Zatopiony jednomasztowiec. Warta Poznań – Flota Świnoujście 2:0

Mecz Warty i Floty nie był nazbyt pasjonujący. Gospodarze zagrali słabo i wygrali, goście zagrali nieźle i przegrali. Bądź tu mądry, kto jest kto.

Spotkanie poprzedziła minuta ciszy. Lech przed smoleńską tragedią zdążył jeszcze zagrać w piątek z Arką. Warta odrobi zaległości z Gorzowem w środę.

Nie pamiętam, kiedy byłem ostatni raz na meczu, który rozpoczynał się tak wcześnie, bo w samo południe. Jest w tym pewien urok, człek wcześniej się w sobotę zwlecze z wyra, a po meczu ma jeszcze całe popołudnie przed sobą. Raz na jakiś czas – w porządku.

Rzut okiem na składy. Arifović na ławie, Skwara na ławie… Za to w jedenastce i to z dziesiątką jest Damian Staniszewski. – Czy to nie ten gość, który w rewanżu barażowym w Janikowie chciał zrobić Panenkę i mu nie wyszło? – spytał kolega z radia. Nie pamiętałem, sprawdziłem.

Tak, to właśnie Staniszewski. Z relacji Gazety autorstwa Marcina Wesołka:

Po remisie 1:1 w pierwszym meczu ”Zieloni” nie byli faworytami rewanżu, ale w 18. min mogli czuć się jedną nogą w II lidze. Wtedy Tomasz Magdziarz wrzucił piłkę z rzutu wolnego, bramkarz Unii Michał Wróbel wybił ją przed siebie, a 17-letni Damian Pawlak wślizgiem wepchnął ją do siatki. Było wówczas 2:0, bo już w 5. min Wróbla pokonał Tomasz Lewandowski.

Zdaniem trenera Unii Andrzeja Wiśniewskiego, kluczowe dla losów meczu było jednak wydarzenie z 8. min. Sędzia podyktował wówczas rzut karny dla Unii. Do piłki podszedł Damian Staniszewski. Strzelił leciutko, w stylu Antonina Panenki. Bramkarz Łukasz Radliński złapał piłkę. – Szedłem w ciemno. Chłopak chciał się zabawić, ale jest zbyt słabym piłkarzem, by mógł sobie na to pozwolić – komentował po meczu Radliński. Więcej pomyj na Staniszewskiego wylał trener Wiśniewski. – Ten nieodpowiedzialny człowiek zlekceważył klub, kolegów, kibiców. Nie był wyznaczony do strzelenia karnego. Nie wiem, jak to się stało, że koledzy pozwolili podejść mu do piłki – grzmiał po meczu.

Pięć minut po zmarnowaniu karnego Staniszewskiego nie było już na boisku – Nie mogę sobie pozwolić na to, by dalej grał facecik zachowujący się jak chłopiec na podwórku, który założył się z kolegami o butelkę coca-coli. Nie mogłem już na tego pajaca patrzeć. Musiałem go zdjąć – perorował trener Unii. Sam Staniszewski w przerwie meczu spakował się i wyjechał z Janikowa.

A skoro już jesteśmy przy tamtych barażach i przy trenerze Wiśniewskim, cofnijmy się do pierwszego meczu.

W barwach Unii grał też wtedy Tomasz Bekas, teraz prawdziwy lider środka pola Warty.

Jednak w sobotę on i pozostali warciarze grali słabiutko. Najlepszy na placu był chyba wyżej wspominany Staniszewski. Czarnoskórzy piłkarze ze Świnoujścia, Charles Nwaogu Uchenna i Ferdinand Chi Fon, nie błyszczeli. Spodziewałem się po nich więcej. CNU (nr 9) grał skrajnie chaotycznie, a FCN (nr 11), podobnie jak uwieczniony na tym samym zdjęciu Abraham Loliga, był po prostu niewidoczny. Szkoda.

Pierwszego gola goście strzelili sobie sami, a zrobił to konkretnie Dawid Kubowicz (do zobaczenia tutaj, od 1:25). Potem ten sam Kubowicz mógł wyrównać – kiwnął już nawet Radlińskiego, a piłka po strzale ugrzązła w siatce, ale była to tylko boczna siatka.

Początek drugiej połowy to dość, hm, dziwne ataki Floty (słupek Staniszewskiego z ostrego kąta) i skuteczna kontra Warty. Magdziarz minął Kazimierczaka (który to zimą mógł przejść do Poznania), ten go sfaulował, a po chwili przed oczami zrobiło mu się czerwono. Znaczy sędzia podziękował mu za grę, szloch nie pomógł.

Po drugim golu i czerwonej kartce, każdy z piłkarzy Floty był jakiś oklapły, więc impreza do końca siadła.

Strach pomyśleć, jak świnoujścianie zaprezentują się w środę. Po tym jak w poniedziałek wyruszą ze swojego miasta na środowy mecz w… Stalowej Woli ze Stalą.

B.

Jesteś nudny jak Śląsk Wrocław

Jaka jest najnudniejsza drużyna ostatniego pół roku? Nie, proszę nie łączyć tej zagadki ze Stefanem Majewskim. Nie, z Jackiem Zielińskim również nie. Otóż najnudniejszą drużyną ostatniego pół roku jest Śląsk Wrocław. Tak, ten Śląsk Wrocław, który w zeszłym sezonie jawił się jako nowa siła w polskiej piłce. Tak, ten Śląsk Wrocław, który dostarczał do reprezentacji czterech zawodników (Celeban, Mila, J. Garncarczyk, Pawelec) a w niedługim czasie miał przywrócić jej jeszcze jednego (Mila). Tak, ten Śląsk Wrocław, którego trener widział siebie jako głównego pretendenta do schedy po Beenhakerze. Tak, właśnie ten Śląsk Wrocław gra obecnie futbol tak nudny, że aż oczy łzawią.

Oto bowiem Śląsk ostatni raz wygrał 12 grudnia (17. kolejka) z Polonią Warszawa (1-0 po bramce w ostatniej minucie Łukasiewcza). Od tego czasu zespół z Oporowskiej zanotował trzy porażki i pięć remisów. Nie byłoby to może tak gruntownie fatalne, gdyby nie fakt, że w tych ośmiu meczach zdobył sześć goli (ostatniego w marcu). Jedenaście meczów dzieli natomiast doczesność od momentu, kiedy do bramki przeciwnika trafił któryś z wrocławskich napastników „napastników” (Sotirovic w meczu z Odrą). Późniejsze zdobycze to dzieła obrońców (Celeban 2, Łukasiewicz) i pomocników (Mila 2, Dudek). W konsekwencji gorzej od Śląska strzelają tylko cztery zespoły w lidze (Arka, Polonia, Odra, Cracovia).

Jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało, to moim zdaniem Śląsk wrócił na swoje miejsce – ligowego średniaka ciułającego punkty u siebie i modlącego się o remis na wyjazdach (choć z drugiej strony – wróć – ostatnie cztery mecze w mieście nad Odrą to raptem dwa punkty). Jeśli się spojrzy na kadrę wrocławian, to nawet pobieżny ogląd powie nam, że nie ma w niej żadnych indywidualności. Mila obecnie jest średni, Łukasiewicz sprawia wrażenie jakby zapomniał jak się gra w piłkę a Madej snuje się po boisku zastanawiając się co zrobił z medalem za PP z Lechem Poznań. Śląsk ma zespół szaraczków, zawodników pokroju Ulatowskiego, Sztylki czy Wołczka – solidnych, ale już bez szans na wynalezienie piłkarskiego prochu.

Osobną kwestią są napastnicy. A w zasadzie ich brak. O swojej antypatii do talentu Piotra Ćwielonga wspominałem już wielokrotnie. Jedyne co go kryje, to fakt, że trudno pozycję, na której gra określić jednoznacznie jako atak. Ale ofensywa, przyjmijmy, że to ofensywa, więc rozliczać go można. Tomasz Szewczuk to historia z innej paczki ciastek. Atakujący, który nie strzelił bramki od 19 meczów, to trochę tak jak piekarz nie piekący chleba. Przyznam szczerze, że od czasu jak przełamał się Tadas Labukas, to robię małe „Szewczuk Watch” w oczekiwaniu kiedy wysoki „snajper” przerwie swoją niemoc. Vuk Sotirovic nieraz już ratował tyłek Śląskowi, ale co zabawne robił to, gdy wchodził z ławki. Gdy tylko wychodzi w pierwszym składzie, to jakby ogarniał go mentalno-ruchowy paraliż. Osobę Przemysława Łudzińskiego zbędę milczeniem, bo cały czas nie mogę się nadziwić, że gość, który w II lidze trafiał pasjami, nagle stał się takim strzeleckim impotentem.

Nie bez znaczenia jest również absencja braci Garncarczyków. Sprzedaż Janusza Garncarczyka, zawodnika, który był ofensywnym kołem zamachowym zespołu spowodowało, że praktycznie obumarło jedno skrzydło Śląskiego zespołu. Warto w tym momencie pamiętać, że Janusz mógł spokojnie grać w tej rundzie we Wrocławiu, ale treneiro postanowił pokazać, że ma gest. Marek Garncarczyk natomiast wciąż nie może dojść do pełni sił po kontuzji, którą złapał jeszcze we wrześniu. Nie ma chłopak szczęścia, połowę zeszłego sezonu również się leczył.

Ekipa Tarasiewicza ma teraz przed sobą trudne mecze – wyjazdy do Lubina, Gliwic i Wodzisławia oraz domowe przyjęcie Kolejorza. Jeśli wrocławianie nie chcą do ostatniej kolejki liczyć oczek, to powinni wyregulować sobie wreszcie celowniki. Może rozwiązaniem byłoby odważniejsze postawienie na młodzież? W ME kilka razy już błysnął młody Dariusz Góral – może wobec strzeleckiej niemocy warto dać mu kilka szans? Dobrego trenera poznaje się w trudnych momentach – Rysiu, pokaż co potrafisz.

P.

18 kwietnia 2007, 18 kwietnia 2010 i… Euro 2008 na Śląsku

– Wstawaj, musisz lecieć z Kaczyńskim do Cardiff – te zabawne słowa, mające złagodzić trudy poranka, obudziły mnie w dniu przyznania Polsce i Ukrainie EURO 2012. Pamiętam, że to była środa, że jakimś cudem wykład skończył się wcześniej, że ledwo zdążyliśmy na poznański Plac Wolności. Ledwo, bo choć ogłoszenie miało nastąpić o 11.45, Michael Platini niezdarnie rozdzierał kopertę kilka minut wcześniej, chyba o 11.37 albo 11.38. Tak jak o ułamki sekund dźwięk z odbiorników radiowych wydobywa się przed głosem z telewizora, tak i telebim na placu był o setne sekundy opóźniony. I choć może trudno w to uwierzyć, moje trąbki Eustachiusza wyłapały okrzyk radości z pobliskich kamienic, nim usłyszałem Poloń Ukrain! Zresztą, co to za różnica.

Ta radość była tak niewyobrażalna i tak – mimo wszystko – niespodziewana, że aż trudno było w to uwierzyć. I choć z wielką satysfakcją zwindykowałem piwo wygrane w zakładzie z jednym Niewiernym Tomaszem, to zaskoczenie było jednak potężne.

Nie żyję zbyt długo, ale chyba nie przesadzę pisząc, że takiej euforii Polska nie widziała od 16 października 1978 roku. Wróć. Wtedy radość i zaskoczenie były na pewno jeszcze większe, ale nie można było jej tak jawnie manifestować. 18 kwietnia 2007, dzień radości całej Polski.

* * *

– Była katastrofa samolotu – te słowa obudziły mnie tydzień temu, 10 kwietnia. Potem było wielkie niedowierzanie, wielki żal i wielki smutek. I żałoba, którą w tym wymiarze formalnym zakończył dzisiejszy pogrzeb pary prezydenckiej. 18 kwietnia 2010, dzień smutku całej Polski.

* * *

Przy okazji dzisiejszej rocznicy przyznania mistrzostw, przypomniała mi się pierwsza inicjatywa, która miała dać naszemu krajowi EURO. Dziś pamięta o niej raczej garstka ludzi, bo i po przedstawieniu pomysłu na konferencji prasowej, konkretnych działań chyba nie stwierdzono. Pamiętają o tym pewnie na Śląsku, bo to właśnie miały być śląskie mistrzostwa. Na pewno pamięta red. Paweł Czado, bo to do jego tekstu w Gazecie się dogrzebałem. Tekstu z Piłki Nożnej (Plus?) nie znalazłem, choć dam sobie to i owo obciąć, że ukazał się w niej artykuł na całą stronę z mapką przyszłych miast-gospodarzy i może nawet logotypem imprezy. No a w Gazecie stało tak:

Stadiony zamiast kopalń
Paweł Czado, Katowice
Gazeta Wyborcza nr 34, wydanie z dnia 10/02/1998 SPORT, str. 24
PIŁKA NOŻNA. Piłkarskie mistrzostwa Europy na Śląsku?

Chciałbym, żeby mistrzostwa Europy w piłce nożnej w 2008 roku odbyły się u nas. To pomysł na restrukturyzację Śląska – powiedział wczoraj „Gazecie” wojewoda katowicki Marek Kempski.

Rozmowy na ten temat między wojewodą Kempskim a szefem UKFiT Jackiem Dębskim trwały od kilka tygodni. Ministrowi sportu pomysł bardzo się spodobał. Wczoraj w Katowicach obaj panowie zorganizowali konferencję prasową w tej sprawie.

– Jestem po rozmowie z prezesem PZPN Marianem Dziurowiczem. On także zdaje sobie sprawę z szansy, jaką organizacja takiej imprezy stanowiłaby dla polskiej piłki – stwierdził Dębski.

Zdaniem Kempskiego turniej powinien odbyć się na południu Polski. Głównie na Śląsku, choć część meczów zobaczyliby też kibice w Krakowie, Łodzi, Wrocławiu czy Warszawie. Dlaczego właśnie Śląsk miałby być centrum Euro 2008? – Organizacja mistrzostw pomoże w bezbolesny sposób zrestrukturyzować nasz region. Część ludzi, którzy przestaną pracować w przemyśle, może zostać zatrudniona przy inwestycjach podejmowanych w związku z turniejem – uważa wojewoda.

– Rzeczywiście, zanim odbędą się mistrzostwa, trzeba będzie zmodernizować prawie wszystko. W naszym regionie brakuje nowoczesnych stadionów, lotnisk, dróg i bazy hotelowej – przyznaje Kempski. – Ale właśnie organizacja mistrzostw byłaby impulsem do podjęcia lub przyspieszenia wielu inwestycji.

Zdaniem wojewody katowickiego trzeba przede wszystkim powiększyć lotniska w Pyrzowicach i Balicach oraz przyspieszyć budowę autostrad A1 i A4. Rozbudowy wymagałyby też stadiony Górnika Zabrze, Ruchu Chorzów, GKS Katowice i Odry Wodzisław. Równocześnie trwałaby modernizacja Stadionu Śląskiego, który w zamyśle Kempskiego byłby główną areną mistrzostw. – Organizacyjnym „przetarciem” przed mistrzostwami mogłoby być zorganizowanie na Stadionie Śląskim finału Pucharu Zdobywców Pucharów albo nawet finału Ligi Mistrzów – uważa minister Dębski. Podkreśla, że zorganizowanie futbolowych ME będzie wymagać o wiele mniejszych nakładów niż przygotowania do olimpiady.

(…) Minister Dębski podkreślił, że już trzeba myśleć o rozpoczęciu przygotowań. Przecież Niemcy, które ubiegają się o organizację mistrzostw świata w 2006 roku, rozpoczęły przygotowania do imprezy dwa lata temu. – Nadszedł czas na szczegółowe rozmowy z gminami, wojewodami, PZPN oraz Ministerstwem Finansów. Zdajemy sobie sprawę z ogromu zadań. Organizacja takiego turnieju to jednak duża szansa dla naszego kraju – stwierdził minister.

Smak wielkiej piłki / BIZNES I SPORT. Mistrzostwa Europy 2008 na Śląsku?
GW Katowice nr 36, wydanie z dnia 12/02/1998 , str. 4

Idea na pewno zbożna, ale nie zastąpi restrukturyzacji górnictwa – tak skomentował wczoraj wicepremier Leszek Balcerowicz koncepcję zorganizowania na Śląsku za dziesięć lat mistrzostw Europy w piłce nożnej. (…)

Na koniec, wygrzebany przy okazji poszukiwań tekstu w PN, komentarz rysunkowy genialnego Roberta Mirowskiego. Jego ”Z teki” zasługują na osoby hołd, który mam nadzieję, niedługo się w tym miejscu pojawi.

B.

MLS to nie jest liga dla starych ludzi (z zagranicy)

Czasy, w których piłkarscy emeryci wyjeżdżali do Stanów Zjednoczonych dorobić trochę do sportowych emerytur chyba już bezpowrotnie odeszły. Dziś w modzie są raczej tryskające petrodolarami przyczółki szejków oraz kraje Dalekiego Wschodu. Nie trzeba szczególnie się przemęczać, a wszyscy i tak ciebie czczą jak boga na Olimpie. No dobrze, ale co z MLS? A MLS sobie radzi. Właśnie rozpoczął się w niej kolejny sezon. Mamy w nim nawet swoich reprezentantów, ponieważ w krajowych rozgrywkach debiutuje zespół Philadelphia Union, którego trenerem jest Piotr Nowak a Krzysztof Król, który nie mieścił się w składzie Jagiellonii Białystok, przeniósł się do Chicago Fire i ponoć jest tam chwalony. Poza tym występuje w niej sporo reprezentantów USA, śmiem nawet zaryzykować tezę, że reprezentacja oparta wyłącznie na ligowym potencjale też dobrze by sobie radziła. Mnie natomiast zainteresowało coś zupełnie innego. Zaintrygowało mnie na ile soccerowy show jest  jeszcze atrakcyjny dla (w miarę) uznanych zagranicznych graczy. I okazało się, że… zbyt atrakcyjny nie jest.

Oczywiście w MLS gra wielu reprezentantów różnych krajów. Jest sporo towarzystwa z Hondurasu, Jamajki, Kostaryki, Salwadoru i innych okolicznych wysp-wysepek/państw-państewek. Silny zastęp tworzą przedstawiciele Trynidadu i Tobago. W Los Angeles Galaxy występuje Chris Birchall, którego gol wprowadziły ekipę prowadzoną przez Leo Beenhakera do MŚ 2006. Blondwłosy napastnik był pierwszym w historii białoskórym reprezentantem T&T. A miał z tym krajem mniej więcej tyle wspólnego, że jego matka urodziła się w Port of Spain (stolicy T&T). On sam przez całe życie rezydował na Wyspach Brytyjskich, by niedawno przenieść się w okolice Holywood. Natomiast koszulkę San Jose Earthquake przywdziewa Cornell Glen, zapamiętany przeze mnie z racji waleczności prezentowanej na niemieckich boiskach oraz faktu, że oświadczył się swojej żonie… za pośrednictwem telewizji.

