Ścigając Jacka Cyzio, czyli 20 lat minęło od pięćdziesięciu sekund radości

Gdy dzisiejszej niedzieli wspominać będziemy ogrom smoleńskiej katastrofy sprzed roku, a za dwa tygodnie uradujemy się Świętami Wielkiej Nocy, gdzieś tam w bardzo, bardzo, bardzo głębokim cieniu obu tych wydarzeń (i słusznie, bo są sprawy ważne i znacznie ważniejsze) przemknie dwudziesta rocznica, ostatnich, jak do tej pory, półfinałowych bojów toczonych przez polską drużynę w europejskich rozgrywkach klubowych.

Kiedy 19 września 1990 roku warszawska Legia, zwyciężając 3:0 (po dwóch trafieniach Romana Koseckiego i jednym Leszka Pisza) luksemburski Swift Hesperange, inaugurowała na Łazienkowskiej swą pucharową przygodę, zapewne mało kto podejrzewał, że będzie ona tak długa i tak porywająca. Po rewanżu w Hesperange, gdzie legioniści zaaplikowali swym rywalom ponownie wynik 3:0 (bramki Jóźwiaka, Łatki i Kupca) los przydzielił stołecznej drużynie szkocki Aberdeen. Po bezbramkowym, cennym wyjazdowym remisie, podopiecznym Władysława Stachurskiego udało się na własnym terenie wyszarpać awans dzięki bramce Krzysztofa Iwanickiego na sześć minut przed końcem  meczu (pożegnalne, pucharowe spotkanie w barwach Legii Romana Koseckiego). I to już był sukces, to już było coś, bo za niezaprzeczalnego faworyta dwumeczu uchodził wówczas zespół Aberdeen.

W wiosennym ćwierćfinale nieistniejącego już Pucharu Zdobywców Pucharów na drodze warszawskiej Legii stanęła Sampdoria Genua. Klub ten przeżywał wówczas najświetniejszy okres w swojej historii. Prowadzony przez Vujadina Boskova zespół był istną piłkarską potęgą zbudowaną za krocie. Vialli, Mancini, Pagliuca, Michajliczenko, Cerezo, Katanec, Lombardo, Vierchowod i reszta przyjechali do Warszawy jak po swoje, pewni łatwego zwycięstwa, a wrócili ze skromną, bo skromną ale jednak porażką 0:1 (bramka ‘do szatni’ Dariusza Czykiera). Mało kto jednak wierzył, że Włosi, nie zdołają odrobić tych strat z nawiązką, jeszcze w pierwszej części rewanżowego spotkania. Tu jednak spotkała genueńczyków strasznie niemiła niespodzianka, albowiem tak się nieszczęśliwie dla nich złożyło, że tego akurat dnia, 20 marca 1991 roku, postanowił objawić światu swój nietuzinkowy piłkarski talent młodziutki Wojciech Kowalczyk. Najpierw pięknym strzałem w długi róg pokonał Pagliukę w 19 minucie meczu, a potem w 54 minucie, wspomagając się trochę rękodziełem (do czego zresztą sam się uczciwie, w swej biografii, przyznał) raz jeszcze zapoznał futbolówkę z pagliukową bramką i oto Sampdoria, na oczach swych zdumionych tifosich, przegrywała z Legią 0:2, mając teraz do wykonania nader trudne zadanie – ustrzelić 4 gole w czasie 35 minut. Udało im się trafić tylko dwa razy (Mancini w 67 min. i Vialli w 88 min.). Zapamiętam ten mecz na zawsze jako jeden z tych, z udziałem polskiej drużyny, w którym natężenie sportowych, kibicowskich emocji sięgało niemal zenitu. Na boisku działy się różne rzeczy (fantastyczna postawa Macieja Szczęsnego, częste przepychanki między piłkarzami, chamskie, nerwowe zachowanie włoskich gwiazd, szarpanina o piłkę Manciniego z leżącym w bramce Szczęsnym i czerwona kartka dla tego ostatniego za uderzenie w twarz dzisiejszego trenera Manchesteru City, wreszcie Marek Jóźwiak w roli golkipera) a wszystko to okraszone wspaniałym happy endem. Sampdoria Genua wyrzucona przez Legię za burtę! Chciałbym to bardzo wyraźnie podkreślić raz jeszcze – Sampdoria Genua była wtedy prawdziwą piłkarską potęgą – obrońcą zdobytego przed niespełna rokiem Pucharu Zdobywców Pucharów, kilka miesięcy po odpadnięciu z legionistami piłkarze ci wywalczyli jedyne w swej historii mistrzostwo, zdecydowanie najsilniejszej wówczas na świecie ligi – Serie A, a kilkanaście miesięcy potem, w niemal identycznym składzie jak w meczach przeciwko Legii, zespół ten został drugą siłą w klubowym, europejskim futbolu, ulegając po dramatycznym finale PKME, w dogrywce, wspaniałej Barcelonie Johanna Cruyffa.

