Model kariery wiślackiego snajpera

Paweł Brożek na dniach ma podpisać kontrakt z drugoligowym hiszpańskim Recreativo Huelva. Nie macie przypadkiem deja vu?

 

Tomasz Frankowski grał w Wiśle długo, bo aż przez siedem sezonów. Zdobył pięć tytułów mistrzowskich i trzy korony króla strzelców. Większość fanów uważa, że niepotrzebnie zasiedział się pod Wawelem. Gdy zdecydował się już na przeprowadzkę, to nie jest to wielka firma, tylko przeciętniutkie, grające w Segunda Division Elche CF. Stamtąd Franek trafił na Wyspy Brytyjskie, dokładniej do występującego w Championship Wolverhampton. Pobyt tam okazał się jednak porażką. Nasz snajper zdecydował się więc na przenosiny do drugiej ligi hiszpańskiej i przywdział koszulkę CD Tenerife. Tam jednak nic nie ugrał i tranzytem przez USA wrócił do Polski. Tu jest asem i prawdziwą legendą.

Paweł Brożek w Wiśle łącznie spędził 8,5 roku. Za długo? Chyba tak. Mistrzem kraju był siedmiokrotnie, a królem strzelców dwukrotnie. W międzyczasie wielokrotnie zgłaszali się do niego możni potencjalni pracodawcy. Z drużyny Białej Gwiazdy przeniósł się w końcu do tureckiego Trabzonsporu. Miał być Stuttgart, Hannover albo kluby z ligi francuskiej. Rok w Turcji okazał się rokiem straconym. Znad Bosforu wyleciał więc na Wyspy Brytyjskie. Pobyt w szkockim Celticu to była jednak kompletna pomyłka. Za chwilę będziemy mogli go oglądać na zapleczu ligi hiszpańskiej w Huelvie. Czy stamtąd nastąpi rychły powrót nad Wisłę (do Wisły?), seryjnie strzelane bramki Piastowi i Podbeskidziu oraz wielkie wejście do „Klubu 100 goli”?

Great minds think alike.

P.

Polityka pamięci PZPN

Nigdy nie przepadałem ze stroną internetową Polskiego Związku Piłki Nożnej. Zawsze miałem ją za estetycznie i funkcjonalnie drewnianą (podobnie jak zresztą sam związek), zarówno przed jej remontem, jak i już po nim. Mimo to z niej korzystałem. Można tam bowiem było znaleźć archiwum meczów reprezentacji Polski od samego początku jej funkcjonowania, w zdecydowanej większości wraz ze składami meczowymi. Dodatkowym ułatwieniem była wyszukiwarka reprezentantów Polski, która wskazywała w jakich meczach kadry zawodnik występował. Rzecz niezwykle przydatna.

Z czasem zaczęła szwankować wyszukiwarka. Nie znajdywała piłkarzy, nie rozpoznawała nazwisk, gubiła starsze mecze. No cóż, psuje się, co zrobić. Jakież jednak było moje zdziwienie, gdy kilka dni temu wszedłem na stronę związku w poszukiwaniu jednego z historycznych meczów kadry. Szukam i szukam, ale nigdzie nie można znaleźć spisu spotkań. O jest – „archiwum” – tu się ukryły! Klikam. Otwiera mi się to coś. Coś czyli zbiór kwalifikacyjnych i turniejowych meczów Polaków od 2002 roku do… 2010 roku. Dlaczego do 2010 roku? Czy wyniki z EURO 2012 nie dotarły jeszcze do siedziby PZPN? Czy potrzebna jest specjalna komórka do liczenia goli i meczów, tak jak w Pekinie PKOl miał specjalną osobę do liczenia medali? I dlaczego właściwie od 2002 roku!? Pytania naprawdę ciekawe, ale skupmy się na meritum, czyli na zawartości wybranego fragmentu tegoż fikuśnego „archiwum”. Pozwolę sobie zaprezentować kawałek:

Eliminacje MŚ 2010

Terminarz i wyniki

Data Mecz
6 września 2008 Wrocław, Polska – Słowenia 1:1
Słowacja – Irlandia Północna 2:1
10 września 2008 San Marino – Polska 0:2
Słowenia – Słowacja 2:1
Irlandia Północna – Czechy 0:0
11 października 2008 Chorzów, Polska – Czechy 2:1
Słowenia – Irlandia Północna 2:0
San Marino – Słowacja 1:3
15 października 2008 Bratysława, Słowacja – Polska 2:1
Czechy – Słowenia 1:0
Irlandia Północna – San Marino 4:0
19 listopada 2008 San Marino – Czechy 0:3
11 lutego 2009 San Marino – Irlandia Północna 0:3
28 marca 2009 Irlandia Północna – Polska 3:2
Słowenia – Czechy 0:0

I tak dalej, i tak dalej. Prawda, że bogactwo danych zachwyca? Strzelcy bramek, składy, żółte kartki, sędzia, liczba widzów, selekcjoner, ba, nawet wideo-skróty większości spotkań. No, na taką stronę to ja czekałem. Warto się było przemęczyć, żeby teraz czerpać garściami z krynicy mądrości.

Nie mówię, żeby strona PZPN opisywała każdy mecz i odsyłała do relacji wideo, tak jak choćby strona angielska (przykład) czy przedstawiała składy nawet meczów z przedwojnia jak strona niemiecka (przykład, choć polecam też wyszukiwarkę). Mogłaby, ale tego nie oczekuję, tak jak nie oczekuje się od robotnika budowlanego, aby znał Leśmiana. Chciałbym tylko, żeby nie była miejscem, gdzie wyłącznie błyszczą się obrazki, a osoby, które nie są akurat zainteresowane tekstami o działaniach CSR w wykonaniu PZPN, nie mają w ogóle po co tam wchodzić.

Związek jest depozytariuszem historii naszej reprezentacji. To on pozostaje odpowiedzialny za ciągłość pamięci o takich zawodnikach jak Reyman, Wilimowski, Cieślik, Brychczy, Deyna czy Smolarek. Takim głupim ruchem jak „archiwum” lat 2002-2010 (!!!) wymazuje ich ze świadomości młodszych kibiców, a w przypadku starszych – przyczynia się do tego, że mają oni mniej wyraźne kształty.

P.

Jedyna taka stolica

Weekend spędzony w Berlinie przypomniał mi z jak niezwykłą futbolową sytuacją mamy tam do czynienia. W jednym z największych (ponad 3,5 mln mieszkańców; szóstym na liście za Moskwą, Stambułem, Londynem, Sankt Petersburgiem i Madrytem) i zarazem najważniejszych miast Europy, w wielkiej stolicy kraju, który jest światowym gigantem piłkarskim nie ma klubu w najwyższej klasie rozgrywkowej! To niesamowite, ale tak właśnie jest. Berlin nigdy nie rozdawał kart w niemieckim futbolu, ale biorąc pod uwagę możliwości jakie ma ta potężna metropolia, to aż nie chce się to pomieścić w głowie.

Największy berliński klub to oczywiście Hertha Berlin.

Czasy jej świetności to jednak futbolowa prehistoria, bo epoka przedwojenna. Wtedy to w 1930 i 1931 roku berlińczycy wywalczyli mistrzostwo Niemiec, a w latach 1926-1929 zostawali wicemistrzami. Od czasu założenia Bundesligi, czyli od 1963 roku idzie im jednak już po grudzie. Jedyne sukcesy to wicemistrzostwo 1975 i trzecie miejsce na koniec sezonu 1998/1999, dzięki któremu mogliśmy berlińczyków podziwiać nawet w Champions League (wyniki do wglądu tutaj). Do tego należy doliczyć dwa finały Pucharu Niemiec (1977 i 1979). I to tyle. Słabo prawda? Mimo to od 1997 roku Hertha była stałym elementem 1. Bundesligi. Występowała w niej raz lepiej, raz gorzej, ale występowała. W sezonie 2009/2010 zespół zajął jednak 18. pozycję w tabeli i spadł na zaplecze niemieckiej piłki. Po roku jednak wrócił, by… znowu spaść (16. miejsce w sezonie 2011/2012). W efekcie obecne rozgrywki rozpoczyna tam, gdzie nie ma Bayernu ani Borussii.

Jeszcze gorzej sprawy miały się jeżeli chodzi o drugi stołeczny klub – 1. FC Union Berlin.

Głównym problemem tej ekipy było przede wszystkim to, że przy podziale Berlina trafiła ona na jego wschodnią, mniej wesołą stronę. W efekcie zespół musiał się kotłować w podzielonej na geograficzne dywizje (w różnych okresach – dwie, trzy lub cztery) DDR-Liga (swoją drogą to twór o fascynującej organizacji, o której więcej tutaj). W swoim fyrtlu wygrywał często (został nawet ostatnim mistrzem przez upadkiem muru), ale ile to wszystko było warte, to już inna kwestia. Po zjednoczeniu Niemiec 1.FCU, związany z tą biedniejszą częścią Berlina, często borykał się z problemami finansowymi, a co za tym idzie – również czysto sportowymi. W efekcie nigdy nawet nie zagrał w 1. Bundeslidze. Największym sukcesem klubu jest finał Pucharu Niemiec 2001 (przegrany 0:2 finał z Schalke, dwa gole Bohme) i będące jego pokłosiem występy w Pucharze UEFA w sezonie 2001/2002 (Union odpadł w 2. rundzie, eliminując przedtem fińskie Haka i odpadając z Litexem Łowecz) oraz gra w 2. Bundeslidze w latach 2001-2005 i 2009-do dziś (zainteresowanych większą ilością szczegółów odsyłam na rozbudowaną stronę o klubie tutaj).

