Największe baty w Pucharze Narodów Afryki (cz. II: 1992-2010)

Po rozbiciu Botswanę przez Gwineę 6:1, kontynuujemy listę największych pogromów w Pucharze Narodów Afryki.

2010: Egipt – Algieria 4:0 (półfinał)
Abd Rabo 38′, Zidan 65′, Abdel-Shafy 80′, Gedo 90′

Piękna zemsta w wykonaniu Egipcjan. 18 listopada 2009 roku, po awansie Algierii na mundial w RPA, jedni się cieszyli, drudzy jakby mniej.

Egipt - Algieria 0:1 (2009)Egipt - Algieria 0:1 (2009)

Po półfinale PNA role się odwróciły.

Egipt - Algieria 4:0 (2010)

2008: Wybrzeże Kości Słoniowej – Gwinea 5:0 (ćwierćfinał)
Keita 25′, Drogba 70′, S. Kalou 72′, 81′, B. Koné 85′



2006:
Tunezja – Zambia 4:1 (grupa),dos Santos 35′, 82′, 90′, Bouazizi 53′ – Chamanga 9′

Egipt – DR Kongo 4:1 (ćwierćfinał)
Mido 33′. 89′, H. Hassan 39′ – Moteab 57’

2004:
Nigeria – RPA 4:0
Yobo 4′, Okocha  64′, Odemwingie 81′, 83′
Maroko – Benin 4:0 (grupa)
Chamakh 17′, Mokhtari 73′, Ouaddou 75′, El Karkouri 80′
Maroko – Mali 4:0 (półfinał)
Mokhtari 44′, 58′, Hadji 80′, Baha 90′

2002:
Kamerun – Togo 3:0 (grupa),
Mettomo 52′, Eto’o 80′, Olembe 89′
Kamerun – Mali 3:0 (ćwierćginał)
Olembe 39′, 45′, Foe 84′

Gol z Mali był ósmym i ostatnim trafieniem w reprezentacji autorstwa Marca-Vivien Foe, który zmarł rok później podczas Pucharu Konfederacji.

Piłkarze Kamerunu w bezrękawnikach po wygraniu Pucharu Narodów Afryki 2002

Kameruńczycy wygrali turniej w bezrękawnikach, w których grę na mundialu zabroniła im potem FIFA. W Japonii musieli zagrać z doszytymi rękawkami.

2000: Kamerun – Tunezja 3:0 (półfinał)
Mboma 49′, 85′, Eto’o 81′

Samuel Eto'o, Kamerun 2000

Eto’o płacze z radości po wygranej w finale z Nigerią.

1998: Egipt – Zambia 4:0 (grupa)
Hossam Hassan 34′, 57′, 71′, Radwan 80′

Na filmie wszystkie gole Egiptu w drodze po tytuł. Dwa z Mozambikiem, cztery z Zambią, dwa z Burkiną Faso w półfinale i dwa z RPA w finale. Siedem z tych dziesięciu goli zdobył Hossam Hassan.

1996: Zambia – Burkina Faso 5:1 (grupa)
Malitoli 18′, K. Bwalya 24′, 35′, Lota 44′, J. Bwalya 45′ – Y. Traoré 53′

Pięć goli jednej drużyny do przerwy, wcześniej zdarzyło się to tylko w Pucharze Narodów Afryki w 1972 r., w meczu Kamerun – Zair (5:2, spotkanie o III miejsce).

1994:
Egipt – Gabon 4:0 (grupa),
Ayman Mansour 1’, Hamza El-Gamal 22’, Bashir Abdel Samad 55′, 59’
Wybrzeże Kości Słoniowej – Sierra Leone 4:0 (grupa),
Tiéhi 19′, 63′, 70’ Guel 35’
Zambia – Mali 4:0 (półfinał!)
Litana 8’, Saileti 30’, K. Bwalya 47’, Malitoli 73’

Zambia 1994

Zambia przed i po katastrofie (1993). Cz. I: IO w Seulu 1988 i Puchar Narodów Afryki 1990-1994

Flaga Zambii

1992:
Senegal – Kenia 3:0 (grupa)
Sané 46., Bocande 68., Diagne 89.

Wybrzeże Kości Słoniowej – Algieria 3:0 (grupa)
A. Traoré vel Ben Badi 14., Fofana 25., Tiéhi 89.

 

B.

Największe baty w Pucharze Narodów Afryki (cz. I: 1957-1990)

Gwinea - Botswana 6:1 (2012)

Gdy Gwinea lała w sobotę Botswanę 6:1 oczywiście byłem świadom, że pół tuzina to sporo, że na palcach jednej ręki nie da się policzyć.

Jednocześnie jednak wydawało mi się, że Puchar Narodów Afryki to turniej drużyn na tyle chwiejnych i z obrońcami kopiącymi się w czoło, że tego typu pogromów było wcześniej sporo. Otóż… nie było. Jeśli mnie łaknące snu oczy nie mylą, taki pogrom w turnieju finałowym PNA zdarzył się tylko raz! Właśnie w porządku sześć – jeden, Wybrzeże Kości Słoniowej ograło Etiopię. A było to… w 1970 roku! Oto część I zestawienia najwyższych zwycięstw w poszczególnych turniejach PNA.

1990: Algieria – Nigeria 5:1 (grupa)
Rabah Madjer 36′58′, Djamel Menad 69′72′, Djamel Amani 88′ – Emmanuel Okocha 82′ 

Później oba zespoły spotkają się w finale, znów lepsza będzie Algieria, ale już tylko 1:0.

1988: Nigeria – Kenia 3:0 (grupa),
Rashidi Yekini 6’, Edobor 13′, Okosieme 33′
Egipt – Kenia 3:0 (grupa)
Gamal Abdelhamid  2′, 65′, Ayman Younes 58′

1986: Wybrzeże Kości Słoniowej – Mozambik 3:0 (grupa)
Abdoulaye Traoré 25, 74, Kouassy N’dri 86

1984: Kamerun – Togo 4:1
Bonaventure Djonkep 6′, Theophil Abega 21′, 60′, Ibrahim Aoudou 45′ – Moutairou Rafiou 54’

1982:
Nigeria – Etiopia 3:0 (grupa),
Keshi 27′, 82′, Ademola 40′    
Zambia – Nigeria 3:0 (grupa)
Kaumba 25′, Njovu 80, Fregence (sam.) 81’

1980: Nigeria – Algieria 3:0 (finał!)
Odegbami 2., 42., Lawal 50.

1978:
Ghana – Górna Wolta 3:0 (grupa),
Alhassan (dwie), Mohammed    
Uganda – Maroko 3:0 (grupa)
Kisitu 13′, Nsereko 32′, Omondi 36’

1976:
Nigeria – Zair 4:2 (pierwsza runda),
Baba Otu 28, 44, Ojebodu (pen) 37, Usiyan 90 – Kabasu 51, Mbungu 58
Gwinea – Egipt 4:2 (druga runda)
N’Jo Léa 24, 65, Ghanem (sam.) 53, Morcire 62 – Abdou 33, Siaguy 86

1974: Egipt – Kongo 4:0 (mecz o III miejsce)
Abdou 5′, Shehata 18′, 80′, Abo Greisha 62’

Tak, to ten sam wąsaty Hassan Shehata, który doprowadził Egipt do zwycięstwa w trzech ostatnich PNA.

1972: Kamerun – Zair 5:2 (mecz o III miejsce)
Akono 4′ (k.), Ndongo 31′, Owona 32′, Mouthe 34′, N’Doga 42′ – Kakoko 13′, Mayanga 17’

1970: Wybrzeże Kości Słoniowej – Etiopia 6:1 (grupa)
Losseni 16., Pokou 21., 60., 71., 80., 87. – Mengistu 33.

Laurent Pokou

W klasyfikacji generalnej strzelców PNA pierwszy jest Samuel Eto’o (18 goli), drugi Pokou (14), a trzeci Rashidi Yekini (13, na tej liście z golem z 1988 roku).

1968: Algieria – Uganda 4:0 (grupa)
Hacene Lalmas 15, 25, 70, Mokhtar Khalem 60

1965: Senegal – Etiopia 5:1
Louis Camara 3., 52., Matar Niang 48., 53., Gueye 37. – Luciano Vassalo 12.

1963:
Zjednoczona Republika Arabska – Nigeria 6:3 (grupa),
Riza 30′, 32′, Hassan El-Shazly 42′, 44′, 81′, 87′ – Okepe 78′, Bassey 82′, Onya 89′
Sudan – Nigeria 4:0 (grupa)
Djaksa (dwa), El-Kawarti, Jakdoul 

1962: Tunezja – Uganda 3:0 (o III miejsce)
Djedidi, Moncef Chérif, Rached Meddab

1959: Zjednoczona Republika Arabska – Etiopia 4:0 (grupa finałowa)
Mahmoud El-Gohary 29., 42., 73., Mimi El-Sherbini 64.

1957: Egipt – Etiopia 4:0 (finał)
Mohamed Ad-Diba (cztery)

 

B.

Brzuch w bramce Afryki

Delikatny i bestia

W dzisiejszym meczu Tunezji z Nigrem (2:1) można było podziwiać w jak różnych stylach mogą grać ofensywni zawodnicy.

O strzelcu pierwszej bramki dla Tunezji pisałem już tutaj. Młodziutki Youssef Msakni (ur. 1990) to nadzieja reprezentacji prowadzonej kiedyś przez Henryka Kasperczaka. Był jeszcze niepełnoletni, gdy opuścił Stade Tunisien, by zasilić szeregi lokalnego rywala i zarazem jednego z największych klubów w Afryce – Esperance Tunis. Młokos zrazu stał jedną z gwiazd drużyny, a ET szybko odzyskało należne jej miejsce w krajowym futbolu, które straciła na rzecz takich ekip jak CS Sfaxien, ES Sahel, czy Club Africain. Esperance z Msaknim w składzie zostało mistrzem Tunezji w 2009, 2010 i 2011 roku! Do tego w zeszłym roku triumfowało w Afrykańskiej Lidze Mistrzów. Określany mianem Małego Mozarta Msakni dorzucił do tego swoje trzy grosze.



Józek jest świetny technicznie i drybluje w taki sposób, jakby nie czuł na sobie żadnego z pięciu obrońców. Panuję nad piłką w taki sposób, w jaki Mozart panował nad nutami w swoim kajecie. Jednocześnie ma również minusy prawdziwego artysty. Ma przeciętne warunki fizyczne (179cm/73 kg) i ciężko mu wytrzymać pełne 90 minut boisku. Na PNA 2012 już  dwa razy dał pokaz swoich bajecznych umiejętności. Sam nie wiem czy piękniejszą bramkę strzelił w meczu z Marokiem czy z Nigrem.

Co innego napadzior Nigru – Ouwo Moussa Maazou (ur. 1988). To dopiero bestia! Grający dość przewrotnie z „2” na plecach zawodnik wygrywał każdy pojedynek biegowy, każdą górną piłkę i każdą przepychankę w okolicach pola karnego Tunezyjczyków. Z łatwością odsadzał swoich rywali na kilku metrach i później mógł już robić z piłką co mu się podobało. Inna sprawa, że zwykle nią chybiał:) Nie zmienia to jednak faktu, że jego gra robiła wrażenie. Ta pewność, ta szybkość, ten taran. Jak później się okazało Maazou ma ciekawą przeszłość.

Jego pierwszą przystanią na Starym Kontynencie był belgijski Sporting Lokeren. Tam pojawił się jako dwudziestolatek, a już rok później (sezon 2008/2009) został najlepszym strzelcem drużyny i jednym z najlepszych snajperów Jupiler League (zdobył 14 goli, w czasie, gdy król strzelców Kolumbijczyk Jaime Ruiz uzbierał 17 oczek). Ten osiągi otworzyły mu drzwi do CSKA Moskwa. Maazou jednak tam się nie zaadoptował i głównie przesiadywał na ławce obserwując Vagnera Love. W efekcie zaczął kursować po kolejnych wypożyczeniach. Niecały rok spędził w Monaco, pół roku w Bordeaux. Jego pobyt w tych klubach okazał się na tyle efektowny, że za jego popisy w 2011 roku przyznano mu nagrodę Ballon de Plomb – wyróżnienie dla najgorszego zawodnika ligi (odpowiednik Złotych Bidonów we Włoszech i Złotych Żetonów w Polsce:)). Reprezentant Nigru wziął sobie chyba wyróżnienie do serca, bo postanowił wrócić do Belgii, do zespołu Zulte Waregem. Jeżeli będzie tam sobie radził z obrońcami równie łatwo, jak radził sobie dziś z Tunezyjczykami, to może jeszcze futbolowa Europa o nim usłyszy.



P.

Muzeum Lecha: wirtualne dobre, stacjonarne lepsze

Wirtualne Muzeum - Lech Poznań

Wirtualne muzeum to najlepsza, czy wręcz jedyna sprawa, którą w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy Kolejorz może się pochwalić. W sieci można już obejrzeć setki unikalnych materiałów (choćby z wyprawy Lecha na Islandię 30 lat temu, ale i wiele starszych), a to dopiero początek rozwoju ekspozycji.

Do rosnącej liczby pamiątek będę miał jednak stosunek ambiwalentny tak długo, aż klub nie uruchomi muzeum stacjonarnego. Sukces strony internetowej może bowiem stać się kolejną wymówką dla władz Lecha, by otwarcie przestronnego miejsca pamięci na stadionie odsunąć na Święty Nigdy.

Lista eksponatów, które trafi do muzeum, ”gdy tylko ono powstanie”, jest zaiste imponująca. Jest w niej m.in. ławka z charakterystyczną bramką zamiast oparcia wyprodukowana z okazji 750-lecia lokacji Poznania, koszulka z wizerunkiem zmarłego wiceprezydenta miasta i napisem ”Maciej Frankiewicz. Gigant 2009” oraz medal na 90-lecie, którym klub właśnie uhonorował swoich kibiców.

O tym, że ławka znajdzie się w ”muzeum, które zamierzamy urządzić pod planowaną nową trybuną stadionu” mówił w 2003 roku członek zarządu Michał Lipczyński. – Zaczniemy zapewne od witryny w korytarzu, a potem zrobimy porządne muzeum – zapewniał z kolei w 2006 r. nowy prezes Andrzej Kadziński. Pięć lat jego kadencji to było zbyt mało, by ”porządne” miejsce pamięci powstało.

Andrzej Kadziński

Lech został operatorem stadionu, więc teraz już naprawdę nic nie powinno przeszkodzić w powstaniu muzeum na Bułgarskiej. Słowa wiceprezesa Arkadiusza Kasprzaka podczas otwarcia wirtualnego projektu wprawiają mnie jednak w stany lękowe. – Być może ta nowość jest trochę wymuszona problemami lokalowymi. Stadion jest duży, ale najpierw trzeba ugruntować jego pozycję prawną, a dopiero potem będzie można pomyśleć o pomieszczeniu pod muzeummówił. A w LechTV dodawał: – Zamiast przychodzić do pomieszczeń i oglądać eksponaty, które są częścią historii klubu, można kliknąć myszką!

To wyjście faktycznie wygodne. Zwłaszcza dla tych osób, które jesienią zostały przez Lecha zniechęcone na tyle, że zamiast na stadionie, oglądały mecze przed ekranem.

B.

PS Wiceprezes był też wyraźnie zadowolony z tej odpowiedzi (jak sądzę, na pytanie o możliwość wzbogacania muzeum materiałami kibiców): – Robimy zdjęcia, oczywiście eksponat później odsyłamy, bo do komputera eksponatów się nie da umieścić.

PS 2 W sali pamięci w Brugii był ołtarzyk poświęcony tragicznie zmarłemu Francois Sterchele, pamiątkowy wazon (?) z meczu z Wisłą Kraków czy zdjęcia drużyny z Antonim Szymanowskim, Tomaszem Dziubińskim i – uwaga – Stanisławem Terleckim.

Fantastyczne muzeum MU na Old Trafford mam obfotografowane tak bardzo, że aż prosi się o notkę, którą niechybnie niedługo sporządzę. W Bradze swoich skarbów też nie chowali.

PS 3 Neuchatel Xamax ogłosił bankructwo, więc wszyscy piłkarze – w tym Kalu Uche – nie są już związani kontraktem, a do czeczeńskiego prezesa zapukał już prokurator.

Brzuch w bramce Afryki

Oglądając mecze tegorocznego Pucharu Narodów Afryki w pewnym momencie zacząłem dostrzegać pewien anatomiczny szczegół, który rzadko już można uraczyć na europejskich stadionach. Tym czymś były DUŻE BRZUCHY. Dokładniej – duże brzuchy bramkarzy.

Pierwszy zwrócił na siebie uwagę cudaczny golkiper Zambii Kennedy Mweene. Pomijając już, że jego interwencje chwilami nosiły znamiona sabotażu (ta chyba jest najlepszym tego przykładem), to uderzał również jego niski jak na golkipera wzrost (172 cm) oraz nad wyraz pokaźny rozmiar spodni. Jak później sprawdziłem Mweene waży aż 84 kg! Kawał chłopa!

