Ograniczenie do 60

 

O finiszy naszej ekstraklasy pisało się już, że to wyścig żółwi, zawody niedołężnych albo końcówka, w której nikt nie chce wygrać. Pozwolę sobie więc i ja dorzucić swoje trzy grosze.

Otóż warto zwrócić uwagę ile to punktów może zdobyć tegoroczny mistrz Polski i zobaczyć jak ta ilość oczek ma się do mistrzowskich utargów z ostatniej dekady.

Sezon 2011/2012 – mistrz będzie miał na koncie maksymalnie 56 punktów

Sezon 2010/2011 – mistrz: Wisła Kraków – 56 punktów

Sezon 2009/2010 – mistrz: Lech Poznań – 65 punktów

Sezon 2008/2009 – mistrz: Wisła Kraków – 64 punkty

Sezon 2007/2008 – mistrz: Wisła Kraków - 77 punktów

Sezon 2006/2007 – mistrz: Zagłębie Lubin – 62 punkty

Sezon 2005/2006 – mistrz: Legia Warszawa – 66 punktów

Sezon 2004/2005 – mistrz: Wisła Kraków – 62 punkty [przy 14 zespołach w lidze!]

Sezon 2003/2004 – mistrz: Wisła Kraków – 65 punktów [przy 14 zespołach w lidze!]

Sezon 2002/2003 – mistrz: Wisła Kraków – 68 punktów 

Jakie wnioski płyną z tej suchej statystyki? Według mnie dwa podstawowe. Pierwszy jest oczywisty. Którakolwiek drużyna nie zostanie czempionem, to będzie to czempion słaby, mocno poobijany przez innych rodaków. Nowy mistrz będzie miał od sześciu do dziewięciu porażek w sezonie! Będzie on tylko trochę lepszy od reszty. Primus inter pares, czyli pierwszy wśród równych sobie. I generalnie to byłoby w porządku, bo wiadomo, że ważne, żeby liga była równa i w ogóle i tak dalej.

Druga jednak sprawa, że ta równość, to równość ekip piłkarsko kulawych, słabych, które tracą punkty nie dlatego, że zdarzył im się moment nieuwagi lub rozprężenia, tylko dlatego, że są one na tyle kiepskie, że oczka tracą nałogowo, hurtowo, w co drugim spotkaniu. Pierwsza w tabeli Legia Warszawa w tym sezonie na 14 rozegranych na razie spotkań na własnym obiekcie wygrała zaledwie siedem. Połowę! Wisła Kraków w zeszłym, mistrzowskim sezonie odnotowała aż osiem porażek. Osiem! Warto również zwrócić uwagę, że drugi już sezon z rzędu najlepsza ekipa ekstraklasy nie dobije nawet do granicy 60 punktów. To oznacza, że nie urwie ona nawet 2/3 z całej dostępnej puli oczek.

W efekcie śmiało można powiedzieć, że tytuł mistrzowski przyznawany dziś jest na zasadzie weryfikacji negatywnej. Połyskujące w słońcu medale zgarnie nie ten zespół, który faktycznie jest najlepszy, ale ten, który okaże się na tyle sprawny, że w ogóle będzie miał siły, aby bieg do mety ukończyć.

P.

Jak Czesław Michniewicz został trenerem Lecha Poznań

Czesław Michniewicz jako nowy trener Lecha Poznań

To jego szósta wizyta w Poznaniu jako trenera rywali. Gdy żegnał się z Kolejorzem, mówił: – Lech beze mnie na pewno by istniał, natomiast ja bez Lecha – nigdy.

Pewnie Lech by istniał, ale to Czesław Michniewicz okrył laurem triumfu w Pucharze Polski byt klubu, którego aspiracje były dużo większe niż możliwości finansowe. Jak to się stało, że Kolejorz zatrudnił zaledwie 33-letniego szkoleniowca?

13 września 2003 roku, całkowicie przypadkowo, na krzesełkach stadionu przy ul. Bułgarskiej czekały na kibiców paczki chusteczek. Gdy Kolejorz przegrywał już 1:3 z Groclinem Dyskobolią Grodzisk Wlkp., 16 tysięcy widzów pożegnało higienicznym machaniem czeskiego trenera Libora Palę.

16 września Gazeta Wyborcza Poznań na czołówce dała tekst zatytułowany: ”Kolejny Czechu”

Czesław Michniewicz został wczoraj późnym wieczorem nowym trenerem piłkarzy Kolejorza – dowiedzieliśmy się nieoficjalnie. – Zastrzegam, że nie jestem żadnym cudotwórcą – mówił przed decydującą rozmową z działaczami.

Według Gazety numerem jeden na liście życzeń działaczy był Serb Dragomir Okuka. Były trener Legii Warszawa jednak grzecznie odmówił – on bierze tylko zespoły, które sam przygotowywał do sezonu. Jerzy Engel od początku nie miał zamiaru opuszczać stołka dyrektora sportowego w Legii. 

– Chcemy kontynuować dotychczasową drogę, dlatego albo zatrudnimy kolejnego trenera z zagranicy albo któregoś z polskich szkoleniowców, ale młodego pokolenia – stwierdził prezes Lecha Radosław Majchrzak i dał sobie tydzień na znalezienie następcy Pali. Wśród młodych trenerów wymieniano nazwiska Mariusza Kurasa, Czesława Michniewicza i Jana Urbana. Na rozmowie w klubie był wieczorem Jerzy Kasalik, a telefonicznie kontaktowano się z Franciszkiem Smudą. Według Kroniki Lecha to właśnie Kasalik był w finałowej parze z Michniewiczem.

Po wstępnym rozeznaniu na placu boju pozostały dwie kandydatury – trenera Widzewa Łódź Jerzego Kasalika oraz zajmującego się komentowaniem meczów w Canal+ Czesława Michniewicza. Za Kasalikiem przemawiało większe doświadczenie, jednak zarząd wybrał Michniewicza. Radosław Majrzchak: – Zaskoczył nas profesjonalizmem – bardzo szybko przygotował się do rozmowy z nami. Omówił grę Lecha, wszystkie błędy, które popełniali nasi zawodnicy, miał bardzo szeroką wiedzę na temat wszystkich naszych piłkarzy. Jedyne, co sprawiało, że się wahaliśmy, to był jego młody wiek. Jednak urzekła nas jego wiedza, kompetencje, nowoczesne spojrzenie na futbol.

– Spornych punktów w naszej rozmowie właściwie nie było. Ja przedstawiłem swoje sugestie, dotyczące tego, co poprawić, żeby zespół zaczął wygrywać. Działacze spokojnie tego wysłuchali, także trochę podyskutowaliśmy – mówił Gazecie trener-elekt.

A oto jak Czesław Michniewicz opisuje kulisy załapania fuchy w Lechu na swojej stronie internetowej:

Po rekomendacji Grzegorza Mielcarskiego dość regularnie komentowałem mecze z kolegami z Canal+, w tym m.in. mecz Lecha Poznań z Groclinem Grodzisk Wlkp., w trakcie którego kibice żegnali białymi chusteczkami Libora Palę. Nie sądziłem, że dwa dni później będę już trenerem Kolejorza.

W tym czasie byłem namawiany na podjęcie pracy w Arce Gdynia. Po meczu Lecha z Groclinem wracałem do Trójmiasta, by podpisać kontrakt. Do Gdyni jednak nie dojechałem. Będąc już w pociągu, otrzymałem telefon od jednego z prezesów Lecha, który zaproponował mi spotkanie. Wysiadłem na najbliższym dworcu – w Gnieźnie – i wróciłem do Poznania na rozmowy o nowej pracy. Wybrałem zespół ze stolicy Wielkopolski, choć był w trudniejszej sytuacji, okupując miejsce spadkowe w I lidze. Jednak co Lech to Lech.

Moja decyzja była trudna dla rodziny, ponieważ miesiąc wcześniej urodziło nam się drugie dziecko. Żona została w Gdyni z dwójką maluchów, ale to ona właśnie utwierdziła mnie w przekonaniu, że podjęcie pracy w Poznaniu to dobry krok.

To był dobry, a nawet bardzo dobry krok.

B.

PS Formalnie – do czasu zdobycia licencji przez Czesława Michniewicza – trenerem Lecha Poznań był wtedy… Ryszard Łukasik.

Wróżby Rumaka, czyli robota jak każda inna

Gdy bukmacherzy wycofują zakłady. O meczach Lecha Poznań z Polarem Wrocław cz. II 

Ezequiel Oscar Scarione – zuch nie gra w Lechu, a w Szwajcarii 

Tejksik odnaleziony

Z Legii odchodził po cichutku. Władze klubu trochę chyba się wstydziły, że zawodnika, który jeszcze niedawno zdobywał koronę króla strzelców (2009) muszą w pośpiechu spławiać, aby zrobić w warszawskim ataku miejsce dla furgonu rozkapryszonych gwiazdeczek z mocniejszymi CV. Mimo że to gracz z Zimbabwe mógł się pochwalić taką skutecznością, o jakiej nie śnili Hubnik, Blanco, czy Novo, o Grzelaku nie wspominając.

W czerwcu 2011 roku Takesure Chinyama jednak pożegnał się z klubem z Łazienkowskiej. Nie wiem nawet czy dostał na „do widzenia” czekoladę od dyrektora Jóźwiaka. Od tego czasu słuch o nim zaginął. Zawziąłem się jednak, trochę pogrzebałem i Chinyamę znalazłem. Tejksik jest obecnie gwiazdą zespołu grającego w jego ojczyźnie – Dynamos FC z Harare.

Były legionista przez pół roku szukał klubu w Europie. Gdy mu się to jednak nie udało, postanowił wrócić do Zimbabwe. Tam w grudniu 2011 roku został zawodnikiem mistrzowskiej ekipy Dynamos. I pewnie nie byłoby w tym wszystkim nic ciekawego, gdyby nie fakt, że Chinyama zanotował prawdziwe wejście smoka. W swoich czterech pierwszych meczach dla nowej drużyny zdobył aż sześć goli! Jedno oczko pokwitował w otwierającym sezon superpucharze, kolejne dwa dorzucił w fazie eliminacyjnej Afrykańskiej Ligi Mistrzów w spotkaniu z mozambijskim Liga Muculmana (2-2), a w swoim pierwszym ligowym spotkaniu zapakował hat-trick. Lokalna prasa piała nad nim z zachwytu. Jej wywody można przeczytać tutaj i tutaj.

Splendorów jednak Chinyamie nigdy nie dość. W rewanżowym spotkaniu Ligi Mistrzów strzelił on więc jedyną bramkę spotkania (1-0) i praktycznie w pojedynkę załatwił swojej ekipie awans do ostatniej fazy kwalifikacyjnej. Tutaj na drodze Dynamos FC stoi już poważniejszy przeciwnik – mistrz Tunezji Esperance Sportive de Tunis. Największym problemem przed tym dwumeczem nie jest jednak sam rywal, ale fakt, że Tejksik nabawił się niedawno kontuzji. Trener, mimo urazu, postanowił jednak go włączyć do meczowej kadry. O swoich rozterkach opowiedział tutaj. Pierwsze starcie już w najbliższą sobotę.

Tak, Czini. Sto pociech z nim było.



P.

Legia daje Lechowi drobniaki

Myśląc, w kontekście sobotniego meczu między Legią a Lechem, o transferowych interesach między obiema ekipami, poznańskim kibicom w głowach wyświetlają się zaraz nazwiska Okońskiego, Araszkiewicza czy Podbrożnego. Ruch odbywał się jednak również w drugą stroną. Nie ma co się jednak oszukiwać – z Warszawy do Poznania zwykle nie przenosiły się gwiazdy pierwszych stron gazet.

W całej historii obu klubów na bezpośrednie przenosiny ze stolicy do Poznania zdecydowało się raptem dziewięciu zawodników. Byli to: Andrzej Baczyński (w 1967 roku), Piotr Mowlik (1977), Bogusław Oblewski (1980), Zbigniew Pleśnierowicz (1982), Henryk Miłoszewicz (1983), Dariusz Solnica (1999), Marcin Rosłoń (2000), Marcin Bojarski (2001), Paweł Wojtala (2002). Osoba Wojtali jest wszystkim kibicom Kolejorza doskonale znana, więc chciałbym skupić się na pozostałej trójce zawodników, która zasiliła Lecha na przełomie wieków.