Inne większe berlińskie kluby to największy rywal Unionu – zarządzane przed laty przez Stasi Dynamo Berlin (wielokrotny mistrz DDR-Liga, 1/2 finału PZP 1977 oraz 1/4 finału PM 1980 i 1984; po upadku muru nigdy nie dobił się nawet do 2. Bundesligi, obecnie w V lidze) oraz Tennis Borussia Berlin (Bundesliga w latach 1974-75 i 1976-77, obecnie w VI lidze; znany głównie z drużyny pingpongowej).

Taki rozkład mocy futbolowych sprawia, że Berlin jest jedyną stolicą Europy, która nie posiada swojej drużyny w najwyższej klasie rozgrywkowej (malutka gwiazdka – w walijskim Cardiff również nie ma drużyny w najwyższej lidze, ale przecież walijskie Cardiff City występuje w angielskiej Championship). Fascynujące.

Union w poprzednim sezonie zajął dobre 7. miejsce w 2. Bundeslidze, a Herta właśnie do niej spadła. Tym samym już 3 września (czyli za tydzień!) dojdzie do wielkich, choć drugoligowych derby, Berlina.

P.

Nowy sezon, nowe adresy i starzy znajomi

W większości lig europejskich rozpoczął się już nowy sezon. Gdy prześledzi się kadry niektórych drużyn spoza światowego topu dostrzec w nich można starych znajomków z naszej ligi, o których już trochę zdążyliśmy zapomnieć.

Wielokrotnie podziwiany na tym blogu, choćby tutaj, Kalu Uche, po fiasku operacji pt. Wielkie Neuchatel Xamax oraz po krótkim pobycie w Espanyolu Barcelona, postanowił spróbować prawdziwego kebabu i zasilił szeregi tureckiej drużyny Kasimpasa SK. Zespół ten jest beniaminkiem SuperLig. Przychodzi mi do głowy tylko jedna odpowiedź na pytanie „Kalu, why?”.

Z Turcji natomiast wyemigrował, a raczej go wykopano, najgorszy obrońca Legii Warszawa w ostatniej dekadzie. Słoweniec Dejan Kehlar po rozegraniu dwóch koszmarnych spotkań (3-3 z Cracovią i 2-3 z Ruchem, gdzie „kryty” przez niego Piech strzelił hat-trick) wiosną 2011 pożegnał się z Łazienkowską. Potem dokonał rzeczy niezwykłej. W trakcie sezonu 2011/2012 pojawił się on w trzech klubach: tureckim Ankaragucu, izraelskim Hapoelu Hajfa i w znów tureckim Samsunsporze. Wszędzie dziękowano mu za współpracę, więc Kehlar przeniósł się teraz do azerskiej Gabali FK.

Z Azerbejdżanem wiąże się obecnie również wyjątkowa kariera Brazylijczyka Talesa Schutza. Wiosną 2005 roku występował on w grającej wówczas na zapleczu ekstraklasy Jagiellonii Białystok. Z pewnością pamięta go Artur z Underdoga. Tales czarował świetną techniką oraz… niechęcią do podawania piłki kolegom. Piłkarza po sezonie odprawiono, a on błąkał się po ojczyźnie, by wreszcie trafić do Hongkongu. Tam zrobił sporą karierę, trzykrotnie zdobywając mistrzostwo kraju i raz zostając królem strzelców. Jego smykałkę do goli dostrzeżono właśnie w Azerbejdżanie i w sezonie 2011/2012 punktował on już dla AZAL Baku. Strzelił 10 goli i przeniósł się do trzeciego w tabeli znanego Intera Baku (w jego miejsce do AZAL ściągnięto Nildo z Łęcznej). W tej czołowej azerskiej ekipie ma on jak na razie pewne miejsce w składzie, a w niedawnym dwumeczu LE z greckim Asteras Tripolis strzelił dwa gole (Inter poleciał dopiero po karnych; gole tutaj i tutaj).

Ofensywną gwiazdą swojej drużyny jest także były zawodnik Zagłębia Lubin. Portugalczyk David Caiado z Lubina trafił na Cypr, a potem, wiosną 2012, do bułgarskiego Beroe Stara Zagora. W poprzednim sezonie drużyna była dziesiąta w tabeli, a niedoszły Cristiano Ronaldo naszej ekstraklasy strzelił 6 goli w 13 występach. Czy w tym sezonie podniesie poprzeczkę?

Duży ruch w Kazachstanie. Gwiazdą Szachtaru Karaganda, znaną ze świetnie bitych rzutów wolnych, jest Kolumbijczyk Roger Canas. Ten sam, którego spławiono bez żalu z Jagiellonii Białystok. Natomiast zespół FK Astana prowadzony przez słynnego Olega Protasova ściągnął niedawno mistrza i króla strzelców ligi macedońskiej Filipa Ivanovskiego (24 bramki dla Vardaru Skopje; dla Dyskobolii i Polonii Warszawa ubił on w sumie 21 goli w 77 grach) oraz mistrza Czarnogóry Damira Kojasevica z Budunocnost Podgorica (lata 2008-2009 w Jagiellonii i Łęcznej; świetny drybler, wielki boiskowy samolub).

W Rumunii po dwóch latach dobrej gry w FCM Targu Mures i w Gas Metan Medias na przenosiny do czołowego Dinama Bukareszt zapracował eks-wiślak Senegalczyk Issa Ba.

Kolejny sezon w Sparcie Praga rozpoczyna Vlastimil Vidliczka. Ściągnięty do Wisły Kraków w 2005 roku zawodnik był w poprzednich rozgrywkach pewnym punktem praskiej obrony, nie tylko w lidze, ale także w europejskich pucharach. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zbyt łatwą ręką pozbyto się go z Białej Gwiazdy.

Wielki transfer trafił się byłemu królowi strzelców polskiej ligi. Takesure Chinyama, o czym niedawno pisałem tutaj, po pożegnaniu z Legią zasilił klub ze swojej ojczyzny – Dynamos Harare. Prezentował się w nim jednak na tyle dobrze, że od miesiąca przywdziewa już koszulkę jednego z najsłynniejszych afrykańskich klubów – Orlando Pirates z RPA. Partnerem Cziniego w ataku będzie popularny Benny McCarthy. Poza tym eks-legionista już w grudniu będzie mógł zasmakować jednego z najbardziej elektryzujących meczów derbowych świata, starcia Orlando Pirates z Kaizer Chiefs.

Dobra gra wypromowała także byłego lechitę – Ebrahima „Ibou” Savaneeha (więcej o nim tutaj). W poprzednim sezonie strzelił on dla belgijskiego RAEC Mons osiem goli, czym walnie przyczynił się do utrzymania zespołu w Jupiler League. Od początku tych rozgrywek występuje natomiast już dla Oud-Haverlee Leuven. Jak na razie ukąsił w każdym z czterech meczów!

Niedoceniony w Polsce Portugalczyk Rui Miguel (lata 2007-2008 w Zagłębiu Lubin) przez długi czas błyszczał w ojczyźnie (Pacos de Ferreira i Vitoria Guimaraes), by rok temu ponownie spróbować szczęścia za granicą. Nie powiodło mu się jednak ani w Rosji (FK Krasnodar), ani w Rumunii (Astra Ploiesti). Może lepiej mu pójdzie w bijącym się właśnie o Champions League mistrzu Cypru AEL Limassol. Były gracz Zagłębia w niedawnym meczu z Anderlechtem (2:1) zdobył zwycięską bramkę (do wglądu tutaj).

Na zakończenie – wisienka na torcie. Pracodawcę zmienił także jeden z najbardziej beznadziejnych zawodników Lecha Poznań w całej jego historii – Gordan Golik. Chorwat po roku grzania ławy w NK Varazdin, absolutnym outsiderze ligi chorwackiej sezonu 2011/2012 (8 punktów w 30 meczach), trafił do beniaminka słoweńskiej drugiej ligi – NK Zavrc. Może skrobnę tam maila z ostrzeżeniem?:)

P.

Przeczytaj także:

Byle się wyrwać z polskiej ekstraklasy

Niewiele nacji już zostało

Choć okienko transferowe przez rozpoczętym już sezonem jest wyjątkowo nieruchawe, to jednak doszło w nim do kilku ciekawych transferów. Ciekawych – to właściwe słowo, bo chodzi raczej o aspekt geograficzny niż sportowy.

Wisłę Kraków zasilił Jan Frederiksen. 30-letni obrońca to pierwszy w historii Duńczyk w naszej ekstraklasie. Tym samym liczba europejskich (skupionych w UEFA), które jeszcze nie podrzuciły swoich graczy na najwyższy szczebel polskich rozgrywek stopniała do piętnastu. Jeżeli się mylę proszę mnie poprawić – są to: Andora, Belgia, Cypr, Grecja, Irlandia, Irlandia Północna, Islandia, Liechtenstein, Luksemburg, Malta, San Marino, Szkocja, Szwajcaria, Walia i Wyspy Owcze. Reprezentantów kilku z tych nacji mieliśmy nad Wisłą na testach, ale i tak dziwić może, że nie dotarł do nas jeszcze żaden Belg, Grek czy Cypryjczyk. W końcu wszędzie kryzys a u nas zielona wyspa.

GKS Bełchatów ściągnął natomiast Raula Gonzaleza. On jest natomiast pierwszym w historii przedstawicielem Wenezueli w naszych rozgrywkach. W efekcie z państw Ameryki Południowej (należących do CONMEBOL) nie gościliśmy tutaj już tylko piłkarzy z Boliwii i Ekwadoru. Cała reszta krajów miała już swoich emisariuszy, choć słówko wyjaśnienia należy się przy Paragwaju. Otóż Fernando Morales bawił w Zagłębiu Lubin w 2006 roku, ale nie zagrał w żadnym meczu ekstraklasy. Może ten paragwajski bilans zmieni sprowadzony właśnie przez Legię Jorge Salinas.