Ciekawy status mają przedstawiciele Kanady. Wydawać by się mogło, że gdzie jak nie w lidze sąsiada zawodnicy Kraju Klonowego Liścia mogą podnosić swoje umiejętności. Tym bardziej, że w MLS mają oni swoją drużynę – Toronto FC – a wkrótce będą mieli kolejną (z Vancouver). Tak jednak nie jest. Kanadyjczycy jeśli decydują się już na profesjonalne uprawianie futbolu, to przenoszą się do Europy. W kadrze powołanej na mecz z Polską znalazło się raptem dwóch jej przedstawicieli (de Guzman i Jakovic). Ba, w samej kadrze Toronto FC Kanadyjczyków naliczyłem… czterech. Trzeba jednak oddać, że jeśli któryś z krajanów Bryana Adamsa decyduje się na grę w MLS, to zwykle jest jej gwiazdą. Julien de Guzman, grający jeszcze niedawno w Deportivo La Coruna, stanowi jedną z twarzy całej ligi. Jest drugim po Beckhamie  jej najlepiej zarabiającym zawodnikiem.

Błyszczą również m.in.  Dwayne De Rosario (również Toronto FC) oraz 42-letni (!) bramkarz Pat Onstad (Dynamo Houston).

Co się tyczy innych uznanych nazwisk, to oczywiście absolutnym numerem jeden całego MLS jest David Beckham, ale rozpisywanie się o nim tutaj, to jak pisanie o tym, że U2 to znany zespół muzyczny. Warto więc skupić się na innych.

Znany z angielskich boisk Juan Pablo Angel gra w New York Red Bulls. Kolumbijczyk w przeszłości był królem strzelców ligi argentyńskiej (Apertura w River Plate) oraz reprezentował Aston Villa. W MLS jest prawdziwą gwiazdą, w każdym sezonie strzela po kilkanaście bramek.

 

W jedenastce ligi ostatniego sezonu znalazł się także świetnie znany wszystkim kibicom Boca Juniors Guillermo Barros Schelotto. W światowym futbolu zaistniał przede wszystkim jako  idol kibiców z Buenos Aires, kapitan Żółto-Niebieskich oraz partner z ataku Martina Palermo. Zwykle Schelotto podawał a Palermo strzelał. Obecnie Argentyńczyk broni barw trenowanego przez Roberta Warzychę zespołu Columbus Crew.

Za prawdziwego obieżyświata w tym towarzystwie uchodzi Litwin Edgaras Jankauskas. W Stanach ugania się za piłką w koszulce New England Revolution, ale liczba klubów i krajów jakie przedtem zwiedził jest doprawdy imponująca. Więc w kolejności: Litwa (Żalgris Wilno), Rosja (CSKA i Torpedo Moskwa), Belgia (Club Brugge), Hiszpania (Real Sociedad), Portugalia (Benfica, Porto – z występów w Porto też jest najbardziej znany, Belenenses), Francja (OGC Nice), Szkocja (Hearts), Cypr (AEK Larnaka) i Łotwa (Skonto Ryga). Podczas swoich piłkarskich peregrynacji znalazł chwilkę, aby kunsztownie skarcić defensywę Polonii Warszawa.

Wreszcie przystanek w USA znalazło także dwóch, choć nieco już leciwych, prawdziwych gwiazdorów światowej piłki. Freddy Ljunberg po niemal dziesięciu latach gry w Arsenalu oraz sezonie spędzonym w West Ham United zacumował w ekipie Seattle Sounders FC. Ma teraz przynajmniej więcej czasu na pielęgnowanie swojej strony internetowej.

Natomiast w Colorado Rapids występuje Argentyńczyk Claudio Lopez. Jemu pewnie należałby się cały osobny wpis. Popularny El Piojo w swych najlepszych latach siał postrach w koszulce Valencii. Nie wiem czy istnieje jakiś inny piłkarz, na dźwięk  nazwiska którego zimnym potem oblewali się wszyscy pracownicy FC Barcelona. Claudio Lopez karcił katalończyków regularnie, bezwzględnie i to zwykle seriami. Podczas swojego pobytu na Estadio Mestalla był jednym z lepszych napastników grających w Europie.

Potem przeniósł się do Włoch i przez cztery lata świetnie grał w Lazio (tutaj z kolei pracownicy Szachtara jąkają się na wspomnienie Argentyńczyka). Po zakończeniu kontraktu przeniósł się do Meksyku (America), potem do ojczyzny (Racing Club), skąd trafił wreszcie do USA – najpierw do Kansas City Wizards a potem do Colorado.

I to by było na tyle. Prawda, że niezbyt wielu tych piłkarskich gwiazdorów w MLS? Głównych przyczyn takiego stanu rzeczy upatruję w dwóch czynnikach. Po pierwsze, poziom rywalizacji na przestrzeni ostatniej dekady (nie wspominając nawet o dwudziestoleciu) drastycznie poszedł w górę. Już nie wystarczy być dobrym wyszkolenym techniczne i dodatkowo duży brzuch, żeby w Ameryce błyszczeć. Teraz trzeba tyroć:) Po drugie, i co dość często umyka, MLS nie jest atrakcyjna pod kątem finansowym. Zarobki tam porównywalne są bowiem z… naszą ekstraklasą:)

P.

Katastrofa samolotu z reprezentacją Zambii (1993). Część II: Derby Mankinka

Czekałem z tą częścią wpisu do 11 kwietnia, rocznicy jego debiutu w ekstraklasie. Rzeczywistość tragicznie zaktualizowała okoliczności opublikowania tej notki.

„W tę smutną środę byłam kupić cementowe bloki na budowę naszego nowego domu. Czułam się zmęczona, więc wspólnie z bratem weszliśmy do sklepu, by kupić coś do picia. W radiu właśnie odczytywano wiadomości. Spojrzeliśmy na siebie z bratem. Myśleliśmy, że to kłamstwo, przeinaczenie. Wróciłam do domu, w radiu usłyszałam potwierdzenie. Od tego momentu byłam jakby nieprzytomna” – tak opowiadała Doreen.

Jej mężem był Derby Mankinka.

Urodził się 5 września 1965 roku w rodezyjskim mieście Salisbury, z czasem przemianowanym na Harare, od 1982 r. stolicy Zimbabwe. Dlaczego więc chłopak urodzony w Zimbabwe reprezentował barwy Zambii? Ród Mankinka wywodzi się z plemion Bantu, zamieszkujących głównie środkową Afrykę i swobodnie przemieszczający się po nowo powstałych państwach tego rejonu. Historia Zambii i Zimbabwe ma wspólny mianownik, bowiem do 1911 r. oba kraje były jednym protektoratem brytyjskim o nazwie Rodezja, z czasem rozdzielonym na kolonie – Rodezję Północną (dzisiejszą Zambię) i Rodezję Południową (dzisiejsze Zimbabwe).

Wychowywał się w dość zamożnej – jak na afrykańskie standardy – rodzinie. Jego szkolny nauczyciel wychwycił u niego predyspozycje do futbolu i namówił do wstąpienia w szeregi Darryn Textiles Africa United. W klubie tym swoją karierę zaczynało wielu piłkarzy znanych z polskich boisk, m.in. także grający w Lechu bramkarz Gift Muzadzi oraz Norman Mapeza, Prince Matore, Shingi Kawondera czy Dickson Choto. Mankinka zaczynał od defensywy, głównie występując w roli stopera, dopiero z czasem przesunięto go do linii środkowej, gdzie najlepiej mógł wykorzystać swoje umiejętności. Zachwycał techniką i celnością podań, a przede wszystkim łatwością w prowadzeniu piłki i dobrym strzałem.

W 1989 r. przeniósł się do zambijskiego Profound Warriors ze stołecznej Lusaki. I choć nie zmieniał zbyt często klubów, bo zaliczył ich w swej karierze tylko pięć, to każdy z nich był z innego kraju, a leżały one na trzech różnych kontynentach. W 1991 roku piłkarz grał już w tadżyckim Pamirze Duszanbe, egzotycznym klubie z Tadżykistanu, który występował jednak w silnej ekstraklasie Związku Radzieckiego.

W Pamirze grał wspólnie z kolegami z kadry (Vizdomom Chance i Pearson Mwanza) i stał się jednym z pierwszych ”legalne” zatrudnionych zawodników zagranicznych w lidze ZSRR. Przejście do sowieckiego klubu było możliwe ze względu na ”dobre stosunki” między ZSRR i Zambii.

Mankinka zadebiutował w Pamirze 2 października 1989, a jego zespół przegrał z Torpedo Moskwa aż 0:4 (dwa gole strzelil Władimir Greczniew, potem gracz Śląska Wrocław). Dla zespołu z Duszanbe Derby zagrał jeszcze dwa razy – przeciwko Rotorowi (22 października, 0:1) i z Metalistem (27 października, 0:1).

