"Kompletnie, konkretnie" czyli nostalgia znad kufla z piwem

Wydana przez księgarnię Sendsport książka „Kompletnie, konkretnie” to wyjątkowa pozycja na naszym literacko-sportowym rynku. Nie wpisuje się ona bowiem w żaden z funkcjonujących na nim gatunków – (auto)biografię, kibicowskie wspomnienia czy doraźną publicystykę. „Kompletnie, konkretnie” określiłbym mianem pokawałkowanej gawędy, zbioru wspomnień i narzekań, które mogliby uprawiać dwaj futbolowi maniacy podczas kolejnych spotkań przy piwie. Autorzy książki – Nick Davidson i Shaun Hunt – wprost odwołują się do tej mocno subiektywnej estetyki, zaczynając swoją wypowiedź zwykle w stylu „pamiętamy jak kiedyś…” albo „gdy jeszcze byliśmy dziećmi, to często…”. Podkreśla to klimat nostalgii i tęsknoty za piłką, która już nie wróci. „O tym, co jest nie tak ze współczesną piłką nożną” – tak brzmi podtytuł książki i on też z góry programuje jej wydźwięk (skądinąd oryginalne brzmienie tytułu ma jeszcze mocniejszy wydźwięk – „Modern Football is Rubbish”).

„Kompletnie, konkretnie” czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Jest w niej sporo zabawnych fragmentów, jest sporo wartościowych spostrzeżeń, no i można wyłuskać kilka ciekawostek. Są też jednak mielizmy, fragmenty bardzo naciągane i takie zupełnie dla polskiego czytelnika niezrozumiałe.

Kompletnie – wielką siłą tej książki są niezwykle celne i zarazem złośliwe uwagi wymierzone w kierunku zjawisk związanych z futbolem, ale będących w zasadzie jego odpryskami, pasożytami na piłkarskim organizmie. I tak dostaje się autobiografiom piłkarzy (obecnie średni wiek piłkarza piszącego swoją „autobiografię” to dwadzieścia cztery lata!), dostaje się próbom marketingowej ekspansji (hymn Premiership!), obrywają również duże kluby, które zagarniają rozgrywki dla siebie („Wielka Czwórka. Są wielcy, jest ich czworo i nie pozwalają nikomu innemu nic wygrać”). Z rozważań autorów bije nostalgia za czasami, kiedy grało się w piłkę starą szmacianką, strzelając nią na bramki utworzone z kamieni, a po wszystkim wymieniało się między sobą naklejki Panini. Pytanie czy naprawdę chcemy, aby te czasy wróciły? W ogóle Anglicy zwracają uwagę na zanik pewnych kibicowskich atrybutów jak proporczyki, telegazeta czy zeszyty-wycinanki. Tęsknią oni także za epoką, podczas której w europejskiej piłce pojawiały się drużyny nie będące Chelsea czy Liverpoolem, np. Honved Budapeszt. Z zachwytem więc spoglądają w stronę lig amatorskich czy prób zawiązywania stowarzyszeń stojących w kontrze do dużych klubów (przykład Wimbledonu czy przeciwników Glazera w MU). No i mówią o bardzo zabawnym motywie – jednymi z najczęściej kupowanych w Anglii koszulek są repliki… peruwiańskiego klubu Deportivo Wanka (ang. wanker – wałkoń, onanista, idiota, dupek, kretyn).

Konkretnie – tym niemniej autorzy zwracają również uwagę na poważniejsze (a w zasadzie najważniejsze) kwestie związane ze współczesną piłką: totalność władzy FIFY, UEFY czy ówczesnego G-13; zagarnianie piłki przez wielkie kluby-instytucje i przekształcanie na ich modłę; postępującą inflację pieniądza w piłce – coraz więcej płacimy piłkarzom, którzy nic sobą nie reprezentują, w związku z tym tym najlepszym płaci się jeszcze i jeszcze więcej; próby robienia pieniędzy kosztem przyjętych zasad (próba organizacji 39. kolejki Premiership poza jej granicami); postępujący wyzysk kibica (płatne strony internetowe klubów, horrendalnie drogie repliki koszulek piłkarskich); palącą kwestię bezpieczeństwa na stadionach czy wreszcie rugowanie „prawdziwych” fanów ze stadionów kosztem „garniturowców”, ludzi „zajadających się kanapkami z krewetkami”. Davidson i Hunt ku przestrodze przywołują również losy cudownych dzieci angielskiej piłki (m.in. Hung Danga) a także składają hołd Pucharowi Narodów Afryki, jako wielobarwnej imprezie, która opiera się jeszcze hegemonicznym naciskom FIFA (podpisuję się pod tym obiema rękami; kolejny PNA już w styczniu).

Niekompletnie – niestety wśród wielu zagadnień celnych i ciekawych pojawia się też trochę wątków niecelnych i nieciekawych. Deliberacja nad wspólnymi kąpielami sportowców w łaźni, wskazywanie wyższości skurczu mięśnia nad porodem, obalanie tezy, że od psiej kupy się ślepnie (czy faktycznie trzeba o tym pisać na trzech stronach?), wnioski za reformą systemu bicia rzutów wolnych, wyliczanie zalet błota na boisku czy opisy wypraw po piłkę do ogrodu sąsiada – bez tych wątków książkę czytałoby się jeszcze lepiej:) Autorzy po prostu chwilami tak sobie coś tam plotą pod nosem, nie mając nic szczególnego do powiedzenia. Niestety czasem idą krok dalej i wysuwają tezy nie tyle  bezsensowne, co – według mnie – głupie i szkodliwe. Opowiadają się oni np. przeciw międzynarodowym meczom towarzyskim. W ogóle uważają, że teraz za dużo jest spotkań i lepiej było, gdy było ich mniej. Pieją też z zachwytu nad „lewoskrzydłowi” a więc mającymi lewicowe sympatie piłkarzami. I o ile można tylko przyklasnąć działalności Liliana Thurama (jest on obecnie doradcą rządu francuskiego w zakresie mniejszości narodowych), o tyle apoteoza Cristiano Lucarelliego, sympatyka włoskich komunistów i równocześnie człowieka, który podczas pobytu w Szachtarze inkasował pensje wysokości rocznego deficytu Liberii, ociera się o śmieszność. Trudno mi się zgodzić z takimi tezami.

Niekonkretnie – dużą bolączką tej książki jest również to, że mówi ona o wielu obszarach, które dla polskiego kibica są zupełnie nieznane. Dobrych kilka rozdziałów poświęcone jest takim zjawiskom jak magazyn Shoot!, seriale Grange Hill czy The Dream Team, komiks Roy of the Rovers czy gra Subbuteo. Mgłą niezrozumienia owiane są również rozdziały dotyczące wyspirskich komentatorów, dziennikarzy czy eksperów. Trochę ich za dużo, przez co podczas czytania pojawia się pewna sinusoida emocjonalna – raz coś kojarzymy, a raz nie, w konsekwencji wyczekujemy kiedy pojawią się znowu kartki dotyczące wątków bliskich również nam.

