Dariusz Dziekanowski

dd

Już sam dźwięk tych słów elektryzował przed laty, z różnych zresztą powodów, polskiego kibica, a i dla choćby średnio zorientowanego fana piłki kopanej na Starym Kontynencie niósł ze sobą pewne istotne znaczenie. Nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać z jakąkolwiek poważną opinią dotyczącą Dziekanowskiego, a wyrażaną przez ludzi znających się na futbolu, na szkoleniu, której osią i fundamentem zarazem nie byłby zachwyt nad olbrzymią skalą talentu, jakim dysponował popularny Dziekan. Przyznają to wszyscy, którzy kiedykolwiek zetknęli się z tym piłkarzem, mając okazję biegać z nim wspólnie po zielonej murawie, w tej samej lub przeciwnej drużynie, razem trenować,  tudzież przyglądać się z bliska jego boiskowym wyczynom. Mówią o tym selekcjonerzy, trenerzy, piłkarze. Chwilę potem pojawia się nieodłączne „ale” i litania „gdybań”, dlaczego kariera Dziekanowskiego potoczyła się tak, a nie inaczej. Uważam, że pisanie zwykłej, blogowej notki, poświęconej byłemu reprezentantowi Polski, któremu dzisiejszej niedzieli stuknie półwiecze na naszym pięknym świecie – nosi znamiona pewnej profanacji, bo Dziekanowski to solidny materiał na dobrą, naprawdę ciekawą literaturę oraz nie gorsze kino. A jednak nie napisać o nim choćby kilku linijek, i to na blogu ochrzczonym Numerem 10, byłoby jednak zaniechaniem godnym pożałowania.

Dariusz Dziekanowski jest niewątpliwie dzieckiem piłkarskiej Warszawy. Tu się urodził, tu się wychował, swym unikalnym futbolowym talentem obdarował aż trzy zespoły ze stolicy i to chyba właśnie w niej przeżył najpiękniejsze chwile swej piłkarskiej kariery. Kariery, która wystartowała niezwykle obiecująco. Dziekanowski zaczyna swą przygodę z dorosłym futbolem w drugoligowej Polonii, dla której debiutancką bramkę uzyskuje późną jesienią 1978 roku. Trenerem Czarnych Koszul jest wówczas Jerzy Engel, z którym Dziekanowski spotka się jeszcze na ścieżkach swej kariery, w murach tego samego miasta, choć już w zupełnie innym klubowym budynku. Na razie jednak Poloniści spadają do trzeciej ligi, ale zdolny Dziekanowski pozostaje na drugoligowych murawach, znajdując zatrudnienie w lokalnym rywalu – Gwardii Warszawa. Tam wychowanek Czarnych Koszul tworzy legendarny już dziś, a wówczas kipiący młodością i entuzjazmem, niesamowity ofensywny tercet wespół z Krzysztofem Baranem i Markiem Banaszkiewiczem. Przez dwa sezony gwardziści przypuszczają szturm na pierwszą ligę i w końcu, latem 1981 roku udaje się ów awans wywalczyć (Dziekanowski we wspomnianych obu sezonach na zapleczu Ekstraklasy zdobywa dla Gwardii 20 goli).

O nieprzeciętnym talencie piłkarza znad Wisły robi się coraz głośniej. Piłkarz Gwardii kroczy na czele wspaniałego pokolenia 1962 (byli tam też Urban, Tarasiewicz, Furtok, Wdowczyk i jeszcze wielu, wielu innych), które miało, jak wierzono, popchnąć w przyszłości nasz futbol do wielkich sukcesów. Dziekanowski jest niekwestionowaną gwiazdą reprezentacji Polski do lat 18. Dwukrotnie zdobywa z tą drużyną wicemistrzostwo Europy. Na finałowym turnieju, rozgrywanym na boiskach we wschodnich Niemczech, Dziekan trafia trzykrotnie do siatki rywali. Najważniejszą bramką jest ta uzyskana w ścisłym finale na stadionie w Lipsku, a dająca Polakom prowadzenie w 34 min. meczu przeciwko Anglikom. Ostatecznie jednak Synowie Albionu, po golach Allena i Gibsona w ostatniej fazie spotkania, przechylają szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Po roku, na wiosnę 1981, znów Polacy grają znakomicie (Dziekanowski strzela na turnieju aż 5 goli) i docierają do ścisłego finału. Tam jednak, na stadionie w Dusseldorfie, muszą uznać wyższość gospodarzy, ulegając zespołowi RFN 0:1.

Wydaje się, że dla Dziekanowskiego bramy do wielkiej piłkarskiej kariery stają otworem. Zaledwie 2 miesiące po wywalczeniu drugiego z rzędu młodzieżowego wicemistrzostwa Europy, w sierpniu 1981 r., Dariusz Dziewanowski wdziera się przebojem na boiska Ekstraklasy. Ówczesny gwardzista strzela dla swojego klubu jesienią 6 ligowych bramek, a 15 listopada 1981 r., na stadionie olimpijskim we Wrocławiu, w meczu eliminacyjnym do hiszpańskiego Mundialu przeciwko Malcie zalicza swój debiut w dorosłej reprezentacji Polski. W 68 min. tego spotkania, 19-letni wówczas piłkarz, zastępuje na boisku Smolarka, a już 12 min. później strzela Maltańczykom gola. Wszystko toczy się jak w bajce.

Dla wielu wydaje się oczywistym, iż dla młodziutkiego warszawskiego brylantu powinno znaleźć się miejsce w mundialowej ekipie na Espana ‘82. Dziekanowski zagra jeszcze w lutowym, towarzyskim meczu kadry z reprezentacją Mediolanu (wygrany przez biało-czerwonych 2:1), ale piękny sen o udziale w hiszpańskim Mundialu przerywa mu swą decyzją Antoni Piechniczek. Dziekan zostaje w domu, a Mistrzostwa świata obejrzy tylko w telewizji. Szkoda. Dla młodego, ponadprzeciętnie utalentowanego gracza ten turniej mógł być prawdziwą trampoliną do wielkiej futbolowej przygody. Tym bardziej, że Polacy odnieśli na hiszpańskim turnieju niewiarygodny wręcz sukces. Szlify nabrane na imprezie tej rangi, każda minuta spędzona na murawie, mogły w przyszłości bardzo wyraźnie zaprocentować. To jeden z ważniejszych momentów w jego karierze. To jeden z istotniejszych kluczy do zrozumienia, dlaczego potoczyła się ona później tak, a nie inaczej. Niespełna dwa miesiące po Mundialu, kadra biało-czerwonych rozgrywa towarzyski mecz na paryskim Parc de Princes, gdzie miażdży gospodarzy, gromiąc Francuzów w stosunku 4:0. To jest już drużyna, której pewnym punktem staje się Dziekanowski. Wywalcza sobie niepodważalne miejsce w podstawowej jedenastce. Strzela ważną bramkę w eliminacyjnym spotkaniu do Euro ‘84 przeciwko Finlandii. Można więc zaryzykować twierdzenie, że do występu na hiszpańskim Mundialu zabrakło mu zaledwie kilkudziesięciu dni lub też po prostu dobrej woli i odwagi selekcjonera.

Sezon 1982/83 jest ostatnim spędzonym przez Dziekana w gwardyjskich barwach. Jego klub spada z ekstraklasy, ale po Dziekanowskiego wyciąga ręce potężny wówczas łódzki Widzew. Dziekan przechodzi do Łodzi za niebotyczną jak na ówczesne polskie warunki kwotę. W Widzewie gra i strzela bramki w europejskich pucharach, jako piłkarz tego klubu strzela też kolejne gole dla reprezentacji. Ale nie czuje się dobrze w przemysłowym mieście. Udziela słynnego wywiadu, w którym zwierza się, że łódzkie powietrze mu nie służy, że sytuacja w klubie i atmosfera wewnątrz zespołu jest wręcz fatalna, że dochodzi nawet do tego, iż podczas meczów koledzy celowo unikają podawania mu piłki. Wraca więc do ukochanej Warszawy. Miejsca, które zawsze wita go z otwartymi rękami. Tym razem zachwyca kibiców stołecznej Legii. Już w debiucie strzela bezcenną bramkę w końcówce meczu z gdyńskim Bałtykiem. Swoją grą, swym piłkarskim kunsztem, wspaniałym, niespotykanym na naszych boiskach dryblingiem, znakomitym wyszkoleniem technicznym – rozkochuje w sobie bez opamiętania kibiców przy Łazienkowskiej. Na pozostałych polskich, ligowych boiskach jest najczęściej, najmocniej i najgłośniej wygwizdywanym graczem, jako właśnie symbol, nielubianej Legii. Dziekanowski był w tym kontekście takim ówczesnym, polskim, ligowym Cristiano Ronaldo. Gwizdano na niego przeraźliwie, ale wszyscy i tak doceniali jego ogromną piłkarską klasę, jego olbrzymie umiejętności.