Urodzony na Gwadelupie Thomas Phibel został zaś zawodnikiem Widzewa Łódź. W kontekście krajów z Ameryki Północnej i Środkowej (CONCACAF), to oczywiście daleko nam jeszcze do goszczenia grajka z każdej karaibskiej wysepki należącej do federacji, ale warto zauważyć, że i tak wiele z nich wydelegowało już do nas swoich reprezentantów. Z 12 drużyn grających na Gold Cup 2011 aż siedem (USA, Kanada, Gwadelupa, Honduras, Kostaryka, Panama, Gwatemala) miało swoich futbolistów nad Wisłą. Ciekawym przypadkiem jest Meksyk. W 2005 roku w Pogoni Szczecin grał Kameruńczyk Francois Endene Elokan posiadający także obywatelstwo meksykańskie. Wiosną 2011 we Flocie Świnoujście bawił natomiast Pedro Arce. To w sumie jakby pół Meksykanina:)

Pomimo dużej ilości zawodników z Afryki trafiających do ekstraklasy wciąż nie dobiliśmy nawet do połowy członków CAF. Według moich ostrożnych rachunków w najmocniejszej polskiej lidze grali przedstawiciele około 17-19 krajów z Czarnego Lądu. W CAF skupione są 54 państwa. Może w dokładniejszych rachunkach pomoże Michał Zichlarz i koledzy z Afryka Gola?:) Jeszcze gorzej wypadamy w Azji. Tutaj łatwiej wskazać te państwa spośród 46 członków, których przedstawicieli gościliśmy: Australia, Chiny, Japonia, Kirgizja i Palestyna (choć w niższych ligach mieliśmy nawet Tadżyków). Najsłabiej oczywiście idą futbolowe interesy w Oceanii (tylko przybysze z Nowej Zelandii).

Nie zmienia to jednak faktu, że polska ekstraklasa jest pełną gębą obywatelem świata. Oczywiście jeżeli chodzi o kontekst geograficzny, nie sportowy.

P.

Tylko jeden taki wieczór miałem w życiu

Tak się jakoś złożyło, że inaugurująca życie tego bloga, pewna sierpniowa notka sprzed ponad czterech lat, krążyła wokół pięknych polskich, piłkarskich akcentów, jakimi naznaczona została niegdyś jedna z najznamienitszych aren sportowych na świecie – barceloński stadion Camp Nou. Dziś, w pewnym sensie, historia zatoczyła koło, albowiem znów wracamy do wspaniałych biało-czerwonych chwil na murawie tego niezwykłego, katalońskiego futbolowego teatru. Sobotni wieczór 8 sierpnia 1992 roku, do dziś pozostaje w wielu kibicowskich sercach przeżyciem zupełnie wyjątkowym, niesamowitym i niepowtarzalnym. Dla całego pokolenia polskich kibiców, którzy nie załapali się już na olimpijskie finały lat 70., z Monachium lub Montrealu, to właśnie wydarzenia sierpniowego wieczoru sprzed dokładnie 20 lat, pozostają najpiękniejszym wspomnieniem, punktem odniesienia dla wszelkich nieśmiałych marzeń o przeżyciu raz jeszcze czegoś podobnego. Futbolowo trawestując słowa naszego genialnego wieszcza z Nowogródka, śmiało rzec mogę, iż ‘ja tylko jeden taki wieczór miałem w życiu’.

1992

Na igrzyska olimpijskie w Barcelonie nikt polskich piłkarzy nie zapraszał. Swój udział sami musieli sobie wyszarpać w nader ciężkim młynie eliminacyjnych zmagań. Ciekawe były zresztą już same początki tego zespołu. Dotąd bowiem, w latach 80., utartym zwyczajem było konstruowanie przez PZPN naszych (niedoszłych niestety) olimpijskich reprezentacji niejako z łapanki, w ostatniej chwili. Grał po prostu ten, kto był pod ręką i tak na dobrą sprawę o jakimkolwiek duchu zespołu raczej nie mogło być mowy. Podczas Euro 1988, rozgrywanym w zachodnich Niemczech, przebywający na tym turnieju jako obserwator – Janusz Wójcik, dowiedział się, że w RFN już powoli szykuje się i selekcjonuje grupę zawodników, mających stworzyć drużynę, która za 4 lata zagra na hiszpańskiej olimpiadzie. Popularny Wójt, tak zapalił się ową ciekawą, dalekowzroczną ideą, że nie tylko przekonał do niej (co z pewnością łatwe nie było) część PZPN-owskiej wierchuszki, ale doprowadził również do tego, że w lutym 1989 roku, to właśnie jemu powierzono misję trenera polskiej drużyny przygotowującej się do igrzysk w Barcelonie. Powstał pomysł ciekawy i nowatorski jak na nasze ówczesne realia – powołano Fundację Olimpijską, która umożliwiała firmom prywatnym oraz osobom fizycznym przeznaczanie darowizn na potrzeby olimpijskiej reprezentacji piłkarskiej (stypendia dla zawodników, wyjazdy, zgrupowania, organizowanie zaplecza szkoleniowego itp.). To w znacznym stopniu uniezależniło całe przedsięwzięcie od polityki PZPN oraz zapewniało znaczny komfort w realizowaniu obranego celu sportowego. Podstawą było ustalenie od razu sztywnych reguł. Comiesięczne stypendium płacone tylko dwudziestu graczom, których co jakiś czas powoływałem do kadry. Co miesiąc miała następować weryfikacja. Pierwsza jedenastka – ci, którzy występowali we wszystkich meczach minionego miesiąca, dostawali najwyższe, stuprocentowe stypendium. Następnych pięciu – rezerwowi z ławki – po 60 procent stawki. Ostatnia czwórka, dobijająca się o miejsce w szesnastce, dostawała tylko po 30 procent pełnego stypendium. W ten sposób zostały stworzone podstawy rywalizacji o miejsce w pierwszej jedenastce. Z tego brało się niezwykłe zaangażowanie na treningach i zaciętość w nawet najmniej ważnych meczach towarzyskich. Chłopcy wiedzieli, za ile grają i o co walczą. Tak zaczęła się długotrwała, mozolna praca  – opisywał po latach, w swej książce, Janusz Wójcik.

Zaczął również powoli kształtować się prawdziwy rdzeń drużyny, z Aleksandrem Kłakiem, Tomaszem Łapińskim oraz kapitanem zespołu Jerzym Brzęczkiem na czele. Pewne, niepodważalne miejsce w zespole mieli też Marek Koźmiński, Tomasz Wałdoch, Piotr Świerczewski czy Dariusz Adamczuk. To właśnie ten ostatni piłkarz szczecińskiej Pogoni uzyskał w końcówce londyńskiego meczu przeciwko Anglii (16.X.1990) pierwsze, jakże ważne eliminacyjne trafienie na drodze do Barcelony. Polacy w imponującym stylu wygrali swoją grupę, pokonując wszystkich rywali i zdobywając komplet punktów. Na wiosnę 1991 roku Wójcik wprowadził do zespołu Wojciecha Kowalczyka, który odwdzięczył mu się znakomitym występem przeciwko Irlandczykom w Dundalk. To właśnie linia ataku uległa podczas eliminacyjnych bojów największym przetasowaniom. Atak Mielcarski-Grad (każdy z nich strzelił po golu w el. do IO) powoli zaczął ustępować miejsca duetowi, który w przyszłości miał okazać się rewelacją olimpijskiego turnieju: Kowalczyk-Juskowiak. Zresztą nazwiska takich graczy jak: Majdan, Sadzawicki, J.Bąk, Wleciałowski, Stachurski, Tułacz, Jaworek, G.Lewandowski, Bukalski, Berendt czy Dymkowski, zapewne tylko przez nielicznych są dziś kojarzone z teamem Janusza Wójcika, a przecież wszyscy wymienieni zawodnicy brali udział w ważnych dla tej ekipy meczach i byli, w różnych okresach czasu, poważnie brani pod uwagę jako reprezentanci Polski podczas Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie. Z kadry wypadł zresztą nawet bardzo zdolny i znakomicie zapowiadający się Adam Grad, który do pewnego momentu zdawał się mieć niepodważalną pozycję w zespole. Wójcik do dziś utrzymuje, że ówczesny piłkarz ŁKS, swą olimpijską absencję zawdzięcza wyłącznie samemu sobie oraz własnej nieodpowiedzialnej postawie pozaboiskowej.

Gdzieś tam po drodze przydarzył się jeszcze bardzo solidny wybój w postaci duńskiej łaźni z Aalborga (0:5), która znacznie nadwątliła naszą ogromną dotąd wiarę w możliwości oraz olimpijskie szanse na sukces zespołu Janusza Wójcika. Uratowany przez Andrzeja Juskowiaka na kwadrans przed końcem rewanżowego meczu z Danią – remis w Zabrzu, dzięki naszemu znakomitemu bilansowi eliminacyjnemu oraz szczęśliwemu zbiegowi okoliczności (wyeliminowanie Niemców przez Szkocję, która jednak nie mogła samodzielnie wziąć udziału w Igrzyskach; cóż za paradoks swoją drogą – niemiecka metoda przygotowań przyniosła sukces Polakom, a nie jej niemieckim autorom) zapewnił biało-czerwonym upragnioną przepustkę do Barcelony.