 

W tym samym spotkaniu (Zambia – Senegal) bramki na drugim końcu boiska strzegł inny olbrzym. Bouna Coundoul, golkiper amerykańskiego RB Nowy Jork, przy wzroście 188 cm waży 89 kg. Z pojedynku brzuchów górą jednak wyszedł większy baniak Zambijczyka, bo to on wpuścił jedną bramkę mniej i zwyciężył spotkanie.

Kolejnym niedorzeźbiony łapacz zaprezentował się już kolejnego dnia. Broniący angolańskiej bramki Carlos po meczu pokazał kibicom swoje okrągłe wdzięki.

Ostatnia zlokalizowana przeze mnie bramkarska pyza zaczopowała afrykańską bramkę w reprezentacji Tunezji. Aymen Mathlouthi mierzy tyle, co waży, a mierzy 183 cm. Ale buźkę ma naprawdę okrągłą.

Wyobrażam sobie dwa uzasadnienia tego stanu bramkarskiej okrągłości. Pierwsze, mniej zaszczytne, po prostu potwierdza, że kuchnia afrykańska jest jedną z najlepszych na świecie. Drugie, bardziej honorowe, sugerowałby, że golkiperzy z Czarnego Lądu zapatrzyli się w legendarnego łapacza Sheffield United i Chelsea – Williama „Fatty” Foulke’a.

P.

Neuchatel Xamax, największy błąd Kalu Uche

Kalu Uche, Nigeria

Wrześniową notkę Byle się wyrwać z polskiej ekstraklasy… (z historiami Filipa Luksika, Harisa Handzicia czy Dejana Kojasevicia) kończyliśmy słowami o byłym wiślaku:

Kalu Uche nikomu nie trzeba przedstawiać. Zawodnik ten przez prawie sześć lat występował w hiszpańskiej Almerii, z czego cztery ostatnie na poziomie Primera Division. Nigeryjczyk radził tam sobie świetnie, strzelał odpowiednio 3, 8, 9 i 7 goli w poszczególnych sezonach. Etatowo działał również w reprezentacji Super Orłów. Zdobył z nią brąz Pucharu Narodów Afryki 2010 oraz pojawił się na MŚ 2010, gdzie zresztą dwukrotnie ukąsił rywali (Grecję i Koreę). Dlatego wydawało się, że po spadku Almerii Uche przeniesie się do jakiegoś naprawdę dobrego klubu. Tymczasem Kalu trafił do… szwajcarskiego Neuchatelu Xamax. Jest to o tyle dziwne, że klub ten w poprzednim sezonie cudem uratował się przed spadkiem z ekstraklasy. Cóż więc skusiło Afrykanina do tego ekstrawaganckiego ruchu? Jak nie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze. Neuchatel ma nowego czeczeńskiego właściciela Bułata Czagajewa, który sypie kasą jak z rękawa. Jednocześnie jest prawdziwym wariatem i pozostaje się zastanawiać czy Uche przypadkiem już nie żałuje transferu.

To, że Kalu Uche żałuje swojej przeprowadzki, nie podlega już żadnej dyskusji. Nim jednak przejdę do żali wylewanych przez Nigeryjczyka, krótkie resume jego dokonań w Neuchatel Xamax, gdzie błyskawicznie został gwiazdą. W ekstraklasie – 14 meczów i sześć goli:

11/09/2011 Neuchatel Xamax FC – Grasshoppers Zürich 2:0 goal

22/10/2011 FC Luzern – Neuchâtel Xamax FC 1:2 goal

30/10/2011 Servette Genève – Neuchâtel Xamax FC 2:1 goal (wideo)

6/11/2011 Neuchâtel Xamax FC – FC Zürich 3:1 goalgoal (foto)

3/12/2011 FC Lausanne-Sport – Neuchâtel Xamax FC 1:3 goal (foto)

Do tego dwa gole w Pucharze Szwajcarii (wideo).

Najwięcej o formie Kalu Uche, ale i o sytuacji w klubie pokazuje ten skrót spotkania z Grasshoppers. Jest piękny strzał Nigeryjczyka, całkiem niezły jego gol i transparenty…

”Bułat, szanuj piłkarzy, kibiców i historię tego klubu. W innym razie… odejdź!”.

Bułat Czagajew, który jeszcze pół roku temu roztaczał mocarstwowe plany, jak na ekscentrycznego milionera przystało, wywalał bez opamiętania kolejnych trenerów, wyzywał piłkarzy i nie liczył się z legendarnym prezesem klubu. A z czasem – co w tej sprawie kluczowe – przestał płacić.

10 listopada. W związku z podejrzeniami o fałszerstwa i pranie brudnych pieniędzy, w domu Czagajewa zjawiła się szwajcarska policja. 

W tym samym miesiącu, Neuchatel został ukarany grzywną w wysokości 20 tysięcy franków szwajcarskich za nieprawidłowości przy zakupie klubu przez Czeczena. 

14 grudnia. Xamax został ukarany odjęciem czterech punktów za naruszenie przepisów licencyjnych: zaległości z wypłatami dla zawodników (od września, inne źródła mówią o listopadzie) i nieodprowadzanie składek na ubezpieczenie zdrowotne.

3 stycznia. Odjęcie następnych czterech punktów w tym sezonie ligi szwajcarskiej. Powód? Złamanie warunków licencyjnych przez niedostarczenie wszystkich wymaganych dokumentów.

18 stycznia. Władze ligi szwajcarskiej cofnęły licencję Neuchâtel Xamax za – nadal – brak wszystkich dokumentów wymaganych w procesie licencyjnym. Dzięki temu spadku może uniknąć FC Sion, ukarany za zatargi z UEFA odjęciem… 36 punktów!

Wczoraj, 24 stycznia. Bułat Czagajew rozwiązał kontrakty z wszystkimi piłkarzami i trenerami szwajcarskiego klubu. 

Tego samego dnia przychodzi jednak dementi. Prawnik klubu zaprzeczył, że właściciel Bułat Czagajew dał wolną rękę piłkarzom i trenerom w poszukiwaniu nowych zespołów. Wcześniej taką informację podał inny pracownik szwajcarskiego klubu Raoul Savoy. Według Toffela, piłkarze i trenerzy dostali od klubu kilka dni wolnego, aż do ostatecznej decyzji władz ligi szwajcarskiej w sprawie licencji.

Komunikatem prawnika zrozpaczony musi być Kalu Uche, który w czwartkowym Blick.ch nie zdradził, że jego sprowadzeniem interesuje się Young Boys Berno i Espanyol Barcelona. Powiedział za to m.in.:

– Jest źle, bardzo źle. Panuje tu totalny bałagan. Wszystko jest nie tak. Ciężko pracujemy, ale trudno nam się skoncentrować. Wszyscy czekamy na pieniądze: od piłkarzy do sprzątaczek. Niektórym powoli przestaje wystarczać na jedzenie… Najtrudniej mają młodzi piłkarze. Ciągle słyszymy tylko: ”jutro, jutro przyjdą wypłaty”. Ale to jutro trwa już 80 dni!

Xamax to największe rozczarowanie w mojej karierze. Obiecywano mi budowę drużyny, która powalczy o mistrzostwo i zawojuje Europę! Oszukali mnie i okłamali!

Szczerze mówiąc, mam w tej chwili dość piłki. Chcę stąd uciec, najszybciej jak to możliwe! Szwajcaria jest piękna, ale nie chcę już słyszeć słowa ”Xamax”.

Nigdy bym nie pomyślał, że miesiąca nie zobaczymy wynagrodzenia, zespół będzie miał odjęte punkty, a ważni piłkarze będą wywalani z klubu z dnia na dzień. To obłęd.

 

B.

Więcej o agonii Neuchatel Xamax w tekście Piotra Borkowskiego

Noel Brightone Chama Sikhosana Nkululcko – pierwszy czarnoskóry obcokrajowiec w polskiej lidze

Pierwsza bramka nowej Białej Gwiazdy

Wciskanie maszynki Lewandowskim. Czas na Coca-Colę

Robert Lewandowski, ambasador Gillette w Magazynie Futbol

Nie minęło dużo czasu od momentu, gdy Przegląd Sportowy po przegranym 0:2 meczu Polski z Włochami dał na swojej pierwszej stronie reklamę z cieszącym się Jakubem Błaszczykowskim. Przy tej okazji w notce Jak prasa sportowa się sprzedaje, czyli kup pan okładkę, wylałem z siebie zalegające pokłady złości na wydawców. Że z okładek machają do nas reklamowanymi butami i grami piłkarze (a w skrajnych przypadkach – Tomasz Kot jako reprezentant Netii). Styczniowy numer Magazynu Futbol każe mi zrewidować stwierdzenie, że Rubikon śmieszności i absurdu w tej dziedzinie został przekroczony.

Okładka czasopisma z Robertem Lewandowskim w koszulce Gillette Fusion ProGlide, maszynką w prawej dłoni i piłką w lewej oraz tytuł ”Ostry człowiek roku” to dopiero przygrywka. Choć moją czujność powinien wzmóc fakt, że pod względem – hm – budowy (otwierania się?) to dziwna okładka. Gdy otworzymy ją (podkreślam – okładkę, nie czasopismo) ujrzymy – nie inaczej – rozkładówkę reklamową Gillette. Ale danie dnia jest dopiero na stronach 20-21.

Próżno szukam napisu ”reklama” czy też ”artykuł sponsorowany”, więc zabieram się do lektury. Przecież to nie do pomyślenia, by można było zrobić rozmowę z Człowiekiem Roku Magazynu tylko i wyłącznie o goleniu się. Niemożliwe? A jednak. Cytuję tylko pytania, bo odpowiedzi piłkarza (rozsądne na ile to możliwe) nie są dla mnie w tej sprawie tak istotne.

 

Zostałeś twarzą Gillette, czyli hasło ”Golimy frajerów” jak najbardziej obowiązuje?

Masz nową maszynkę, to teraz wszystko musi iść gładko.

Czy maszynka jest tak samo skuteczna jak Ty?

Czy pianka Gillette zapewnia golenie tak gładkie, niczym awaryjne lądowanie w wykonaniu kapitana Wrony?

Wcześniej twarzami Gillette byli między innymi francuski piłkarz – Thierry Henry, amerykański golfista – Tiger Woods i szwajcarski tenisista – Roger Federer. To zaszczyt dołączyć do tak zacnego grona.

Co myślałeś wtedy, gdy oglądałeś reklamy Gillette?

Kogo cenisz bardziej: Federera, Woodsa czy Henry’ego?

Jak często się golisz?

Pewnie narzeczona Ania ma pretensje, kiedy drapiesz. Nie chce się wtedy przytulać?

Jakiej maszynki używasz do golenia?

Wolisz golić się używając pianki, czy może żelu?

Miałeś wąsy lub brodę?

Niektórzy piłkarze są przesądni i nie golą się w dniu meczu. Ty także?

Czy masz inne boiskowe przesądy?

Czy uważasz, że depilacja jest męska?

Zostajesz twarzą coraz innych wielkich firm, koncernów [to nawet nie po polsku]. Jak radzisz sobie z popularnością?

 

Ufff. Ok, może się nie znam, ale czy czytelnik – oprócz informacji, że Lewandowski jest twarzą Gillette – nie zapamięta przede wszystkim, że piłkarz był bohaterem tak niemożliwie absurdalnej rozmowy? Że tekstem numeru w Magazynie Futbol jest tekst reklamowy, a Gillette nie zna granic we wciskaniu czytelnikom swoich maszynek? Ja tak właśnie zapamiętam.

Gdyby jednak taka Coca-Cola, której Robert Lewandowski też jest ambasadorem, zechciała powtórzyć w MF manewr Gillette’a, załączam gotową listę pytań. Gratis!

Robert Lewandowski, Coca-Cola

Zostałeś twarzą Coca-Coli, a przed nami Euro 2012, czyli hasło ”Coraz bliżej święta” jak najbardziej obowiązuje?

Masz nowy napój, to teraz zostaje zaspokoić pragnienie strzelania goli.

Czy napój jest tak samo skuteczny jak Ty?

Czy zakrętka do Twojej butelki jest zawsze tak samo mocno dokręcona, jak dokręcona jest śruba na treningach Franciszka Smudy?

Wcześniej twarzami Coca-Coli były nieznane z imienia i nazwiska dziewczyny, ciężarówki, misie polarne i Święty Mikołaj. To zaszczyt dołączyć do tak zacnego grona.

Co myślałeś wtedy, gdy już w październiku słyszałeś ”Coraz bliżej święta”?

Kogo cenisz bardziej: Świętego Mikołaja, ciężarówki, czy misie polarne?

Jak często żłopiesz Colę?

Pewnie narzeczona Ania ma pretensje, kiedy po wypiciu Coli, głośno Ci się odbija. Nie chce się wtedy przytulać?

Jak wielkich szklanek używasz do picia?

A może wolisz walić Colę z gwinta?

Miałeś wąsy lub brodę?

Niektórzy piłkarze są przesądni i nie używają Coli jako popity w dniu meczu. Ty także?

Czy masz inne boiskowe przesądy?

Czy uważasz, że picie Coca-Coli Light albo Coca-Coli Zero jest męskie?

Zostajesz twarzą coraz innych wielkich firm, koncernów. Jak radzisz sobie z absurdalnymi rozmowami?



B.

PS Dziś urodziny ma jeden z legendarnych bramkarzy ekstraklasy – niesamowity Gu!

Pan Trener Jacek Znakomity Szacunek Grembocki wiedział, że Robuś pójdzie za pięć milionów

Peszko lepszy od Błaszczykowskiego. W pierwszym roku w Bundeslidze

Sławomir Peszko, 1. FC Koeln

Przy wyczynach naszych zuchów z Dortmundu wszystkie inne dokonania Polaków grających zagranicą bledną jak Jaruzelski podczas pielgrzymki Papieża. Ale. Rzuciłem okiem na spotkanie Koeln w Wolfsburgu i od tyłu zaszła mnie myśl, że oto przecież minął rok od momentu, gdy Sławomir Peszko odszedł z Lecha Poznań. Że jakiś rok temu, w pierwszej wiosennej kolejce zadebiutował w erste Bundesliga. I że może warto sprawdzić, jak bardzo mijałem się z rzeczywistością, gdy rok temu pisałem poniższy komentarz.

Wybór Sławomira Peszki – grać z Robbenem i Ribery’m

Wielu poznańskich kibiców jest oburzonych na Sławomira Peszkę, że zamienia grę w Lechu na występy w niemieckiej Kolonii. ”Wybrał kasę!”, ”sprzedał się!” – słychać tu i ówdzie. Dla niektórych motywacja przeprowadzki piłkarza nie podlega dyskusji. Sześć ważnych goli w europejskich pucharach i litry wylanego potu na boisku też nie są już argumentami, by Peszkę zwyczajnie szanować.

Dla mnie od początku było jasne, że Poznań jest dla niego tylko przystankiem w karierze. Przecież po to, w obie umowy z klubem, piłkarz wpisał sumy odstępnego. Pewnie zrobił to za cenę niższej pensji, o czym miotający oskarżeniami o chciwość pamiętać nie chcą.

Peszkę posądza się też o brak ambicji. Lech przecież wciąż walczy w europejskich pucharach, a Kolonia lada moment ma spaść z ligi. Wiosną skrzydłowego czekają jednak mecze w 1. Bundeslidze, które poziomem i atmosferą nie odstają od Ligi Europejskiej. I jest ich nie kilka, a kilkanaście. Już 5 lutego mecz z Bayernem Monachium i starcie z Franckiem Riberym i Arjenem Robbenem.

Czasy, w których w lidze niemieckiej grało kilkunastu Polaków, już dawno minęły, teraz trudno jest nawet o angaż w zespole z dołu tabeli. Peszki lepsze zespoły nie chciały, poszedł więc do Kolonii. O tym, że warto błyszczeć w słabym zespole mocnej ligi, może coś powiedzieć Łukasz Piszczek. Jeśli w maju Borussia Dortmund będzie świętowała mistrzostwo Niemiec, kto wypomni mu, że rok wcześniej spadł z ekstraklasy z Herthą Berlin?

Abstrahując od tego, że jestem debilem, że zapomniałem o golu w finale Pucharu Polski z Ruchem w Chorzowie, to specjalnie nie muszę się wstawiać do kąta.

Spójrzmy na dorobek Peszki w Bundeslidze w 2011 roku. W sumie dwie rundy, czyli jak sezon. 28 meczów i tylko jeden gol (mało!), ale za to aż dziewięć asyst (sporo!). Średnia not w Kickerze (im niższa, tym lepiej): 3,67 (raz grał za krótko, by dostać notę). Jeśli nie zaznaczyłem inaczej – grał 90 minut.

16.01.2011 1. FC Kaiserslautern – 1. FC Köln 1:1, żk, nota 4
22.01.2011 1. FC Köln – SV Werder Bremen 3:0, asysta na 3:0 (84.), grał do 85., nota 2,5
29.01.2011 FC St. Pauli – 1. FC Köln 3:0, żk, grał do 46., nota 5,5
05.02.2011 1. FC Köln – FC Bayern München 3:2, asysta na 2:2 (62.), grał do 90., nota 3
13.02.2011 1. FC Köln – 1. FSV Mainz 05 4:2, asysta na 3:1 (55.), żk, nota 2,5
19.02.2011 1899 Hoffenheim – 1. FC Köln 1:1, grał do 73., nota 4
11.03.2011 1. FC Köln – Hannover 96 4:0, nota 3
19.03.2011 Hamburger SV – 1. FC Köln 6:2, grał do 40., nota 5,5
03.04.2011 1. FC Köln – 1. FC Nürnberg 1:0, asysta na 1:0 (90.), nota 3
10.04.2011 Borussia M’gladbach – 1.FC Köln 5:1, asysta na 3:1 (50.), grał do 70., nota 3,5
16.04.2011 1. FC Köln – VfB Stuttgart 1:3, grał do 17.
06.08.2011 1. FC Köln – VfL Wolfsburg 0:3, grał od 46., nota 4
13.08.2011 FC Schalke 04 – 1. FC Köln 5:1, asysta na 0:1 (12.), grał do 56., nota 4,5
20.08.2011 1. FC Köln – 1. FC Kaiserslautern 1:1, grał do 72., nota 3
27.08.2011 Hamburger SV – 1. FC Köln 3:4, asysta na 1:1 (21.), grał do 46., nota 3,5
11.09.2011 1. FC Köln – 1. FC Nürnberg 1:2, nota 3,5
17.09.2011 Bayer Leverkusen – 1. FC Köln 1:4, żk, grał do 77., nota 3
25.09.2011 1. FC Köln – 1899 Hoffenheim 2:0, grał do 85., nota 2
01.10.2011 Hertha BSC – 1. FC Köln 3:0, żk, nota 4
16.10.2011 1. FC Köln – Hannover 96 2:0, grał do 46., nota 3
22.10.2011 Borussia grał dortmund – 1. FC Köln 5:0 (3:0), grał do 46., nota 5,5
30.10.2011 1. FC Köln – FC Augsburg 3:0, GOL na 3:0 (56.), nota 2,5
05.11.2011 SV Werder Bremen – 1. FC Köln 3:2, grał do 72., nota 4
25.11.2011 1. FC Köln – Borussia Mönchengladbach 0:3, żk, grał do 55., nota 5,5
03.12.2011 VfB Stuttgart – 1. FC Köln 2:2, grał do 85., nota 3
10.12.2011 1. FC Köln – Freiburg 4:0, 2 asysty: na 1:0 (20.), na 2:0 (61.), grał do 70., nota 1,5
13.12.2011 1. FC Köln – 1. FSV Mainz 05 1:1, grał do 76., nota 5
16.12.2011 FC Bayern München – 1. FC Köln 3:0, żk, nota 5

Z Bayernem Peszko nie tylko zagrał, ale i raz wygrał – właśnie tego 5 lutego (fakt, że w grudniu z Bayernem z Robbenem i Ribery’m w składzie skończyło się na trójce). Lech pożegnał europejskie puchary w kamieniołomie w Bradze 19 dni później. Ale to wiadomo.

Ciekawie jest z wynikami ligowymi słabiutkiej Kolonii i silnego Kolejorza. Oto tabele za 2011 r.

1. Bayern 73 punktów (34 mecze)
2. Dortmund 66
3. Leverkusen 61
4. M’gladbach 59
5. Stuttgart 52
6. Hannover 52
7. Schalke 52
8. Werder 51
9. Köln 50
10. Wolfsburg 48
11. Mainz 43
12. Nürnberg 43
13. Kaiserslautern 41
14. Hamburger SV 40
15. Hoffenheim 40
16. Freiburg 29

Koeln jest dziewiąte. Ze stratą dwóch punktów do piątego miejsca. Lech 2011 jest właśnie piąty. W polskiej ekstraklasie. No. Nie ma co się dziwić, że w tej sprawie ludzie listy piszą.

Ale wróćmy do Peszki. Oto jak wygląda jego dorobek pierwszoroczniaka (w wieku 26 lat) w porównaniu z trzema innymi gwiazdami polskich skrzydeł w Bundeslidze.

Kamil Kosowski w 1. FC Kaiserslautern. W wieku 26 lat, takim samym jak Peszko, w debiutanckim sezonie 2003/2004: 23 mecze, zero goli, jedna asysta. Średnia not (im niższa, tym lepsza): 4,02 (oceniony 21 na 23).

Jakub Błaszczykowski w Borussii Dortmund. W wieku 21-22 lat (tak, to spora różnica), w debiutanckim sezonie 2007/2008: 24 mecze, jeden gol, zero asyst. Średnia not: 4,02 (oceniony 23 na 24).

Jacek Krzynówek w 1. FC Nuernberg. W wieku 25 lat, po dwóch sezonach w 2. Bundeslidze, w debiutanckim w 1. Bundeslidze sezonie 2001/2002: 29 meczów, pięć goli, cztery asysty. Średnia not: 3,50 (ale oceniony tylko 20 na 29).

Sławomir Peszko. 28 meczów, jeden gol, dziewięć asyst. Średnia not: 3,67. Nieźle.

Niech tylko na Euro ten paliwoda nie traci głowy jak z Niemcami w Gdańsku, a zagra tak.

B.

Marek Koźmiński w Udinese – urok debiutanckiego sezonu

Moje 10 sekund, czyli Joey pije cztery litry mleka, Peszko strzela gola Nancy

Czy Victor Agali w Zawiszy wypali?

Victor Agali, Zawisza Bydgoszcz
fot. Arkadiusz Wojtasiewicz

Czort wie, ile tak naprawdę ma lat i czy w Bydgoszczy będzie mu się chciało biegać za piłką. Tak czy siak, Victor Agali to najlepszy piłkarz w Zawiszy od czasu Zbigniewa Bońka.

Na zapleczu polskiej ekstraklasy zagraniczny grajek z taką przeszłością nie był jeszcze widziany, choć – o czym mało kto pamięta – w Miedzi grał przecież reprezentant Austrii, Gilbert Prilasnig (czytaj wpis: Legnica, Liga Mistrzów, lans).

Gilbert Prilasnig, Austria, Miedź Legnica

Umówmy się, że czasy młodości, które Victor Agali spędził w Nigerii, lepiej potraktować zgodnie z zasadą ograniczonego zaufania. Ponoć przyszedł na świat 29 grudnia 1978 roku w Okpanam, a w dorosłym zespole zadebiutował w 1995 roku w trzecioligowym Princess Jegede (uwielbiam afrykańskie nazwy klubów). Rok później przeszedł do drugoligowego FC Nitel z Lagos, gdzie zaczynał jako środkowy obrońca. Jako dwumetrowiec bez siedmiu centymetrów został przesunięty do ataku i – ponoć – przez pół roku nastrzelał tyle goli, że został królem strzelców drugiej ligi. I w swoją sieć skautingu złapał go Olympique Marsylia.

 

Marsylia, czyli 0:8 zgłoś się

W OM zadebiutował 18 stycznia 1997 w Pucharze Francji z Lille (0:1), ekstraklasy posmakował niecałe dwa tygodnie później. Grał u boku bramkarza mistrzów Europy Andreasa Koepke, Reynalda Pedrosa czy Jordana Leczkowa. Marsylii na kolana jednak nie rzucił, z hasłem ”Droit au But” na koszulce zagrał pięć spotkań ligowych. Jeden zremisował, cztery spotkania przegrał. Przy czym 24 maja 1997 roku wziął udział w najwyższej porażce w historii występów Olympique Marsylia we francuskiej ekstraklasie!

1) Nice – OM 0:0 (do 46. minuty)

2) Guingamp – OM 3:1 (od 78., OM pokonali Polacy – Marek Jóźwiak i Ryszard Czerwiec)

3) OM – Strasbourg 0:1 (od 70.)

4) Caen – OM 1:0 (od 83.)

5) Lyon – OM 8:0 (od 56.) [zobacz wideo]

Po sezonie zakończonym tak wstydliwie, na dodatek zakończonym na jedenastym miejscu, w Marsylii musiało dojść do trzęsienia ziemi. Wciąż nastoletni Agali został wysłany na nauki do drugiej ligi, do Sportingu Toulon Var. Strzelił w nim 15 goli w 38 meczach i – ponoć – interesował się nim AC Milan. Latem 1998 roku trafił do Milanu byłego NRD, czyli Hansy Rostock, która właśnie była po sezonie na genialnym szóstym miejscu. Tam kontynuował tradycje nigeryjskich napastników (Jonathan Akpoborie wybrał VfB Stuttgart) i bicia się o utrzymanie w Bundeslidze do ostatniej chwili.