Mankinka był jednak znany przede wszystkim dzięki występom w narodowej reprezentacji, w której zadebiutował bodaj w 1986 roku i której czołową postacią stał się błyskawicznie. W marcu 1988 roku Zambia miała być gospodarzem Pucharu Narodów Afryki, ale z powodu kłopotów finansowych, kraj zrezygnował z organizacji na rzecz Maroka. Zambijczycy pokazali się jednak światu pół roku później, na igrzyskach w Seulu. Pokazał się i Derby Mankinka. Wszystkie cztery mecze:

z Irakiem 2:2
z Włochami 4:0 (wideo)
z Gwatemalą 4:0 (dwa gole)
z Niemcami 0:4 (wideo)

zagrał w pełnym wymiarze czasowym, z numerem 6. Pierwszoplanową gwiazdą był Kalusha Bwalya, ale Mankinka był tuż za nim, gdzieś w drugim szeregu, czarował w środku pola. Jak tu w meczu z Ghaną na PNA 1992.

O świetnych występach reprezentacji Zambii na Pucharze Narodów Afryki pisałem już w pierwszej notce, więc krótko przypomnę: 1990 rok to trzecie miejsce, 1992 – ćwierćfinał przegrany z późniejszymi triumfatorami z Wybrzeża Kości Słoniowej.

Od lewej: Derby Mankinka, Kalusha Bwalya, Whiteson Changwe

Stoją (od lewej): Efford Chabala, Stone Nyirenda, Derby Mankinka, Charles Musonda, Eston Mulenga, Wisdom Chansa
Klęczą (od lewej):Whiteson Changwe, John Soko, Great Kau, Lucky Msiska, Ashios Melu

Mankinka, jako gracz podstawowej jedenastki Zambii (wszystkie mecze na tych turniejach zagrał po 90 minut), wybrany do drużyny All Stars turnieju w 1992 roku, wzbudził zainteresowanie kilku klubów. Niespodziewanie trafił jednak do Poznania, przede wszystkim przez polskiego menedżera, znanego w całej piłkarskiej Afryce, Wiesława Grabowskiego. Przy transferze działał też Jerzy Kopa. Podpisano krótki, kwartalny kontrakt, z opcją przedłużenia na rok. Wydawało się, że to będzie strzał w dziesiątkę.

Już na sparing Lecha z Górnikiem Konin (9:0), na który po raz pierwszy wybiegł Mankinka, przyszło pięć tysięcy ludzi! Z zaciekawieniem oglądano nie tylko jego występ, ale i dwóch pozostałych cudzoziemców – Ukraińca Igora Kornijca i Amerykanina rodem z Białegostoku – Artura Wywrota. I właśnie Wywrot był najbliższym kolegą Mankinki (być może ze względu na brak bariery językowej) i stał się częstym gościem jego tymczasowego lokum w Poznaniu – hotelu Wielkopolska.

Mankinka debiutował w ekstraklasie 11 kwietnia na Bułgarskiej, w 54. min meczu z Pegrotourem Dębica (3:0). Na boisku pojawił się w miejsce młodziutkiego Jacka Dembińskiego, rozpoczynającego dopiero swoją karierę. W kolejnym spotkaniu (18 IV), tym razem w Mielcu ze Stalą (1:0 dla Lecha), na murawie pojawił się już w 21. min, znów zmieniając Dembińskiego, który uległ wtedy groźnej kontuzji. Potem Mankinka na prawie miesiąc przestał pojawiać się w składzie Lecha i dopiero 10 maja 1992 r. w Krakowie zagrał swoje ostatnie 10 minut dla ”Kolejorza” w meczu z Hutnikiem (2:2). Na boisku widać było przebłyski jego klasy, ale odcięty od podań i nieco osamotniony w boiskowej walce, nie mógł pokazać wszystkiego, na co było go stać.

Był pierwszym Afrykańczykiem występującym w barwach Lecha. Po drugie, wraz z Kornijcem i Wywrotem został pierwszym obcokrajowcem z tytułem mistrza Polski.

W żadnym z tych trzech meczów nie spędził na boisku 90-ciu minut. W sumie zaliczył w barwach Lecha zaledwie 115 minut. Czemu? Część odpowiedzi na pytanie, czemu tak świetnemu piłkarzowi nie ułożyło się w Poznaniu, znalazłem na jednym z forów, gdzie mino pisze:

Świetnie pamiętam materiał na jego temat wyemitowany w ówczesnym dzienniku TVP. Jego przyjście do polskiego klubu było dość dużym wydarzeniem. Pierwsze ujęcie – trening Lecha, cała drużyna po jednej stronie trenuje, Mankinka samotnie pod drugą bramką kopie piłkę bez sensu. Pytanie do trenera Lecha, późniejszego trenera kadry, Henryka Apostela – dlaczego Mankinka nie gra w pierwszym składzie. Apostel, w wiejskim kaszkiecie, wyraźnie zniesmaczony: ”a tak rzeczywiście jest taki, widuję go jak przychodzi na treningi, ja go nie chciałem, dopóki ja trenuję Lecha u mnie taki piłkarz grać nie będzie…”.

– Jest tu paskudnie zimno. W Zambii czołowi gracze zarabiają dziesięć razy mniej niż w Polsce – opowiadał Mankinka. – Jeżeli miałbym siedzieć na ławce, to natychmiast wracam do Zambii – zadeklarował.

Wyjechał jednak zarabiać do Arabii Saudyjskiej, do klubu Al-Ittifaq z Dammam (tak, tego samego Dammam).

Wciąż był czołową postacią reprezentacji Zambii. Zagrał w niej ostatni mecz Tamtego Zespołu, 25 kwietnia 1993 roku i wygrał na Mauritiusie 3:0.

Z Mauritiusu Zambijczycy lecieli na pierwszy mecz drugiej fazy eliminacji MŚ 1994 do Senegalu. To była noc z 27 na 28 kwietnia 1993 roku.

Podróż samolotem lotnictwa wojskowego typu Buffalo CT 15 wymagała dwóch tankowań. Już na pierwszym przystanku w Kongo odnotowano problemy z silnikiem. Mimo to, lot kontynuowano i kilka minut po starcie z drugiego międzylądowania w Libreville, w Gabonie, jeden z silników zapalił się. Pilot, który był zmęczony po wcześniejszym locie tego samego dnia, zauważył awarię, ale wyłączył nie ten silnik, który się zapalił. Wskutek tego samolot podczas wznoszenia się z lotniska Libreville stracił moc i o godzinie 23.44 miejscowego czasu, maszyna runęła w fale Atlantyku u wybrzeży Gabonu. Zginęła niemal cała kadra i sztab reprezentacji Zambii, razem z załogą – 30 osób.

Miejsce pamięci zmarłych w katastrofie, obok stadionu narodowego w Lusace

– Jak miałabym teraz oglądać piłkę nożną – mówi Doreen Mankinka. – Oglądałam mecze, bo grał mój mąż. Oglądałam jego grę, jego. A kogo teraz mam oglądać? Dla mnie, piłka nożna umarła w tamtym samolocie.

B.

Jak Andrzej Grajewski chciał w Lechu Wojciecha Kowalczyka

Notka miała wlecieć przed kolejnym wielkim meczem w Wielką Sobotę, ale w sumie z (nie)aktualności nic nie straciła.

Wyobraźmy sobie, że Piotr Reiss, choćby po nieudanym pobycie na rowerze w Greuther Furth, wraca do Polski. Ok, tego wyobrażać sobie nie trzeba, bo tak faktycznie było. Teraz jednak spróbujmy wyobrazić sobie, że Reiss jadąc baną mija stację Poznań Główny i wysiada dopiero na Warszawie Centralnej. By stamtąd ruszyć na ul. Łazienkowską – na stadion Legii.

Łatwiej chyba zobaczyć oczami duszy polską reprezentację, która umie wykonywać rzuty rożne, niż powyższy schemat. Bo wówczas, na przełomie wieków (gdy kluby wojskowe nie miały już takich przywilejów) przenosiny tak wielkiego symbolu Lecha do Warszawy czy na odwrót – przeprowadzka legionisty z krwi i kości do Poznania, wydawała się nie do pomyślenia. A jednak, w sierpniu 1999 roku, przejście Wojciecha Kowalczyka do Lecha, było całkiem możliwe. Wszystko przez dowcipnisia Andrzeja Grajewskiego.

A było to tak. Po dwóch sezonach spędzonych na wypożyczeniu w UD Las Palmas, Kowalczyk miał wrócić do Betisu Sewilla, którego był zawodnikiem. Betis jednak – jak pisze piłkarz w swojej książce – zalegał z wypłatami. I do czasu uregulowania stanu konta, Kowalczyk do Sewilli się nie wybierał. Wybrał się za to na rozmowy z Leche w Poznaniu, przynajmniej jak twierdzi ”Gazeta” z Poznania, z 24 sierpnia 1999 roku:

Wojciech Kowalczyk, piłkarz reprezentacji Polski i napastnik hiszpańskiego Betisu Sewilla ma pojawić się dzisiaj na treningu Lecha Poznań. Wraz z Kameruńczykiem Embolą będzie starał się przypodobać trenerowi Adamowi Topolskiemu – obydwaj ci piłkarze mają grać w ”Kolejorzu”.

(…) jego forma jest wielką niewiadomą. Gracz ten niegdyś występował w podstawowym składzie Betisu, od dłuższego czasu jednak nie grał. Był nawet wypożyczony do drugoligowego UD Las Palmas. Krążą plotki o jego pokaźnej nadwadze – kibice będą mogli się o tym przekonać być może już dzisiaj. Kowalczyk jest bowiem spodziewany na treningu Lecha.