Dariusz Solnica (ur. 1975) w młodości zapowiadał się na zawodnika dużego formatu. Piłkarskie szlify pobierał w drużynie Orląt Łuków, a więc zespołu, z którego w świat poszedł znany legionista Cezary Kucharski. Solnica przez długi czas zdawał się iść w jego ślady. W wieku 21 lat trafił on do walczącej o mistrzostwo Legii Warszawa. Z miejsca wywalczył sobie miejsce w jej składzie. Występował na prawej pomocy lub stanowił uzupełnienie ofensywnego duetu Kucharski – Mięciel. W debiutanckich rozgrywkach 1996/1997 wystąpił w 25 meczach i strzelił 5 goli, do tego dorzucił wicemistrzostwo Polski oraz krajowy puchar. Jego świetna dyspozycja nie umknęła trenerom młodzieżowej reprezentacji, w której Solnica występował wraz z Markiem Citko. Wraz z zakończeniem tego sezonu zakończył się jednak również piękny sen tego zawodnika a zaczęła się tułaczka. Od tego momentu bowiem rok Solnicy wyglądał w następujący sposób – pół roku na ławce Legii, pół roku na wypożyczeniu. Tym sposobem napastnik odwiedził KSZO Ostrowiec Świętokrzyski i Pogoń Szczecin. Wreszcie jesienią 1999 roku Legia wypożyczyła Solnicę do dołującego Lecha. Po odejściu Macieja Żurawskiego miał on zostać partnerem w ataku Jarosława Maćkiewicza. Jego obecność przy Bułgarskiej okazała się jednak pomyłką. Zawodnik nie zdołał nawet wywalczyć sobie miejsca w pierwszym składzie i po rozegraniu siedmiu spotkań bez gola został oddany z powrotem do Legii. Ze stolicy szybko się go jednak pozbyto i zawodnik trafił do Odry Opole. Tam, według ówczesnego prezesa klubu Ryszarda Niedzieli, był on jedną z głównych osób odpowiedzialnych za kupowanie i sprzedawanie meczów. Obecnie Solnica jest asystentem trenera i kierownikiem zespołu Orlęta Łuków.

Wracając wiosną 2000 roku z Poznania do Warszawy Solnica minął się z Marcinem Rosłoniem (ur. 1978). Piłkarz ten naprzemiennie terminował w pierwszej drużynie Legii i w jej rezerwach. Nie miał on żadnych szans na regularną grę na Łazienkowskiej, więc wypożyczenie do Lecha potraktował jak dar od losu. Szybko jednak okazało się, że jest on za słaby również na staczającego po równi pochyłej do drugiej ligi Kolejorza. Rosły defensor (188 cm wzrostu) wystąpił raptem w trzech spotkaniach ligowych, a na dodatek w wyjazdowym meczu z Ruchem Chorzów (0-2) otrzymał czerwoną kartkę. Po sezonie podziękowano mu więc za współpracę. W zasadzie jedyne co pozostało po Rosłoniu w Poznaniu to legenda, że z racji swych słusznych gabarytów przez długi czas nie było dla niego odpowiedniego sprzętu i zawodnik ćwiczył na treningach w dresie… Legii! Po powrocie do Warszawy gracz ten przez jakiś czas kontynuował jeszcze swoją karierę na pograniczu pierwszej drużyny i rezerw, aż wreszcie w 2007 roku zdecydował się zakończyć karierę. Dziś jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy telewizji Canal Plus.

Po spadku do II ligi w Kolejorzu dokonała się prawdziwa rewolucja personalna. Po zapaści w sezonie 2000/2001 poznaniacy zaczęli odbudowywać się w kolejnych rozgrywkach. Jesienią 2001 roku do stolicy Wielkopolski przybyła grupa zawodników z pierwszoligową przeszłością. Jednym z nich był odprawiony właśnie z Legii napastnik Marcin Bojarski (ur. 1977). Gracz ten dał się przedtem poznać z dobrej strony w Rakowie Częstochowa oraz GKS Katowice. W Poznaniu jednak nie potrafił pokazać się z dobrej strony. Strzelił tylko jedną bramkę (w wyjazdowym meczu z Hutnikiem Kraków wygranych 2-1), a w ataku ustępował zwykle miejsca Arturowi Bugajowi i Waldemarowi Przysiudzie. W przerwie zimowej przeniósł się do RKS Radomsko, gdzie zasłynął przede wszystkim… zaatakowaniem z byka sędziego Roberta Werdera (podczas meczu RKS – Stomil). Po odcierpieniu kary związanej z tym zajściem Bojarski wrócił do ligowej piłki. W ekstraklasie występował w GKS Katowice, Cracovii i Piaście Gliwice. Jego drogi nieraz potem jeszcze krzyżowały się na boisku z Lechem Poznań. W sezonach 2005/2006 oraz 2006/2007 strzelał mu bramki na konto Pasów. Natomiast z pewnością tragicznie wspomina on pewnie mecz Piast – Lech (1:2) z sezonu 2008/2009, podczas którego doznał skomplikowanego złamania kości strzałkowej. Ostatnio Bojarskiego widziano w czwartoligowym Orle Balin.

Obserwując te ostatnie transfery z Legii do Lecha można powiedzieć, że przypominały one pożyczanie ciuchów ubogiej dziewczynie przez jej bogatą koleżankę – niby coś pożycza, ale tylko to, w czym sama i tak nie chodzi.

P.

Tekst pochodzi z programu meczowego „Heej Lech!”

z meczu z Legią Warszawa w sezonie 2010/2011

Moje mecze Lech – Legia. The best of z lat młodości 

Janusz Wójcik ma kiepską pamięć, czyli jak Legia nie gromiła w sezonie 1992 1993  

Jak Krzysztof Kotorowski marzył o Legii Warszawa  

Legia Warszawa – Cagliari o Puchar… Polonii 1

Młoda Ekstraklasa Legii Warszawa przegrała z rezerwami Sevilli w spotkaniu zorganizowanym przez Narodowe Centrum Sportu. Szkoda, że do historii stadionu narodowego w Warszawie jako strzelec pierwszego gola wszedł Senegalczyk Baba Diawara, o którym możemy już nigdy więcej nie usłyszeć, ale skoro nie umieli tego dokonać Polacy i Portugalczycy to trudno mieć o to do chłopaka pretensje. Trudno nie mieć za to pretensji do NCS, który próbował ludzi ogłupić twierdzeniami, iż Legia i Sevilla wystąpią w najsilniejszym składzie. Drodzy państwo z NCS, skoro już chcieliście koniecznie podlansować swój produkt, a jednocześnie zagospodarować legionistom czas pojedynkiem z kimś z topowej ligi, trzeba było wziąć przykład z… Polonii 1!

Tak właśnie! Cofamy się do 1993 roku i pojedynku w którym kibice w Warszawie mogli podziwiać włoskie Cagliari w najsilniejszym składzie.

Mecz rozegrany 12 sierpnia 1993 r. o godz. 19 na stadionie Legii w Warszawie, godzinę później mogli obejrzeć widzowie dwunastu lokalnych stacji zrzeszonych w sieci Polonia 1. To bowiem szef telewizji Nicola Grauso sprowadził drużynę ze swojego rodzinnego miasta do Polski. Mało tego, Włoch odgrażał się, że w kolejnej edycji Pucharu Polonii 1 weźmie udział… AC Milan! Mediolańczycy przyjechali do Polski, ale we wrześniu 1995 roku – na spotkanie Pucharu UEFA z Zagłębiem na lubińskim dożynkowcu.