 

Hansa, czyli kardiologów pełne ręce roboty

Sezon 1998/1999 to 22 mecze i 6 goli dla Hansy, które strzelił w meczach z takimi drużynami jak: Nuernberg, Werder Brema, Borussia Dortmund, Eintracht Frankfurt, TSV 1860 Monachium oraz Bochum. Ostatni z tych goli, na 2:2, padł w zawałowej ostatniej kolejce. A bramkę na 3:2 dla Hansy zdobył…

Sezon 1999/2000 to znów 22 mecze i znów 6 goli dla Hansy, które tym razem zdobył z takimi drużynami jak: Kaiserslautern (dwa razy), Ulm, Duisburg, Bayern Monachium i Schalke Gelsenkirchen. Ostatni z tych meczów to znów była ostatnia kolejka, a Hansa – jakże inaczej – znów miała Bonanzę. Ale wygrała i utrzymała się.

Sezon 2000/2001 – 22 mecze (co za niespodzianka) i 5 goli dla Hansy (przeciw TSV, Bayer Leverkusen, 2x Bochum i znów Bayern Monachium). Zespół tym razem sprawę walki o ligowy byt załatwił wcześniej, więc nie można się dziwić, że Agali zatęsknił za emocjami i zmienił klub.

Victor Agali z lewej, obok Brazylijczyk Jose Marcelo Bordon z VfB Stuttgart

Najpierw jednak zdążył zostać wybranym najlepszym piłkarzem 2000 roku w swoim kraju. Wyprzedził Juliusa Aghahowę z Szachtara Donieck i Nwankwo Kanu z londyńskiego Arsenalu.

 

Schalke, czyli ”Dziękujemy ci, Victorze Agali

Agali, któremu ostatnie ligowe kolejki kojarzyły się świetnie, przeszedł za 10 mln marek do Schalke Gelsenkirchen, które właśnie przeżyło jedną z największych traum w historii Bundesligi. Nigeryjczyk mógł jednak wreszcie posmakować europejskich pucharów i to od razu Ligi Mistrzów! Schalke z nim w składzie przegrało jednak i z Panathinaikosem, i z Arsenalem, i z RCD Mallorca. W lidze Agali był jednak nadal konsekwentny.

Sezon 2001/2002 – 22 mecze (!) i 4 gole dla Schalke (Hansa, St. Pauli x2 i K’lautern).

Przede wszystkim jednak Nigeryjczyk zapisał się w rubrykach przy okazji finału Pucharu Niemiec z Bayerem Leverkusen (4:2), zdobytego razem z Tomaszami Wałdochem i Hajtą. Najpierw strzelił gola na 2:1, a w 90. minucie wyleciał z czerwoną kartką.

W następnym sezonie był najlepszym strzelcem Schalke, co jak się okazuje, świadczy o słabości zespołu w tamtym okresie. Dominuje siódemka. Jak siedem goli Nigeryjczyka i siódme miejsce Schalke na koniec sezonu.

Sezon 2002/2003 – 20 meczów i rekordowe 7 goli dla Schalke (K’lautern 2+1, Dortmund, M’Gladbach, Werder, Hamburg).

Był ważną postacią obu meczów derbowych Zagłębia Ruhry z Borussią Dortmund. W pierwszym spotkaniu strzelił gola (1:1). W drugim, w 38. minucie, został uderzony w twarz przez Brazylijczyka Dede. Oddał mu, a że sędzia nie widział zaczepki, z boiska wyleciał tylko Agali. Menedżer Schalke Rudi Assauer: – To skandal, zostaliśmy okradzeni z punktów! Arbiter albo był ślepy, albo to zrobił specjalnie. – Zasłużyłem na czerwoną kartkę, ale Dede co najmniej na dwie. Gdyby, tak jak chciał, trafił mnie łokciem w oko, być może już bym go nie miał – skomentował Agali.

Ale pal licho Bundesligę, napastnik zagrał w TYM meczu Pucharu UEFA. ”Dziękujemy ci, Victorze Agali” w 3:33, ale cały filmik jest kapitalny.

Piłkarz miał coraz więcej problemów ze zdrowiem, konkretnie – z kolanami. Do leczenia podchodził jak dziecko w podstawówce do odrabiania lekcji. 30 kwietnia 2004 r. w Gazecie ukazała się notka:

Napastnik reprezentacji Nigerii Victor Agali został zwolniony przez Schalke 04 Gelsenkirchen za unikanie zabiegów fizykoterapii. Z klubem miał ważną umowę do końca tego sezonu.

Sezon 2003/2004 – 12 meczów i 3 gole dla Schalke (Koeln, Werder, K’lautern).

 

Nicea albo śmierć

O sezonie 2004/2005 (30 meczów i 6 goli) w barwach Nicei trzeba przypomnieć ze względu na jeden absolutnie niesamowity mecz.

Victor Agali (Zawisza Bydgoszcz) podczas meczu AS Monaco - OGC Nice

2 października 2004 roku. AS Monaco – OGC Nice.

– Nie jestem wściekły, jestem załamany. To była katastrofa, koszmar. Mieliśmy przecież wygraną w kieszeni – mówił trener Monaco Didier Deschamps. Finalista ostatniej Ligi Mistrzów wygrywał po golu Javiera Savioli i dwóch Emmanuela Adebayora. Była 59. min.

– Nie przepracowałem okresu przygotowawczego. Trener mi zaufał. Powiedział, że mój czas nadejdzie. Nadszedł – powiedział Agali, który do Nicei trafił tuż przed zamknięciem okienka transferowego pod koniec sierpnia.

 

Od Turcji po Chiny, czyli równia pochyła

Potem zmienił klimat na turecki, ale w przeciętnych Erciyessporze i Ankaragucu furory nie zrobił. Z potentatów tylko raz pokonał bramkarza Besiktasu Stambuł.

Sezon 2005/2006 – 26 meczów i 5 goli w Erciyesspor,

Sezon 2006/2007 3 mecze bez gola w Erciyesspor oraz 12 meczów i 3 gole w Ankaragucu.

Młodość próbował wskrzesić w starym dobrym Rostocku, ale jedyne co mu wyszło, to gol z Duisburgiem i zdjęcie z Mariuszem Kukiełką w derbach NRD z Energie Cottbus.

Mariusz Kukiełka (Energie Cottbus) i Victor Agali (Hansa Rostock, obecnie Zawisza Bydgoszcz)

Sezon 2007/2008 – 23 mecze i jeden gol dla Hansy.

Tym razem nie pomogło zwycięstwo w ostatniej kolejce, bo klub z Rostocku nie miał już wtedy nawet matematycznych szans na uniknięcie degradacji. – Szkoda – pomyślał Agali, a jego nowym klubem została grecka Skoda Xanthi (tu ładny gol z Arisem). Podczas meczu z Olympiakosem Pireus narobił szkody Michałowi Żewłakowowi, bo rozbił mu głowę i Polak musiał pauzować przez 12 dni. Nigeryjczyk z Xanthi przekulał się – na moment – na Cypr. W Anorthosisie zaliczył jednak tylko dwa nieudane mecze pucharowe i wrócił do Hellady, do Levadiakosu.

Sezon 2008/2009 – 23 mecze i 5 goli dla Skody Xanthi

Sezon 2009/2010 – 2 mecze dla Anorthosisu i 19 meczów i 4 gole dla Levadiakosu.

To w tym okresie pojawiły się spekulacje, o możliwym przejściu Nigeryjczyka do Polski. Zimą 2008 roku do Wisły Kraków, a latem 2010 roku do Jagiellonii Białystok.

Piotr Jawor, Andrzej Klemba, Gazeta Wyborcza Kraków, 10 stycznia 2008

Victor Agali i Wojciech Kowalewski mogą być nowymi piłkarzami lidera Orange Ekstraklasy. (…) Wisła intensywnie szuka wysokiego napastnika. Spekuluje się o Victorze Agalim z Hansy Rostock (192 cm), znanym przy Reymonta, bo w 2002 r. grał przeciwko Wiśle w barwach Schalke. 29-letni Nigeryjczyk w tym sezonie radzi sobie jednak kiepsko. Rozegrał 14 meczów w Bundeslidze, ale nie zdobył żadnego gola. W tej rundzie na Reymonta nie przyjdzie, ale w czerwcu kończy mu się kontrakt i wtedy będzie mógł zmienić klub za darmo. – Taki transfer jest możliwy, bo Agali zupełnie się nie sprawdza w Hansie – twierdzi dziennikarz ”Ostsee-Zeitung”.

Metro, 11 stycznia 2008

Napastnik Hansy Rostock Victor Agali nie jest zainteresowany przejściem do Wisły Kraków. Nigeryjczykowi w czerwcu kończy się kontrakt, ale podkreślił, że na razie nie myśli o zmianie klubu.

Tomasz Piekarski, Gazeta Wyborcza Białystok, 25 maja 2010

Jagiellonia do nowego sezonu i spotkań w europejskich pucharach będzie szykować się na obozach w Białowieży i na Słowenii. Być może dołączy do niej Victor Agali.

(…) – Otrzymuję sporo różnych telefonów od menedżerów i naprawdę mamy wiele różnych propozycji – od dawna zbywa pytania dziennikarzy Kulesza, z którym ostatnio kontaktował się na przykład agent reprezentujący Nigeryjczyka Victora Agaliego. – Od telefonu z propozycją do konkretów jest jednak kawałek drogi – stwierdza prezes Jagiellonii.

Kawałek drogi jest też do Chin, a jednak Agali trafił do Jiangsu Shuntian. Z Dragomirem Okuką, obecnym trenerem tego zespołu się minął, bo wszystkie swoje mecze rozegrał jesienią 2010 roku.

Jesień 2010 – 17 meczów i 5 goli dla Jiangsu Shuntian.

Ostatni raz na poziomie ligowym kopnął piłkę 6 listopada 2010 roku. Tłumaczył, że musi sobie zrobić przerwę, by zatroszczyć się o rodzinę. Ciekawiej niż na boisku było na lotnisku. W styczniu 2010 r. Victor Agali został zatrzymany w Amsterdamie, bo miał przy sobie fałszywy paszport. – Na jednej stronie były zmienione dane osobowe, a na drugiej fałszywą wizę – powiedział Robert van Kapel, rzecznik holenderskiej straży granicznej (za PS).

 

Reprezentacja, czyli trudne sprawy

Różne sprawy zatrzymywały też grę napastnika w reprezentacji kraju. Przecież jego dorobek, czyli dwanaście meczów i pięć goli, można uzbierać nawet w rok – zwłaszcza jeśli kadrą opiekuje się Sportfive.

W 2000 roku Agali był najlepszym strzelcem olimpijskiej reprezentacji Nigerii na igrzyskach w Sydney (tych, gdzie rządzili Słowacy z Radolskym, Porazikiem i Barcikiem!). Pokonał bramkarzy Hondurasu (3:3) i Australii (3:2) w grupie oraz Chile (1:4) w ćwierćfinale.

Rok później pomógł przeprowadzić Nigerię przez eliminacje do mistrzostw świata w 2002 roku. Zdobył dwa gole w meczu z Sudanem i po jednym z Liberią oraz Ghaną.

Gdy Michał Pol rozmawiał z nim w maju 2002 r., miesiąc przed mundialem, zawodnik przeczuwał, że mistrzostwa może obejrzeć tylko w telewizji:

– Kameruńczycy tworzą drużynę, Nigeryjczycy jej nie stanowią. Zżerają nas kłótnie. Piłkarzy między sobą i zawodników z działaczami federacji. Ci ostatni nie zgodzili się na powołanie najlepszych piłkarzy – Sundaya Oliseha w zemście za to, że upominał się o należne wszystkim piłkarzom pieniądze, i George’a Finidi. To wielki błąd. O sobie nie chcę mówić, ale też nie jestem pewny, czy zagram na mundialu. Faktem jest, że Kameruńczycy na turnieju będą się skupiać na grze, Nigeryjczycy na walkach, sporach i kłótniach. Dlatego większe szanse daję naszym sąsiadom.

I Victor Agali na mundialu nie zagrał. Inna heca była z Pucharem Narodów Afryki. W 2002 roku, jeszcze przed MŚ, wystąpił w dwóch spotkaniach. W 2004 r. skończył na jednym, z Marokiem, przegranym 0:1. Niedługo potem on i Celestine Babayaro oraz Yakubu Aiyegbeni zostali wyrzuconi z kadry z powodów dyscyplinarnych.

Z wyżej przytaczanej rozmowy strasznie ciekawy jest ten polsko-nigeryjski wątek:

– Znam bardzo dobrze Olisadebe i jego historię. Jesteśmy przyjaciółmi i chciałbym go tą drogą serdecznie pozdrowić. Znamy się jeszcze z Nigerii, z Lagos. Kilka razy spędzaliśmy razem wakacje. Razem graliśmy dla zabawy. Ale to było jeszcze, zanim przyjął polskie obywatelstwo. Uważam, że zrobił słusznie. Sam postąpiłbym tak samo, gdyby nie powołano mnie do składu Nigerii na igrzyska olimpijskie. Bo piłkarz musi się rozwijać. Jeśli jest w formie, strzela gole, ale mimo to nie gra w kadrze, zatrzymuje się w rozwoju. Olisadebe to świetny zawodnik, supernapastnik, jeden z największych talentów, jakie wydała Afryka. Bardzo by się przydał Nigerii. Ale ja i tak trzymam kciuki, żeby mu się powiodło na mundialu. Dzięki jego golom gracie na MŚ, niech teraz zdobędzie dla was kolejne bramki.

(…) Jestem pewien, że zrobiłby karierę w każdej reprezentacji z Europy. Bonfrere to naprawdę świetny szkoleniowiec i wiele zrobił dla Nigerii – poprowadził ją jako pierwszy afrykański kraj do złotego medalu olimpijskiego. Jednak w kwestii Olisadebe popełnił błąd. Ale to nie tylko jego wina. Trudno żeby jeden człowiek kontrolował wszystkich piłkarzy we wszystkich nigeryjskich i europejskich klubach. Nasza federacja zaspała, za to wasza okazała się mądrzejsza i sprytniejsza.

Aż szkoda, że Emmanuel nie powitał Victora na dworcu w Bydgoszczy.

B.

Najlepszy strażak wśród piłkarzy już nie uratuje Warty. Paweł Iwanicki

Paweł Iwanicki strzela gola w meczu Warta Poznań - GKS Katowice 2:1 (20.03.2011)

Paweł Iwanicki strzela gola w meczu Warta Poznań – GKS Katowice 2:1 (20 marca 2011)
/ fot. Krzysztof Kaczyński – WielkopolskiSport.pl
 – dzięki Krzychu

Miała tu być potężna sylwetka Pawła Iwanickiego i pewnie prędzej niż później będzie, ale zawieruszyły mi się notatki z naszej tyleż długiej, co ciekawej rozmowy, więc wrzucam dwa teksty gazetowe. Aktualna opinia, o tym jak piłkarza potraktowała Warta oraz rozmowa sprzed prawie roku, gdy strażak był bohaterem zielonej części Poznania.

 

Rozmowa: Między golami a gaszeniem pożarów (30 marca 2011)

Spokój, z jakim zmylił pan bramkarza GKS Katowice i strzelił gola na 2:1 dla Warty, był imponujący. Przydało się doświadczenie z pracy strażaka, gdzie zachowanie zimnej krwi jest konieczne?

Paweł Iwanicki: Nie wiem, czy miało to wpływ na moje zachowanie na boisku, być może. To wielka radość strzelić gola przed taką publicznością w Poznaniu. Jako strażak muszę być opanowany, szybko myśleć i nie wpadać w panikę. Podczas akcji nie można sobie pozwolić na roztrzęsienie.



(poprzednio widziałem taki spokój i technikę u piłkarza polskiego klubu przy golu Kalu Uche z Lazio Rzym)



Paweł Iwanicki zawsze chciał gasić pożary?

– Ależ skąd. W straży jestem od pięciu lat. Gdy grałem w Mieszku Gniezno, klub miał podobne kłopoty finansowe do tych, jakie jeszcze niedawno miała Warta. Pewnego dnia spotkałem w autobusie kolegę, z którym dawniej grałem w kadrze makroregionu. Gdy powiedział, że teraz jest strażakiem, zrobiłem wielkie oczy ze zdziwienia. Chwilę go posłuchałem i stwierdziłem, że to może być zajęcie dla mnie. Praca, która podnosi adrenalinę, a przy tym zapewnia stały dochód. Musiałem myśleć o rodzinie i o przyszłości.

A co z piłką? Przyuczenie do zawodu nie łączy się ze skoszarowaniem na dłuższy czas?

– Szkoła aspirantów trwa dwa lata. Ale nie trzeba jej kończyć, by być w straży. Zgłosiłem się na nabór w Poznaniu. W testach sprawnościowych, biegach na 50 i 1000 metrów oraz podciąganiu się na drążku, byłem najlepszy. Z wejściem na 30-metrową drabinę też sobie poradziłem. Najważniejsze były testy psychologiczne. Psycholog ileś razy zadawał to samo pytanie i sprawdzał, czy nie puszczają człowiekowi nerwy. Mnie nie puściły. Na koniec lekarze zbadali mnie od stóp do głowy i stwierdzili, że jestem zdrowy. W lipcu 2006 r. mogłem stawić się w jednostce nr 1 na ul. Wolnica w Poznaniu.

Od razu poszedł pan w ogień?

– Nie miałem jeszcze do tego uprawnień. Przez pierwszy miesiąc siedziałem w ”dziupli”, na stanowisku alarmowania. Przekazywałem strażakom, gdzie i do jakiego zdarzenia mają jechać. Po chwili zjeżdżali po rurze i wsiadali do wozu. Jak na filmach.

I jak na filmach gasił pan pożary?

– Tak, ale najpierw zrobiłem odpowiednie kursy. Pożary i ściąganie kotów z drzewa – to są dwa najczęstsze skojarzenia ze strażą pożarną. Wszystko przez bajkę ”Strażak Sam”! A strażacy dbają przecież też o bezpieczeństwo w budynkach, czy biorą udział w akcjach ratunkowych na wodzie.



Ale ściągał pan kotka z gałęzi czy nie?

– (cisza ) Dwa razy. Ale proszę tego nie pisać! (śmiech )

Bardziej w pamięć zapadają pożary?

– Jak na pięć lat służby trafiło mi się ich mało i oby było ich jak najmniej. Ale zdarzyły się, również takie z ofiarami. Wypieram jednak takie wspomnienia z pamięci. Tak trzeba robić, by wytrzymać tę pracę psychicznie.

Wcześniej dzielił pan czas między piłkę a straż. W tym roku całą siłę wkłada w grę dla Warty. Różnica jest duża?

– Odetchnąłem psychicznie. Do tej pory wszystko robiłem w biegu, rzadko byłem w domu. 24-godzinną służbę odbywałem siedem razy w miesiącu. Wypadało mi 3-5 treningów miesięcznie. Nie uważam, bym fizycznie wyglądał przez to gorzej.

Pierwsze piłkarskie treningi odbył pan w rodzinnej Trzciance…

– Tak, w juniorach Lubuszanina. Ale długo się niczym nie wyróżniałem. Byłem za niski i za słaby. Słyszałem, że sporo mi brakuje do starszego o dwa lata brata. Lepiej zacząłem sobie radzić pod koniec podstawówki, w szkole średniej byłem już w Szamotułach u trenerów Andrzeja Dawidziuka i Bernarda Szmyta. Kilku chłopaków z tej drużyny się wybiło: Jakub Wawrzyniak, Robert Kolendowicz, Szymon Pawłowski czy Łukasz Fabiański. Z dwoma ostatnimi grałem też w Mieszku Gniezno. Z Łukaszem jestem w kontakcie SMS-owym.

Najpierw jednak był pan wypożyczony: najpierw do Czarnych Żagań, potem do Pogoni Świebodzin.

– Mieszkałem ciągle w bursie w Szamotułach, a tam jeździłem na same mecze, ewentualnie na treningi w czwartek czy w piątek. Na grę w trzeciej lidze nie mogłem narzekać, nawet jeśli organizacja klubów była kiepska.

Właśnie z trzeciej ligi trafił pan do reprezentacji Polski do lat 19.

– W moim pierwszym meczu, z Austrią, przegraliśmy aż 0:4. Trenera Krzysztofa Słabika zmienił Michał Globisz. I u niego wywalczyłem sobie miejsce w pierwszej jedenastce. Zaczęło się od strzelenia gola Holandii.

W tamtej młodzieżówce grał sam Wesley Sneijder.

– Nie wiem, czy zagrałem przeciwko niemu. Zostałem zawodnikiem meczu i wręczono mi jakąś pamiątkową kartę ze składami obu drużyn, ale gdzieś ją zgubiłem.

Potem strzeliłem dwa gole Czechom i przede wszystkim Białorusi w eliminacjach mistrzostw Europy U-19. W pierwszej fazie pokonaliśmy też Chorwację i zremisowaliśmy ze Szwecją. Drugą rundę zaczęliśmy od pokonania Hiszpanii. W Polsce ludzie już robili sobie nadzieje, że może znowu drużyna Globisza wygra młodzieżowe mistrzostwa. Niestety, przegraliśmy z Francją i Izraelem. Na mistrzostwa nie pojechaliśmy, a drużynę rozwiązano wiosną 2003 r.

Niektórzy koledzy z tego zespołu byli już wtedy w drużynach ekstraklasy.

– Pamiętam, jak Mariusz Zganiacz opowiadał nam o meczu Legii z Barceloną, w którym zagrał. ”Gdzie Barcelona, a gdzie mój Mieszko” – myślałem wtedy. Cztery lata spędzone w Gnieźnie wspominam jednak dobrze. W pierwszym sezonie awansowaliśmy z czwartej do trzeciej ligi. Na barażu z Astrą Krotoszyn było siedem tysięcy ludzi! Pierwszy raz od dawna w Gnieźnie futbol zepchnął żużel na boczny tor. Mimo dużych ambicji, Mieszko nie wszedł do drugiej ligi. A ja trafiłem do Warty.


Gol na 2:1 w 90. minucie meczu Warty z Kluczborkiem (21 maja 2011). Paweł Iwanicki wszedł na boisko w 55. minucie

Był moment, w którym mógł pan grać w Koronie Kielce. Chwilę po tym, jak Kolporter został sponsorem klubu, w prasie ukazało się ogłoszenie ”poszukujemy piłkarzy”. Zgłosiło się 80, pan był wśród pięciu, których zaproszono.

– Byłem w Kielcach, ale… na moment! Pojechałem tam z menedżerem ze szkółki z Szamotuł. Przez całą drogę, całe 500 km słyszałem, że wszystko jest załatwione. W budynku klubu spędziłem może pięć minut. Tylko tyle czasu minęło, zanim menedżer wyszedł od szefów Korony zły jak osa. ”Transferu nie będzie!” – krzyknął tylko. Poszło o pieniądze. Z Radkiem Cierzniakiem byłem też przez tydzień na testach w Wolfsburgu. W pomocy byli Niemiec Stefan Effenberg i Rumun Dorinel Munteanu, a ja między nimi. To były za wysokie progi.

Z pana przejściem do Poznania też były kłopoty.

– Mieszko i Szamotuły kłóciły się, którego klubu jestem zawodnikiem. Przez miesiąc czy dwa byłem nawet zawieszony. Miałem tylko trenować i niczym się nie przejmować. Skończyło się jednak na tym, że gdybym nie zrzekł się pieniędzy od Mieszka, przez pół roku nie mógłbym grać w piłkę. Nie mogłem sobie na to pozwolić.

W debiucie strzeliłem gola Jarocie, ale mój udział w awansie do drugiej ligi był niewielki. Sprowadzał mnie trener Jarosław Araszkiewicz, którego szybko zmienił na ławce Ryszard Łukasik. U niego grałem mało, a jak grałem, to zawalałem mecze. Przeciw Turowi nie strzeliłem karnego, przegraliśmy 0:1. Tragedia.

Potem mieliśmy trochę szczęścia, bo dostaliśmy walkower za mecz z rezerwami Lecha i wygrana w Toruniu dała nam baraże. Z Unią Janikowo zagrałem nieźle i chyba tylko dzięki temu nikt mnie nie pogonił z Poznania.

I gra pan w Warcie do dziś. Dłuższy staż w zespole, bez żadnych przerw, mają tylko Tomasz Magdziarz i Alain Ngamayama. Zimą był pan jednak na testach w Cracovii.

– Sytuacja w klubie jest normalna, wszystko idzie w dobrym kierunku. Jeśli Warta będzie chciała, bym został, na pewno nie odejdę.

Jeszcze rok temu myślałem sobie: ”Masz 26 lat, ciągle nie zagrałeś w ekstraklasie, może pora dać sobie spokój”. Ale teraz zmieniłem podejście. Nigdy nie zamieniłem klubu z niższej ligi na wyższą i tak już chyba zostanie. Wszystkie awanse musiałem sam wywalczyć. Z Mieszkiem z czwartej ligi do trzeciej, z Wartą ze starej trzeciej ligi do drugiej. Pozostało teraz wejść do ekstraklasy.


Gol na 2:0 z Sandecją Nowy Sącz (8 maja 2011)

Bez sentymentów? Bez klasy(Warta sprawę niedługo wyjaśni)

B.