Słaba forma byłego legionisty nie jest jedyną przeszkodą na jego drodze do Lecha. Drugą jest właśnie przeszłość Kowalczyka. Kibice w Poznaniu nie mogą mu darować jego miłości do nielubianej tu Legii, ostentacyjnie deklarowanej przed wyjazdem do Hiszpanii. Przede wszystkim mają mu jednak za złe obraźliwe gesty, jakie Kowalczyk wykonywał pod adresem poznańskich kibiców w 1993 r., gdy strzelił Lechowi gola na Bułgarskiej. Wcześniej sam był obrażany przez szalikowców ”Kolejorza”.

Gdy odwiedziliśmy wczoraj stadion Lecha, zgromadzeni tam szalikowcy zapowiedzieli, że nigdy nie zaakceptują Kowalczyka w składzie Lecha i nie chcą go tu widzieć. – Niech się wynosi do Legii! – powiedział jeden z nich.

Tymczasem, jak ustaliliśmy, Kowalczyk podczas swych poprzednich odwiedzin w Poznaniu, a miały one miejsce w czwartek, zażądał od działaczy Lecha zorganizowania spotkania z kibicami „Kolejorza”. Chce się na nim dogadać z szalikowcami i wyjaśnić wszelkie żale. Do takiego spotkania ma dojść dzisiaj.

Pozostaje wreszcie trzecia przeszkoda – cena. Betis Sewilla kupił Kowalczyka z Legii za 1,7 mln dolarów. Dwa lata temu, gdy piłkarz stracił miejsce w podstawowym składzie Betisu, ten chciał go oddać Legii właśnie za taką kwotę. Teraz odsprzedaż Kowalczyka Lechowi nawet za pół miliona dolarów nie wchodzi w rachubę. Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, Lech nie zapłaci więcej niż 100-200 tys. Pytanie, czy Betis zadowoli się taką sumą?

Gazeta” z 25 sierpnia poddawała już transfer pod sporą wątpliwość:

Wojciech Kowalczyk nie trenował wczoraj z drużyną Lecha Poznań.

Transfer Kowalczyka do Lecha miał sfinansować Jakub Andrzej Grajewski, biznesmen z Hanoweru, który rok temu był prezesem Lecha. W czwartek przyjedzie do Poznania na rewanżowy mecz rundy kwalifikacyjnej Pucharu UEFA pomiędzy Lechem a łotewskim Metalurgsem Lipawa. – Z pewnością po meczu dojdzie do rozmów zarządu Lecha z panem Grajewskim. Wyjaśnimy wszystkie wątpliwości dotyczące transferu Kowalczyka do Lecha – powiedział nam wczoraj Stanisław Butka, wiceprezes Lecha.

Przypomnijmy, że Kowalczyk ma ważny kontrakt z klubem hiszpańskiej ekstraklasy – Betisem Sewilla. Umowa będzie obowiązywać aż do 2004 r. Lech zatem musi kontaktować się także z przedstawicielami hiszpańskiego zespołu, a nie tylko z Grajewskim. Dotychczasowa wymiana zdań pomiędzy klubami ograniczyła się do przesłania dwóch faksów. – Potwierdzam, że do tej pory nie rozmawialiśmy z Hiszpanami, a wysyłaliśmy tylko faksy – mówi Butka.

Tymczasem Kowalczyk ma propozycje z innych zespołów. Jak podała jedna z rozgłośni radiowych najprawdopodobniej przejdzie on do jednego z klubów tureckich.

W Polsce, oprócz Lecha, piłkarz prowadził rozmowy z trzema innymi klubami – Legią Warszawa, Wisłą Kraków i Widzewem Łódź. Podpisanie umowy z Lechem wydaje się zatem mało prawdopodobne. Szczególnie, że większość członków zarządu Lecha jest temu przeciwna. Działacze Lecha twierdzą, że media zbyt mocno nagłośniły sprawę przejścia Kowalczyka do Lecha. Poza tym przeciwni temu są także sami kibice, którzy pamiętają jak kilka lat temu Kowalczyk pokazywał im lekceważące gesty.

26 sierpnia:

Sprawę Wojciecha Kowalczyka załatwimy po meczu z Metalurgsem Lipawa – mówi wiceprezes Lecha Stanisław Butka. – Wtedy przyjedzie do Poznania Andrzej Grajewski.

Były prezes Lecha ma kupić Kowalczyka z Betisu Sewilla za nie więcej niż 400 tys. dolarów.

I koniec sprawy, ”Gazeta” z 4 września:

Definitywnie upadł temat przejścia do Lecha Wojciecha Kowalczyka. – Upadł, gdy dostaliśmy z Betisu Sewilla faks z ceną za tego piłkarza – mówi Butka. – Uznaliśmy, że to nie ma sensu.

Nie znalazłem ani jednej wypowiedzi Kowalczyka na temat przejścia do Lecha (ktoś coś podsunie?), o sprawie nie ma też ani słowa w jego książce. Fakty są takie, że od lata 1999 roku, do zimy 2001 roku, piłkarz pozostawał bez klubu. A potem? Potem założył dres z eLką. W polskiej ekstraklasie Kowalczyk tylko z nią się prowadzał.

B.

Trzydzieści zagranicznych CV w Grodzisku

Jakoś już wziąłem na tapetę ten śp. Groclin, to dokończę dzieła. Bowiem oprócz wielu zdolnych i niezdolnych Polaków w ekipie z Grodziska występowała też trzydziestka obcokrajowców. W zasadzie trzydziestka plus jeden, bo Batata obecnie legitymuje się wyłącznie naszym paszportem. Tak więc kilku zawodników spoza naszych granic przez wielkopolskie miasteczko się przewinęło. I jak to zwykle bywa – jedni zaprezentowali się godnie a inni nieszczególnie.

O sporej części z nich pisać nie trzeba, bowiem ich obecny status jest powszechnie znany. Największą chyba karierą robi Ivica Kriżanac, który z Grodziska trafił do Zenitu Sankt Petersburg a z niego do reprezentacji Chorwacji. Paru zawodników w naturalny sposób zamieniło biało-zieloną koszulkę Groclinu na Czarną Koszulę Polonii (Mynar, Ivanovski) a jeszcze kilku podmieniło ją na trykot innego klubu polskiej ekstraklasy – Sedlacek, Lacic, Kumbev i Chinyama.

Szczególnie z obecnością w Grodzisku tego ostatniego wiąże się ciekawa historia. Po rundzie wiosennej sezonu 2006/2007, w której to Czini ukąsił trzykrotnie (w 11 meczach) i pokazał, że ma dryg do strzelania goli, władze klubu niezwłocznie postanowiły podpisać z nim długofalowy kontrakt. Badania jednak wykazały, że piłkarz ma problemy z sercem, przestał się on pojawiać w klubie, w końcu okazało się, że… podpisał umowę z Legią:)

Spora rzesza zawodników także kontynuuje karierę nad Wisła, ale już w niższych ligach. Najciekawszym przypadkiem jest chyba pierwszy w historii Groclinu obcokrajowiec – urodzony w Kazachstanie Ukrainiec Aleksij Tereszczenko. Do dziś bryka on po boiskach poznańskiej okręgówki w koszulce Promienia Opalenica. Jest to o tyle ciekawe, że Tereszczenko liczy sobie obecnie… 47 lat! Jednocześnie pełni on funkcję szefa skautingu w przyklubowej Akademii Piłkarskiej Remes. Ukrainiec przybył do Polski już w 1991 roku i zadomowił się w Stali Mielec (trzy sezony). Potem przeniósł się na rok do Olimpii Poznań, zrobił wypad do Czech, by trafić do Dyskobolii. Tam grał dwa lata, z czego rok w ekstraklasie (18 meczów). Po tym czasie wrócił na pół roku na Ukrainę (Krystał Cherson), ale ciągnęło go do Polski i koniec końców tutaj się osiedlił.

W Opalenicy do niedawna grał też Dmytro Koszakow. Ukrainiec był takim grodziskim Schillacim – wchodził na kilka minut, strzelał bramkę i kolejny mecz zaczynał znowu z ławki. Z Amiki do Dyskobolii przeniósł się na początku 2000 roku a opuścił ją niemal równo trzy lata później. Przez ten czas uzbierał 28 meczów i 6 goli. W jego przypadku statystyki są jednak wyjątkowo mylące ponieważ w sumie na ten dorobek uzbierało się raptem 700 minut biegania po boisku. Czyli niecałe osiem pełnych meczów. Z czasem Dymo nie łapał się już do składu i na początku 2003 roku przeniósł się do Promienia Opalenica. Tam występował ponad sześć lat. Obecnie zakłada koszulkę Polonii Środa Wielkopolska.

Polskę bardzo polubił również Nigeryjczyk Philip Umukoro. Po jednym sezonie spędzonym w Grodzisku (11 meczów w 2000/2001) i jednym w GKS Katowice (11 meczów) kursował między zespołami niższych klas rozgrywkowych (w sumie grał u nas w jeszcze siedmiu innych teamach; obecnie jest to Pogoń Lwówek) a ekipami z Cypru. Furory u nas nie zrobił, ale filmów z jego popisami na youtubie jest więcej niż o Koseckim (np. taki, taki, taki, taki, taki). Niezaprzeczalnie ma on jedną wspólną cechę z Maradoną.

Jak już wspomniałem na początku, do tego grona w zasadzie nie powinien być zaliczany Sergio Batata (sezon 2007/2008; 5 meczów).