W Legii Dziekanowski rzeczywiście odżył. Został wybrany piłkarzem roku w Polsce w 1985 roku. To właśnie tu, znów pod wodzą Jerzego Engela, przyszło Dziekanowi stoczyć cztery niezapomniane, pucharowe boje z mediolańskim Interem. To były prawdziwe piłkarskie wojny, porywające, emocjonujące, dramatyczne. W obu z nich nieznacznie lepsi okazali się być ostatecznie Włosi, ale Dariusz Dziekanowski (strzelił jedną bramkę) swoją znakomitą grą wywarł na włodarzach klubu z Mediolanu piorunujące wrażenie. W tak zwanym międzyczasie dołożył jeszcze na stadionie Śląskim w Chorzowie fantastyczne trafienie, dzięki któremu Polacy pokonali włoskich mistrzów świata 1:0. Wszystko to sprawiło, że zaczęto mówić o transferze legionisty do wielkiego Interu, gdzie mógłby stworzyć wspaniały ofensywny tercet wespół z Altobellim i Rummenigge (i powiedzmy to otwarcie: potencjałem czysto piłkarskim, Dziekanowski obu wspomnianym gwiazdorom światowego futbolu na pewno nie ustępował). Temat odżywał i powracał nie raz. Ale piłkarzowi po prostu nie pozwolono na ten transfer. Zablokowano mu tę szansę. Podarto w strzępy marzenia o pięknej karierze w najwspanialszej i najmocniejszej wówczas lidze świata. Inter spasował, nie miał zamiaru się szarpać z beznadziejną polską, czerwoną rzeczywistością. Sam Dziekanowski wielokrotnie i przy różnych okazjach podkreślał potem, że był to decydujący, przełomowy moment w jego karierze. Temat odżył jeszcze na chwilę w lecie 1987 roku, kiedy to bardzo zapragnęła Dziekanowskiego w swych szeregach Pescara, która właśnie wkroczyła do Serie A. Piłkarzowi pozwolono nawet pojechać na trzydniowe testy do Włoch, ale tylko po to, by i tak ostatecznie zablokować mu ten transfer. Kilkadziesiąt dni później, po jesiennym, towarzyskim meczu z reprezentacją Czechosłowacji w Bratysławie, ucieczkę do lepszego świata proponował Dziekanowskiemu Bayer Leverkusen. Wszystko ze strony Niemców było już ponoć gotowe, dopięte na ostatni guzik, ale Dziekanowski uciekać nie chciał.

Dariusz Dziekanowski był wówczas, wciąż przecież młodym jeszcze, 25-letnim zawodnikiem, ale mentalnie był już graczem, którego kariera, tak na dobrą sprawę dobiegła w pewnym sensie końca. Wydaje się, ze wszelkie sportowe ambicje i motywacje wyparowały z niego niemal bezpowrotnie. Stracił wszelkie złudzenia. Przypuszczał, że do końca swych piłkarskich dni ugrzęźnie w naszej ligowej szarzyźnie. Jego postawa coraz częściej przypominała pewien rodzaj wcale nie słodkiej, lecz bardzo świadomej, beznadziejnej zemsty na tych, którzy uniemożliwili mu spełnienie najpiękniejszych piłkarskich marzeń. Grał chimerycznie, egoistycznie, irytująco, z aż nazbyt rzucającym się w oczy brakiem jakiegokolwiek zaangażowania, często przechodząc obok meczu. Przebłyski niezwykłego kunsztu wciąż jeszcze się zdarzały, ale już coraz rzadziej Dziekanowskiemu chciało się je ujawniać. Sprawiał wrażenie cynicznego, ironicznego, zobojętniałego na wszystko człowieka Doszło nawet do tego, że gdy jesienią 1988 roku, polscy ligowcy mieli zagrać w Mediolanie towarzyskie spotkanie z reprezentacją ligi włoskiej, Dziekanowi będącemu wówczas królem strzelców Ekstraklasy, zablokowano możliwość wyjazdu na ten mecz, odsuwając go od kadry. Uczyniono to na wniosek Strejlaua, który chciał w ten sposób ukarać zawodnika, nie stawiającego się od kilku dni na treningi Legii bez żadnego usprawiedliwienia.

Gdy wreszcie pozwolono mu wyjechać na kontrakt do Celtiku Glasgow w 1989 roku, Dariusz Dziekanowski miał 27 lat, czyli wciąż był jeszcze w bardzo dobrym piłkarsko wieku. Ale to nie był już ten Dziekanowski. Mimo to, Billy McNeill niemal piał z zachwytu nad nowym nabytkiem Celtów: Dziekanowski był wspaniały, miał niesamowity talent. Był świetnie wyszkolony technicznie. W Celtiku przez dwa sezony Dziekan ustrzelił 22 gole (w tym 10 ligowych), ale nie zawsze zachwycał. Choć pucharowej batalii z Partizanem Belgrad, w którym Polak strzelił 4 gole, a jednego wypracował, nie zapomną w Glasgow jeszcze przez dziesięciolecia. To był ten prawdziwy Dziekanowski, który rzeczywiście podejmuje trud ujawnienia swego olbrzymiego talentu, którym został tak hojnie obdarowany.

Potem była jeszcze gra na zapleczu Premier League – w zespole Bristol City, gdzie dojrzewał w cieniu Dziekana późniejszy gwiazdor MU i reprezentacji Anglii, Andy Cole. Polak jest tam po dziś bardzo ciepło wspominany i uchodzi za prawdziwą legendę klubu. A potem jeszcze tułaczka po niższej lidze niemieckiej w barwach Alemanii Aachen oraz bezskuteczna próba przebicia się choć raz do podstawowego składu FC Koeln, prowadzonego przez Mortena Olsena. Na koniec jeszcze powrót do Polski, oczywiście do Warszawy, by zakończyć karierę w barwach, w których ją rozpoczął, czyli w czarnej, polonijnej koszuli.

Szansa na udział w wielkiej piłkarskiej imprezie nie przepadła Dziekanowskiemu bezpowrotnie wraz z brakiem powołania na hiszpański Mundial. Reprezentacja Piechniczka awansuje bowiem również i na następne Mistrzostwa świata, rozgrywane w Meksyku. Zresztą Dziekanowski położył w tym awansie ogromne zasługi strzelając trzy bramki w dwumeczu przeciwko Grekom. Szczególnie jego dwa trafienia, uzyskane w zabrzańskim pojedynku były trudne do przecenienia. W tym spotkaniu Dziekanowski ujawnił wiele ze swego piłkarskiego kunsztu.

Sam meksykański Mundial 1986, był dla Dziekana, jak i zresztą dla całej naszej ekipy, wielkim rozczarowaniem. Ale w przypadku Dziekanowskiego zawód był tym sroższy, że to w nim pokładano największe nadzieje i to na jego dobrą postawę liczono najbardziej. Dość powiedzieć, że po pierwszym meczu z Maroko (0:0), Piechniczek otwarcie skrytykował boiskową postawę właśnie Dziekanowskiego, zarzucając mu, że nie stanowił żadnego zagrożenia dla bramki rywala, ściągając z boiska już w 55 min. meczu oraz odgrażając się, że jeśli Dziekan jeszcze na tym turnieju w ogóle zagra, to już wyłącznie w drugiej linii, a nie w ataku, gdzie jest bezproduktywny. Dziekanowski obraził się na selekcjonera za te słowa, ale w kolejnych spotkaniach zagrał już pełne 90 minut na pozycji, jaką wyznaczył mu Piechniczek. Szczególnie udany był występ przeciwko Portugalii, podczas którego Dziekanowski kilka razy popisał się udanymi akcjami, zagraniami i dryblingami, a także zaliczył efektowną, bezcenną asystę przy jedynym na tym Mundialu, golu dla naszej drużyny. Po zakończonym turnieju, suchej nitki na Dziekanowskim nie zostawił kapitan naszej reprezentacji Zbigniew Boniek, który bardzo głośno wyrażał swoje zdumienie, że tak ogromnie utalentowany gracz, jak Dziekanowski nie wykorzystał tak wspaniałej okazji jak Mundial, by wobec całego świata ujawnić eksplozję swego nieprzeciętnego potencjału. To miał być Mundial Dziekanowskiego, tak jak poprzedni Mundial był Mundialem Bońka – mówił piłkarz Serie A.

Po Mexico ’86 stery kadry objął Wojciech Łazarek. W przegranych pod jego wodzą eliminacjach do Euro ’88, Dziekanowski uzyskał trzy trafienia. Potem próbował postawić na niego jeszcze Andrzej Strejlau, który doskonale znał Dziekana z pracy w Legii. W wywiadzie dla „France Football” nasz selekcjoner nazwał kiedyś swego podopiecznego „polskim Cantoną” oraz prawdziwym „enfant terrible” polskiego futbolu. Porównanie, trzeba przyznać, całkiem trafne. W nowej drużynie Strejlaua, Dziekanowski, już jako piłkarz Celtiku rozegrał naprawdę znakomity mecz z Anglią w Chorzowie. Po raz ostatni, wybiegł na murawę w narodowych barwach, jesienią 1990 roku, strzelając zresztą Turkom jedynego, zwycięskiego dla naszej drużyny gola. Rozpoczął więc swą przygodę z reprezentacją od strzelania bramki i na strzeleniu gola ją zakończył.

