Polska 2000-2009: Jacek Krzynówek i 2:1 reprezentacji z Portugalią

Już po północy cyfra dziesiątek w zapisie roku zmieni się z zera na jedynkę i choć pierwsza dekada XXI wieku minie dopiero za dwanaście miesięcy, niektórzy postanowili pokusić się o podsumowanie lat 2000-2009. No to siup. Najpierw o naszej pięknej ojczyźnie.

NAJLEPSZY PIŁKARZ: JACEK KRZYNÓWEK

Szanowne żury w składzie trzyosobowym, po przeanalizowaniu dokonań reprezentacyjnych i klubowych, punktowało w następujący sposób:

Tak naprawdę, wszystko co chciałbym tu napisać, zostało już napisane. Należy jednak podkreślić z całą stanowczością, że w latach 2000-2009, poczynając od kadencji Engela, a na Beenhakkerze kończąc, nikt przez te dziesięć lat nie zrobił dla kadry tyle co Jacek Krzynówek.

Najbardziej szkoda, że nie wychodziły mu turnieje mistrzowskie. W Korei, choć pamięta mu się głównie zmarnowaną sytuację z początku meczu z gospodarzami, był zdecydowanie najlepszym Polakiem obok Kryszałowicza. W Niemczech i Austrii było już naprawdę źle.

Jednak nim na tych dwóch imprezach zaprezentował się kiepsko, swoją grą w eliminacjach wprowadził na nie Polskę. Bo choć najpierw strzelał gole tylko towarzysko (Szwajcaria, Belgia, Kazachstan, Włochy), to z czasem regularnie zaczął trafiać w kluczowych momentach meczów o punkty. Trzy gole jesienią 2004 (Irlandia Północna, Austria, Walia). Trzy gole z Azerbejdżanem za Leo – jeden w meczu 5:0, ale przede wszystkim dwa, ratujące biało-czerwonym dupska zwycięstwo w Baku. I w końcu, ten z Portugalią.

A że nie samą reprezentacją żyje człowiek, Krzynówek grał z powodzeniem w Bundeslidze. I Lidze Mistrzów, w której zdobył trzy bramki – z Realem, Romą i Liverpoolem. Więcej trafień spośród Polaków ma tylko Krzysztof Warzycha (osiem), tyle samo – Emmanuel Olisadebe. Krzynówek jest jednym z zaledwie dziewiętnastu polskich futbolistów, którzy strzelali w LM. I jednym z sześciu w latach 2000-2009 (poza ww. jeszcze Hajto, Saganowski i Marcin Żewłakow).

Krzynówek to piłkarz, w podzięce za którego umiejętność (i siłę) uderzania piłki lewą nogą (i to w decydujących momentach) powinni zrzucić się na mszę trenerzy, zawodnicy i kibice reprezentacji. Amen.

 

NAJLEPSZY MECZ: POLSKA – PORTUGALIA 2:1 (11.10.2006)

Wojciech Kowalewski, Paweł Golański, Jacek Bąk, Arkadiusz Radomski, Grzegorz Bronowicki, Jakub Błaszczykowski, Mariusz Lewandowski, Radosław Sobolewski, Euzebiusz Smolarek, Maciej Żurawski i Grzegorz Rasiak w podstawowej jedenastce oraz Jacek Krzynówek i Radosław Matusiak, którzy weszli z ławki rezerwowych delegowani przez selekcjonera Leo Beenhakkera. Ci piłkarze stworzyli nie tylko najwspanialszy mecz reprezentacji Polski w ostatnich dziesięciu, ale nawet w ostatnich dwudziestu czy dwudziestu pięciu latach.

Bohater Smolarek, który dopadł futbolówki szybciej niż znajdujący się bliżej niej Nuno Valente a także wykorzystał z zimną krwią (to spojrzenie na asystenta sędziego, czy nie pokazuje spalonego) sytuację sam na sam z Ricardo, aż żal hattricka, bo okazja ku niemu była.

Bohater Lewandowski, który przy pierwszym golu najpierw przerwał kontrę Portugalczyków wślizgiem, a po chwili oddał strzał dobity przez Ebiego.

Bohater Żurawski, który choć bohaterem był pechowym, bo jego uderzenie trafiło w słupek, to on jednak on centrował piłkę w pole karne przy pierwszym golu; no i był kapitanem drużyny.

Bohater Błaszyczykowski, który bramkową akcję, wymianą podań z Żurawskim zainicjował, a niedługo potem minął obrońcę portugalskiego, by podać piłkę w pole karne do kapitana.

Bohater Rasiak, który wywalczył piłkę i wyłożył ją na tacy Smolarkowi przy drugim golu.

Bohater Bronowicki, chyba mój ulubiony, który wręcz ośmieszał tego dnia Simao, a to odbierając mu piłkę, a to zakładając mu siatkę.

Bohater Golański, który choć był znalazł się w cieniu wybitnego tego dnia Bronowickiego, również radził sobie dzielnie z Portugalczykami, a o czym mało kto chyba pamięta, po jego uderzeniu piłka uderzyła w słupek – choć od zewnętrznej strony.

Bohater Kowalewski, który został pokonany dopiero w 93. minucie, a wcześniej bronił naprawdę pewnie.

Bohaterowie Bąk, Radomski i Sobolewski, którzy w swej mrówczej pracy w defensywie osiągnęli tego dnia mistrzostwo, jak wszyscy wcześniej wymienieni byli o ułamek sekundy szybsi czy o centymetry dokładniejsi od Portugalczyków.

Złościć może chyba tylko to, że wynikiem właściwie oddającym przewagę naszej drużyny w tym spotkaniu byłoby 3:0 czy 4:0, a nie 2:1. To był tak dobry mecz reprezentacji Polski, że aż boję się, iż lepszego już nigdy nie zobaczę.

B.

RCD Mallorca – Schalke 04 Gelsenkirchen 0:4

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o LKS Nieciecza a boicie się zapytać

1 – tyle mistrzostw Polski mają w sumie na koncie zawodnicy LKS. Jedynym jego posiadaczem w zespole jest Radosław Jacek. Na wiosnę 2005 zagrał on w jednym meczu Wisły Kraków, dzięki czemu również może sobie przypisać mistrzowski tytuł.

2 – w tej lidze gra obecnie LKS Bruk-Bet Nieciecza. Postawa drużyny w tych rozgrywkach jest obecnie jedną z większych sensacji w polskiej piłce.

3 – tyle nazw pojawia się w historii klubu. Od 1946 zespół grał jako LZS Nieciecza, od początku 2004 roku jako LKS Nieciecza a od jesieni 2004 wygospodarował w nazwie miejsce dla sponsora – LKS Bruk-Bet Nieciecza.

4 – tyly braci Wolańskich gra w piłkę. Mateusz występuje właśnie w Niecieczy, bliźniacy Michał i Mariusz kopią w Wisłoce Dębica a najbardziej znany z całej paczki – Janusz – występował w ekstraklasie w Szczakowiance, Łęcznej i Bytomiu, a ostatnio reprezentuje barwy ŁKS.

5 – w tej klasie rozgrywkowej grają rezerwy LKS. Jeśli wezmą przykład z pierwszej ekipy, to długo tam nie zabawią.

6 – tylu w sumie zawodników Niecieczy ma koncie występy w ekstraklasie. Są to Prokop (106, Hutnik Kraków, Radomsko, Górnik Zabrze), Cygnar (18, Zagłębie Sosnowiec), Dzierżanowski (5, Wisła Kraków), Szałęga (3, Wisła Kraków, Górnik Zabrze), Szczoczarz (38, Cracovia) i Jacek (1, Wisła Kraków).

7 – tyle lat potrzebował LKS, żeby awansować z A-klasy do II-ligi. Od sezonu 2001/2002 zespół występował w A-klasie. W sezonie 2004/2005 występował już w okręgówce, w 2006/2007 w V lidze, w 2007/2008 w IV lidze, w 2008/2009 w III lidze a w 2009/2010 gra na poziomie II ligi.

11 – tyle goli strzelił Paweł Smółka, najlepszy strzelec zespołu. Długo terminował w rezerwach Wisły Kraków a potem w II-ligowym Zagłębiu Sosnowiec. Jego przybycie do Niecieczy to było prawdziwe wejście smoka – w swoich pierwszych trzech meczach w Niecieczy (z Unią Tarnów, Granatem Skarżyska Kamienne i Neptunem Końskie) strzelił sześć bramek.