I oto pałętająca się podówczas gdzieś w środku ligowej tabeli Legia Warszawa (ostatecznie zakończyła tamten sezon na 9 miejscu), w wyśmienitym towarzystwie Juventusu Turyn, FC Barcelony i Manchesteru United staje w szranki do batalii o finał jednego z klubowych europejskich trofeów. Pamiętam do dziś, jak bardzo chciałem, by los skojarzył warszawiaków ze wspaniałą Barcą (no bo wiadomo: Laudrup, Stoiczkow, Koeaman, Bakero itp) lub Juventusem (Baggio, Schillaci, Haessler), bo to byłyby takie piękne, niezapomniane pojedynki z największymi artystami piłki, a z drugiej strony kołatała gdzieś myśl, że może by ten Manchester United, bo oni jednak wydają się najsłabsi z tego grona i szansa na awans, niewielka, bo niewielka, ale jednak by była.

Ale tu już chciałbym oddać głos niekwestionowanemu bohaterowi wspominanej tu pucharowej przygody warszawskiej Legii. Wojciech Kowalczyk, w swej biografii tak wspomina tamte chwile: Strasznie chciałem trafić na Barcelonę. Siedziałem ze swoją paczką przy placu Konstytucji, w Horteksie na lodach. Nagle w radiu wiadomości sportowe. Kelner na nasze życzenie pogłośnił. „Legia Warszawa w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów zmierzy się ze słynnym angielskim Manchesterem United” – dopłynęło do nas z głośników.

Manchester United wówczas dopiero zaczynał budować swoją potęgę pod wodzą Alexa Fergusona. Sezon 1990/1991 jego podopieczni zakończyli na 6 miejscu w lidze, w następnym byli już wicemistrzem Anglii, a 2 lata później nie mieli już sobie równych w Premier League. W zespole mającym zmierzyć się niebawem z Legią grał wówczas legendarny kapitan reprezentacji Anglii Bryan Robson, wielokrotny reprezentant tego kraju Neil Webb, znakomity walijski napastnik Mark Hughes, a także młodzi, świetnie zapowiadający się piłkarze, którzy wielką sławę osiągnęli dopiero kilka lat później: Paul Ince, Lee Sharpe, Gary Pallister, Irlandczyk Denis Irwin, czy Szkot Brian Mc Clair. Warto chyba w tym miejscu wspomnieć, że Manchester srodze się napocił, by przebrnąć ćwierćfinałowe boje, gdzie na jego drodze stanęła prawdziwa rewelacja rozgrywek – francuski Montpellier. Prowadzony przez Henryka Kasperczaka zespół (w którego składzie grali wówczas m.in. Blanc, Guerin czy Valderrama) najpierw dzięki bramce znakomitego w tamtym sezonie Jacka Ziobera zostawił w pokonanym polu faworyzowany PSV Eindhoven (najlepszy klubowy zespół Europy sprzed 2 lat), a następnie wręcz zmiażdżył silną przecież wówczas bukaresztańską Steauę (5:0 i 3:0 – dwa kolejne gole byłego napastnika ŁKS). W pojedynku na Old Trafford dzięki akcji Jacka Ziobera (samobójcza bramka Martina) padł remis 1:1, ale na własnym terenie Francuzi nie potrafili utrzymać awansu i przegrali 0:2.