Dariusz Dziekanowski w opinii wielu był jednym z najbardziej utalentowanych piłkarzy na całym Starym Kontynencie w latach 80. Na naszym, rodzimym podwórku, być może nie było w historii piłkarza o większym potencjale niż on. Jeszcze jesienią 1993 r., gdy Dziekanowski po długiej przerwie znów zawitał do Legii, będąc już przecież ledwie cieniem gracza sprzed lat, tak wspominał go Wojciech Kowalczyk. Wolałem grać z Dziekanem, niż z nim nie grać, bo to był świetny zawodnik. Na treningach obrońcy spinali się, żeby tylko odebrać mu piłkę. Ruszał taki Rataj, czy Beret na niego, a ten pyk, zasłonięcie, obrót i obrońca zamiast odbiec z piłką, lądował na plecach. Dziekan miał mnóstwo wyćwiczonych piłkarskich ruchów. Wszyscy się cieszyliśmy, że do nas dołączył. Na zimowym zgrupowaniu były piłkarz Bristol został jednak karnie wyrzucony z zespołu.

Bardzo cenne wydaje się być to spojrzenie na osobę i karierę Dziekanowskiego, jakie pozostawił po sobie jego partner zarówno z widzewskiego, jak i reprezentacyjnego ataku ś.p. Włodzimierz Smolarek (w wartościowej książce Jacka Perzyńskiego „Smolar. Piłkarz z charakterem”). Darek był zawodnikiem z zupełnie innej epoki. Był elokwentny, pewny siebie i nie miał kompleksów. Często miał własny punkt widzenia, który głośno artykułował. (…) Może rzeczywiście zbyt często mecze dobre przeplatał meczami słabymi. Te wahania formy były zadziwiające dla wszystkich. (…) Największym mankamentem Darka było, że kiedy przejął piłkę, zrobił technicznie kilka zwodów, nie szedł za ciosem z piłką do przodu. Wydawało się, że był za miękki. Kiedy pilnowano go, czy wokół niego kręcili się mocni, twardzi i zdecydowani piłkarze, on jakby pasował, odpuszczał, rezygnował z walki. Darek często szybko się zniechęcał, jeśli coś nie szło po jego myśli. Czasami obrażał się i irytował na cały świat, a tego nikt nigdy nie lubi. Wyglądało to tak, jakby stał z boku drużyny. Nie lubił, kiedy ktoś go pouczał lub powiedział coś niemiłego. (…) Ach ten Dziekan. Te jego zwody, dryblingi, tańce z piłką naprawdę były świetne. Często być może za szybko zadowalał się w meczu tym, co już zrobił i później odpuszczał, grał nonszalancko. Pod tym względem przypominał mi Węgra Lajosa Detari, z którym grałem razem w Eintrachcie. O Detarim przez cały czas trwania jego kariery mówiło się, że to wielki talent, który kiedyś wreszcie eksploduje i pokaże, na co go stać. Zmieniał kluby, zmieniał ligi, ale nigdy do końca nie błyszczał tak, jak powinien. Potrafił w meczu zagrać kilka fenomenalnych piłek, a później usunąć się w cień na zasadzie – ja już dzisiaj swoje zrobiłem, niech inni pokażą, co potrafią. Z Dziekanem było chyba podobnie. Miał zbyt duże wahania formy, i to w czasie jednego meczu. Szkoda.

Dariuszowi Dziekanowskiemu, jednemu z najzdolniejszych piłkarzy, jacy kiedykolwiek pojawili się między Odrą a Bugiem, niewątpliwie zablokowano olbrzymią szansę na właściwy i adekwatny do skali posiadanego talentu, rozwój jego piłkarskiej kariery. Dziś możemy już tylko pogdybać, jak wyglądałaby piłkarska przygoda Dziekanowskiego, gdyby dano mu szansę na hiszpańskim Mundialu, czy przede wszystkim, gdyby pozwolono mu spróbować swych sił w najsilniejszej wówczas na świecie Serie A. Być może boiskowa rywalizacja z takimi graczami jak Maradona czy Platini oraz wdrożenie w profesjonalne funkcjonowanie poważnego klubu, wyzwoliłyby w młodym i wciąż jeszcze kształtującym wówczas swój piłkarski charakter zawodniku, niezbędną motywację i ambicję. Ale z drugiej strony, warto też pamiętać i o tym, że również sam Dziekanowski nader często przeszkadzał własnej karierze, zarówno swoją postawą boiskową, jak i pozaboiskową. Oczywiście, można żałować, że nie znalazł się trener czy selekcjoner, który w odpowiednim momencie dotarłby do tego niełatwego na pewno zawodnika. Ale wypada również użalić się i nad tym, że dotrzeć do Dziekanowskiego nie udało się chyba nawet jemu samemu. Nie ulega wątpliwości, że polski futbol miał w osobie Dariusza Dziekanowskiego jednego z najznakomitszych piłkarzy w całej swej historii. Tak, jak nie ulega wątpliwości, że mógł mieć najlepszego z najlepszych. 

R.

Piłkarska pustynia Skorży

Choć Maciej Skorża w Arabii Saudyjskiej będzie miał całkiem uznanych kolegów na trenerskich ławkach (piszę o tym tutaj), to po boisku biegają jednak piłkarze. A z tym będzie już trochę gorzej. W przeciwieństwie bowiem do wielu innych arabskich lig, do saudyjskich szejków raczej nie przybywają zbyt tłumnie przybysze zza granicy.

Bezsprzecznie najbardziej znanym kibicom takim graczem jest Kameruńczyk Modeste M’bami.

Ten defensywny pomocnik to wieloletni filar reprezentacji Kamerunu, zawodnik Sedan, PSG i OM (z tymi klubami występował w Lidze Mistrzów i Lidze Europy) oraz hiszpańskiej Almerii. W Arabii przywdziewa od niedawna koszulkę Al-Ittihad.

Większe pole do manewru będę mieli fani śledzący rozgrywki w Ameryce Południowej. Choć sporo w Arabii Brazylijczyków i Argentyńczyków, to zaledwie garstka dała się jakoś poznać pozaazjatyckiej publiczności. Wraz z M’bamim w Al-Ittihad zarabia Diego Souza – dwukrotny reprezentant Brazylii, były piłkarz Gremio, Palmeiras, Atletico Mineiro i Vasco Da Gama.

Fernando Menegazzo z Al-Shabab trafiał z kolei w Serie A dla Sieny i przez pół dekady dla Girondins Bordeaux (również w Lidze Mistrzów).

Gwiazdą Al-Hilal jest Wesley – w FC Vaslui król strzelców ligi rumuńskiej poprzedniego sezonu, poza tym były zawodnik CD Alaves, Grasshoppers Zurich i klubów portugalskich.

W Al-Ahli błyszczy jednorazowy reprezentant Argentyny Diego Morales oraz król strzelców poprzedniego sezonu w Arabii – Brazylijczyk Victor Simoes (w przeszłości m.in. Club Brugge i Botafogo). Kibice mogą także kojarzyć wypożyczonego z Meksyku do Al-Nassr bramkostrzelnego reprezentanta Ekwadoru – Jaime Ayoviego. Maciej Skorża będzie miał zaś pod swoją opieką Brazylijczyka Cassio (znanego z popisów w Portugalii i Rapidzie Bukareszt) oraz naturalizowanego Chorwata Carlosa Santosa (wieloletniego piłkarza Dinama Zagrzeb). 

Kończąc jeszcze wątek afrykański, to kolegami z pierwszego składu Wesleya są Senegalczyk Kader Mangane (znany z gry w RC Lens i przede wszystkim Stade Rennes) oraz Marokańczyk Adil Hermach (niemal pięć lat w Lens), a w Al-Faisaly zarabia Togijczyk Christophe Grondin (całe lata w KAA Gent).

Natomiast najtrudniej znaleźć w Arabii wartościowych Europejczyków. Jednym z nielicznych ciekawych eksponatów jest piłkarz Al-Ittihad – jednokrotny reprezentant Chorwacji i były zawodnik Hajduka Split Anas Sharbini.

Prawda, że jak na stymulowany petrodolarami rynek nie wygląda to zbyt okazale? Jeżeli porównamy ten zestaw chociażby do kadr klubów katarskich, to widać dysproporcje. Nie oznacza to jednak wcale, że z racji mniejszej ilości cudzoziemców liga arabska jest gorsza. Oznacza to tylko, że Skorża będzie miał mniej znajomych twarzy wokół siebie i będzie trudniej mu się z nimi dogadać:)

P.

Zagraniczni zawodnicy w azjatyckich klubach

Puchar Azji 2011 na Z Czuba

Kacha chce mandat

Jedni piłkarze po zakończeniu kariery inwestują w nieruchomości, inni zostają trenerami, a jeszcze inni zapijają się w trupa. Część z nich próbuje również swoich sił w polityce. Były kapitan reprezentacji Gruzji Kacha Kaładze poszedł tą ostatnią drogą.

