Rwanda, siedemnaście lat później

Rwanda, kraj „tysiąca wzgórz i miliona uśmiechów”. 7 kwietnia 1994. Wtedy wszystko się zaczęło. W ciągu kolejnych stu dni od tej daty ten piękny kraj zamienił się – jak obrazowo pisze Wojciech Tochman w swojej poruszającej książce „Dzisiaj narysujemy śmierć” – w kraj miliona śmierdzących trupów. W ciągu stu dni zamordowano tam milion osób. Milion. „Ich ciała znaleziono w ciągu ostatnich piętnastu lat w rowach, w latrynach, na śmietnikach albo w kościołach. Ciała lub ich kawałki. Chowa się je (pogrzeby wciąż trwają) w skromnych trumnach. Tysiące trumien. W jednej szczątki nawet pięćdziesięciu osób. Przez sto dni zabijano tu dziesięć tysięcy ludzi dziennie, czterystu w ciągu godziny, siedmiu w ciągu minuty. (…) Po większości z nich nie ma żadnego śladu, zdjęcia, nazwiska. Ścięto całe rodziny, nie ma komu za nimi tęsknić, nikt zaginionych nie szuka, nikt ich nie pamięta”.

Konflikt narastający pomiędzy większością Hutu (ok. 75% populacji), traktowaną przez byłych kolonizatorów (najpierw przez Niemców a potem przez Belgów) jako gorszą a mniejszością Tutsi (14%), postrzeganą jako szlachetniejsza i w związku z tym ulokowaną wyżej w hierarchii społecznej eksplodował wiosną 1994 roku. Pretekstem do eksplozji było zestrzelenie 6 kwietnia przez nieznanych sprawców (spekuluje się, że była to prowokacja samych Hutu) samolotu z wywodzącym się z ludu Hutu prezydentem Juvenalem Habyarimanem na pokładzie. Dzień później Hutu przystąpili do czystek etnicznych. Pomóc im w tym miało 581 tysięcy maczet sprowadzonych specjalnie na tę okazję z Chin.

Nie chcę tu epatować tym, co wydarzyło się w tym afrykańskim państwie. Po szczegóły odsyłam do książki Tochmana. Ja piszę o Rwandzie z dwóch powodów. Po pierwsze dziś przypada kolejna, z roku na rok chyba coraz bardziej zapominana, rocznica jednego z tych najbardziej mrocznych momentów nowoczesności. Trzeba o niej pamiętać i dawać świadectwo tym, którzy zapomnieli. Po drugie natomiast, i tu już jest weselej, wydaje mi się, że warto mówić także o tym, że w miejscu tak obolałym jak Rwanda ludzie i wciąż grają w piłkę.

A powód by o piłce w Rwandzie mówić właśnie teraz est nielichy. Otóż bowiem tamtejsza reprezentacja, nazywana „Osami” po długim, długim okresie oczekiwania wygrała mecz. 26 marca Rwandyjczycy na stadionie w Kigali w ramach eliminacji do Pucharu Narodów Afryki 2012 pokonali swoich sąsiadów z Burundi 3:1. Wiktoria ta powinna ich dodatkowo cieszyć ponieważ poprzednie zwycięstwo odnotowali w 2009 roku.

Szkoleniowcem Rwandy jest Ghanijczyk Sellas Tetteh. Jego największym sukcesem jest wywalczenie z młodzieżową kadrą Ghany mistrzostwa świata U-20 (pod jego skrzydłami grał znany nad Wisłą Ransford Osei). W Rwandzie na podobne sukcesy oczywiście nie może liczyć. Większość jego podopiecznych to młodzi zawodnicy występujący w lidze rwandyjskiej. Z obecnej drużyny raptem trzech zawodników gra poza ojczyzną. Doświadczony kapitan Patrick Mafisango przywdziewa barwy zespołu Azamm FC Dar-es-Salaam z Tanzani, a urodzony w Nigerii Louis Aniweta zarabia na chleb w cypryjskim APOP Kinyras Pegeias. Natomiast Elias Uzamukunda prezentuje się najlepiej w tym towarzystwie, bo występuje we francuskim drugoligowcu AS Cannes.

W meczu z Burundi bramki zdobywał właśnie on oraz Iranzi oraz Gasana.

Największym sukcesem „Os” jest na razie występ w Pucharze Narodów Afryki w 2004 roku. Trenowana wówczas przez Serba Ratomira Dujkovica drużyna nieoczekiwanie zaprezentowała się bardzo dobrze na tle silniejszych przeciwników: Tunezji, Gwinei i DR Konga. Z tymi pierwszymi Osy przegrały 1:2,

z tymi drugimi zremisowały 1:1 a z trzecimi wygrały 1:0! Awans był naprawdę blisko, ale koniec końców Rwanda musiała się zadowolić trzecim miejscem w grupie. Co ciekawe, w ówczesnej reprezentacji nie występował żaden (żaden!) zawodnik, który urodziłby się w swojej ojczyźnie.

Z całego serca kibicuję reprezentacji Rwandy, aby jak zaliczała jak najwięcej takich mniejszych czy większych sukcesów jak zwycięstwo nad Burundi, dając przy okazji swoim fanom trochę choć trochę radości. Wszak to wciąż kraj miliona uśmiechów.

P.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *