Którzy odeszli: Kamila Skolimowska

Całe Igrzyska w Sydney, w zasadzie ostatnie za które nie musimy się wstydzić, owiane były mgiełką niezwykłości. Zawody toczące się na drugim końcu świata nijak nie chciały żyć w harmonii z obowiązkami szkolnymi. Wyczekiwanie po nocach na start kajakarzy, pech Szymona Kołeckiego, kapitalna postawa Roberta Korzeniowskiego, eksplozja Szymona Ziółkowskiego. No i ona, kto wie czy nie najbardziej sensacyjne złoto całej imprezy – Kamila Skolimowska.

Wydaje mi się, że to był piątek, godziny południowe. O tym, że trwa konkurs rzutu młotem wiedziałem. Że mamy tam swoją reprezentantkę – coś mi dzwoniło. Obowiązki szkolne (to chyba była geografia) sprawiły jednak, że nie oglądałem transmisji z zawodów. Gdy więc w radiu podano informację, że mamy złoto i na dodatek zdobyła je niespełna 18-letnia dziewczyna nie wierzyłem własnym uszom. Swoim rzutem na odległość 71,16 metrów pobiła rekord Polski oraz rekord świata juniorek. Medal z najcenniejszego kruszcu wiszący na jej szyi pozwalał wierzyć pozwalał wierzyć, że to osiągnięcie z Australii nie będzie ostatnim sukcesem młodej lekkoatletki.

Tak też faktycznie się stało – choć na olimpijskim podium już nigdy nie stanęła a na MŚ nie miała szczęścia (Edmonton 2001 – 4. miejsce, Paryż 2003 – 8. miejsce, Helsinki 2005 – 7. miejsce, Osaka 2007 – 4. miejsce), to Kamila mogła pochwalić się srebrem ME 2002 w Monachium (przegrała tam z Rosjanką Olgą Kuzienkową – srebrną medalistką z Sydney i złotą z Aten)

oraz brązem ME 2006 w Goeteborgu.

Występ w Pekinie zupełnie jej się nie udał – w konkusie finałowym spaliła trzy próby kończąc zawody na ostatnim – dwunastym – miejscu. To był jej ostatni ważny start.

Wydarzenia z 18 lutego 2009 roku każą zastanowić się czy faktycznie można było ich uniknąć. Wysportowana młoda dziewczyna, nieustannie pozostająca pod opieką lekarzy. Czy boląca łydka jest już wystarczającym impulsem do zaniepokojenia? Czy można było ją przebadać dokładniej? Czy może gdyby udzielono jej pomocy jeszcze wcześniej, to nie doszłoby do nieszczęścia? Jakiekolwiek gdybania bledną dziś w obliczu Tragedii, której nikt nie cofnie.

Czarno-białe zdjęcia Kamili, które pojawiają się często od czasu jej śmierci zupełnie nie korespondują ze stylem bycia tej sympatycznej mistrzyni olimpijskiej – zawsze uśmiechniętej, ciekawej świata, przeczącej wizerunkowi sportowca-prostaczka. Anita Włodarczyk, zdobywając kilka miesięcy temu złoto w Berlinie, powiedziała, że wygrała dzięki Kamilii, bo ta siedziałą na siatce i ciągnęła jej młot w lewą stronę. Non omnis moriar, jak widać.

P.

Minął rok a tyle się zmieniło…

Na doszukiwaniu się przyczyn kiepskiej postawy Kolejorza w obecnym sezonie wiele osób straciło już sporo czasu. Dlatego ja ograniczę się do czystej empirii.

Niedzielny mecz z Lechią w Gdańsku przypomniał mi o wyjazdowej potyczce z biało-zielonymi w poprzednim sezonie. Tak się akurat złożyło, że była ona rozgrywana niemal równo rok temu (wtedy w 12. kolejce a obecnie w 11. kolejce). Porównanie tych dwóch spotkań jest swoistym wskaźnikiem tego, co popsuło się w Kolejorzu od połowy rundy wiosennej sezonu 2008/2009.

9.11.2008, Lechia Gdańsk – Lech Poznań 0:3

Lech w meczu z gdańszczanami 2008:

bawił sie piłką: wymieniał dziesiątki podań, zagrywał z pierwszej piłki lub grał na dwa kontakty, igrał wręcz z obrońcami Lechii (trzecia bramka!), dryblował a nawet pozwalał sobie na drobne ekstrawagancje (np. piętki).

śmiało uderzał na bramkę: Mateusz Bąk, mimo że wpuścił wtedy trzy bramki, był najlepszym zawodnikiem w szeregach gdańszczan. Lechici uderzali na jego bramkę wielokrotnie i – co ważne – większość z tych uderzeń była celna. Kolejorz łatwo organizował sobie pozycje strzeleckie, zarówno w obrębie pola karnego jak i poza nim.

dokładnie dośrodkowywał z rzutów rożnych: po takich właśnie wrzutkach trafiano w poprzeczkę i słupek. Rożne bił głównie Reiss i trzeba przyznać, że sprawiały one sporo zagrożenia pod bramką rywali.

miał lidera: to był właśnie ten moment, kiedy Semir Stlic przerastał innych pomocników ekstraklasy o dwie głowy. Łatwość z jaką dryblował, dochodził do dogodnych sytuacji i dośrodkowywał wprost na głowy kolegów kazała zastanawiać się czy aby do Poznania nie trafił w ramach pomylenia drogi na trasie Bośnia – Niemcy.

miał Roberta Lewandowskiego w formie: Lewy w swej szczytowej formie to grajek, który potrafił ukręcić gola z niczego. Przyjęcie ze zwodem, gra tyłem do bramki, sytuacyjne uderzenie – ochów i achów po meczach rundy jesiennej nie było końca.

był pewny swego: wiedział, że jest silny i to przeciwnik będzie musiał się napocić, żeby go powstrzymać. Obojętnie czy grał u siebie czy na wyjeździe – nie było mowy o kompromisach i w grę wchodziła tylko cała stawka.

Lech w meczu z gdańszczanami 2009:

grał futbol toporny jak niemiecki dubbing do westernów: ciężko, powoli, bez finezji – oglądanie gry Kolejorza coraz bardziej przypomina typową ligową młóckę, z którą to poznaniacy mieli nie mieć nic wspólnego.

nie stwarzał sytuacji strzeleckich: sytuacje przy których na czole Pawła Kapsy pojawiał się pot można policzyć na palcach jednej ręki – dwa strzały Peszki i jego nieuznana bramka, kiks Lewandowskiego i jego dwa uderzenia zza pola karnego. Finito.

fatalnie dośrodkowywał z rzutów rożnych: wrzutki Peszki z rzutów rożnych siały zagrożenie niestety tylko wśród okolicznych kretowisk.

nie miał lidera: jedynie po Peszce i Garnacarczyku widać, że wypruwają sobie żyły za dobre wyniki Kolejorza. Reszta uprawia pewną formę „niedoczynu”, czyli gra, ale jakby bez przekonania. Brakuje osobowości pokroju Rafała Murawskiego, żeby szarpnąć towarzystwem w chwilach, gdy nie idzie.

średnio radził sobie w obronie: przykro patrzeć jak męczy się w defensywie Bartosz Bosacki. Jego stan permanentnej nieruchliwości powoli już zaczyna pachnieć sabotażem. Dostojnie sobie człapał w czasie, gdy tylko cud sprawił, że Buzała przestrzelił stuprocentową okazję. Wiedzą o tym chyba również same władze Lecha, bo mówi się, że w przerwie zimowej mają nawet stanąć na głowie, aby ściągnąć na Bułgarską Jodłowca i Glika.

nie miał Roberta Lewandowskiego w formie: Lewy to młody chłopak, który pewnie jeszcze nie jedno wahnięcie formy przeżyje, więc nie chodzi o to, żeby narzekać i psioczyć na jego dzisiejszą dyspozycję. Sęk w tym, że drużyna (jeszcze?) gra niemal wyłącznie na niego i w momencie, gdy ten napastnik chybia, to nie ma już nikogo, kto mógłby wziąć ciężar strzelania goli na własne barki.

nie był pewny swego: dość powiedzieć, że pierwsze zagrożenie pod bramką przeciwnika Lech zorganizował dopiero w 40. minucie meczu. Kolejorz coraz bardziej gra w sposób zalękniony, oczekując na to, że to rywal zaproponuje swój sposób gry a poznaniacy się do niego ustosunkują. Nie ma już dziś w lechitach przekonania, że są drużyną, która potrafi sprzątnąć każdego przeciwnika z powierzchni murawy i nie zaprząta sobie głowy czymś takim jak taktyka oponenta. Obecny Kolejorz ma mentalność małego żuczka, lękliwie spoglądającego w kierunku nieznanego.

Jedyne co się nie zmieniło, to fakt, że rok temu i w niedzielę czerwoną kartkę otrzymał Ivan Djurdjevic:)

P.

Noel Brightone Chama Sikhosana Nkululcko

 

Dziś [to jest 27 października, notka wrzucona o 00:00 28-ego…] 44. urodziny obchodzi postać niezwykła nie tylko z powodu swojego nazwiska (nazwisk). Noel Brightone Chama Sikhosana Nkululcko, ponad wszelką wątpliwość, był pierwszym czarnoskórym piłkarzem czarnoskórym obcokrajowcem, który biegał po polskich boiskach ligowych. Poza tym jednak, z jego osobą wiąże się wiele niedopowiedzeń czy wręcz zagadek. Pierwszą z nich jest choćby u diabła ta, które z jego nazwisk należy traktować jako ”główne”.

 

Nie czarujmy się, dodawać od siebie cokolwiek jest mi ciężko, więc rzućmy okiem na pożółkłe papiery, czyli wypisy z gazet. Zwracam uwagę na sprzecznośc w kwestii obywatelstwa NBCSN (choć gdyby wszyscy trzymali się pierwszego tekstu, byłoby ok).

Murzyn w Wiśle
Gazeta Wyborcza 20/03/1991 , str. 20
Od wtorku trenuje w Wiśle Kraków czarnoskóry piłkarz z Republiki Południowej Afryki Sikhosana Nkululcko, zwany powszechnie Noel Brightone CHAMA.
Urodził się 27 października 1965 roku w Zambii, tam też zaczynał karierę futbolową. 2 sezony spędził w RPA: najpierw w Jomo Cosmos (87-90, National Soccer League), ostatnio w Wits University (ekstraklasa). Jest obywatelem RPA. W ubiegłym sezonie wraz z zespołem Wits zdobył w lidze 8. miejsce. Wyjeżdżając z Johannesburga, przez Frankfurt do Krakowa pozostawił Wits na 3. pozycji. Gra w pomocy, lubi strzelać bramki.

Pucharowa szkoła
Gazeta Wyborcza 22/03/1991 , str. 20
Drużyna krakowskiej Wisły, wicelidera tabeli ekstraklasy, pozyskała trzech nowych zawodników 26-letniego piłkarza zambijskiego Noel Chama, a także dwóch zawodników Zagłębia Sosnowiec: obrońcę Janusza Gałuszkę i rozgrywającego Tomasza Kulawika.

SPORTOWI IMIGRANCI
Gazeta Wyborcza 14/10/1992 SPORT, str. 18
Najbardziej egzotycznym piłkarzem w naszej lidze piłkarskiej był grający w RPA Zambijczyk Noel Sikhosana. Murzyn zagrał w krakowskiej Wiśle sparing, mecz w rezerwach, końcowe minuty w lidze i został odesłany do Afryki. Nie przydał się drużynie. Tyle tylko, że „odczarował” splamiony przedwojennym „paragrafem aryjskim” klub.

Z Nigru do Nowej Huty [o transferze Lambo do Hutnika]
Jacek PRZYBYŁO, Kraków
Gazeta Wyborcza 23/08/1994 SPORT, str. 20
W Wiśle występował piłkarz Noel Chama Sikhosana z Zimbabwe. Ten, ze swoją posturą i delikatnymi zagraniami, zupełnie nie nadawał się do polskiej ligi. Zarobił jednak na siebie ściągając licznych kibiców na mecze.

Wisła szuka diamentów
GW Kraków 30/08/2001 SPORT, str. 15
Spektakularny i niepowtarzalny był występ Noela Chamy Sikhosana, którego z RPA sprowadził na początku lat 90. ówczesny menedżer Robert Gaszyński. Chama był raczej reklamowym fajerwerkiem wypuszczonym przez szefa piłkarzy Piotra Voigta i wkrótce po meczu został wysłany do domu.

Kolekcja klubów, ”Wisła Kraków”, z cyklu EP Fuji

30 marca 1991, w Wielką Sobotę w spotkaniu z sosnowieckim Zagłębiem, wystąpił urodzony w Zambii, ale z obywatelstwem RPA – Noel Sikhosana. Nie stał się żadnym objawieniem, ale zaliczył mecz, a był to pierwszy występ zagranicznego futbolisty w stroju z „Białą Gwiazdą”.

Co do tego, że zaliczył występ, wątpliwości nie ma. Ale ile ten występ trwał. Hoho, albo dłużej by opowiadać.

wislakrakow.com, wiślackie biografie

Trudno jest ponad wszelką wątpliwość stwierdzić, skąd pochodził. W dostępnych źródłach wymieniane są cztery kraje – autor wiślackiej encyklopedii piłkarskiej Fuji nazywa go „przybyszem z RPA”, Nasz Dziennik wskazuje Kamerun, Wikipedia podaje Zambię, zaś Echo Miasta – sąsiadujące z Zambią Zimbabwe…

W Wielką Sobotę 30. marca 1991 Wisła Kraków podejmowała u siebie Zagłębie Sosnowiec. W 54. minucie Zbigniew Gręda strzelił jedyną, zwycięską bramkę. Tym razem jednak nie gole były tym, na co czekało blisko 9 tysięcy podekscytowanych kibiców zgromadzonych na trybunach przy Reymonta. Zapowiadany występ czarnoskórego zawodnika był – wyjątkowo – bardziej emocjonującym wydarzeniem niż boiskowe zmagania. Trener Adam Musiał pozwolił wystąpić filigranowemu Noelowi, debiutantowi z Afryki, ponieważ kontuzji doznał Tomasz Dziubiński (nie zagrał tylko w tym jednym meczu w sezonie). Gdy sędzia Piotrkowski odgwizdał koniec spotkania, Noel wraz z drużyną opuścił stadion. Nigdy więcej już go w Krakowie nie widziano.

Są i tacy, co powiadają, że Noel o zawodzie piłkarza nie miał pojęcia, a jego zatrudnienie miało być tylko marketingowym zagraniem władz Wisły…

PS – Świadkowie tamtego wydarzenia, obecni wówczas na trybunach, podają różne dane odnośnie czasu, jaki Noel spędził na boisku. Według jednych był to cały mecz, inni twierdzą, że 30 minut; istnieje też wersja „trzyminutowa”. Wobec tylu rozbieżności postanowiliśmy ostatecznie zaufać Piłkarskiej Encyklopedii Fuji Andrzeja Gowarzewskiego, według której Noel rozegrał pełne spotkanie.

Komentarz użytkownika Truman:

Byłem na tym meczu, jak zreszta na wszystkich w tamtym okresie, miałem 18 lat. Faktycznie, Wielka Sobota, mecz rozgrywany był bodajże o 13, piekne słońce, i zwycięska bramka „Grędzińskiego”, głową, na bramkę w kierunku Błoń. Mnie wydaje się, że Sikhosana wszedł na boisko mniej więcej w 70 minucie, pamiętam, że zaprezentował się obiecująco. Dziwi mnie, że redaktorzy nie sa w stanie dotrzeć do pewnych informacji. W tamtym czasie Tempo sporo pisał na temat tego piłkarza, a roczniki leżą w czytelni na Czapskich.

Ja redaktorem nie jestem, ale w archiwum GW składów z tamtego meczu nie ma. Zamieszczono tylko relacje z meczu Legia – Zagłębie 0:0 (ze składami). Może dlatego, że było to pierwsze wydanie gazety po świętach? Nie wiem.

Na koniec wspomnę o panu, który też nazywa się Sikhosana, który tez był piłkarzem i który grał dla RPA. Nawet w reprezentacji i nawet na mundialu (druga połowa z Arabią Saudyjską w 1998 roku). Może ktoś wie, czy to jakaś daleka rodzina? :) Albo może i sam NBCSN?

Jerry Sikhosana

B.

Węgierskie radości w Lidze Mistrzów: Debreczyn i Ferencvaros (cz. I)

Wszyscy (i słusznie) rozpływają się nad Rubinem czy Unireą, więc ja pochylę się nad porażką Debreczyna z Fiorentią 3:4. Porażką, z której Węgrzy i tak chyba mogą być dumni.




Peter Czvitkovics. Ten gość na zdjęciach. To on strzelił gola w drugiej minucie meczu z Fiorentiną i w związku z tym zgarnie milion forintów (ok. 157 tys. zł). Za strzelenie pierwszego od czternastu lat gola w Lidze Mistrzów dla madziarskiej drużyny. W tym momencie wskakujemy w jedną z naszych słynnych bryk cofających się w czasoprzestrzeni i lądujemy w 1995 roku. Wówczas w Champions League grał Ferencvaros. I to o jego dzielnych bojach będzie ten wpis.

W eliminacjach, tych samych w których ”na pytanie, gdzie jest ta Legia, odpowiadam: w Lidze Mistrzów”, Ferencvaros spotkał na swej drodze Anderlecht. Belgowie w poprzedniej edycji LM nie wygrali meczu w średnio trudnej grupie (Steaua, Benfica i Hajduk ; cztery remisy i dwie porażki), więc Madziarzy ich się nie ulękli. Ba, w Brukseli to goście minimalnie wygrali!



9.08.1995 Anderlecht Bruksela – Ferencvaros Budapeszt 0:1 (0:0): Kuntics (58.)

Władze „Fiołków” wkurzyło to na tyle, że na rewanż na ławkę zamiast Niemca Herberta Neumanna, wsadzili Jeana Dockxa. Na nic. Tacy goście jak De Wilde (no on to akurat firana), Babayaro, Grun, Walem, Preko, De Bilde czy Boffin musieli oglądać Ligę Mistrzów w fotelach, popijając Jupilera czy inne Leffe. W rewanżu remis, ale to Węgrzy prowadzili.



23.08.1995 FERENCVAROS BUDAPESZT – Anderlecht Bruksela 1:1 (0:0): Kopunovic (50.) – De Bilde (68.)

Losowanie przyniosło Fradi najbardziej utytułowany klub w historii (Real), obrońców tytułu Ajax i klub Tomasza Rząsy (Grasshoppers).

Przeciwko zielono-białym Polak jednak nie zagrał, a jego klubowi koledzy dostali regularny jak szwajcar oklep w Zurichu. Bach Lisztes, dwa razy bach Vincze i piękna wygrana w ligomistrzowym debiucie staje się faktem. Komentarz Węgrów na youtube: ”W tym samym czasie grał Real z Ajaxem, ale kogo to obchodziło! Trzy gole i trzy punkty! Beckenbauer oglądając skrót w RTL kazał pokazać go jeszcze raz, bo nie wierzył własnym oczom



13.09.1995 Grasshoppers Zurych – Ferencvaros Budapeszt 0:3 (0:0): Lisztes (61.), Vincze (81., 90.)

Ferencvaros wystartował najlepiej ze wszystkich szesnastu zespołów! Po 3:1 wygrał Juventus (z Borussią) i… Legia z Rosenborgiem. Po pierwszej kolejce wypłynęła próba przekupstwa (futrami :) przez Dynamo Kijów sędziego (Lopez Nieto?). Ukraińców (z H. Surkisem na czele, tak, tak) wywalono, a w ich miejsce do stawki dokooptowano duński Aalborg. I tu zabawna sytuacja. Przezabawna wręcz. Strasznie oburzyli się… Belgowie. Cytat z archiwum GW:

Z przyznania miejsca w LM Aalborgowi niezadowolone są zaś władze Anderlechtu Bruksela. Przedstawiciele mistrza Belgii nalegają na sekretarza generalnego UEFA Gerharda Aignera, by wpłynął na zmianę decyzji.
Belgowie uzasadniają swoją decyzję tym, że Dynamo w rundzie wstępnej wygrało z Aalborgiem dwukrotnie (3:1 i 1:0). Anderlecht został zaś wyeliminowany przez Ferencvaros, ale jedno spotkanie zremisował (1:1, 0:1). Argumentują też, że Anderlecht ma lepsze osiągnięcia w dotychczasowych występach w europejskich pucharach.
– Uważamy, że nie wyniki sportowe, ale inne kryteria dały awans Aalborg – stwierdzili działacze Anderlechtu.