Nim do meczu z Cagliari doszło, na konferencji prasowej w hotelu Marriott, prezes Legii Janusz Romanowski potwierdził transfer Macieja Śliwowskiego do Rapidu Wiedeń. Pytany o wysokość sumy transferowej odparł: – W maju Rada Sponsorów klubu postanowiła nie ujawniać spraw finansowych Legii.

Polscy kibice musieli żałować, że Cagliari dopiero co opuściły dwie wielkie gwiazdy z Urugwaju. Słynny Enzo Francescoli wybrał Torino, a Daniel Fonseca – Napoli. W szóstej ekipie Serie A sezonu 1992/1993 nadal było jednak parę ciekawych nazwisk.

Julio Dely Valdes, legenda i obecny selekcjoner reprezentacji Panamy (powołuje do niej Luisa Henriqueza), w Cagliari stawiał pierwsze kroki na Starym Kontynencie. Kroki te zmierzały ku bramce rywali – dwa sezony w Serie A skończył z dorobkiem 21 goli



a później strzelał też we Francji (dla Paris Saint-Germain), Hiszpanii (dla Realu Oviedo i Malagi) i Urugwaju (Nacional Montevideo).

Kolejny solidny atakujący tej ekipy to Brazylijczyk z belgijskim paszportem – Luis Oliveira.

Luis Oliveira

Uczestnik mistrzostw świata w 1998 roku wybił się w Anderlechcie. Cagliari i dla niego było pierwszym przystankiem na Półwyspie Apenińskim, a zwiedził też m.in. Florencję i Bolonię. Z 72 goli w Serie A dla Cagliari zdobył 45.

Trzecim anonsowanym stranieri w gazetowej zapowiedzi był Urugwajczyk Marcelo Tejera, ale czy w spotkaniu zagrał – nie wiadomo. Jego cały dorobek w Cagliari to pięć meczów w sezonie poprzedzającym mecz z Legią. W sezonie 1993/1994 był już graczem Boca Juniors.

Kapitanem tej drużyny był Gianfranco Matteoli (wcześniej gracz Interu), szlak do Romy przecierali sobie Francesco Moriero i Massimiliano Cappioli, a do Milanu i Giuseppe Pancaro i obecny allenatore tej ekipy – Massimiliano Allegri.

Trener Gigi Radice po awansie do Pucharu UEFA musiał był w Cagliari noszony na rękach. Co najmniej tak, jak Claudio Ranieri, który w dwa sezony awansował z Serie C do Serie A. 

A przecież awans do pucharów to był dopiero początek przygody Cagliari na europejskich salonach. Bój z Legią zaprawił Włochów na tyle, że ci zostali wyhamowani dopiero w półfinale Pucharu UEFA! Eliminowali kolejno: Dinamo Bukareszt (2:3 i 2:0), Trabzonspor (1:1 i 0:0), KV Mechelen (3:1 i 2:0), a w ćwierćfinale Juventus (1:0 i 2:1!). Mocniejszy okazał się dopiero Inter Mediolan (3:2 i 0:3).



Gdyby po 90 minutach meczu Legii z Cagliari był remis, młody sędzia Jacek Granat miał zarządzić rzuty karne. Ale remisu nie było.

Wybuchowy Kowalczyk (fragmenty relacji Gazety, autor Piotr Tenczyński, fot. Jerzy Ciszewski)

Nazwanie tego meczu towarzyskim byłoby dużą przesadą. Legia pokonała wczoraj Cagliari 2:1, choć szkód po tym meczu jest więcej niż korzyści ze zdobycia Pucharu Polonii 1.

Samo spotkanie, szczególnie przed przerwą, nie było pasjonującym widowiskiem. Publiczność ”umilała” sobie czas strzelaniem z korkowców i wulgarnymi przyśpiewkami obrażającymi Polonię i PZPN. Zawodnicy obu zespołów, którzy nie potrafili stworzyć stuprocentowej sytuacji do zdobycia gola, zaczęli się nawzajem prowokować. W efekcie, tuż przed przerwą sędzia Jacek Granat wyrzucił z boiska Zbigniewa Grzesiaka i Simone Veronese – za faul bez piłki i ripostę.

Po przerwie nadal trwał festiwal chamstwa na boisku. Na trybunach zaś powiało Europą – publiczność obrzucała wyzwiskami gości w języku włoskim. Żółte kartki za wymianę razów dostali Marcin Jałocha i Oliveira, a piętnaście minut przed końcem gry, za faul bez piłki na Marco Sannie, opuścił boisko Wojciech Kowalczyk (był wcześniej faulowany, ale sędzia zastosował przywilej korzyści).

Legia wygrała po dość przypadkowym golu, strzelonym sześć minut przed końcem przez jednego z dwóch zawodników Legii mających na koszulce numer 14 – Marka Jóźwiaka (oprócz strzelca z tym samym numerem grał Andrzej Głowacki). Wcześniej w 51. min Kowalczyk przeprowadził szybki rajd prawą stroną boiska i w polu karnym podał piłkę Juliuszowi Kruszankinowi, który strzelił pierwszą bramkę. W 58. min Maciej Szczęsny pięknie odbił strzał Panamczyka Julio Cesara Valdesa, lecz dziewięć minut później był bezradny po strzale głową z 5 metrów Belga Oliveiry.

Być może nie przemyślane zachowanie Grzesiaka i Kowalczyka spowoduje, że w Legii zabraknie napastników. Tuż po wyjeździe Śliwowskiego do Wiednia dwaj ukarani legioniści będą musieli czekać na decyzję Wydziału Dyscypliny PZPN. Jednak jak dowiedzieliśmy się z dobrze poinformowanego źródła, czekające ich kary zostaną zapewne zawieszone.

LEGIA WARSZAWA – CAGLIARI 2:1 (0:0)

Bramki: Kruszankin (51.), Jóźwiak (84.) – Legia; Oliveira – Cagliari.

Skład Legii: Szczęsny – Jałocha (64. Jóźwiak), Kruszankin, Mandziejewicz, Ratajczyk – Czykier (46. D. Bayer, 69. Kacprzak), Czachowski (88. Wędzyński), Pisz, Fedoruk (78. Głowacki) – Grzesiak, Kowalczyk.

Czerwone kartki: Grzesiak, Kowalczyk – Legia; Veronese – Cagliari.

Żółte kartki: Jałocha – Legia; Oliveira – Cagliari.