Od czasu zawieszenia butów na kołku ma on wielką chrapkę, by po październikowych wyborach zasiąść w gruzińskim parlamencie. Kandydatura ta nie pojawia się nagle i nieoczekiwanie. Kaładze od dawna zaangażowany jest bowiem w sprawy społeczne i polityczne. Przez niemal całą karierę był on Ambasadorem SOS Wiosek Dziecięcych. W 2008 roku założył Kala Foundation, która pomaga finansowo grupom zagrożonym wykluczeniem. Fundacja wsparła np. gruzińskich uchodźców z Osetii Południowej. Należy również pamiętać o ciągnących się długi czas tragicznych wydarzeniach dotyczącym porwania i zabicia brata Kachy – Lewana.

Dlatego też mając na uwadze wrażliwość eks-futbolisty być może mogą nieco dziwić jego sympatie polityczne. Kaładze popiera bowiem partię Gruzińskie Marzenie, której lideruje gruziński milioner Bidzina Iwaniszwili. Kim jest Iwaniszwili?

To postać niezwykle ciekawa. Po studiach w Tbilisi, w 1982 roku, wyjechał on do Moskwy, aby robić tam doktorat. Bardziej jednak niż uprawianie nauki interesował go biznes. Handlował komputerami i telefonami, a później już tylko sprzedawał i kupował kolejne firmy. Forbes szacuje, że jest on najbogatszym obecnie Gruzinem (bardzo ciekawy tekst o Iwaniszwilim tutaj i tutaj, też tutaj, a tutaj jego sylwetka z Fobresa). Po sukcesach w interesach z Rosjanami postanowił powrócić do Gruzji i założyć partię polityczną – Gruzińskie Marzenie (dziś jest ona koalicją kilku mniejszych firm). Ma ona w zbliżających się wyborach parlamentarnych pokonać Zjednoczony Ruch Narodowy Micheila Saakaszwilego (kilka okrągłych zdań o programie GM tutaj). Opowiada się ona za większą integracją z Rosją oraz przeciwko autokratycznym praktykom obecnego prezydenta. Z tego też powodu przez sympatyków Saako określany jest mianem „ruskiego agenta” a jego ludzie „dworem Putina w Tbilisi”.

Sam Iwaniszwili także planował natomiast występ w wyborach prezydenckich, które odbędą się w 2013 roku. Już jednak wiemy, że tego nie zrobi. W jednym z wywiadów zdradził się bowiem, że obok gruzińskiego i rosyjskiego, posiada również obywatelstwo francuskie, co spowodowało, że zainteresowali się nim gruzińscy konstytucjonaliści. Powołali się oni na prawo mówiące o wygasającym obywatelstwie Gruzji i tym samym Iwaniszwili został pozbawiony gruzińskiego paszportu, a co za tym idzie możliwości startu w wyborach prezydenckich. Sprawa była skomplikowana a więcej o niej można poczytać tutaj, tutaj i tutaj.

Kaładze nie będzie jedynym popularnym sportowcem, który powalczy o mandat poselski. Jego partyjnym kolegą ma szansę zostać gruziński mistrz szachowy Zurab Azmaiparaszwili. Wybory już 1 października.

Ciekawe teksty o gruzińskich wyborach można przeczytać tutaj i tutaj.

P.

Więcej o Gruzji na tym blogu – choćby w sadze Niezwykłe Sakartwelo.

Był w Lechu, Warcie i Olimpii – znów zagra w Poznaniu. Obieżyświat z Pogoni Szczecin

Robert Kolendowicz, mecz Pogoń Szczecin - Wisła KrakówRobert Kolendowicz, mecz Lech Poznań - Zagłębie Lubin 4:0 (1998)

Zawodnicy, którzy kopali piłkę w barwach trzech najlepszych poznańskich klubów to bardzo rzadki gatunek. Piłkarz Pogoni Szczecin Robert Kolendowicz, który w niedzielę zagra na Bułgarskiej z Kolejorzem, był w Olimpii, Lechu i Warcie Poznań… jeszcze przed skończeniem 20 lat!

Robert Kolendowicz to poznaniak, ale pierwsze treningi odbył w MKS Chocicza, około 60 km od stolicy Wielkopolski. – To jest długa historia. Urodziłem się w Poznaniu, ale mieszkałem pod tym miastem w małej miejscowości – wspomina piłkarz na oficjalnej stronie Pogoni Szczecin, w której teraz gra. – Kiedy kończyłem szkołę, były zapytania o mnie praktycznie ze wszystkich klubów Poznania. Do Olimpii przeszedłem za sprawą trenera, który pracował wtedy też w reprezentacjach makroregionu i województwa. Byłem w niej dość krótko i dziś nawet nie pamiętam dobrze tego okresu – opowiada.

15-latek mógł się przyglądać, jak klub z Golęcina zajmuje 12. miejsce w ekstraklasie w sezonie 1994/1995. W latach 90. karty zawodnicze de facto mogły należeć nie tylko do klubów, ale i do prywatnych osób. Krzysztof Sieja sprowadził więc młody talent najpierw do Sokoła Pniewy i szkółki w Szamotułach, by po zatwierdzeniu w Opale Lubosz wypożyczać go do klubów Wielkopolski, a potem całej Polski.

Kolendowicz znów mógł obserwować ekstraklasę z trybun w Amice Wronki. W informacjach na temat transferów do Lecha nazwisko nastolatka było wymieniane w dalszej kolejności. Rządy w klubie – na krótko – objęli wtedy Zbigniew Drzymała i Andrzej Grajewski. Za sprawą tego drugiego do Poznania miał trafić cały zaciąg gwiazd Widzewa Łódź: Artur Wichniarek, Arkadiusz Onyszko, Andrzej Kobylański, a nawet Mirosław Szymkowiak i Maciej Terlecki. Nic z tego nie wyszło.

Może też dzięki temu szybki pomocnik zadebiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej w Poznaniu niecały miesiąc po uzyskaniu pełnoletniości, 17 października 1998 roku. Świetnie grający Kolejorz rozgromił 4:0 Zagłębie Lubin. – Wiadomo, jakim klubem dla ludzi związanych z regionem jest Lech. Na pewno chce tam grać każdy młody chłopak z Poznania i okolic. Tak było kiedyś i tak jest do dzisiaj – twierdzi Robert Kolendowicz.

Wystąpił jeszcze w dwóch następnych kolejkach ekstraklasy: w Olsztynie ze Stomilem i w Łodzi z Widzewem. W sumie w barwach Kolejorza rozegrał pół meczu bez minuty, czyli 44 minuty. Był też w Warszawie, gdy kluby protestujące przeciw PZPN Mariana Dziurowicza odwołały mecze. Na Łazienkowskiej Kolendowicz zagrał drugą połowę sparingu z Legią. W pierwszej wystąpił w roli… sędziego liniowego!

Gazeta Wyborcza Poznań uznała młodzieżowego reprezentanta Polski za największy talent na pozycji skrajnego napastnika. Drugie miejsce zajął w tym rankingu… Bartosz Ślusarski.
W pierwszych dniach 1999 r. po tym jak Piotr Reiss odszedł do Herthy Berlin, Kolendowicz był wymieniany jako jego potencjalny następca w ataku Kolejorza. Lech chciał go wykupić, ale Krzysztof Sieja żądał 450 tys. marek. – Ta cena jest dla nas nie do przeskoczenia. Wykluczone, byśmy ją zapłacili. Jesteśmy w stanie dać połowę mniej – tłumaczył wiceprezes klubu Ryszard Dolata. Pod koniec stycznia, podczas turnieju halowego w Arenie, Robert Kolendowicz grał już dla Warty Poznań. – Sam przysłał do nas pismo z prośbą o skreślenie go z listy graczy Lecha – wyjaśniał menedżer klubu z Bułgarskiej Roman Jakóbczak.

– Animozji między klubami nie ma, bo prawda jest taka, że Warta nie ma zbyt wielu kibiców – uważa dziś Robert Kolendowicz. – Był taki moment, że próbowano to zmienić, ale chyba do końca to się nie udało. Warta jest klubem z ogromnymi tradycjami, ale od kiedy sięgam pamięcią, to uczucia Wielkopolan były skierowane raczej w stronę Lecha. To był i jest klub topowy, do którego garną się wszyscy i któremu wszyscy kibicują. Warta była zawsze na uboczu i nawet ta ostatnia ’’Zielona rewolucja’’ nic w tej kwestii chyba nie zmieni – twierdzi.

Piłkarz w trzecioligowej Warcie dokończył sezon 1998/1999, a tułaczkę po kontynuował też poza Polską. By wymienić jego wszystkie kluby, trzeba wziąć głęboki oddech:

MKS Chocicza, SKS 13 Poznań, MKS Chocicza, Olimpia Poznań (1995/1996), Sokół Pniewy/Opał Lubosz (1996), MSP Szamotuły (wiosna 1997), Amica Wronki (1997/1998), Lech Poznań (jesień 1998), Warta Poznań (wiosna 1999), Racing Club Gent (Belgia, jesień 1999), GKS Bełchatów (2000/2001), Groclin Dyskobolia Grodzisk Wlkp. (jesień 2001), GKS Bełchatów (2001-2004), Korona Kielce (2005-2006), Łódzki KS (2006), Zagłębie Lubin (2007-2009), Odra Wodzisław (2009), Pogoń Szczecin (2010-…).

Jedynym piłkarzem w historii, który zagrał w ekstraklasie w barwach trzech poznańskich klubów jest Dariusz Wojciechowski (Olimpia 1992-1994, Warta 1994, Lech 1995/1996).