Pierwszy gwizdek, pierwsze dotknięcie piłki, pierwsze brawa i gwizdy z trybun. Niby normalny mecz, ale każdy z nas miał świadomość, że olimpiada jest czymś więcej niż zwykłym kopaniem się po kostkach. Olimpiada jest kawałkiem historii, życiową przygodą, wielką szansą – wspomina mecz z Saragossy przeciwko Kuwejtowi, Wojciech Kowalczyk. Dwa trafienia Juskowiaka zapewnią zwycięstwo na dzień dobry. Ale prawdziwie istotny moment dla całego dalszego turnieju przyjdzie 3 dni później na stadionie Espanyolu w Barcelonie. Tam, skazani na pożarcie w konfrontacji z Włochami (najlepszym wówczas zespołem Europy w tej kategorii wiekowej, który kilkadziesiąt dni wcześniej nie dał najmniejszych złudzeń Duńczykom, którzy z kolei bezlitośnie przecież odarli z nich nasz zespół), biało-czerwoni rozgrywają fantastyczne spotkanie, pokonując głównych, obok gospodarzy, faworytów imprezy 3:0 (bramki Juskowiaka, Stańka i Mielcarskiego, po znakomitych akcjach, kolejno Koźmińskiego, Brzęczka i Kowalczyka). To był w zgodnej opinii zarówno piłkarzy jak i trenera – moment przełomowy. Polski zespół znów uwierzył w swój olbrzymi potencjał, w to że stać go na wiele, i że wszystko jest możliwe. Kontrolowany remis z USA 2:2 (gole Koźmińskiego oraz niezawodnego Jusko) i już jesteśmy w ćwierćfinale. Tam, po ciężkim meczu 2:0 z Katarem (Kowalczyk strzela swego pierwszego gola na turnieju, wynik ustala Jałocha). Półfinałowa batalia z Australią jest istną afirmacją ogromnej siły naszego zespołu, Polacy rozbijają rywali aż 6:1 po hat-tricku Juskowiaka oraz dwóch trafieniach Kowalczyka (plus samobójczy gol Australijczyków). Przy stanie 4:1, gdy do końca pozostaje 20 min. Janusz Wójcik podbiega do linii bocznej na murawie stadionu Camp Nou i nakazuje swym podopiecznym ‘jechać z kangurami do oporu’, czyli dalsze, bezwzględne szturmowanie bramki Marka Bosnicha. Dzięki temu mieliśmy dwie kolejne bramki, największy pogrom na piłkarskim turnieju olimpijskim w Barcelonie oraz bodaj najpiękniejszą jego akcję, rozegraną we wspaniałym tercecie Juskowiak-Staniek-Kowalczyk, zakończoną golem na 6:1 w wykonaniu tego ostatniego. Jednak są też tacy, którzy twierdzą, iż nie było to do końca przemyślane i rozsądne posunięcie ze strony szkoleniowca, którego zawodników już za 3 dni czekał morderczy finałowy pojedynek z gospodarzem imprezy i siły należało na niego oszczędzać właściwie od zaraz. Jak każdy tego typu spór o historię alternatywną, pozostanie on jednak już na zawsze jałowy, bo nierozstrzygnięty.

Sobota, dzień finału na barcelońskim stadionie Camp Nou, zasadniczo nie różniła się specjalnie od innych dni, które spędziliśmy w wiosce olimpijskiej. Może tylko było mniej intensywnych ćwiczeń fizycznych. Wyjechaliśmy prawie trzy godziny przed meczem. Wejście na rozpaloną, wielką michę, pełną rozgorączkowanych kibiców było ogromnym przeżyciem. Jednak na meczu półfinałowym przeciwko Australii zjawiło się tu niecałe 40 tysięcy widzów. Teraz było ich prawie 100 tysięcy i wypełnili trybuny do ostatniego miejsca. Całe podziemia stadionu Camp Nou to jakby gigantyczny, absolutnie wyciszony i zamknięty sarkofag. dopiero gdy drużyny powoli wychodzą z podziemi tego sarkofagu na murawę, na oświetlone ogromnymi reflektorami zielone pole, a wokół tego pola wypełnione ludźmi trybuny ryczą, wyją, bębnią, z doskonałej ciszy nagle wpada się w dudniący kocioł, i wtedy dopiero człowiek czuje, co to znaczy grać u siebie, a co u obcych. Najpierw więc dochodził nas zaledwie wielki szum, gdy zaś tysiące kibiców ujrzało nas wychodzących z tunelu, zagłuszył wszystko jeden wielki ryk. Słabszych zawodników mógł on przerazić. Nie ma co ukrywać, również dla mnie był to pierwszy mecz przy tak licznej publiczności. Jasne było, że ci ludzie nie darzą nas tu sympatią i że chcą nas złamać. Huk był taki, że nie słyszałem własnych myśli. Nie byłem w stanie normalnie porozmawiać z piłkarzami – wspomina Wójcik

Finał, ludzie, telewizja, historia, olimpiada, sukces, kariera. (…) Jedni wiążą buty, inni poprawiają ochraniacze, jeszcze inni po prostu czekają. Do meczu minuty, sekundy, zaraz się zacznie. Za kilka chwil wyjdziemy na murawę najsłynniejszego stadionu świata. Jeszcze okrzyk: ‘Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! – ryknęło w szatni. Już. Już teraz. Można iść. Trzeba! Jest w nas agresja i odpowiedzialność. Hiszpanie też zdenerwowani, widać, że nas szanują. Może nie boją się, ale szanują. Jeszcze tylko rzut oka na kapliczkę przed wejściem na boisko. Kto chce, ten się modli. Gwizdek. Jest. Biegniemy. Wślizg, wślizg, wślizg – to już relacja Kowala z jego „Prawdziwej historii”.

W pierwszym kwadransie gospodarze osiągają sporą przewagę. Hiszpanie tłamszą naszych graczy, zamykając ich praktycznie na ich połowie boiska. Niemal za każdą groźną akcją podopiecznych Vicente Miery, stoi niesamowity Josep Guardiola, który z ogromną elegancją, podszytą iskrą geniuszu, niemal perfekcyjnie dyryguje grą kolegów. Co jakiś czas pod bramką znakomicie dysponowanego Kłaka jest bardzo gorąco. Już w pierwszych 3 minutach spotkania sieją grozę strzały Ferrera oraz Alfonso. Najgoręcej jest jednak w 7 min., kiedy to Ferrer mając przed sobą tylko bramkarza Pegrotouru Dębica trafia w boczną siatkę oraz w 12 min., kiedy to Lopez, po rzucie rożnym, trafia głową w poprzeczkę. Kilka minut wcześniej po raz pierwszy próbują odgryźć się Polacy, ale po wspaniałym zagraniu Brzęczka, bramkarz naszych rywali – Toni, uprzedza Kowalczyka.

Przewaga Hiszpanów wciąż jest zauważalna (Luis Enrique ostrzeliwuje naszą boczną siatkę, a Kłak broni strzały Bergesa i Kiko), ale biało-czerwonym udaje się ją znacznie zniwelować i powoli, stopniowo zaczynają wychylać się zza podwójnej gardy. Pierwsze, bardzo poważne ostrzeżenie otrzymują gospodarze turnieju w 38 min. meczu, kiedy to po przepięknym, plasowanym zagraniu Brzęczka, Kowalczyk staje oko w oko z Tonim, trafiając go jednak piłką w nogę. Ale wreszcie nadchodzi ta pamiętna, niezapomniana 45 minuta finałowego meczu o olimpijskie złoto na Camp Nou w Barcelonie. Po kolejnym groźnym strzale, szalejącego pod naszą bramką Alfonso, Kłak wybija piłkę daleko, jak najdalej od własnego pola karnego, nie patrząc nawet gdzie posłana przez niego futbolówka wyląduje – najważniejsze przecież, że nasz dzielny golkiper da swoim kolegom kilka chwil wytchnienia od morderczego wysiłku. W tym samym czasie, po drugiej stronie placu, z prawdziwą pasją i niekłamaną dobrą wolą, kilkukrotnie próbują w nią utrafić Abelardo oraz długowłosy plaster madryckiego Atletico – Juan Lopez, jednak przegrywa on tę nierówną walkę z własną niemocą. Futbolówka staje się łupem sprytnego Kowalczyka, który zabiera się z nią (niemiłosiernie po drodze kopany i obijany przez nieustępliwego Lopeza, który wszelkimi sposobami stara się zapobiec nieszczęściu) pod bramkę Toniego i ku osłupieniu barcelońskiej widowni, sprawia że po raz pierwszy na tym turnieju, bramkarz który na Igrzyska trafił z drugoligowego Figueres, musi wyciągnąć piłkę z siatki. Na Camp Nou cisza jak makiem zasiał. A cała Polska, skupiona tego sierpniowego wieczora przed telewizorami wybucha istną eksplozją radości. W 3 sekundzie doliczonego czasu gry, pierwszej części meczu, prowadzimy 1:0!!! Kowalczyk biegnie ku bocznej linii, ale w pewnym momencie nawet nie ma siły się cieszyć, tak jest wyczerpany. Pada na murawę i tam tonie w objęciach kolegów. Po chwili kolumbijski arbiter nakazuje piłkarzom zejść do szatni na przerwę.