Widzów: 3 tys.

To całkiem zabawne, że Wojciech Kowalczyk i Zbigniew Grzesiak mieli pauzować za kartki w meczu sparingowym. Na szczęście dla Legii i piłkarzy ktoś jednak się kapnął, że to nie ma rąk i nóg.

Dzień po spotkaniu z Cagliari, zebrał się Wydział Dyscypliny Warszawskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Ukarał obu graczy naganami, bowiem automatyczne odsuwanie po czerwonych kartkach obowiązuje tylko w meczach mistrzowskich i pucharowych. Zobowiązano Legię do ukarania piłkarzy zgodnie z klubowym regulaminem kar.

Niestety, warszawscy działacze nie wzięli pod uwagę, że nie mają kompetencji do rozstrzygania w tej sprawie. Dlatego na wczorajszym posiedzeniu Wydziału Dyscypliny PZPN podjęto decyzję o uchyleniu decyzji komisji okręgowej (jako organu nieuprawnionego) i wszczęto postępowanie. Utknęło ono w punkcie wyjścia, ponieważ dopiero dziś działacze związkowi otrzymali protokół sędziowski z meczu Legia Warszawa – US Cagliari. W PZPN nie było dziś ukaranych piłkarzy, nie mogli więc złożyć wyjaśnień. Sprawa Kowalczyka i Grzesiaka rozstrzygnie się więc prawdopodobnie na następnym posiedzeniu wydziału.

B.

Arrigo Sacchi i (nie)zapomniany mecz: liga włoska – liga polska (1988)

(Nie)zapomniany mecz: liga włoska – liga polska (1988). Postscriptum

PS Polonia 1 dała Polsce Tsubasę i masę innych wspaniałych kreskówek, ale jak się okazuje wychowała też Grzegorza Kalinowskiego na komentatora. Stary wpis z forum:

Kalinowski był wręcz fatalny. Nie zmienił stylu komentowania od czasów, kiedy komentował mecze Legii na komercyjnym kanale Nowa Telewizja Warszawa ( nie wiem, czy pamiętacie ten kanał – polska „baza” Polonii 1 ). Pamiętam go, jak komentował mecz Legia – Cagliari o Puchar Polonii 1 w 1993 roku. Wtedy komentował razem z Ćmikiewiczem, obaj byli do kitu. Aż się spać chciało, jak oni komentowali.

Sport – skutek uboczny: śmierć.

Stara maksyma „sport to zdrowie” chyba jeszcze nigdy nie była tak nieaktualna jak w ciągu ostatniego miesiąca. Na przełomie marca i kwietnia pożegnało się bowiem ze światem kilku młodych jeszcze sportowców.

Dzisiaj (16.04) samobójstwo popełnił 24-letni (!) koreański piłkarz Lee Kyung-hwan. Wedle doniesień prasowych uczynił to nie móc znieść hańby jaką było odkrycie jego udziału w aferze korupcyjnej. Więcej o sprawie tutaj. Bliżej nas, bo w Czechach, na podobny desperacki krok zdecydował się 25-letni (!) Roman Svamberg, zawodnik drugoligowego zespołu Graffin Vlasim (więcej o sprawie tutaj). W sobotę (14.04) zawału serca podczas meczu Serie B dostał 25-letni (!) Piermario Morosini z zespołu Livorno.

Tego samego dnia w niewyjaśnionych jeszcze okolicznościach zginęła wenezuelska 27-letnia (!) siatkarka Veronica Gomez Carabali (więcej o niej tutaj). W czwartek (12.04) w wypadku na skuterze zginął młodziutki 17-letni (!) zawodnik Lazio Rzym Mirko Fersini. Dokładnie 4 kwietnia, w wieku 45 lat, po długiej chorobie zmarł w Hiszpanii były chorwacki piłkarz Dubravko Pavlicic, którego pamiętam jeszcze z EURO 1996 (więcej o sprawie tutaj).

Pod koniec marca (25.03) natomiast zasłabł na boisku i zmarł włoski srebrny medalista olimpijski z IO Atlanta 1996 37-letni Vigor Bovolenta. Więcej o nim tutaj.

Cofając się jeszcze dalej natkniemy się również na śmierć Henryka Bałuszyńskiego i Włodzimierza Smolarka, a także dramatyczne okoliczności zawału 23-letniego zawodnika Boltonu Fabrice’a Muamby.

Dlaczego o tym piszę? Uważam bowiem, że trzeba cały czas podkreślać, że współczesny sport coraz częściej doprowadza sportowców – ich ciała i umysły – do sytuacji granicznych, w których to coraz częściej stają się oni przegranymi. Ekstremalne oczekiwania i presja ze strony kibiców, mediów, trenerów i rywali (zarówno z drużyny przeciwnej, jak i tych konkurujących o miejsce w składzie) sprawia, że prędzej czy później organizm nie daje już rady. Krótko po śmierci Morosiniego jego były klubowy kolega z Udinese Di Natale zwrócił uwagę, że liczba meczów rozgrywanych we Włoszech pustoszy organizmy piłkarzy. Gdzie indziej znowu można przeczytać, że w meczach hokejowych jest więcej przemocy niż przez dekadę na Bronksie. Wszystko to razem czyni z profesjonalnego sportu radioaktywne pole, które sprawia, że po osoby na nim działające Ponury Żniwiarz przychodzi częściej niż po hydraulików czy piekarzy.

Warto o tym wszystkim pamiętać, gdy organizatorzy zawodów rowerowych będą przekonywali do nowych, jeszcze bardziej niebezpiecznych tras, a piłkarskich arbitrów będzie oskarżało się o to, że – jak to napisał dziś Mielcarski – zbyt konsekwentnie gwiżdżą faule.

Śmierć gruzińskiego saneczkarza i dlaczego musiało do niej dojść

Epitafium dla Henryka Bałuszyńskiego

P.

Tytuł tekstu, nie bez przyczyny, zapożyczyłem z tej książki.

Nad fiordy, by zapomnieć

Jeżeli miałbym wskazać zawodnika, który w ekstraklasie zaliczył tylko jeden mecz i był to mecz koszmarnie nieudany, to z pewnością wskazałbym na Łukasza Jarosińskiego.

