Chodziarz z Kalisza reprezentuje Gruzję na igrzyskach. Historia Macieja Rosiewicza

Maciej Rosiewicz, chodziarz z Kalisza, który na igrzyskach olimpijskich Londyn 2012 reprezentuje Gruzję

– Udział w igrzyskach to dla mnie coś bezcennego. Każda sekunda w wiosce olimpijskiej, wśród sportowców z całego świata, wynagradza mi ponad 10 lat ciężkich treningów i ostatni stresujący rok – opowiada Maciej Rosiewicz z Kalisza. W chodzie na 50 km w Londynie (11 sierpnia) będzie reprezentował biało-czerwone barwy, ale nie będą to, jak wcześniej, barwy Polski, lecz Gruzji, która umożliwiła mu start na igrzyskach olimpijskich.

Trenuje go Krzysztof Kisiel, ten sam, z którym Robert Korzeniowski zdobył nieraz olimpijskie złoto. – W sporcie zawdzięczam mu wszystko. Przygarnął mnie, choć moja wartość sportowa była nikła, a on ćwiczył najlepszego chodziarza świata – mówi o szkoleniowcu 34-letni Maciej Rosiewicz.

Próbował biegania i triathlonu, do chodu ostatecznie zwolnił dopiero na trzecim roku studiów w Poznaniu. Pomogli mu w tym… celnicy. – To było 11 lat temu, gdy trzeba było mieć pozwolenie na pracę na Wyspach. Jechałem autobusem do kolegów, którzy zarabiali przy zbieraniu owoców. Prosili, bym przywiózł im trochę jedzenia z kraju. Zostałem wyrwany do kontroli, a że pół plecaka było załadowane zupkami w proszku, cofnęli mnie z granicy. To była chyba najszczęśliwsza deportacja na świecie! – opowiada chodziarz. Wrócił do Polski i zanotował dwa świetne starty, a od trenera usłyszał: – Chłopie, masz do tego zdrowie!

Kaliski chodziarz ma też zdrowie do pracy z młodzieżą. Najpierw uczył angielskiego, teraz wuefu w Zespole Szkół Gastronomiczno-Hotelarskich w Kaliszu.

Z kolejnych mistrzostw Polski w chodzie na 50 km przywoził medale (cztery srebrne, trzy brązowe), wygrywał w Austrii i na Łotwie, ale do optymalnego wyniku zawsze ciut brakowało. W 2008 r. zabrakło dokładnie 53 sekund. – Czułem już zapach igrzysk w Pekinie. Byłem sfrustrowany, ciężko jest godzić sport wyczynowy z pracą – wspomina.

Pomyśl, jaki czas mógłbyś osiągnąć, gdybyś przygotowywał się tak jak my! – mówił mu dwa lata temu kadrowicz Rafał Fedaczyński.

Maciej Rosiewicz pobił wtedy swój życiowy rekord na 50 km (3:55 – to był 20. wynik w Europie i 32. na świecie) i doszedł do wniosku, że chce postawić na chód. – Ale miałem już wtedy dwójkę dzieci, więc nie mogłem zostawić szkoły. Od jednego pana w związku lekkoatletycznym usłyszałem, że jestem za stary. Próbowałem też w samorządzie i u sponsorów, ale potrzebnego wsparcia nie znalazłem – mówi.

W marcu ub. roku zwrócił się więc o pomoc do kraju, w którym Polacy traktowani są z wyjątkową życzliwością. – Na pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego prezydent Micheil Saakaszwili przyleciał z USA aż pięcioma samolotami, pomimo pyłu wulkanicznego z Islandii. Napisałem list do jego kancelarii i przedstawiłem motywację startu dla Gruzji. Już po dwóch tygodniach dostałem odpowiedź, co muszę wypełnić, by starać się o obywatelstwo – opowiada lekkoatleta.

1 września, dwa miesiące po złożeniu dokumentów i referencji, Maciej Rosiewicz dostał drugi paszport. Choć w marcu wypełnił minimum olimpijskie B dla krajów, które chcą wystawić tylko jednego reprezentanta w konkurencji (a takim jest Gruzja), w drodze na igrzyska mógł się potknąć o procedury. Międzynarodowa federacja lekkoatletyczna pozwoliła mu reprezentować Gruzję, ale… dopiero od września. W końcu, po odwołaniach, wydała zgodę, ale jako gruzińskiego zawodnika musiał go jeszcze zaakceptować Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Zrobił to dopiero w czerwcu!

Maciej Rosiewicz, chodziarz z Kalisza, który na igrzyskach olimpijskich Londyn 2012 reprezentuje Gruzję

– Każdy może mnie oceniać, ale niech najpierw postawi się w mojej sytuacji. Przez ponad 10 lat łączyłem treningi z pracą w szkole, latem z pracą w sadzie. Nie wyjeżdżałem na obozy do ciepłych krajów. Polska zawsze będzie moją ojczyzną. Kocham jej historię, kulturę i tradycję. Ale oddzielam to od instytucji, przez które byłem pozostawiony samemu sobie. Byłem wręcz wyśmiewany, mówiono mi ”kończ waść”. Przygarnęła mnie Gruzja. Tam nie usłyszałem, że jestem za mało perspektywiczny – tłumaczy swoją decyzję Maciej Rosiewicz. – Myślę, że nie należę do najgorszych polskich patriotów. Ale pewien etap mam już za sobą i teraz moim marzeniem jest godne reprezentowanie Gruzji, mam do spłacenia dług wdzięczności. Nie przejmuję się, co kto o mnie pomyśli, czy dla jednych będę zdrajcą, a dla innych inspiratorem. Gdybym był taki cwany, nie czekałbym tak długo z ubieganiem się o drugie obywatelstwo, nie ryzykowałbym braku zgody na start na igrzyskach i tego stresu, który przeżyłem. Długo wierzyłem, że będę mógł przygotowywać się w lepszych warunkach i osiągać lepsze wyniki. Śmieję się, gdy słyszę, że chodzi mi o pieniądze. Chodzi o igrzyska! Bogdan Wenta i Władysław Kozakiewicz, z różnych względów, w pewnym momencie zaczęli reprezentować Niemcy. Ten pierwszy niedawno usłyszał na meczu w Płocku, że nigdy nie będzie Polakiem.

Szumu wokół siebie się nie spodziewał. – Były u mnie dwie telewizje i radio, a jeszcze niedawno moje treningi nad Prosną obserwowały tylko… kaczki – śmieje się.

Trzej chodziarze na 50 km, którzy będą reprezentowali Polskę w Londynie, mają lepsze czasy od niego. W Gruzji Maciej Rosiewicz konkurencji nie ma. I choć cztery dni po oficjalnym otwarciu igrzysk skończy 35 lat, start w Londynie może nie być jego ostatnim na największej sportowej imprezie świata.

– Wystartujesz dla nas za cztery lata na igrzyskach w Rio de Janeiro? – to pierwsze zdanie, jakie usłyszał od szefa gruzińskiego komitetu olimpijskiego. Gruzini wiążą więc z nim nadzieje nie tylko na udany wynik w Londynie. Możliwe, że po igrzyskach Maciej Rosiewicz przejdzie na zawodowstwo. Takie jest przynajmniej jego marzenie.

A te ostatnio mu się spełniają. Gdy pierwszy raz przyleciał do stolicy Gruzji, na widok siedziby prezydenta zażartował, że niedługo będzie z nim kosztował wino. Prawie trafił: w towarzystwie Micheila Saakaszwilego raczył się szampanem razem z całą kadrą olimpijską. – Prezydent powiedział mi, że przyjemnie jest gościć Polaka w reprezentacji Gruzji – relacjonuje chodziarz.

Michaił Saakaszwili

Gdy na początku lipca leciał do Tbilisi na zaprzysiężenie olimpijskie, jego żona Monika rodziła trzecie dziecko. Nazajutrz szef federacji lekkiej atletyki mógł wygłosić trzy toasty: za Polskę, za przyjaźń polsko-gruzińską i za nowo narodzoną córkę chodziarza. Starsza z jego córeczek ma na imię Nina. – Tak jak patronka Gruzji. Ale to akurat przypadek! – mówi Maciej Rosiewicz.

B.

Pod tym tekstem wrzuconym na Poznań.Sport.pl można zagłosować w sondzie: Co sądzisz o decyzji Macieja Rosiewicza, który na igrzyskach reprezentuje Gruzję?

Ignac Tłoczyński szlachetny jak herbata. Ależ on grał w tenisa

Ignacy Tłoczyński, zdjęcie z czasopisma Lawn Tennis Polski

Na kortach Olimpii na Golęcinie zakończył się właśnie turniej Poznań Open. Zobaczyłem, jak triumfował Jerzy Janowicz, który tydzień temu został trzecim polskim tenisistą w pierwszej setce rankingu ATP od czasu Wojciecha Fibaka. Gracz, który najdoskonalej odbijał rakietą piłkę w naszym kraju przed Fibakiem, też przyszedł na świat w Poznaniu. A w tenisie zakochał się właśnie na Golęcinie.

Ignacy Tłoczyński urodził się 14 lipca 1911 r. Mówiono o nim Ignac, a mówił cały kraj. Nie tylko z powodu wybitnych umiejętności. Tłoczyński brał udział w meczach rozgrywanych w niezwykłych okolicznościach. I sam swoje potyczki niezwykłymi czynił.

Spotkania z Niemcami

– Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości w 1918 r., jako dziecko, chodziłem z mego domu na Jeżycach, gdzie się urodziłem, do Lasku Golęcińskiego. Tam na kortach grywali Niemcy. To mnie interesowało i wciągnęło – opowiadał Ignacy Tłoczyński.

Pochodził z niezamożnej rodziny. Na kortach przy ul. Noskowskiego najpierw podawał piłki podczas meczów. Szybko rozwinął jednak talent tenisowy: zaczął dorabiać jako trener i sparingpartner. Pół roku przed pełnoletnością Ignaca działacze AZS wystąpili o zakwalifikowanie go jako amatora. Wówczas status amatora był sporym wyróżnieniem.

Najlepszym tenisistą w kraju był wtedy Maks Stolarow, który w 1930 r. kroczył po trzecie z rzędu mistrzostwo Polski i związany z tym puchar na własność. W finale Stolarowa pokonał jednak 19-latek z Poznania. W ten sposób Tłoczyński zdobył pierwszy i jedyny w barwach poznańskiego AZS tytuł mistrza Polski. Krótko potem przeszedł do Legii Warszawa, w której występował aż do wybuchu wojny. – W 1939 roku, w moim rodzinnym mieście, udało mi się zwyciężyć po raz piąty [w mistrzostwach Polski – red.]. Wspaniały puchar zostawiłem pod opieką matki w jej mieszkaniu. W czasie okupacji podczas rewizji zabrali go Niemcy i ślad po nim zaginął – mówił tenisista. Inną pamiątkę sportową, złoty zegarek na rękę, stracił przez kontrolę niemieckiego patrolu.

W czasie wojny wstąpił do Związku Walki Zbrojnej, późniejszej Armii Krajowej i kolportował prasę podziemną. Poza tym, razem z przyjaciółmi Jadwigą Jędrzejowską (finalistką tenisowego Wimbledonu w 1937 r.) i biegaczem Januszem Kusocińskim (złotym medalistą olimpijskim w 1932 r.) prowadził gospodę „Pod kogutem”, gdzie zbierały się tłumy Polaków. Kusociński nie przeżył wojny. Tłoczyński otarł się o śmierć podczas Powstania Warszawskiego. – W pierwszych dniach bombardowania zostałem ciężko ranny. Ocalałem cudem – opowiadał. Zmarł wiele lat później, w Boże Narodzenie 2000 r. w szkockim Edynburgu, gdzie osiadł po wojnie. Na Wyspach był znany jako Mr Tloc.

Ignacy Tłoczyński, Henner Henkel, gospoda ''Pod Kogutem''

Ignac walczył z Niemcami jeszcze przed wybuchem światowego konfliktu. Na korcie. Między 19 a 21 maja 1939 r. rozegrano mecz Pucharu Davisa, rozgrywek męskich reprezentacji narodowych. Mecz, z którym związane było potężne napięcie. Atak militarny Niemców na Polskę był już wtedy kwestią czasu. Dwa tygodnie wcześniej minister spraw zagranicznych Józef Beck wygłosił słynne przemówienie, w którym podkreślał, że bezcenny jest tylko honor.

Tenisiści odbijali piłkę, a polska publiczność okrzykami „Ha-ha” wyrażała dezaprobatę wobec postawy prezydenta Czechosłowacji Emila Hachy, który skapitulował przed Adolfem Hitlerem. Polska drużyna przegrała 2:3, ale Ignacy Tłoczyński wygrał oba swoje mecze. W tym przeciw trzeciemu tenisiście świata Hennerowi Henkelowi (6:4, 6:8, 6:4, 6:3). To było najcenniejsze zwycięstwo poznańskiego mistrza tenisowego w karierze, którego notowania sięgały wtedy piątki najlepszych graczy Europy.

Z jeńcem i z królem

Po upadku Powstania Warszawskiego Tłoczyński trafił do niewoli, do obozu jenieckiego nieopodal Salzburga. – Wśród jeńców francuskich był trener tenisa, który widział mnie w Paryżu w 1939 r. na kortach Rolanda Garrosa [poznaniak był tam wśród ośmiu najlepszych – red.]. Zaproponował mi mecz. Aby dostać się do francuskich baraków, trzeba było sporo ryzykować. Musiałem przebierać się to w mundur angielski, to we francuski, przedzierać się przez wyciętą furtkę w drutach kolczastych. Gdy dotarłem do Francuzów, trudno mi było uwierzyć w to, co zobaczyłem. Kort z czarnej ubitej ziemi z wymalowanymi liniami, krzesło sędziowskie, a wokół kortu kilkuset widzów – jeńców! Dostałem szorty, buty i rakietę, sędzia zapowiedział, że wystąpi „Champion de Pologne – Ignacy Tłoczynski”. Grałem całkiem nieźle, jak na tak długą przerwę, lecz przegrałem w pięciu setach – opowiadał tenisista po latach.