B.

Videoton wraca na salony

Węgierski Videoton FC dzisiejszym meczem z belgijskim KRC Genk w ramach Ligi Europy wraca na futbolowe salony. Zespół z miasta o pięknej nazwie Szekesfehervar dla najmłodszych kibiców stanowi z pewnością niezły powiew egzotyki. Jeżeli bowiem Węgrzy już jakimś cudem ugrywali coś w Europie, to był zwykle Debreczyn albo ewentualnie inny klub z Budapesztu, z Ferencvarosem na czele. Warto więc przypomnieć z kim tak naprawdę mamy tu do czynienia.

Faktycznie Videoton na tle stołecznych klubów wypada blado. Przez długie lata jego największym sukcesem było wicemistrzostwo Węgier 1976. W latach 1984 i 1985 zajmował natomiast trzecie miejsce. Tak było aż do początku XXI wieku. Wtedy to klub włączył dodatkowy bieg. Efekt? Sukcesy na krajowym podwórku: mistrzostwo Węgier 2011, wicemistrzostwo 2010 i 2012 oraz Puchar Węgier 2006. Drużyna gwałtowne postępy zaczęła robić pod wodzą Gyorgy Mezeya, a jego kontynuuje od maja 2011 słynny Portugalczyk Paulo Sousa. Poza coachem zespół nie ma wielkich gwiazd. Obroną kieruje znany z Valencii i Sportingu Marco Caneira a w ofensywie rej wodzi Serb Nemanja Nikolic.

W ostatnim czasie Videoton miał już kilka podejść pod Ligę Europy. W sezonie 2006/2007 odprawił go Grasshoppers Zurich, w 2010/2011 – NK Maribor, a w zeszłym roku w boju o Ligę Mistrzów szybko odstrzelił go austriacki Sturm Graz. Udało się dopiero teraz! W drodze do europejskiego eldorado dla ubogich Videoton pokonał Slovan Bratysława (0:0, 1:1), KAA Gent (1:0, 3:0) oraz turecki Trabzonspor (0:0, 0:0, k. 4:2). Może się pysznić jak paw w kurniku, bo drogę po splendory miał długą i wyboistą.

Ale, ale, ale! Kiedy mówimy już o europejskich pucharach, to najbardziej spektakularnym wkładem Videotonu w historię światowego futbolu jest finał Pucharu UEFA 1985! Cóż to były za rozgrywki dla Węgrów. Najpierw pokonali oni Duklę Praga (1:0, 0:0). Potem słynne PSG (4:2 i 1:0). W 1/8 finału spektakularne baty dostał Partizan Belgrad (5:0 i 0:2). W ćwierćfinale poległ słynny Manchester United z Bryanem Robsonem, Gordonem Strachanem i Markiem Hughesem (1:0, 0:1, k. 5:4), w półfinale zaś Żeljeznicar Sarajewo (3:1 i 1:2). W najważniejszym dwumeczu Videoton okazał się jednak za słaby na wielki Real Madryt. W pierwszym spotkaniu przegrał 0:3

i choć w rewanżu wygrał 1:0 po golu Majera,

to Węgrzy musieli się zadowolić srebrnymi krążkami (relacje z finałów również tutaj). Polecam również zapoznanie się z fajnym filmikiem pokazującym całą pucharową przygodę Videotonu w sezonie 1984/1985. Do obejrzenia tutaj.

Teraz zespół z Szekesfehervar wraca. Czy nawiąże do swoich dawnych sukcesów?

P.

W filmie było 0:1. Górnik – Legia z Antonim Pawlickim

Drzazgi, Antoni Pawlicki, Górnik Zabrze

Mecze piłkarskie nadal na tyle rzadko są pokazywane w polskich filmach, że każdy jeden taki przypadek jest wart odnotowania. Z zakamarków pamięci wygrzebałem właśnie obraz z bojem Górnik Zabrze – Legia Warszawa w tle. To film ”Drzazgi” Macieja Pieprzycy. Nie było 2:2, a bramkarze nie zawalali goli, jak teraz.

Jedna z trzech przeplatających się historii opowiada o Robercie Sójce, niedoszłym piłkarzu i kibicu Górnika Zabrze. Chłopaka gra Antoni Pawlicki, znany pogromca Niemców z serialu ”Czas honoru”. Jedna z pierwszych scen, w towarzystwie Jacka Braciaka, jest chyba najlepszą z całego filmu.

Sam Pawlicki o roli mówi tak:

– Jest to bardzo ciekawa rola między innymi dlatego, że musiałem zagrać ”kibola” Górnika Zabrze, a do tego jeszcze byłego piłkarza. Tymczasem są to dość mocno odległe ode mnie klimaty ponieważ ja sam mam z piłką raczej kiepski kontakt. Poza tym jeśli chodzi o kibicowanie drużynie Górnika Zabrze jest to już w ogóle obce dla mnie doświadczenie. Owszem kiedyś chodziłem na Legię i nawet jej kibicowałem, nie jestem jednak jakimś zagorzałym fanem piłki. Ponadto ten rodzaj agresji, jaki funkcjonuje na stadionach, i który umiem sobie wytłumaczyć, prywatnie jest mi zupełnie odległy i raczej sam z siebie nie chciałbym w tym uczestniczyć.
– W zdjęciach brali udział prawdziwi ”Ultrasi”?
– Są to ujęcia łączne. Fragmenty prawdziwego meczu Górnik – Legia, gdzie drużyna z Zabrza przegrała w końcówce po rzucie karnym, zostały połączone z inscenizowanymi zdjęciami z trybun. Przyszła wtedy grupa kibiców Górnika, których poznałem zresztą wcześniej i nakręciliśmy sekwencje jak kibicujemy podczas meczu.

Aktor ciut błądzi, bo Górnik przegrał po karnym w ostatniej minucie tylko w filmie. A jedenastka Rogera jest z meczu zakończonego wynikiem 0:3 (sierpień 2007).

Reżyser pierwotnie planował osnuć cały film wokół wątku Górnika. Zdanie zmienił:

– To pewna wypadkowa tego, co przeżyłem ja, tego co przeżył Bartek współscenarzysta, ludzi których spotkaliśmy. Moi bohaterowie mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości. Ich historie są w jakiś sposób prawdziwe, wydarzyły się, ale oczywiście zostały na potrzeby filmu udramatyzowane. Początkowo jedną z tych trzech historii, noszącą tytuł ”Mecz”, chciałem pociągnąć na cały film. Ale czułem niedosyt, wydawało mi się to za bardzo jednowymiarowe. Dlatego zdecydowałem się połączyć tę historię z jednym z opowiadań Bartka, dołożyliśmy do tego jeszcze jedną story i tak powstała całość, którą wspólnie dopracowaliśmy.

Gdyby ktoś cierpiał na niedosyt piłki w kinie już teraz zapraszam do Poznania na grudniowy festiwal Ale Kino! w ramach którego od paru ładnych lat istnieje specjalna sekcja Ale Kino! z piłką.

B.

Czytaj też:

90 minut z Diego. Maradona by Kusturica  

Les Arbitres Zabić sędziego 

Lisbon Story a mecz, którego nie było   

Mecz, którego nie obejrzał sąsiad Amelii  

Diablo Włodarczyk, Eryk Lubos, trudne uczucie do Wietnamki i Wojownik Piotrowski  

Przez PZPN z ludzi wyłaziły zwierzęta. Więcej kas było na Malcie

Nie miałem ochoty wracać myślami do tego tematu, ale Gazeta Wyborcza Wrocław podała, w ilu kasach naprawdę były sprzedawane bilety bezpośrednio przed meczem Polska – Mołdawia. Nie w jednej, w co nie chciało mi się wierzyć (jak twierdził np. czytelnik w tym liście), ale było ich niewiele więcej. Trzy jest tą liczbą i liczbą tą jest trzy.

– Naszym zadaniem było tylko przygotowanie Związkowi miejsca pracy, czyli kas z dostępem do prądu. Poprosił o cztery i tyle dostarczyliśmy, choć sugerowaliśmy już wcześniej, że to może być za mało – wyjaśnia Adam Burak, rzecznik spółki Wrocław 2012, która zarządza stadionem.

Mimo tego PZPN nie zdecydował się na więcej kas, nie otworzył też wszystkich, które dostarczyła spółka. Bilety przed meczem można było kupować tylko w trzech okienkach. Na prośbę spółki Wrocław 2012 na terenie stadionu stanęła jeszcze jedna, piąta kasa, w której sprzedawano bilety na mecz Brazylia – Japonia, który 16 października odbędzie się we Wrocławiu. – Chcieliśmy wykorzystać fakt, że na stadionie będzie wielu kibiców – dodaje Burak.