Młody golkiper otrzymał szansę debiutu w ekstraklasie, a także w dorosłej drużynie Wisły, w 28. kolejce sezonu 2006/2007. Sezonu, pozwolę sobie przypomnieć, szczególnego. Oto bowiem Biała Gwiazda znajdowała się wówczas w futbolowym rowie tektonicznym. W trakcie tego jednego sezonu aż czterokrotnie dochodziło do zmian trenerów (Moskal za Petrescu, Okuka za Moskala, Nawałka za Okukę, Moskal za Nawałkę). W efekcie krakowianie zakończyli rozgrywki na najgorszym miejscu od czasu powrotu do ekstraklasy, czyli na wstydliwej ósmej pozycji (cztery pozycje za plecami Cracovii). Gdy wawelskie królestwo chyliło się już ku upadkowi trener Moskal postanowił dać szansę trzeciemu (za Dolhą i Pawełkiem) bramkarzowi – właśnie młodziutkiemu (ur. 1988) Jarosińskiemu.

Potrafię sobie wyobrazić jak drżały mu kolana, gdy dowiedział się, że wystąpi w pierwszym składzie w meczu z Dyskobolią. On, osiemnastolatek, przeciwko Świerczewskiemu, Sikorze i całej reszcie mocnej bandy z Grodziska. Może nie spał w nocy, może wyobrażał sobie, że to dla niego życiowa szansa i że jak się odpowiednio pokaże, to kto wie…

Niestety, życie boleśnie zweryfikowało jego marzenia. Zawodnicy Groclinu obeszli się z nim bardzo srodze. Lato i Sikora mijali go jak krzesło, Ivanovski strzelił obok niego (w tych trzech przypadkach osobną kwestią pozostaje sabotaż uprawiany przez „linię defensywną” Wisły), a Świerczewski… Cóż, podejrzewam, że gol Świra zabolał najbardziej.

Bilans debiutu? Koszmarny występ, koszmarne błędy i jedna z najwyższych od lat porażek Białej Gwiazdy na własnym boisku. Po tym spotkaniu Jarosiński nigdy już nie wystąpił w Wiśle. Mimo że terminował pod Wawelem jeszcze 3 lata, a na Reymonta zmieniali się trenerzy, to żaden z nich nie sięgnął po pechowego golkipera. W 2010 roku golkiper opuścił Kraków i przeniósł się do Górnika Polkowice, a później do MKS Kluczbork.

A tak w ogóle to dlaczego o nim piszę? Otóż właśnie przeczytałem, że dziś zadebiutował w… drugiej lidze norweskiej. Dokładniej – w zespole Alta IF. Być może w tym malowniczo położonym skandynawskim miasteczku wymaże wiślacką traumę i jeszcze kiedyś pokaże, że powinien otrzymać druga szansę w polskiej ekstraklasie.

P.

Nie wszystkim się udało w Borussii

Oklaskując bramki Roberta Lewandowskiego oraz popisy Jakuba Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka, a także wspominając świetne występy Ebiego Smolarka, warto mieć na uwadze, że nie wszystkie polskie kariery w Borussii poukładały się równie pięknie. Zawojować Dortmund próbowała bowiem większa grupa naszych zawodników, ale niestety nie wszystkim się to udało.

W kwestii czasów zamierzchłych dotarłem do takich informacji:

Pierwszym Polakiem w Borussii był Marian Brezinski. Nie zrobił jednak kariery podobnie jak Joachim Siwek pozyskany z Polonii Bytom w 1977 r. W latach 80. do Dortmundu przyjechał Tadeusz Krafft z Szombierek Bytom, ale zaliczał w zespole tylko epizody.

W czasach znacznie nam wszystkim bliższych pierwsze fiasko zaliczył Michał Janicki (ur. 1982).

Ten zdolny swego czasu zawodnik trafił do zespołu juniorów Borussii wiosną 1998 roku prosto z SMS Kraków. W Dortmundzie zabawił pół roku i ten czas należy chyba potraktować po prostu jako fragment większej objazdówki po Europie. Zawodnik potem udał się bowiem w tan po szkółkach Ajaxu, drużynie Pogoni Szczecin, amatorskiej ekipie Wolfsburga i Eintrachcie Braunschweiger. W międzyczasie Janicki przestał być już młody i przestał także być zdolny. Kolejne jego kluby lokowały się w coraz niższych klasach rozgrywkowych, a nasz bohater i tak w nich nie błyszczał: kilka spotkań w Zagłębiu Sosnowiec, Gutersloh, Stali Stalowa Wola i Hutniku Kraków. Kres jego karierze położył wyrok więzienia w związku z popełnieniem przez niego… bigamii! Więcej o sprawie tutaj, tutaj i tutaj. Jeżeli któryś z Czytelników wie, co obecnie porabia Michał Janicki, to będziemy wdzięczni za informacje.

Dwa lata później szczęścia w amatorskim zespole BVB postanowił poszukać Tomasz Kosztowniak (ur. 1977) (niektóre źródła podają, że towarzyszył mu niejaki Arkadiusz Grad, ale nigdzie nie udało mi się potwierdzić tej informacji).

Kosztowniak to mistrz Europy U-16 z 1993 roku, gdzie grał wspólnie z m.in. Szymkowiakiem i Kukiełką. W polskiej ekstraklasie zaliczył pięciominutowy debiut ze Śląskiem Wrocław, po czym postanowił wyjechać do Niemiec. W Niemczech przebywał 3,5 roku, z czego dwa w amatorach Borussii. Po powrocie do ojczyzny grał w Śląsku, a później w niższych ligach, głównie w okolicach Wrocławia.

W 2004 roku zawodnikiem drużyny juniorów Borussii został posiadający polskie obywatelstwo Marcus Piossek (ur. 1989).

Młody zawodnik przez 2,5 roku terminował w zespole juniorów, by zostać dostrzeżonym i w wieku 19 lat zasilić rezerwy zespołu z Dortmundu. Tam przez 1,5 roku grał ogony. Jednak w sezonach 2008/2009 i 2009/2010 Piossek był pewnym punktem swojej drużyny – bronił, asystował i strzelał. Kolejne rozgrywki zaczął już w nowym klubie – jako zawodnik trzecioligowego Rot Weiss Ahlen. Tam Polak spisywał się świetnie – w 35 meczach strzelił 7 goli (jedna z jego bramek tutaj). W efekcie przeniósł się do występującego w 2. Bundeslidze Karlsruher SC. Nie udało mu się jednak (jeszcze) wywalczyć tam miejsca w pierwszym zespole, więc jak na razie ogrywa się w czwartoligowych rezerwach.

W latach 2003-2005 juniorem Borussii był także Sebastian Tyrała (ur. 1989).

Zawodnik, który przyszedł na świat w Raciborzu, przed sezonem 2005/2006 zasilił już drugą drużynę BVB. Tyrała był przez dłuższą chwilę traktowany w Dortmundzie niczym materiał na przyszłą gwiazdę. W efekcie już jako 18-latek krążył między rezerwami a pierwszą drużyną! Wyglądało to następująco: 2005/2006 – czwartoligowe rezerwy; 2006/2007 – 6 meczów w Bundeslidze i 13 w rezerwach; 2007/2008 – 1 w Bundeslidze i 19 w rezerwach; 2008/2009 – 32 mecze i 7 goli w rezerwach; 2009/2010 – 36 meczów i 4 gole w już trzecioligowych rezerwach. Jego problemem było w dużej mierze to, że był za dobry na rezerwy, a za słaby na pierwszą drużynę.



Po odejściu z Borussii Tyrała przez rok bawił w 2. Bundeslidze w Vfl Osnabruck (31 mecze i 4 gole), a obecnie występuje w tej samej klasie rozgrywkowej w zespole Greuther Furth. Ciekawe czy jeszcze kiedyś wróci do BVB. I do reprezentacji Polski. Jeżeli ktoś chce poczytać sobie więcej o Tyrale to odsyłam tutaj, tutaj i tutaj.

Ostatnią wreszcie nieudaną przygodą w Dortmundzie może się pochwalić David Blacha (ur. 1990). Juniorem tamtejszego klubu został on przed sezonem 2007/2008.

Plusy tego okresu: przez dwa lata popisów w odblaskowej koszulce udało mu się wywalczyć juniorskie wicemistrzostwo Niemiec 2009 (w jednej drużynie z Mario Goetze!). Minusy tego okresu: Blacha nie wyszedł nigdy poza drużynę młodzieżową. Sezony 2009/2010 i 2010/2011 spędził więc już w Rot Weiss Ahlen (odpowiednio w 2. i 3. Bundeslidze), a obecnie gra w trzecioligowym SV Sandhausen.

Samo życie – jednym się udaje, inni nie wyjdą już nigdy poza trzecią ligę. A jeszcze inni mają dwie żony.

P.

Pierwszy zakonnik na ligowym boisku w Polsce

Brat Ezechiel i Marcin Wasilewski

fot. franciszkanie.pl

Na zakończenie Świąt Wielkiej Nocy przypomniał mi się tekścik, który niecałe pięć lat temu (tu drapie się po siwej brodzie) poszedł na Z czuba.

Brat Ezechiel z wareckiego klasztoru Bernardynów jako pierwszy zakonnik w historii polskiego futbolu zagrał w lidze. Konkretnie w Jutrzence Warta, drużynie sieradzkiej okręgówki. 32-latek jest wychowankiem ŁKS Łódź – był w jednej grupie trampkarzy z Maciejem Terleckim, ba – jak wspomina, sadzał go nawet wówczas na ławie.

Przed wstąpieniem do zakonu grał ponadto w Bzurze Ozorków, Kalwariance Kalwaria (podczas pobytu w seminarium) oraz Orle Parzęczew. Jako brat Ezechiel, zadebiutował w barwach Juve (dumny przydomek zespołu z Warty) wiosną tego roku [2007], w meczu przeciwko Mabudo Suchoczasy. Grając najczęściej na pozycji środkowego pomocnika, rozegrał dla Jutrzenki 6 meczów, raz asystując przy golu oraz otrzymując jedną żółtą kartkę. Z rezultatów do których udało mi się dotrzeć (nie znam wyniku jednego meczu z udziałem zakonnika) jasno wychodzi, że żadnego spotkania w którym grał brat, Jutrzenka nie przegrała (remisy 2:2 z WKS w Wieluniu i z Wartą Działoszyn oraz zwycięstwa: 2:1 z Mabudo i Zawiszą Pajęczno i 2:0 z Pogonią Kolumna). To się nazywa pomoc niebios! Zakonnik, który dorobił się pseudonimu boiskowego Ezi (ciekawe, czy wie, że taki sam nosił Ernest Wilimowski) w obecnym sezonie już niestety nie kontynuuje gry w zespole Jutrzenki – z powodu ”transferu” do innego miejsca zakonnego.

A jak to się w ogóle stało, że trafił na boiska okręgówki? – Do drużyny trafiłem dzięki piłkarzom Jutrzenki. Zwróciłem ich uwagę podczas zajęć rekreacyjnych w hali w Warcie. Zanim zagrałem w meczu sparingowym, zdążyłem wystąpić w halowym turnieju w Sieradzu. Wygraliśmy tam, a ja zostałem królem strzelców – mówił brat Ezechiel.

Pozyskanie zakonnika do Jutrzenki nie było proste. Działacze klubu musieli uzyskać zgodę braci bernardynów. Mecze klasy okręgowej rozgrywane są najczęściej w niedzielę, kiedy zakonnicy mają do odprawienia 7 mszy świętych (a było ich tylko pięciu). Trzeba było znaleźć kogoś, kto mógłby zastąpić brata Ezechiela w jego obowiązkach zachrystianina. Trenerom udało się dojść do porozumienia z gwardianinem – zgoda początkowo dotyczyła tylko meczów rozgrywanych w Warcie, ale jak się z czasem okazało i na boiskach przeciwnika dane było bernardynowi chwalić Boga swą grą.

– W szkole podstawowej nie miałem sobie równych na boisku, wołali na mnie Boniek. A potem, już w liceum, kiedy poczułem powołanie, biegałem raczej do kościoła. A teraz realizuję powołanie w powołaniu. To cudowne, że mogę być w zakonie i jednocześnie uprawiać moją ukochaną dyscyplinę – mówił brat Ezechiel, którego idolem był Marco Van Basten.

(…)

Najbardziej spektakularne wydarzenie w temacie duchownych biegających za piłką, to jednak z całą pewnością Halowe Mistrzostwo Europy zdobyte w lutym tego roku [2007] przez Reprezentację Polskich Księży. W poprzednich dwóch triumfowali Chorwaci, a Polacy zajmowali drugie miejsca. W Sarajewie odbywała się trzecia edycja mistrzostw. W półfinale nasi rodacy pokonali gospodarzy z Bośni 1:0, a w finale polscy duchowni pokonali po rzutach karnych Chorwatów 5:4 (w regulaminowym czasie gry był remis 1:1). Królem strzelców turnieju został ks. Marcin Olszewski, który zdobył sześć bramek. W turnieju wzięło udział 10 drużyn reprezentujących: Polskę, Austrię, Węgry, Włochy, Portugalię, Rumunię, Słowenię, Hiszpanię, Chorwację oraz Bośnię i Hercegowinę.

Reprezentacja Polskich Księży składa się z zawodników z diecezji: kieleckiej, sandomierskiej, radomskiej, sosnowieckiej i tarnowskiej. Grającym trenerem jest ks. Dariusz Sieradzy z parafii w Pińczowie.



Od czasu napisania tekstu brat Ezechiel został ojcem Ezechielem, a jego gole przyczyniły się do zdobycia złotego (2011) oraz brązowego medalu (2012) Mistrzostw Europy Księży w Halowej Piłce Nożnej.

B.

”Ezechiel Szaron” – o sparingu Lecha w Stęszewie i grajku, który oblał testy u Smudy

Marek Saganowski strzelił gola w derbach Łodzi – jak 16 lat temu w Wielką Sobotę

Gambia – Poznań – Walonia

Nie każdego dnia do polskiej ekstraklasy trafia piłkarz z egzotycznej jak na piłkarskie warunki Gambii. Nie każdy też taki zawodnik po latach staje się gwiazdą ligi belgijskiej. A takie właśnie niezwykłe okoliczności wiążą się z byłym lechitą – Ebrahimą Sawanehem. Były lechita w weekend znów wpisał się na listę strzelców.



Gambijczyk trafił do Lecha Poznań jesienią 2004 roku jako osiemnastoletni zawodnik, który właśnie rozwiązał kontrakt z niemieckim klubem Rosenhoehe 1895 Offenbach. W Polsce początkowo trenował z Cracovią, jednak Pasy nie zdecydowały się na transfer. Przybył więc do stolicy Wielkopolski, gdzie na testy przyjął go Czesław Michniewicz. Ibou (albo Ibo), bo tak go nazywano, z miejsca zyskał sobie sympatię pracowników klubu – dużo się uśmiechał i władał aż trzema językami. Do tego był dobry technicznie i bardzo szybki. Problem z nim był jednak taki, że z racji skomplikowanej umowy ze swoim byłym klubem, mógł zacząć grać w Lechu dopiero od wiosny 2005. Kolejorz zdecydował się jednak na włączenie go do kadry i tym sposobem Afrykanin został pierwszym w historii Lecha Gambijczykiem.

Trener Michniewicz nie widział jednak dla niego miejsca w pierwszym składzie. Sawaneh był tyleż szybki i zwinny, co wątły, surowy taktycznie, a także kompletnie zagubiony. Szkoleniowiec Kolejorza stawiał w ataku najpierw na Piotra Reissa oraz Zbigniewa Zakrzewskiego, potem na Damiana Nawrocika, Krzysztofa Gajkowskiego i Marcina Wachowicza, a dopiero później na młodego Afrykanina. W efekcie zdążył on zaledwie zaliczyć debiut w ekstraklasie – pojawił się na boisku na trzy minuty w wygranym wyjazdowym meczu z Polonią Warszawa (2:0).

W przerwie między sezonami powiało jednak nadzieją dla młodego grajka. Michniewicz posyłał go bowiem w bój podczas spotkań Pucharu Intertoto (zagrał z Karvanem Jewlach i RC Lens). Gdy jednak na początku sezonu 2005/2006 do kadry zespołu został włączony Paweł Buzała, to Sawaneh znów spadł na dno klubowej hierarchii napastników. Jesienią zagrał tylko w jednym meczu ligowym (1:3 z Dyskobolią) i jednym w Pucharze Polski (4:1 z Okocimskim Brzesko, w tym spotkaniu zdobył on też swoją jedyną bramkę dla Kolejorza), a po zakończeniu rundy odesłano go do drużyny rezerw. Stało się jasne, że przy ul. Bułgarskiej nie ma już miejsca dla Gambijczyka. W czerwcu 2006 roku Ibou spakował walizki i opuścił Poznań. Po raz drugi spróbował zahaczyć się w Cracovii, lecz tam znów nie udało mu się dogadać z władzami krakowskiego klubu. Zrażony pasmem niepowodzeń postanowił opuścić Polskę.

Decyzję tę Sawaneh okupił półrocznym bezrobociem. W końcu jednak udało mu się zakotwiczyć w Belgii. Kontrakt zaoferował mu drugoligowy wówczas KSK Beveren. Ta lokalizacja okazała się strzałem w dziesiątkę. Choć w swej pierwszej rundzie w nowej drużynie (wiosna 2007) Gambijczyk wystąpił tylko w czterech meczach i strzelił jednego gola, to władze klubu postanowiły mu zaufać. Ibou spłacił ten kredyt z nawiązką. W kolejnym sezonie strzelił 21 goli i został największą gwiazdą KSK.



Na tej fali przeniósł się do pierwszoligowego KV Kortrijk. Tam Sawaneh pogrywał kibicom na nerwy niezwykle chimerycznymi występami. Najpierw zaliczył sezon fatalny (2008/2009 – bez gola w 19 grach!), potem udany (2009/2010 – 8 goli), a następnie znów fatalny (okrągłe zero trafień w 17 spotkaniach jesienią 2010). Ta sinusoida przerzuciła go w końcu do KV Mechelen. Ruch ten okazał się jednak totalnym nieporozumieniem (tylko 1 gol wiosną 2011), więc Gambijczyka chętnie oddano do beniaminka Jupiler League – RAEC Mons. I nagle jakby w koszulce walońskiej ekipy zaczął biegać inny zawodnik! Ibou z miejsca odzyskał skuteczność. Strzelił ważną bramkę Standardowi Liege, a potem dorzucił jeszcze dwie w meczu z Zulte Waregem. Pokonał również golkipera swojego byłego pracodawcy z Kortrijk, a także teamów Oud-Heverlee Leuven, KVC Westerlo (tydzień temu) oraz Beerschot AC (w miniony weekend). Dzięki trafieniom jego oraz Francuza Jeremy’ego Perbeta (z 23 golami przewodzi obecnie w tabeli strzelców) skromny zespół z Mons zajmuje bezpieczne miejsce w środku ligowej tabeli.



Eks-lechita ma dziś wyrobioną w Belgii opinię i raczej nie grozi mu bezrobocie. W międzyczasie trafił on również do reprezentacji Gambii, gdzie jego partnerem w ataku jest Momodou Ceesay – gwiazda grającej niedawno w Lidze Mistrzów słowackiej Żyliny. W sumie uzbierał on jak na chwilę obecną trzy występy w kadrze swojej ojczyzny. Tutaj można obejrzeć skrót najświeższego reprezentacyjnego występu Ibou – towarzyskiej potyczki z Meksykiem (1:5) w 2010 roku.

W tym kontekście niezwykle ciekawe wydaje się to, jak wyglądałaby jego kariera, gdyby jednak został w Lechu.

Tekst pochodzi z Programu Meczowego „Heeej Lech!”

z meczu z Górnikiem Zabrze w sezonie 2011/2012

P.