Nie ma imprezy sportowej bez wolontariuszy

Można ich spotkać wokół stadionów a także na trybunach. Wskażą drogę na obiekt, wyjaśnią gdzie jest szukany przez nas sektor, pomogą przy obsłudze zagranicznych gości. Zawsze chętni do pomocy. Wolontariusze – bez nich nie może się dziś już obejść żadna wielka impreza sportowa.

Badania przeprowadzone przez socjologów z Instytutu Socjologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, w których ja również miałem przyjemność brać udział, skupiały się właśnie na opisie i zrozumieniu zjawiska wolontariatu podczas wielkich imprez, w tym także imprez sportowych. W ramach projektu „Organizacja wielkich imprez: słabe i mocne strony angażowania wolontariatu” przebadali oni zarówno wolontariuszy jak i organizatorów imprez w trzech polskich miastach – Poznaniu, Gdańsku i Wrocławiu. W stolicy Wielkopolski wzięto pod uwagę przede wszystkim takie wydarzenia jak mistrzostwa Europy w koszykówce EuroBasket 2009 czy mistrzostwa świata w kajakarstwie w 2010 roku, a także listopadowy mecz Polska – Wybrzeże Kości Słoniowej i niedawne halowe mistrzostwa świata w hokeju na trawie. Na podstawie zebranych ankiet i przeprowadzonych wywiadów udało się zebrać ciekawe informacje na temat wolontariuszy.

Wolontariat, czyli co? Wolontariatem nazywane jest dobrowolne i nieodpłatne angażowanie się w pracę związaną z jakimś przedsięwzięciem czy ideą. Założeniem wolontariatu jest więc brak jakiegokolwiek wynagrodzenia finansowego dla osób angażujących się w nie. Tym samym pozostaje on wyrazem niewymuszonej chęci wolontariusza do pomocy innym, przy równoczesnym poszanowaniu zasady, że „wolontariusz wszystko może, ale nic nie musi”.

Wolontariusz, czyli kto? Wolontariuszami są zwykle osoby młode. Pod tym kątem Polacy nie różnią się specjalnie od innych państw Europy Środkowej. W pomoc przy sportowych imprezach najchętniej angażują się bowiem studenci oraz starsi licealiści. To różni nas np. od Australii, gdzie podczas Igrzysk Olimpijskich Sydney 2000 znaczną część wolontariuszy stanowili… emeryci. Jeśli chodzi o płeć, to w przypadku imprez o charakterze sportowym nieco częściej wolontariuszami są mężczyźni, choć kobiety również chętnie angażują się w tego typu przedsięwzięcia. Jednych i drugich łączy natomiast fakt, że zwykle płynnie posługują się one językami obcymi i chętnie angażują się w różne lokalne inicjatywy.

Wolontariusz, czyli co robić? Głównym zadaniem wolontariuszy pozostaje zwykle elastyczna pomoc w tym, aby cała impreza sportowa wypadła jak najlepiej. Ich obowiązki skupiają się więc głównie wokół zadań, które normalnie byłyby zaniedbane. Chodzi tu głównie o udzielanie informacji kibicom (zarówno na stadionie jak i w hotelach czy na mieście); obsługę sportowców, sędziów czy VIP-ów; współpracę z przedstawicielami mediów; organizację widowni; zabezpieczenie spraw logistycznych czy też pomoc osobom niepełnosprawnym. Spectrum zadań jest dość szerokie i zależy przede wszystkim od tego z jaką imprezą mamy do czynienia i jakie pola organizator uzna za wymagające wsparcia.

Wolontariat, czyli co ma z tego impreza? Badania pokazują, że organizatorzy dostrzegają trzy podstawowe korzyści związane z obecnością wolontariuszy podczas imprezy. Po pierwsze, jest to oszczędność. Gdyby nie było wolontariuszy, to na ich miejsce należałoby zatrudnić normalnie opłacanych pracowników, co szczególnie przy tych największych imprezach, znacznie podniosłoby koszt organizacji całego przedsięwzięcia. Dość powiedzieć, że w samym tylko Poznaniu podczas EURO 2012 potrzebnych będzie ponad sześciuset wolontariuszy! Po drugie, organizatorzy podkreślają, że niejednokrotnie wolontariusze pracują lepiej niż wynajęte do tego osoby. Są oni bowiem silnie zmotywowani i bardzo im zależy, aby całość wydarzenia zakończyła się sukcesem, w czasie, gdy pracownicy nie robią nic ponad to, co jest ich obowiązkiem. Po trzecie wreszcie, wolontariusze bardzo pozytywnie wpływają na wizerunek imprezy. Obecność wielkiej grupy gotowych w każdej chwili do pomocy uśmiechniętych ludzi sprawia, że goście tak właśnie zapamiętują całą imprezę – jako przyjazną i budzącą sympatię.

Wolontariusze, czyli co ma z tego wolontariusz? To, że wolontariusze nie otrzymują pieniędzy za swoją pracę nie znaczy, że nie otrzymują oni żadnego wynagrodzenia. Badania pokazały, że wolontariusze odczuwają, że otrzymują cały pakiet nagród związanych z ich pracą. W pierwszej kolejności jest to sama możliwość bycia na imprezie. Często bowiem młodzi ludzie nie mają wystarczających funduszy, aby kupić na nią bilet, albo też zapotrzebowanie na te bilety pozostaje na tyle duże, że nie sposób je dostać. Jednocześnie wolontariusze mają niepowtarzalną możliwość obserwowania całych zawodów od kuchni, z perspektywy im zwykle niedostępnej. Mogą być blisko gwiazd światowego sportu, rozmawiać z nimi, pomagać w ich obsłudze – normalnie nie mieliby takiej szansy. Praca podczas imprezy stanowi również okazję zdobycia ciekawego doświadczenia i nauki nowych zdolności, które potem mogą się przydać np. podczas szukania pracy. Wolontariat to wreszcie także niezwykła możliwość zawarcia nowych znajomości, poznania ludzi z różnych światów, których łączy wspólna pasja. Co prawda o pieniądzach nie ma tu mowy, ale chyba nie przez przypadek wolontariusze zwykle deklarowali w badaniach, że ten rodzaj zaangażowania w dużą imprezę bardzo ich wzbogacił.

Wkrótce czekają nas w Polsce kolejne duże imprezy sportowe. Na przełomie czerwca i lipca będą to mistrzostwa Europy w koszykówce kobiet, następnie oczywiście piłkarskie EURO 2012, potem siatkarskie mistrzostwa Europy w 2013 roku (do spółki z Danią) oraz mistrzostwa świata w 2014 roku. Myślę więc, że o wolontariuszach jeszcze nieraz będzie głośno.

Więcej informacji na temat projektu „Organizacja wielkich imprez: słabe i mocne strony angażowania wolontariatu” i jego wyników na stronie internetowej: http://www.staff.amu.edu.pl/~wolimp/ 

Tekst pochodzi z Programu Meczowego „Heeej Lech!”

z meczu ze Śląskiem Wrocław w sezonie 2010/2011

P.

Los Mateusza Możdżenia jak los całego Lecha Poznań

Mateusz Możdżeń, Lech Poznań

(tekst wcześniej wrzucony na Poznań.Sport.pl)

Mateusz Możdżeń, a razem z nim cały Kolejorz, by nie popaść w przeciętność, musi dorosnąć. Tu i teraz. Podczas rewanżu z Wisłą Kraków.

– Wrzucam go na głęboką wodę, ale mam nadzieję, że nie utonie – mówił szkoleniowiec Jacek Zieliński w październiku 2009 roku przy okazji debiutu Mateusza Możdżenia w ekstraklasie.

Nie utopił się, choć zagrał od pierwszej minuty, bo Jakub Wilk był chory. Lech Poznań we Wronkach wygrał 1:0 z Wisłą Kraków i zaczął marsz po odebranie jej tytułu mistrzowskiego. Możdżeń zagrał nieźle (a może po prostu przyzwoicie), ale to wystarczyło, by o młodym lechicie zrobiło się głośno. Stało się tak też dlatego, że poprzedni trener, Franciszek Smuda, młodzież trzymał w bezpiecznej odległości od boiska – najczęściej na trybunach.

– Z każdą minutą trema była coraz mniejsza. Cieszę się z debiutu, jednak nie jest tak, że jestem aż tak bardzo młody, w końcu mam 18 lat – wydawało się, że Mateusz Możdżeń nie będzie miał problemów z zachowaniem kontaktu z rzeczywistością. Zimą 2010 r. podpisał pierwszy profesjonalny kontrakt z klubem, ważny do końca czerwca 2014 r. – Wiem, że mam tu szansę na rozwój, a co z tego wyniknie, zależy tylko ode mnie – twierdził piłkarz. Wiosną zależało coraz mniej – wchodził jako rezerwowy, ale najważniejsze, że z Kolejorzem zdobył ”majstra”, wyczekiwanego w Poznaniu jak ląd przez żeglarza.

Jacek Zieliński w swoim ostatnim spotkaniu w roli trenera Lecha – jakże inaczej – z Wisłą Kraków (4:1) wpuścił Możdżenia na boisko w 90. minucie. Młodzian i tak zdołał jednak zdobyć swojego premierowego gola w ekstraklasie. Że z bliska, że do pustej bramki i że po fajtłapowatym popisie obrońców Wisły – to bez znaczenia.

Być może bowiem ten prosty strzał sprawił, że kilka dni później nowy szkoleniowiec, Jose Bakero, podjął najlepszą decyzję podczas swojej pracy w Poznaniu. Po godzinie gry z Manchesterem City wpuścił Możdżenia na plac gry w 63. min, a ten pięknym strzałem zdobył gola na 3:1 i doprowadził 40 tysięcy kibiców na Bułgarskiej do ekstazy.



– Bramka z Wisłą Kraków, bramka z Manchesterem City… Dla takiego młodego zawodnika jak ja, to jest jakaś bajka, która niech trwa jak najdłużej i niech się nie kończy – cieszył się autor trafienia pokazywanego w spocie reklamującym Ligę Europejską przy okazji losowania kolejnej rundy.

Gol z City sprawił, że selekcjoner Franciszek Smuda, a razem z nim eksperci, zaczęli mówić o grze lechity w kadrze. Powołania dostali jednak Michał Kucharczyk, a później też Waldemar Sobota, a nie on. Bajka się skończyła. Lech odpadł z Bragą (między pierwszym a drugim meczem ”Fakt” przyłapał pomocnika w dyskotece o 1.30 w nocy), a pół roku po ograniu Anglików i wyeliminowaniu Juventusu, nie dostał się do europejskich pucharów.

Przed rozpoczęciem trwającego sezonu, na prezentacji Lecha, Mateusz Możdżeń powiedział: – Wiecznie młody nie będę, więc pora coś osiągnąć.

Zaczął świetnie: na inaugurację ligi miał dwie asysty z ŁKS, a Ruchowi Chorzów strzelił pięknego gola. Pewny siebie zawodnik de facto zrezygnował z gry w młodzieżowej reprezentacji Polski: wbrew woli trenera Stefana Majewskiego nie został razem z resztą kadry na odnowie biologicznej i śniadaniu. – Uznałem, że klub jest najważniejszy. Pierwsza reprezentacja ma priorytet, ale potem liczy się już interes klubu, przed młodzieżówkami – skomentował zawodnik.