(z tą brazylijsko-japońską kasą nasuwa mi się od razu Nie chce pan do Tokio, to ja radzę niech pan bierze do Melbourne. To bardzo rzadki bilet, jeszcze aktualny. Samolot odleciał trzy dni temu, nawet jeszcze nie wrócił’, ale to w tej sprawie wątek poboczny)

Zaraz po meczu – gdy było wiadomo, że pod kasami zebrało się narodu jak na pielgrzymce do Częstochowy – rzecznik PZPN Agnieszka Olejkowska powiedziała Gazecie Wrocławskiej:

– Wiele osób nie chciało skorzystać z opcji kupna biletu przez internet i można było przewidzieć, że będą kolejki. Zakup biletu trochę trwa – trzeba pokazać dokument tożsamości, wpisać PESEL. Zdarza się przecież jeszcze, że jedna osoba kupuje kilka biletów – tłumaczyła zaraz po zakończeniu meczu Polska Mołdawia Agnieszka Olejkowska, rzecznik Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Olejkowska nie była pewna, czy w trzech otwartych kasach oprócz kupowania biletów można było też odbierać wejściówki zamówione przez internet. – Tak chyba było, ale nie jestem pewna, musiałabym to sprawdzić. Może faktycznie otworzyliśmy za mało kas.

Ostatnie zdanie brzmi niemal jak przyznanie się do błędu, czyli ciało obce w ustach pani rzecznik, ale już dzień po meczu wróciła nam dobrze znana Agnieszka Olejkowska:

– Ilość stanowisk kasowych wydawała się wystarczająca.

A także dodała (z wyżej cytowanego tekstu GW):

Olejkowska zapewnia, że kibice mogli kupić bilety wcześniej. – W pierwszym etapie sprzedaży internetowej, od 6 sierpnia do 2 września, taką szansę mieli tylko członkowie Klubu Kibica, ale potem sprzedaż była otwarta dla wszystkich – od 3 do 9 września. Kasy na wrocławskim stadionie były czynne także w dni poprzedzające mecz – twierdzi rzeczniczka PZPN.

Dlaczego przed meczem działało tak mało kas? – Przy organizacji dużych imprez odchodzi się od sprzedaży biletów tuż przed samym wydarzeniem – mówi rzeczniczka PZPN Agnieszka Olejkowska. – Nie możemy brać odpowiedzialności za kibiców, którzy nie czytają komunikatów organizacyjnych. Apelowaliśmy, żeby do kas przychodzić najpóźniej do godz. 17, tymczasem niektórzy przychodzili nawet o godz. 20. Tacy kibice pretensje mogą mieć tylko do siebie.

Otóż, droga pani rzecznik, choć nie przybyłem pod stadion o godzinie 20, faktycznie mam do siebie pretensje. Te największe. Ale też wymienię swoją listę zarzutów pod adresem Polskiego Związku Piłki Nożnej, zarządcy stadionu – i uwaga – innych kibiców.

Na zakup biletu w necie miałem jeden dzień.

Nie miałem i nie mam zamiaru być okradzionym przez tzw. Klub Kibica, nie uiściłem haraczu za możliwość nabycia wejściówki w sprzedaży zamkniętej (do 2 września). W dniach 4-11 września byłem na zagranicznych wywczasach. Na kupno biletu w sieci miałem więc poniedziałek 3 września. Nie zdążyłem się zdecydować i mam za swoje. Z tyłu głowy kołatała mi myśl, że jeśli jednak – pokrzepiony wynikiem/grą w Czarnogórze – będę chciał obejrzeć ekipę Waldemara Fornalika przeciw Mołdawii po przylocie do Wrocławia, stawienie się pod stadionem trzy godziny przed szpilem wystarczą do wejścia na mecz. O naiwności!

Przy okrągłym kiosku z biletami od strony ulicy Królewieckiej byłem ok. 17.40. Jak wyliczył Tygodnik Kibica to ponad trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem. Szok spowodowany długością kolejki i liczbą kas dającą się wyrazić za pomocą paluchów jednej dłoni złagodziła chłodna kalkulacji. Zbliżałem się do mety powoli, ale systematycznie. Zwłaszcza po tym, jak jeden szkrab stojący kawałek przede mną podał do wiadomości swojego taty i wszystkich w okolicy liczbę osób, jaką naliczył – a było to ok. 150 (brakowało tylko ”czuwaj!”) – miałem przeświadczenie graniczące z pewnością, że bilet będzie mój. O naiwności!

Paradoksalnie, uformowaną i karnie stojącą jeden za drugim kolejkę rozwaliła… obsługa meczu (stewardzi lub ochroniarze, raczej ci drudzy). Ogonek stał tuż przed wejściem bramkami na stadion i uznano, że tak być nie może. Nastąpił tyleż skomplikowany co nieudany proces przesunięcia kolejki w inne miejsce. To nie mogło się dobrze skończyć dla tych, którzy uczciwie swoje odstali. Moje miejsce w peletonie pogorszyło się o circa 50 miejsc. Spadochroniarze z końcowych miejsc nagle zaczęli lądować w czołówce, jak gdyby nigdy nic. Wyglądało to mniej więcej tak.



Po tej akcji dywersyjnej do moich uszu dotarł taki dialog: – Tatusiu, skoro inni się wpychają, to my też tak zróbmy – jęczała dziewczynka stojąca z ojcem tuż za mną. – Nie możemy, trzeba stać uczciwie – odpowiadał ojciec stojący tuż za mną.

Ale z czasem było już tylko gorzej. Nie tylko dlatego, że kończył się prowiant zdobyty w pobliskiej żabce przez lubą ;)

Ludzie wpierniczali się w kolejkę na różne sposoby. Jedni jak na powyższym fragmencie Co mi zrobisz jak mnie złapiesz, przystawali bezszelestnie, jak gdyby nigdy nic, jakby stali w danym miejscu od przedwojny. Inni próbowali przekupywać osoby ze ścisłej czołówki: w pakiecie był pesel/dowód osobisty, kasa na bilet i bonus na ”małe co nieco”. Moim ulubionym typem był jednak bezczel-gaduła. Przystanął taki parę metrów za mną i szybko znalazł interlokutora. – Ja p… ale kolejka! J… PZPN. Długo już stoisz? – Dwie godziny. – Ja p…. co za skandal. Ktoś powinien coś z tym zrobić. Ile jest tych kas?! Czemu musimy tu stać?! PZPN, PZPN… – i tak po 5-10 minutach wygadał sobie miejsce w kolejce.

Im bliżej było meczu, tym nerwów było więcej. W zapadających ciemnościach cichociemni mnożyli się na potęgę i przylatywali w okolice kas jak ćmy do światła. Robiło się coraz tłoczniej, zaczęły się wyzwiska, a nawet przepychanki. Kolejka zrobiła się szeroka na 5-10 osób (bo długa była jak stąd do wieczności), samozwańczy pilnujący szyku robili więcej złego niż dobrego, a policja/ochrona (nie widziałem, tylko słyszałem krzyk z frontu) reagowała tylko wtedy, gdy napór na czołówkę był za duży.

Uświadomiłem sobie, że reguły ostatecznie przestały obowiązywać, a ludzie zaczęli się kierować – jak zwierzęta – instynktem, gdy spostrzegłem, że pan z córeczką, wcześniej uczciwie pilnujący kolejki, cudownym sposobem znaleźli się przede mną.

To skandal, że PZPN sprzedawał bilety na mecz eliminacji mistrzostw świata w trzech kasach. Ale mnie, który dotarł na stadion trzy godziny przed spotkaniem, obejrzenie go uniemożliwiła też (a może przede wszystkim) rozpychająca się tłuszcza i obsługa, która nie przypilnowała kolejki.

Czytam, że dopiero o godz. 20.30 ustawiono barierki, które miały uniemożliwić oskrzydlające ataki intruzów. Czy żaden wrocławski bystrzak nie mógł wpaść na to wcześniej? Czy nikt nie przewidział, że po bilety ustawi się – co za niespodzianka – kolejka? Czy żaden ze stewardów/ochroniarzy nie mógł tego ogonka od początku pilnować?

Czy to naprawdę jest takie trudne?

Niecałe 10 minut przed pierwszym gwizdkiem, nie mając ochoty dalej uczestniczyć w tych dantejskich scenach i płacić 80 lub 120 zł za obejrzenie części meczu, wyszedłem z kolejkowej imprezy.

Aha, na wakacjach byłem na Malcie. Na stadionie narodowym w Ta’Qali obejrzałem spotkanie eliminacyjne z Armenią (0:1). Sprzedaż biletów była prowadzona przez parę tygodni w sieci, tak jak w Polsce. Ale większość osób z 3,5 tys., które ten mecz obejrzało, tak jak ja, kupiło bilet w kasach przed spotkaniem. W jednej z pięciu otwartych kas.

Kasy biletowe przed meczem Malta - Armenia 0:1

A o Malcie, dla ukojenia nerwów, w następnych wpisach.

B.

O zmaganiach z kupnem biletu na mecz kadry już na tym blogu można było poczytać:

PZPN sprzedaje bilety na mecz Polska – Wybrzeże Kości Słoniowej 

W menu także:

Jak PZPN nie rozmawiał z zagranicznymi kandydatami na selekcjonera 

Polityka pamięci PZPN  

Gdzie PZPN ma polskie godło, czyli orzełkowym skrytożercom mówimy nie! 

Gdzie PZPN mógłby wysłać faks z pytaniem o mecz towarzyski?

 

PS Podejmuję się rozkręcenia strony fejsa dla bloga, więc jakby co, można lubić. Pierwsza myśl jest taka, by wrzucać tam zdjęcia (jak galerię z Malty) i krótkie ciekawochy dręczące każdego z nas, typu: ilu piłkarzy występujących swego czasu na Gozo grało w polskiej lidze…

Chorwatobelgowie

Dzisiejsze spotkanie Belgii z Chorwacją to nie starcie odwiecznych przeciwników, ale jest w nim jednak pewien ciekawy smaczek. Otóż pod koniec lat dziewięćdziesiątych i w pierwszej dekadzie XXI wieku o ofensywnej sile reprezentacji Belgii stanowili właśnie… Chorwaci!

Josip Weber urodził sie w 1964 roku we Splicie. Tam stawiał swoje pierwsze futbolowe kroki, grając w NK Marsonia, w słynnym Hajduku Split i Dinamie Vinkovci. W 1988 roku postanawia jednak spróbować szczęścia na zachodzie Europy. Przenosi się więc do belgijskiego Cercle Brugge. Z miejsca zostaje gwiazdą. Gra tam przez sześć lat, aż trzykrotnie zostając królem strzelców ligi belgijskiej (1992, 1993, 1994). Jego popisy nie umykają szkoleniowcom w jego ojczyźnie. W 1992 roku Weber zostaje powołany na wojaże reprezentacji Chorwacji w Australii. Występuje w trzech spotkaniach (wszystkie z… Australią), strzela jednego gola i wraca do Belgii. Nigdy więcej już nie zagra dla bałkańskiej drużyny, bo… Po powrocie otrzymuje obywatelstwo belgijskie i propozycję gry dla reprezentacji Belgii! On, świeżo upieczony reprezentant Chorwacji! Ku zaskoczeniu wszechświata Weber się godzi. Ku jeszcze większemu zdziwieniu fanów zgodę na jego występy dla Czerwonych Diabłów wydaje również FIFA! Dlaczego? Ponieważ spotkania z Australią były towarzyskie i poza oficjalnymi terminami. Czyli takie pół-oficjalne. No to dawaj go!

W efekcie napastnik debiutuje w kadrze. I to jak debiutuje! W wygranym 9:0 spotkaniu z Zambią, w której Chorwat-Belg strzela… pięć goli! Potem zalicza jeszcze kilka spotkań towarzyskich i już w czerwcu 1994 leci do USA, by tam zagrać na mundialu. Wraz ze swoją nową drużyną dobija się tam do 1/8 finału (porażka z Niemcami, pod koniec spotkania Weber jest ewidentnie faulowany w polu karnym, ale sędzia nie gwiżdże jedenastki). Po amerykańskiej przygodzie… kończy swoją reprezentacyjną karierę z bilansem 8 meczów i 6 goli. Z Cercle przenosi się do Anderlechtu, gdzie występuje potem przez kolejne trzy sezony. Pierwszy z nich jest jeszcze udany, ale potem snajper już coraz częściej nie wytrzymywał trudów rozgrywek. Zakończył przygodę z piłką w 1997 roku. Czy pisałem już, że Weber zawsze przypominał mi wielką mysz?

Branko Strupar to kilka lat późniejsza wariacja na temat historii Webera. Również napastnik, również strzelał sporo goli. Przyszedł na świat w Zagrzebiu w 1970 roku. Terminował w NK Zagrzeb, ale wobec przemian ligowych w Jugosławii postanowił wyjechać za chlebem do Belgii. Był 1994 rok. Chorwat trafi do Racingu Genk, grającego na zapleczu ekstraklasy. Ledwo zdążył rozpakować walizki i już strzelał. Najpierw pomógł utrzymać KRC w II lidze, potem awansować do ekstraklasy, a następnie zająć w niej bezpieczne miejsce (8. miejsce w sezonie 1996/1997) i… wywalczyć sensacyjne wicemistrzostwo (1997/1998) oraz Puchar Belgii. Sam Strupar został królem strzelców oraz najlepszym zawodnikiem ligi. Gdy wydawało się, że lepiej już nie może być, to okazało się, że jednak może! Genk zostało mistrzem Belgii 1999! W tym samym też roku Branko ożenił się z Belgijką, dzięki czemu otrzymał belgijskie obywatelstwo. Choć bardziej ciągnęło go do reprezentacji Chorwacji, to Miroslav Blazevic nie widział go w swojej drużynie, więc, w sierpniu 1999 roku, Strupar zadebiutował w reprezentacji Belgii. Trwała jego złota passa.

Biło się wówczas o niego pół Europy. On jednak chciał zostać w Genk i zagrać ze swoją ukochaną drużyną w Lidze Mistrzów. Los jednak z niego zadrwił i KRC został wyeliminowany z batalii o Champions League przez słoweński NK Maribor (1:5 i 3:0). Strupar dograł rundę jesienną w Belgii, po czym przenosi się do Derby County. Jego pociąg do sukcesu już jednak odjechał. W Anglii szło mu poniżej oczekiwań, często zmagał się też z kontuzjami. Spędził tam trzy lata. W sezonie 2003/2004 wpadł jeszcze do Dinama Zagrzeb zdobywając z nim wicemistrzostwo Chorwacji, po czym zakończył karierę. Jego popisy w kadrze również nie do końca przekonują. Choć zagrał na EURO 2000 i na MŚ 2002, to nigdzie nie błysnął. Po azjatyckim mundialu już nie wrócił do kadry. Jego licznik stanął na 17 meczach i 5 golach.

Los pisze dziwne historie. Niby Belgię z Chorwacją nie łączy nic szczególnego, ale jednak u niektórych byłych zawodników dzisiejsze spotkanie może wywoływać niezwykłe emocje. Za kogo będą trzymali kciuki Weber i Strupar?

P.

Dlaczego Polacy wygrają w Podgoricy?

Pytanie to, w tytule, postawione tak śmiało, choćby z największym bólem rozwiązać by należało – rzekłby zapewne Gałczyński. Konstanty Ildefons zresztą.

Niezmiernie trudnym byłoby zadaniem, wykazać przy użyciu rzeczowych, merytorycznych argumentów, iż biało-czerwoni są dziś piłkarsko solidniejsi od swych piątkowych, bałkańskich rywali, że lepiej od nich kopią futbolówkę, że tworzą bardziej wartościowy zespół. A jednak od jakiegoś czasu towarzyszy mi zupełnie irracjonalne, przyznaję, acz głębokie przekonanie, że podopieczni Fornalika przywiozą do kraju w plecakach z Podgoricy komplet punktów. I co więcej, biało-czerwona futbolowa historia zdaje się jak najbardziej potwierdzać możliwość zaistnienia takowego scenariusza.

Otóż faktem niezaprzeczalnym jest to, iż w ostatnim trzydziestopięcioleciu, gdy inaugurowaliśmy eliminacyjne zmagania do ważnej piłkarskiej imprezy, grając we wrześniu na wyjeździe, wygrywaliśmy aż sześciokrotnie, przegrywając zaledwie raz. Krótko mówiąc – wrześniowe, wyjazdowe inauguracje są naszą mocną stroną.

Pochylmy się więc przez moment nad tamtymi, udanymi mgnieniami z naszej futbolowej przeszłości.

6 września 1978 roku. Biało-czerwoni, po ‘nieudanym’ dla nich argentyńskim Mundialu rozpoczynają batalię o awans na Euro ’80 od premierowego w swej historii wyjazdu na Islandię, z którą nigdy wcześniej (podobnie jak teraz z Czarnogórą) nie mieli do czynienia. W Reykjaviku, w obecności 7000 widzów, drużynę po raz ostatni prowadzi Jacek Gmoch. Polacy wygrywają 2:0 po bramkach Marka Kusto w 24 min. oraz dzisiejszego prezesa PZPN, Grzegorza Lato w 85 min.

4 lata później, 8 września 1982 roku, podopieczni Antoniego Piechniczka, opromienieni blaskiem brązowych medali, wywalczonych niecałe 2 miesiące wcześniej na hiszpańskich mistrzostwach, jadą do Kuopio. Finowie w pewnym momencie przegrywają już nawet z trzecią drużyną świata 0:3 (gole Smolarka 16’ k., Dziekanowskiego 28’ i Kupcewicza 72’), ale udaje im się w samej końcówce spotkania zminimalizować rozmiary porażki do stanu 2:3.