Przed początkiem światowego konfliktu Tłoczyński wygrywał nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Zdobywał tytuły międzynarodowego mistrza Portugalii, Łotwy i Walii. – Podczas jednego z bankietów wydawanych dla uczestników turnieju w Monte Carlo minister Józef Beck zaczął mnie przedstawiać królowi Szwecji Gustawowi V. To króla bardzo rozbawiło, gdyż w tym czasie znaliśmy się już dobrze z niejednego turnieju – wspominał znajomość z monarchą, przeciw któremu grywał towarzysko.

Król Szwecji Gustaw V, Jadwiga Jędrzejowska, Ignacy Tłoczyński, Ernest Wittman

W 1934 r. Ignac zagrał na kortach Legii pokazowy mecz z uważanym przez wielu za najwybitniejszego tenisistę w historii, Amerykaninem Billem Tildenem. Wygrał jednego seta.

Gdy w spotkaniu z Francuzem Jeanem Borotrą sędzia podjął złą, lecz korzystną dla Polaka decyzję, ten oddał rywalowi punkt, dwa razy celowo serwując w siatkę. Działo się to w momencie, gdy Tłoczyński miał… piłkę meczową! Spotkanie i tak wygrał, a w ten sposób stał się wzorem gry fair.

Herbaciany bodziec

Ignacy Tłoczyński wpisał się do historii naszego tenisa nim pierwszy raz został mistrzem kraju. Wiosną 1930 roku, przyczynił się do historycznego, pierwszego zwycięstwa Polski w Pucharze Davisa. Rywalami byli Rumuni. Pierwszy mecz Ignac wygrał łatwo. Trudniej było w drugim pojedynku, ze starszym o 17 lat Nicolae Mishu. Rumun był do tego stopnia poirytowany swoją niemocą w starciu z młokosem, że w pewnym momencie celowo posłał piłkę w publiczność. Wybuchł skandal, sędzia był zmuszony przerwać spotkanie. Nerwowo było do końca, bo przy remisie 2:2 o rozstrzygnięciu decydował piąty set.

W nim poznaniak prowadził, ale coraz częściej musiał schodzić z kortu, kulejąc z powodu skurczów. Gdy masaże przestały działać, kapitan reprezentacji Aleksander Olchowicz przyniósł Ignacowi herbatę. Herbatę, do której – jak się później okazało – dolał… koniaku. Po wznowieniu gry Tłoczyński wygrał seta do zera, a cały mecz 6:3, 7:9, 7:5, 4:6, 6:0. Szczęśliwi kibice nosili go na rękach, a sam bohater zdradzał potem z przymrużeniem oka w czasopiśmie „Lawn-Tennis Polski” sekret swojego sukcesu: „Szklanka dobrze osłodzonej herbaty między 3 a 4 setem jest dla mnie znakomitym bodźcem do dalszej gry”.

„Przegląd Sportowy” podsumował to spotkanie słowami, które można odnieść do całej kariery Ignacego Tłoczyńskiego: „Ten tenisista o dziecinnej jeszcze budowie, o chłopięcych, cienkich ramionach wykazał hart ducha i siłę nerwów starego, zaprawionego w bojach mistrza. Wykazał przy tym ogromny talent tenisowy, niezwykłą orientację i przytomność umysłu. Miał zawsze na ustach ów przemiły uśmiech sportowca z krwi i kości, uśmiech radości, gdy udała mu się piłka, uśmiech podziwu, gdy dobrze zagrana piłka przeciwnika, była dlań nie do odbicia. Uśmiech taki rzadko widywaliśmy na naszych kortach i był on, jak i gra Tłoczyńskiego, jakby zapowiedzią nowej epoki w tenisie polskim”.

B.

Wypowiedzi Ignacego Tłoczyńskiego pochodzą z rozmowy przeprowadzonej przez czasopismo „Tenis” w 1997 r. Zdjęcia (drugie, trzecie i czwarte) z książki ”Tenis Polski ma 100 lat”.

Tekst poszedł rok temu w Gazecie Wyborczej Poznań w setną rocznicę urodzin tenisisty

Brenes ośmieszył Casillasa, a Subasić Boruca. Gwiazdki Chazara Lenkoran

Dla Chazara Lenkoran awans do drugiej rundy eliminacji Ligi Europejskiej jest pierwszym w historii jego występów w europejskich pucharach. Był on możliwy, bo azerski zespół ma w składzie kilku grajków z międzynarodowym obyciem.

Reprezentacja Kostaryki uczestniczy nie tylko w mistrzostwach Ameryki Północnej i Środkowej (Gold Cup – Złoty Puchar), ale jest też zapraszana na południe – do Copa America. Dzięki temu piłkarze z tego kraju mogą zagrać na dwóch kontynentalnych imprezach.
Jednym z nich jest Randall Brenes, który tego lata wzmocnił Chazara Lenkoran. Siedem ze swoich 22 występów w narodowej kadrze napastnik zanotował na turniejach.
Debiut na mistrzostwach miał świetny: w 2005 roku strzelił dwa gole w meczu z Kubą (potem bez gola skończył boje z USA i Hondurasem). Rok temu na Gold Cup zagrał znowu z Kubą, ale swoją jedyną bramkę, za to na wagę punktu zdobył w 95. minucie meczu z Salwadorem!

O ile z tego występu może być zadowolony, to nie wspomina mile wizyty na Copa America. Już w 28. minucie meczu z Kolumbią wyleciał z czerwoną kartką, a spotkanie, które mogło sensacyjnie wyrzucić argentyńskich gospodarzy z turnieju skończyło się klęską Kostaryki 0:3.

A bardzo wierzyłem, że perełka Joel Campbell i jego kumple dadzą radę.

Pomimo trafień na mistrzostwach kontynentu, cały świat podziwiał jego gola w spotkaniu towarzyskim. Bo był to gol strzelony Hiszpanii, po błędzie Ikera Casillasa. Brenes dał Kostaryce prowadzenie 1:0, a mistrzowie świata i Europy uratowali remis 2:2 w ostatniej minucie.

Na arenie klubowej Randall Brenes strzelał gole do tej pory gole tylko w kostarykańskim CS Cartagines i norweskich Bodo/Glimt i Kongsvinger.

W dużo mocniejszej lidze miał za to okazję wystąpić Adrian Pit. Rumun, którego grę lewą nogą bardzo chwalił trener Lecha Poznań Mariusz Rumak, ma na koncie trzy oficjalne występy w pierwszym zespole AS Roma! W sezonie 2009/2010 zagrał dwa mecze Serie A (Livorno, Siena) i jeden Pucharu Włoch (Triestina) obok takich graczy jak Daniele De Rossi, Simone Perotta, Mirko Vucinić, Philippe Mexes, John Arne Riise i Juan. Trener Claudio Ranieri nie delegował więc Adriana Pita na boisko w meczach o niskiej randze czy pośród zastępu rezerwowych. Pit w koszulce Romy wygląda tak.

Adrian Pit, AS Roma

Rumun był wypożyczany z Rzymu do Pisy i Triestiny, przed przyjazdem do Włoch był gwiazdą w na zapleczu szwajcarskiej ekstraklasy, w AC Bellinzona. W ojczyźnie reprezentował UT Arad i Universitateę Cluj (nie mylić z CFR Cluj, uczestnikiem Ligi Mistrzów), z którego na początku 2011 roku trafił do Azerbejdżanu. To rumuński skrzydłowy miał asysty w spotkaniu poprzedniej rundy z estońskim Nomme Kalju.

Rumunem, który dyryguje obroną Chazara jest Adrian Scarlatache. W maju jego gol w finale Pucharu Rumunii był jedynym, dzięki czemu Dinamo Bukareszt było lepsze od Rapidu.

Z reprezentantów Azerbejdżanu w Chazarze Lenkoran polscy kibice powinni kojarzyć jedno nazwisko. Branimir Subasić, napastnik urodzony w Belgradzie, jednego z goli w kadrze zdobył przeciwko Polsce (w Baku w 2007 r. Polacy wygrali 3:1).

Subasić w meczach z Kalju Nomme zdobył dwa gole, a Scarlatache i Rusłan Abisow – po jednym. Stawiam manata, że Lechowi Poznań też coś strzelą.

B.

Waldemar Fornalik i reprezentacja B

Tytuł być może brzmi przewrotnie, ale bynajmniej nie chodzi o deprecjonowanie osoby świeżo upieczonego coacha kadry, ani nawet o deprecjonowanie zasobów ludzkich, którymi będzie w niej zarządzał:)

Życiorys nowego selekcjonera naszej kadry został już prześwietlony ze wszystkich stron. Jedną z najczęściej podawanych informacji jest ta, że Waldemar Fornalik jako piłkarz był zaledwie solidnym ligowcem i nigdy nie zagrał w reprezentacji Polski. To prawda, ale…

W 1993 roku Ruch Chorzów był chyba najbardziej wędrowniczą drużyną na świecie. Pielgrzymował on bowiem – co zabawne, w trakcie sezonu ligowego – od Azji do Ameryki Północnej i rozgrywał mecze towarzyskie, które nie śniły się nawet najbardziej pijanym filozofom. W ramach tej intergalaktycznej objazdówki jesienią 1993 roku Niebiescy pod wodzą Edwarda Lorensa najpierw dwukrotnie zmierzyli się w Teheranie z reprezentacją Iranu (0:1 i 3:1 po golach Mirosława Mosóra, Mariusza Śrutwy i Romana Dąbrowskiego). Potem wrócili nad Wisłę rozegrać mecz ze Stalą Stalowa Wola (1:0), po czym… polecieli do Stanów Zjednoczonych, by w Oakland nad zatoką San Fransisco zagrać z pierwszą reprezentacją Meksyku! Ba, Meksyku, który był finalistą Copa America 1993. Co ważne, na konfrontację z nią Ruch Chorzów został namaszczony przez PZPN na reprezentację Polski B, a samo spotkanie zyskało oficjalny międzynarodowy charakter. Meksykańska federacja zaprosiła bowiem chorzowiam, opłaciła koszty eskapady i podzieliła się zyskami tylko pod warunkiem gry pod szyldem rezerw kadry narodowej.

Przeciwnicy Polaków wystawili wówczas swój najsilniejszy skład z takimi ówczesnymi asami jak Campos, Ramirez, Bernal czy Alves Zague. Wszyscy oni zagrali później na MŚ 1994. Polska B/ Ruch Chorzów delegowała natomiast następującą jedenastkę:

Zdjęcie wykonane na wystawie z okazji 90-lecia Ruchu Chorzów

Uważne oko dojrzy w niej oczywiście… Waldemara Fornalika! Na fotografii klęczy pierwszy z lewej. Poza nim zagrali: (stoją od lewej) Grzegorz Wagner, Jacek Bednarz, Piotr Mosór, Mirosław Jaworski, Dariusz Fornalak oraz (klęczą od lewej) nasz bohater, Roman Dąbrowski, Adam Kryger, Piotr Lech, Michał Probierz (potem zmienił go Mirosław Mosór) i Dariusz Gęsior.

W meczu tym padł remis 0:0, a że chodziło o show, to po upływie 90 minut zarządzono… rzuty karne! W nich lepsi okazali się Polacy. Do bramki trafili bowiem: Jaworski, Wagner, Dąbrowski, Bednarz i Gęsior. Z rywali pomylili się Ramirez Perales i Alves Zague. Według depeszy PAP ”bohaterem meczu był w zespole z Chorzowa bramkarz Piotr Lech, który pod koniec spotkania obronił strzały Ignacio Ambriza i Alvesa.

Waldemar Fornalik ma więc namiastkę biało-czerwonego szlifu. Ubogą, ale ma. Oby jako selekcjoner reprezentował już Polskę pełną gębą. A na mistrzostwach świata 2014 w Brazylii znów pokonał Meksyk w konkursie jedenastek.

P.

Jak Maradona ratował honor Serie A. Niezapomniany mecz: liga włoskaliga polska 1988

Legia Warszawa – Cagliari o Puchar… Polonii 1 

Kadra z Fornalikiem. Co kibic zrobi z szalikiem?

Waldemar Fornalik i Franciszek Smuda, nowy i stary selekcjoner reprezentacji Polski

Tytułowy rym rakowsko-częstochowski jest oczywiście niepotrzebny, ale nasunął mi się sam, bo od czasu, gdy dopadł mnie ból istnienia po meczu Polska – Czechy, smutno zerka na mnie pozostawiony w pokoju biało-czerwony szalik naszej reprezentacji. Głęboko chować go do szafy nie mam zamiaru, na tsunami kibicowskiej frajdy związanej z Euro 2012 postanowiłem bowiem w końcu regularnie jeździć na boje polskiej kadry o punkty.

Pisząc o nominacji Waldemara Fornalika na selekcjonera nie chcę powtarzać (choćby po świetnych tekstach Michała Kołodziejczyka w Rzepie czy chłopaków ze Śląsk.Sport.pl), że spokojny, że fachowy, że słucha klasycznej, ale, że bez styczności z wielką presją i bitwami międzynarodowymi. Bardziej zastanawiam się, jak duży kredyt zaufania dostanie on od polskich kibiców.

Według sondy na stronie głównej Sport.pl jego nominację za dobry pomysł uważa ok. 57 procent głosujących (wynik przy prawie 3 tys. głosów, 43 proc. na ”nie”, bez rubryki ”nie mam zdania”), co uważam za wynik jednak dość niski. Nawet przy założeniu, że część ankietowanych – słusznie – chętniej widziałaby na stołku zagranicznego trenera z sukcesami (ale to, jak wiemy, trzeba włożyć między Andersena a braci Grimm).

Choć nie mam żadnych danych liczbowych, to nie opuszcza mnie wrażenie, że po nominacjach poprzednich selekcjonerów entuzjazm w narodzie był jednak dużo większy.