Kolejorz pewność siebie stracił błyskawicznie. Rywale połapali się w nowej taktyce Jose Bakero i punktowali go bezlitośnie. Gdy tydzień temu w roli szkoleniowca zespołu zadebiutował Mariusz Rumak, Możdżeń mógł zostać bohaterem już w 16. sekundzie meczu w Krakowie. Nie trafił do bramki ani wtedy, ani 44 minuty później. Trafił za to dwa razy do notesu sędziego, co oznaczało głupie opuszczenie boiska za czerwoną kartkę. Nowy trener wziął gracza w obronę, a w ramach ochrony nie pozwolił na jego kontakty z mediami. Piłkarz miał skupić się na kolejnym, pucharowym boju z Wisłą. Dostał od trenera szansę odpokutowania win od pierwszej minuty, ale skończyło się na mocnym postanowieniu poprawy. Przez 45 minut pierwszej połowy Mateusz Możdżeń zrobił Wiśle dużo mniej krzywdy niż jego zmiennik Aleksandar Tonew przez 25 minut po przerwie.

Mecze z Wisłą Kraków stanowią kamienie milowe w krótkiej, jak na razie, przygodzie z piłką gracza, który w środę skończył 21 lat. Najbliższe gry ligowe, a przede wszystkim rewanż ćwierćfinału Pucharu Polski w najbliższy wtorek, będzie miał kluczowe znaczenie dla przyszłości „Kolejorza” i samego Mateusza Możdżenia. Letnie czystki go nie dotkną, ale jeśli Lech nie awansuje do pucharów, kolejne sezony może spędzić w przeciętnym zespole, a przez to sam skaże się na przeciętność. Trudno rozwijać swój talent, gdy nie ma się od kogo uczyć.

Latem podczas sparingu Warty Poznań z Polonią Warszawa w Grodzisku Wlkp. usłyszałem rozmowę rozgrzewających się młodych piłkarzy obu drużyn: -… albo taki Możdżi. Jeszcze kilka lat będzie jechał na tym golu z Manchesterem City – powiedział jeden. – Weź takiego gola strzel, to też będziesz na nim jechał – odparł drugi.

Tej wiosny Mateusz Możdżeń powinien pokazać, że nie chce pozostać zawodnikiem jednego gola.

B.

Ideologia i polityka w futbolu

W sporcie, jak w każdym innym dużym widowisku przyciągającym uwagę tłumów, kochają się nie tylko kibice, ale również politycy. Dla tych drugich to niezwykła okazja, aby ogrzać się w błysku reflektorów, które pierwotnie nie są nakierowane na nich. Szerzej o tym fenomenie pisaliśmy jakiś czas temu tutaj i tutaj.

Tymczasem zupełnie niedawno o polityczno-ideologicznych kwestiach związanych ze sportem miałem przyjemność porozmawiać w audycji „Godzina Krytyczna” w Radiu Afera. Zapraszam do jej odsłuchania.

Futbol – ideologia i polityka. Godzina Krytyczna z 22.02.12 from Fundacja ZaCzyn on Vimeo.

P.

Białoruś wzięta

Tak, wiem, że to nie ta flaga, która teoretycznie powinna się tu pojawić.

Runął kolejny mur. We fragment dziewiczego jeszcze lądu została właśnie wbita polska flaga! Otóż właśnie dziś, po raz pierwszy w historii, nasz rodak… strzelił gola na Białorusi:) Tego jeszcze nie było! W rejestrze krajów, w których gole pakowali przybysze znad Wisły, tego zza naszej wschodniej granicy jeszcze nie było. W efekcie mamy już komplet goli zdobywanych przez Polaków u naszych sąsiadów – Niemców (wiadomo), Czechów (np. Tomasz Sosna w ekstraklasie i spora grupa w niższych ligach), Rosjan (np. Janczyk czy ostatnio Rybus) Litwinów (tu bramki pakował Arkadiusz Klimek), Ukraińców (np. Mariusz Lewandowski) oraz Słowaków (tutaj w ekstraklasie nie mamy kim się pochwalić, ale już na jej zapleczu gole strzelali m.in. słynni bracia Pyrka).

Tego wiekopomnego – a co! – strzeleckiego dzieła dokonał w swoim debiucie na Białorusi Tomasz Nowak. Trzeba przyznać, że uczynił to na dodatek w całkiem ładnym stylu.



Nowak to epizodyczny reprezentant Polski (słynna wyprawa do Tajlandii, w meczu z Singapurem zaliczył nawet trafienie!), który ostatnio odbijał się od różnych klubów (Korona, Polonia Bytom, Łęczna, ŁKS). Koniec końców wylądował w FK Homel, trzeciej drużynie białoruskiej ekstraklasy poprzedniego sezonu, przez naszych kibiców kojarzonej przede wszystkim z dwumeczu z Legią (0:0 i 1:4 w sezonie 2008/2009). Być może strzelanie goli na Wschodzie sprawi, że kibice sobie o nim przypomną.

Trzeba jednak oddać Nowakowi, że miał ułatwione zadanie. Przed nim tylko bowiem dwóch Polaków próbowało podbić białoruską ekstraklasę. Jesienią 2003 roku w Sławiji Mozyrz dwa spotkania zagrał Jacek Cieśla (kojarzony być może przez kogoś z późniejszych gier w Polonii Warszawa i Świcie NDM). Cztery lata później – jesienią 2007 – zespół MTZ-RIPO Mińsk zasilił Tomasz Balul (przedtem Ruch Chorzów, później Zagłębie Sosnowiec, a obecnie GKS Tychy).

Dwóch próbowało, ale udało się dopiero trzeciemu. Białoruś wzięta.

Zobacz także: Tam Polacy jeszcze nie grali!

P.

Wojna Harta. Joe broni i prawie strzela gola

Joe Hart był dziś centymetry od zostania bohaterem (jeszcze większym) błękitnej części Manchesteru. Piłka po jego strzale głową w ostatniej akcji meczu ze Sportingiem Lizbona o centymetry minęła jednak bramkę. Szkoda, bo to byłaby fajna historia. I w temacie wspierania bramkarzy, którzy chcą strzelić gola.





Ale nie ma tego złego – przy okazji wrzucam odrobinę zaktualizowany tekst o bramkarzu MC, napisany przy okazji pojedynków z Kolejorzem.

Joe Hart, Manchester City, Anglia

Jego ojciec Charles osłupiał, gdy zobaczył, jak dwuletni syn potrafi łapać i odrzucać piłkę tenisową w sposób niezwykły jak na swój wiek. Było jasne, że pociecha ma wrodzony dar do sportu. Pytanie brzmiało, do którego sportu – to słowa z sylwetki Joe’a Harta zamieszczonej w ManC, oficjalnym magazynie klubu, którego numer kupiłem przy okazji meczu z Lechem.

– Zawsze jego siłą była naturalna koordynacja oko-ręce. Z tym się trzeba urodzić – zachwycał się Hart senior.

Joe aż do szkoły średniej trenował zarówno piłkę nożną, jak i krykiet. Andy Barnard, jego trener z klubu krykietowego w Shrewsbury ciągle żałuje, że chłopak wybrał futbol: – Ma takie szybkie i agresywne ruchy. Nie twierdzę, że wygrywałby w pojedynkę mecze, ale było w jego grze coś niezwykłego – twierdzi Barnard. – Teraz łatwo jest gdybać. Lubię krykiet i ciągle w niego pogrywam, ale drogą którą wybrałem jest piłka nożna i jestem z tego zadowolony – opowiada Charles Joseph John Hart. Na bramkarza wszyscy wołają po prostu: Joe.

W wieku 15 lat Hart zaczął siadać na ławce rezerwowych Shrewsbury Town. – Byłem wtedy jeszcze w szkole i nie rozumiałem profesjonalnego futbolu. Przegrany mecz wywoływał smutek, ale to nie był koniec świata. Gdy uświadomiłem sobie, że od wyników zależą zarobki i utrzymanie rodzin przez kolegów z drużyny, zacząłem dorastać do rozpoczęcia kariery – przypomina sobie Hart.

Gdy awansował do roli pierwszego bramkarza Shrewsbury, trochę po ukończeniu osiemnastki, dostał powołanie na zgrupowanie reprezentacji do lat 19. Dla niego i obecnego kolegi z klubu Adama Johnsona, był to debiut w narodowych barwach. – Ubraliśmy te nudne i niemodne garnitury i jakoś z tego wybrnęliśmy – śmieją się z tego dzisiaj.

Utalentowany bramkarz szybko wzbudził zainteresowanie klubów Premier League. Najbardziej chciały go Everton i Manchester City. Stuart Pearce, menedżer drugiego z tych klubów, regularnie oglądał z trybun grę wysokiego blondyna. I to jemu bramkarz zaufał, podpisując kontrakt z klubem z dzielnicy Eastlands. Nie dziwi, że Pearce, jako tymczasowy selekcjoner Anglii, 29 lutego wstawił właśnie Harta do bramki w towarzyskim meczu z Holandią.

Hart debiut w MC zaliczył w październiku 2006 r., gdy kontuzjowani byli Andreas Isaksson i Nicky Weaver. Przeciw Sheffield Utd. gola nie puścił. Gdy jednak konkurenci wyzdrowieli, Hart zgodził się na wypożyczenie, by grać.

Transfery czasowe do Tranmere i Blackpool były krótkie, był tam bramkarzem ”na wszelki wypadek”. Na co dzień trenował w Manchesterze, a gdy został do któregoś z tych klubów wezwany, po odbyciu zajęć w piątek, w sobotę grał mecz. – Te wypożyczenia nie były jakoś nagłaśnianie, więc zdarzało się, że koledzy z zespołu byli na początku zdziwienie – kim jestem i czemu chcę włazić do ich bramki. Nie miałem z tym jednak problemu, jeździłem tam, by występować – opisuje Hart.

Przy okazji przedłużenia kontraktu z Citizens o pięć lat, bramkarz stwierdził: – Gdy przychodziłem tu z Shrewsbury, moim celem było stanie się numerem 1 w bramce City, byłem gotów na wszystko. Mogłem nawet pozwolić na wypożyczenie mnie kilka razy, by udowodnić swoją wartość.

Cały sezon na wypożyczeniu spędził dopiero w Birmingham City. Latem 2010 roku wracał stamtąd do MC opromieniony nie tylko tytułem Piłkarza Drużyny, ale i wyróżnieniem do najlepszej drużyny sezonu. Nie oznaczało to jednak wcale, że Joe dostanie miejsce w bramce za darmo. Musiał je sobie wywalczyć na treningach.

Choć mawia się, że im bramkarz starszy tym lepszy, Roberto Mancini zaufał Hartowi, a nie doświadczonemu Shay’owi Givenowi. I nie zawodzi się. Hart broni równo, a od czasu do czasu, wręcz spektakularnie. W sierpniowym meczu z Tottenham Hotspur obronił aż 25 celnych strzałów, nie wpuścił ani jednego gola. Awans do roli numeru 1 w City szybko przełożył się na powołanie do reprezentacji kraju od Fabio Capello.

Komplementów nie szczędzą mu byli bramkarze reprezentacji Anglii (zresztą jak dla mnie dużo mniejsi fachowcy od Harta).

David James: – Widzę go jako wieloletniego bramkarza reprezentacji Anglii, takiego jak Iker Casillas w Hiszpanii. Różnica polega na tym, że Joe jest od niego lepszy. Oprócz Pepe Reiny nie widzę nikogo lepszego od niego. Robi wszystko to, czego oczekujesz od bramkarza z najwyższej półki. Ile on ma lat? 24? Ja debiutowałem w reprezentacji jako 27-latek, ale zagrałem tylko jeden mecz. Pozostałe 52 powołania przyszły już po moich 30. urodzinach.