W listopadzie 2006 roku zrezygnował on bowiem z brazylijskiego paszportu i przyjął obywatelstwo polskie. Do Polski sprowadził go na początku 1997 roku Antoni Ptak. Od tego czasu Batata, z dwoma krótkimi przerwami na wypady do Niemiec i Brazylii, występował na polskich boiskach. W Grodzisku (sezon 2007/2008) nie poszło mu zupełnie. Prezentował się na tyle kiepsko, że trener w zasadzie bał się go wystawiać. W konsekwencji popularny Ziemniak grał głównie w Młodej Ekstraklasie. Teraz działa w Zawiszy Bydgoszcz.

Mała grupka eks-groclinowców zakończyła kariery w Polsce i tutaj też się osiedliła. Gwinejczyk Daouda Camara po zaliczeniu 22 meczów w Grodzisku (lata 1999-2002) oraz zwiedzeniu dziewięciu innych polskich klubów (od Rzeszowa po Police, w tym ekstraklasowa Amica) osiedlił się nad Wisłą. Natomiast Julcimar, po tym jak jesienią 1999 roku rozegrał dla Dyskobolii trzy mecze, długo grał jeszcze w Pogonii Szczecin, ale po tym jak zawiesił buty na kołku postanowił wrócić do Kraju Kawy.

Zresztą zdecydowana większość zawodników wróciła do swoich ojczyzn (co też może być wyznacznikiem ich poziomu). Najszybciej bilet do domu zrealizował Gruzin Soso Czebija (lub też Czedia). To prawdopodobnie cudzoziemiec, który najgorzej zaprezentował się w Grodzisku. Mimo że w CV miał mistrzostwo Gruzji (1990) oraz występy w Szwecji, Rosji i na Cyprze, to prezentował poziom ekstraklasy słoni (czyli cechował się nadwagą i powolnością). Po 35 minutach (jesień 1997) na polskiej murawie odesłano go precz. Po zaledwie roku gry do Gruzji wrócił także inny obywatel tego kraju – Vladimer Gabedawa. W Grodzisku dał się poznać jako waleczny napastnik, który wpuszczany na końcówki spotkań zawsze robił dużo dobrego wiatru (9 meczów i 1 gol w sezonie 97/98). Inna sprawa, że w kibice kojarzą go również z jednej z najgłupszych czerwonych kartek w historii ligi. Gruzin otrzymał ją bowiem za… utrudnianie wyrzutu piłki z autu przez przeciwnika:) Skoro jednak Gabedawa tak dobrze grał to dlaczego odszedł z Grodziska? Otóż piłkarz podczas gry (a w zasadzie „gry”) w Polsce złapał… chorobę weneryczną!:) W związku z tym postanowił wrócić do domu, aby się leczyć. A że miał podpisany z Dyskobolią transfer definitywny, to menedżer zawodnika zaproponował w zamian za niego do wyboru jednego z pięciu innych piłkarzy klubu Odiszi Zugdidi, z którego pochodził Gabedawa. Żaden jednak nie przypadł do gustu trenerowi Białkowi. Innym futbolistom, który pomimo dobrych występów wrócił do ojczyzny jest Ghanijczyk Odartey Lamptey.

Do Dyskobolii trafił on w 2001 roku i z miejsca stał się ulubieńcem kibiców. Choć mało się ruszał to miał instynkt strzelecki, dzięki strzelał całkiem sporo bramek (24 mecze i 8 goli). W dziejach klubu zapisał się też dlatego, że zdobył gola nr 100 w historii występów Groclinu w ekstraklasie. Stawiał na niego Edward Lorens i prezes Drzymała postanowił go wykupić z jego macierzystego klubu FC Stay Cool Professional. W międzyczasie jednak Lorensa zluzował Bobo Kaczmarek, który zarzucał Lampteyowi, że ten nie przykłada się do treningów. Jeden z jego występów określił nawet jako „statystyka i wypoczynek”. W konsekwencji Drzymała z transferu zrezygnował i Ghanijczyk wrócił do ojczyzny. Temat jego gry w Polsce pojawił się jeszcze na chwilę w 2005 roku. Miał on wtedy stać się remedium na kontuzje napastników poznańskiego Lecha. Transferu jednak nie zrealizowano.

Andrej Porazik po wielkopolskiej przygodzie (23 mecze i 3 gole) reprezentował barwy słowackiej Żiliny i Dubnicy. Za naszą południową granicę skierował się również Miroslav Drobnak (o obu Słowakach więcej już było tutaj)

– po spędzeniu wiosny 2004 roku w Wielkopolsce (świetny bilans 5 meczów i 2 goli) spakował walizki i wsiadł do pociągu zmierzającego za naszą południową granicę (a tam grał jeszcze w Tatranie Presov i MFK Koszyce). Co ciekawe przed przybyciem do Polski świetnie prezentował się on w barwach Interu Bratysława (mistrzostwo Słowacji 2001, 83 mecze i 20 goli) i w sumie nie wiadomo czemu nie zabawił dłużej w Polsce. W te same okolice (Bratysława, Trnava, Trebisov i ostatnio Michalovce) trafił również Dusan Sninsky (25 meczów i 1 gol) – trzykrotny mistrz Słowacji z Żiliną, który w wielkopolskim klubie był średni jak krajowe sit-comy.

Reprezentant Azerbejdżanu Sasa Yunisoglu (8-0) przeniósł się do FK Baku, z którym zdobył nawet mistrzostwo 2009. W trzeciej lidze czeskiej, obecnie w Fotbal Fulnek a przedtem w FC Hlucin, gra rosły stoper Radim Sablik (36-3 a do tego wcześniejsze bardzo solidne występy dla Odry Wodzisław). Kurs na ojczyznę wziął także były reprezentant jugosławiańskiej młodzieżówki Mico Vranjes. Po dwóch bardzo przyzwoitych sezonach w Grodzisku (30-5 + PP) zrobił sobie gap year by później występować w barwach serbskiego OFK Mladenovac. Zakończył karierę w 2007 roku, szczycąc się także występami w Bułgarii, Rosji i na Węgrzech. Dość nieoczekiwanie stosunkowo dobrą markę po powrocie na ziemie przodków wyrobił sobie Ukrainiec Sergij Szewcow. Do Dyskobolii przeszedł jesienią 2000, tylko po to, aby zagrać w jednym ligowym i jednym pucharowym meczu. Szybko podziękowano mu za współprace i napastnik wrócił na ojcowiznę. A tam radził sobie całkiem nieźle. Występował w Wyższej Lidze w barwach Dnipro Dnipropietrowsk, Worskli Połtawy, Tawriji Symferopol i Zakarpatii Użhorod.

Dla innych Polska była tylko przystankiem w międzynarodowej penetracji klubów średnich. najdalej chyba zawędrował Gwinejczyk Sekou Drame. Były ulubieniec kibiców Lecha Poznań, później zawodnik Groclinu (5 meczów wiosną 1998), Petro Płock i KSZO Ostrowiec Świętokrzyski tranzytem przez Francję udał się do ZEA (Dubai SCS) a następnie zawitał do… Indonezji (PKT Bontang i Persis Solo). Serb Sasa Cilinsek (5 meczów wiosną 2005) przez Grodzisk dotarł na Ukrainę (Tawrija Symferopol), potem na Łotwę (Ventspils), by wreszcie wrócić do domu (FK Jagodnia). O Ronaldzie Siklicu (3 mecze) pisałem już niedawno, ale w międzyczasie zdążył on zmienić klub na Ceskie Budejovice. Tibor Sabo, Serb legitymujący się także węgierskim paszportem,

do Grodziska przychodził jako nadzieja na nową jakość rozgrywania piłki. Filigranowy pomocnik (170 cm) odznaczał się jednak głównie brakiem owłosienia, przez co przypominał na boisku Tomasza Wieszczyckiego. Po roku gry (16 meczów w sezonie 2005/2006) najpierw wrócił nad Balaton a potem przeniósł się do Grecji (Panetolikos).

Ciekawie układały się losy trzech reprezentantów swoich krajów. Interesujący klub znalazł sobie waleczny Macedończyk Vlade Lazarevski (60 meczów i 1 gol dla Groclinu) – po nieudanym pobycie w  Metaliście Charków i Karpatach Lwów przeniósł się do chorwackiego zespołu HNK Rijeka.

Natomiast praktycznie niezauważony przez polską ekstraklasę przeleciał Peter Babnic (jesień 2007; 10 meczów – 1 gol + puchar Ligi)

A szkoda, bo Słowak w latach 2000-2004 był etatowym członkiem kadry swojego kraju (12 meczów i 1 gol). Ma na koncie dwa mistrzostwa i puchary Słowacji w barwach Interu Bratysława (2000 i 2001) oraz mistrzostwo Czech ze Spartą Praga (2003), potem był niekwestionowana gwiazdą Sigmy Ołomuniec. Babnic, choć w Grodzisku rzadko grywał całe mecze, to na boisku prezentował się bardzo przyzwoicie. Obecnie występuje w regionalnej lidze austriackiej w SV Haitzendorf.