Wiosennym popołudniem 10 kwietnia 1991 roku podopieczni Władysława Stachurskiego (21 lat wcześniej on sam, jeszcze jako piłkarz, walczył w przegranym, półfinałowym boju PKME przeciwko Feyenoordowi) stanęli więc oko w oko z podopiecznymi Alexa Fergusona, by potykać się o grę w wielkim finale. Anglicy od początku spotkania osiągnęli wyraźną przewagę. Legii gra się nie kleiła. Przez pierwsze ponad pół godziny nie potrafiła przeprowadzić żadnej składnej akcji. Ale w 36 minucie meczu Kowalczyk zagrał do Jacka Cyzio, a ten pokonał Sealeya. 1:0!!! Oddajmy znów głos Kowalowi: Jacek Cyzio wali na 1:0. Jest! – Sampdoria, powtórka z Sampdorii! Ta drużyna jest szalona i nikt nie wie, na co ją jeszcze stać! – myślałem sobie wtedy na boisku. Znowu strzelamy gola do przerwy, znowu 1:0 u nas i wystarczy utrzymać do końca wynik, a potem na pewniaka jechać na rewanż. No to się natrzymaliśmy wyniku – pół minuty. Anglicy wznowili od środka, poszła piłka do Lee Sharpe’a, a ten skręcił Arka Gmura i dośrodkował – 1:1. Potem prasa pisała, że to wszystko przez Arka, bo po golu Jacka Cyzio przez całe boisko zasuwał, żeby go ucałować. Prawy obrońca do lewego napastnika. A jak go mógł nie ucałować!? Szwagier szwagra?! Szwagier szwagra w półfinale PZP?! Nikt nie popełnił błędu, po prostu Manchester strzelił gola, jak setkom innych drużyn.

I rzeczywiście, wielu obwiniało wówczas legionistów o nazbyt spontaniczną radość po strzelonym golu, co wpłynąć miało na brak koncentracji i ułatwić Anglikom natychmiastowe wyprowadzenie ciosu. Nieżyjący już dziennikarz tygodnika „Piłka Nożna”, Paweł Smaczny, tak opisał wówczas całe to zdarzenie w swej relacji zatytułowanej „50 sekund radości”: Radość trwała niestety zbyt krótko, ale za to na boisku była spontaniczna. Na Cyzię rzucili się wszyscy jego koledzy oprócz Robakiewicza, który pozostał w bramce. Szczególnie rzadko demonstrowaną żywotnością popisali się obrońcy. Gdy niemalże uduszony Cyzio wyswobodził się z kleszczy kolegów, oczywiście Anglicy spokojnie czekali z piłką na środku boiska. Gwizdek i za moment popędził na naszą bramkę bardzo szybki Lee Sharpe. Minął Pisza, potem w tempie ekspresu zziajanego Gmura (miał najdalej, by dogonić Cyzia) i od chorągiewki zacentrowal, dopadł do piłki Brian McClair i z czterech metrów trafił do siatki. Potem wszyscy mówili, ze to wina dekoncentracji, a ja twierdzę, że głupoty. Legioniści zbyt długo się ściskali i całowali, zbyt zmęczyli się ściganiem Jacka Cyzia.

Ale to był dopiero początek końca marzeń o przedarciu się Legii do finału PZP. Na minutę przed końcem pierwszej połowy Marek Jóźwiak popełnił kardynalny błąd, wdając się w zupełnie niepotrzebny drybling z Lee Sharpem, tracąc piłkę a następnie faulując (czyli nie owijając w bawełnę – łapiąc w pół) wychodzącego na dogodną pozycję skrzydłowego MU. Decyzja sędziego brzmiała jak wyrok – czerwona kartka. Zrobiło się 1:1 i kończymy w dziesiątkę, momentalnie mecz się zawalił. W szatni, w przerwie, grobowa cisza, każdy załamany. Marek Jóźwiak siedzi z boku i płacze. Normalnie ryczy. Nie było szans na dobry wynik – ten płacz, ta cisza. Jeszcze jechaliśmy, ale już nie mieliśmy benzyny. Manchester nawet nic wielkiego nie zagrał. Ot, zrobił jeszcze dwie akcje i strzelił dwa gole. 1:3 na Łazienkowskiej – podsumowuje Kowalczyk. Wspomniane przez niego bramki, zapewniające gościom zwycięstwo, strzelają dla MU – Mark Hughes i Steve Bruce. Legia przegrywa 1:3 i traci jakiekolwiek realne szanse na wyśniony awans.