Nie zmienia to jednak faktu, że po „Kompletnie, konkretnie” sięgnąć warto (książka do nabycia choćby tutaj). Może wkrótce powstanie jej polski odpowiednik. Mnie na przykład we współczesnej piłce wkurza, że Lidze Europejskiej są grupy od A do L (!). A Polacy i tak w niej nie grają.

P.

Grecja i Ukraina, czyli idealny remis w Familiadzie cz. I

W sobotę Grecja zremisowała z Ukrainą. Bezbramkowo. Nie zdziwiłem się ani trochę, ani ociupinkę takim wynikiem. Dziwię się sobie, że nie obstawiłem takiego wyniku u buka. Ale mniejsza z tym.

W obu tych pięknych krajach (konkretnie w Atenach oraz na Krymie i we Lwowie) w ciągu ostatnich 18 miesięcy gościłem, a że były to wizyty nader miłe, do obu państw mam dużą sympatię. I teraz zagwozdka, komu kibicować w rewanżu. Oto mała konfrontacja wspomnieniowo-piłkarsko-kulturowe.

Teleturniej poprowadzi Karol Strasburger! – Witam serdecznie!

Na początek może taki żart trochę piłkarski, jesteśmy w końcu na blogu piłkarskim, to możemy sobie tak piłkarsko pożartować… Jak nazywałby się trener Niemców w 2006 roku, gdyby przegrali oni z Polską? Państwo nie wiedzą, to powiem. Juergen Klęskmann! Ha a ha. [najgorszy żart świata, © Zczuba.pl]

Teraz już pora na naszych uczestników, czyli to na co tygryski ostrzą sobie zęby najbardziej. Rodzina Ateńczyków przyjechała do nas z Hellady i kibicuje Panathinaikosowi

Tylko Panatinajko!

a państwo Krymscy są jak sama nazwa wskazuje z Symferopola. Zapraszam głowy rodziny!

Przypominam, trzysta punktów trzeba zdobyć żeby być w finale, trzy sekundy na odpowiedź, nie dotykamy przycisku. W momencie zgłoszenia kończę czytać pytanie. Pierwsze pytanie.

Wymień zawodników związanych z twoim miastem, którzy zagrali w polskiej lidze! [piii] Pierwsi odpowiadają Grecy:

Geórgios Papadópoulos!

Spójrzmy… Brawo, jedenastu ankietowanych właśnie tak opowiedziało! Mógłbyś o nim coś więcej opowiedzieć?

ναι, tzn. tak, hie hie. Gostek trzy razy wchodził z ławy w Widzewie w drugiej lidze na początku sezonu 2004/05.

Zresztą, całkiem przypadkiem mam kilka wycinków z gazet na jego temat:

19/08/2004

(…) dopiero wczoraj wziął udział w zajęciach Widzewa. Wszystko przez męczącą podróż. Grek spędził w niej aż 18 godzin. – To przez igrzyska olimpijskie – mówi jego menedżer Leszek Nowakowski. – Miał kilka przesiadek i za każdym razem musiał przechodzić przez drobiazgową odprawę.
Wczoraj Papadopoulos nie wyglądał już na zmęczonego i nieźle prezentował się podczas gry wewnętrznej. Widać, że ma silny strzał, jest dobry technicznie, kilka razy udanie podawał piłkę do kolegów. – To naprawdę dobry piłkarz – komplementuje go menedżer. – Jest bardzo zadziorny, lubi walczyć.
Niestety, pierwszy Grek w polskiej lidze ma zaległości treningowe. – On sam twierdzi, że jest przygotowany tylko na 50 proc. możliwości – mówi Nowakowski. – Ale szybko może wszystko nadrobić.
Według menedżera nie byłoby też żadnego problemu ze ściągnięciem do Polski certyfikatu Papadopoulosa. Nowakowski: – Można to załatwić choćby dziś. Jego ojciec jest znanym menedżerem FIFA i może pomóc.
Dlaczego dobry piłkarz nie gra w silnym greckim klubie? – To właśnie przez jego ojca. Gdziekolwiek Papadopoulos grał, to od razu mówiono, że występy załatwiał mu jego znany ojciec – tłumaczy Nowakowski. Papadopoulos junior ma także słynną, przynajmniej w Grecji, narzeczoną. – To popularna w tym kraju piosenkarka. Gdyby został w Widzewie, to ona pewnie też by przyjechała. Może dałaby kilka koncertów – żartuje menedżer.

14/10/2004
Wszystko wskazuje na to, że już wkrótce z Łodzią pożegna się Giorgios Papadopoulos. – Z Grekiem cały czas negocjujemy – twierdzi Puchalski. – On chce, by przy rozmowach był jego menedżer, a ten z kolei leży chory.

08/11/2004
Pierwszy Grek w polskiej lidze nie jest już piłkarzem Widzewa. Giorgos Papadopoulos, bo o nim mowa, pojawił się w Łodzi pod koniec sierpnia, a już po kilku dniach podpisał kontrakt z klubem z al. Piłsudskiego. Kariery w Łodzi jednak nie zrobił – okazało się, że nie każdy piłkarz z Grecji gra w piłkę na poziomie mistrzów Europy. Papadopoulos wystąpił tylko w trzech meczach przebywając na boisku przez 77 minut. Jego kontrakt z łódzkim klubem został rozwiązany za porozumieniem stron.

Po prostu w Łodzi powiedzieli mu PAPAdopoulos, hehe… Dobrze, jaka jest wasza kolejna odpowiedź?

Alexandros Konstantinidis!

[buuu]

To nie jest dobra odpowiedź, Konstantinidis na razie wystąpił tylko w sparingu Ruchu!

Malaka…

Rodzina Ukraińców może się naradzać… A sru, Grecy i tak już nikogo więcej nie mają, odpowiadajcie. Przypomnę: chodzi o zawodników związanych z waszymi stronami, którzy zagrali w polskiej lidze.

W jakiej kolejności mam odpowiadać?

Wsio jedno…

(bierze głęboki wdech) Vidas Alunderis [pyk!], Saša Cilinšek [pyk!], Éverton [pyk!], Júnior [pyk!], Ołeksandr Szemetiew [pyk!], Siergiej Szerabokow [pyk!], Serhij Szewcow […], Nerijus Vasiliauskas […]

Dobra dobra, nie mamy tyle miejsca na tablicy, zmieściło się tylko pięciu. W sumie, razem z jedenastoma punktami Greków, daje to wam okrągłe 99 punktów!

Mnogo, mnogo. A jeszcze przecież w Naprzodzie Rydułtowy w połowie lat 90. grali Aleksander Rodinowi i Andriej Boraczyński, a i podobno Aleksiej Tiereszczenko grał swego czasu w Symferopolu. Bo przecież graczy Tawriji teraz wymieniłem, o innych krymskich zespołach nie wspominając.

Już wystarczy. Drugie pytanie, a jak mawiają w jednym teleturnieju, druga runda trudniejsza, więc punkty mnożymy razy dwa.

[Rzepka 1] [Rzepka 2]

Wymień transfery polskich zawodników, do klubów z twojego miasta…

[piiiii] Olisadebe, Olisadebe!

[buuu] Nie ma Olisadebe, bo nie skończyłem czytać pytania. Takie mamy, jak to się mówi, reguły. Odpowiadają Ukraińcy.

Malaka…

Wymień transfery polskich zawodników, do klubów z twojej miejscowości, które nie ostatecznie nie doszły do skutku.

(nie wie, dyskretnie daje znać szwagrowi, by pogrzebał w archiwum) … Owca?

Spójrzmy… Nie, Stanisław Owca nie wybierał się nigdy do Symferopola. Pytanie, teraz już dokończone, znów trafia do Greków.

To może Robert Lewandowski? On był łączony z chyba wszystkimi klubami świata.

(pyk) Jest Robert, ale to nie jest najwyżej punktowana odpowiedź. Co na to Ukraińcy?

My na to, jak na spustoszenie Podola! Najpierw świeża sprawa. Robert Sierant (pyk)

30/06/2009

Sierant wyjechał na zgrupowanie Tawrii Symferopol nad Morze Czarne. – Nie jadę tam na testy, ale aby podpisać kontrakt – ujawnia. Nie jest tajemnicš, że odejście pomocnika w tym okienku transferowym jest przesądzone. – ŁKS nie zaoferował mi przedłużenia kontraktu, stąd moja decyzja o wyjeździe na Ukrainę – dodaje Sierant.

Tyle o Sierancie, w tym sezonie, jakże inaczej, podstawowym zawodniku ŁKS.

Ale nasza druga odpowiedź jest dopiero mocna. Paweł Sobczak! (pyk na pierwszym miejscu)

02/02/2005

Trzej piłkarze Wisły przez tydzień mieli w Turcji przekonywać do siebie władze rosyjskiego pierwszoligowca Szinnika Jarosław. Jednak po pierwszym treningu kazano im opuścić zgrupowanie ze względu na konflikt z ich polskim menedżerem. A ten? Pozostawił naszych graczy na pastwę losu

Napastnik Paweł Sobczak oraz defensorzy Piotr Duda i Marcin Wasilewski wylecieli 21 stycznia do Belek w Turcji, na zgrupowanie Szinnika Jarosław – zespołu z czołowej ósemki rosyjskiej ekstraklasy. Udali się tam z polskim menedżerem Jarosławem Kołakowskim. Ustalenia były takie: trójka naszych graczy do 28 stycznia miała przekonywać Rosjan do swoich umiejętności, po czym ci ostatni mieli zdecydować, czy biorš ich do swojego zespołu.

– Ku naszemu zdumieniu, już po pierwszym treningu nam podziękowano – mówi Sobczak. – Do dzisiaj, do końca nie wiemy, o co chodziło. Właściwie możemy się domyślać, że o konflikt Rosjan z menedżerem, który z nami przyjechał. Byliśmy rozczarowani, jednak nie mogliśmy nic zrobić. Dlatego nie namyślając się, chcieliśmy przyspieszyć nasz powrót do Polski, żeby nie tracić okresu przygotowawczego rozpoczętego przez Wisłę.

Nic z tego nie wyszło. Kołakowski stwierdził, że nie przebukuje biletów przed piątkiem, bo musiałby dopłacić do całej operacji 900 dolarów. Kiedy zdziwieni zawodnicy zaczęli się pytać, jak menedżer sobie wyobraża ich dalszy pobyt w Turcji, ten… przeprowadził się do innego hotelu.

– Potraktował nas jak jakichś buców – denerwuje się Sobczak. – Na szczęście mieliśmy opłacony hotel i jedzenie przez kierownictwo Szinnika. Ale my chcieliśmy trenować. (…)

W tym czasie Sobczak pojechał do Antali, na zgrupowanie pierwszoligowca z Ukrainy Tawrii Symferopol. Wzišł udział w dwóch treningach i zagrał w zwycięskim sparingu z… Szinnikiem Jarosław.

– Trener drużyny Tawrii był ze mnie zadowolony – twierdzi napastnik. – Jednak Tawrija na drugi dzień wyjeżdżała na Ukrainę. Do Antali miała wrócić dopiero za tydzień. Szkoleniowiec powiedział, bym wtedy zjawił się na treningach, bo chce się jeszcze poprzyglądać mojej grze. Ale po doświadczeniu z Kołakowskim miałem już tego wszystkiego dosyć. Poza tym moja żona, która w maju urodzi naszego syna, prosiła, bym już wracał. Tak zrobiłem i bardzo się cieszę. Na razie mam dosyć wyjazdów.

A co z menedżerem? Dwukrotnie udało nam się do niego dodzwonić. Za pierwszym razem poprosił o telefon za dwie godziny, za drugim od razu się wyłączył.

Brawo, kolejne punkty dla Ukraińców, to razem już 299! Grecy muszą się wziąć do roboty. Kolejne pytanie. Jakie obiekty sportowe pokazaliście osobie piszącej tego bloga?

Stadion Lokomotiw, czyli Tawrija Symferopol!

Ło matko, jakie brzydkie kasy.

Ale za to jaki plakat – ”Stadion bez dudok”!

Mhm. Co na to Grecy?

Na Dellasa, co za bieda. Przy nas to się Tatary chowają. Kolejno: historyczny stadion olimpijski (pyk), nowe centrum olimpijskie (pyk), stadion Panathinaikosu z wielkim zdjęciem Gucia Warzycha strzelającego Ajaxowi na fasadzie (wielkie pyk). Ha!

No, Ukraińcy mogą się schować w tych kasach z dudokami. 100 do 299. Czwarte pytanie, a że jest kryzys i tną nam czas antenowy, to też będzie pytanie ostatnie.

Część II

Grecja i Ukraina, czyli idealny remis w Familiadzie cz. II

Część I

Emocje w rodzinach państwa Ateńskich i Krymskich sięgają sufitu. Uwaga. Więcej niż jedno zwierzę to:

?!

Ha, to taki żart, anegdotka na rozładowanie atmosfery. Teraz dopiero emocje sięgają sufitu…

Najbardziej klawe piłkarskie ślady w waszych miastach, na jakie można było natrafić podczas wizyty w maju 2008 (Ateny) lub sierpniu 2009 (Krym).

Graffiti w barwach PAO i wszędobylskie koniczynki z wszędobylskimi 13 (13 to sektor zajmowany przez najbardziej zagorzałych fanów Panatinajko).

Przy okazji: znajomy opowiadał, że jeden Polak miał furę szczęścia, bo nieświadomy tej symboliki, przechadzał się w zielonej koszulce Irlandii z wielką koniczynką i numerem 13 (!) po dzielnicy-sercu Olympiakosu. Nie żeby miał dostać bęcki, ale, że nikt go nie zbluzgał, to jakiś cud.

Niezłe, niezłe, ale wystarcza na czwarte miejsce. Co na to Tatarzy Krymscy?

Odpowiemy krzyczącym Andrijem Woroninem w sklepie Adidasa. Drań, nic nie chciał spuścić z ceny, a nawet za tak ładną koszulkę rozsądny człowiek nie da 300 złotych przeliczając z hrywien.

Woronin na miejscu trzecim. Ale chyba spróbujecie zaatakować miejsce pierwsze?

Mowa, Karol. Nie sądzę, by Grecy byli w stanie wymyślić coś bardziej oszałamiającego niż Mario Lewandowski na okładce magazynu ”Futbol” i PONAD PIĘĆ stron w środku o zawodniku Szachtara!

(Karol trzyma się za serce) Słabo mi… Spójrzmy… Nie, to tylko drugie miejsce! Co innego mogli wskazać ankietowani?! Wielka szansa dla Ateńczyków!

To musi być stoisko mięsne w hołdzie (pod patronatem?) AEK Ateny!!!

(pyk) Taaaak! Pierwsze miejsce. Ale spójrzmy na punktację: 299 do 299! Idealny remis, te dwie drużyny muszą zremisować, takie ich przeznaczenie. Tylko jak rozstrzygniemy pojedynek… Zaraz, chwileczkę, pełniący obowiązki pełniącego obowiązki prezesa telewizji, który pełni obowiązki w tej chwili, mówi mi w słuchawce, że miłe wizyty miłymi wizytami, ale przecież Grecy to najgorsi drwale i mordercy piłki na tej planecie, a z Ukrainą robimy Euro. Jeden, dodatkowy punkcik dla Ukraińców, którzy tym sposobem wygrywają!

Czyli dziś znów 0:0 i Ukraina po karnych. Oby.

B.

Polacy zagrali w strojach Norwegii (2008)

Z cyklu: ”wygrzebane”. Notka z ”Faktu”, luty 2008, autor: Piotr Kucza.

Reprezentacja Polski do lat 19., biorąca udział w towarzyskim turnieju w hiszpańskiej La Mandze, zremisowała z Finlandią 1:1. Polacy zagrali w koszulkach… Norwegii!

– W Madrycie zaginęły torby ze sprzętem – mówi strzelec gola, Wojciech Trocihm (19 l.). – Głupio wyszło, ale co robić? Zagraliśmy w barwach Norwegii, bo to właśnie do tej federacji należy ośrodek w La Mandze – dodał piłkarz Legii.

Polakom ostały się jedynie dresy i buty. Dobre i to, bo inaczej prawdopodobnie mecz z Finami nie doszedłby do skutku.

– Na szczęście wczoraj zguba się znalazła. Jest już u mnie w pokoju i sprawdziłem, że nic nie zginęło – mówi szczęśliwy Maciej Jowko, kierownik drużyny.


Polska: Jakub Jesionkowski [wtedy: Zagłębie Lubin, teraz: Swindon Town] – Karol Drągowski [SMS Łódź / Wigry Suwałki], Paweł Przybylski [Lech Poznań / Tur Turek] (85, Marcin Wojtkiewicz [Lechia Gdańsk / Kaszubia Kościerzyna), Sebastian Białas [Arka Gdynia], Błażej Wróbel [GKS Bełchatów] – Sebastian Janik ŻCZ [Wisła Kraków], Wojciech Trochim [Legia Warszawa] (85, Łukasz Skrobacz [Odra Wodzisław]), Szymon Matuszek [Real Madryt C / Piast Gliwice], Paweł Budniak [KSZO / ?] (60, Paweł Sekuła [Kolejarz Stróże] – na zdjęciu) – Rafał Dzwonek [Cracovia] (45, Michał Michałek [Korona Kielce]), Mateusz Żyła [Dyskobolia / GKS Tychy] (70, Paweł Wojciechowski [SC Heerenveen]; 90, Dawid Dynarek [Cracovia])

B.

Dariusz Zawadzki – mózg, który się nie rozwinął

Już dawno chciałem poświęcić mu chwilkę, ale zawsze brakowało  konkretnej okazji. Teraz okazja się pojawia, bo Dariusz Zawadzki po raz kolejny przekonał niedowiarków, że bez niego Sandecja Nowy Sącz dużo straciłaby wiele na wartości. W weekend pokonał bramkarza Podbeskidzia i w dużej mierze dzięki jego dobrej dyspozycji beniaminek ma pewne miejsce w środku pierwszoligowej tabeli.

Jego dotychczasowa kariera („kariera”) może służyć jako główny dowód w rękach osób, które twierdzą, że w Polsce marnują się największe talenty. Zawadzki największe sukcesy osiągał bowiem w wieku, gdy większość mężczyzn nie musi się jeszcze golić. Będąc kluczowym członkiem kadry Michała Globisza najpierw zdobył wicemistrzostwo Europy U-16 w 1999 roku a potem już mistrzostwo Europy U-19 2001 (wtedy po raz ostatni jako U-18). W obu ekipach pełnił funkcję lidera, mózgu drużyny, zawodnika, który rozdziela piłki między kolegami, wykonuje stałe fragmenty a jak trzeba to i huknie z daleka (dwie bramki w półfinale z Danią na ME 2001). Nie mógł się go nachwalić trener, cmokali nad nim fachowcy. I to w zasadzie koniec miłych akcentów w jego karierze. Potem było już tylko gorzej.

Utkwił mi w pamięci taki obrazek. Gdy Wisła Kraków chwilę przed rozpoczęciem jednego z ligowych meczów honorowała swych zdolnych juniorów – Brożek, Nawotczyński i Zawadzki – pamiątkowymi medalami, dwaj pierwsi odbierali je w dresach, gotowi, aby za chwilę pojawić się na murawie, Zawadzki natomiast występował w dżinsach i eleganckiej koszuli. Pierwsza drużyna Białej Gwiazdy była dla niego nieosiągalna.

I tak się zaczęła tułaczka krakowskiego playmakera. Dziś ma 27 lat a grał już w dziewięciu polskich klubach. Ale ŻADNYM z Ekstraklasy. Jako jedyny medalista U-17 i U-19 nie zadebiutował jeszcze w najwyższej klasie rozgrywkowej. To paradoksalne, bo przecież był jednym z najlepszych zaowdników tej reprezentacji. Co zadecydowało? Może ta wypowiedź Andrzeja Bahra rzuci nieco światła:

Ci, którzy lekko traktowali treningi, nigdy się nie przebili. Ważne, co młody chłopak ma w głowie. Gdzie dziś gra Darek Zawadzki, mistrz Europy? Dla porównania: Łukasz Surma, jako junior Wisły, płakał ze złości po przegranych meczach z Cracovią – przypomina Bahr.

Charyzmatyczny, świetny technicznie, z kapitalnie „ułożoną nogą” Zawadzki tułał się więc po Polsce. Po Wiśle był w Arce, ŁKSie, Proszowiance Proszowice, Cracovii, Tłokach Gorzyce, Kmicie Zabierzów, Wiśle Płock, by wreszcie trafić do Sandecji.

W Cracovii i w Płocku z czasem lądował w rezerwach, w Tłokach i Łodzi nie pokazał nic wartościowego, w Gdyni nie bardzo dano mu szansę. Pierwsze skrzypce grał w Proszowicach (ale była to tylko III liga) i Kmicie Zabierzów (najlepszy zawodnik drużyny, zarówno w III jak i II lidze).

Eksperyment pt. Kmita Zabierzów skończył się jednak fiaskiem i Zawadzki musiał znowy szukać klubu. Po krótkich poszukiwaniach trafił do Sandecji. Nowosądeckie powietrze i towarzystwo Piotra Bani najwyraźniej mu służą. W tym sezonie zagrał we wszystkich meczach i strzelił pięć goli. Podobno zmienił się – ciężko pracuje na treningach a po nich często zostaje, by poćwiczyć stałe fragementy gry. Jak sam twierdzi – w tym celu pilnie śledzę boiskowe wyczyny Davida Beckhama. Trochę wiedzy w tym temacie przekazał mi również Darek Romuzga. Jak widać na załączonym obrazku – efekty są.

W obecnej formie Zawadzki spokojnie poradziłby sobie w Ekstraklasie. I właśnie dobicia się do niej szczerze mu życzę.

P.

Kawiarenki, kawiarenki… Ślady pamięci po Dyskobolii

Tylko zimno i pada, zimno i pada na to miejsce w środku Europy… – dało się słychać wczoraj w Grodzisku, gdzie pogoda była iście barowa. Zamiast w barze, przed zimnem i padaniem można było się schronić w kawiarence klubowej.

W kawiarence, w której sporo było proporczyków rywali Dyskobolii z czasów świetności. A, że momentami były to ślady po znakomitych (lub ciekawych) firmach, z którymi meczów (głównie sparingów) sobie nie mogłem przypomnieć, czas na błyskawiczną podróż w przeszłość.

Bordeaux 0:1 (2004). Pewnie wszyscy pamiętają, że Grodziszczanie stracili gola w ostatniej minucie (na pewno pamięta to jeden polonista w moim liceum, który postawił stówę na zwycięstwo lub remis Polaków…). Może też niektórzy pamiętają, że trafienie zaliczył Marokańczyk Chamakh, który teraz pokonał w Lidze Mistrzów bramkarza Bayernu. Ale chyba mało kto pamięta, że na samym początku spotkania sędzia nie uznał raczej prawidłowo zdobytej bramki przez Tomasza Moskałę, a Francuzi od 31. minuty grali w dziesiątkę po czerwonej kartce Eduardo Costy. To jeszcze nic. Gdyby Groclin w dwóch meczach z Bordeaux choć raz remisował (w Grodzisku było tak blisko!), to mistrz Polski 2005 byłby rozstawiony w trzeciej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów…

Dukla Bańska Bystrzyca 4:1 (2005). Dwóch słowackich strzelców tego meczu jest ciekawych. Andrej Porazik strzelił rodakom jednego ze swoich sześciu goli dla Groclinu. A dla Dukli strzelił Marek Bażik. Tak, ten z Polonii Bytom.

RC Lens 1:1 i 2:4 (2005). Różnica klas pomiędzy Lens a Groclinem, była mniej więcej jak pomiędzy Groclinem a Duklą. Widząc remis we Francji, przecierałem oczy ze zdziwienia. Przestałem podczas rewanżu. Ale pojedynki (w tym spryt przy jednym dającym gola) Rocky’ego z wielgachnymi Francuzami zapadły w pamięć.

Tyle pucharowo. Sparingowo.

Szwajcarsko.

St. Gallen 1:1 (lipiec 2000): Piechniak (30.)

(…) gola zdobył w 30. min po ładnej akcji Piotr Piechniak, grający coraz częściej na pozycji napastnika. Jego miejsce na boku pomocy zajął bowiem Andrzej Jaskot, a Dyskobolia grała bez Nigeryjczyka Philipa Umukoro, który nie dostał wizy do Szwajcarii oraz z dochodzącym dopiero do zdrowia po operacji Krzysztofem Kłosińskim.

FC Wil 2:0 (lipiec 2006): Kaźmierowski (78.), Mowlik (89.).

FC Basel ?

Wschodnio, środkowo-wschodnio.

Slawia Mozyr 1:0 (marzec 2001): Odartey Lamptey (65.)

(…) Białorusini od tygodnia są na zgrupowaniu w Polsce. W ich kraju są zbyt duże śniegi.

MTK Hungaria Budapeszt 1:0… lub 2:0 (luty 2003): Prusek (85.), Kozłowski (90.)

Przeciwnikiem Groclinu na Cyprze był w sobotę wicelider węgierskiej ekstraklasy – MTK Hungaria Budapeszt. Podopieczni Bogusława Kaczmarka wygrali ten pojedynek…, no właśnie ile? Strona węgierska upiera się, że 1:0, a przedstawiciele Groclinu twierdzą, że było 2:0. Skąd ta rozbieżność? W doliczonym czasie gry Marcin Kozłowski przerzucił piłkę nad bramkarzem Węgrów i… zdaniem Polaków przekroczyła ona linię bramkową. Węgrzy zaprzeczają.

Steaua Bukareszt 0:2 (lipiec 2006)

Na sparing do Bawarii zdążył już dotrzeć Błażej Telichowski, który przez ostatnie lata występował w Lechu Poznań. (…)
Pojedynek Dyskobolii ze Steauą (zdobyła właśnie swój 23. tytuł mistrza Rumunii, a wiosną była o włos od finału Pucharu UEFA) był wyrównany szczególnie w pierwszej połowie. W drugiej części Rumuni zdobyli dwa gole. – Oba padły po strzałach z pola karnego i piłka zmieniała kierunek po rykoszetach. Sebastian Przyrowski nie miał szans – mówi Fajfer. Grodziszczanie odpowiedzieli tylko uderzeniami Marcela Liczki w poprze- czkę i Jarosława Laty w boczną siatkę bramki Steauy. Wbrew zapowiedziom we wczorajszym sparingu nie wystąpił Słowak Marek Kostolani, który trenuje z zespołem Wernera Liczki. Zawodnik grający ostatnio w Wacker Burghausen miał przerwę w zajęciach i dopiero zaczyna ćwiczyć po urlopie.

FC Vilnius (Wilno) 0:0 (luty 2007)

 

Tr… Trefnie?

Treviso 1:2 (lipiec 2004): Kozioł (72.)

W pierwszym meczu towarzyskiego turnieju Alpen Cup w Bolzano piłkarze Dyskobolii Grodzisk Wlkp. przegrali 1:2 z zespołem włoskiej Serie B FC Treviso. Podopieczni Duszana Radolsky’ego zagrali bardzo słabo. (…) W sporym zamieszaniu w polu karnym piłkę do bramki wepchnął Igor Kozioł.

Trabzonspor (lipiec 2006): 0:1 Goekdeniz (39.), 1:1 Kaźmierowski (67.), 1:2 Ergin (71.), 1:3 Cem Demir (75.)

Czwarty zespół tureckiej ekstraklasy pokonał 3:1 Dyskobolię, dla której drugiego gola na zgrupowaniu w Niemczech zdobył młody Szymon Kaźmierowski.
Szykujący się do startu w Pucharze UEFA Turcy mieli przewagę w pierwszej połowie. Grodzisk grał z kontrataku, ale nie miał dobrych okazji bramkowych. W bramce Dyskobolii dobrze spisywał się Aleksander Ptak, który w 39. min wygrał pojedynek sam na sam, ale piłkę do bramki dobił reprezentant Turcji Karadeniz Goekdeniz.
Szanse Dyskobolii na korzystny wynik zmalały po czerwonej kartce dla Piotra Piechniaka. Pomocnik z Grodziska miał na koncie żółtą kartkę za faul, a tuż przed przerwą odkopnął piłkę ze złością i sędzia wyrzucił go z boiska. Mimo to Dyskobolia wyrównała po strzale Szymona Kaźmierowskiego. Młody napastnik wykorzystał podanie Piotra Rockiego i strzałem głową pokonał bramkarza Trabzonsporu. W wyrównanej drugiej połowie Turcy strzelili gole w ciągu pięciu minut.
W Groclinie zadebiutował Piotr Świerczewski.

A na ścianach starusieńkie zdjęcia drużyny.

I oczywiście twórcy sukcesów klubu z Grodziska Wielkopolskiego (na zdjęciu wyżej trzeci z lewej w górnym rzędzie).

B.

Pięć mgnień meczu Warta – ŁKS 1:2

Najszybszy gol, jaki widziałem na stadionie. Tak przynajmniej mi się wydaje, gol Peszki z Nancy padł w trzeciej minucie, a innego, równie szybkiego trafienia sobie nie przypominam.

17 sekund meczu przy Drodze Dębińskiej mijało, gdy po pięknym, długim podaniu Tomasza Bekasa do Piotra Reissa, Bogusław Wyparło łapiąc piłkę, wyjechał z nią za pole karne. W 98 sekundzie meczu, Reiss pięknym strzałem z rzutu wolnego nie dał szans Bodziowi W. [na filmiku od ok. 55 s]

Szczęście Reissa do ŁKS i Wyparły.

30 lipca 1994 roku, w 36 minucie meczu przy al. Unii w Łodzi, Reiss pokonał Dariusza Gawrońskiego i w debiucie zdobył swojego pierwszego ze 108 goli w ekstraklasie.

28 września 2008 roku, w 79 minucie meczu przy al. Unii w Łodzi, Reiss pokonał Bogusława Wyparłę i w trzy minuty po zastąpieniu Andersona Cueto zdobył swojego sto ósmego ze 108 goli w ekstraklasie.

 

W tak zwanym międzyczasie umieścił piłeczkę w siateczce brameczki obok bezradnego Bodzia W. też w dwóch innych meczykach:

11 czerwca 1995 ze Stalą Mielec (4:3) przy Bułgarskiej – strzał na 4:2
9 września 1998 z ŁKS w Łodzi (1:2), gol na 0:2

5 maja 2007 – przy al. Unii, wolej i gol nr 99 w ekstraklasie (1:2)

A pokonał też dwóch innych bramkarzy eŁKaeSu:

16 września 1995 – Zbigniewa Robakiewicza (1:1 w Łodzi)
2 listopada 1996 – Andrzeja Krzyształowicza (1:2 w Łodzi)

Oczywiście wszystkie powyższe gole były zdobyte dla Lecha.

Rutyniarze. Tomasz Hajto i Marcin Adamski.

Mogę się nie zgadzać z ich komentarzami w Polsacie. Mogę się nawet ciut śmiać, że na boisku się niemal tak samo poruszają, że są prawie jak bracia-to-samo. Zawsze tak szeroko i dostojnie.

Ale muszę docenić to, jak kierują obroną ŁKS. To, jak motywują kolegów z zespołu. Bogusław Baniak zresztą przyznał to po meczu: – ŁKS miał jedenastu żołnierzy, którzy chcieli wygrać. Po stracie gola wystarczyło, że Hajto krzyknął, a ruszyli do walki.

Ale też obaj goście grali długo na wysokim (Hajto) i dość wysokim (Adamski) poziomie. Inna sprawa, że – mimo wszystko – od pewnego momentu obaj są na równi pochyłej. Kto pamięta, że Hajto po odejściu z Schalke, a przed powrotem do Polski, (nie) grał jeszcze w Norymberdze,

Southampton

i Derby,

a Adamski po rozstaniu z Wiedniem zawitał do francuskiego Angers, niemieckiego Erzgebirge Aue oraz rezerw Ipswich Town i Northampton (?!). No, chyba mało kto.

Poznaniacy. Damian Nawrocik i Mariusz Mowlik.

W sobotę, w 63. min Nawrocik zszedł z boiska, a zastąpił go Mowlik. Wcześniej ten pierwszy strzelił gola na 1:1, ale nie skakał pod niebo z tego powodu.

Grałem w Warcie, ten klub mi pomógł, więc nie okazywałem specjalnie radości – tłumaczył Nawrocik, który nim trafił do ŁKS, trenował właśnie z Wartą. No i był piłkarzem ”Zielonych” wiosną 2001 roku, o czym osobiście nie pamiętałem. Co tam ciekawego w archiwum w tym temacie? Nie za wiele:

22/01/2001 [pierwsza wzmianka]
Gol z Amiką w turnieju halowym w Arenie, mecz przegrany 1:2.

06/02/2001
Rekordowym zwycięstwem poznaniaków zakończyło się spotkanie z piątoligowym Mieszkiem Gniezno. Warta wygrała aż 9:0 (4:0). Najpiękniejszą bramkę meczu zdobył Damian Nawrocik, który strzałem z przewrotki posłał piłkę w górny róg bramki Mieszka Gniezno. W ostatnich minutach meczu gnieźnianie bronili się już całą drużyną, aby nie przegrać różnicą dziesięciu goli.
W przerwie zimowej z Warty odeszło kilku podstawowych zawodników. Dariusz Wojciechowski został wypożyczony do II-ligowej Lechii Gdańsk, tam też najprawdopodobniej występować będzie Piotr Kasperski. Z kolei Błażej Jankowski i Tomasz Magdziarz wrócili do Lecha Poznań. – Musimy przede wszystkim zapełnić luki po odejściu tych piłkarzy – powiedział kierownik Warty Karol Majewski. Wiadomo, że w Warcie grać będą Mikołaj Szymański i Damian Nawrocik.
Bramki: 1:0 Nawrocik (10. min), 2:0 Antkowiak (18.), 3:0 Nawrocik (22.), 4:0 Prabucki (38.), 5:0 Borykin (50.), 6:0 Łeszyk (62.), 7:0 Parzy (73.), 8:0 Parzy (76.), 9:0 Łeszyk (82.)
WARTA: Topolski – Sommerfeld, Ratajszczak, Jankowski, Szymański, Ostrowski, Antkowiak, Puc, Stoiński, Nawrocik, Prabucki. Na zmiany wchodzili: Tomaszczak, Łeszyk, Borykin, Bromberek, Parzy, Bober.

04/05/2001
Grad goli w Policach
(…) Po przerwie Warta strzeliła aż cztery bramki. Pawła Masicza pokonywali Bartłomiej Zalewski, Maciej Klimas, Jakub Ostrowski i Damian Nawrocik. Trzy gole poznaniacy wbili w ostatnim kwadransie. Pomerania odpowiedziała jednym trafieniem. W 54. minucie swoją drugą bramkę w meczu zdobył Kosmalski, wykorzystując podanie Mariusza Szmita.

Pomerania Police – Warta Poznań 2:6 (1:2)
Bramki: Kosmalski (38. i 54.) – Pomerania. Borykin (10.), Prabucki (36.), Zalewski (46.), Klimas (72.), Ostrowski (76.), Nawrocik (85.) – Warta.
Warta: Topolski – Sommerfeld, Zalewski, Tomaszczak, Konicki (46. Piotrowski Ż) – Łeszyk, Antkowiak (76. Landskowski), Ostrowski, Borykin – Prabucki (80. Nawrocik), Parzy (46. Klimas).

09/01/2002
(…) Od początku przygotowań z Lechem nie trenuje bardzo uzdolniony Damian Nawrocik. – Umówiliśmy się, że w szatni na pierwszym treningu spotkają się zawodnicy, którzy mają podpisane kontrakty. Nawrocik nie spełnia tego warunku – wyjaśniał w piątek trener Baniak. Młody napastnik ma propozycję gry w III-ligowej Obrze Agro-Handel Kościan.  (…)

A Mowlik? Sympatyczny gość, zamieniłem z nim kilka zdań. Ciągle ma mieszkanie w Poznaniu. To mnie wcale nie zdziwiło. Wielkie oczy zrobiłem za to, gdy zobaczyłem z jakim numerem gra w ŁKS. Czy się zdziwiłem? No, zdziwiłem się. Polski William Gallas, nic innego nie przychodzi mi do głowy. Dycha, że hej.


(stan murawy na Estadio Ogródek podsumuję westchnięciem)

Zachowanie osób wydających z siebie odgłosy małp, gdy przy piłce był Alain Ngamayama.

Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić ich postępowanie. Nie kwalifikują się nawet do sądu dla ludożerców, buszmeni!

Trzymaj się, Alain!

B.

Aco Stojkov pozdrawia ze Szwajcarii

W ostatni weekend na szwajcarskich boiskach przypomniał o sobie zawodnik, którego do dziś w Zabrzu wspomina się z nutką nostalgii w głosie.

Aco Stojkov dokładnie w Dzień Wszystkich Świętych popisał się hat-trickiem w wyjazdowym spotkaniu z Neuchatel Xamax (3:3) i dzięki niemu dołujący zespół Aarau zdobył cenny punkcik. Byli podopieczni Ryszarda Komornickiego grają bowiem w tym sezonie fatalnie i okupują ostatnie miejsce w tabeli. Dość powiedzieć, że w pietnastu meczach zdobyli  siedem punktów (jedno zwycięstwo i cztery remisy). Jedną z nielicznych osób, która nie powinna mieć sobie zbyt wiele do zarzucenia jest właśnie Macedończyk – mimo że przybył do zespołu już w trakcie rozgrywek, to za jego przyczyną padło sześć z wszystkich jedenastu zdobytych przez Aarau goli (oprócz 3 goli z Neuchatel trafiał również z FC Zurich, Luzerną i Bellinzoną; koledzy są mu także na pewno wdzięczni za uratowanie im tyłków w potyczce Pucharu Szwajcarii z FC Munsingen). Warto więc obserwować jego dalszą obecność w okolicach Alp. A trzeba nadmienić, że jego droga tam była wyjątkowo kręta.

Mając kilkanaście lat opuścił swoją rodzinną miejscowość Strumicę (miał tam być nazywany „strumickim Ronaldo) i przeniósł się do Włoch. Tam najpierw terminował w szkółce Interu, później trafił na wypożyczenie do AC Spezia 1906,

by stamtąd na jesieni 2003 przenieść się do zabrzańskiego Górnika. Transfer ten był to efektem współpracy górniczo-włoskiej (na mocy tej samej kooperacji do Zabrza trafił Makriew cz Sladojevic) zainicjowanej przez Marka Koźmińskiego. I trzeba przyznać, że Macedończyk pokazał się z dobrej strony.

W sześciu meczach zaliczył jedną bramkę i trzy asysty a Górnik z nim w składzie ani razu nie przegrał. Młodzian imponował kontrolą nad piłką i precyzją podań. I gdy tak wszyscy ostrzyli sobie zęby na to, co Aco pokaże w rundzie wiosennej, on… nie mówiąc nikomu ani słowa spakował się i zniknął. Po krótkim czasie okazało się, że wybrał grę we włoskiej Serie C – najpierw w Castel di Sandro Calcio a potem w drużynie AS Fidelis Andria.

Po półtora roku z Włoch przeniósł się do Belgii i był to chyba najefektowniejszy okres jego kariery klubowej. W barwach RAA Louvieroise w 13 meczach Jupiler League zdobył 6 goli (jego kolegą z drużyny był w tym czasie były polonista Jarosław Mazurkiewicz).

Z Beneluksu Aco trafił na ułamek sekundy do Partizana Belgrad. Jedyne co tam zrobił to zdjęcie w klubowej koszulce – na serbskich murawach bowiem nie pojawił się nawet na chwilę.

Po pół roku przeniósł się na Węgry i wiosną 2007 w barwach Debreczyna prezentował się naprawdę solidnie (10 meczów i 5 goli).

Kolejny sezon był już jednak kiepski (10 meczów, jedno trafienie) i władze klubu zdecydowały się wypożyczyć go do drużyny o nazwie, którą wymówić można tylko po kilku głębszych – Nyíregyháza Spartacus FC.

Tam debiutancki sezon Stojkov oczywiście miał dobry (23 mecze – 6 goli) i gdy w Spartacusie uwierzono, że mają w drużynie wyjątkowo cennego grajka – Aco przeniósł się do Aarau. Jak widać kariera klubowa zdolnego Macedończyka pozostawia wiele do życzenia. Dobry technicznie zawodnik zawsze udanie wprowadzał się do drużyny, bo później spocząc nieco na laurach i w niedługim czasie zmienić otoczenie. Może dobra gra w Szwajcarii otworzy mu jakieś ciekawe furtki do najsilniejszych lig Europy?

Jakby zaprzeczeniem klubowego funkcjonowania Stojkova jest jego kariera reprezentacyjna. Rozwija się ona bowiem w sposób logiczny i harmonijny. Po zdarciu butów w kadrach juniorskich (karcił w niej m.in. Holendrów i Anglików),

Aco już w dość młodym wieku przebił się do pierwszej narodowej drużyny. Zadebiutował w niej mając 19 lat i – a jakże – debiut przyozdobił golem (Macedonia – Malta 5:0). Na początku grywał głównie w meczach towarzyskich, ale z czasem selekcjonerzy zaczęli stawiać na niego również w potyczkach eliminacyjnych. Pojawiał się już w elimacjach do EURO 2004 (gol z Liechtensteinem [3:1]) i do MŚ 2006 (gol z Holandią! [2:2]), ale na dobrą sprawę dopiero w eliminacjach do EURO 2008 stał się podstawowym zawodnikiem reprezentacji (strzelił ładnego gola w przegranym meczu z Izraelem [1:2]). W kolejnych kwalifikacjach (do MŚ 2010) postawa drużyny już w dużej mierze zależała właśnie od niego. Np. w czerwcu tego roku, do spółki z Filipem Ivanovskim rozmontował defensywę Islandii (2:0). Na chwilę obecną rozegrał w kadrze 35 meczów i strzelił 5 goli. Ciekawostką jest, że w maju 2008 wystąpił w meczu przeciwko Polsce (1:1). Będzie jeszcze gwiazdą?

P.

Którzy odeszli: Maciej Frankiewicz

Nie wiem na ile wiceprezydent Maciej Frankiewicz był kojarzony poza Poznaniem czy Wielkopolską. Wiem natomiast, że każdemu miastu czy wręcz każdej inicjatywie związanej ze sportem takiego samorządowca życzę.

Wiadomo, że politycy kochają sport, ale najczęściej tylko przed wyborami. Frankiewicz taki nie był. Kibicował Lechowi i wtedy gdy ten w 1999 roku chylił się ku upadkowi i wtedy, gdy wracał do ekstraklasy, by odgrywać w niej coraz ważniejszą rolę.

I w końcu jako pierwszy głośno powiedział, że Euro 2012 będzie w Poznaniu. I basta. A pierwotnie (pewnie teraz już mało kto to pamięta) wcale to nie było takie oczywiste.

GW Poznań 30/04/2005

– To nieprawda, że w Poznaniu nie ma ciśnienia na organizację tej imprezy. Wolimy konkrety od medialnego szumu – mówi wiceprezydent miasta Maciej Frankiewicz

Do tej pory 12 polskich miast wyraziło chęć organizacji Mistrzostw Europy 2012, o które Polska ubiega się razem z Ukrainą. Są wśród nich duże ośrodki, jak Warszawa czy Chorzów, ale także Białystok, Opole czy Sosnowiec. Cztery duże miasta już wcześniej potwierdziły, że są bardzo zainteresowane organizacją – to Kraków, Łódź, Wrocław, Gdańsk. Poznań swą kandydaturę potwierdził na odbywającym się właśnie w Toruniu konwencie marszałków województw.

Maciej Frankiewicz, wiceprezydent Poznania: Oczywiście, zgłosiliśmy kandydaturę i teraz w ciągu dwóch tygodni wypełnimy wniosek. Chcemy Euro i zrobimy wszystko, aby je dostać. Mało tego, jeżeli Polska i Ukraina otrzymają organizację imprezy, jestem przekonany, że Poznań znajdzie się w gronie organizatorów. Bo jesteśmy najbardziej zaawansowani. Mamy najlepsze połączenia autostradowe, kolejowe, mamy nowy port lotniczy, dobrą bazę hotelową, doświadczenie w organizacji dużych imprez. Mamy coś, czym nie dysponuje nawet Śląsk – w odległości kilkudziesięciu kilometrów od Poznania znajdują się inne znakomicie wyposażone w bazę sportową ośrodki. Mamy wreszcie nie tylko chęć modernizacji naszego obiektu przy ul. Bułgarskiej, ale już to robimy. W Poznaniu niczego nie trzeba rozpoczynać od zera. Wystarczy kontynuować.

Moglibyśmy robić wielki szum medialny, jak inni, ale naszym zdaniem nie to jest istotą sprawy. Są inne realia i one zadecydują. (…)

Mistrzostwa Europy w Polsce – nie uważa Pan, że to mrzonka?
– Dlaczego? Niedawno UEFA wyraźnie zaznaczyła, że ma zamiar przydzielać więcej imprez krajom Europy Środkowej i Wschodniej. A my jesteśmy największym krajem przyjętym do Unii, za to na Ukrainę jest moda. Już teraz Euro mogłoby się bez większych przygotowań odbyć w Niemczech, Francji czy Hiszpanii, ale UEFA woli dać imprezę krajom o słabszej bazie sportowej właśnie po to, aby ją polepszyć.

Nasza baza jest nie tylko słabsza – ona właściwie w ogóle nie istnieje.
– A w Portugalii istniała? Portugalczycy w chwili przyznania im Euro 2004 mieli tylko jeden stadion spełniający wymogi. Resztę zbudowali. A jak wyglądali Grecy, gdy dostali igrzyska olimpijskie? (…)

Tak strasznie szkoda, że tego Euro nie doczeka.

Ale dla mnie, jako kibica, kluczowe było to, że prezydent Frankiewicz sport nie tylko promował, ale też w różnej formie i na różną skalę uprawiał.

Pamiętam tekst jaki usłyszałem kiedyś pół żartem, pół serio:

Zadzwoń w tej sprawie do Frankiewicza, może akurat wyjątkowo nie wchodzi na jakieś Kilimandżaro.

Wielka szkoda, że nie mógł wziąć udziału w jubileuszowym, 10. Poznań Maratonie, którego był inicjatorem i w którym regularnie biegał. Mnie pozostaje duma, że moje pierwsze 42,195 km zostało nagrodzone medalem z Jego podobizną.

To dziwne uczucie, ale byłem na prawdopodobnie ostatniej konferencji prasowej prezydenta Frankiewicza. O Plaży Wolności, czyli inicjatywie m.in. rozegrania turnieju siatkówki plażowej w centrum miasta mówił tak:

Nie chcemy, by było to martwe miejsce – mówił o pl. Wolności zastępca prezydenta Poznania Maciej Frankiewicz. – Intuicja podpowiada mi, że plaża w centrum to będzie strzał w dziesiątkę. Kilka lat temu, w Paryżu nad Sekwaną się udało – przekonywał.

To był poniedziałek, 18 maja. Następnego dnia, we wtorek 19-ego, Lech grał finał Pucharu Polski z Ruchem. Pamiętam, że Frankiewicz po konferencji ze zmartwieniem opowiadał, że obowiązki raczej nie pozwolą mu pojechać do Chorzowa. W środę (20.05) spadł z konia. Chyba nikomu wtedy nie przyszło do głowy, że ten wypadek może mieć tak tragiczne konsekwencje. Przecież nie dla Frankiewicza. Zdrowego, wysportowanego gościa.

Jeszcze 4 czerwca dziękował za otrzymanie tytułu Ambasadora Dobra.

We wtorek, 16 czerwca obudził mnie sms:

”Prezydent Frankiewicz nie żyje”.

Trzy dni później, 19 czerwca, odbył się Jego pogrzeb. Trzeba oddać, że pięknie przemówił prezydent Ryszard Grobelny.

Po takich ludziach zawsze zostaje puste miejsce.

B.