Oddajmy znów na moment głos, głównemu bohaterowi tamtych chwil, strzelcowi owej bezcennej bramki. Wycieńczenie, duma, przerażenie. Wszystkie możliwe uczucia zbiegają się w jedno i rozpierają każdego z nas. Jest przerwa, być może najważniejsza przerwa w naszym życiu. Prowadzimy 1:0 w finale olimpijskim z gospodarzami, z Hiszpanią. Pierwsza myśl – odpocząć. Część zespołu idzie pod prysznic, część do basenu. Ochłodzić się! Na zewnątrz jest ze sto dwadzieścia stopni! Nieludzka temperatura! Każdy z nas czuje na sobie oczy milionów ludzi. Każdy na swój sposób odczuwa tę presję. Jednych mobilizuje, innych przytłacza. Szatnia jest takim miejscem, w którym jesteśmy sami. W którym nikt na nas nie patrzy. Dobra, czas na drugą połowę!

Hiszpanie wychodzą z szatni wciąż chyba jeszcze nieco zamroczeni, po ciosie jaki otrzymali tuż przed przerwą. Podopieczni Wójcika przeciwnie, teraz dopiero nabierają wiatru w żagle. Chcą dobić napoczętego, groźnego rywala. Pierwsze 10 minut drugiej części spotkania należy zdecydowanie do biało-czerwonych. Najpierw Staniek zagrywa do Gęsiora i gdyby tylko ten ostatni dobrze przyjął piłkę, znalazłby się w polu karnym sam przed Tonim. Jednak najdogodniejsza sytuacja do podwyższenia prowadzenia przychodzi w 50 min. Po akcji Gęsiora, Kowalczyka i Stańka, piłka ląduje na głowie olimpijskiego króla strzelców – Andrzeja Juskowiaka, który uderza znakomicie, jednak niesforna futbolówka o centymetry mija bramkę mogącego tylko bezradnie śledzić przebieg całej sytuacji hiszpańskiego bramkarza. Być może był to jeden z przełomowych momentów tego meczu. Ta bramka niewątpliwie podcięłaby skrzydła podopiecznym Miery. Bardzo ciężko byłoby się podnieść gospodarzom po drugim trafieniu Polaków, uzyskanym już na początku drugiej części spotkania. Tak, jak nie podnieśli się wcześniej, po bramce zdobytej przez Stańka w tej właśnie fazie gry – Włosi. Dwie minuty później Juskowiak znów ostrzeliwuje lewą nogą bramkę gospodarzy, ale Toniemu udaje się wyekspediować futbolówkę na rzut rożny.

Powoli do głosu zaczynają dochodzić Hiszpanie, którzy wyraźnie otrząsnęli się z szoku pourazowego, jaki zafundowali im przez kilkanaście ostatnich minut Polacy. Bardzo istotnym dla przebiegu dalszej gry, wydarzeniem jest zmiana dokonana przez Vicente Mierę, który wprowadza na boisko trzeciego (obok Kiko i Alfonso) napastnika – Jose Amaviskę, zastępując nim grającego zdecydowanie bardziej defensywnie Mikela Lasę. Amavisca, ówczesny zawodnik Valladolid, a późniejszy gracz madryckiego Realu, rzeczywiście w ogromnym stopniu ożywia ofensywne poczynania gospodarzy. Na naszą bramkę suną kolejne niebezpieczne ataki, szczególnie groźnie jest po strzałach Ferrera i Alfonso. Wreszcie zapora pęka. Brzęczek, zdaniem sędziego, faulem powstrzymuje kolejną szarżę Amaviski. Guardiola z rzutu wolnego idealnie posyła piłkę wprost na głowę Abelardo, który po pół godzinie (jeśli doliczyć czas przerwy) oswajania się przez nas z pięknym snem o najcenniejszym z olimpijskich kruszców, jednym celnym trafieniem bezlitośnie zrywa złoto z szyi biało-czerwonych piłkarzy. Hiszpańska arena ryknęła z radości. Telewizyjna kamera uchwyciła Vicente Mierę, jak z ogromną ulgą wypuścił ustami powietrze, jakby wiedział, że wszystko, co dla niego tego wieczoru najgorsze, ma już za sobą. Kilka minut później, gdy Polacy grają w osłabieniu, bo poza boiskiem dochodzi do siebie Kobylański, po pięknym zagraniu Guardioli, Tomasz Wałdoch przegrywa pojedynek w naszym polu karnym z Kiko, który pokonuje Kłaka wyprowadzając gospodarzy na upragnione prowadzenie. Z wyśnionej, wspaniałej baśni staczamy się w przeciągu ledwie kilkuset sekund na dno jakiegoś koszmarnego horroru. Hiszpanie dominują, mają korzystny wynik na kilkanaście minut przed końcem spotkania, niesieni dopingiem własnej publiczności, mają wszystkie atuty w ręku. W kilka chwil zabrali nam wszystko i chyba już nie pozwolą się podnieść.

I wtedy przychodzi ta cudowna 77 minuta. Nie zapomnę jej do końca życia, i już chyba zawsze, każdemu kibicowi naszej reprezentacji, który przyszedł na świat po 1992 roku, będę życzył, by kiedykolwiek przeżył taką chwilę, jak tamta. Cieszyłem się po wielu dziesiątkach ważnych goli strzelanych przez naszych piłkarzy. Pamiętam ogromną radość po bramce Juskowiaka na Parc de Princes, Marka Citki na Wembley, Kuby Błaszczykowskiego na Euro, ale żadna z nich w swym poziomie natężenia nawet nie zbliżyła się do tamtej chwili, z sierpniowego wieczoru sprzed 20 lat. Gdy wydawało się, że biało-czerwoni już się nie podniosą, znów grając w dziesiątkę (poza boiskiem intensywnie doprowadzano do stanu używalności Kowalczyka), Koźmiński, przy linii bocznej, leciuteńko, technicznie trącił futbolówkę do kapitana – Brzęczka, a ten zagrał przepiękną, fantastyczną, cudowną, genialną piłkę do Ryszarda Stańka. Staniek zaś, w całym tym kotle rozbuchanych do granic możliwości, sportowych emocji, zachował się tak, jakby ktoś, kiedyś operacyjnie usunął mu wszystkie nerwy. Po prostu spokojnie przyjął piłkę prawą nogą, a lewą delikatnie przerzucił ją obok pędzącego mu na spotkanie Toniego i po raz drugi tego dnia uciszył katalońskiego molocha. Nie zapomnę tej chwili już nigdy. Sierpniowy, gorący wieczór i całe osiedle dużego polskiego miasta, skupione przy szklanych ekranach telewizorów ryknęło nagle przez otwarte okna mieszkań jednym potężnym wybuchem ogromnej radości, niezapomnianego entuzjazmu, prawdziwej, namacalnej chwili takiego może i ułomnego, może i prostego, ale jednak jakiegoś tam szczęścia. Gdy Staniek utonął już w objęciach kolegów z drużyny, Andrzej Zydorowicz zakrzyknął: „Tak, proszę państwa, jeszcze Polska nie zginęła, walczymy do końca!”. Irytował mnie wcześniej i później wielokrotnie, ale w tej jednej chwili, w tym jednym momencie, był po prostu wielki, jak wielcy byli na boisku nasi piłkarze.

Hiszpanie rzucają się na nasz zespół jak wściekli. Znów szaleją pod bramką Kłaka, Amavisca i Alfonso. 13 minut dzieli Polaków od dogrywki. Jakimś nadludzkim wysiłkiem udało się je przetrzymać. Dobrnęliśmy do 90 minuty. Minęła on już przecież 25 sekund temu. Zbliżał się koniec meczu, doszedłem do wniosku, że czas szykować zimne napoje na zbliżającą się dogrywkę. Kątem oka dojrzałem, jak hiszpański masażysta wnosił je w ogromnych pojemnikach. W tym samym momencie widzę też, że Marek Koźmiński, zamiast wybić piłkę normalnie, tak jak chciał, w pole lub na aut, kiksuje, piłka idzie na rzut rożny, jeszcze sobie myślę: ‘Kurcze, żeby z tego nie było kłopotów’, a tu już korner wyegzekwowany, zaczyna się ogromne zamieszanie, Hiszpanie wycofują piłkę, Kiko strzela z rozpaczą i widzę, że Kłak już wyciąga piłkę z siatki. Koniec meczu, koniec pieśni. Aż siadłem. W jednej sekundzie uszło ze mnie całe powietrze. Hiszpanie odstawili taniec radości, a moi chłopcy… szkoda gadać. Wiedziałem, że mieliśmy ogromną szansę, żeby wygrać z Hiszpanią – pisze Wójcik w swoich „Biało-czerwonych”.

Wciąż mam przed oczami taki obrazek – kapitan naszej olimpijskiej drużyny, Jerzy Brzęczek, asekurując słupek przy wspomnianym rzucie rożnym, obserwuje już w doliczonym czasie gry, wpadającą pod poprzeczką do naszej bramki piłkę. Ówczesny piłkarz poznańskiej Olimpii załamany osuwa się na ziemię, chowa głowę w dłoniach i pozostaje w tej pozycji bardzo długo. Jego klubowy kolega, Grzegorz Mielcarski, który na tym turnieju tylko raz, w fazie grupowej, powąchał murawę, również pada na nią zrozpaczony przy ławce rezerwowych. Pięknie podsumował to wówczas, po końcowym gwizdku arbitra, Dariusz Szpakowski (choć podczas meczu, w swoim niezastąpionym stylu, mylił strzelców bramek, a nawet aktualny wynik na boisku, ale mniejsza o to), jego słowa bardzo długo brzęczały mi gdzieś w uszach. ‘Radość Hiszpanów. Jesteśmy trochę smutni. Niewiele nam brakowało do pełni szczęścia. Leżą nasi, zakrywają oczy. Gdzieś tam, na pewno, pociekły im teraz łzy. Ale podziękowania dla naszej reprezentacji. Nie byliśmy zespołem gorszym. Może zabrakło nam nieco szczęścia’. Nic dodać, nic ująć.