Specjalny obserwator z ramienia Juve – Bizotto Romolo, tak podsumował całą sprawę: Jedna z tych drużyn wystąpi w finale, chcemy więc być dobrze zorientowani w sposobie gry potencjalnego rywala dla Juventusu. Manchester był doskonały taktycznie. Legia mnie zawiodła. Styl MU dawał jej dużo okazji do kontrataków, a z tej skutecznej metody nie skorzystała. W Legii wyróżniłbym Robakiewicza i Czachowskiego – ten ostatni najpierw umiejętnie wyprzedzał grę przeciwnika, a po incydencie z czerwoną kartką udanie zastąpił usuniętego kolegę na nowej pozycji. Stać Legię na wiele, szkoda że dziś nie pokazała tego Anglikom. Turyński wysłannik jeszcze wtedy nie wiedział, że finał tych rozgrywek nie będzie dotyczył nie tylko Legii, ale i jego Juventusu, który pechowo, bo pechowo, ale po fantastycznych i emocjonujących bataliach odpadnie z Barceloną (1:0 i 1:3).

Na Old Trafford jechali więc legioniści grać o honor. I rzeczywiście, pomimo zapowiedzi Fergusona, że „Legia zostanie zdemolowana” – Polacy pożegnali się z honorem, remisując z późniejszym zwycięzcą całych rozgrywek 1:1. Mecz zaczął się tak, że przez pierwsze 20 minut może raz wyszliśmy z połówki – przyznaje szczerze Kowalczyk. Efektem angielskiego naporu na bramkę Robakiewicza jest gol Sharpe’a w 23 minucie meczu. Potem podopieczni Stachurskiego przyjęli jednak wymianę ciosów i w 57 minucie po świetnym, kilkudziesięciometrowym podaniu Jacka Bąka (nie mylić z wielokrotnym reprezentantem Polski – Jackiem „Za skórzaną kurtkę Johna Galliano zapłaciłem ostatnio 4 tysiące euro. Dla innych może być dziwaczna, z tyłu ma gniazdko i kilka płyt kompaktowych” Bąkiem) odgryźli się gospodarzom trafieniem Kowalczyka. Sam strzelec tak wspomina całe zajście: Byłem sam na sam. Gdzie strzelać? – to była pierwsza myśl. W długi – to była druga. No to strzeliłem, piłka poleciała między nogami bramkarza w sam środek. Cóż, trochę farta też trzeba mieć. Ale co tam, potem cwaniakowałem, że na spokoju założyłem gościowi siatę! Po meczu z Manchesterem, mimo że odpadliśmy w szatni panowała radość. 1:1 na Old Trafford to nie taki zły wynik.

Panowała  radość, bo i jak miała nie panować. Legioniści dokonali wówczas wielkiej rzeczy. Obok Manchesteru, Barcelony i Juventusu znaleźli się w gronie czterech najlepszych drużyn Pucharu Zdobywców Pucharów. Władysław Stachurski, w towarzystwie takich trenerskich tuzów jak Johann Cruyff czy Alex Ferguson walczył o awans swej drużyny do wielkiego finału. Jacek Cyzio i Wojciech Kowalczyk, swymi półfinałowymi bramkami przeszli, obok Lubańskiego, Banasia i Surlita (którzy również trafiali dla naszych drużyn w tej fazie rozgrywek europejskich pucharów) do historii polskiej piłki. Jak długo czekać będziemy na to, by ponownie ujrzeć polską drużynę w półfinale któregoś z europejskich pucharów? Od kwietniowych pojedynków Legii z Manchesterem mija 20 lat. I nie ulega wątpliwości, że warto byłoby przeżyć jeszcze kiedyś podobne chwile…

 

 

10.04.1991 Warszawa, 16.000

LEGIA-MANCHESTER UNITED 1:3 (1:1)

1:0 Cyzio 36, 1:1 McClair 36, 1:2 Hughes 54, 1:3 Bruce 67

Robakiewicz –  Gmur (62 C.Wójcik), Jóźwiak (cz.k.44′), Bąk – Pisz, Modzelewski, Czachowski, Czykier, Iwanicki – Kowalczyk, Cyzio.

Sealey – Irwin, Pallister, Bruce, Blackmore – McClair, Phelan (46 Donaghy), Ince, Webb – Hughes, Sharpe.

 

24.04.1991 Manchester, 40.000

MANCHESTER UNITED-LEGIA 1:1 (1:0)

1:0 Sharpe 23, 1:1 Kowalczyk 57.

Walsh – Irwin, Bruce, Pallister, Blackmore (68 Donaghy) – Phelan, Robson, Webb – McClair, Hughes, Sharpe.

Robakiewicz – Gmur, Kubicki, Czachowski, Bąk – Pisz, Czykier, Iwanicki, Sobczak (75 Łatka) – Cyzio, Kowalczyk.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *