marcin Juszczyk, Piotr Stawowy, Łukasz Żyrkowski, Grzegorz Szymanek, Jakub Błaszczykowski, Łukasz Jasiński, Michał Ilków-Gołąb. Skład silny, trzeba przyznać. Mimo to biało-czerwoni odpadają już po fazie grupowej z kompletem porażek z Turcją, Niemcami i Hiszpanią (zachęcam to przejrzenia sobie składów z tych mistrzostw – do wglądu tutaj).

Po helweckim czempionacie reprezentacji rocznika 1985 przyszło się bić o awans na Igrzyska Pekin 2008. Zamilski postanowił zmienić nieco zasoby personalne. Wypadają najsłabsi z poprzedniej kadry, a w ich miejsce pojawiają się nowi – lepsi. Dzięki temu do kadry przebił się Tomasz Podgórski. Oto ekipa bijąca się o chińską olimpiadę: Łukasz Fabiański, Grzegorz Bartczak, Grzegorz Wojtkowiak, Dawid Kucharski, Jakub Rzeźniczak, Błażej Telichowski, Jakub Błaszczykowski, Tomasz Bandrowski, Mariusz Zganiacz, Łukasz Trałka, Marcin Smoliński, Piotr Celeban, Łukasz Piszczek, Sebastian Szałachowski, Tomasz Podgórski.

Patrząc na zawodników, z którymi Podgórski grał w młodzieżowej kadrze, to można powiedzieć, że biją go oni na głowę. Gdzie bowiem jest dziś nasz bohater, a gdzie Błaszczykowski, Fabiański, Piszczek czy nawet Bandrowski z Celebanem. Z drugiej jednak strony, jeśli spojrzeć na to, z kim Podgórski przegrywał rywalizację na poziomie kadry U-17 czy U-19, to widać, że ciężką pracą można osiągnąć więcej niż samym talentem. Najbardziej utalentowany zawodnik z tamtego rocznika Tomasz Szczepan dziś kopie w II-ligowej Calisii Kalisz. Szczebel niżej, bo w III-ligowym Lechu Rypin ruchu na świeżym powietrzu zażywa inny ówczesny as – Marcin Tarnowski.

Czyli ten Podgórski nie jest taki dobry jak koledzy, ale i nie taki zły jak koledzy.

P.

Młode złoto i tragedie

Zapomniany brąz mistrzostw Europy U-16 1990