W szatni cisza. Ci, którzy nie zagrali, pocieszają tych wykończonych. – I tak zrobiliśmy swoje. Mamy medal – pamiętajcie – mówi Tomek Wieszczycki. On nie zagrał ani minuty w całym turnieju. Musi być z tego powodu zły, a jednak pociesza innych. W końcu coraz częściej słychać z różnych stron szatni: – Niech ta porażka nie przesłoni naszego wielkiego sukcesu. No tak, w końcu i tak zrobiliśmy furorę. Mieliśmy wrócić do Polski po tygodniu, a tymczasem przegraliśmy złoty medal olimpijski w ostatniej sekundzie finału – wspomina Kowalczyk.

Dopiero kiedy podczas ceremonii wręczania nam srebrnych medali, hiszpańska publiczność zgotowała nam owację, równie wielką co Hiszpanom, zdałem sobie sprawę z tego, jak wielki sukces odnieśliśmy – kończy opowieść Janusz Wójcik.

Tamtej sierpniowej nocy, nie byłem zapewne jedynym nastolatkiem w Polsce, który z nadmiaru wrażeń i emocji, długo nie potrafił zasnąć. Barceloński finał niemal powszechnie uznano za jeden z najlepszych i najbardziej emocjonujących w całej historii futbolu na igrzyskach olimpijskich. Był to największy sukces polskiego piłkarstwa od czasu również hiszpańskiego mundialu z 1982 roku. Andrzej Juskowiak został królem strzelców turnieju, a o polskich zawodnikach znów zaczęto głośno mówić w piłkarskim światku. Jednak tylko zaledwie trzem z nich (Wałdoch, Koźmiński, Świerczewski) dane było po 10 latach znów zagrać na wielkiej, tym razem już stricte ‘dorosłej’ imprezie (mundial w Korei). Większość z graczy ówczesnych olimpijskich drużyn Polski i Hiszpanii, było potem prawdziwymi podporami pierwszych reprezentacji swoich krajów (najwięcej, bo 74 występy zaliczył w niej Wałdoch, 70-Świerczewski, 62-Luis Enrique, 54-Abelardo, 47-Guardiola, 45-Koźmiński, 42-Brzęczek, 39-Kowalczyk, Juskowiak, 38-Alfonso, 36-Łapiński, Ferrer, 26-Kiko; najwięcej ‘dorosłych’ bramek strzelili: Juskowiak-13, Luis Enrique-12, Kowalczyk i Alfonso po 11). Tylko jednemu spośród wszystkich uczestników sierpniowego, katalońskiego finału sprzed 20 lat – Rafaelowi Bergesowi, nie udało się nigdy wystąpić w seniorskiej reprezentacji kraju. Wielu barcelońskich olimpijczyków reprezentowało barwy Hiszpanii na kolejnych Mundialach i Mistrzostwach Europy (Ferrer, Abelardo, Guardiola, Canizares, Luis Enrique, Amavisca, Lopez, Manjarin, Kiko, Alfonso), kilku z nich zostało gwiazdami naprawdę pierwszej wielkości w europejskim futbolu.

Dla nas, wieczór 8 sierpnia 1992 roku, wciąż jest pewnym punktem odniesienia, coraz bardziej oddalającym się na horyzoncie historii naszego piłkarstwa momentem, od którego odmierzamy czas oczekiwania na następny tej miary sukces. Na kolejną możliwość przeżycia równie pięknej przygody, podczas dopingowania naszych piłkarzy w ścisłym finale wielkiej imprezy. Czego nam wszystkim szczerze życzę, dziękując ogromnie mocno każdemu z tych, którzy przed dwudziestu laty pozwolili nam uczestniczyć w tamtych niezwykłych, niezapomnianych, srebrnych chwilach.  



R.

Niezwykłe Sakartwelo cz. 5. Kula Gldaneli i jego spuścizna

Zanim jeszcze Tbilisi zamigotało światłami restauracji oraz klubów nocnych to ludzie szukali sobie innych rozrywek. Zbierali się na tłocznych placach, by popatrzeć co robi on. Król zapaśników. Kula Gldaneli.

Kula żył w latach 1858-1933. Na całym Zakaukaziu nie miał sobie równych w zapasach. Do Tbilisi zjeżdżali się zawodnicy nie tylko z najbliższych okolic, ale wręcz z połowy świata, aby zmierzyć się z brodatym mistrzem. A mistrz radził sobie z wszystkimi jak leci. To z jego też inicjatywy powstało pierwsze w Gruzji towarzystwo zapaśnicze. A w nim – chłopy jak się patrzy.

Poza tym Gldaneli znany był także ze swojego zaangażowania w sprawy społeczne i charytatywne. W wolnych chwilach, jak przystało na prawdziwego zapaśnika, pisał wiersze. Akaki Cereteli, jeden z najwybitniejszych pisarzy gruzińskich poświęcił mu swój poemat.

Obecnie największy turniej zapaśniczy w Gruzji, który corocznie rozgrywany jest w Tbilisi, nosi właśnie imię Kuli Gldanelego. Trudno się więc dziwić, że mając tak długie i piękne tradycje Gruzini są mocni w zapasach. Część medali olimpijskich, o czym już pisałem, to zasługa zapaśników. Z kolejnych mistrzostw świata Gruzini zawsze przywozili w ostatnim czasie nagrody: 2009 – 1x srebro i 1x brąz; 2010 – 2x brąz; 2011 – 1x srebro i 3x brąz. Wreszcie, drugi, obok dżudockiego złota, gruziński olimpijski medal w Londynie to również zasługa zapaśnika – Rewaza Laszchiego.

Ciekawe czy Laszchi poradziłby sobie z Gdlanelim.

P.

Niezwykłe Sakartwelo cz. 4. Drużyna Marzeń.

Niezwykłe Sakartwelo cz. 3. Ten mecz

Niezwykłe Sakartwelo cz. 2. Kluby małe i duże

Niezwykłe Sakartwelo cz. 1. Sport w Gruzji

Perła Kaukazu cz. I

Perła Kaukazu cz. II

Nieobliczalna Perła Kaukazu

Gruzińskie skarby z przeszłości

FC Zestafoni – nowa siła w gruzińskim futbolu

Którzy odeszli: Nodar Kumaritaszwili

Chodziarz z Kalisza pójdzie dla Gruzji

Niezwykłe Sakartwelo cz. 4. Drużyna Marzeń

Gruzini, podobnie jak Węgrzy, Polacy i wiele innych narodów świetnych swoją przeszłością, chętnie wspominają jak to drzewiej w ich futbolowym królestwie bywało. A bywało wyśmienicie, czego dowodem są opisywane już tutaj sukcesy Dinamo Tbilisi czy zastępy zawodników grających pierwsze skrzypce w niezwykle silnej reprezentacji ZSRR. W 1998 roku największa gazeta sportowa „Sarbieli” zorganizowała plebiscyt na gruzińską Drużyną Marzeń. Głosami czytelników wybrano następującą ekipę:

Sergo Kotrikadze (bramkarz), Rewaz Dzodzuaszwili, Aleksandre Cziwadze, Murtaz Churcilawa, Giwi Czocheli (obrońcy), Witalij Daraselia, Awtandil Gogoberidze, Dawit Kipiani (pomocnicy), Slawa Metreweli, Boris Paiczadze, Micheil Meschi (napastnicy). Trener:  Nodar Achalkaci.

Kim są i czym wsławili się ci zawodnicy?

Bramki strzeże Sergo Kotrikadze (ur. 1936, zm. 2011).

Legenda bramki Dinama Tbilisi. Strzegł jej przez niemal półtora dekady. Człowiek-guma z wyraźnym brzuszkiem. Wybrany najlepszym gruzińskim bramkarzem XX wieku. Członek reprezentacji ZSRR na MŚ 1962. W latach 1960-1963 rokrocznie zajmował trzecią pozycję w plebiscycie na Piłkarza Roku ZSRR. Zmarł w zeszłym roku na atak serca w Sztokholmie, gdzie akurat przebywał z reprezentacją U-15. Więcej o nim tutaj.

Zasieki defensywne zaczynają się od Rewaza Dzodzuaszwilego (ur. 1945).

Niewysoki obrońca to kolejny produkt Dinama. W barwach reprezentacji ZSRR wystąpił w 49 meczach, w tym także na mundialu 1970 w Meksyku oraz na EURO 1972, gdzie ZSRR zdobyło wicemistrzostwo Starego Kontynentu. Potem Dzodzuaszwili również wziął się za trenerkę, przez rok prowadząc nawet kadrę Gruzji (2000-2001).

Kolejny jest Aleksandre Cziwadze (ur. 1955) – celebrant najważniejszego momentu w gruzińskim futbolu. To on bowiem, jako kapitan Dinama, odbierał wywalczony przez zespół w 1981 roku Puchar Zdobywców Pucharów.

Cziwadze przez całą karierę związany był z Dinamem. Obwołano go Piłkarzem Roku w ZSRR w 1980 roku, a rok później został najwyżej w historii sklasyfikowanym Gruzinem w konkursie „France Football” – zajął 8. miejsce. Jako kapitan występował także w reprezentacji ZSRR na MŚ 1982 w Hiszpanii (strzelił nawet gola w meczu ze Szkocją), a popisy na kolejnym mundialu nieszczęśliwie pokrzyżowała mu kontuzja. W roli kapitana zagrał też przeciw… Polsce, w 1983 roku (1:1 w Chorzowie).

Po zawieszeniu butów na kołku trenował różne kluby, dwukrotnie także prowadził kadrę Gruzji (1993-1997 i 2001-2003), a przez rok był także prezesem tamtejszej federacji (2005).