12 – tyle klubów ma już na koncie 23-letni Adrian Fedoruk. Syn Adama, reprezentanta Polski, początki swej kariery łączył z aktualnym miejscem pobytu swojego ojca (SEMP Ursynów Warszawa – tata w tym czasie w Legii, Amica Wronki, Raków Częstochowa, Polonia Elbląg). Gdy Adam Fedoruk zakończył karierę, Adrian ruszył własną drogą. Po drodze zwiedził rezerwy Legii Warszawa, angielskie Wellingborough Wincanton, Drwęcę Nowe Miasto Lubawskie, Odrę Wodzisław (jeden mecz w PE), znów Polonię Elbląg przetransformowaną już w Olimpię Elbląg, Lechia Gdańsk, Górnik Polkowice i wreszcie LKS Nieciecza.

14 – tyle goli straciła ekipa LKS (tylko Resovia straciła równie mało), a strzeliła 37 (nikt nie strzelił tylu goli).

18 – tyle meczów w reprezentacji Polski rozegrał trener drużyny z Niecieczy Marcin Jałocha. Jałoszkin poza tym wystąpił w ekstraklasie 235 razy (z krótką przerwą na wypad do KSV Waregem) – w barwach Wisły i Legii a na pożegnanie również w Polonii. Z Wojskowymi zdobył dwa razy mistrzostwo kraju oraz dwa razy krajowy puchar. Pamiętany i tak jest głównie z czerwonej kartki w ćwierćfinale Ligi Mistrzów z Panathinaikosem oraz ze srebrnego medalu na Igrzyskach w Barcelonie. Jego ciekawy i dużo bardziej szczegółowo opisany życiorys tutaj.

(Jałocha klęczy pierwszy z lewej)

W LKS występuje również syn Jałochy – Patryk.

33-240 – kod pocztowy. Nieciecza, gmina Żabno, powiat tarnowski, województwo małopolskie. Trafić nie jest łatwo.

37 – tyle lat ostatnio skończył Artur Prokop. Ten nad wyraz solidny defensywnie zorientowany i pewnie wykonujący rzuty karne zawodnik ponad sto razy zagrał na boiskach ekstraklasy. Ja go jednak pamiętam tylko z jednego spotkania. W 2006 roku dołujący Górnik rozbił w pył mającą mocarstwowe ambicje Cracovię. Prokop strzelił dwie piękne bramki.

W Niecieczy występuje już drugą rundę i jest zawodnikiem, wokół którego kręci się gra całego zespołu.

38 – tyle meczów w ekstraklasie zaliczył Łukasz Szczoczarz – drugi po Prokopie pod względem doświadczenia na najwyższym szczeblu rozgrywek (38 meczów). Szczoczarz przez długi czas był postrzegany jako megatalent – był powoływany do reprezentacji młodzieżowych, strzelał w niej bramki, jako młody chłopak został wybrany najlepszym piłkarzem Podkarpacia. Niestety jego kariera nie potoczyła się tak jak trzeba. Szczoczarz nie zdołał wywalczyć sobie miejsca w Cracovii, przez co tułał się na wypożyczeniach do klubów niższych lig – Okocimskiego Brzesko, Stali Rzeszów (której jest wychowankiem) czy Niecieczy właśnie. W tej rundzie dla LKS strzelił pięć goli i jest drugim strzelcem zespołu. Ma 25 lat – może jeszcze nie jest za późno.

40 – tyle punktów w tabelii grupy wschodniej II ligi ma po rozegraniu dziewiętnastu meczów LKS Nieciecza. Składa się na nie 12 zwycięstw, 4 remisy i 3 porażki. Daje to Niecieczy pierwsze miejsce i tytuł lidera.

182 – tyle centymetrów wzrostu ma Waldemar Dzierżanowski – kapitan zespołu, w przeszłości zawodnik Białej Gwiazdy. Trudno powiedzieć czy wolałby mieć ich więcej czy mniej.

726 – tylu mieszkańców ma wieś Nieciecza. Jak oni zapełniają stadion? Bo przecież stadion…

1500 – tyle jest miejsc na stadionie w Niecieczy (1 200 siedziących). Stadion w pełnej krasie – tutaj.

1710 – tyle minut w obecnym sezonie spędził na boisku Norbert Baran – bramkarz zespołu i jeden z jej najlepszych zawodników. Oznacza to, że zagrał we wszystkich meczach w pełnym wymiarze czasowym. Oprócz niego jeszcze tylko Artur Prokop może pochwalić się takim osiągnięciem.

1922 – rok powstania klubu z Niecieczy. Jego historia opisana została tutaj.

2002 – w tym roku Puchar Polski z Wisłą Kraków zdobył jeden z najlepszych obecnie zawodników LKS – Marcin Szałęga. Był postacią z grona świetnie rokujących młodych piłkarzy Białej Gwiazdy. Nie miał jeszcze dwudziestu lat, gdy zadebiutował w ekstraklasie w krakowskiej drużynie. Niestety występy na najwyższym szczeblu były zbyt małą adrenaliną dla młodego sportowca, więc wraz z kolegami z zespołu szukał dodatkowej stymulacji.

GW, 18.08.2003

TRAGICZNE SKUTKI ZABAWY GRACZY WISŁY KRAKÓW

Obrońca Wisły Kraków Kamil Kuzera potrącił samochodem kolegę z drużyny i uciekł z miejsca wypadku, nie udzielając mu pomocy. Policja podejrzewa, że był pijany. Kuzerze grozi nawet 10 lat więzienia, a Hubertowi Skrzekowskiemu, który doznał poważnego urazu kolana, koniec kariery

W nocy z czwartku na piątek podchmieleni piłkarze postanowili się pościgać po ulicach Krakowa. Napastnicy drużyny rezerw Marcin Szałęga i Karol Wójcik jechali peugeotem tego pierwszego, zaś Kuzera za nimi sportową wersją renault megane należącego do bramkarza Michała Wróbla. Na ul. Lea, gdzie mieszkają młodzi piłkarze mistrzów Polski, Kuzera stracił panowanie nad pojazdem, uderzył w słup sygnalizacji świetlnej i potrącił stojącego na chodniku Skrzekowskiego. Potem uciekł z miejsca wypadku. Pomoc wezwał anonimowy mężczyzna dzwoniący z telefonu komórkowego.

– Otrzymaliśmy wezwanie o godz. 2.40. Faktycznie, kierowca renault zbiegł z miejsca zdarzenia – potwierdza rzecznik małopolskiej policji podinspektor Dariusz Nowak.

Skrzekowski ze zmiażdżonym kolanem wylądował na dyżurującym wówczas oddziale ortopedii Wojskowej Kliniki Medycznej przy ul. Wrocławskiej. – Rozmawiałem z lekarzem dyżurnym. Hubert ma zerwane więzadła stawu kolanowego prawej nogi – opowiada lekarz Wisły Mariusz Urban. – W poniedziałek podejmiemy decyzje, kiedy piłkarz będzie operowany, bo nie obejdzie się bez rekonstrukcji plastycznej więzadeł. Nasz zawodnik miał też uraz głowy, ale to nic groźnego.

Tymczasem Kuzera wziął jeszcze udział w piątkowym popołudniowym treningu, wyjechał nawet na zgrupowanie przed sobotnim meczem ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki. W tym czasie policja przesłuchiwała już właściciela renault Michała Wróbla. Z naszych źródeł wynika, że Wróbel skłamał, twierdząc, iż samochód mu skradziono. Nie był jednak w stanie wyjaśnić, dlaczego nie powiadomił o tym fakcie policji. W tej sytuacji Wróblowi grozi sprawa karna za składanie fałszywych zeznań. Podobno Henryk Kasperczak zapowiedział mu już, żeby sobie szukał nowego klubu.

Z kolei Kuzerze za potrącenie pieszego i ucieczkę z miejsca wypadku grozi do 10 lat więzienia. Nieoficjalnie wiadomo, że piłkarz już wcześniej stracił prawo jazdy za przekroczenie limitu punktów karnych. Okolicznością łagodzącą dla Kuzery będzie fakt, że w piątek o godz. 20 sam zgłosił się na policję. Namówić miał go do tego Wróbel, mówiąc, że funkcjonariusze „już wszystko wiedzą”. Głównym źródłem informacji policji byli kibice, którzy przyszli z najnowszym plakatem drużyny i wskazali uczestników wypadku.

Raczej na pewno Wisła rozwiąże kontrakt z Kuzerą. Wczoraj trener Edward Klejdinst wyrzucił go z młodzieżowej reprezentacji. Do czasu wyjaśnienia sprawy działacze z Krakowa odsunęli od treningów Wróbla, Szałęgę i Wójcika. Z kolei Kuzera i Skrzekowski zostali odsunięci od drużyny „do czasu całkowitego wyjaśnienia zaistniałych wydarzeń”.