Tim Flowers: – Gdy zobaczyłem Joe pierwszy raz na treningu, powiedziałem mu, że zagra sto razy w angielskiej kadrze. Wtedy się śmiał. Jeszcze się śmiał…

 

Porównanie Harta z trzema bramkarzami o największej liczbie występów w reprezentacji Anglii

imię i nazwisko wiek debiutu – wiek ostatniego meczu  liczba meczów  procent meczów bez  straty gola  śr. stracona liczba goli
Peter Shilton 21-40 125 52,8 0,64
David Seaman 25-39 75 53,3 0,59
Gordon Banks 25-34 73 48 0,78
Joe Hart 21-? 17 47 0,64

 

B.

Czasem miał tych głupków dość, ale nie żałował. Kazimierz Deyna i Manchester City

Ścigając Jacka Cyzio, czyli 20 lat minęło od pięćdziesięciu sekund radości 

Ciemnoskórzy pionierzy europejskich reprezentacji: Szkocja, Walia, Irlandia, Irlandia Północna

Dąbrowski, czyli dobry Dobra

W historii polskiej piłki można znaleźć kilka nazwisk, które w różnych państwach były prawdziwymi gwiazdami, ale rodzimy futbol nie miał z nich praktycznie żadnego pożytku – albo ich nie dostrzegał, albo nie potrafił ich wykorzystać. Mniej liczna pewnie jest ta pierwsza grupa. Zaliczyłbym do niej takich zawodników jak na przykład Mirosław Kubisztal (Szwecja), Arkadiusz Onyszko (Dania) czy przez chwilę Andrzej Kubica (Izrael). Patronem tej drugiej byłby z pewnością Krzysztof Warzycha – król Aten, któremu dla polskiej kadry nie udało się zrobić praktycznie nic. Kto poza tym? Pewnie Andrzej Rudy, Radosław Gilewicz, Dariusz Skrzypczak… Z pewnością do tego zestawu zalicza się również dzisiejszy jubilat – Roman Dąbrowski.

Polskę opuścił on w 1994 roku jako 21-letni zawodnik. Miał już jednak wówczas na koncie 3,5 roku występów w ekstraklasie w barwach Ruchu Chorzów. Dobrych występów – należy dodać. W swoim ostatnim sezonie przy ul. Cichej Dąbrowski strzelił 10 goli. Do tego czarował techniką, czym pewnie również przyciągnął uwagę wysłanników znad Bosforu. Jego dodatkowym atutem były dwa występy w reprezentacji prowadzonej przez Henryka Apostela. Zawodnik wystąpił w towarzyskich potyczkach z Arabią Saudyjską oraz Węgrami (w tym drugim meczu zastąpił go po przerwie niedawny kolega z młodzieżówki, Henryk Bałuszyński). W efekcie latem 1994 roku parafował kontrakt z tureckim Kocaelisporem Kulubu. I w tym momencie praktycznie przestał dla polskiej piłki istnieć.

A szkoda, bo Dąbrowski na tureckiej ziemi radził sobie wyśmienicie. Przez osiem lat występów dla ekipy z Izmitu uzbierał aż 65 goli oraz dwukrotnie wywalczył krajowy puchar. W międzyczasie przyjął również nowe obywatelstwo, a wraz z nim nowe imię i nazwisko – Kaan Dobra. Dobra, nomen omen, gra Dąbrowskiego nie umknęła możnym tureckiej ligi. Po zakończeniu niezwykle udanych dla tamtejszych zawodników MŚ 2002 zasilił on bowiem trzecią siłę ekstraklasy – słynny Besiktas Stambuł! Swym nowym pracodawcom zapadł w pamięć strzelając bramkę w finałowym meczu Pucharu Turcji.



W tym zespole grał przez 2,5 roku. Zdobywał z nim mistrzostwo Turcji (2003) i występował w Lidze Mistrzów (pięć spotkań w edycji 2003/2004). Choć nie szarżował już w ataku, lecz na boku pomocy, to dawał radę młodszym kolegom i przez dwa sezony miał pewne miejsce w pierwszym składzie, a także strzelał bramki. Ważne bramki. Jego dwa gole w meczu z Genclerbirligi zapewniły w zasadzie Besiktasowi mistrzostwo. W 4.11 poniższego filmiku można podziwiać piękne trafienie Polaka bezpośrednio z rzutu wolnego



W międzyczasie przypomniał sobie o nim nowy selekcjoner reprezentacji Polski Zbigniew Boniek i zaprosił go na mecz Dania – Polska (2:0). Jak Boniek skończył wszyscy wiemy, ale z Dąbrowskiego nie zrezygnował jego następca Paweł Janas i dwukrotnie wysyłał mu jeszcze biało-czerwone powołanie – na gry z Chorwatami (0:0) i Estończykami (2:1) w 2003 roku. Tymi występami nasz bohater zakończył swoją ubogą reprezentacyjną karierę. Pomimo swych niepodważalnych umiejętności w koszulce z orzełkiem zawsze był jakiś taki niewyraźny.

W sezonie 2004/2005 Kaan Dobra stracił miejsce w składzie Besiktasu, więc postanowił zmienić barwy, aby jeszcze chwilę pocieszyć się piłką. Miał już wówczas 32 lata. Wpadł na pół roku do swojego ukochanego Kocaelispor, potem na rok przeniósł się do Antalyasporu, by karierę zakończyć tam, gdzie zaczęła się jego turecka przygoda, czyli w Kocaelisporze.

Po zawieszeniu butów na kołku zaczął szkolić młodzież. Jak sam zresztą opowiedział w jednym z wywiadów (jego całość można przeczytać tutaj):

„Po zakończeniu kariery szkoliłem młodzież w Kocaelisporze. Ale tylko sezon, bowiem klub znów miał problemy finansowe, teraz zresztą ma jeszcze większe, nie ma prezesa, nie ma rady sponsorów. (…) Zdobywam odpowiednie „papiery”, aby móc prowadzić drużyny z najwyższych lig. Na razie pracuję w jednym z ośrodków sportowych jako koordynator. Jest u nas wszystko: piłka nożna, jeździectwo, siatkówka, koszykówka, tenis. Mamy i szkółki dla dzieci, i zajęcia rekreacyjne dla dorosłych”.

Trochę szkoda, że polski futbol nie potrafił odpowiednio zagospodarować takiego zawodnika jak Roman Dąbrowski. Być może z nim w składzie reprezentacja Piechniczka grałaby mniej topornie, a Janusz Wójcik na Wembley nie wystawiałby siedmiu obrońców. To wszystko jednak tylko domysły. Faktem natomiast jest, że dziś były zawodnik Besiktasu obchodzi 40. urodziny. Wszystkiego dobrego, Dobra!

Zobacz także: Fenerbahce, kiedyś trochę polskie

P.

Super Balu, czyli Henryk Bałuszyński (1972-2012)

Henryk Bałuszyński

Pan Bóg w ostatnim czasie bardzo hojnie rozdziela powołania do wieczności wybitnym polskim piłkarzom. W ubiegłą środę odszedł od nas Włodzimierz Smolarek, a późnym przedpołudniem, tego samego dnia, podczas uroczystości pogrzebowych w Chudowie, niemal dwutysięczny tłum pożegnał zmarłego 1 marca Henryka Bałuszyńskiego. O ocalenie od zapomnienia wspaniałych dokonań niesamowitego Smolarka jestem zupełnie spokojny. Jednak nie ma już we mnie takiej niezachwianej pewności, że jako polscy kibice, rzeczywiście w pełni zdajemy sobie sprawę jak znakomitym, i jakiej skali talentu futbolistą był Henryk Bałuszyński, o którego pytał przed laty monachijski Bayern Trapattoniego, i którego grą zachwycał się niegdyś sam legendarny Gheorghe Hagi.

Po raz pierwszy, ojczysty, piłkarski światek usłyszał o Bałuszyńskim w lipcu 1989 roku. Młody, utalentowany napastnik z nr 9 na koszulce, poprowadził wówczas swych kolegów z zabrzańskiego Górnika do Mistrzostwa Polski juniorów starszych. Balu na murawie królował niepodzielnie. W turnieju półfinałowym, rozgrywanym w Radomiu i Pionkach, strzelał bramki dla swej drużyny w każdym z trzech spotkań (łącznie nazbierał tych goli sześć). W dwumeczu finałowym, przeciwko elbląskiej Olimpii, Bałuszyński dołożył kolejne cztery trafienia (sprawiedliwie – po dwa w każdym ze spotkań) i miał udział przy niemal wszystkich bramkach dla Górnika. Ale nie same gole były w tym wszystkim najważniejsze. Balu, który w dniu pierwszej finałowej potyczki obchodził dopiero siedemnaste urodziny, o klasę przewyższał swych starszych rywali. Niemal każde jego zetknięcie się z piłką oznaczało kłopoty dla elbląskiej drużyny. Po kolejnym golu młodego napastnika, nie wytrzymał trener Olimpii i zaczął wykrzykiwać do swych podopiecznych: ”Jak długo jeszcze on was będzie tak ogrywał!?”.

Wydawało się, że przed młodziutkim Bałuszyńskim drzwi do wielkiego wciąż jeszcze wówczas Górnika oraz do pięknej kariery stały szeroko otwarte. A jednak ktoś w Zabrzu uznał, że Balu potrzebuje jeszcze czasu, i że warto, aby spokojnie oswoił się z dorosłą piłką, na zesłaniu do uchodzącego wówczas za filię drużyny z Roosevelta – Górnika Knurów. Po roku wrócił do swego ‚prawdziwego’ Górnika, o którym marzył od dziecka – już gotowy na przygodę z prawdziwym futbolem w ligowym wydaniu. W ekstraklasie zadebiutował 25 sierpnia 1990 roku, zmieniając Ryszarda Cyronia, w zremisowanym na stadionie w Zabrzu (2:2) meczu z późniejszym mistrzem Polski – lubińskim Zagłębiem. Do końca tego sezonu Bałuszyński pozostał zmiennikiem i wybiegł na murawę jeszcze dwunastokrotnie, przyczyniając się do wywalczenia wicemistrzostwa Polski. W następnym, gdy kontuzje wykluczyły z gry Ryszardów – Krausa i Cyronia, Bałuszyński raźnym krokiem wkroczył do podstawowego składu Górnika i miejsca w nim nie oddał już potem nikomu. 17 sierpnia 1991 roku, w 2 minucie meczu rozgrywanego we Wrocławiu, strzelił Śląskowi swego pierwszego ligowego gola, a po dokładnie miesiącu, dane mu było powąchać naprawdę wielkiego futbolu.

Zabrzanie pojechali do Hamburga, by tam stoczyć potyczkę z utytułowanym HSV. Skazani na pożarcie Polacy sprawili jednak ogromną niespodziankę, będąc o krok od zwycięstwa i wywożąc z Niemiec cenny remis 1:1 (wspaniała bramka Piotra Jegora). W ataku, przeciw doświadczonym defensorom z Bundesligi, hasał osamotniony, 19-letni wówczas Bałuszyński i radził sobie zaskakująco dobrze. Po dwóch tygodniach, w Zabrzu, piłkarze z HSV wychodzili ze skóry, by wydrzeć podopiecznym Jana Kowalskiego awans do następnej rundy i udało im się to. Bałuszyński, podczas wspomnianego dwumeczu, miał okazję, by choć przez chwilę dotknąć wreszcie z bliska wielkiego, profesjonalnego klubu. Młodemu polskiemu napastnikowi nie mogło wówczas nawet przemknąć przez głowę, że za kilka lat, grając już w Niemczech – bramkarzowi HSV Richardowi Golzowi zaaplikuje piękną bramkę, a ze strzelcami goli, które w Zabrzu rozszarpały górnicze marzenia o awansie – Thomasem von Heesenem oraz Haraldem Spoerlem spotka się w jednym zespole.

Tymczasem Balu zakończył sezon 1991/1992 w Zabrzu z czterema trafieniami ligowymi na koncie, wywalczając z Górnikiem ‚tylko’ czwarte miejsce oraz przegrywając po karnych finał Pucharu Polski z drugoligową Miedzią Legnica. Na wiosnę 1992 Balu regularnie grywał też w prowadzonej przez Pawła Janasa reprezentacji U-20. Kolejny sezon to dwa ligowe trafienia na koncie i dopiero dziewiąte miejsce w tabeli. Wydaje się, że po dawnej świetności Górnika nie ma już nawet najmniejszego śladu.

A jednak sezon 1993/1994 okazuje się być przełomowym dla Henryka Bałuszyńskiego. Na jesieni Balu jest pewnym punktem i bezcennym ogniwem ciekawej młodzieżowej reprezentacji Polski (uważanej przez wielu za godnych następców srebrnych olimpijczyków z Barcelony), prowadzonej przez Wiktora Stasiuka. Napastnik Górnika zalicza ważne trafienie na londyńskim Millwall, dzięki któremu dumni Anglicy (w składzie m.in.: Darren Anderton, Chris Sutton, Andy Cole, Jamie Redknapp, Steve McManaman itp.) muszą przełknąć gorycz porażki z biało-czerwonymi (1:2). Pod koniec września w Stavanger Polacy wprawdzie przegrywają z prowadzonymi przez Nilsa Johana Semba (trener dorosłej drużyny podczas Euro 2000) Norwegami, z Myhre, Oestenstadem czy Tore Andre Flo w składzie, jednak Henryk Bałuszyński osładza tę klęskę fenomenalną bramką strzeloną z 30 metrów! W październikowej potyczce w Pile, z tymiż Norwegami, Balu jest najlepszy na boisku i prowadzi chłopców od Stasiuka do zwycięstwa 2:0. Również 2:0 wygrywają nasi z Holendrami w Pniewach i awansują do grona ćwierćfinalistów młodzieżowych Mistrzostw Europy. Bałuszyński był, w tak zwanym międzyczasie, głównym kandydatem do prestiżowej (wówczas jeszcze) nagrody tygodnika ”Piłka Nożna” dla ”Odkrycia Roku” 1993, ostatecznie jednak przegrał z Radosławem Michalskim. Rozegrane już w marcu 1994 roku dwa boje (nazwać je meczami, to zdecydowanie zbyt mało) z Portugalczykami do dziś jeszcze budzą wielkie emocje pośród ich uczestników. Polakom przyszło się wówczas zmierzyć ze wspaniała drużyną, opartą na piłkarzach tzw. ”złotego pokolenia”, z Figo, Rui Costą i Joao Pinto na czele. W pierwszej części spotkania w Szczecinie, ustawieni niezwykle ofensywnie Polacy, rzucili na szalę wszystko, pragnąc złamać Portugalczyków huraganowymi wręcz atakami. Bałuszyński grał wyśmienicie, stanowiąc ogromne zagrożenie dla rywali. I wtedy do akcji wkracza jeden z większych boiskowych rzeźników w całej historii europejskiej piłki – Jorge Costa, który podczas walki o piłkę przy linii bocznej niemal wbija naszego bohatera w jedną z okalających plac gry plansz reklamowych. Porządkowi muszą potem dłuuugo ją reperować, a Balu potrzebuje wiele czasu, by otrząsnąć się po zajściu i do końca tego spotkania nie jest już sobą. Choć Polacy, dzięki trafieniu Romana Dąbrowskiego schodzą na przerwę z prowadzeniem 1:0, to jednak czerwona kartka dla Krzysztofa Ratajczyka (kolega z zespołu – Piotr Świerczewski zarzucił potem Ratajowi ”sabotaż” oraz zaprzepaszczenie szansy na medal dla drużyny), ułatwia znakomitym Portugalczykom zadanie. Wracają oni do ojczyzny z tarczą, przywożąc znad polskiego morza wynik 3:1. Rewanżowy mecz w Coimbrze jest dalszym ciągiem twardej, nieustępliwej, brutalnej bitwy pomiędzy obydwoma zespołami (w pewnym momencie przepychanki przy linii bocznej trwają aż 6 minut!). Polacy kończą ją w dziewiątkę, przegrywając 0:2.

Również w rozgrywkach klubowych sezon 93/94 jest dla Balu czasem ciekawym i pełnym nadziei. W Górniku pojawiają się całkiem spore pieniądze. Zespół przejmuje Henryk Apostel i ma do dyspozycji bardzo silną drużynę, opartą na piłkarzach, którzy przed rokiem wywalczyli olimpijskie srebro (Aleksander Kłak, Tomasz Wałdoch, Dariusz Koseła, Ryszard Staniek, Jerzy Brzęczek, Grzegorz Mielcarski), młodzieżowcach Stasiuka (Bałuszyński, Arkadiusz Kubik, Tomasz Hajto) oraz cenionych ligowcach z reprezentacyjną karierą (Piotr Jegor, Jacek Grembocki). Zabrzanie na półmetku są liderami i wydają się pewnie zmierzać po mistrzowsko Polski. ”Teraz albo nigdy. Mamy taki skład, że musimy zdobyć tytuł” – mówi Balu. A jednak ligowa wiosna nie jest już tak dobra w wykonaniu zabrzan. Zespół opuszcza Apostel, który zostaje selekcjonerem reprezentacji. Górnicy pod wodzą Huberta Kostki tracą zdecydowanie więcej punktów niż zamierzali. Po jakimś czasie Kostkę zastępuje Edward Lorens, a zespół z Zabrza znajduje się w sytuacji, w której ostatni ligowy mecz z Legią w Warszawie jest dla niego meczem, który trzeba wygrać, by cieszyć się z krajowego prymatu. Spotkanie rozegrane 15 czerwca 1993 roku na trwałe zapisało się w historii polskiej piłki. Zabrzanie grali w tym meczu twardo, nieustępliwie, momentami brutalnie, ale też po prostu znakomicie, imponując wręcz ambicją i determinacją. Bałuszyński rozgrywał fantastyczne zawody. Był wręcz nieuchwytny dla legionistów. Dryblował, strzelał, wyczyniał z piłką, co tylko chciał. Jednak w rolę głównego (anty)bohatera całego widowiska, postanowił wcielić się niestety arbiter spotkania i nie zamierzał dzielić się nią z kimkolwiek. Oddajmy głos, warszawskiemu przecież ”Przeglądowi Sportowemu”: ”Zabrzanie od początku szturmowali bramkę Zbigniewa Robakiewicza. Fani Legii oniemieli. Na boisku szalał pomocnik gości Henryk Bałuszyński. Arbiter czuwał i już w 40 minucie zdjął Balu z boiska. Pod bramką Górnika Bałuszyński czysto zaatakował wślizgiem, mając już na koncie żółtą kartkę. Sędzia Sławomir Redziński wyjął drugi żółty kartonik, a potem czerwony”. W dziesiątą rocznicę słynnego boju przy Łazienkowskiej Bałuszyński powie ”Gazecie”: ”Teraz, po latach, nie mam już żalu do sędziego. Szkoda tylko, że to była moja jedyna w karierze szansa na tytuł. W tym meczu byliśmy lepsi od Legii. Strzeliliśmy gola, grając w dziesiątkę, choć sądzę, że jak by trzeba było, to Redziński wyrzuciłby i czwartego gracza Górnika. Najśmieszniejsze jest to, że to była moja pierwsza i ostatnia czerwona kartka w karierze”.

Jakby na złość Redzińskiemu, dosłownie w chwilę po wyrzuceniu Balu z boiska, Szemoński, po pięknej akcji Brzęczka, uzyskał sensacyjne prowadzenie dla Zabrzan. Potem jednak niesławny arbiter z Zielonej Góry wykartkował jeszcze Dziuka oraz Grembockiego i Górnik kończył spotkanie w ósemkę, a Legii udało się uzyskać wyrównujące trafienie. 22-letni Bałuszyński kończył więc sezon bez upragnionego mistrzowskiego tytułu, ale za to z solidnym ligowym dorobkiem (31 meczów i 7 goli), i co w tym wszystkim najważniejsze, jako piłkarz pierwszej reprezentacji Polski!

Henryk Apostel już od momentu przejęcia w swoje ręce selekcjonerskich sterów jasno deklarował, że Bałuszyński, którego piłkarskim umiejętnościom zdążył się dobrze przyjrzeć podczas pracy w Zabrzu, będzie u niego ważnym ogniwem narodowej drużyny. Balu dostaje powołanie już na pierwszy mecz pod wodzą nowego trenera. 9 lutego 1994 roku na Teneryfie, piłkarz Górnika debiutuje w polskiej reprezentacji, w meczu przeciwko Hiszpanom. Bałuszyński wchodzi na murawę w 63 minucie, zmieniając Andrzeja Juskowiaka. Debiut wypada okazale. Polacy remisują z faworyzowanymi Hiszpanami na ich terenie 1:1, a najmłodszy w naszym zespole, 21-letni Balu prezentuje się z jak najlepszej strony, siejąc kilkukrotnie popłoch pod bramką Zubizarrety. Niespełna trzy miesiące później, 4 maja 1994, na krakowskim stadionie Hutnika, Bałuszyński uzyskuje swoje pierwsze trafienie w biało-czerwonych barwach, w zwycięskiej, towarzyskiej potyczce z Węgrami (wyrównujący gol na 2:2, w 80 min). Kadra Apostela rozpoczyna swoje eliminacyjne boje o udział w Euro ’96, ale piłkarz, na którego selekcjoner tak bardzo liczy, jest kontuzjowany i pierwsze dwa spotkania – w Tel Awiwie (Izrael 1:2) oraz Mielcu (Azerbejdżan 1:0) musi obejrzeć z ławki rezerwowych. Za to jest już wreszcie gotów do gry 16 listopada 1994, na zabrzańską, niezwykle ważną i prestiżową potyczkę z Francuzami. Polacy rozgrywają naprawdę niezły mecz, zdecydowanie dominując na boisku. Na lewej stronie fantastycznie gra Bałuszyński, który zna przecież każdy skrawek murawy przy Roosevelta. Szarpie, drybluje, ogrywa Francuzów niemiłosiernie. Tak klasowy zawodnik jak Jocelyn Angloma jest często bezradny w pojedynkach z najmłodszym piłkarzem naszej ekipy. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że z trybun oglądają Balu wysłannicy monachijskiego Bayernu, którzy od jakiegoś już czasu bacznie mu się przyglądają. Napór Polaków jeszcze rośnie, gdy boisko w 50 minucie za brutalną grę opuścić musi Christian Karembeu. Jednak trójkolorowym niemal cudem udaje się uratować bezbramkowy remis. ”Francuzi zerwali się ze stryczka” – napisał w swej relacji o tym meczu ”World Soccer”. ”Do ostatniej minuty drżałem o wynik. Polacy byli dziś lepsi. To cud, że nie przegraliśmy” – wyznał po meczu trener przyszłych mistrzów świata Aime Jacquet. ”Gospodarze zasłużyli na zwycięstwo. Możemy być szczęśliwi, że zdobyliśmy punkt” – wtórował francuskiemu selekcjonerowi uczestnik spotkania Youri Djorkaeff. Reprezentacyjną przygodę za rok 1994, kończy Bałuszyński 10 grudnia w Rijadzie, strzelając przeciwko niedawnemu finaliście Mundialu ’94 – Arabii Saudyjskiej (sensacyjnie ograła wówczas Belgię) swą kolejną bramkę dla biało-czerwonej kadry.

Ligowy sezon 1994/1995 jest być może najbardziej udanym w całej piłkarskiej karierze Henryka Bałuszyńskiego. Na jesieni, w 9 ligowych spotkaniach zdobywa aż 5 bramek. Dokłada do tego również 4 trafienia w rozgrywkach Pucharu UEFA (3 gole w dwumeczu przeciwko Shamrock Rovers oraz jedno, piękne trafienie przeciw wiedeńskiej Admirze-Wacker). 18 listopada 1994 roku strzelając w Pniewach bramkę tamtejszemu Sokołowi, Balu zapewne nie przypuszcza, że będzie to już jego ostatnia bramka uzyskana w rozgrywkach polskiej ekstraklasy. 27 listopada, w zamykającym rundę jesienną, zremisowanym w Zabrzu meczu z ŁKS, pożegna się na zawsze z naszą pierwszą ligą. Kilka dni później biega już po boiskach Bundesligi. Cała sprawa transferu Balu za zachodnią granicę rozegrała się zaskakująco błyskawicznie. Zespołem, w którym wylądował utalentowany polski piłkarz, nie był jednak obserwujący go od kilku miesięcy, prowadzony przez słynnego Giovanni Trapattoniego, Bayern Monachium, lecz znacznie mniej utytułowany VfL Bochum. ”Kiedy przyjechał do mnie przedstawiciel Bayernu, mógł mi zaproponować tylko czekanie i co jakiś czas obserwację ze strony trenerów Bayernu. Zaś szefowie Bochum proponowali natychmiastowy start. A chciałem się z naszej ligi wyrwać, póki była okazja” – tłumaczył potem Balu swą decyzję Pawłowi Zarzecznemu, w rozmowie dla tygodnika „Piłka Nożna”. Bałuszyński więc, miast udać się, tropem pozostałych piłkarzy naszej ekstraklasy, na wypoczynek po zakończonej rundzie jesiennej, musiał tę rundę dokończyć raz jeszcze, tym razem jednak już na boiskach Bundesligi. W środę pojawił się na pierwszym treningu Bochum, a już w niedzielę zagrał swój pierwszy mecz dla nowej drużyny, wychodząc oczywiście w podstawowym składzie. I to jak zagrał!

Występ Bałuszyńskiego w Gelsenkirchen 4 grudnia 1994 roku, to najprawdopodobniej po dziś dzień najbardziej udany debiut polskiego piłkarza w Bundeslidze. Balu dwukrotnie pokonując (45 min i 51 min) Jensa Lehmanna, doprowadza do remisu (do utrzymania którego zabrakło jednak dwóch minut), dźwigając własną drużynę z kolan. Zachwycił całe piłkarskie Niemcy. Zostaje okrzyknięty ”piłkarzem meczu”, prestiżowy Kicker wybiera go do ”jedenastki kolejki”. Szefowie Bochum są wniebowzięci, że zrobili na polskim zawodniku tak świetny interes. Jego wartość na piłkarskim rynku momentalnie szybuje w górę. Sam Balu, żartobliwie komentuje całą sprawę, mówiąc że żałuje, iż kontraktu nie podpisywał dopiero w poniedziałek, już po swym występie przeciwko Schalke.

W rok 1995 Henryk Bałuszyński wkracza więc jako ważny piłkarz reprezentacji Polski, mający na koncie wspaniały debiut w Bundeslidze. I wcale nie zamierza spocząć na laurach. W pierwszym, lutowym meczu wiosennej rundy ligowych rozgrywek w Niemczech, Balu ma szansę zmierzyć się ze swym niedoszłym pracodawcą – Bayernem Monachium. Bochum przegrywa 1:2. Bałuszyński potem jeszcze trzykrotnie zagra w Bundeslidze przeciwko słynnemu Bayernowi, ale już nigdy więcej nie przegra.

24 lutego 1995 w Dreźnie, przeciwko tamtejszemu Dynamu, Balu zalicza swoje trzecie trafienie w Bundeslidze. 3 marca w Bochum, po kilkudziesięciometrowym rajdzie, już w 16 sekundzie meczu z Werderem Brema uzyskuje jedną z najszybciej strzelonych bramek w całej historii Bundesligi. Po pół godzinie gry musi jednak opuścić murawę z powodu kontuzji. Znoszony z boiska, opuszcza je z fantastycznym dorobkiem w lidze niemieckiej 4 występy – 4 gole.

Furora, jaką robi Bałuszyński na stadionach naszych zachodnich sąsiadów nie przechodzi bez echa na piłkarskich rynkach Europy. Po byłego napastnika Górnika, zgłasza się hiszpańska Valencia, ale w Bochum nawet nie chcą słyszeć o podejmowaniu jakichkolwiek rozmów na temat sprzedaży Polaka. ”Zawsze powtarzałem sobie, że dwie ligi na pewno nie są dla mnie: niemiecka i angielska. Marzyła mi się Hiszpania albo Francja” – wyzna po latach w rozmowie dla ”Gazety” z Piotrem Zawadzkim. A jednak Balu jest urzeczony w Bochum sposobem prowadzenia drużyny przez Klausa Toppmoellera, który często rozmawia ze swoimi piłkarzami i stara się czuć prowadzoną przez siebie drużynę.

Po odniesieniu kontuzji w spotkaniu z Werderem, Polak wraca do gry dopiero po kilku tygodniach, na mecz przeciwko Borussi Moenchengladbach. A już po kilku dniach czeka go ogromnie ważny występ w Bukareszcie, przeciwko mundialowej rewelacji – znakomitej reprezentacji Rumunii. Zespół Anghela Iordansecu stanowi wówczas czołową futbolową potęgę na świecie. Polacy po kiepskich występach przeciwko Izraelowi oraz Azerbejdżanowi wydają się być skazani na pożarcie. A jednak to właśnie tym meczem rozpoczyna swą udaną wiosnę drużyna Apostela. Biało-czerwoni grają odważnie, ambitnie, walecznie, zaskakująco dobrze. W 43 minucie, po skutecznie egzekwowanej jedenastce przez Juskowiaka, Polacy obejmują sensacyjne prowadzenie. Jednak już dwie minuty później, swój piłkarski geniusz ujawnia Gheorghe Hagi, cudownie zagrywając do Raducioiu, który pokonuje Wandzika. Polski bramkarz nie był bez winy przy tym golu. Ale pełnię swych możliwości zaprezentował dopiero 7 minut po przerwie, wrzucając sobie piłkę do bramki, i niwecząc tym samym wysiłek całego zespołu, który rozegrał naprawdę niezłe spotkanie. Najmłodszym a zarazem zdecydowanie najlepszym naszym piłkarzem w tym pojedynku był bez wątpienia Henryk Bałuszyński, który przecież, po kontuzji, wznowił treningi dopiero na tydzień przed meczem. Ustawiony wreszcie w ataku, radził sobie znakomicie. Często schodził na skrzydło, dryblował, niejednokrotnie ośmieszał wręcz Rumunów. Pamiętam, że momentami wydawało mi się wtedy, iż to zawodnik z nieco innej piłkarskiej planety, i że gdybyśmy mieli choć kilku takich Bałuszyńskich na boisku, Rumuni nie mieliby czego szukać w konfrontacji z naszym zespołem. Balu zagrał w reprezentacji kilka naprawdę świetnych meczów o stawkę, ale uważam, że tym najlepszym z najlepszych, był właśnie ów bukaresztański, marcowy pojedynek.

Wspaniałą grą Polaka urzeczony był nawet jeden z najwspanialszych futbolistów wszechczasów, Gheorghe Hagi, który po meczu zwierzył się Dariuszowi Wołowskiemu na łamach ”Gazety”: – Dziś zachwycił mnie piłkarz grający z numerem ósmym – Bałuszyński. Wygrał wszystkie pojedynki jeden na jednego, a czasem nawet dwóch naszych obrońców było bezradnych przy jego dryblingach. Rumuńscy defensorzy nie są łatwymi rywalami, ale Bałuszyński udowodnił, że ma klasę.

Jaki piłkarz na świecie nie chciałby usłyszeć pod swym adresem takich komplementów z ust samego ”Maradony Karpat”?

W rozegranym miesiąc później, kolejnym eliminacyjnym spotkaniu z Izraelem w Zabrzu (zwycięstwo 4:3), Balu wybiegnie na boisko jako prawoskrzydłowy (wyszliśmy wówczas aż trzema napastnikami), ale opuści plac gry już po 45 minutach. Kontuzje wykluczą go z kolejnych, ważnych reprezentacyjnych bojów ze Słowacją oraz Brazylią. Podczas słynnej sierpniowej, porywającej i aż kipiącej od kibicowskich emocji batalii na Parc de Princes (1:1), zasiądzie już na ławce rezerwowych, ale na wrześniową potyczkę z Rumunami w Zabrzu (0:0) znów nie jest gotowy do gry. 11 października 1995 nasza drużyna jest postawiona pod ścianą, i aby awansować musi pokonać w Bratysławie Słowaków oraz liczyć na to, że faworyzowani, mający już awans w kieszeni Rumuni, pokonają u siebie Francuzów. Przed meczem słowackie media obszernie donoszą o tym, jak nasi piłkarze, mocno wczorajsi, zwlekają się z hotelowych pokoi dopiero w godzinach południowych oraz o imprezowo-rozrywkowym trybie przygotowań polskich zawodników do decydującej przecież dla nich batalii o Euro. W Polsce zawrzało, ale sprawę wyjaśniania sprawy postanowiono odłożyć na czas pomeczowy. Piłkarze jednak nie wybronili się swoim występem, i jest to największy eufemizm jaki można by tu zastosować. Na boisku większość naszych graczy rzeczywiście wyglądała na wczorajszych. Na domiar złego, w skutek całkowitej nieodpowiedzialności Romana Koseckiego i Piotra Świerczewskiego, kończyliśmy ten mecz, po raz pierwszy w całej historii gier biało-czerwonych, w dziewiątkę. Również i Balu, występujący w tym spotkaniu, na skutek kontuzji Kowalczyka, wraz z Juskowiakiem w ataku, nie zagrał dobrze. Ale to właśnie on, po godzinie gry, jeszcze przy stanie 1:1 (w chwilę po tym, gdy Kosecki opuścił boisko) fantastycznie huknął z rzutu wolnego w poprzeczkę, o mały włos nie zdobywając cudownej bramki. Choć oczywiście wątpliwe, by Polacy byli wówczas w stanie, z taką grą, wybronić to zwycięstwo, które zresztą i tak nie miałoby już żadnego znaczenia wobec rumuńsko-francuskich układanek na bukaresztańskim boisku. Polacy nie wykorzystali naprawdę znakomitej szansy na swój awans do angielskiego Euro ’96. A szkoda, bo była to naprawdę drużyna o niemałym potencjale, grająca otwartą, ciekawą, techniczną, ofensywną piłkę.

Afera słowacka sprawiła jednak, że Apostel nie mógł już liczyć na kontynuację pracy z zespołem narodowym. Dograł jeszcze turniej eliminacyjny do końca, bezbramkowo remisując, po żenującym meczu o pietruszkę z Azerbejdżanem, w neutralnym Trabzonie. Również grający wówczas w ataku Bałuszyński najprawdopodobniej nie darzył tego spotkania jakimś szczególnym sentymentem.

Sezon 1994/1995 jest jednak najbardziej udanym i efektywnym okresem w klubowej karierze Bałuszyńskiego. Kończy go z łącznym bilansem 19 występów i 9 goli na pierwszoligowych boiskach Polski i Niemiec (odpowiednio: w Górniku 9-5, w Bochum 10-4), a nie zapominajmy też o czterech trafieniach w Pucharze UEFA (jeszcze w czasach zabrzańskich) oraz jednym reprezentacyjnym. Niestety okres ten na dobre już otwiera etap zmagań zdolnego polskiego piłkarza, z trapiącymi, czy wręcz nękającymi go kontuzjami. Te zmagania nie ustaną już nigdy. Balu polegnie w tej nierównej walce. Kontuzje zastopują jego wspaniale zapowiadającą się karierę, a potem drastycznie ją przerwą. U kresu lat 90-tych, jeszcze grając w Niemczach wyzna na łamach Piłki Nożnej: ”Opinia o mnie, jako o graczu wiecznie kontuzjowanym zdominowała wcześniejszą, mówiącą że jestem dobrym zawodnikiem”. Ale sezon 95/96 jest jeszcze owocny w boiskowe występy na niemieckich, drugoligowych już boiskach (po spadku Bochum). Balu, na zapleczu Bundesligi zalicza 28 spotkań oraz 8 trafień. Już nigdy potem, nie rozegra w Niemczech aż tylu meczów w jednym sezonie. Dzięki dobrej, skutecznej grze Bałuszyńskiego, Bochum szybko powraca na salony Bundesligi. Przez następne dwa lata Balu znów biega więc po boiskach jednej z najsilniejszych lig w Europie. Nigdy nie zapomnę relacji z meczu Bochum przeciwko Borussi Dortmund, kiedy to Balu kilkukrotnie ośmieszał znakomitego przecież defensora rywali, Brazylijczyka Julio Cesara, niemal wkręcając go w ziemię swoimi dryblingami.

W Polsce, stery narodowej reprezentacji przejął po Apostelu Władysław Stachurski. Nowy selekcjoner od samego początku jasno definiuje i określa ważną rolę Balu w swojej drużynie. W towarzyskim meczu w Rijece, w lutym 1996, Bałuszyński rewanżuje się Stachurskiemu bramką z rzutu wolnego, strzeloną po rykoszecie, z dobrych 30 metrów. W majówkowym spotkaniu z Białorusią (1:1) piłkarz Bochum rozgrywa naprawdę znakomite spotkanie, przeprowadzając efektowne rajdy oraz siejąc popłoch pod bramką rywali. Biało-czerwoni w ogóle rozgrywają bardzo dobrą pierwszą połowę. Druga jest już fatalna. Posłuży ona PZPN-owskiej wierchuszce za pretekst do zdymisjonowania Stachurskiego i wsadzenia na selekcjonerski stolec swojego, sprawdzonego Antka Piechniczka. Również i ten trener, który przed laty dwukrotnie wprowadził nas na Mundial, zamierza budować swą reprezentację w oparciu o Bałuszyńskiego.

9 października 1996 roku Polacy rozgrywają naprawdę kapitalny mecz na Wembley. Zdecydowanie dominują na boisku. Są lepsi od Anglików, szybsi, dynamiczniejsi, błyskotliwsi, lepsi technicznie. Te ostatnie epitety dotyczą szczególnie trzech naszych najlepszych w tym dniu zawodników na placu: Marka Citko, Piotra Nowaka oraz Henryka Bałuszyńskiego. To, co wyczynia na murawie Citko jest po prostu zjawiskowe, ale również gra Bałuszyńskiego momentami aż zapiera dech w piersiach. Tego wieczoru gwiazda Super Balu błyszczy swoim pełnym blaskiem. Bałuszyński na słynnym Wembley prezentuje cały swój kunszt piłkarski, oparty na znakomitym wyszkoleniu technicznym, błyskotliwym dryblingu, silnym uderzeniu prawą nogą. Ustawiony przez Piechniczka na lewej pomocy, często efektownie schodzi do środka, stwarzając spore zagrożenie pod bramką Seamana. To właśnie po akcji Bałuszyńskiego, który z piłką u nogi przewędrował wszerz całe boisko, a następnie dośrodkował na nos polskim napastnikom, Marek Citko strzelił pamiętną bramkę, na którą ”tyle lat czekaliśmy”, a po której to Polacy objęli sensacyjne prowadzenie. Anglicy ostatecznie rozstrzygnęli to spotkanie na swoją korzyść. Jednak to właśnie mecz na Wembley, gdzie przy bocznej linii boiska toczył zażarte boje z Davidem Beckhamem, wspominał po latach najcieplej spośród swoich wszystkich reprezentacyjnych występów, sam Bałuszyński.

Strzelec dwóch goli na Wembley, Alan Shearer i asystent Henryk Bałuszyński spotkali się potem w sparingu Newcastle i Bochum. – Trzy lata później wyrównałem z nim rachunki. Obaj strzeliliśmy po dwie bramki, ale mój klub zwyciężył 3:2! – mówił Balu w ”Gazecie”.

10 listopada 1996, na stadionie w Katowicach, Balu strzeli swoją pierwszą bramkę w meczu o punkty, pokonując już w 4 minucie spotkania mołdawskiego bramkarza Romanienkę. Już na wiosnę, 2 kwietnia 1997 roku, napastnik Bochum rozegra kolejny dobry mecz przeciwko świetnemu rywalowi. W chorzowskim, bezbramkowym i naprawdę bardzo przyzwoitym w naszym wykonaniu, meczu z Włochami, biało-czerwoni najbliżej zdobycia zwycięskiego gola są właśnie po atomowym uderzeniu Bałuszyńskiego z wolnego, po którym to Wojtala minimalnie przeniósł piłkę nad poprzeczką bramki Peruzziego. Rewanżowe spotkanie, przegrane na południu Italii 30 kwietnia 1997 roku aż 0:3, niemal ostatecznie przekreśla szanse Polaków na awans do francuskiego Mundialu. Bałuszyński opuszczając w 66 minucie meczu murawę neapolitańskiego San Paolo, żegna się z reprezentacyjną koszulką już na zawsze. Z meczu przeciwko Anglikom w Chorzowie wykluczy go kontuzja, a żaden z następców Piechniczka już nigdy nie da szansy zaistnienia w kadrze, nękanemu przez częste urazy, byłemu graczowi Górnika.

Kariera Henryka Bałuszyńskiego, wciąż nadgryzana przez kontuzje zaczyna wyraźnie zwalniać. W Bundeslidze nigdy nie rozegra on już więcej niż kilkanaście meczów w sezonie. Ogromną część każdego z nich niezmiennie przeznacza na rehabilitacje oraz nieustanną walkę o powrót do pełni sił i dawnej dyspozycji. We wrześniu 1997 roku dokonuje jeszcze rzeczy historycznej, strzelając pierwszą w dziejach VFL Bochum bramkę dla tego klubu w rozgrywkach europejskich pucharów. Już w 1 min. spotkania w Trabzonie Super Balu daje prowadzenie swej drużynie. Turcy wygrywają co prawda 2:1, ale Niemcy na własnym boisku z nawiązką odrabiają straty (5:3). Potem eliminują jeszcze po drodze belgijskie FC Brugge oraz toczą zażarte, niezapomniane boje z wielkim Ajaxem, po których kończy się dla nich piękna, pucharowa przygoda. 28 lutego 1998 roku w Wolfsburgu, Balu strzela swoją ostatnią bramkę w Bundeslidze. W sezonie 1998/1999 polski piłkarz zmienia barwy klubowe, odchodząc do drugoligowej Arminii Bielefeld. Następny sezon to ponownie przywdziany trykot Bochum, ale znów na boiskach zaplecza Bundesligi. Wielki powrót VFL do ligowej, niemieckiej elity ma miejsce w sezonie 2000/2001. Jednak Balu, ze swym przeoranym przez kontuzje zdrowiem, nie jest już dla Bochum tym samym piłkarzem, co niegdyś. Ledwie jedenastokrotnie wybiega na murawę, zawsze w niepełnym wymiarze czasowym. 19 maja 2001 roku na stadionie w Leverkusen, schodząc z boiska w 63 minucie gry, pożegna się z Bundesligą już na zawsze. Po sezonie odejdzie z klubu do drugoligowego Ahlen, by następnie, raz jeszcze, w trakcie tych samych rozgrywek przenieść się do również występującego na zapleczu Bundesligi – Babelsbergu. Łącznie w obu tych zespołach rozegra Bałuszyński w sezonie 2001/2002 – 26 spotkań, zdobywając 5 goli. Wyjeżdża potem na Cypr, ale tam właściwie już tylko się leczy i wybiega na boisko zaledwie trzykrotnie. Po powrocie do Polski daje się jeszcze namówić byłemu piłkarzowi zabrzańskiego Górnika, Józefowi Dankowskiemu, na grę w drugoligowym Piaście Gliwice, ale szybko kolejna kontuzja wymusza na nim podjęcie przykrej decyzji definitywnego rozbratu z piłką. Pogrywa jeszcze dla zabawy w Żywcu, Ornontowicach czy rodzinnym Chudowie, ale traktuje to już wyłącznie rekreacyjnie.

Po zakończeniu poważnej kariery piłkarskiej Balu bierze się za prowadzenie piekarni w Chudowie. – Dzięki temu wiem, co znaczy harówka przez 16 godzin dziennie – mówił przed czterema laty czasopismu Futbol.pl. W 2006 roku na krótko wcielił się w rolę II trenera Górnika Zabrze, pracując u boku Ryszarda Komornickiego. Opinia skromnego, ciepłego, sympatycznego, spokojnego, po prostu dobrego człowieka jest powszechna wśród ludzi, nie tylko z branży sportowej, którzy kiedykolwiek zetknęli się z Henrykiem Bałuszyńskim. Bo on taki zawsze był, nie gwiazdorzył poza boiskiem, na murawie zaś nie chuliganił (”Nigdy pierwszy nie zaczynam, nie prowokuję” – jasno określał przed laty swoją meczową postawę). Nie musiał tego robić, by zwrócić na siebie uwagę. Miał inne walory – te czysto piłkarskie. Sodówka nigdy nie uderzyła mu do głowy. Jeszcze jako młody piłkarz Górnika, poproszony przez dziennikarza o ustosunkowanie się do krążących wówczas po Zabrzu opinii, że ”od czasów Lubańskiego nie było w Zabrzu tak utalentowanego napastnika jak Bałuszyński”, odparował z całą prostotą i szczerością: ”Nie zgadzam się. Nigdy nawet nie zbliżę się do jego klasy”. Choć prawdą jest też niewątpliwą, że był Super Balu, jak na nasze, polskie warunki, futbolistą niewiarygodnie wręcz utalentowanym. Kariera jaką zrobił nie zaspokaja nawet w niewielkiej części tej, do której predestynował go własny piłkarski potencjał. Nie zamierzam również taić, iż był Bałuszyński jednym z moich ulubionych polskich piłkarzy. A zarazem jednym z tych nielicznych, za których wyszkolenie techniczne, kulturę dryblingu, umiejętność wygrywania pojedynków jeden na jeden w meczach rozgrywanych na najwyższym poziomie, nie musieliśmy się wstydzić. Kochałem te jego szarże przy linii bocznej, natychmiastowe zejścia z piłką do środka, soczyste, potężne uderzenia z dystansu, siatki zakładane rywalom z uśmiechem na ustach, umiejętność przechytrzenia jednym zwodem kilku rywali. Nie mamy dziś niestety takich piłkarzy.