Murtaz Churciława (ur. 1943)

doczekał się nawet specyficznego hołdu złożonego przez polskie kino. W filmie „Vinci” z Borysem Szycem i Robertem Więckiewiczem dwójka bohaterów zgaduje się na hasło i odzew. Hasło to właśnie „Churciława” a odzew – „Beckenbauer”. Churciława faktycznie miał z Cesarzem sporo cech wspólnych. Był niezwykle charyzmatyczny, tak jak on poruszał się niezwykle godnie, przez wiele lat był podporą reprezentacji ZSRR i wystąpił także na dwóch mundialach – w 1966 i 1970 roku. Wywalczył także wicemistrzostwo Europy w 1972 roku. To właśnie jego UEFA, która organizowała plebiscyt z okazji 50-lecia swojego istnienia, wybrała w 2004 roku najlepszym piłkarzem w historii Gruzji.

Kwartet defensorów zamyka najskromniejszy tutaj, ale wcale niemniej interesujący Giwi Czocheli (ur. 1937, zm. 1994).

W reprezentacji ZSRR zadebiutował on bowiem w… półfinale EURO 1960 w meczu z Czechosłowacją. Kolejnym jego meczem już był zwycięski finał z Jugosławią. Później Czocheli w czerwonej kadrze zagrał także na MŚ 1962 w Chile. W sumie uzbierał 19 meczów w barwach ZSRR, ale z powodu kontuzji musiał on przedwcześnie zakończyć karierę już w wieku 28 lat.

Pora na linię środkową. To właśnie Witalij Daraselia (ur. 1957, zm. 1982)

strzelił zwycięską bramkę w finałowym meczu PZP z Carl Zeiss Jena. Przedtem strzelał on także dla reprezentacji ZSRR, z którą zagrał także na MŚ 1982 (podobnie jak Cziwadze wystąpił także przeciwko Polsce). Los jednak chciał, że już rok po największym klubowym sukcesie i cztery miesiące po reprezentacyjnym (występ na mundialu w Hiszpanii) w tragicznych okolicznościach zakończył on swoje życie. Prowadzony przez niego samochód wpadł rozbił się w gruzińskich górach. Wrak pojazdu oraz martwego Daraselię odnaleziono dopiero po kilku dniach. Jego syn nosi takie same imię i nazwisko jak ojciec i grał w piłkę w pierwszoligowych drużynach Gruzji, Rosji, Ukrainy i Kazachstanu oraz w reprezentacji swojego kraju.

Awtandil Gogoberidze (ur. 1922, zm. 1980) to kolejny wąsal.

W Dinamie Tbilisi rozegrał 341 meczów, a karierę swoją zakończył dopiero w wieku 40 lat. W 1951 roku został królem strzelców ligi ZSRR. Występował także w kadrze tego tworu, z którą wystąpił na IO Helsinki 1952. Po wypadku samochodowym (znowu!) w 1967 roku stracił głos i został przykuty do łóżka. Zmarł w 1980 roku. Więcej o nim tutaj.

O Dawidzie Kipianim (ur. 1951, zm. 2001) była już tutaj mowa w poprzednich wpisach.

Nie licząc rocznej przerwy na grę w Lokomotiwie Tbilisi, to przez całą karierę był on związany z Dinamem. Charakterystyczne zakola i wąs, najlepszy piłkarz ZSSR 1977 roku. W czerwonej reprezentacji rozegrał 19 meczów i strzelił 7 goli. Brylantowy technik, prawdziwy artysta. Jego największym dramatem sportowym była kontuzja, której nabawił się już podczas pobytu na MŚ 1982. W efekcie nie zagrał tam ani chwili, a naklejki z jego podobizną stały się fikuśną pamiątką. Po zakończeniu kariery był trenerem (dwukrotnie prowadził Dinamo). Zginął w wypadku samochodowym w 2001 roku. To chyba jakieś fatum. Jego imieniem nazwano Puchar Gruzji.

W ataku mistrzowskiej ekipy same asy nad asami. Slawa Metreweli (ur. 1936, zm. 1998) przyszedł na świat w Soczi, grał także w Torpedo Moskwa, ale najlepiej wiodło mu się w Dinamie Tbilisi. W reprezentacji ZSRR występował przez 12 lat (od 1958 do 1970 roku), zaliczając w międzyczasie mistrzostwo Europy 1960 (wespół z Czochelim i Meschim). Ba, w finałowym meczu z Jugosławią strzelił nawet pierwszego gola dla ZSRR!

Poza tym dorzucił też dwa udziały w mundialach – 1962 i 1966. Zmarł w 1998 roku.

Borisa Paiczadze (ur. 1915, zm. 1990) to najstarszy w tej jedenastce zawodnik. Przyszedł bowiem na świat dekadę, dwie, a nawet trzy wcześniej niż inni członkowie Drużyny Marzeń. Nie umniejsza to jednak ani jego umiejętności, ani zasług. Fani powinni kojarzyć choćby z tego, że jego imię nosi stadion Dinama Tbilisi. W latach 1936-1951 rozegrał on w barwach tej drużyny 190 meczów, w których strzelił 105 goli. Król strzelców ligi ZSRR w 1937 roku. Symbol Dinama.

Ostatni członek tej załogi to Micheil Meschi (ur. 1937, zm. 1991).

Przez 15 lat strzelał bramki dla Dinama Tbilisi. Mikry zawodnik (169 cm) znany był ze świetnej techniki i licznych asyst. Gracz zwykł powtarzać, że techniki piłkarz musi się nauczyć sam, więc zawsze został po treningach i ćwiczył różne triki. Jego zwody były podobno legendarne. Próbka tutaj:

W barwach ZSRR zagrał w 35 meczach i strzelił 4 gole. Zaliczył mistrzostwo Europy 1960 i udział w MŚ 1962. Jego imię nosi dziś stadion Lokomotivi Tbilisi. Długi i ciekawy wywiad z nim w języku rosyjskim można znaleźć tutaj.

Opiekunem ekipy został oczywiście Nodar Achalkaci – opiekun Dinama Tbilisi, gdy to odnosiło swoje sukcesy w europejskich pucharach, a od 1990 roku prezes federacji piłkarskiej w swojej ojczyźnie.

Gdyby Gruzja dziś miała takich zawodników, to może nie tłukłaby się pewnie po przedostatnich miejscach w grupach eliminacyjnych do kolejnych mistrzostw Europy i świata. Z drugiej strony – czy tacy indywidualiści byliby w stanie dogadać się ze sobą?

P.

Niezwykłe Sakartwelo cz. 3. Ten mecz

Niezwykłe Sakartwelo cz. 2. Kluby małe i duże

Niezwykłe Sakartwelo cz. 1. Sport w Gruzji

Perła Kaukazu cz. I

Perła Kaukazu cz. II

Nieobliczalna Perła Kaukazu

Gruzińskie skarby z przeszłości

FC Zestafoni – nowa siła w gruzińskim futbolu

Którzy odeszli: Nodar Kumaritaszwili

Chodziarz z Kalisza pójdzie dla Gruzji

Niezwykłe Sakartwelo cz. 3. Ten mecz

Kadra Gruzji wciąż jeszcze czeka na swoje wielkie dni. Udało jej się wygrać kilka ważnych meczów (np. z Bułgarią w el. EURO 1996, z Rosją w el. EURO 2004 czy z Chorwacją w el. EURO 2012), ale nigdy nie prowadziły one do większych sukcesów w postaci awansu do dużej imprezy. Gruzini zawsze mieli dobrych zawodników, ale nigdy nie mieli dobrej reprezentacji. Tym samym pozostaje cieszyć się im z największego osiągnięcia ich klubowej piłki. A zapewniło go oczywiście DINAMO TBILISI.

Stołeczny zespół to najbardziej utytułowana i najlepiej rozpoznawalna w świecie gruzińska drużyna. Choć w ostatnio nieco dołuje, to nic nie odbierze jej osiągnięć sprzed lat. W czasach ZSRR dwukrotnie triumfowała w lidze skupiającej wszystkie radzieckie republiki – w 1964 i 1978 roku. Z niej także werbowali się najznakomitsi gruzińscy piłkarze, o których jeszcze będzie chwila, żeby napisać. Dinamo nieźle poczynało sobie także w europejskich pucharach. Gdy tylko drużynie z Tbilisi udawało się do nich zakwalifikować, to zawsze pokazywała się tam z dobrej strony.

W Pucharze UEFA 1973/1974 Gruzini dobili się do 1/8 finału. W sezonie 1977/1978 osiągnęli ten sam szczebel po drodze eliminując słynny Inter Mediolan (1:0 i 0:0)!

 

Rok później odprawili SSC Napoli (2:0 i 1:1), a w kolejnej edycji wygrali w Pucharze Mistrzów z Liverpoolem (1:2 i 3:0).

 

Wszystkie te mecze wskazywały na wielki potencjał drzemiący w drużynie. Brakowało jednak spełnienia, spektakularnego sukcesu. Ten przyszedł w sezonie 1980/1981. Wtedy to Dinamo Tbilisi wygrało Puchar Zdobywców Pucharów!

Trenerem drużyny był od 1976 roku Nodar Akhalkatsi. Udało mu się skompletować drużynę pełną zawodników wybitnych jak na gruzińskie warunki. David Kipiani, Ramaz Szengelia, Witali Daraselia, Tengiz Sulakwelidze i Aleksandr Chiwadze byli etatowymi reprezentantami ZSRR i grajkami jakich mało. Nawet dziś patrząc na umiejętności Kipianiego można z uznaniem drapać się po brodzie.