Trochę podobną mgiełką zapomnienia (i niezauważenia) owiany jest pobyt w Grodzisku Mołdawianina Vadima Boreta (wiosna 2005: 2 mecze). Ten przedstawiciel krainy winem i koniakiem płynącej przez naszą ekstraklasę zaledwie mignął (38 minut). Jest to o tyle ciekawe, że Boret to naprawdę niezły futbolista. W narodowej reprezentacji gra – z małą przerwą – od dekady a mistrzem krajowego podwórka był dziewięciokrotnie. Po opuszczeniu Wielkopolski trafił do Azerbejdżanu, gdzie występował najpierw w Neftci a obecnie w FK Baku (z nim zdobył też mistrzostwo oraz wystąpił w pucharach, gdzie to strzelił bramkę Anderlechtowi).

PS Jak zwyle w takim tłumie ktoś się zgubi. Mnie zapodział się Czech Marcel Liczka, syn Wernera, którego z racji trenerskiej działalności nad Wisłą przedstawiać nie trzeba.

Marcel najpierw występował w Górniku Zabrze, gdzie radził sobie bardzo przyzwoicie (półtora roku, 28 meczów i 5 goli, liczne asysty). Potem postanowił przenieść się pod skrzydła ojca, który właśnie przejął schedę po Radolskim w Grodzisku. Niestety krótko po zmianie barw  (rozegrał dwa mecze) złapał kontuzję przez co pauzował już do końca rundy jesiennej. W kolejnym sezonie nie wybiegł już na boisko ani razu i przeniósł się za chlebem do Hiszpanii (UD Horadada), potem do Francji (Calais Racing Union), by wreszcie przed kilkoma miesiącami wrócić do ojczyzny (SK Kladno).

Trzydziestu obcokrajowców, trzydzieści życiorysów, raptem kilku dobrych zawodników. Ciekawa czeladka, prawda?

P.

Moje mecze Lech – Legia. The best of z lat młodości

17 listopada 1995
Lech Poznań – Legia Warszawa 1:1
Piotr Prabucki 28 – Jerzy Podbrożny 90

Nie jestem do końca pewien, kiedy zostałem uświadomiony, że w Poznaniu najważniejszym meczem sezonu jest ten, gdy na Bułgarskiej gra Legia. W listopadzie 1995 roku wiedziałem już to na pewno.

Pamiętam dobrze, że mecz był w piątek wieczorem, więc gazety relacje zamieściły dopiero w poniedziałek. W ów piątkowy wieczór wydarzenia boiskowe śledziłem z uchem przy radiu. Niezastąpione Radio Merkury przekazywało wieści najpierw wielce radosne, a później istnie hiobowe.

Legia to była wtedy potęga, pierwszy polski zespół, który grał w Lidze Mistrzów – zresztą w następnym tygodniu w środę stołeczny klub jechał na mecz z Rosenborgiem Trondheim. Ale to Lech objął prowadzenie. Niespełna pół godziny po rozpoczęciu gry, akcję Mirosława Trzeciaka wykończył Piotr Prabucki.

Mijały kolejne minuty, a ja nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. Poznański klub bił nie tylko odwiecznego rywala, ale i najlepszy polski klub. Do tego, na trzy minuty przed końcem meczu sprawozdawca drze się w niebogłosy. Karny dla Lecha po faulu na Ryszardzie Remieniu! Prabucki i… Szczęsny broni. W ostatniej minucie Pisz robi akcję prawą stroną, a niecierpiany po odejściu z Poznania do Legii Jerzy Podbrożny wyrównuje. 1:1. Wynik, który przed meczem można by wziąć w ciemno, po ostatnim gwizdku jest wielkim rozczarowaniem.

6 czerwca 1998
Lech Poznań – Legia Warszawa 3:0
Piotr Reiss 27, 60, 69

Lech bił się o utrzymanie, Legia o puchary. Poznaniacy w dwóch ostatnich meczach – z Legią oraz z przyszłym mistrzem (ŁKS), musieli zdobyć co najmniej dwa punkty. Zdobyli sześć!

Festiwal Piotra Reissa i najwyższe zwycięstwo Lecha nad Legią od 1949 roku (było 4:1 po golach Anioły, Białasa, Oprycha oraz Kazimierza Górskiego) również śledziłem przy radioodbiorniku. Radość łączyła się wtedy ze sporym zdziwieniem, bo w tamtym sezonie równie wysoko, 3:0, Legię pokonał tylko ŁKS.

Całą relację z meczu można przeczytać tutaj. Mój ulubiony fragment jest na końcu tekstu:

– Zapewne żaden z graczy Lecha nie pójdzie do Legii. Głowackiego nie puści klub, a Murawski i Bosacki – nie chcą – powiedział Kopa. – Chcę zostać w Poznaniu, kocham ten klub! – wołał po spotkaniu szczęśliwy Maciej Murawski.

Brawo!

25 marca 2000
Lech Poznań – Legia Warszawa 1:2
Sławomir Suchomski 82 (karny) – Bartosz Karwan 83, Michał Goliński 88 (sam.)

Sobota, samo południe i transmisja w TVP. Lechowi w oczy zagląda już przepaść, na której dnie znajduje się druga liga. Do meczu z Legią poznaniacy przystępują jednak maksymalnie zmotywowani. Wszyscy piłkarze farbują sobie włosy na niebiesko, co potem widać w reklamach firmy, która miała czelność podczepić się do nazwy poznańskiego klubu (tu na zdjęciu obok Rafała Siadaczki – Tomasz Augustyniak).

Z tego meczu pamiętam tylko radość po pierwszym golu Sławomira Suchomskiego z karnego

i żal po szybkiej odpowiedzi Legii i samobóju Michała Golińskiego. Dla odświeżenia pamięci, fragment relacji gazetowej:

Nieszczęście Lecha w starciu z Legią zaczęło się zaraz po strzeleniu przez poznaniaków gola z rzutu karnego. Do tej pory, zwłaszcza w drugiej połowie, lechici potrafili narzucić warszawianom swoje warunki i przeważali. W 80. min po dalekim wykopie Michała Kokoszanka kiks w środku pola przytrafił się Jackowi Bednarzowi. Piłka przeleciała mu nad głową i trafiła do Sławomira Suchomskiego. Ten ruszył pędem w stronę pola karnego i tu był faulowany przez Macieja Murawskiego. Winowajca miał wątpliwości do decyzji sędziego. Nie miał ich za to trener warszawiaków Franciszek Smuda: – Nie, no, karny był! W polu karnym Murawski nie powinien w ogóle robić wślizgów – mówił.

Suchomski sam wykorzystał karnego ryzykownym strzałem pod poprzeczkę. Ta bramka była podsumowaniem okresu przewagi „Kolejorza” i balsamem na nerwy poznańskich kibiców, które nadwyrężyły zwłaszcza nie wykorzystane przez lechitów sytuacje podbramkowe. Dwie najbardziej jaskrawe stworzył Paweł Kaczorowski. W 42. min strzelił w dogodnej sytuacji w słupek, a Jarosław Maćkiewicz nie zdołał dobić piłki do pustej bramki. Jeszcze lepszą sytuację miał Lech w 62. min. Wtedy to fantastyczne podanie Maćkiewicza otworzyło Kaczorowskiemu drogę do warszawskiej bramki. Poznaniak minął bramkarza Zbigniewa Robakiewicza i strzelił już do pustej bramki – i znów trafił w słupek!

To właśnie te dwie sytuacje miał na myśli trener Smuda, gdy po meczu przyznał, że Legia mogła to spotkanie przegrać już przed 80. min. – Mieliśmy jednak więcej szczęścia – przyznał i nie wiadomo dlaczego okrasił tę wypowiedź słowem ”niestety”.

Odpowiedź Legii na bramkę Lecha była niemal natychmiastowa. Po wznowieniu gry Legia wywalczyła rzut rożny. Piłkę bił tradycyjnie Marek Citko. Piłka odbiła się jeszcze od barków Przemysława Urbaniaka i spadła pod nogi Bartosza Karwana. Ten z bliska nie dał szans Michałowi Kokoszankowi.

Remis 1:1 – wedle słów trenera Lecha Mariana Kurowskiego sprzed meczu – był jeszcze sukcesem Lecha. 5 min po golu Karwana ”Kolejorzowi” przytrafiło się jednak nieszczęście. Marcin Mięciel chciał zagrać piłkę na pole karne poznaniaków. Piłka skozłowała i trafiła na nogę wprowadzonego do gry za utykającego Grzegorza Matlaka Michała Golińskiego. Goliński czuł na plecach oddech Karwana. Chciał więc wybić piłkę i mocno ją uderzył, lecz przy tym także podkręcił. Piłka zatoczyła łuk i wpadła do bramki za wysuniętym do przodu Kokoszankiem.

3 kwietnia 2004
Lech Poznań – Legia Warszawa 0:1
Piotr Włodarczyk 54

Byłem w 29-tysięcznym tłumie na Bułgarskiej. Widziałem zaciętość i walkę poznaniaków i nie widziałem (bo ktoś zasłonił :) gola Włodarczyka.

Dokładnie sześć lat temu Legia ostatni raz wygrała w Poznaniu. Ale przecież dzisiaj nie wygra, prawda?

B.

Historia ligowych meczów Lecha z Legią do zobaczenia tutaj

Grodziskie meteory cz. II

Pierwsza część tekstu – miejsca 15. – 9.

8. Rafał Kaczmarczyk – sezony 2003/2004 i 2004/2005; 26 meczów – 1 gol (+PP)

Jeśli Majewski miał talent jako rozgrywający, to Kaczmarczyk miał jeszcze większe możliwości w tej materii. Ostenacyjnie nieefektowny, ale potrafiący jednym podaniem rozwiązać skomplikowany boiskowy węzeł gordyjski. Dysponujący solidnym uderzeniem z dystansu, ale  od pewnego momentu używającym go nad wyraz rzadko. Zieloną koszulkę Gorclinu zakładał przez dwa sezony a mimo to nie potrafię sobie przypomnieć choćby jednego meczu z jego udziałem. W reprezentacji pojawił się za czasów Piechniczka, lecz dwa występy w towarzyskim turnieju także nikomu dziś specjalnie nie imponują. Taki właśnie był Rafał Kaczmarczyk. Trochę jakiś, trochę nijaki.

7. Jacek Ziarkowski – jesień 2004; 6 meczów – 1 gol (gol w debiucie)

O pobycie Ziarkowskiego w Grodzisku do dziś krążą legendy. Nie oszczędzał się podobno chłopak wcale, w związku z czym podczas meczów ledwo dyszał. Do Dyskobolii przeniósł się mając już na koncie tytuł króla strzelców II ligi, świetny sezon w barwach Odry Wodzisław (27 meczów i 14 goli) oraz nieudany (?) pobyt w Turcji (w Maltaysporze… 1 mecz i 1 gol). W debiucie już zdobył bramkę, ale, mimo to wypadł w nowym klubie supermiernie i podziękowano mu za grę po pół roku. Dziś dogorywa w Sparcie Rejowiec Fabryczny.

6. Robert Kolendowicz – jesień 2001; 2 mecze

Jesień 2001, kogóż tam wtedy nie było w Grodzisku. Przybył Paszulewicz, przybył Pan nr 5 i Pan nr 1. Przybył też Robert Kolendowicz. Choć akurat jego nadejście nie stanowiło wydarzenia sezonu. Był on wtedy młodym zawodnikiem, który mimo swoich 21 lat na karku zaliczał już szósty seniorski klub (Amica, Lech, Warta, RCC Gent, Bełchatów). Copółroczna zmiana miejsca pracy nie była specjalnie fajną rękojmią jego umiejętności. W Dyskobolii również został powielony schemat zatrudnienia z poprzednich klubów – ogony w dwóch meczach i odejście z klubu. Paradoksalnie właśnie po pobycie w Grodzisku kariera Kolendowicza się uspokoiła i rozwinęła. Wrócił on do Bełchatowa (3,5 roku), później trafił do Kielc (1,5 roku), stamtąd na rundę do ŁKS (w jego barwach zaliczył też debiut w reprezentacji – 5:2 z ZEA za Beenhakera), wypromował się i przeszedł do Zagłębia Lubin, z którym sięgnął po mistrzostwo 2007. W miedziowej ekipie grał trzy lata, również podczas jej karencji w II lidze (moim zdaniem zmarnował najlepszy okres swojej kariery, kiedy naprawdę dynamicznie się rozwijał) a ostatnio przeniósł się do wodzisławskiej Odry. W Grodzisku nikt o nim dziś nie pamięta.

5. Dariusz Pawlusiński – jesień 2001; 2 mecze

Pobyt Pawlusińskiego w Dyskobolii to dowód na to, że czasami ktoś potrzebuje dwóch szans. Gdy Dariusz P. aka „Żelazne Kopyto” trafiał latem 2001 do Grodziska, to po cichu liczyłem, że objawi się w lidze duży talent. Pawlusiński już barwach drugoligowego Włókniarza Kietrz (swoją drogą – drużyna z Kietrza gra dziś w A-klasie…) pokazał smykałkę do trafiania z dystansu (8 goli w sezonie 2000/2001). W Wielkopolsce okazało się jednak, że to jeszcze nie pora – Pawlusiński zagrał dwa mecze i został odesłany z powrotem do Włókniarza. Nie zraził się jednak i z sezonu na sezon grał coraz lepiej. Trafił do II-ligowego Bełchatowa, gdzie debiutancki sezon miał jeszcze bez szału, ale już kolejne – świetne (9 i 5 goli, tytuł najlepszego zawodnika ligi). W wieku 28 lat powrócił do ekstraklasy w barwach Cracovii i praktycznie już piąty sezon jest jednym z jej jaśniejszych punktów. Można? Można.

4. Marcin Nowacki – lata 2004 – 2006 (z przerwą na sezon 2005/2006 w Koronie Kielce); 36 meczów

Przypadek Nowackiego to podobny casus co Radzewicza, tylko że jeszcze bardziej spektakularny. Gdy u zarania 2004 roku Mały przenosił się do Grodziska towarzyszyła temu transferowi taka aura „uuuu, taki talenciak, proszę, proszę, zobaczymy jak się rozwinie”. No i niestety Mały się nie rozwinął. Z perspektywy czasu trzeba powiedzieć, że wyprowadzka z Wodzisławia do Wielkopolski była dużym błędem. W Odrze Nowacki grał, był doceniany, miał duże pole do popisu, niektóre mecze obrabiał wręcz samemu (Odra – Lech 2:0 w 2003 roku). W Grodzisku natomiast musiał walczyć o miejsce w składzie, ostro rywalizować, żeby w ogóle się pojawić na boisku. No i tę rywalizację przegrywał. W konsekwencji władze klubu wypożyczały go tu i tam – do Kielc, czy z powrotem do Odry (tutaj tradycyjnie grał świetnie i robił m. in. rzeczy takie i takie), w końcu trafił do Chorzowa. Tam nie było źle, ale z czasem Fornalik stawiał na małego pomocnika coraz rzadziej. Dzisiaj Nowacki powłóczy nogami w Wiśle Płock. Może trzeba było nie ruszać się z Wodzisławia i zostać drugim Wosiem?

3. Michał Stasiak – wiosna 2004; 4 mecze

Fiasko Stasiaka w Grodzisku, to jedna z ciekawszych historii transferowych ostatniego czasu. Młody defensor Widzewa znajdował się wówczas w niesamowitym gazie. Będąc jeszcze młokosem sterował grą łódzkiej defensywy. Podobnie było w reprezentacji młodzieżowej, której to Stasiak był jednym z kapitanów. Wreszcie zdążył już on także zadebiutować w dorosłej kadrze (dwa mecze za Janasa, z Macedonią i Litwą). W zasadzie miał wszystko, żeby zrobić karierę w silnej Dyskobolii. No właśnie, może zbyt silnej. Stasiak nie potrafił wygryźć ze składu nie tylko Kriżanaca, ale również Mariusza Pawlaka czy Radima Sablika. W sumie wystąpił w czterech meczach po czym został wypożyczony do Amiki a później do Wodzisławia. Nigdzie nie grał na miarę swoich możliwości. Dopiero w Zagłębiu Lubin przypomniał sobie, że umie porządnie kopać piłkę. Obecnie widziałbym go w szerokim składzie reprezentacji a i Smuda zawsze go cenił.

2. Jan Woś – rok 2003; 12 meczów

Typowy przeszczep, który się nie przyjął. Woś na przełomie XIX i XX wieku przeniósł się z poziomu lokalnej maskotki (radny Wodzisławia, długie włosy itp.) na poziom wyjątkowo solidnego grajka. To, co przedtem pokazywał w Odrze, po przeprowadzce do Ruchu Chorzów pokazywał z jeszcze większą swobodą. Ba, ustrzelił nawet hat-tricka w meczu… Ruch – Dyskobolia (4-3). Być może to właśnie spotkanie spowodowało, że Wosia zapragnął w swoim zespole mieć Bogusław Kaczmarek. A że go chciał, to go dostał. Woś jednak zupełnie nie poczuł małomiasteczkowego klimatu. Na boisku snuł się okropnie, grywał ogony a jeśli już wyszedł w podstawowym składzie, to wkrótce zlatywał z boiska. Jego pobyt w Wielkopolsce ograniczył się wyłącznie do statystyki. Dobrze, że szybko wrócił do Wodzisławia.

1. Marek Citko – jesień 2001; 3 mecze

Wszyscy pamiętają Marka Citkę z Wembley, z meczu z Borussią, Atletico czy Broendby. Dużo mniej osób pamięta Citkę tułającego się po zagranicznych średniakach czy polskich przeciętniakach. A taki Citko też był. Po kapitalnych meczach w kadrze i Widzewie oraz nie najgorszych w Legii przyszedł czas stopniowego gaśnięcia MC. A zaczęło się właśnie od Groclinu. Po zakończeniu współpracy z Legią.

Citko krótki czas pozostawał bez klubu. Przypomniał wtedy sobie o nim Zbiniew Drzymała, głównie dlatego, że sytuacja jego klubu była wówczas coraz bardziej opłakana (11 punktów w 11 meczach). Citko wpadł, rozegrał trzy mecze, w ramach pokazania identyfikacji z klubem wraz z kolegami przefarbował sobie włosy na zielono po czym przeniósł się do Izraela. Pograł pół roku w Hapoelu Beer-Sheva, potem 1,5 roku w szwajcarskim Aarau,

rok w Cracovii,

pół roku w Yverdon-Sport FC

i 1,5 roku w Polonii Warszawa.

Gdy Czarne Koszule nie przedłużyły z nim kontraktu postanowił zakończyć karierę i zacząć działać na rynku menedżerskim. Taki właśnie był Citko, jeden z większych talentów jaki pojawił się w polskiej piłce w latach 90-tych i wyjątkowo ciekawy człowiek (odsyłam do ciekawego wywiadu z nim oraz do tekstu o nim). No ale w Grodzisku mu nie wyszlo.

P.