Koniec końców Kuzera wyleciał z Wisły do Korony, ale jeszcze później do niej wrócił. Dostał równiez karę roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Proces jego rozmieniania się na drobne wciąż trwa. Reszta ekipy – Szałęga, Wróbel, Skrzekowski i Wójcik – otrzymało kary pieniężne i została cofnięta do rezerw. Hubert Skrzekowski już na dobrą sprawę nie wrócił do sportu. A Szałęga zaczął tułaczkę – przez Zabrze, Polkowice, Gdańsk do Niecieczy – praktycznie wszędzie grając poniżej oczekiwań i prędzej czy później trafiając do rezerw. Może w LKS uda mu się odbić.

P.

Ale ja się przecież nigdzie nie pcham. Odkrycia 2009

Smutny to był rok dla polskiej piłki, więc nadziei na lepsze jutro należy szukać gdzie tylko się da. Naturalnym odruchem jest spoglądanie w stronę zawodników, którzy jeszcze nie objawili pełni talentu i wkrótce będą w stanie zmieniać nadwiślańską mizerię na lepsze.

Kryterium nie był wiek zawodnika a fakt wypłynięcia na szerokie wody 2009 roku. Przyjąłem również, że odkryciem nie można być dwa razy, tak więc na poniższej liście nie znalazło się żadne nazwisko z minionego notowania.

10. Grzegorz Sandomierski (Jagiellonia Białystok) – rocznik 1989


Umieszczam tutaj Sandomierskiego trochę na zachętę, bo mam wrażenie, że ten młody golkiper ostatnimi czasy został nieco skrzywdzony. Tak jak pojawił się w bramce Jagi w 7. kolejce, tak zachował w niej czyste konto do 13. kolejki i feralnego dla białostoczan meczu z Ruchem (5:2). I choć Sandomierski faktycznie w nim się szczególnie nie popisał, to chyba swoją postawą w poprzednich meczach zasłużył sobie na choćby minimalny kredyt zaufania. Tymczasem Probierz odsunął go od pierwszego składu, kosztem przeciętnego Szamotulskiego i, skądinąd utalentowanego, Gikiewicza. A Sandor bronić potrafi i mam cichą nadzieję, że to jednak on wiosną będzie pierwszym golkiperem ekipy Jagielloni.

9. Jakub Smektała (Piast Gliwice) – rocznik 1987


O pochodzącym z Rawicza napastniku Piasta w mijającym roku było głośno kilkukrotnie – a to strzelił gola Lechowi Poznań, klubowi któremu to kibicuje; a to kapitalnym trafieniem z Odrą zdobywa sobie tytuł bramki kolejki; a to wreszcie w meczu z Polonią Warszawa strzela gola po przebiegnięciu z piłką połowy boiska. Smektała, choć chwilami jeszcze surowy, stanowi materiał na nowocześnie grającego napastnika – dynamicznego, przebojoweo, grającego z pierwszej piłki. Na pewno łatwiej mu będzie się rozwijać, jeśli wkrótce zmieni klub na silniejszy. No i ma jeden poważny feler – mógłby strzelać trochę więcej bramek:)

8. Wojciech Szczęsny (Arsenal Londyn) – rocznik 1989


Z Wojtkiem Szczęsnym przez długi czas było jak z Yetim. Wszyscy słyszeli, że jest w Arsenale, że świetnie tam sobie radzi, że wszyscy go chwalą, tylko jakoś nikt nie potrafił powiedzieć gdzie gra i z kim. Rok 2009 przyniósł w tej materii drobny materiał dowodowy. Wojtek zagościł kilkakrotnie na ławce rezerwowych Kanonierów, zadebiutował w ich barwach w meczu Pucharu Ligi z WBA (2:0) a następnie przeniósł się do trzecioligowego Brendtford FC i zbiera tam świetne noty. Na płaszczyźnie reprezentacyjnej był filarem reprezentacji młodzieżowej a w listopadzie wystąpił w seniorskiej reprezentacji w meczu z Kanadą. Sporo jak na jeden rok.

7. Cezary Wilk (Korona Kielce) – rocznik 1986


Wilk w ekstraklasie debiutował w barwach Korony dobre cztery lata temu. Mimo to dopiero teraz jest w niej znaczącą postacią. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że wraz z Edim stanowi 80% wartości drużyny. Niezwykle waleczny pomocnik, który coraz bardziej odchodzi od jeżdżenia po nogach przeciwników (w sezonie 2007/2008 w Młodej Ekstraklasie w 11 meczach zaliczył 10 żółtych kartek) na cześć rozgrywania piłki oraz… strzelania goli. Jeśli nieco jeszcze nabierze ogłady, w krótkim czasie powinien stać się naturalnym następcą Mariusza Lewandowskiego w kadrze.

6. Tomasz Brzyski (Ruch Chorzów) – rocznik 1982


Najstarszy okaz w zestawieniu, ale grzechem byłoby nie podkreślenie jego świetnej postawy w mijających dwunastu miesiącach. Już rok 2008 był dobry dla Brzytwy – po nieudanej przygodzie w Koronie odnalazł się w defensywie chorzowskiego klubu. Cały czas jednak był trochę zalękniony i niepewny. Dopiero w 2009 pokazał na co go stać. Bardzo ofensywna gra, dośrodkowania w pełnym biegu, kapitalne bramki z rzutów wolnych (taka i taka), skłonność do niekonwencjonalnych zagrań, no i operowanie lewą nogą – to wszystko czyni go oryginałem wśród polskich ligowców.

5. Jakub Tosik (GKS Bełchatów) – rocznik 1987

Moim zdaniem jeden z głównych architektów świetnej passy bełchatowian na jesieni. Choć na pierwszy rzut oka przypomina Frodo Bagginsa,

to jestem pewien, że sympatyczny hobbit nie potrafiłby równie dobrze odnaleźć się zarówno na boku jak i na środku, zarówno obrony jak i pomocy. Tosik może nie błyszczy techniką, może nie drybluje po trzech rywali na raz, ale jest bardzo precyzyjny, zdyscyplinowany i waleczny. No i do tego zaskakująco dobrze jak na hobbita gra głową.

4. Kamil Glik (Piast Gliwice) – rocznik 1988


Spekulacje dotyczące przenosin Glika do Lecha Poznań są jakimś wyznacznikiem oceny jego występów w mijającym roku. Stoperów ci u nas brak, a dobrych stoperów to już w ogóle. Na razie wszystko w karierze Glika sprawia wrażenie dobrze poukładanego – trafna decyzja o wyjeździe po piłkarskie szlify do Hiszpanii, powrót do Polski i przemyślany wybór klubu (Piast jest chyba w sam raz na początek). Teraz trzeba na stałe wprowadzić się do reprezentacji i zmienić klub na silniejszy.

3. Mateusz Cetnarski (GKS Bełchatów) – rocznik 1988

Cetnarski pada ofiarą „syndromu pamiętania końca wystąpienia”. Na wiosnę grał wybornie – z łatwością zastąpił kontuzjowanego Gargułę, dzielił i rządził w drugiej linii GKS-u, podawał, dryblował, strzelał. Jesień, podobnie jak cała ekipa, zaczął kiepsko i gdy już wychodził na prostą złapał kontuzję w meczu z Koroną. Dochodził po niej trochę do siebie, z czasem zaliczał końcówki spotkań a w ostatnim meczu rundy z Jagiellonią zagrał już pełne 90 minut. Pamiętać jednak należy, że Cetnarski, to obecnie jeden z ciekawszych ligowych playmakerów i „10” młodzieżowej reprezentacji.

2. Maciej Sadlok (Ruch Chorzów) – rocznik 1989


Trudno dziś wyobrazić sobie defensywę Niebieskich bez Sadloka. Grający twardo i zdecydowanie (Seweryn Garncarczyk może nawet uważać, że nazbyt twardo) obrońca od dłuższego czasu był już podporą młodzieżowej reprezentacji, teraz chyba powoli pora na pierwszę drużynę. Żeby jednak nie było, że Sadloka tylko chwalę – zdecydowanie brak mu aktywności na polu karnym przeciwnika. Z jego skocznością śmiało mógłby coś ustrzelić, co jeszcze mu się nie zdarzyło.

1. Artur Sobiech (Ruch Chorzów) – rocznik 1990

Dla mnie to właśnie młody napastnik Ruchu jest prawdziwym odkryciem. W minionym roku ośmiokrotnie trafiał do bramki rywala. Wiosną był jeszcze rezerwowym, ale już jesień należy do niego. Świetnie uzupełnia się z Niedzielanem. Wtorek jest szybki, ruchliwy i bierze na siebie ciężar rozegrania piłki pod bramką przeciwnika a Sobiech obdarzony jest prawdziwym instynktem strzeleckim – kapitalnie orientuje się pod bramką przeciwnika, wie kiedy dostawić głowę, kiedy nogę a kiedy zmylić obrońcę balansem ciała (druga bramka z Jagiellonią!). Jeśli będzie się dalej tak ładnie rozwijał, to – wobec mizerii polskiego napadu – może na stałe trafić do kadry.

Oczywiście ranking jest subiektywny i można się kłócić dlaczego ktoś jest na siódmym a nie na szóstym miejscu. Jednak rzecz, która mnie uderza, to fakt, że żaden z zawodników nie zatrząsł jeszcze solidnie rzeczwistością ligową (nie wspominając już nawet o reprezentacyjnej) – ot, jakby chociaż Lewandowski w zeszłym roku. Nikt z nich nie rwie się do grania pierwszych skrzypiec, wszyscy stoją spokojnie i czekają na swoją kolejkę.

A kto się do zestawienia nie załapał? Najbliżej listy był Mateusz Kowalski z Piasta a obecnie Wisły. Niewiele zabrakło również Siebertowi i Budzińskiemu z Arki, bardzo dobrze rokują też Kiełb z Korony i Klich z Cracovii. Kilka razy błysnęli Jędrzejczyk (Legia), Możdżeń (Lech) i Maciejak (Piast). Życiową chyba formę w mijającym roku złapali niemłodzi już bramkarze – Sapela (Bełchatów) i Pilarz (Ruch). No i cieszy, że coraz częściej na miarę swojego talentu gra Sacha – jeden z lepszych zawodników reprezentacji Polski na ME 2006 U-19 w Wielkopolsce.

A jak w minionych dwunastu miesiącach prezentowały się odkrycia zeszłego roku? Socha  i Janusz Garncarczyk przygaśli jak i cały Śląsk, ale wciąż są podstawowymi zawodnikami drużyny. Janota wykonał mały krok do tyłu (przejście klasę niżej z Feyenoordu do Excelsioru), ale chyba po to, żeby wkrótce zrobić dwa do przodu. Rybus i Gol harmonijnie się rozwijają – ten pierwszy zdążył już zadebiutować w reprezentacji (a nawet strzelić w niej gola), ten drugi lada chwila to zrobi. Jodłowiec, gdy tylko nie był kontuzjowany, stanowił najsilniejszy punkt Czarnych Koszul i Leo regularnie powoływał go do kadry. O Lewandowskim i Małeckim nie co się rozpisywać, obecnie  to niekwestionowane gwiazdy ligowo-kadrowe. Boguski praktycznie całą jesień się leczył, ale przedtem zaliczył dwa gole z San Marino i mistrzostwo z Wisłą. Jedynym zawodnikiem, który rok 2009 może zaliczyć totalnie na straty to Daniel Mąka. Z czasem coraz rzadziej grał w Polonii a obecnie musi szukać sobie nowego klubu.

Oby rok 2010 obrodził porządnie w talenty i nie kończył się tak marnie jak obecny.

P.

Siedem grzechów głównych polskiej piłki, czyli rzecz o najgorszym roku odkąd jestem na tym świecie

– Niech będzie pochwalony.
– Na wieki wieków, amen. Wyznaj swoje grzechy.
– Grzechy? Jakie tam zaraz grzechy. Święta idą, to do księdza wpadłem po opłatek i pogadać o kończącym się roku. Żadnych grzechów nie pamiętam.
– Zbyt wysokie mniemanie o sobie to jeden z siedmiu grzechów głównych. A zdaje mi się, że wszystkie cię dotyczą, synu.
– Absurd! Fakty są takie, że ostatnie 35 lat to sześć mundiali i dwa trzecie miejsca. Na pierwszych igrzyskach po wojnie my, kraje demokracji ludowej, urządziliśmy festiwal hymnów. Dzięki naszym trenerom, dzięki polskiej myśli szkoleniowej!
– Gdzieś to już słyszałem. Wzrok mam za to gorszy, bo kadry nie widzę na mundialu, a drużyn w pucharach. Pychę odhaczamy.
– Ale teraz też mamy świetnych trenerów! Ot, choćby Maciej Skorża.
– A tak, czytałem z nim wywiad. Że Unirea Urziceni czy BATE w Lidze Mistrzów to dla niego „bardziej sprawa przypadku, łatwiejszego losowania niż trwale budowanej pozycji”. Jeśli mówi to trener, którego zespół nie umiał pokonać mistrza Estonii, a tak opowiada o BATE, które pokonało Anderlecht i Levski, by potem zremisować z Juventusem i Zenitem, czy o Unirei, która właśnie w LM miała osiem punktów, to możemy mówić tylko o zazdrości.
– To tylko słowa. Liczą się czyny! A tych nam przecież nie brakuje.
– Chyba byłem tak zajęty robotą, że nie zauważyłem.
– Ksiądz zarzuca lenistwo? A okrągły stół, który jest szalenie ważny?
– To też tylko słowa.
– Ale najpierw trzeba było się zebrać, usiąść do stołu.
– Ze stołem wiązałbym raczej nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. I nie mówię tu tylko o zjazdach PZPN, ale i o piłkarzach, którzy zamiast być wartością dodaną dla drużyny, wolą wartości kaloryczne. Jak Maciej „Brzuch” Iwański czy Grzegorz Kasprzik, który w ostatnim czasie przybrał dziesięć kilo.
– No co, musiał się wkurzyć, że go jakiś bośniacki młokos wygryzł.
– Właśnie, nie zapominajmy o gniewie. Kłótnie wszystkich ze wszystkimi. PZPN, mediów, kibiców, klubów… I jeszcze piłkarzem roku wybierają tego lekkoducha Lewandowskiego, który czy z chciwości, czy po prostu z głupoty mówi o „motywacji ze strony Słoweńców”, którzy mieli według niego złożyć ofertę federacji. Wymiotować się chce.
– Lepiej nie, ksiądz by tylko zrobił niezły burdel, siostrom.
– O nieczystości, a zwłaszcza tej korupcyjnej, to ja nawet nie będę zaczynał. Bo kolejka do konfesjonału mi się zrobi dłuższa niż ławka rezerwowych w Arsenalu. Żałuj za grzechy.
– Jakie grzechy?

B.

Czapka Grzegorza Laty

Nie wiem czemu, ale dopiero dziś zwróciłem uwagę na pewien detal. Łożący niemałe sumy na poprawę swojego wizerunku prezes PZPN ostentacyjnie paraduje w garniturze oraz… głupkowatej bejsbolówce (mimo mrozu!). Jako, że Lato jawi mi się jako osobnik równie skomplikowany co budowa daszka z rzeczonej czapki, to pomyślałem, że takie nakrycie głowy po prostu mu się podoba. Kiedy jednak zauważyłem na kilkunastu kolejnych zdjęciach, że pan prezes łączy różne krawaty zawsze z tą samą czapeczką z tym samym logiem, to zrozumiałem, że on zwyczajnie potraktował swój czerep jako przestrzeń reklamową! Zarabiający około 50 tysięcy złotych miesięcznie Grzegorz Lato robi z siebie kompletnego idiotę, żeby dorobić na boku kilka złotych!

Przede wszystkim pojawia się kwestia tego co wypada prezesowi PZPN-u? Pewnie można by zacytować św. Pawła i powiedzieć, że wszystko wolno, ale nie wszystko wypada. I chyba paradowanie na oficjalne spotkania w durnej czapeczce zwyczajnie mu nie wypada. Poza tym, jeśli Lato reklamuję już firmę Klose (bo o niej mówimy), to dlaczego o tym nie poinformuje opinii publicznej, tylko uprawia żenujący product placement? Uczciwiej byłoby powiedzieć, że teraz przez rok będę nosił produkty z logo tej firmy (o ile oczywiście nie ma ku temu żadnych prawnych przeciwskazań), więc wybaczcie/ zrozumcie/ naskoczcie mi. Tymczasem informacja taka nie pojawiła się nigdzie (nawet na stronie firmy), co oczywiście rodzi niezdrową atmosferę i pewnie za chwilę będzie obracanie kota ogonem, że czapeczka Lacie się zwyczajnie podoba, bo lubi białe litery na czarnym tle.

Być może drugie dno tej sprawy jest takie, że Lato doszedł do wniosku, że jedyne co może ludziom zaoferować w kontekście swojej głowy, to tylko miejsce, na którym można nakleić logo:)

Prezes PZPN-u po raz kolejny potwierdza więc, że sam jest jak taka czapeczka – prosty i bez gustu.

P.

(Trochę) Polskie Kangurki. Biało-czerwone odcienie Socceroos

Jak wiemy biało-czerwoni nie wybiorą się w czerwcu do RPA, aby zmierzyć się na afrykańskich boiskach z najlepszymi reprezentacjami świata. Nie oznacza to jednak, że na Mundialu zabraknie (trochę) polskich zawodników. I nie chodzi mi o Klosego, Podolskiego czy Trochowskiego. Dużo bardziej smakowity jest bowiem wątek trójki piłkarzy reprezentujących Australię, z których każdy nosi w sobie kawałek polskiego genomu. Nikolai Topor-Stanley (1985), Stuart Musialik (1985) i James Wesolowski (1987) – tercet młodych socceroos, których przodkowie pochodzili z Polski, być może wywalczy sobie miejsce w kadrze Pima Verbeeka na MŚ 2010.

Pierwszych dwóch to zawodnicy Olyroos, czyli reprezentacji Australii U-23, która występowała na Igrzyskah w Pekinie (na marginesie, igrzysk nieudanych – tylko jeden punkt i brak awansu z grupy).

(Topor-Stanley stoi czwarty z lewej, Musialik klęczy w środku)

Z tego duetu to właśnie Topor-Stanley ma największe szanse na reprezentowanie Australii na Czarnym Lądzie.

Urodzony w Canberze defensor ma wyjątkowo interesujące korzenie. Jest on bowiem synem pochodzącego z Mauritiusu hinduskiego inżyniera (!) i Niemki, której rodzice byli Polakami. Pomimo młodego wieku już od kilku lat znajduje się w czołówce defensorów australijskiej A-League – najpierw jako zawodnik Sydney FC, potem Perth Glory a obecnie Newcastle United Jets. W sezonie 2007/2008 został nawet uznany najlepszym zawodnikiem ligi! Dysponujący potężną fryzurą Nikolai najlepiej czuje się na środku defensywy, choć trenerzy częściej widzą go na lewej stronie. Na boisku gra bardzo twardo i zdecydowanie.

Debiut w Socceroos zaliczył w 2008 roku w potyczce z Singapurem (0-0) a na chwilę obecną zagrał w niej jeszcze dwa razy.

Wsławił się również tym, że o mały włos… nie zabił kiedyś chłopca do podawania piłek.

Stuart Musialik również już zagrał w dorosłej kadrze. W 2008 roku wystąpił w eliminacyjnym meczu z Chinami. Jak na razie na tym skończyła się jego przygoda z pierwszą reprezentacją. Nie udało mi się ustalić jego polskich korzeni, ale wszędzie pojawia się właśnie jako posiadacz takowych:)

Musialik to środkowy pomocnik, występujący na codzień w Sydney FC. Podobno ma dobry przegląd pola i nieźle operuje lewą nogą.

(gol Musialika od 5:37)

James Wesolowski jest najmłodszy, ale też chyba najbardziej perspektywiczny z tego towarzystwa. Nie sposób dotrzeć czy Polakiem był ojciec czy dziadek Wesolowskiego, w każdym razie chłopak dysponuje również polskim paszportem. Żeby było śmieszniej, posiada on również obywatelstwo brytyjskie, albowiem tam właśnie się wychowywał.

Zawodnik Leicester to typowy defensywny pomocnik. Podczas meczu tyra jak dzik, czyści pole a odzyskane piłki stara się rozsądnie rozgrywać. Wszędzie gdzie się dotychczas pojawiał z miejsca zyskiwał uznanie trenerów i sympatię kibiców. Jego zmorą są jednak kontuzje – australijski zawodnik miał już bowiem dwukrotnie złamaną nogę. Za każdym razem jednak zaciskał zęby i wracał na boisko.

Nie mogąc sobie przez długi czas wywalczyć miejsca w zespole Leicester City, Wesolowski często był wypożyczany – Cheltenham Town, Dundee United i Hamilton Academical.

Był on już także powoływany do pierwszej reprezentacji Australii w 2007 roku – na mecz z Kuwejtem oraz z Nigerią w Londynie. Niestety, w tym pierwszym przypadku przyjazdu na kadrę zabronił mu klubowy lekarz a to drugie spotkanie Wesolowski w całości przesiedział na ławce.

Czy któryś z nich zagra w RPA? Najbliżej biletu na Mundial jest Topor-Stanley, ale może się okazać, że Verbeek odważniej postawi na młodych, a wtedy drzwi do kadry dla całej trójki stoją otworem. A jeśli do tego dodać występującego etatowo w Socceroos Jacoba Burnsa, który nie tak dawno grał przecież w Wiśle, to okaże się, że ta Australia to całkiem polska drużyna. W końcu na bezrybiu i rak ryba.

P.

90 minut z Diego. Maradona by Kusturica

To cud, że planeta Ziemia nie wyleciała ze swojej osi, gdy miliard ludzi podskoczyło na raz po tym, jak strzelił Anglii gola tysiąclecia.

Emir Kusturica pod koniec swojego filmu o najwybitniejszym piłkarzu Argentyny, a pewnie i świata, wygłasza kwestię, która brzmi mniej więcej tak:

– Dwa lata temu siedzieliśmy z ekipą w tym samym hotelu i zastanawialiśmy się, czy Maradona nas do siebie dopuści. Chcieliśmy odkryć kim tak naprawdę jest. I choć spędziliśmy z nim dużo czasu, wciąż czuję się jakbyśmy byli w tym samym miejscu.

Pozwolę się nie zgodzić, panie reżyserze. Pana film ”Maradona by Kusturica” moim zdaniem bardzo wiernie pokazuje, jakim człowiekiem jest Diego Armando. Inna sprawa, że ukazane cechy odpowiadają temu obrazowi Argentyńczyka, jaki był tworzony przez lata i jaki dobrze znamy (w większości, bo wyjątki są – o nich później). Kusturica nie dyskutuje, nie dopytuje. Kusturica słucha, podąża śladami. Doskonale widać, że reżyser i piłkarz szybko zostali kumplami, czy wręcz przyjaciółmi. A to oglądamy scenę z domu rodzinnego Maradony do którego reżyser jest wpuszczony niemal jak swój, a to widzimy jak Argentyńczyk wpada z rewizytą do Belgradu. I obaj panowie kopią piłkę na belgradzkiej ”Maracanie”.

Parafrazując tytuł, to trochę obraz ”Friend by friend”. No to jakiego Maradonę pokazał widzom Kusturica?

Maradona-geniusz piłki. Tu wątpliwości nie ma chyba nikt (w końcu nie bez powodu to właśnie sylwetka Diego znajduje się w logo tego bloga…). Film przeplatany jest archiwalnymi materiałami (te z młodości są naprawdę unikatowe) z mnóstwem cudownych goli Maradony. Do każdego z nich, w tle, Sex Pistols gra God Save The Queen i każdy z nich kończy się ”golem tysiąclecia” strzelonym Anglii. Ten słynny drybling zakończony trafieniem do bramki każdorazowo jest przerywany, bo po nim następuje sekwencja w której występuje…

Maradona-wróg USA, Anglii i wszelkich kapitalistów
Maradona-przyjaciel Fidela Castro, Che Guevarę i Hugo Chaveza
Każdy ”teledysk” z golami Maradony kończy się… animacją, na której piłkarz ośmiesza takie osoby jak: Margaret Thatcher, Książe Karol, Królowa, Tony Blair, George Bush senior, George Bush jr. Zresztą, Busha nazywa mordercą, a na Anglikach wyżywa się opowiadając z lubością o golu strzelonym ręką – zemstą za wojnę o Falklandy (– Czułem się, jakbym ukradł im portfel. Jakby żart uszedł mi na sucho). U boku Kubańczyka i Wenezuelczyka piłkarz staje w filmie ramię w ramię, by na spotkaniach i wiecach bronić Amerykę Łacińską przed ”Strefą Wolnego Handlu” i najeźdźcami z północy. Maradona ma tatuaż i z Che i z Castro. – Kocham Kubę, mógłbym umrzeć za Fidela – krzyczy w jednej z scen rozradowany Maradona.

– Gdyby nie został piłkarzem, byłby rewolucjonistą – mówi Kusturica. Ciężko odmówić mu racji. Diego wybrał jednak piłkę i tak powstał…

Maradona-bożyszcze tłumów (czy po prostu – bóg). Czytając opisy niektórych zdarzeń czy zjawisk człowiek je sobie wyobraża, ale dopiero je widząc, w pełni uświadamia sobie, ich ogrom czy skrajność. To, jak są porażające. Dla mnie porażające były sceny pokazujące fanatyków skupionych w kościele Maradony. U Kusturicy słuchamy pieśni ”Gol stulecia” na melodię ”Ave Maria”, widzimy ”chrzest”, który następuje po tzw. rytuale bramki (nowy brat strzela gola ręką w sytuacji zaimprowizowanej na tę z meczu z Anglią), w końcu oglądamy ślub, gdzie kapłani z autobiografią Diego służącą za biblię, udzielają sakramentu ”przysłowiowej” Alejandrze Diego i Gabrielowi Diego (Diego to obowiązkowe drugie imię ; – Przesięgnijcie, że Diego był, jest i będzie najlepszym piłkarzem na świecie). ”Diego” słychać też zamiast ”Amen”. Choćby na zakończenie modlitwy, która szła mniej więcej tak:

Diego nasz, któryś jest artystą na boisku, święć się twa lewa ręka, przyjdź magia twoja, tak przez gole zapamiętane i na ziemi i w niebie. Radości życia codziennie nam dostarczaj i odpuść winy dziennikarzom, jako i my odpuszczamy neapolitańskiej mafii. Nie wódź nas na pokuszenie i chroń od Joao Havelange’a. Diego.

Uff… Brak słów. Czym przy tym jest stwierdzenie gościa witającego Diego na lotnisku w Belgradzie: – Po raz pierwszy w życiu założyłem koszulę. Na spotkanie z bogiem.

Na boisku może i wszechmocny, ale poza nim…

Maradona-(były) narkoman i słaby człowiek. Jak wyczytałem, przez chorobę (?) Kusturicy, która uniemożliwiła mu pracę nad filmem w momencie największej zapaści Maradony (jakoś dwa lata temu), momenty te oglądamy tylko w krótkich migawkach z serwisów telewizyjnych. Na ekranie nie widzimy więc Maradonę okrutnie grubego, czy schorowanego. Jest za to Maradona, który wyszedł z nałogu. Który chyba naprawdę poczuł, że przez narkotyki wiele stracił. To cenny i budujący fragment filmu. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że Boski Diego może być krytyczny wobec siebie.

Claudia jest brzydsza ode mnie (o żonie, śmiech). Ale jej zazdroszczę. Jakim musiałem być sukinsynem, że to wszystko przegapiłem. Przegapiłem tyle ważnych chwil z życia córek, Dalmy i Gianniny.

– Byłem w śpiączce, byłem martwy. Ale widocznie ktoś do góry uznał, że jeszcze nie czas. Że mam walczyć dalej.

Kusturica: – Jestem pewien, że gdyby żył Andy Warhol, umieściłby go w sepii tak jak Marylin Monroe czy Mao.

Maradona: – Wyobrażasz sobie, jakim mógłbym być piłkarzem, gdyby nie kokaina?

Tego to już nie jestem w stanie sobie wyobrazić.

B.

PS Film otrzymał Nagrodę Piłkarskich Koziołków, a jego wyświetlenie było uwieńczeniem jedynej w swoim rodzaju sekcji filmów piłkarskich Ale Kino! z piłką w ramach 27. Międzynarodowego Festiwalu Filmów Młodego Widza Ale Kino!.

Les Arbitres / Zabić sędziego

– Odwaga. To najważniejsze. I szacunek.

Po wejściu na salę kinową nie wierzyłem własnym oczom. Nikogo na niej nie było. Fakt, że do filmu był jeszcze kwadrans, ale uczucie niepokoju było spore. Jak to, nikt nie chce obejrzeć, co Howard Webb przyjął w darze od cesarza austriackiego w zamian za tego karnego? ;) Na szczęście, salę stopniowo zaczęli wypełniać widzowie. Najpierw wkroczył ok. 80-letni pan, potem jakaś parka (- Znów będziemy przysypiać. Co to było w zeszłym roku? O Beckhamie? – O Zidanie. Świetny film. – Tia.), dalej Najsłynniejsza Poznańska (Polska!) Para Kinomaniaków i tak dalej. Ostatecznie widzowie zajęli zdecydowaną większość foteli. I nie mogli żałować, bo dokument Yvesa Hinanta i Jeana Libona jest naprawdę znakomity.

* * *

– Karagounis! Karagounis! Nie rób gestów!
– Przepraszam.
– Pieprzyć ”przepraszam”! Nie rób gestów, bo będę musiał ci pokazać kartkę.

Myślałem, dumałem i naprawdę nie wiem, czy smakowitsze jest podglądanie sędziów na boisku, w rozmowach między sobą i z piłkarzami, czy ich kontakty poza nim, rauty, relacje z najbliższymi itd.

Widząc i słysząc niemal nieustannie rozmawiających przy pomocy mikrofonów i słuchawek arbitrów, aż trudno wyobrazić o ile trudniejsza była ich praca zanim wprowadzono to udogodnienie. A to było przecież całkiem niedawno.

– Nie jestem Bogiem, też się mylę – mówi Massimo Busacca zawodnikom Grecji po meczu ze Szwecją. Błędy sędziów czy posądzanie o nie – zwłaszcza Howarda Webba przez polskich kibiców – stanowią bardzo ważny wątek filmu, ale nie powinno się mówić o dziele Francuzów tylko w tym kontekście. I choć angielskiego sędziego (również jego rodzinę) oglądamy pewnie najdłużej ze wszystkich arbitrów, to mam wrażenie, że zarówno polski tytuł ”Zabić sędziego”, jak i angielski ”Kill the referee” nadto spłycają dokument tylko do tego jednego wątku.

* * *

– Wyrzuciliście bombę, cyjanek i wąglika?

Takie pytanie zadaje Webb pół żartem, pół serio, przed drugim swoim meczem. Już po karnym-nie-karnym dla Austrii, po przekleństwach Beenhakkera i po przepełnionych chamstwem i prostactwem obelgach wielu Polaków.

Scenę po powyższej, Webb powtarza w szatni za Leo kręcąc głową z niezrozumieniem ”angielski sędzia, angielski sędzia”.  Trójka prowadząca spotkanie Austria – Polska nie ma jednak do siebie pretensji o gola dla gospodarzy, żałują uznania gola Rogera. Asystent swoje wątpliwości ujawnia już w przerwie. UEFA w sprawie karnego stoi murem za arbitrami. Po obejrzeniu filmików na YouTube, gdzie Webb przez Polaków stawiany jest w jednym rzędzie z Hitlerem, po doniesieniach prasowych, zastosowane sa większe środki bezpieczeństwa. A na odprawie słychać: – Pokazaliśmy wszystkim drużynom przed mistrzostwami, że tego typu sytuacje będą gwizdane. To ich problem, że się ich nie nauczyli.

Anglicy z turnieju wyjadą jednak już przy pierwszej okazji. De facto za gola Rogera.

– Rozejrzyjcie się dookoła, harowaliście na to pieprzone Euro – mówi Webb do asystentów kończąc swój ostatni mecz na mistrzostwach.

Wystarczy jeden błąd i już cię nie ma – kiwa głową jeden z arbitrów. Jemu akurat nie podziękowano przy pierwszej okazji.

* * *

– Wszystko się może zdarzyć. Ale to tylko zabawa. Po meczu napijemy się piwa. I będzie smakować wybornie.

Z tym ”tylko zabawa” bym nie przesadzał, ale film zgrabnie pokazuje też to ”napicie się piwa”. Nie, nie sędziowskie hulanki, ale po prostu ich ludzką stronę (więc jednak istnieje! ;) tak, Webba też). Ich wyrzuty sumienia – jak asystenta Webba, który wie, że za jego błąd poleci cała trójka. Ich wspólne oglądanie meczów i nabijanie się z włoskiego kolegi na meczu z Holandią 0:3 (- Roberto, dobranoc!). Ich rodziny emocjonujące się prowadzeniem przez nich meczu (ilu osobom, poza najbliższymi, jest nieobojętny los kolesi z gwizdkiem? Nie widzę, nie słyszę), ale też rozważające detale ich mimiki na boisku, czy… ubrania:

– Czy niebieski strój nie jest ładniejszy? Wiele ładniejszy niż te ostatnie.
– Ostatnio też miał niebieski.

* * *

– 3000, co?
– Nie chodzi mi o pieniądze. Oddałbym je, by tylko sędziować.

Najbardziej poruszający jest dla mniej jednak wątek hiszpańskiego sędziego Mejuto Gonzaleza. Sędziował finał Ligi Mistrzów 2005, liczył na finał Euro 2008. A jego przekleństwem stała się wyśmienita gra Hiszpanów. Gdy odpadli oni z Włochami, bardzo możliwe, że to Gonzalez poprowadziłby finałowe spotkanie. – Czyli Włosi – rzuca któryś z sędziowskich decydentów po decydującym o awansie Hiszpanów karnym strzelonym Buffonowi. Wcześniej pokazana jest gorąca dyskusja bliskich arbitra.

– Czemu krzyczałeś ”Forza Italia!”? Nie jesteś Hiszpanem!
– Chcę, żeby Mejuto mógł dalej sędziować!
– Posędziuje ten czy inny mecz. Co z tego. Jesteś Hiszpanem, musisz kibicować Hiszpanii!

Mejuto jednak zwycięstwo rodaków przyjął z gorzką miną. Co innego Włoch Roberto Rosetti. Ten sam, z którego koledzy się śmiali podczas meczu z Holandią. On poprowadził finał.

B.

PS Ale i tak uważam, że choć Webb wydaje się być sympatycznym gościem, to karnego w meczu z Polską absolutnie nie powinien podyktować.

PS 2 Film obejrzałem w ramach 27. Międzynarodowego Festiwalu Filmów Młodego Widza Ale Kino! i jedynej w swoim rodzaju sekcji Ale Kino! z piłką.

Dziesięć lat po losowaniu. Tym losowaniu

7 grudnia 1999 roku (we wtorek) w japońskim Tokio odbyło się losowanie grup eliminacji mistrzostw świata 2002. Po latach losowań fatalnych, fortuna była tym razem tak sprzyjająca, że to w dużej mierze dzięki niej Polska znów pojechała na mundial. A potem na jeszcze jeden mundial i na Euro. Prawda jest bowiem taka, że jedno ”przebicie się” przed zespoły z dwóch najwyższych ”koszyków” pozwala potem na rozstawienie w kolejnych eliminacjach. A to w Tokio szczęśliwie los przydzielił nam co najwyżej niezłe drużyny – Norwegię i Ukrainę. A mogło być dużo, dużo gorzej.

Koszyk 1: Hiszpania, Rumunia, Norwegia, Szwecja, Holandia, Czechy, Niemcy, Belgia, Jugosławia.
Koszyk 2: Austria, Portugalia, Włochy, Szkocja, Ukraina, Rosja, Anglia, Turcja, Dania.
Koszyk 3: Irlandia, Chorwacja, Słowacja, Izrael, Bułgaria, Grecja, Szwajcaria, POLSKA, Litwa.
Koszyk 4: Cypr, Węgry, Finlandia, Islandia, Macedonia, Łotwa, Bośnia, Słowenia, Walia.
Koszyk 5: Gruzja, Armenia, Estonia, Irlandia Płn., Albania, Wyspy Owcze, Azerbejdżan, Białoruś, Mołdawia, Liechtenstein, Luksemburg, Malta, San Marino, Andora.

Trener reprezentacji Polski Jerzy Engel marzy o grupie: Belgia lub Niemcy, Austria, Cypr, Liechtenstein, San Marino. Za najtrudniejszą uznałby rywalizację z Hiszpanią lub Rumunią, Włochami lub Portugalią oraz Słowenią lub Łotwą.

Nie sprawdziła się ani ”grupa marzeń”, ani ”grupa marzeń”. A i tak tym losowaniem Jerzy Engel zasłużył na miano największego fuksiarza w polskiej piłce.


NARESZCIE BEZ ANGLII
Gazeta Wyborcza 08/12/1999

– Opuściło nas angielskie fatum – cieszy się bramkarz reprezentacji Jerzy Dudek. Po raz pierwszy od 12 lat Anglicy nie stanęli na drodze Polaków.

Warto jednak przypomnieć, że w eliminacjach piłkarskich mistrzostw 1994 roku i Anglików, i Polaków zdystansowali Norwegowie, a właśnie z nimi – obok Ukrainy, Walii oraz słabszej Białorusi i Armenii – będziemy teraz walczyli.

Wczoraj w Tokio odbyło się losowanie grup eliminacyjnych do Mistrzostw Świata 2002 w Korei i Japonii.

(…) Trener kadry Jerzy Engel:

[Podczas losowania] Bardzo chciałem wtedy, żebyśmy trafili do grupy drugiej – z Cyprem, Estonią i Andorą. Nie udało się. Kiedy znaleźliśmy się w grupie piątej, miałem mieszane uczucia, ale czekałem dalej. Gdy dolosowywano nam zespół z drugiego koszyka, mówię sobie: „Jest Austria”. To był zespół, na który bardzo chciałem trafić. Przyszła Ukraina. Przy pierwszym koszyku, kiedy minęły już Jugosławia, Holandia, Czechy i Szwecja, pomyślałem: „Boże, Rumunia. A ja jej tak nie chciałem”. Na szczęście trafiliśmy na Norwegię.

Nikt nie jest zadowolony. To nie jest grupa dobra komercyjnie. Nawet te słabsze zespoły nie cieszą się, bo niewiele zarobią na sprzedaży praw do transmisji telewizyjnych. Powodów do radości nie mieli też Norwegowie. Ich humor popsuł się do reszty na spotkaniu po ceremonii losowania, kiedy przeforsowaliśmy, że ustalanie kalendarza odbędzie się w Polsce 8 lutego. Kandydaturę Oslo poparli Walijczycy, Warszawę – pozostali.

Po samym losowaniu nie ma się z czego cieszyć. To jest tak jak w meczu, kiedy sędzia przyznaje rzut karny. A nie zapominajmy, że jeszcze tę „jedenastkę” trzeba wykorzystać. Cieszy mnie to, że nie ma w grupie zespołu grającego świetnie technicznie. Wszyscy rywale prezentują siłowy futbol. Faworytem jest Norwegia, która ma nie tylko świetną reprezentację, ale i kluby. Czołowi piłkarze grają w Anglii i są gwiazdami swoich zespołów. Ukraina opiera się na Szewczence, ale ma też paru innych znakomitych graczy. Pechowo nie zakwalifikowała się do finałów ME. Walię znamy najmniej. Trafiliśmy na nich na „pociechę”, że nie wylosowaliśmy Anglii. Białoruś i Armenia są uznawane za słabeuszy. Ale parę razy udowodnili, że ten, kto ich potraktuje niepoważnie, zostanie skarcony.

To, że jest sześć zespołów, to dobrze. Jest więcej punktów do zdobycia.

Kazimierz Górski, twórca sukcesu polskiego futbolu w latach 70.: – Nie jest źle. Ale żeby awansować, nie można oglądać się na rywali. Musimy stworzyć zespół, który będzie potrafił grać.

Anglicy mieli pecha: trafili do grupy z trzykrotnymi mistrzami – Niemcami.
– Wiedziałem, że tak się stanie. Miałem przeczucie – mówił po losowaniu trener reprezentacji Niemiec Erich Ribbeck. – Wieczorem wybrałem się do baru na piwo z Kevinem Keeganem. Obok nas siedzieli działacze Grecji i Finlandii. Żartowaliśmy, że pewnie przyjdzie nam grać w jednej grupie, i proszę. Oto skutki wspólnego picia piwa.
U bukmacherów na liście faworytów do tytułu mistrza świata Polska jest dopiero na 32. miejscu. Za jednego funta postawionego na Polaków można wygrać aż 150! Faworytem bukmacherów jest Brazylia (4:1), która wyprzedza Argentynę, Włochy, Hiszpanię (po 9:1). Z zespołów z naszej grupy najwyżej oceniono Ukraińców (40:1) i Norwegów (50:1).

 

Dostać się do jednego z dwóch najwyższych ”koszyków” jest cholernie ciężko. Ale spaść do trzeciego-czwartego jest łatwiutko. Niestety, po minionych, koszmarnych eliminacjach, przekonamy się o tym boleśnie – już od el. MŚ 2014. Wtedy znów będzie trzeba się modlić o cud w losowaniach. Z tym, że po tym jak reprezentacja nie umiała wykazać wyższości nad Łotwą czy Słowacją (w eliminacjach) lub Ekwadorem czy Austrią, ciocia Fortuna w końcu się wkurzy i znów wyśle nas do Anglii.

B.

(Nie)zapomniany mecz: liga włoska – liga polska (1988). Postscriptum

Diego Maradona próbuje minąć Ryszarda Komornickiego

Sprawa meczu rozegranego 12 listopada 1988 roku (w weekend po meczach rewanżowych Górnika z Realem i Lecha z Barceloną!) od dawna nie dawała mi spokoju, więc gdy przy okazji wizyty Arrigo Sacchiego w Poznaniu spisałem możliwe do zdobycia w internecie wiadomości, poczułem ulgę. Ulga jednak była niepełna, tak jak niepełne były zdobyte dane. Brakowało pełnych składów, strzelców goli, przebiegu spotkania… Gdy więc miałem okazję dobrać się dziś w bibliotece do starych roczników Przeglądu Sportowego, czym prędzej rzuciłem się na rok 1988. Oto efekty. Będzie jednak tylko o meczu, sprawą ucieczki Andrzeja Rudego odpuszczam. Rzucę tylko, że komentarz w PS został opatrzony tytułem ”Zdrajca”. A ciekawostką jest fakt, że niezłą chryją zafundował wszystkim przed wyjazdem również Dariusz Dziekanowski.

PS 8.11.1988
„Dziekanowski odzyskał zaufanie Łazarka”

Sezon piłkarski zbliża się ku końcowi. Jeszcze tylko jedna kolejka ekstraklasa oraz pucharowe spotkana i pożegnamy się z piłką na długie miesiące. Zanim to jednak nastąpi, reprezentacja Polski, występująca pod nazwą Liga Polska, zmierzy się na stadionie Giuseppe Meazza w Mediolanie z zespołem ligi włoskiej. Będzie to oczywiście spotkanie towarzyskie, powodem jego zorganizowania jest jubileusz 90-lecia włoskiego związku piłki nożnej. Meczem tym „biało-czerwoni” zainaugurują też obchody 70-lecia PZPN, których finalne uroczystości odbędą się w przyszłym roku.(…)
Na sobotnie spotkanie (godz. 14.30) trener Wojciech Łazarek powołał:
Wandzik (Górnik), Jojko (GKS Katowice) – Kaczmarek, Wdowczyk (Legia), R. Warzycha (Górnik), Piotr –iński (ŁKS), Łukasik (Lech) – A. Rudy (GKS Katowice), Urban, Komornicki (Górnik), Warzycha (Ruch), Kosecki (Gwardia), Dziekanowski (Legia), Ziober (ŁKS), Araszkiewicz (Lech)
Zespół polski wyruszy do Włoch bez piłkarzy Górnika, rozgrywających w czwartek pucharowe spotkanie z Realem Madryt. Dołączą oni do kolegów dopiero w piątek przed południem.

PS 10.11.1988
„Z Maradoną na czele”

(…) W kadrze naszych ligowców pewne zmiany. Wycofany został Dariusz Kubicki (Legia) [którego nie znajdziemy na liście wyżej], trener Wojciech Łazarek powołał dwóch innych piłkarzy: Ryszarda Tarasiewicza (Śląsk) i Witolda Bendkowskiego (ŁKS). (…)
Arrigo Sacchi postanowił oszczędzić swoich asów
[z Milanu] – Holendrów Van Bastena, Gullita i Rijkaarda. Powołał za to do drużyny słynnego Diego Maradonę! Włoską ligę mają reprezentować także inne gwiazdy światowego futbolu – Brehmer i Mathaeus (Inter Mediolan), Careca (Napoli), Renato (Roma) i Hysen (Fiorentina). Liga włoska nie będzie jednak zespołem składającym się z samych obcokrajowców. Sacchi poprosił o udział w meczu także bramkarza – Gallego, Manciniego i Vierchowoda z Sampdorii oraz Virdisa z Milanu.

PS 11.11.1988
„Dziekanowski został w domu. Gramy z nie byle kim”
(…) Nie ma wśród nich Dariusza Dziekanowskiego. Piłkarz Legii – na wniosek trenera Andrzeja Strejlaua – został skreślony z listy wyjeżdżających. Powodem tej decyzji była absencja zawodnika na zajęciach klubowych. Po prostu Dziekanowski po meczu z Górnikiem przestał przychodzić na treningi. Trudno to wszystko pojąć; jeśli powód jest prawdziwy, należałoby chyba podjąć kroki bardziej zdecydowane, bo grożenie palcem – jak widać – nie pomaga.

PS 14.11.1988
Kazimierz Marcinek telefonuje z Włoch
„Nasza liga nie gorsza od włoskiej” s. 1
(…) W Mediolanie nie było jednak pogrzebu polskiego futbolu. Biało-czerwoni choć wystąpili bez Rudego i zawodników grających w klubach zagranicznych, spisali się nadzwyczaj dobrze. Zremisowali, choć przez kilka lat jedynym Polakiem, któremu włoscy kibice bili brawo był Zbigniew Boniek. Po sobotnim spotkaniu na San Siro grupa kibiców żegnała schodzących do szatni naszych piłkarzy oklaskami. Pokazali oni bowiem grę, która zaskoczyła gospodarzy, ale także takich speców jak trenerzy Bobby Robson i Olle Nordin.

„Diego Maradona uratował włoskich ligowców” s. 4

Początek spotkania nie zapowiadał ani emocji ani wysokiego poziomu. Atmosfera na stadionie przypominała raczej piknik. (…) Z boiska wiało nudą i zabłąkany gołąb ze spokojem mógł sobie spacerować po murawie. Także wysoko, ponad trybunami robotnicy rozbudowujący stadion nie przerywali pracy. Dźwig raz za razem dostarczał im cement oraz inne materiały budowlane. (…)

Obraz gry zmienił się wraz z wejściem na trybunę prasową… Grażyny Torbickiej z mężem. Nie, proszę nie myśleć, że wiedzieli o tym piłkarze. Akurat właśnie w tym momencie Robert Warzycha przechwycił piłkę przed polem karnym włoskiej drużyny, wyprzedził obrońcę i uzyskał prowadzenie. Gospodarze oniemieli. Do tej pory biało-czerwoni sprawiali raczej wrażenie przestraszonych i więcej uwagi poświęcali obronie.

Gol dodał animuszu naszym zawodnikom, a jednocześnie zmusił gospodarzy do bardziej zdecydowanej gry. Jednak więcej okazji strzeleckich mieli Polacy. Cóż z tego, kiedy Jarosław Araszkiewicz fatalnie spudłował, a Jacek Ziober zamiast podawać do lepiej ustawionych kolegów, sam próbował pokonać Galliego. Co gorsze Araszkiewicz nie zdołał chwilę później odebrać piłki Maradonie a ten pomiędzy dwójką polskich obrońców podał do Tasottiego i Wandzik nie mógł zapobiec utracie gola.

Podczas przerwy cieszyliśmy się jednak mimo wszystko z remisu (…). To co jednak biało-czerwoni pokazali po wznowieniu gry przeszło oczekiwania wszystkich. (…) Przez wiele minut gospodarze zupełnie nie mogli sobie poradzić z szybkimi akcjami naszych reprezentantów.

W 55. min popis umiejętności dał Dariusz Wdowczyk. Odebrał piłkę przed własnym polem karnym, przebiegł prawie całe boisko, zagrał ”klepkę” z Janem Urbanem, położył na ziemię Galliego i strzelił gola. (…) Polski piłkarz i taka akcja! (…)

Wkrótce mogło być 1:3. Ryszard Tarasiewicz, który zmienił trochę nierozumiejącego się z kolegami Romana Koseckiego, podał do Araszkiewicza, a ten niestety trafił w słupek. W rewanżu Caniggia minął trzech Polaków, lecz Wandzik odbił piłkę nogą. Za chwilę udanym zagraniem popisał się Ryszard Komornicki, ale i Jan Urban nie trafił do bramki. Piłkarz Górnika miał jeszcze lepsze okazje. (…) Dwa razy przegrał pojedynek z Landuccim i wreszcie sprzed linii bramkowej piłkę wybił Gregucci.

Oczywiście również i Włosi stwarzali groźne sytuacje. Zwłaszcza Maradona przejawiał wielką chęć do gry. (…) W 72. min Argentyńczyk z wolnego trafił w słupek, a w 83. min ku ogromnej radości swojej, kolegów i kibiców zdobył wyrównującego gola. Co prawda pomógł mu w tym wydatnie Kaczmarek, który przypadkowo odbił piłkę prosto na jego nogę, ale strzał Maradony był naprawdę przedni.

Wynik 2:2 zupełnie nie satysfakcjonował włoskich ligowców. (…) Przeszkodziła im w zrealizowaniu zamiarów świetna gra Łukasika i kolegów.

Liga włoska:

AC Milan: Giovanni Galli, Mauro Tassotti, Alberigo Evani, Pietro Paolo Virdis
Inter: Lothar Matthaeus
Juventus: Giancarlo Marocchi
AC Fiorentina: Marco Landucci
Lazio: Angelo Adamo Grecucci
AS Roma: Lionello Manfredonia, Renato
U.S. Lecce: Juan Barbas
Sampdoria: Fausto Pari, Moreno Manini
Verona: Giuseppe Volpecina, Claudio Cannigia
Napoli: Careca, Diego Maradona

Liga polska:

Górnik: Józef Wandzik, Ryszard Komornicki, Jan Urban, Robert Warzycha
Legia: Zbigniew Kaczmarek, Dariusz Wdowczyk
Lech: Damian Łukasik, Jarosław Araszkiewicz
ŁKS: Jacek Ziober, Witold Bendkowski, Piotr Soczyński
Ruch Chorzów: Krzysztof Warzycha
Śląsk: Ryszard Tarasiewicz
Gwardia Warszawa (II liga): Roman Kosecki

B.