Henryk Bałuszyński, nim nękające go kontuzje ostatecznie zatruły mu piłkarski żywot, zdołał rozegrać 15 meczów oraz zdobyć 4 gole dla reprezentacji Polski, której etatowym graczem był przez ponad 3 lata. W naszej Ekstraklasie zaliczył 109 spotkań, uzyskując 18 trafień. W Bundeslidze ten bilans zamknął się na 56 meczach oraz 6 golach. W drugiej lidze niemieckiej Balu rozegrał 89 pojedynków, uzyskując 18 bramek. Grał i strzelał również dla młodzieżowej reprezentacji Polski, w rozgrywkach Pucharu UEFA (łącznie 5 goli), Pucharu Polski, Pucharu Niemiec. Jednak to nie bramki były w tym wszystkim najważniejsze, lecz fakt, że Super Balu potrafił swą grą po prostu zachwycić, wlać w skołatane serca polskich kibiców nieco radości i nadziei, jak w Bukareszcie czy na Wembley. Pokazać, że Polak też potrafi wygrywać pojedynki z czołowymi obrońcami na świecie, i że piłka wcale nie musi mu w grze przeszkadzać. ”To był mój najbliższy przyjaciel, byliśmy jak papużki nierozłączki. W ostatnią środę był w klubie, rozmawialiśmy o różnych sprawach i umówiliśmy się na czwartek. Ale Pan Bóg już do tego spotkania nie dopuścił” – opowiadał prasie Mieczysław Agafon, który z Bałuszyńskim grał jeszcze w juniorach zabrzańskiego Górnika. Może Pan Bóg po prostu, w swoim Królestwie niebieskim, też chce nacieszyć oko dryblingami Super Balu. Niech spoczywa w pokoju!

R.

Komentarze z numer10.blox.pl

Gość: Kaiser88, 94.42.88.*
2012/03/15 12:08:51
Świetny artykuł, podobnie jak wcześniejsze. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Gratuluje.

Gość: Marten, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/03/20 21:17:25
Jak graliśmy na placu w bal to byliśmy Kumanami, van Bastenami, Jegorami i Bałuszyńskimi… cholernie brak takich zawodników!

Gość: Pele, *.112-183-91.adsl-static.isp.belgacom.be
2014/10/14 19:16:01
świetny artykuł, fajnie się to czyta ale czasami jednak dobrze by było żeby autor tak mocno nie odlatywał:) bo troszkę realia tamtej naszej piłki (ogólnie lata 90-te) były inne i mi osobiście tamta repra kojarzy sie fatalnie (wyniki+postawa+podejście=DNO) a czytając ten artykuł aż się wierzyć nie chce że w tamtych latach nie zagraliśmy na ani jednym turnieju jak też nie wygraliśmy ani jednego konkretnego meczu o punkty a zaliczaliśmy masakryczną ilość żenujących występów ze wspominaną Słowacją (1-4) Gruzją (0-3) San Marino (ręka Boga) Szwecją (0-5) Francja (1-5), dość powiedzieć że jedyny sensowny mecz to był remis 2:2 w Holandii przeciw „rijkardom i van bastenom” na całą to dekadę
pozdrawiam gorąco!!
p.s. pachnie też trochę antylegijnością co mi nie przeszkadza ale odbiera poczucie obiektywnego pisania i nakazuje być czujnym gdzie autor piszę prawdę a gdzie podaje swoją wizję

Gość: oxygene4, *.dynamic.mm.pl
2012/03/14 20:59:03
Co do meczu Legia – Górnik z ’94, Legia ani mnie ziębi ani grzeje, ale druga żółta dla Balu jest na początku tego filmu: www.youtube.com/watch?v=Q_CIlUuTx8E. Czystym wślizgiem to bym tego nie nazwał… Jeśli za coś daje się kartkę, to na pewno za takie faule.

badzi
2012/03/15 21:06:11
oxygene4

W tekście przytoczona jest relacja „PS”. Osobiście, mam podobne odczucie do Twojego. Zresztą, co ciekawe nawet sam Bałuszyński, w w wywiadzie udzielonym „GW’ w dziesiątą rocznicę tamtego, pamiętnego meczu, przyznał że druga kartka mu się należała. Jednak w jego opinii ta druga kartka, którą zasłużenie otrzymał, powinna być po prostu jego pierwszą w tym meczu.

„Pierwszą żółtą kartkę ujrzałem na początku meczu. Zdecydowanie na wyrost. Walczyłem o piłkę z przeciwnikiem bark w bark, on się przewrócił i tyle. Druga kartka była już słuszna. Ratajczyk uciekł moją stroną boiska, nie dogoniłem go, walczyliśmy, faulowałem”.

Pozdrawiam serdecznie!:)

Zapomniany playmaker

W polskiej piłce pojawił się nagle i równie nagle z niej zniknął. Piotr Kasperski dziś obchodzi 40. urodziny, ale w futbolu nie ma go już od ponad dekady.

Wychowanek Warty Poznań miał 21 lat, gdy otrzymał od losu prawdziwą szansę – możliwość gry w ekstraklasie. W nieodległych Pniewach próbę podbicia wszechświata podjął Sokół Pniewy. Z perspektywy czasu widać, że zebrało tam się ciekawe towarzystwo – Tomasz Rząsa, Krzysztof Nowak, Tomasz Kos, Robert Wilk czy Daniel Dyluś. Młoda drużyna radziła sobie przyzwoicie i przez dwa kolejne sezony (1993/1994 i 1994/1995) zajmowała 10. miejsce w tabeli. Kasperski był jednym z zawodników wiodących prym w ekipie. Choć dysponował przeciętnymi warunkami fizycznymi, to był świetny technicznie, miał dobry przegląd pola i potrafił jednym zagraniem otworzyć kolegom drogę do bramki. Czysty talent.

Dobra gra Sokoła sprawiła, że po jego najlepszych piłkarzy zaczęły zgłaszać się zagraniczne kluby. Po żadnego jednak nie tak silne jak po Kasperskiego. Do rodowitego poznaniaka odezwał się bowiem wicemistrz Holandii 1995 – Roda Kerkrade. Choć gracz z Pniew początkowo miał przenieść się do Legii, to trener klubu z Niderlandów, słynny Huub Stevens, przekonał go do zmiany planów, twierdząc, że widzi w nim wzmocnienie swojej drużyny przed jej występem w Pucharze UEFA. A trzeba wiedzieć, że już wówczas ekipa z Kerkrade była zacna. W ataku szalał Nigeryjczyk Tijani Babangida (późniejsza gwiazda Ajaxu i reprezentacji Super Orłów), za szczelną defensywę odpowiadali Andre Ooijer (PSV, Blackburn, Ajax; MŚ 2006 i 2010, EURO 2008), Johan de Kock (Schalke; EURO 1996) oraz Marco van Hoogdalem (Schalke), zaś bramki strzegł Ruud Hesp (później w FC Barcelona; więcej o nim tutaj).

Kasperski jednak świetnie wszedł do drużyny. Choć nie strzelił gola, to dobrze zaprezentował się w swoim ligowym debiucie. Można sprawdzić samemu:



Później wystąpił w Pucharze UEFA: w dwumeczu ze słoweńską Olimpią Ljubljana (5:0 i 0:2) oraz w pierwszym spotkaniu przegranego dwumeczu z Benfiką Lizbona (0:1). Z czasem jego pozycja w zespole jednak malała, a do tego przypałętały się kontuzje. Mimo to swój pierwszy sezon w Holandii Kasperski zakończył z przyzwoitym bilansem 14 meczów i 1 gola (kto wie z kim g strzelił, ten niech pisze!). Team Stevensa zajął natomiast 4. miejsce w tabeli za Ajaxem, PSV oraz Feyenoordem i znów wywalczył sobie prawo do gry w europejskich pucharach. Choć pozycja Polaka nie była zła, to planował on powrót do ojczyzny. Miał tu już niemal podpisany kontrakt z Widzewem Łódź. Piłkarz zdążył już się nawet obfotografować w nowej koszulce, ale w ostatniej chwili coś nie zatrybiło między klubami i nasz pomocnik pozostał na kolejny sezon w Kerkrade.

A kolejny sezon okazał się koszmarem. Najpierw trener Martin Jol zaczął stawiać na innych zawodników (m.in. na Nigeryjczyka Garbę Lawala), a potem Kasperski nabawił się fatalnego urazu, przez który pauzował niemal okrągły rok. W całym sezonie rozegrał tylko dwa mecze i choć formalnie może wpisać sobie w CV Puchar Holandii 1997, to jego wkład w to trofeum jest niemal zerowy. Wobec takiego obrotu spraw wychowanek Warty postanowił wrócić do ojczyzny.

I tym sposobem sezon 1997/1998 rozpoczął w barwach Amiki Wronki. Ba, rozpoczął go jako kapitan zespołu! Pech jednak chciał, że po pięciu spotkaniach (i jednej bramce) Kasperski złapał koszmarną kontuzję. Rehabilitacja trwała półtora roku! Po jej zakończeniu pomocnik rozegrał jeszcze cztery mecze w sezonie 1998/1999, zgarnął order za Puchar Polski, wystąpił w przedsezonowym spotkaniu o Superpuchar Polski (Amica ograła Wisłę 1:0) i… odszedł z Wronek.

Potem nastąpiło półroczne bezrobocie. Choć gracz usilnie szukał nowego klubu (testowany był np. w Bełchatowie), to dopiero zimą 2000 roku Kasperski zasilił pikującego Lecha Poznań. Ówczesny skład Kolejorza to dla mnie bezapelacyjnie najsłabszy skład jaki kiedykolwiek poznański klub zaprezentował na poziomie ekstraklasy. Mimo to były zawodnik Rody wcale nie był jego wzmocnieniem. W efekcie Lech spadł z ligi, a nasz bohater po rozegraniu 13 meczów (pechowa liczba?) praktycznie zakończył swoją karierę.

Praktycznie, bo później próbował jeszcze szczęścia w Lechii/Polonii Gdańsk, Warcie Poznań i już amatorsko w Polonii Środa Wielkopolska. Mając na uwadze jak spektakularnie zaczynał swoją karierę (kto wie jakby się ona potoczyła, gdyby zdecydował się na transfer do Legii?) i jak cichutko ją zakończył warto sobie zadać pytanie, co takiego wydarzyło się w międzyczasie. I ilu podobnych przypadków przewinęło się w polskiej piłce w ostatniej dekadzie.

Z tego co udało mi się ustalić Kasperski w 2005 roku wziął rozbrat z piłką i skupił się na prowadzeniu biznesu. Jest kilka wersji, tego, czym obecnie się trudni – prowadzi salon fryzjerski/zakład meblowy/inne – i nie mam pojęcia, która z nich jest prawdziwa. Kto ma jakieś informacje niech się dzieli. Cokolwiek on by jednak nie robił – oby mu się wiodło jak najlepiej.