Wybiegając niedzielnym wieczorem, 6 września 1998 roku, na murawę stadionu w Burgas, by rozpocząć zmagania o udział w Euro 2000, biało-czerwoni z pewnością nie mieli prawa czuć się faworytem potyczki. Tę ostatnią rolę w sposób niekwestionowany dzierżyli Bułgarzy, w których zespole, po odejściu niemal wszystkich ikon ichniejszego złotego pokolenia (wszystkich, za wyjątkiem tej najważniejszej, czyli Christo Stoiczkowa) dokonywała się co prawda istna rewolucja, ale wciąż wydawali się oni być niezmiernie mocni na tle dotkniętych ewidentnym, przewlekłym futbolowym kryzysem Polaków, którzy nie dostali się na żadną z sześciu ostatnich imprez. A jednak chłopcy Janusza Wójcika sprawili nam wszystkim ogromnie sympatyczną niespodziankę, pokonując uczestników świeżo zakończonego, francuskiego mundialu aż 3:0! Swój niezapomniany występ zaliczył Sylwester Czereszewski, który dwukrotnie, jeszcze przed przerwą (19 min i 45 min.) pokonał Zdrawkowa. Tuż po wznowieniu gry, Tomasz Iwan w 47 min. przypieczętował efektowną wyjazdową wiktorię. Pewnych analogii w stosunku do czekającej nas dziś batalii, można doszukiwać się również w fakcie zawirowań w temacie transmisji meczu. Polscy kibice nie mieli przed czternastu laty, możliwości oglądania w telewizji publicznej występu Polaków w Burgas. Pamiętam, że relacji z meczu słuchaliśmy w radio, a dopiero po dwóch dniach, udało nam się obejrzeć obszerny skrót z tego pojedynku na kanale… Eurosport. Czy dziś będziemy mieli okazję obejrzeć występ naszej reprezentacji w Podgoricy? Tego, tak na dobrą sprawę, wciąż jeszcze chyba nie wie nikt. Nawet Piechniczek;)

Jeśli drużynie Wójcika nie dawano, przed meczem, większych szans w konfrontacji z Bułgarami, to cóż dopiero powiedzieć o aurze, która towarzyszyła podopiecznym Jerzego Engela, wybiegającym 2 września 2000 roku, na kijowski stadion, by zainaugurować zmagania o azjatycki mundial? Ponoć wówczas „z Engela śmiała się cała Polska”, a reprezentacja prowadzona przez niego, zdążyła już wcześniej, przez niespełna 9 miesięcy swego istnienia, wyleczyć nawet największych optymistów z jakichkolwiek złudzeń. Przypomnijmy, że zespół ten nie tylko nie odniósł wcześniej żadnego zwycięstwa, ale w sześciu swych dotychczasowych, towarzyskich  spotkaniach zdołał uzyskać zaledwie dwa trafienia. A jednak na Ukrainie nastąpiła istna eksplozja potencjału tej drużyny. Dwa trafienia Olisadebe (3 min. i 31 min.) oraz Kałużnego (55 min.) zdołał przetkać jedynie Szewczenko, swą zaledwie honorową bramką w 12 min. A przecież Andrzej Juskowiak nie wykorzystał w 58 min. rzutu karnego, co mogło już definitywnie rozbić i pogrążyć, rozłożonych na łopatki podopiecznych Walerego Łobanowskiego.

Dokładnie przed dziesięciu laty, 7 września 2002 roku, podobnie jak dziś Waldemar Fornalik, swój drugi w ogóle, a pierwszy o punkty, mecz na selekcjonerskiej posadzie zaliczał Zbigniew Boniek. O stylu zwycięstwa jego drużyny w Serravalle, lepiej nie mówić zbyt wiele (bo i kompletnie nie ma o czym), ale warto nadmienić, że po prostu było. Po bramkach Kaczorowskiego i Kukiełki w ostatnim kwadransie spotkania, znów biało-czerwoni zaliczyli kolejne, wrześniowe wyjazdowe zwycięstwo na inaugurację. 2:0.

Wreszcie Windsor Park w Belfaście, 4 września 2004 roku, w obecności 15000 widzów i srogie lanie sprawione przez Polaków gospodarzom. Już w 4 min. Żurawski bezpośrednio z rzutu rożnego, a potem jeszcze Włodarczyk w 38 min. oraz Krzynówek w 56 min. Warto przypomnieć, że na dwa tygodnie przed tym spotkaniem, zostaliśmy rozbici w Poznaniu przez Duńczyków 1:5. Nie jechaliśmy do Belfastu jak po swoje. A jednak Paweł Janas i jego podopieczni, wrócili do kraju z kompletem punktów, niemal nokautując rywala.

Nie zaszkodzi też nadmienić, że 7 września jest dla naszego piłkarstwa datą po prostu szczęśliwą. Wygraliśmy tego dnia wszystkie trzy mecze o punkty, jakie kiedykolwiek rozgrywaliśmy (z Holandią 2:1 w 1969, wspomniane już San Marino 2:0 oraz w 2005 r. dające przepustkę do niemieckiego mundialu zwycięstwo nad Walią 1:0). Szczęśliwy wydaje się też być podgoricki teren. Został on już w pewnym sensie oswojony przez warszawską Polonię oraz wrocławskiego Śląska, które wygrały tam swoje pucharowe mecze po 2:0 (w przypadku Śląska, nie będąc wcale zespołem lepszym).

Piszę o tym wszystkim, bo czasem tak łatwo nam zapomnieć, że piłka nożna jest grą nieprzewidywalną, nieujarzmioną i nieokiełznaną przez jakiekolwiek okowy logiki czy matematyki. Owszem, nie jedziemy do Podgoricy jako faworyci. Nie mamy dziś drużyny, której gra przynosi nam satysfakcję. Być może w ogóle nawet nie mamy na chwilę obecną czegoś, co można by nazwać ‘drużyną’. Ale może ta drużyna narodzi się właśnie dzisiejszego wieczora w Podgoricy, jak narodziła się niegdyś, też przecież ‘z niczego’, w Burgas czy w Kijowie, w meczach ze znacznie silniejszymi rywalami. Może będziemy jednak, już za kilkanaście godzin, bogatsi o te 3 punkty na drodze do Brazylii. Może ta czarnogórska inauguracja zapachnie dla nas czymś nowym, ciekawym, obiecującym i dającym nadzieję. Wbrew jakiejkolwiek elementarnej logice. Przecież to jest futbol właśnie.

Drugi wybór

Wobec posuchy na reprezentacyjnej obronie ponownie wypłynął temat powołania do naszej narodowej reprezentacji obrońcy Timothee Kolodziejczaka, którego, jak wiemy, dziadek pochodzi z Polski.

Kruczowłosy defensor to były zawodnik francuskiej młodzieżówki wraz z którą wystąpił na EURO U-19 2010 i MŚ U-20 2011. Jeszcze niedawno postrzegany był on jako wielki talent i człowiek, który na wiele lat zajmie miejsce na lewej obronie Tricolores. W 2008 roku zasilił on pierwszą drużynę Lyonu, ale od tego czasu nie potrafił wywalczyć sobie miejsca w składzie. Dziś Kolodziejczak, a w zasadzie Kolo, bo tak na niego wołają Francuzi, gra na wypożyczeniu dla przeciętnej Nicei, ma 21 lat i końcem nosa wyczuwa, że nie zburzy już futbolowej Bastylii. Dlatego chce zagrać dla Polski. Bo nagle dojrzał, zrozumiał, odnalazł biało-czerwoną krew i poczuł się potomkiem Mieszka I lub jego wojów.

Nie chodzi o to, że mu nie wierzę (choć mu nie wierzę) albo, że uważam go za cynika (choć faktycznie go uważam – jeszcze 1,5 roku temu priorytetowym uczuciem darzył kraj znad Sekwany). Nie wiem na ile on faktycznie identyfikuje się z naszą ojczyzną, a na ile nie. Chodzi o to, by osobom, które być może są niezdecydowane w kwestiach narodowościowych ułatwić decyzję prostym stwierdzeniem: „możesz grać tylko dla jednej reprezentacji„. Obojętnie czy juniorskiej, młodzieżowej czy seniorskiej. Jednej, jedynej.

Wobec coraz bardziej złożonych kwestii tożsamości narodowej to chyba ostatnie klarowne rozgraniczenie, które pozwoli uratować – na poziomie przepisów – powagę meczów międzynarodowych. Federacje nie mają wpływu na to, komu przyznawane są paszporty państw, ani na to, czy taki selekcjoner Kataru będzie później powoływał do swojej reprezentacji Brazylijczyka, Urugwajczyka, Nigeryjczyka i pięciu innych ze świeżo wydrukowanymi dokumentami. Tak jak pisałem już kiedyś – to raczej kwestia dobrego smaku i gustu trenera (Franz takowego nie miał). Jedyną rzeczą, którą można zrobić to regulacja o możliwości reprezentowania w karierze tylko jednej narodowej drużyny (pomijam oczywiście kwestie rozpadających się państw i innych czynników geopolitycznych). W przeciwnej sytuacji obecna sytuacja czynienia ze słabszych reprezentacji (Polski, Czech, Białorusi, krajów bałkańskich, państw afrykańskich itd.) drugiego wyboru, czy też opcji zapasowej na wypadek, gdyby nie powiodło się w silniejszej kadrze, będzie się zaostrzała. W efekcie możemy wkrótce spodziewać się, że zawodnicy, którzy zagrali w półfinałowym meczu MŚ U-19 Niemcy – Francja, za kilka lat spotkają się ponownie w ramach seniorskich reprezentacji. Tyle, że w starciu Bośni z Algierią.

O ile w kontekście Obraniaka, Polanskiego, Boenischa i Perquisa jest już woda po ogórach, o tyle w przypadku Kolodziejczaka, wciąż mamy jeszcze okazję dać dowód futbolowej dojrzałości. I nie powoływać go do reprezentacji.

P.

Kto lepszym reprezentantem? Mike Havenaar a sprawa reprezentacji