Franciszek Smuda od razu uruchomił lawinę wspomnień zawałowych końców meczów Widzewa Łódź (w kwestii budowania wizerunku wiele zawdzięcza komentarzowi Tomasza Zimocha z Broendby) i Lecha Poznań. Sam też zresztą jego kultowe teksty na Zczuba spisywałem. I nie wiem jak to jest, ale aura cudotwórcy – dla wielu – go nie opuszcza, bo jak inaczej nazwać gloryfikowanie dwóch punktów i podejmowanie jego drużyny, ostatniej w grupie śmiechu na Euro 2012, przez prezydenta i premiera?

Leo Beenhakker radochę musiał budzić przez sam fakt nie bycia Stefanem Majewskim i bycia obcokrajowcem, który pracował w największym klubie świata i jednej z największych reprezentacji świata (czyli Realu Madryt i Holandii, przy czym – przypomnijmy – bez sukcesów). Był takim wujkiem z lepszego świata, z Ameryki, który mówił po angielsko-polsku (szkoda, że z czasem Krok po kroku, little by little zmienił w Surprise, surprise Pazdan i Fucking Jeleń).

Dowcip z Pawłem Janasem i Zbigniewem Bońkiem polega na tym, że ten pierwszy wydawał się oazą spokoju (zwłaszcza dla zawodników…) i jakąś gwarancją solidności (ćwierćfinał Ligi Mistrzów z Legią) po tym, jak ten drugi – jeden z najlepszych polskich piłkarzy w historii – okazał się jednym z najgorszych selekcjonerów. W Bońka-selekcjonera zaraz po nominacji jakoś głupio było nie wierzyć. To jednak Boniek. No i zespół miał mieć praktycznie ułożony po Jerzym Engelu (tylko na mistrzostwach jakoś nie udało się wyjść z grupy – jak teraz).

A największe hip-hip-hurra, nawet z wygraną w audiotele słyszał w 1997 roku (to już prawie 15 lat, matko!) oczywiście Janusz Wójcik.

Waldemar Fornalik ma więc – zdaje mi się – kredyt zaufania kibiców podobny do Jerzego Engela z końca 1999 roku, dużo mniejszy od jego następców. A od Engela ciut większy, bo wtedy fani chcieli przecież Franciszka Smudę (a ten już ustalał swój sztab szkoleniowy).

To, że ludzie podchodzą do selekcjonera-elekta z pewną taką nieśmiałością wynika głównie z tego, że do tej pory wykonywał dobrą i solidną, acz mało efektowną robotę – o inną w warunkach Ruchu Chorzów trudno. Trenerowi nie wypada mieć pretensji do Legii Warszawa, Wisły Kraków i Lecha Poznań, że go nie zatrudniły, ale kibice tych klubów – moim zdaniem – mogą mieć do ich szefów anse. W ostatnich trzech sezonach biedny Ruch Fornalika wyprzedził przecież bogatą Legię dwa razy, a Wisłę i Lecha raz, za to w minionym sezonie. Osobiście szkoleniowca miałem ochotę przyjąć w Poznaniu z otwartymi ramionami (zwłaszcza, gdy pracę dostawali Jacek Zieliński i Jose Bakero), ale nie wpadły na to władze klubu, choć przecież znają jego fachowość z czasów Amiki Wronki.

Kalendarz eliminacji do brazylijskiego mundialu (fatalny kalendarz, na co jeszcze w listopadzie zwracał uwagę Marek Wawrzynowski) sprawia, że reprezentacja Waldemara Fornalika nie może wygrywać potem, tylko musi tu i teraz, ewentualnie za momencik. Jesienią kadra gra z Czarnogórą na wyjeździe, a potem podejmuje Mołdawię i Anglię u siebie. W tym rozdaniu drugie miejsce nie daje nawet gwarancji gry w barażach, więc marząc o awansie, na własnym boisku trzeba bezwzględnie wygrywać. Jeśli remis w spotkaniu z Anglikami będzie siódmym zdobytym punktem będzie można go uznać za – tymczasowo – zwycięski remis (choć po Euro instytucję tę znienawidziłem jeszcze bardziej). Kampanię kadra będzie kończyła czteroma wyjazdami (z pięciu), więc potknięcia na jej progu mogą skutkować nie tylko zawaleniem eliminacji, ale też pogrzebaniem całego fantastycznego kibicowskiego potencjału, jaki narodził się podczas Euro 2012.

Bo choć fani futbolu (i kadry) podczas mistrzostw rozmnażali się przez pączkowanie (sam znam pięć osób, które wcześniej do piłki podchodziły z obojętnością czy wręcz niechęcią, a na polskim turnieju oglądały każde spotkanie z wypiekami jak na kreskówkach), to nie opuszcza mnie wrażenie, że po jednym-dwóch niepowodzeniach ich koszulki i szaliki w narodowych barwach powędrują w czeluść szafy lub wręcz na allegro.

Waldemar Fornalik nie może do tego dopuścić.

B.

PS Mam swojego kandydata na selekcjonera na eliminacje mundialu w Katarze – oczywiście po odejściu Waldemara Fornalika po trzech udanych turniejach. Robota jak każda inna – jak Mariusz Rumak zostawał trenerem Lecha Poznań

Kolejka do topu, czyli kto błysnął na EURO 2012

Jak PZPN (nie) rozmawiał z zagranicznymi kandydatami na selekcjonera

Dziś PZPN ogłosi, kto zostanie selekcjonerem reprezentacji Polski. Jeśli nie zostanie nim Waldemar Fornalik (moim zdaniem najlepszy krajowy kandydat), spadnę z krzesła. A prędzej na czole wyrośnie mi kran niż PZPN da prowadzić kadrę zagranicznemu szkoleniowcowi. 

Dla wykazania swoich szerokich horyzontów związek znów pochwalił się rozmowami z zagranicznym kandydatem, który nic o tym nie wiedział (Berti Vogts). Wygrzebałem swój tekst napisany dla Zczuba (przy okazji wyboru Franciszka Smudy we wrześniu 2009 r.) i konsekwencji PZPN odmówić nie można. W nieprofesjonalnym podejściu do zagranicznych kandydatur.

Zagraniczni trenerzy, owszem, bywają dobrzy, ale źli także

– Do PZPN nadchodzą faksy z różnych stron świata (…) odezwał się Clemente oraz jakiś szwajcarski trener, którego nazwiska nie pamiętam – mówił Zdzisław Kręcina po mundialu w Korei i Japonii. Dzięki przeszłym wyborom selekcjonerów możemy sobie wyobrazić jak wyglądają obecne kontakty na linii związek-trenerzy z zagranicy. A lista nazwisk trenerów jest miejscami bardzo ciekawa.

Mniej lub bardziej poważnie nad kandydatami z zagranicy zaczęto się w Polsce zastanawiać po objęciu schedy w związku przez Michała Listkiewicza, gdy nie przedłużono umowy z Januszem Wójcikiem. Prezesa Listkiewicza już nie ma, ale związek raczej pozostał taki sam, więc opis poniższych przypadków nie powinien stracić na aktualności. A faktem jest, że znów kilku panów o dość znanych nazwiskach (mimo wszystko Grant, Zaccheroni, Clemente, Aguirre) do związku się zgłosiło [mówimy o wrześniu 2009 r.]. Oto z kim w przeszłości PZPN prowadził rozmowy, kto szybko za nie podziękował, a kto na telefon się nie doczekał.

Listopad 1999 (selekcjonerem wybrany Jerzy Engel)

Najpoważniejszym kandydatem do objęcia kadry był prowadzący Legię Franciszek Smuda. Obowiązki selekcjonera miał zacząć pełnić od czerwca – do końca sezonu prowadząc warszawski klub. W TOP 3 znalazł się poza tym Edward Lorens i ostateczny zwycięzca – Jerzy Engel. Paweł Janas zrezygnował ze względu na kłopoty zdrowotne.

Wcześniej PZPN rozmawiał też wstępnie z trzema trenerami z zagranicy. – To było tylko sondowanie ich opinii na temat pracy z kadrą, nie miało nic wspólnego z pytaniem wprost: czy pan chce – wyjaśniał prezes Listkiewicz.

Wiadomo, że odmówił pochodzący z Bośni Ivica Osim (z Jugosławią ćwierćfinał MŚ 1990, potem Panathinaikos, ze Sturmem Graz dwa mistrzostwa ; w latach 2006-07 kadra Japonii).

Tygodnikowi ”Piłka Nożna” (46/99) Osim mówił:

– W połowie października otrzymałem faks, który zawierał informację o nie przedłużaniu umowy z dotychczasowym selekcjonerem. Zostałem także powiadomiony, że wasza federacja widzi między innymi mnie, jako ewentualnego następcę Janusza Wójcika. (…) Nie chodzi o to, że kategorycznie nie chcę prowadzić waszej kadry. Po prostu w Sturmie nie wykonałem jeszcze wszystkiego, co sobie wyznaczyłem. Nie mogę opuścić drużyny w trakcie rozgrywek. (…) Nie chciałbym też zmuszać do przeprowadzki mojej rodziny, która w Austrii czuje się bardzo dobrze. Oprócz tego obawiam się bariery językowej.

Nie wiadomo, czy pozostałych dwóch panów, których związek sondował, wykazało jakiekolwiek zainteresowanie ofertą. Wiadomo, kto na telefon z numeru zaczynającego się na +48 czekał, dzieląc się tym uczuciem z polską prasą.

Co tu kryć, osiągnięcia Anghela Iordanescu robiły wrażenie: jako grający asystent – zwycięzca Pucharu Mistrzów (Steaua 1986), jako selekcjoner Rumunii – ćwierćfinał (1994) i 1/8 finału (1998) mistrzostw świata.

Iordanescu opowiadał:

Po uzgodnieniu szczegółów z władzami waszego związku, zrobiłbym to [objął kadrę] z największą radością. Ale póki co, telefon z Polski nie dzwoni.

I raczej nie zadzwonił. A Rumun i tak miał dobrze, bo dostał furę pieniędzy od arabskiego Al-Hilal.

Dość ciekawa wypowiedź (dla ”Piłki Nożnej”) wiąże się z przytaczanym wówczas w mediach nazwiskiem Seppa Piontka. Niemiec zdobył z Danią na Euro 1984 brązowy medal, a w 1999 roku pracował… No właśnie, to jest ciekawe.

– Jestem zatrudniony w piłkarskim związku Grenlandii. Pomagam mu w przyjęciu do UEFA i FIFA (…) Na pewno bym się nad tym zastanowił i rozważył przedstawioną ofertę. Jednak muszę zauważyć, że jestem związany kontraktem z federacją Grenlandii i tylko bardzo ciekawa propozycja mogłaby mnie skusić do zmiany miejsca pracy.

Absolutnie wirtualnym kandydatem był Słowak Dusan Uhrin. Trochę śmieszne, trochę straszne było to, że PZPN do jakichś rozmów z nim się przyznawał, a były trener reprezentacji Czech o tym w ogóle nie wiedział, ba trzy tygodnie przed ogłoszeniem nazwiska selekcjonera podpisał kontrakt w Kuwejcie. W podobnych kategoriach (trochę szumu, żadnych konkretów) pisać można chyba też o Josefie Venglosu, wówczas trenującym Celtic Glasgow.

Czerwiec / lipiec 2002 (selekcjonerem wybrany Zbigniew Boniek)

Po mundialu w Korei, proces wyboru trenera kadry można sprowadzić do ”jeśli zechce, będzie Boniek”. A że ”Zibi” do końca przekonany nie był, na wszelki wypadek rozpatrywano też inne oferty. Z będącymi wówczas na topie, Henrykiem Kasperczakiem i Dragomirem Okuką, prezes Listkiewicz rozmawiać jednak nie chciał (”Nie chcemy osłabiać najlepszych polskich klubów. Kibice mieliby mi za złe, gdybym trzy tygodnie przed rozpoczęciem sezonu zabrał tym drużynom jej najlepszych „zawodników”. Łączenie pracy w reprezentacji z pracą w klubie nie wchodzi w rachubę. Dlatego zamierzam porozmawiać z tymi, którzy nie mają takiego problemu”).

Pod koniec czerwca zgłosił się Bask Javier Clemente.

Jako trener zasłynął w 1983 roku, gdy doprowadził Athletic Bilbao do pierwszego tytułu mistrza Hiszpanii od 27 lat, a rok później zdobył z nim Puchar Hiszpanii i Superpuchar. W 1988 r. z Espanyolem dotarł do finału Pucharu UEFA. Tyle dobrego, bo ukoronowaniem jego przygody z hiszpańską kadrą narodową (1992-98) był brak wyjścia z grupy na francuskim mundialu i porażka z Cyprem na inaugurację eliminacji Euro 2000. Listkiewicz:

– To dobry trener, ale nie powiem, żebym wpadł w euforię z powodu tej wiadomości. Nie uważam, by Clemente był dużo lepszy od kręgu osób, które wytypowaliśmy do rozpatrzenia. Zbigniew Boniek, Werner Liczka, Stefan Majewski, Dariusz Wdowczyk i jeszcze jeden znany trener z b. Jugosławii, który odnosił sukcesy i jako piłkarz, i jako szkoleniowiec.

Kim był ów tajemniczy człowiek z Bałkanów? Tego nie udało się dociec. Być może wrócono do pomysłu Ivicy Osima. W każdym razie, prezes zastrzegał potem, że nie był to były trener Słowenii Srecko Katanec:

– Na jego temat rozmawiałem z działaczami słoweńskimi i mówili, że jest konfliktowy.

Jest jeszcze zabawna wypowiedź Zdzisław Kręciny dla ”Gazety”:

Do PZPN nadchodzą faksy z różnych stron świata (…) odezwał się Clemente oraz jakiś szwajcarski trener, którego nazwiska nie pamiętam.

(”…kolega Brzęczkowski, kolega Kopytniak i ten kolega z trzeciej ławki, którego nie znam z nazwiska…”)

Gdyby Boniek nie zdecydował się na fuchę, selekcjonerem zostałby Werner Liczka, prowadzący wtedy czeską młodzieżówkę.

”Gazeta” pisała wówczas:

Jeśli nie zgodzi się Zbigniew Boniek, prawdopodobnie zostanie nim Czech Werner Liczka.
– Ja już się zdecydowałem, ale wszystko teraz zależy od prezesa Listkiewicza. Nikt mi nie obiecał, że zostanę trenerem reprezentacji Polski, ale do niedzieli pan Listkiewicz powie mi, czy dostanę tę funkcję. Było to bardzo konkretne spotkanie. Mieliśmy takie same spostrzeżenia.

Grudzień 2002 (selekcjonerem wybrany Paweł Janas)

Po dymisji Bońka, (bardzo) tymczasowym selekcjonerem został jego asystent, Stefan Majewski. W porównaniu do obecnej sytuacji wiadomym było, że kadra rozegra styczniowe mecze już pod okiem stałego trenera. A Majewski, choć był murowanym kandydatem, selekcjonerem wówczas nie został.

”Gazeta” (9.12.2002):

Czterech Polaków (w tym Jerzy Engel i Stefan Majewski, ale nie Henryk Kasperczak, Mieczysław Broniszewski czy Janusz Wójcik) oraz jeden szkoleniowiec z zagranicy (nie z krajów Europy Środkowo-Wschodniej i nie Werner Liczka) – to kandydaci na selekcjonera reprezentacji Polski

Mam już w głowie pewną koncepcję, może zaskakującą, ale na pewno nie wyciągnę królika z kapelusza – mówi „Gazecie” prezes PZPN Michał Listkiewicz. Na pewno koncepcją tą nie jest zatrudnienie Bertalana Bicskeia. Informacja o jego kandydaturze pojawiła się ostatnio w węgierskich gazetach. – To bomba medialna – mówił Listkiewicz.

Do PZPN wpłynęło też pismo od menedżera byłego trenera reprezentacji Norwegii Egila Olsena [w latach 1990-98 z europejskiego kopciuszka stworzył pogromców Brazylii].

„Drillo” był zainteresowany pracą w Polsce. – Poprosiłem tego menedżera, by przysłał CV Olsena oraz ofertę i warunki, na jakich byłby gotów tu pracować – tłumaczy Listkiewicz.

Cztery dni później, o kandydaturze Norwega nie było już mowy. Henryk Apostel po posiedzeniu Wydziału Szkolenia:

– Rozmawialiśmy o kandydatach na stanowisko selekcjonera. Jest ich pięciu, wszyscy z Polski. Nazwiska? Panowie żartują. Po analizie odrzuciliśmy cztery kandydatury z zagranicy. Obcokrajowcy nie znają polskiej mentalności, polskiej ligi, polskich piłkarzy, polskich przyzwyczajeń… Zagraniczni trenerzy, owszem, bywają dobrzy, ale źli także.

Czerwiec/lipiec 2006 (selekcjonerem wybrany Leo Beenhakker)

Tym razem sprawa była postawiona jasno przez prezesa Listkiewicza. Zagraniczny i basta!

Spróbujmy trenera zagranicznego, zobaczmy, jak smakuje. Mam nadzieję, że uda się pozyskać dobrego fachowca z uznanym nazwiskiem. Rozmawiałem już z czterema kandydatami. Wszyscy mówią „tak”, ale zastrzegają, że jeśli ich nazwiska pojawią się w gazetach, zerwą rozmowy.

Oto czwórka, którą podała ”Gazeta” (piątym kandydatem, jedynym z Polski, był – jakże inaczej – Stefan Majewski ; w tym gronie nie ma Avrama Granta, który jak powiedział ostatnio Listkiewicz, był poważnym kandydatem):

Branko Ivanković51 l., przez ostatnie cztery lata był selekcjonerem Iranu, wcześniej trenował m.in. Hanower. Był asystentem Mirko Jozicia w reprezentacji Chorwacji.

Luka Bonacić51 l., pracował m.in. w Iranie. W trakcie ostatniego sezonu trafił do Hajduka Split. Nie odniósł sukcesu, został pobity przez chuliganów i po czterech miesiącach zrezygnował.

Christoph Daum53 l. były trener Bayeru Leverkusen, klub opuścił w atmosferze skandalu po ujawnieniu, że zażywał kokainę. Ostatnio pracował w Fenerbahce.

Leo Beenhakker. W tym miejscu kilka zdań o zatrudnieniu Holendra z newsweekowej książki ”Leo Zawodowiec. Jak Beenhakker odmienił Polaków”:

– Słuchaj, Leo, mam takie pytanie – zaczął de Zeeuw. – Zostałbyś selekcjonerem polskiej kadry? Beenhakker: – A jesteś w stanie to załatwić? Jeśli tak, to jestem zainteresowany.

Nazajutrz de Zeeuw zadzwonił do Michała Listkiewicza, który wcześniej, jeszcze w trakcie mundialu, podczas pobytu w Hannoverze, starał się wysondować Leo (…) De Zeeuw i Listkiewicz wspólnie wyjechali do Niemiec, gdzie w siedzibie SportFive spotkali się z Beenhakkerem. Negocjacje nie były długie.

B.

Gdzie PZPN ma polskie godło, czyli orzełkowym skrytożercom mówimy nie! 

Gdzie PZPN mógłby wysłać faks z pytaniem o mecz towarzyski?

Legia Warszawa – Cagliari o Puchar… Polonii 1

Czapka Grzegorza Laty 

Trzy pierwsze rzuty karne reprezentacji Polski: Klotz, Batsch, Steuermann

Kolejka do topu, czyli kto błysnął na EURO 2012

Kiedyś mistrzostwa Europy były niczym PeWuKa. Zjeżdzały się na nią reprezentacje z całego kontynentu, pokazywały co mają najlepszego i później zaczynało się wielkie handlowanie. Wydaje mi się, że stan ten utrzymywał się do połowy lat dziewięćdziesiętych, w porywach do ich końca. Później rynek stał się na tyle wydrenowany, że Euro, nie było już w stanie zaproponować nic odkrywczego światowemu futbolowi. Turniej w 2004 roku i zwycięstwo Grecji to triumf żelaznego monolitu bez gwiazd (co zawojowali po EURO 2004 Dellas, Zagorakis czy Charisteas?). EURO 2008 potwierdziło dobrze wszystkim znaną już klasę największych ekip: Hiszpanii, Niemiec, Portugalii i wyjątkowo niespodziewanie Turcji.

Tegoroczna impreza to także piękny popis największych światowych asów: bezbłędnych Iniesty, Xaviego i spółki, Cristiano Ronaldo, Buffona czy Ozila. Piłkarskich objawień przemodelowujących piłkarską hierarchię pojawiło się niewiele, ale, mimo to kilku ciekawych, a przedtem mniej znanych zawodników można było dojrzeć.

Z mojej perspektywy największym powiewem świeżości była reprezentacja Czech. To w niej występował najlepszy moim zdaniem prawy obrońca turnieju – Theodor Gebre Selassie (ur. 1986). Pisałem już o nim tutaj, więc w tym momencie stwierdzę tylko, że w jego przypadku etiopski gen widoczny jest nie tylko na poziomie koloru skóry, ale również w mocy biegowej. Chłop musi mieć płuca pojemności kanistra z benzyną, bo przez pełne 90 minut orał od pola karnego do pola karnego. Łukasz Piszczek wyglądał przy nim niczym człowiek chory na suchoty. Potwierdzeniem jego klasy może być również to, że jeszcze w trakcie mistrzostw przeniósł się do Werderu Brema.

Szalenie ciekawych zawodników Czesi mieli również w pomocy. Nad duetem z Viktorii Pilzno – Vaclav Pilar (ur. 1988) i Daniel Kolar (ur. 1985) – rozpływali się już wszyscy, więc ja tylko wspomnę, że i mnie wpadli w oko, szczególnie ten pierwszy. Popisy obu jednak bledną przy Petrze Jiracku (ur. 1986)! Zawodnik ten w pierwszej połowie ćwierćfinałowego spotkania z Portugalią stwarzał większe zagrożenie niż Cristiano Ronaldo. Mimo że ten gracz o iście czeskiej fryzurze od roku występuje już w Wolfsburgu, to nie miałem jeszcze przyjemności o nim usłyszeć. Teraz będę nadsłuchiwał uważniej.

Przyznaję też, że nigdy przedtem nie widziałem Jordiego Alby (ur. 1989). To pewnie dowód ignorancji z mojej strony, bo to przecież – jeszcze do niedawna – defensor Valencii, ale tym bardziej się więc cieszę, że wreszcie zobaczyłem tego ultraofensywnego lewego obrońcę. Defensor La Furia Roja stanowi chyba największe odkrycie EURO 2012 i FC Barcelona stanowi chyba właściwe miejsce dla jego dalszego rozwoju.

Z wielką gracją po boiskach hasał Ałan Dżagojew (ur. 1990), ale jego pamiętam już sprzed… czterech lat. Wtedy to w barwach CSKA Moskwa przydzwonił bramkę Kolejorzowi w meczu Ligi Europy. Trochę podobnie rzecz się ma z Mario Mandzukiciem (ur. 1986). O nim z natomiast było głośno w Poznaniu, gdy kilka lat temu miał on zasilić Lecha Poznań. Koniec końców trafił on do Wolfsburga, a od kilku dni jest już piłkarzem Bayernu Monachium. Cóż, pewnie nie żałuje, że nie przeniósł się do stolicy Wielkopolski.

Jedna dobra zmiana w meczu z Grecją, to jeszcze za mało, by obwołać Marco Reusa (ur. 1989), ale dodając do tego jeszcze trzy jego ostatnie sezony w barwach Borussii Moenchengladbach – już można pokusić się o takie stwierdzenie. W reprezentacji Ukrainy przebłyski dużych umiejętności dali dwaj młodzi zawodnicy linii środkowej: Jewhen Konoplanka (ur. 1989, w pewnych kręgach nazywany też Konopielką) oraz Andrij Jarmołenko (ur. 1989). Z takimi zawodnikami nasi wschodni sąsiedzi mogą nie zażywać nerwosolu na myśl o eliminacjach do MŚ 2014. W kontekście gospodarskim, to oczywiście ogromnym odkryciem turnieju jest także nasz Przemysław Tytoń (ur. 1987), ale o nim napisano już wszystko, co można było napisać.

Ciekawie pokazał się były gracz Ajaxu Amsterdam, a obecnie Broendby – Michael Krohn-Dehli (ur. 1983). Zawodnik ten strzelał niezwykle ważne dla Duńczyków bramki w końcówce eliminacji. Na EURO 2012 również trafił i to dwukrotnie. Szczególnie gol z Holendrami było palce lizać. Może jeszcze spróbuje sił poza Półwyspem Jutlandzkim?

A jak już jesteśmy przy takich mocno trzymających się na nogach knypkach, to w beznadziejnej Irlandii rzucił mi się w oczy Simon Cox (ur. 1989). Choć swoją grą niezbyt wiele wniósł do zagadnienia pod tytułem „zielona ofensywa”, to o każdą piłkę walczył, jakby to miał być jego ostatni kontakt z futbolówką w życiu. Dobre i to.

Osobny przypadek to Riccardo Montolivo (ur. 1985). Piłkę na najwyższym poziomie kopie on już dobrych kilka lat (IO 2008, Puchar Konfederacji 2009, MŚ 2010), ale nigdy jeszcze nie kopał jej tak dobrze jak podczas EURO 2012.

Podsumowując, w europejskiej piłce z pewnością nie doszło do nowego rozdania, w którym młodzież podsiadła na stołkach uznanych już zawodników. Ale kolejka do tych stołków już się utworzyła.

P.

Jakie piękne Euro cz.1



O zakończonych późnym niedzielnym wieczorem piłkarskich Mistrzostwach Europy powiedziano i napisano już wiele. Wiadomo – Euro 2012 było spoko. Jednak nim pochłoną nas, nie bez reszty zapewne, boje pokroju tego, czekającego nas w Tałdykorganie pod chińską granicą i nim na dobre ugrzęźniemy potem w szarzyźnie naszej ligowej kopaniny, warto raz jeszcze, z kilkudniowej oddali, dzielącej nas od kijowskiego finału, rzucić za siebie ostatnie tęskne spojrzenie, by ponownie zachwycić się tym wszystkim, co dane nam było przeżyć na polskiej i ukraińskiej ziemi na przestrzeni ostatniego miesiąca.

Przez całe długie dziesięciolecia nie było pisane biało-czerwonym, aby zaznać smaku uczestnictwa w tej najważniejszej ze wszystkich sportowych imprez rozgrywanych na Starym Kontynencie (choć kilkukrotnie bywaliśmy niemal o włos od upragnionego awansu – do Euro 1976, 1980 czy nawet 1992, kiedy to przez ponad pół godziny mogliśmy poczuć się faktycznymi finalistami szwedzkiego turnieju). Całe kolejne pokolenia naprawdę wybitnych polskich piłkarzy musiały prędzej czy później pożegnać się z marzeniami o występie na Euro. Gdy wreszcie, po wielu dekadach wyczekiwania, wprowadził nas na ów upragniony turniej Holender Leo Beenhakker, kończyliśmy udział w nim z poczuciem sporego niedosytu, jednym punktem i zaledwie jedną zdobytą bramką na koncie (będącą zresztą udziałem naturalizowanego Brazylijczyka Rogera Guerreiro, w dodatku uzyskaną z ewidentnej pozycji spalonej). Jednak na wiosnę 2007 roku zostaliśmy wraz z Ukraińcami obdarowani wspaniałym prezentem – możliwością zorganizowania piłkarskich Mistrzostw Europy u siebie, w Polsce. Zaczęło się oczekiwanie na największe futbolowe święto, jakie kiedykolwiek miało się wydarzyć w naszym kraju. I wydarzyło się. Uczestniczyliśmy, jako gospodarze, w naprawdę pięknej, emocjonującej, niezapomnianej imprezie.

W uczynieniu z Euro 2012 turnieju sportowo wspaniałego, wyjątkowego i historycznego, ogromne zasługi położyli niewątpliwie jego ostateczni zwycięzcy – reprezentacja Hiszpanii. Piłkarze Vicente del Bosque (nie było przed nim trenera, któremu udałoby się wywalczyć na przestrzeni zaledwie 2 lat zarówno tytuł Mistrza świata, jak i Mistrza Europy) dokonali czegoś wręcz niebywałego, czegoś, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej, a co czyni ich najlepszą drużyną w całych dziejach futbolu. Udało im się bowiem nie tylko obronić tytuł Mistrza Europy, lecz wygrać też trzecią pod rząd wielką imprezę, udowadniając po raz kolejny, że obecnie na piłkarskim globie, drużyna ta po prostu nie ma sobie równych. I pomyśleć w jakże odmiennym miejscu na futbolowej mapie Europy znajdowali się Hiszpanie jeszcze dokładnie 20 lat temu.

Dla tzw. Siódemki Wspaniałych (Iker Casillas, Sergio Ramos, Xabi Alonso, Andres Iniesta, Xavi Hernandez, Cesc Fabregas, Fernando Torres) kijowska wiktoria nad Italią, była już trzecim z rzędu wygranym, wielkim finałem na mistrzowskim turnieju. Muszę przyznać, że dziwiły mnie, a może nawet nieco śmieszyły narzekania na grę Hiszpanów na Euro 2012. Owszem, pewnie momentami dało się dostrzec przemęczenie ciężkim sezonem w boiskowych poczynaniach Silvy, Xaviego czy Iniesty, ale zespół ten grał od pierwszego do przedostatniego spotkania (do przedostatniego, bo w ostatnim zagrał co najmniej zjawiskowo) po prostu dobrze (w meczach z Irlandią oraz Francją wręcz znakomicie), będąc świadomy, że bierze udział w długim, wyczerpującym turnieju i z tego powodu bardzo umiejętnie gospodarując własnymi siłami. Fakt, że Hiszpanie najlepszy swój mecz zagrali właśnie w finale świadczy o tym nader dobitnie.

Największym bohaterem pośród wszystkich hiszpańskich bohaterów na tej imprezie był niewątpliwie Iker Casillas – dla mnie najlepszy gracz Euro 2012. Iker to postać zupełnie wyjątkowa we współczesnym futbolu i choć wszyscy zdążyliśmy się już przyzwyczaić do jego ogromnej klasy (w Polsce i na Ukrainie rozegrał przecież swój szósty wielki turniej), to jednak golkiper madryckiego Realu wciąż na nowo potrafi nas zadziwić i oczarować. Na Euro bronił wręcz rewelacyjnie, rywalom udało się go pokonać tylko raz, w gdańskim meczu z Italią. Potem nie pozwolił już do samego końca imprezy, by siatka zawieszona na jego bramce zatrzepotała po zetknięciu z piłką. Zachowanie czystego konta przez ponad 510 minut na imprezie tej rangi, w meczach przeciwko tak znakomitym drużynom, stawiając czoła najwspanialszym napastnikom Starego Kontynentu – to wszystko ma swoją wymowę. Jego cudowne parady i nieprawdopodobne wręcz interwencje, szczególnie w spotkaniach przeciwko Włochom, Chorwatom czy Francuzom były prawdziwymi perłami w skarbcu tego turnieju. W najtrudniejszym pojedynku, przeciwko Portugalii, w serii jedenastek, Casillas wybronił swym kolegom udział w wielkim finale i możliwość obrony tytułu Mistrza Europy. Bez niego nie byłoby to możliwe. Prawdziwa ostoja, opoka, emanujący spokojem przywódca duchowy najwspanialszej drużyny, jaką kiedykolwiek widziała Europa. Prawdziwy ojciec sukcesu, prawdziwy kapitan.

Nie sposób nie wspomnieć jak znakomicie zagrał na naszym Euro 2012 Sergio Ramos (strzelec fantastycznego gola, a’la Panenka, w serii rzutów karnych przeciwko Portugalczykom), trzymający hiszpańską defensywę, zdecydowanie jeden z dwóch najlepszych środkowych obrońców turnieju. Nie sposób nie podkreślić również tego wszystkiego, co swą grą wniósł do końcowego sukcesu mistrz asyst na polsko-ukraińskiej imprezie – David Silva. Niby przemęczony, niby pod formą (jak rzekłby Andrzej Strejlau), a jednak jego cudowne ostatnie podanie przy gdańskim golu Fabregasa, jego piękna bramka przeciwko Irlandii, jego fantastyczne, bezcenne trafienie otwierające wynik wielkiego finału – pozwalały czynić Hiszpanom kolejne stanowcze kroki na drodze do ostatecznego triumfu. Nie sposób też nie poczynić spostrzeżenia, iż również wydający się nie trafić z odpowiednią dyspozycją na Euro – Xavi Hernandez (krytykowany przez pospólstwo, a nawet ściągany z boiska przez del Bosque, gdy do końca spotkania pozostawało jeszcze sporo czasu) ujawniał jednak niejednokrotnie przebłyski swego niepodrabialnego kunsztu, jak choćby genialnie asystując przy drugiej bramce podczas kijowskiego finału. Nie sposób wreszcie nie wspomnieć o tym wszystkim co dali własną grą – swojej fantastycznej drużynie tacy zawodnicy jak choćby Xabi Alonso (znakomite spotkanie z Francją, okraszone dwoma trafieniami), Jordi Alba, Andres Iniesta, Cesc Fabregas (strzelec dwóch goli, znakomicie asystujący przy finałowym trafieniu Silvy), czy Fernando Torres (z trzema bramkami na koncie, jeden z licznych królów strzelców tego turnieju) . A jednak wydaje się, że nie mieliby oni wszyscy możliwości ściskania po raz trzeci z rzędu mistrzowskiego pucharu oraz dekorowania swej szyi medalem wykonanym z najcenniejszego kruszcu, gdyby nie znakomita postawa między słupkami Ikera Casillasa – największego z bohaterów Euro 2012.

Niewiele ustępował Casillasowi jego włoski odpowiednik Gianluigi Buffon. Ich spotkanie w kijowskim finale było niejako powtórką stanięcia naprzeciw siebie dwóch znakomitych golkiperów – Combiego i Zamory podczas włoskiego, przedwojennego Il Mondiale, a zarazem w pewnym sensie dogrywką wiedeńskiej euro-potyczki sprzed czterech lat, kiedy to Espana po karnych wyrzuciła Italię z turnieju. Dla Buffona, podobnie jak i dla Ikera był to już szósty wielki turniej (z udziału w Euro 2000 wykluczyła go w ostatniej niemal chwili kontuzja ręki). Bramkarz Juventusu pełnił w zespole Azurrich bardzo podobną rolę, jak jego hiszpański odpowiednik w La Furja Roja – prawdziwego przywódcy zespołu, człowieka, który zawsze w trudnych chwilach był podporą dla kolegów z drużyny, wyciągając zespół z opresji. Widać było, że Buffon jest tym bijącym sercem Squadra Azurra. Obserwowanie w jaki sposób, w jak ogromnym skupieniu i z zamkniętymi oczami, ten znakomity piłkarz przeżywa odśpiewywanie własnego narodowego hymnu przed każdym kolejnym spotkaniem, było czymś niesamowitym, czymś co sprawiało, że pojawiała się gdzieś na ciele człowieka (nie będącego nawet Włochem) gęsia skórka. Ostatecznie Buffon  stracił podczas Euro aż o pięć bramek więcej niż Iker, ale za żadną z nich nie ponosi najmniejszej nawet odpowiedzialności. Przeciwnie, wielokrotnie ratował swój zespół z poważnych tarapatów swoimi fenomenalnymi interwencjami, szczególnie w meczach z Niemcami, Hiszpanią i Anglią. Podczas pojedynku na karne z Synami Albionu pokazał niesłychaną klasę, kiedy po strzale z wapna Ashleya Cole’a, nie tylko obronił, ale wręcz złapał piłkę. Kapitan Azurrich był bez wątpienia jednym z trzech najlepszych piłkarzy na Euro 2012.

Włosi przywieźli do Polski i na Ukrainę bardzo ciekawy zespół. I po raz kolejny ożywili tezę, że najprostszym sposobem pobłądzenia podczas przedturniejowego określania szans poszczególnych zespołów na odniesienie sukcesu w dużej piłkarskiej imprezie jest sugerowanie się uzyskiwanymi przez nie rezultatami w meczach towarzyskich. Warto bowiem nadmienić, że reprezentacja Italii nie tylko przegrała swoje wszystkie trzy ostatnie przedturniejowe mecze, ale nawet nie zdołała uzyskać w nich choćby jednego trafienia (gdański gol di Natale był pierwszym strzelonym przez Squadra Azurra od 7 miesięcy, czyli od… wrocławskiej potyczki z Polakami). A jednak nie przeszkodziło im to sięgnąć po tytuł wicemistrza Starego Kontynentu i zaprezentować się jako jedna z najciekawiej grających drużyn Euro 2012.

Ogromna i wprost nie do przecenienia w tym zasługa włoskiego allenatore –  Cesare Prandellego. O ile na murawie, boiskową opoką Italii był Gigi Buffon, o tyle prawdziwym przywódcą nie tylko strategicznym, ale i duchowym włoskiej ekipy był Cesare Prandelli. Postać zupełnie wyjątkowa. Jego nocne pielgrzymki do polskich sanktuariów, by podziękować Bogu za to wszystko, co dobrego spotkało włoską drużynę na Mistrzostwach Europy, były czymś pięknym, ważnym i niezwykłym w pejzażu tej imprezy. Prandelli dał się nam poznać jako znakomity, odważny trener, który nawet grając w dziesiątkę przeciwko fenomenalnym Hiszpanom w finale, do końca pozostał wierny otwartemu, ofensywnemu futbolowi na tak, z dwójką napastników. Prandelli odmienił włoski siermiężny styl nacechowany futbolowym makiawelizmem catenaccio i udowodnił wszem i wobec, że sukcesy można odnosić też w pięknym stylu, oraz że po prostu warto być odważnym. I choć to del Bosque sięgnął ze swymi podopiecznymi po najwyższe laury, dla mnie trenerskim zwycięzcą tej imprezy jest Cesare Prandelli. Aż strach puszczać wodze wyobraźni, czego i w jak efektowny sposób, mógłby dokonać italski allenatore, gdyby miał pod swoją wodzą fantastyczną hiszpańską piłkarską armadę.

Znakomity turniej znów zaliczył Andrea Pirlo. Wielu mówi, że to ostatni rozgrywający z dawnej epoki, ostatni Mohikanin klasycznego plejmejkeryzmu. Zarzuca mu się również nieco już archaiczny styl gry. Gdy zobaczyłem go na rozgrzewce przed poznańskim meczem Włochów z Irlandczykami zastanawiałem się jak to możliwe, że taki piłkarz wciąż jeszcze utrzymuje się na powierzchni we współczesnym futbolu, bazującym na szybkości, dynamice, agresywności, często wręcz brutalności. Podczas przedmeczowych przebieżek wszerz boiska, doświadczony Pirlo odstawał od reszty swych kolegów tak wyraźnie, że niektórzy niemal go dublowali. Właściwie to trudno nawet powiedzieć, że w ogóle biegał – on po prostu człapał i podejrzewam, że Robert Korzeniowski za swych najlepszych czasów mógłby stoczyć fascynujący sprinterski pojedynek idąc, z biegnącym obok Pirlo. Jednak chciałbym życzyć każdemu piłkarzowi na świecie, by potrafił tak człapać po boisku jak Andrea Pirlo. Futbolowy kunszt Pirlo, który z ogromną siłą po raz kolejny już ujawnił on na Euro 2012 (Pirlo był moim zdaniem jednym z kilku najlepszych graczy tej imprezy) sprawia, że szybkie bieganie jest mu właściwie do niczego niepotrzebne. Włoski pomocnik i tak potrafi jednym zwodem, jednym balansem ciała uwolnić się spod opieki kilku rywali, i nie musi się w tym celu z nimi ścigać, niepotrzebnie się przy tym pocąc. Rozgrywający Squadra Azurra umie jednym genialnym zagraniem rozmontować defensywę rywali, wyłożyć piłkę na nos partnerowi z drużyny lub pokonać bramkarza zespołu przeciwnego. To, co wyprawiał Pirlo strzelając gola Chorwatom, asystując przy trafieniu przeciwko Hiszpanii oraz przede wszystkim w meczach z Niemcami czy Anglią – to była dla piłkarskich kibiców uczta na najwyższym futbolowym poziomie.

Nie ulega wątpliwości, że bardzo udany turniej ma za sobą również duet włoskich napastników Antonio Cassano – Mario Balotelli. Ten pierwszy znacznie mocniej pracował na tego drugiego niż odwrotnie (m.in. fantastyczna asysta Cassano przy pierwszym golu Balotellego z Niemcami), co sprawiło, że to o Balotellim było zdecydowanie głośniej podczas Euro i że to on zdobył trzy gole, wraz z tytułem współkróla strzelców w pakiecie. Cassano swe jedyne, ale za to jakże ważne i ładne trafienie zaliczył na stadionie w Poznaniu przeciwko Irlandii. Jednak uważam, że obaj ci piłkarze zasłużyli na wyróżnienie w niemal jednakowym stopniu. Balotelli świetne mecze (przeciwko Niemcom był wręcz rewelacyjny, w potyczce z Irlandczykami zaliczył istne wejście smoka, a starał się też jak tylko mógł w finałowym spotkaniu z Hiszpanią) przeplatał zdecydowanie mniej udanymi (m.in. z Anglią), ale był z pewnością czołowym zawodnikiem tych Mistrzostw. Złośliwi twierdzą, że na jego klasę piłkarską w ogromnym stopniu wpływa też fakt nieposiadania jakiejkolwiek klasy pozapiłkarskiej i odgrzewają stary dowcip o tym, że również mały mózg potrafi być atutem, gdy obniżając ciężar ciała, sprzyja on jeszcze szybszemu bieganiu po boisku.