P.

Warzycha strzela Man Utd, ostatni taki polski gol

Wojciech Szczęsny obronił rzut karny i został bohaterem, więc czemu nie miałby choć raz jedenastki dla Arsenalu strzelić? Ktoś jeszcze jest za?

W każdym razie, dziś przypomnę ostatniego gola Polaka w Premier League. Z 19 sierpnia 1992 roku, prawie 20 lat temu (no właśnie, prawie).

Robert Warzycha najpierw cudownie podaje na 1:0, potem ośmiesza obronę i strzela gola na 2:0, a Everton ostatecznie gromi Manchester United na Old Trafford 3:0.

W rozmowie z Marcinem Sobczakiem z anglia.goal.pl bohater meczu tak to zapamiętał:

– To był nasz bardzo dobry mecz. Pamiętam tego gola. Było to w 75. minucie. Szedłem prawie od połowy, miałem przed sobą Pallistera. Bujnąłem go w lewo, a później w prawo i strzeliłem w górny róg bramki. Później tak ogromnie się cieszyłem, że drużyna nie mogła mnie dogonić. Tak byłem po tym zmęczony, że trener musiał mnie zdjąć z boiska. (…) To aż się nie chce wierzyć, że to już tyle lat. Jestem pewny, że Smolarek niedługo wpisze się na listę strzelców. Jest bardzo dobrym zawodnikiem i to tylko kwestia czasu. No cóż, do taty mu jeszcze trochę brakuje, ale chłopak ma jeszcze czas [dziś wiemy, że strzelił, ale w Pucharze Anglii].

Robert Warzycha zrobił sobie wtedy świetny prezent na 29. urodziny, które miał dzień po meczu Manchester United – Everton. Dzień po tych urodzinach, a dwa po golu, Gazeta Wyborcza opublikowała potężny tekst o grajku z Liverpoolu i najwybitniejszym w historii przedstawicielu Warty Sieradz. Robert Warzycha mówił, a Jarosław Śliżewski zanotował i zredagował. Całość jest fantastyczna (m.in. o tym, jak w szatni Górnika Zabrze, po meczu z Jeunesse Esch dusił go… Jan Urban), ale tu przytoczę tylko fragmenty o Anglii. I tak jest tego bardzo dużo.

– Kiedyś na spotkaniu kibice Górnika pytali mnie, gdzie nie chciałbym grać. Odpowiedziałem, że w Anglii. Wcześniej interesował się mną podobno Manchester United. Razem z Tomkiem Cebulą otrzymaliśmy zaproszenie z tureckiego Fenerbahce. W końcu jednak wyjechałem do Evertonu. Działacze tego klubu widzieli mnie w meczach reprezentacji z Anglią i Irlandią i pomyśleli, że przydałby im się taki szybki, boczny obrońca.

Przed wyjazdem niewiele wiedziałem o Anglii i moim miejscu pracy. Kiedy oni święcili największe sukcesy, angielskie zespoły nie grały już w europejskich pucharach. Dziś mogę powiedzieć, że pod względem organizacji klub w Zabrzu nie różni się wiele od Evertonu. Tak jak u nas, gdy zawodnik przychodzi na trening, czeka na niego czyste ubranie treningowe złożone w kostkę i obok wyczyszczone korki.

Zaraz po przyjeździe na testy wybrałem się w czerwonym swetrze na mecz Evertonu. Na stadionie zrobił się ruch – co to, nasz nowy piłkarz jest kibicem Liverpoolu? Od tego czasu sweter leży w szafie. Barwy Evertonu są żółto-niebieskie. Zapłacili za mnie pół miliona funtów, czyli – na ich warunki – tyle, co za juniora.

Na Wyspach najbardziej przeszkadza mi ruch lewostronny. Kiedy dostałem od klubu hondę applause, to całe drzwi podrapałem prawą ręką szukając manetki biegów.

Anglicy nie podają sobie rąk na powitanie. Jak na dzień dobry wyciągałem dłoń to patrzyli na mnie dziwnie. Denerwuje mnie ich flegma i niepunktualność.

Piwo piją na stojąco

Po meczach piłkarze spotykają się w pubach. Piwo dają tam dobre, ale co to za przyjemność stać (siadanie nie jest przyjęte) w tłoku z kuflem przy ogłuszającej muzyce. Zaprzyjaźniłem się tylko z Alanem Harperem. Dobrze znam też Petera Beardsleya. To naprawdę świetny gość i najlepszy piłkarz, jakiego znam. Nie można go nie lubić.

Jako Polak jestem dla Anglików piłkarzem egzotycznym. Nasz futbol traktują lekceważąco. Raz z nimi wygraliśmy za Górskiego. Ale przez 20 lat zdążyli zapomnieć. Teraz, dopóki znów ich nie pokonamy, nie będą nas szanować.

Z angielskim na bakier

Nigdy nie uczyłem się angielskiego. Po przyjeździe dostałem tłumacza, który słabo mówił po polsku i nie znał fachowych, piłkarskich określeń. Nadal biorę trzy razy w tygodniu lekcje angielskiego. Kłopoty sprawia mi jeszcze załatwianie spraw w urzędach czy bankach. W takich przypadkach jedzie ze mną pewien Polak, kibic Evertonu. Anglicy mówią o mnie ”Rob”. Nazwisko Warzycha sprawia im wielkie kłopoty i wymawiają je zawsze źle.

[wcześniej, zaraz po przyjeździe do Anglii, na pytanie Krzysztofa Mrówki ”Nie ma pan żadnych pro­blemów z językiem?”, Warzycha odpowiedział: Żadnych, ponieważ nie umiem nawet jednego angiel­skiego słowa. Bez tłumacza ani rusz]

Muszę nauczyć się kopać

Nie myślałem, że w Anglii gra się tak ostro. Ideał piłkarza angielskiego jest taki: końskie zdrowie, żelazna kondycja, nogi i żebra ze stali. Kiedyś bramkarz kopnął mnie w śledzionę tak, że miałem krwiaka jak pięść i znieśli mnie z boiska. Anglicy mieli wtedy do mnie pretensje. Ich zdaniem, powinienem grać jeszcze co najmniej pięć minut, by pokazać kibicom, jaki jestem twardy i dopiero wtedy zejść. Aha, oczywiście sędzia nawet nie gwizdnął faulu.

Tam gra się na zawężonym polu gry. Między ostatnim obrońcą jednej i drugiej drużyny jest 30 metrów, a u nas 80. Nikt długo nie trzyma piłki. Jak nie oddasz jej od razu, to za sekundę jednego rywala masz przed sobą, drugiego za plecami, a trzeci cię kopie po kostkach. Wszystko jest dozwolone. Można pchać, ciągnąć i drapać. Jeżeli chcę tu grać dłużej, muszę się nauczyć lepiej faulować.

Robert Warzycha, Everton

Nakaz siedzenia

Poznają mnie na ulicy i to nie tylko kilkunastoletni fani. Kiedyś chyba 70-letnia babcia podeszła do mnie w supermarkecie i poprosiła o autograf. Tam jednak nikt za piłkarzem nie biegnie, nie wyzywa. Podchodzi, pozdrowi, spyta o coś i odchodzi. W Polsce nie można było piwa wypić w spokoju, bo zawsze ktoś się przysiadał i dwie godziny tłumaczył, że też był kiedyś piłkarzem, ale nie miał szczęścia i nie zrobił kariery.

Widzowie na meczach Evertonu siedzą tuż przy płycie. Nie ma siatki odgradzającej ich od boiska, ale jest ona nie potrzebna. Nie ma zwyczaju, aby rzucać cokolwiek na murawę. Do tej pory kibice na meczach najczęściej stali. Ostatnio miejscowa federacja piłkarska nakazała, że dla bezpieczeństwa muszą być miejsca siedzące.

Kibicom się to nie podoba i protestują. Jak ktoś strzeli niecelnie, to cały stadion reaguje tak samo, głośnym: „Uuuu”. Kiedy jest ręka, to wszyscy krzyczą: „hand ball”. Jest wielka wrzawa od pierwszej do ostatniej minuty. Na mecz Evertonu przychodzi średnio około 25 tys. ludzi.

W polskim kościele

W Liverpoolu mieszka tylko garstka Polaków, zwykle lotnicy i żołnierze jeszcze z czasów wojny. Są jednak polskie sklepy z „normalną” kiełbasą i chlebem. Jest też polski kościół. W gablotce za szybą, obok portretu Papieża, wisi zdjęcie Roberta Warzychy z rodziną. Każdy mieszkaniec Anglii interesuje się piłką. Polacy też. Większość jednak kibicuje Liverpoolowi. Dopiero jak przyjechałem, zainteresowali się Evertonem.

Czasami myślę, że chętnie grałbym gdzieś w cieplejszym kraju np. Hiszpanii. Urban urządził się w Pampelunie najlepiej ze wszystkich piłkarzy Górnika. Mojej żonie podoba się jednak w Liverpoolu, szczególnie teraz, kiedy kupiliśmy tam dom. Kiedy jednak skończę grę, wracam do Polski. Koledzy z zespołu, jak się o tym dowiedzieli, byli bardzo zdziwieni. Jak można nie chcieć mieszkać w Anglii? Pytali, po co chcę wracać do Polski, gdzie jest tak źle i biednie.

Żałuję jednak, że tak późno trafiłem do dobrego klubu. Mimo to myślę, że miałem dużo szczęścia. Nie narzekam na zdrowie. (…)

Manchester United - Everton programme 19.08.1992

Kiedy odchodziłem z Wałbrzycha, koledzy mnie ostrzegali: ”Gdzie ty idziesz, hanysy cię zagryzą”. Nic z tego. Nie nauczyłem się mówić po śląsku, ale ze Ślązakami potrafię znaleźć wspólny język, nawet jeśli potrzeba do tego kilku piw. Jeden kibic powiedział kiedyś po meczu: ”Te, Warzycha, jesteś rzodki” – do dziś nie wiem, o co mu chodziło.

Po prawie 20 latach wiemy – o tego rzodkiego gola.



B.

Gdyby Bakero, Rumak i inni mieli konta na Facebooku

Wszyscy czytelnicy tego bloga (wszyscy trzej) wiedzą, że jego autorzy czasem lubią przysiedzieć w nocy nad notką. Przebłysk Macieja Bykowskiego w Panathinaikosie wleciał ledwo o 2:02, ale już akcja Niech Wojtek Szczęsny strzeli rzut karny dla Arsenalu wylądowała o 4:00, dokonania Nacho Novo o 3:16, Niedoszli Polacy w Rangers o 2:25, a Robert Lewandowski na okładce Kickera o 3:23. Pozwoliłem sobie na ten przegląd wskazań zegarka tylko dlatego, że przedwczoraj rozpoczęte posiedzenie nad notką zakończyłem dziś o 5:21.

Ale też umówmy się, że przez ostatni tydzień lutego działo się w Lechu tyle, że aż klawiatura świerzbi. Duchowym ojcem notki jest oczywiście Zczuba.pl i seria ”Gdyby ludzie polskiego sportu mieli konta na Facebooku”. 

Jeśli ktoś życzy sobie rzucić okiem na przebieg wypadków poznańskich w ujęciu FB, zapraszam na POZNAŃ.SPORT.PL.

A tu można polubić POZNAŃ.SPORT.PL na FB. Do czego zachęcam z siłą strzału Piotra Jegora.

B.