 

Dinamo zwycięski sezon rozpoczęło od pokonania greckiej Kastorii (0:0 i 2:0), a potem irlandzkiego Waterford (1:0 i 4:0). Potem przyszła pora na bardziej wymagających przeciwników. W 1/4 finału rywalem był West Ham, ale i ta ekipa nie okazała się straszna. W Tbilisi górą byli gospodarze (4:1) i, mimo że ulegli w Londynie (0:1), to oni zakwalifikowali się do kolejnej rundy. W półfinale czekał już Feyenoord Rotterdam. Był to niezwykle wyrównany dwumecz. U siebie Dinamo Tbilisi wygrało 3:0, by w rewanżu ulec 0:2. Pozostał więc już tylko najważniejszy mecz, a w nim inny sensacyjny finalista – Carl Zeiss Jena z NRD. Czy po odprawieniu Anglików i Holendrów można było się obawiać ekipy ze wschodnich Niemiec? – tak chyba pomyśleli sobie Gruzini i zwyciężyli! Choć w 63. minucie Dinamo straciło bramkę, to wyrównało już cztery minuty później, a z kolei cztery minuty przez końcowym gwizdkiem zdobyło gola na 2:1. I to jakiego gola!

Dodatkowy dowcip polega na tym, że puchar ten… widziałem na własne oczy. Będąc w Muzeum Narodowym w Tbilisi natrafiłem tam także na wystawę poświęconą Niemcom w Gruzji (stanowią tam oni istotną mniejszość), a jednym z jej eksponatów było właśnie świecące cudo. To chyba taki prztyczek:)

Co się działo później w Dinamie? W kolejnej edycji PZP zespół również osiągnął piękny wynik. Udało mu się bowiem dotrzeć do półfinału. W pokonanym polu zostawione zostały drużyny Grazer AK, SC Bastia i… Legii Warszawa (1:0 i 1:0). Dopiero w półfinale Gruzinów odstrzelił belgijski Standard Liege.

Potem już Europa nie była tak przyjazna dla piłkarzy ze stolicy. Rozbijali się oni bowiem zwykle już na pierwszej lub drugiej pucharowej przeszkodzie. Chlubne wyjątki to Puchar UEFA 197/1988 (1/8 finału) i 1996/1997 (1/32 finału, pokonane Molde FK i Torpedo Moskwa). Po reformach europejskich rozgrywek największym osiągnięciem Dinamo jest awans do fazy grupowej LE. Gruzini dostali się tam w sezonie 2004/2005 po wyeliminowaniu… Wisły Kraków (pamiętny dwumecz 3:4 i 2:1). W grupie już jednak nie było miło, bo Gruzini przegrali wszystkie spotkania: z Sochaux (0:2), Newcastle (0:2), Sportingiem Lizbona (0:4) i Panioniosem (2:5).

Trzymam kciuki za to, żeby Dinamo się szybko odrodziło i prędko zaoferowało futbolowej Europie nowego Davida Kipianiego.

P.

Czytaj także:

Niezwykłe Sakartwelo cz. 2. Kluby małe i duże

Niezwykłe Sakartwelo cz. 1. Sport w Gruzji

Perła Kaukazu cz. I

Perła Kaukazu cz. II

Nieobliczalna Perła Kaukazu

Gruzińskie skarby z przeszłości

FC Zestafoni – nowa siła w gruzińskim futbolu

Którzy odeszli: Nodar Kumaritaszwili

Chodziarz z Kalisza pójdzie dla Gruzji

Niezwykłe Sakartwelo cz. 2. Kluby małe i duże

O aktualnej kondycji reprezentacyjnej gruzińskiej piłki najlepiej pewnie byłoby milczeć, ale tak się akurat składa, że pisałem o niej już tutaj. Skupię się więc na wydarzeniach w tamtejszym futbolu klubowym, które miały akurat miejsce w czasie, gdy bawiłem w Gruzji.

Gdy wjeżdża się do Gori, miasta z którego pochodzi Józef Stalin, marszrutka kluczy po wielu wąskich ulicach, by wreszcie dotrzeć na dworzec autobusowy. Z jednej strony otacza go wielkie targowisko, a z drugiej pokaźnych rozmiarów stadion. To obiekt klubu DILA GORI.

„Dila” to „poranek” i chyba właśnie nastały czasy, w których nad Dilą Gori zaświeciło słońce. Zespół w minionym sezonie wywalczył Puchar Gruzji pokonując w finale mistrza kraju Zestafoni aż 4:1. Dzięki temu zespół z Gori może błyszczeć w Lidze Europy, mimo że zajął w tabeli dopiero piąte miejsce (mistrz gra w el. LM, druga i trzecia ekipa w LE). Prawda, że ma ładnie położony stadion?

A Dila w Europie prezentuje się świetnie. W pierwszej rundzie nieoczekiwanie dwukrotnie pokonała silne duńskie Aarhus GF.

Na wyjeździe sensacyjnie wygrała 2:1.

 

W ojczyźnie zaś ustrzeliła nawet jedno oczko więcej i skończyło się na 3:1.

 

W nagrodę Gruzini zmierzą się w kolejnej rundzie, czyli dziś i za tydzień, z cypryjskim Anorthosisem Famagusta. Gwiazdą zespołu z Gori jest reprezentant kraju Aleksander Guruli, były zawodnik Karpat Lwów, syn znanego nam świetnie Gii Gurulego. W ataku natomiast bryluje młody Mate Vatsadze – duży talent.

Gorzej w europejskich pucharach niestety powiodło mistrzom Gruzji 2012 z FC ZESTAFONI. Przegrali oni wyraźnie już w pierwszej rundzie i, co gorsza, z nielubianym sąsiadem zza miedzy – azerskim Neftczi Baku. Szczególnie bolesny był pierwszy mecz, kompromitująco przerżnięty 0:3. Oglądałem go na żywo w gruzińskiej telewizji. W rewanżu padł remis 2:2.

Co z pozostałymi drużynami reprezentującymi zakaukazki naród w europejskich pucharach? Wicemistrz METALURGI RUSTAWI w pierwszej rundzie pewnie odprawił albańskie Teuta Durres (3:0 i 6:1), by w kolejnej ulec znanym z EURO 2012 Czechom z Viktorii Pilzno (1:3 i 0:2).

 

Natomiast trzecie w tabeli TORPEDO KUTAISI szybko zakończyło swoją pucharową przygodę odpadając już w pierwszej rundzie z kazachskim FK Aktobe (1:1 i 0:1).

Co ważne i zarazem ciekawe, Metalurgi i Dila swoje domowe mecze rozgrywały na Stadionie Narodowym im. Borisa Pachaidze w Tbilisi, ponieważ ich obiekty nie spełniały wymogów UEFA. Swoje ligowe mecze rozgrywa na nim najbardziej znany gruziński klub Dinamo Tbilisi, a także reprezentacja narodowa. W moim odczuciu stołeczny obiekt szału nie robi.

Pomimo moich estetycznych wątpliwości UEFA zadecydowało, że właśnie na tym stadionie odbędzie się Superpuchar Europy 2015.

Żeby jednak nie było, że rozbijamy się tylko po gruzińskich salonach, to jeszcze wizyta na stadionie FC BORŻOMI. Ta miejscowość to jeden z najbardziej znanych gruzińskich górskich kurortów. Otaczają ją góry, w centrum jest piękny park mineralny, a w bezpośrednim sąsiedztwie ogromny park naturalny. No i oczywiście najsłynniejsza w Gruzji woda mineralna. W czasach ZSRR rozbijała się tam partyjna wierchuszka, potem kurort lekko się zakurzył. Teraz zaczyna się na nowo rozkręcać, czego wskaźnikiem były choćby starania o organizację zimowych IO 2014. Tak czy owak, jest tam też drużyna piłkarska. Nie zapisała się niczym szczególnym w historii. W latach 2004-2009 występowała w najwyższej gruzińskiej Umaglesi Liga. Spadła z niej jednak z hukiem i od tego czasu gra na jej zapleczu. A stadion ma taki:

Głównym atutem tego obiektu było to, że zaraz obok niego mieściła się niezła restauracja.

Gruzini kochają piłkę, ale równocześnie mają dystans do swoich klubowych zespołów. Człowiek w informacji turystycznej w Borżomi na pytanie o miejscowy zespół nie mógł przestać się dziwić dlaczego o to pytam. Nasz gruziński kolega, gdy usłyszał, że planuję wybrać się na obiekt Dinamo Tbilisi, to spytał czy chcę pobiegać po tamtej bieżni, bo innego sensu nie widzi. Liczą się tylko to, co eksportowe – koszulki Kachy Kaładze w Milanie, ewentualnie trykoty reprezentacji narodowej. Poza tym FC Barcelona, Manchester United, Arsenal, Real… W całej stolicy nie sposób dojrzeć czegokolwiek związanego z najsłynniejszym klubem w całym kraju, czyli Dinamem Tbilisi. W tej kwestii Gruzini muszą jeszcze trochę popracować. Mimo że wielbią oni swoją ojczyznę ponad wszystko, to takich drobnych lokalizmów wciąż się nieco wstydzą. A przecież to jest najciekawsze i najwartościowsze.

P.

Czytaj także:

Niezwykłe Sakartwelo cz. 1. Sport w Gruzji

Perła Kaukazu cz. I

Perła Kaukazu cz. II

Nieobliczalna Perła Kaukazu

Gruzińskie skarby z przeszłości

FC Zestafoni – nowa siła w gruzińskim futbolu

Którzy odeszli: Nodar Kumaritaszwili

Chodziarz z Kalisza pójdzie dla Gruzji