Znakomicie na polsko-ukraińskiej imprezie zaprezentowała się też drużyna Portugalii. Choć Portugalczycy już po raz trzeci w historii odpadli w półfinałowym boju na Mistrzostwach Europy, to jednak właśnie oni sprawili ostatecznym, hiszpańskim triumfatorom najwięcej problemów i właściwie byli o włos od wyrzucenia La Furja Roja z turnieju. Pozostaje oczywiście gdybanie, co by się stało gdyby w decydującej kontrze z samej końcówki donieckiego spotkania, Meireles nie przestraszył się ogromnej szansy i albo zagrał z większą precyzją do Ronaldo, albo samemu zdecydował się na pojedynek oko w oko z Casillasem. Nie zmienia to jednak faktu, że reprezentacja Portugalii pozostawiła po sobie bardzo dobre wrażenie. Na tle wyrachowanego, schowanego za podwójną gardą i niejako przytłamszonego w ujawnianiu własnej finezji zespołu Carlosa Queiroza z afrykańskiego mundialu sprzed dwóch lat – drużyna prowadzona przez Paulo Bento wypadła niczym rozpędzony ogier przy plątonogim kucyku. Ogromna w tym zasługa właśnie selekcjonera, który objął drużynę w bardzo dla niej trudnym momencie eliminacji, a mimo wszystko udało mu się wprowadzić ją na Euro. Potem, już podczas turnieju, Bento z sukcesem przeprowadził swych rodaków przez grupę śmierci. Oczywiście nie znamy portugalskiej szatni od wewnątrz, ale wydaje się, że Paulo Bento pomógł wyzwolić portugalskiej reprezentacji to wszystko, co w jej grze najlepsze, a zarazem najatrakcyjniejsze i najpiękniejsze. Sam Bento objawił się jako selekcjoner skuteczny, żyjący, reagujący, pomysłowy. Jego przechadzki podczas meczów, w okolicach trenerskiej ławki, w śnieżnobiałej koszuli z podwiniętymi rękawami oraz spontaniczne reakcje na boiskowe wydarzenia to jeden z tych obrazków Euro 2012, które na trwałe zamieszkają gdzieś tam w kąciku kibicowskiej pamięci. Dla mnie Bento, obok Prandellego oraz del Bosque to zdecydowanie najjaśniejsza postać kierująca reprezentacyjnym okrętem z selekcjonerskiego stołka na tym turnieju.

Jednak nie byłoby oczywiście tak silnej reprezentacji Portugalii bez jej największej gwiazdy, kapitana i niekwestionowanego lidera zespołu oraz niewątpliwie jednego z trzech najlepszych piłkarzy Euro 2012 – Cristiano Ronaldo. Zawodnikowi madryckiego Realu właściwie przydarzył się na tej imprezie tylko jeden słabszy występ (co wcale nie znaczy, że słaby), przeciwko Duńczykom, kiedy to zmarnował dwie dogodne sytuacje do zdobycia gola. We wszystkich pozostałych spotkaniach zagrał znakomicie. Zaskoczył już na dzień dobry, w pojedynku z  Niemcami, grając dla drużyny, nieegoistycznie, obsługując partnerów z zespołu świetnymi podaniami, wypracowując im dogodne sytuacje strzeleckie. Portugalczyk niekoniecznie przyzwyczaił nas wcześniej do takiej właśnie gry, a muszę przyznać, że w pojedynku z podopiecznymi Loewa, Cristiano Ronaldo przypominał mi momentami Diego Maradonę, ale tego z 1990 roku, może troszkę bardziej w cieniu innych niż podczas Mundialu ‘86, ale pewnie jeszcze bardziej piłkarsko dojrzałego i pożyteczniejszego dla własnego teamu. Mecze przeciwko Holendrom i Czechom, w których uzyskał łącznie 3 bramki, dające Portugalii bezcenne zwycięstwa i przepustki do dalszych gier, były już koncertem jednego artysty. Ronaldo zaliczył rzeczywiście dwa fantastyczne występy. Z Holandią dwukrotnie słupek stanął mu na drodze do skompletowania turniejowego hat-tricka. Zresztą w ogóle bramkowe słupki nie są sprzymierzeńcami portugalskiego gwiazdora. Na Euro 2012 Cristiano obijał je aż czterokrotnie (2 razy z Holandią i 2 razy z Czechami). Był więc bardzo bliski de facto, uzyskania aż 7 goli na polsko-ukraińskim turnieju i zdecydowanego zdominowania klasyfikacji goleadorów, bez konieczności dzielenia lauru króla strzelców z innymi zawodnikami jak to się ostatecznie stało. Zresztą, tak na marginesie, obijanie aluminium na ważnych imprezach mistrzowskich, to nie nowy problem Cristiano Ronaldo. Piłkarz czynił to bardzo sumiennie również na poprzednim Euro 2008 (w meczu przeciwko Turkom), a także na Mundialach 2006 (spotkanie z Angolą) oraz w 2010 r. (pojedynki z Wybrzeżem Kości Słoniowej i Koreą Północną). Dla Cristiano Ronaldo był to już piąty z kolei wielki turniej (w całej historii portugalskiej piłki tylko Luis Figo i Nuno Gomes uzbierali tak pokaźną liczbę imprez), na którym strzela on bramki (ma ich na koncie już 8 i ze wszystkich portugalskich graczy, ustępuje pod tym względem tylko legendarnemu Eusebio, który uzbierał 9 trafień), przynajmniej jedną w każdym (ME 2004 – 2 gole, MŚ 2006 – 1, ME 2008 -1, MŚ 2010 – 1, ME 2012 – 3), co czyni go piłkarzem wyjątkowym w całym europejskim futbolu. A przecież, gdybyśmy do liczby 8 turniejowych trafień doliczyli też 8 turniejowych słupko-poprzeczek, Cristiano już dziś mógłby być w najściślejszej czołówce turniejowych goleadorów wszechczasów. Na to jednak musi jeszcze trochę poczekać. Zważywszy, że zapewne jeszcze niejedna wielka impreza przed nim, szanse na dobicie do strzeleckiej elity ma naprawdę spore. Zresztą już teraz, z sześcioma trafieniami na koncie jest trzecim, najskuteczniejszym zawodnikiem (tuż za Platinim – 9 oraz Shearerem – 7) w całej historii Mistrzostw Europy. Oczywiście Cristiano Ronaldo ciężko będzie wygrywać w przyszłości jakiekolwiek plebiscyty na najlepszego piłkarza mistrzowskich turniejów. Jest on bowiem, w pewnym sensie, ofiarą własnego przeogromnego talentu. Czegokolwiek by nie zrobił, jakkolwiek dobrze by nie zagrał, zawsze pozostanie jakiś niedosyt (podobny syndrom zaczęliśmy obserwować też w przypadku reprezentacji Hiszpanii, której nie powinno już wystarczyć, że wygrywa, lecz powinna zawsze gromić, najlepiej strzelając wszystkie bramki piętami, z przewrotki lub skorpionem). Nigdy nie zadowoli nas w pełni swoją grą, bo przyzwyczailiśmy się już do jego geniuszu i nie tolerujemy niczego niegenialnego w jakimkolwiek z jego zagrań. Przykładamy do oceny boiskowych poczynań portugalskiego piłkarza zupełnie inną miarę niż w przypadku wszystkich pozostałych ziemian. A właściwie niby z jakiej paki? Dla mnie Cristiano Ronaldo to niekwestionowana gwiazda Euro 2012, zawodnik który po raz kolejny potwierdził wspaniałą grą własny piłkarski geniusz.

Tylko nieznacznie, kapitanowi swego zespołu, ustępował na tym turnieju niewiele mniej od niego zdolny Nani. Tradycyjnie już, nieco w cieniu Ronaldo, ale jakże często wychodzący z niego, by zabłysnąć swym niebywałym wręcz piłkarskim kunsztem. Wspaniały turniej Naniego. Mnóstwo udanych, pięknych, precyzyjnych zagrań, dryblingów, asyst. Piłkarz wprost bezcenny dla drużyny prowadzonej przez Paulo Bento. Mógł być strzelcem najpiękniejszej bramki na Euro, gdyby piłka po jego uderzeniu w meczu z Niemcami nie zatrzymała się na poprzeczce. Cudowna asysta przy golu Heldera Postigi przeciwko Duńczykom. Idealne, wyłożone wręcz na tacy piłki, posyłane przez Naniego do Ronaldo, dzięki którym ten ostatni stawał już tylko oko w oko z golkiperem rywali. Przepięknie i bezbłędnie wykonana jedenastka strzelona Casillasowi w serii rzutów karnych. To był bodaj jedyny strzał na tym turnieju, przy którym Iker mógł rzeczywiście poczuć się całkowicie bezradny (wszystkie pozostałe uderzenia z wapna, nawet te, które trafiły do bramki, Casillas wyczuł; przy golu Naniego nie miał nic do powiedzenia). Taki piłkarz to prawdziwy skarb. Wielokrotnie oglądaliśmy na tym turnieju znamienny obrazek – Nani otoczony kilkoma rywalami, ze stoickim spokojem, z niezwykłą finezją podszytą ogromną elegancją, jakby nigdy nic, wychodzi z opresji, radząc sobie niekonwencjonalnym dryblingiem, lub jednym genialnym zagraniem stwarzając jeszcze partnerom z zespołu dogodną sytuację podbramkową. Zdecydowanie jeden z najlepszych graczy tego turnieju.

Znakomicie zaprezentował się też Pepe. Niewątpliwie jeden z dwóch najlepszych środkowych obrońców na Euro 2012. Twardy, nieustępliwy, bardzo skuteczny. Wygrywał prawie wszystkie pojedynki z rywalami. Prawdziwa ostoja portugalskiej defensywy. Do tego strzelec pierwszego gola dla swej drużyny na tej imprezie. Tak bardzo zaangażowany w swą znakomitą grę, że nawet nie zdążył, za co mu chwała, błysnąć brutalnością, z której przecież słynie.

Wreszcie czas na nasze biało-czerwone radosne akcenty tego turnieju. Ogromnym przeżyciem była dla mnie już sama możliwość uczestniczenia w dwóch niezwykłych spektaklach z udziałem naszej reprezentacji na stadionie Narodowym. Powiem szczerze, moment odśpiewania naszego hymnu na wypełnionym po brzegi stadionie w Warszawie przed meczem z Rosjanami był czymś niezwykłym. Aż ciarki przechodziły po całym ciele, słuchając ryku kilkudziesięciu tysięcy gardeł, a zarazem mając świadomość, że przecież jeszcze niecałe sto lat temu, w tej samej Warszawie nie byłoby to możliwe, bo naszego kraju nie nanoszono wówczas na mapy Europy, a za czelność publicznego śpiewania polskiego hymnu groziło, w najlepszym wypadku, skatowanie przez twardą, surową rękę naszego wschodniego Wielkiego Brata. Wywołują na mym licu pobłażliwy uśmiech politowania ćwierćinteligentne pseudowywody wzywające do tego, by nie mieszać ‘polityki’ (przy czym ową ‘polityką’, bezmyślnie nazywa się choćby mordowanie tysiącami bezbronnych ludzi w Katyniu, tylko dlatego, że byli Polakami) ze sportem i próbujące udowodnić, że mecz Polski z Rosją jest zwyczajnym, przeciętnym i wypranym z jakichkolwiek kontekstów pozasportowych, spotkaniem dwudziestu dwóch facetów w krótkich spodenkach ze skórzaną piłką. Żałosne jest to, że żadnemu z owych obrońców ‘czystości’ sportu, nie odbije się w mózgu, niczym Johnemu Bravo, piłeczka pingpongowa, by zajarzyć choć na króciuteńką chwilę, iż najprostszym i najbardziej namacalnym dowodem, że owa ‘polityka’ zawsze przenika się ze sportem jest po prostu fakt, że jeszcze całkiem niedawno polsko-ukraińskie Euro w ogóle nie byłoby możliwe, bo żadnego z tych krajów nawet nie było na mapie.

Niewątpliwie jako pierwszy obdarzył nas sporą dawką biało-czerwonej radości ten, na którego liczyliśmy najbardziej – Robert Lewandowski, strzelając pierwszą bramkę na Euro 2012. Jednak przebił go jeszcze Przemysław Tytoń. Dawno już nie przeżyłem tak pulsujących najsilniejszymi sportowymi emocjami chwil, jak te które zafundował nam bramkarz PSV. Wierzcie lub nie, ale gdy wyrwany z nasiadówy na ławce rezerwowych, tuż po włożeniu rękawic wbiegł do bramki i w skupieniu, odwróciwszy się tyłem do piłki a przodem do naszej trybuny, przyklęknął na linii bramkowej i przeżegnał się, byłem w jakiś irracjonalny sposób niemal pewien, że uda mu się wybronić strzał Karagounisa. Euforia po udanej interwencji Tytonia była czymś nie do opisania, czymś czemu dorównać potrafiła w natężeniu swego entuzjazmu, tylko radość po przepięknym, wyrównującym golu Kuby Błaszczykowskiego w meczu z Rosją. Ta bramka naszego kapitana, tak bardzo upragniona, tak bardzo wyczekana, tak niesamowicie wspaniała (z której cieszył się on na sposób swego wujka Jurka Brzęczka ze stadionu Wembley sprzed lat, całując orzełka na reprezentacyjnej koszulce) oraz fantastyczna interwencja Tytonia, były naszymi dwiema największymi radościami na Euro 2012. Warto docenić je tym bardziej, że innych, tych czysto sportowych (poza wspomnianym golem Lewandowskiego) właściwie nie mieliśmy.

Nie chcę wdawać się tu teraz w jakąś pogłębioną analizę i ocenę piłkarskich dokonań biało-czerwonych na turnieju, którego byli gospodarzami. Nie ulega wątpliwości, że oczekiwaliśmy znacznie więcej. Zawsze wierzyłem w trenera Smudę, zawsze szanowałem jego fachowość i uważałem, że nie ma w Polsce człowieka bardziej godnego selekcjonerskiej posady, niż właśnie on. Byłem przekonany, że kadra Smudy, dopracuje się własnego, atrakcyjnego, ofensywnego stylu gry, który przecież zawsze charakteryzował prowadzone przez niego zespoły klubowe. Po spotkaniach takich, jak towarzyskie remisy z Niemcami (2:2) czy z Portugalią (0:0), żyłem nadzieją, że biało-czerwonych stać nie tylko na wygranie własnej, najsłabszej przecież na tym turnieju grupy, ale również na powalczenie o cud w ćwierćfinale i historyczne wdarcie się do medalowej czwórki Mistrzostw Europy. I jeśli coś mnie najbardziej rozczarowało na tej imprezie w wykonaniu naszej drużyny, to nawet nie fakt, że zajęli oni ostatnie miejsce w grupie, mimo że wszystkie swoje spotkania śmiało mogli rozstrzygnąć na własną korzyść. Największym zawodem było to, że nie ujrzałem na Euro drużyny grającej choćby tak, jak we wspomnianych spotkaniach z Niemcami czy Portugalią. Łącznie dostaliśmy w wykonaniu podopiecznych Franciszka Smudy niespełna 1,5 meczu niezłej gry (pierwsza połowa z Grecją, druga z Rosjanami oraz pierwsze pół godziny w pojedynku z Czechami). To jednak zdecydowanie zbyt mało, by myśleć o zawojowaniu piłkarskiej Europy. A swoją szansę na ćwierćfinał Polacy przegrali nie we wrocławskim meczu z Czechami, lecz znacznie wcześniej, w Warszawie, nie potrafiąc przy prowadzeniu 1:0, grając z przewagą jednego zawodnika, niesieni dopingiem własnych kibiców i mając rywala praktycznie rozłożonego na łopatki, uzyskać kompletu punktów. Trochę szkoda tego wszystkiego, bo powtórnie taka szansa (tak łatwa grupa, atut własnego boiska) może teraz nie pojawić się przez dłuuugi okres czasu. Choć oczywiście uważam, że jeśli rzeczywiście uda nam się kiedyś dorobić niezłych piłkarzy, którzy razem stworzą solidny zespół, brak wyżej wspomnianych atutów nie będzie miał większego znaczenia. 

Przejdź do części drugiej

R.

Jakie piękne Euro cz.2

Jasnym punktem Euro 2012 był z pewnością Mesut Ozil. Choć Niemcom udało się wywalczyć ‚tylko’ brąz, to mózg ich drużyny grał po prostu swoje. Może nieco przygaszony, jak zresztą cały jego zespół, w najważniejszym, półfinałowym boju z Italią (zresztą to właśnie on strzelił wówczas z karnego kontaktową bramkę), ale generalnie trudno byłoby się przyczepić do jego postawy na boisku podczas turnieju. Po warszawskim półfinale, wygłoszenia ciekawej (choć dla pałkarzy religii poprawności politycznej, zapewne szowinistycznej i karygodnej) opinii dopuścił się Zbigniew Boniek, który powiedział, że „co najmniej jedna rzecz na Euro 2012 z pewnością stała się dobra – Warszawa nie została zdobyta ani przez Rosjan, ani przez Niemców”. I rzeczywiście można odnaleźć jednak jakąś tam namiastkę dziejowej sprawiedliwości w fakcie, że w Warszawie, którą nasi zachodni sąsiedzi przepotwarzyli kilkadziesiąt lat temu w jedno wielkie cmentarzysko i gruzowisko, zadając jej wcześniej istną hekatombę cierpienia, teraz obróciły się w ruinę ich własne, niemieckie, marzenia o sportowym sukcesie, oraz że Rosjanie, dławiący jej wolność przez całe dziesięciolecia, czmychali z niej jak niepyszni po piłkarskiej klęsce z Grecją.

Na przykładzie zespołu z Niemiec mogliśmy też przećwiczyć jeszcze jedno ciekawe zjawisko, które zaistniało przy okazji Euro. Nazwać by to chyba należało po prostu po imieniu, czyli niczym innym jak tworzeniem najzwyczajniej w świecie pewnego rodzaju medialnej propagandy. Mam wrażenie, że płynęła ona podczas tego turnieju trzema najistotniejszymi stróżkami, z których każda była głęboko fałszywa. Pierwszą stanowiło robienie z Niemców Mistrza Europy właściwie przez aklamację. Oto już w trakcie imprezy zacząłem dowiadywać się drogą medialnej i nie tylko iluminacji, od zachwyconych wszelakiej maści ekspertów, których namnożyło nam się po deszczu, że Niemcy są zdecydowanym, głównym  i na dobrą sprawę jedynym faworytem do wygrania całej imprezy, oraz że ani Hiszpanie, ani ktokolwiek inny nie mają nawet czego szukać w konfrontacji z germańską futbolową, zwycięską machiną. Niemcy, którzy ostatnio wygrali wielką imprezę 16 lat temu – w 1996 roku, a na Euro 2012 szczęśliwie uniknęli nie tylko remisu, ale wręcz porażki z Portugalczykami, pokonali najsłabszą obok Irlandii na tej imprezie Holandię, wymęczyli zwycięstwo z Duńczykami oraz pokonali przeciętnych Greków, nagle objawili się w umysłach wielu jako piłkarska potęga, która na Starym Kontynencie nie ma siebie godnych. Przekonano do tej ułudy wielu. Jeden z takich przekonanych, znacznie uszczuplił swój portfel, nie dowierzając mi, że Italia Prandellego zmiecie Niemców z murawy, bezlitośnie zapewniając im bardzo bolesne pożegnanie z turniejem. A przecież porażka 1:2 to najwspanialszy wynik, jaki podopieczni Loewa mogli w ogóle osiągnąć w warszawskim półfinale, zasługując na znacznie dotkliwszą porażkę. Natomiast jakie szanse mieliby Niemcy w pojedynku z Hiszpanami, wystarczy wydedukować zestawiając dwa spotkania: Niemców z Włochami, a potem to finałowe z Kijowa.

W oparach absurdów medialnego pienia znaleźliśmy się jednak już znacznie wcześniej. Najpierw, gdy już po 90 minutach pierwszego grupowego pojedynku, jednego z faworytów imprezy uczyniono z Rosjan, przed którymi Polakom pozostawało już chyba tylko się położyć, błagając o jak najmniejszy wymiar kary w bezpośredniej konfrontacji. Tu znów trzeźwością umysłu popisał się Boniek, który wprost wyśmiał medialne kreowanie Rosjan na piłkarską potęgę po zaledwie jednym udanym meczu. Ale dotknęliśmy tego swoistego medialnego fenomenu również przed wrocławskim spotkaniem biało-czerwonych z Czechami. Spędziłem wówczas kilka sobotnich, przedpołudniowych godzin słuchając warkotu niezastąpionej w robieniu ludziom wody z mózgu TVN24 i miałem wrażenie jakiegoś niebywałego wręcz matriksu. Płynął do mnie przekaz, z którego wywnioskować nie tylko można, ale wręcz trzeba było, że gramy nie z reprezentacją Czech, ale z San Marino lub w najlepszym wypadku z Maltą. Jasną sprawą jest konieczność takiego konstruowania wpływu na świadomość naszych graczy, by wierzyli oni we własną wartość i w to, że mają ogromną szansę na pokonanie rywala, ale w tym wszystkim nieodzowny jest również element szacunku dla piłkarskich umiejętności przeciwnika. Tego ostatniego po prostu zabrakło. Przegięto bardzo mocno. A przecież Czesi kilka dni wcześniej pokonali Greków, z którymi my jakoś nie potrafiliśmy sobie poradzić. Medialnej iluzji znów uległo zbyt wielu. Z niebywałym zdumieniem słuchałem przedmeczowych wypowiedzi ludzi z naszego sztabu, a również samych piłkarzy. Niektórzy być może byli potem nawet zdziwieni, że czescy zawodnicy w ogóle odważyli się wyjść na boisko. Dopisaliśmy 3 punkty jeszcze przed meczem. Czesi zrobili to samo, ale już po spotkaniu. Leo Beenhakker wrzucił po meczu delikatny kamyczek do smudowego taktycznego ogródka, twierdząc że widząc jak przeogromne nakłady sił włożyli nasi gracze w pierwsze 25 min. spotkania (niestety bez bramkowego efektu), wiedział, że ten wieczór nie może się dla Polaków skończyć pomyślnie.

Bez sukcesu, w postaci choćby wyjścia z grupy, kończyli też turniej inni jego współgospodarze – Ukraińcy, ale myślę, że mogą oni po Euro 2012 nosić głowy znacznie wyżej od Polaków. Przyszło im bowiem bić się o przepustki do ćwierćfinału w nieporównanie mocniejszym towarzystwie, a radzili sobie na boisku jednak lepiej od biało-czerwonych. Znakomity mecz rozegrali przeciwko Szwedom, których pokonali 2:1, stwarzając przy tym wspaniałe widowisko. Potem musieli już uznać wyższość Francji i szukać kompletu punktów w konfrontacji z Anglikami (przegrali 0:1). Uważam, że bardzo ciekawym rozwiązaniem, ubogacającym grę ukraińskiej drużyny był pomysł Błochina, by oprzeć ją na dwóch szybkich, świetnie dryblujących, dynamicznych zawodnikach grających na flankach. Dodatkowo każdy z nich występował na stronie przeciwstawnej do nogi, która była największym atutem danego zawodnika. To dało im możliwość częstego schodzenia do środka i kończenia akcji groźnym strzałem (jak czynił to kiedyś w biało-czerwonych barwach, za najlepszych swych lat ś.p. Henryk Bałuszyński) lub zagrywaniem prostopadłych piłek do partnerów z ataku. Bez dwóch zdań – Konoplanka i Jarmolenko są dla mnie jednymi z ciekawszych odkryć tego turnieju.

Choć również nie przebrnęli fazy grupowej, to jednak znakomicie zaprezentowali się Chorwaci. Podopieczni Slavena Bilica grali naprawdę świetnie. Najpierw pokonali Irlandię 3:1, potem podzielili się punktami z Włochami 1:1, by w końcu stoczyć zażarty bój z Hiszpanią. Chorwaci wspięli się w gdańskim pojedynku z La Furja Roja na prawdziwe wyżyny swych umiejętności i gdyby dopisało im szczęście, odesłaliby Hiszpanów do domu już po fazie grupowej. Rakitic zmarnował jednak znakomitą szansę, po fantastycznym zagraniu Luki Modrica i fenomenalnej interwencji Casillasa, a tuż przed końcem spotkania Pletikosa został pokonany przez Navasa. Chorwacja była zdecydowanie najsilniejszym zespołem, który z Euro 2012 musiał pożegnać się już po zasadniczej fazie. Szkoda, bo grali naprawdę świetnie. Przykład Chorwatów pokazuje jak ważne jest jednak szczęście w losowaniu i jak bardzo potrafi ono pomóc lub zaszkodzić drużynie. Chorwatom przyszło bowiem grać w grupie z dwoma najsilniejszymi zespołami turnieju, późniejszym mistrzem oraz wicemistrzem Europy. Gdyby nie to, śmiem twierdzić, że Slaven Bilic przywiózł do Polski zespół, w którego zasięgu było miejsce medalowe. Sytuacja Chorwacji przypominała bardzo tę, która była w 2000 roku udziałem zespołu czeskiego. Wówczas Czesi również mieli znakomity zespół, który bronił tytułu wicemistrza Europy, ale odpadli już w grupie, w której los skojarzył ich z Mistrzem świata i późniejszym Mistrzem Europy – Francją, oraz późniejszym brązowym medalistą Euro 2000, a w dodatku jego współgospodarzem – Holandią. Gra Modrica, Mandzukica (notabene współkróla strzelców) i spółki były jednak okrasą polsko-ukraińskich Mistrzostw Europy.

Na pewno, podobnie jak Chorwaci i Ukraińcy, wstydu swym kibicom nie przynieśli też Szwedzi. Prowadzeni na boisku przez fantastycznie grającego Zlatana Ibrahimovica, nieco pechowo, po zaciętych bojach ulegli oni gospodarzom oraz Anglikom, by w ostatnim spotkaniu, po znakomitej grze pokonać Francuzów 2:0. Ci ostatni, po raz kolejni udowodnili, że są drużyną po prostu mentalnie niedojrzałą. Po niezłych spotkaniach z Anglią i Ukrainą, po których wydawało się, że będą stanowili jedną z głównych sił turnieju, zagrali dwa słabe spotkania ze Szwedami oraz Hiszpanią, przegrywając je jak najbardziej zasłużenie po 0:2. W międzyczasie trójkolorowi grajkowie obrazili się na swego trenera i po raz trzeci z rzędu zakończyli wielki turniej bardzo szybko oraz w fatalnym, pod każdym względem, stylu. Choć podobnie jak Francuzi – do ćwierćfinału dobrnęli również Grecy, to jednak oni niewątpliwie, swoją ambitną postawą, sprawili własnym kibicom mnóstwo radości. Klasą dla siebie był w tym zespole Samaras. Właściwie wszystko, co konstruktywne, wartościowe, a co stanowiło zarazem zagrożenie dla greckich rywali, zawsze zaczynało się na murawie właśnie od Samarasa. Byłem pod ogromnym wrażeniem jego boiskowej mądrości, dojrzałości, skuteczności. Niby wolny, niby nic takiego, ale jak tylko dostanie piłkę, wtedy już nie ma to tamto. Taki trochę grecki mini Pirlo, choć to oczywiście zupełnie inny wymiar zawodnika i nawet pozycja inna. Dobrze jednak, że to właśnie jemu udało się dać swym rodakom kilka chwil radości, z wyrównującego stan meczu z Niemcami na 1:1, gola. Zasłużył na to bowiem jak mało kto. Kapitanowi zespołu – Karagounisowi, zaprzepaszczoną w meczu z Polakami jedenastkę, wybaczono, a nawet zapomniano już kilka dni później, gdy swym bezcennym trafieniem do rosyjskiej bramki, zapewnił Grekom niespodziewany udział w ćwierćfinale.

Euro 2012 było też, jak zresztą każda wielka impreza, czasem pewnych pożegnań, momentem znikania z piłkarskiego gwiazdozbioru rozmaitych, przez całe lata ważnych jego elementów. Dla tak uznanych zawodników jak choćby Given, Baros czy Szewczenko (ten zdążył jeszcze uczcić Euro dwoma trafieniami) turniej polsko-ukraiński był wyraźnym sygnałem, że najlepsze czasy piłkarze ci mają już za sobą, i że warto powoli robić miejsce nowym. Do udanych, minionej przed kilku dniami imprezy, z pewnością nie zaliczą też takie futbolowe tuzy jak m.in. Rosicky, Cech, Arszawin czy Robben.

Niewątpliwie pozytywnymi bohaterami, a zarazem zwycięzcami Euro 2012 w swojej kategorii, byli też irlandzcy kibice. Napisano o nich już wiele, a chyba wciąż za mało. Poznań długo jeszcze będzie pamiętał pobyt ‘najlepszych kibiców na świecie’ – jak nazywają sami siebie fani reprezentacji Irlandii. I rzeczywiście, mogą być wzorem dla wszystkich. Przecież podopieczni Trapattoniego byli najsłabszym zespołem spośród biorących udział w Mistrzostwach Europy. Irlandia przegrała wszystkie swoje mecze, w każdym z nich wyraźnie ustępując rywalom i grając momentami naprawdę wręcz beznadziejnie. A jednak na trybunach, bez względu na minutę i wynik spotkania, niósł ich żywiołowy, niewiędnący, wspierający doping całego stadionu, zdominowanego przez irlandzkich kibiców. Właściwie można powiedzieć, że było nie dwóch, lecz trzech gospodarzy tej imprezy, bo Irlandia, w pewnym sensie wszystkie turniejowe mecze grała u siebie, przed własną publicznością. To było coś niesamowitego – irlandzcy fani niezłomnie i jakże mocno dopingowali najsłabszą drużynę turnieju, bo to była ich drużyna, a oni nie obrażali się na nią za beznadziejne wyniki, tylko po prostu cieszyli się samym udziałem w tym największym piłkarskim święcie na Starym Kontynencie. Kto wie, może powinniśmy zacząć brać z nich przykład, bo przecież potencjałem czysto piłkarskim jakoś nadmiernie nie przewyższamy Irlandczyków. A powrót po meczu, w tramwajowym wagonie napchanym do granic możliwości, rozśpiewanymi do granic możliwości irlandzkimi fanami, pozostanie z pewnością długo niezatartym wspomnieniem z Euro 2012.

eire

Jednak i nasi biało-czerwoni kibice wcale nie byli gorsi. Byli naprawdę wspaniali. Pełni wiary, entuzjazmu, żywiołowości, i tak bardzo wierni. Przyznam szczerze, że momentami oglądając te nieciekawsze fragmenty gry w wykonaniu naszej drużyny w Warszawie czy we Wrocławiu, dopadała mnie pokusa, by solidnie zastanowić się nad pytaniem, czy ta drużyna, czy ci piłkarze, czy oni rzeczywiście zasługują na taki doping, na takie wsparcie, na takich kibiców? Z podpowiedzią na szczęście spieszyli własną postawą z Poznania czy Gdańska, wspomniani wyżej fani Irlandii. To w końcu nasza drużyna, reprezentacja naszego kraju, i zawsze trzeba ją wspierać, nawet jeśli naszym piłkarzom układa się na boisku zupełnie nie tak, jak powinno, jak byśmy chcieli, jak sobie wymarzyliśmy.

polscy kibice

polkib

Nasz były, wybitny reprezentacyjny bramkarz – Jerzy Dudek, wyraził opinię, że jeśli czegokolwiek na polsko-ukraińskim Euro mu zabrakło to chyba tylko takich prawdziwych wielkich niespodzianek, które przydarzają się gdzieś w każdej tego typu imprezie. Faktem jest raczej bezspornym, że na zakończonych właśnie Mistrzostwach Europy wszystkie sensacyjne rezultaty spotkań można było policzyć na jednym palcu jednej ręki (zwycięstwo Duńczyków nad Holendrami). Muszę też przyznać, że jeszcze nigdy wcześniej nie udało mi się przed rozpoczęciem turnieju trafnie wytypować zarówno ostatecznych zwycięzców (Hiszpania), jak i króla strzelców (Cristiano Ronaldo), a po fazie grupowej bezbłędnie przewidzieć ostateczną kolejność wśród medalistów imprezy. Jakimiś wielkimi niespodziankami zatem bez wątpienia nie obrodziło. Ale czy rzeczywiście tak mocno nam ich brakowało (choć niespodzianki w postaci medalu dla Polaków – na pewno) oraz czy bardziej są one solą futbolu, czy też solą w jego oku, to już temat na osobną, szeroką dyskusję.

Na naszym Euro było pięknie już od samego początku, od ceremonii otwarcia. Ceremonii, która mnie wzruszyła i urzekła w swej prostocie i pięknie właśnie. To był piękny początek pięknych Mistrzostw Europy. A czy były na Euro 2012 jakiekolwiek elementy niepiękne? Na pewno tak, ale gdzieś tam ginęły niczym ziarnka, czy nawet grudki piasku w oceanie tego, co wartościowe, pozytywne, emocjonujące. Niewątpliwie największą z tych grudek było to wszystko, co wydarzyło się na ulicach Warszawy w dniu meczu Polski z Rosją. Skrajna bezmyślność zarządzającej naszą stolicą osoby (zasłynęła ona niegdyś tym, że swą polityczną kampanię wyborczą prowadziła nawet w hospicjum), która pozwalając na prowokacyjny przemarsz rosyjskich kibiców (kilka dni po tym, czego dopuścili się oni we Wrocławiu) obnoszących się po ulicach Warszawy z zakazanymi, totalitarnymi symbolami (odzianych niejednokrotnie w bolszewickie czapeczki z czerwoną gwiazdą na czole, wymachujących flagą ZSRR; czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach zaakceptowałby sytuację, w której niemieccy kibice podczas meczu rozgrywanego w Tel Awiwie powiewaliby nad głowami Żydów hitlerowskim flagami?!), będącymi zarazem przez całe dziesięciolecia symbolem zniewolenia naszego narodu (podczas, gdy swych rodzimych ‘kiboli’ nasza sroga władza karze grzywnami wysokości pół tysiąca zł za samo podśpiewywanie o tym, że ktoś tam ma Tolę, a podczas meczów ligowych rekwiruje się naszym kibicom nawet transparenty z hasłami upamiętniającymi postać Jana Pawła II, uznając je za niepożądane), doprowadziła do starć, w wyniku których rannych zostało ponad 140 osób. Jak wyglądał ów pacyfistyczny marsz rosyjskich miłośników futbolu, atakowanych na każdym ze stawianych przez siebie pokojowo kroków, przez polskich dzikusów i zwyrodnialców można na szczęście obejrzeć nie tylko w oficjalnym mainstreamowym przekazie (owe rosyjskie kroki unosiły się często bardzo wysoko, nawet aż ku twarzom polskich miłośników futbolu). Jedno nie ulega wątpliwości – w Warszawie, w dniu meczu z Rosją,  bezpiecznie na pewno nie było.

Najśmieszniejsze choć właściwie najżałośniejsze zarazem w całej tej sytuacji jest to, iż władająca naszym pięknym krajem pomarańczowa drużyna, tak mocno trzęsie portkami przed groźnym Włodkiem zza Buga, że zgodzi się na wszystko, na wymachiwanie przed naszymi nosami totalitarnymi symbolami, na każdy rosyjski przemarsz, na każdy ‘drobny incydent’ (jak pewna minister obecnego rządu, o nazwisku nieprzyjemnego owada, raczyła nazwać skatowanie po meczu we Wrocławiu polskich stewardów przez rosyjskich miłośników piłki kopanej), a i tak ostatecznie zadzwoni wkurzony wujek Wołodia i opierniczy, że pełną odpowiedzialność za wszystko ponoszą polscy organizatorzy. A szef delegacji policji rosyjskiej na Euro 2012 – pułkownik Jurij Abraszow, uśmiechnie się im w twarz i powie: „Kiedy dowiedzieliśmy się o organizowaniu marszu, MSW Rosji było przeciwne. Jednak leżało to w gestii polskich władz. (…) Organizatorzy marszu powinni byli wcześniej pomyśleć o konsekwencjach. Są niegłupimi ludźmi i na taką akcję zdecydowali się z jakichś własnych pobudek”. Oczywiście bezpośrednią winę ponoszą ci wszyscy, którzy fizycznie dopuścili się przemocy wobec innych, czyli zarówno polscy, jak i rosyjscy chuligani, ale ogromna odpowiedzialność moralna spoczywa też na tych, którzy przejawami swego decyzyjnego debilizmu umożliwili ujawnienie się tego wszystkiego, co zakrwawiło 12 czerwca ulice Warszawy. To również już tak poza wszystkim – odpowiedzialność za największą  i najbrzydszą narośl jaka pojawiła się na naszym pięknym Euro 2012.

Druga i chyba ostatnia zarazem, lecz już na szczęście zdecydowanie mniejszego kalibru i mniejszych rozmiarów, choć równie nieśmieszna jak poprzednia – miała na imię Michał, a na nazwisko Figurski. Ktoś, w czyjej niezdrowej głowie wykluł się pomysł, by właśnie wspomnianego przed chwilą osobnika uczynić konferansjerem podczas polskich meczów na stadionie Narodowym w Warszawie – z pewnością nie życzył dobrze tej imprezie. Więcej gwizdów na tym obiekcie otrzymali chyba tylko rosyjscy zawodnicy i kibice. Na szczęście pomysłodawcy owego kontrowersyjnego projektu postanowili w końcu pogodzić się z własnym rozumem i po kilku dniach wycofali rakiem Figurskiego z trudnego dla niego frontu, na którym oglądać go nikt nie miał ochoty.

Te dwie, zaledwie dwie – łyżka i maleńka łyżeczka dziegciu w beczce miodu, nie popsuły nam z pewnością niepowtarzalnego smaku Euro 2012. O ten ostatni dbali bowiem ci wszyscy bohaterowie turnieju (poczynając od wspaniałej reprezentacji Hiszpanii, a na nie mniej wspaniałych irlandzkich kibicach kończąc), którym poświęciłem nieco czasu i linijek tekstu w tej notce.

Dla mnie osobiście, jednym z największych bohaterów Euro 2012 był najlepszy dziennikarz sportowy, jakiego znam, a zarazem założyciel i właściciel tego bloga – mój brat, zwany przez pospólstwo Badzim. To dzięki jego usilnym staraniom dane nam było przeżywać z tak bardzo bliska to niezwykłe, niezapomniane, największe piłkarskie święto jakie tylko można sobie na Starym Kontynencie wymarzyć. Dzięki, tej!

Przejdź do części pierwszej

R.

Mistrzostwa klasy średniej

Zakończone nie tak dawno mistrzostwa Europy ukazały jak silna w polskim społeczeństwie jest klasa średnia. To był turniej stworzony z myślą o niej i to ona najlepiej się na nim czuła.

Kręcąc się po Warszawie w dniu meczu Polska – Grecja, a później siedząc na trybunach Stadionu Narodowego, miałem głębokie poczucie, że przebywam właśnie wśród ludzi, którzy – być może po raz pierwszy jako tak liczna grupa! – nie odczuwają potrzeby udowadniania innym, że dobrze im się powodzi. Biało-czerwonych kibiców stać było na to, żeby robić różne fajne rzeczy, a teraz przyszli się na świąteczną imprezę pod tytułem „mecz na EURO 2012”. Nie było jednak w tym wszystkim za grosz napięcia, którą czasem można zobaczyć w lożach vipowskich (kto bliżej szyby, żeby tylko było dobrze widać), nie było też rozbuchanej konsumpcji spod znaków rosyjskich oligarchów. Ot, bycie tam było czymś normalnym. Siedzimy, oglądamy, kibicujemy, fajnie jest.

Dla tej części polskiego społeczeństwa naturalne jest to, że może sobie pozwolić na pewne rozrywki, nawet na te bardziej elitarne. Swoich pieniędzy nie wydaje w sposób ostentacyjny. To raczej model opierający się na jeżdżeniu wiekowym samochodem (ale sprawnym, jeżdżącym), ale zapewnieniu dzieciom dobrej szkoły, lekcji języka i zagranicznych wakacji. Ta klasa średnia nie różni się zbytnio od tej zachodniej, więc także nie pretenduje usilnie do podkreślania tego braku dystansu.

W kontekście przynależenia do tej klasy niezwykle ważna pozostaje dziś także umiejętność zabawy. Trzeba dysponować odpowiednim kapitałem kulturowym – znać odpowiednie kody, wiedzieć jak się zachować w danych sytuacjach, co wolno, a czego nie wolno. Dlatego też na Narodowym nie widziałem, żeby ktoś się schlał, ani też nie słyszałem, aby ktoś śpiewał, że „Legia/Lech/Wisła to k….”. Pewne zachowania nie wypadają w tym środowisku, bo za dużo jest do stracenia. Jeszcze ktoś wziąłby nas za parcha.

Głównym mechanizmem dokonującym selekcji publiki są oczywiście pieniądze. W tym przypadku ceny biletów wynosiły od kilkuset złotych wzwyż. Wiele osób, abstrahując od tego, że nie miało szczęścia w losowaniu, po prostu nie było w stanie sobie pozwolić na taki wydatek. Ten coraz częściej stosowany mechanizm, aby dobrać grupę, która ma być odbiorcą danego wydarzenia. Czasem on się sprawdza (jak na EURO 2012), a czasem nie (jak np. w przypadku Legii, która chciała wykonać podobny krok). Warto zauważyć, że takie manewry mają wielką moc wykluczania całych grup społecznych, które wstępu na stadion nie mają i już raczej nie będą miały.

EURO 2012 podkreśliło siłę polskiej klasy średniej – jej liczebność, moc nabywczą oraz umiejętność zabawy. Jak każda wielka impreza, ukazała również, że nie jest to impreza jednakowo dla wszystkich.

P.