Tyle dygresji. W drugiej kolejce do Budapesztu przyjechał wielki Ajax. I choć przez osiem minut utrzymywał się remis 1:1, to skończyło się na piątce od Holendrów.



27.09.1995 Ferencvaros Budapeszt – Ajax Amsterdam 1:5 (0:0): Nyilas (59.) – Litmanen (57., 80. z karnego i 88.), Kluivert (67.), F. de Boer (85.)

Wydawało się, że o większe bęcki niż z Ajaxem będzie trudno. Nawet z Realem. Nawet w obecności 80 tys. widzów na Santiago Bernabeu. A jednak, 18-letni Raul zrobił masakrę i skończyło się 6:1.



18.10.1995 Real Madryt – Ferencvaros Budapeszt 6:1 (3:0): Raul (24., 25., 84.), Zamorano (34., 47.), Hierro (54.) – Kopunović (63.)

Na św. Gulasz! Pomyśleli pewnie o bagażu jedenastu goli w dwóch meczach Węgrzy i w kolejnym spotkaniu sprawili olbrzynią sensację. Ten sam Real, dwa tygodnie po batach 6:1, strzelił gola na wagę remisu na 16 minut przed końcem spotkania w Budapeszcie! Spotkania, które odbyło się 1 listopada.



1.11.1995 Ferencvaros Budapeszt – Real Madryt 1:1 (1:0): Albert (36.) – Raul Gonzales (74.)

Wobec tak znakomitej postawy przeciwko ”Królewskim” remis ze Szwajcarami u siebie, w dodatku uratowany w samej końcówce, można było traktować jak porażkę.



22.11.1995 Ferencvaros Budapeszt – Grasshoppers Zurych 3:3 (2:1): Albert (20.), Lisztes (24.), Nyilas (86.) – Subiat (22.), Comisetti (48.), Ibrahim (64.)

Real dwa razy przegrał jednak z Ajaxem i na kolejkę przed końcem, Węgrzy mieli nawet teoretyczne szanse na ćwierćfinał! Te szanse wynosiły jednak tyle, ile podatku można przekazać organizacjom – jakiś jeden procent. Ferencvaros musiałby pokonać w Amsterdamie Ajax, który nie przegrał 66 kolejnych meczów (w tym 16 pucharowych), i liczyć na to, że mistrzowie Hiszpanii przegrają w Zurychu z Grasshoppersem. Hm…



6.12.1995 Ajax Amsterdam – Ferencvaros Budapeszt 4:0 (2:0): Overmars (17.), R. de Boer (22.), Litmanen (61., 65.)

Prezentu na Mikołajki nie było, ale Madziarzy mogli być dumni. I na pewno byli. A pewnie też są do teraz.

 

B.

Warta Poznań – Górnik Zabrze: w ekstraklasie (1995) i na jej zapleczu (2009)

16 mistrzostw Polski mają razem Górnik Zabrze (14) i Warta Poznań (2). Z obecnych zapleczowców (nie cierpię drugoligowców określać mianem pierwszoligowców…) tytuły ma w dorobku jeszcze tylko łódzki duet. Gwiazdka nad herbem nobilituje jak mało co.

15 lat, od środkowych obrońców Górnika, Adama Dancha i Michała Pazdana, starszy jest Piotr Reiss – w sobotę strzelił pierwszego i wypracował drugiego gola. Stwierdzenie, że defensorzy ”dali się oszukać jak dzieci” pasuje więc idealnie.

14 lat i pięć miesięcy temu Górnik i Warta spotkały się po raz ostatni w ekstraklasie. ”Zieloni” cieszyli się tylko przez chwilę.

13 pozycji wyżej od ostatniej, osiemnastej Warty skończył tamten sezon (1994/95) Górnik.

12 goli Reiss strzelił Górnikowi podczas pobytu w Lechu. Przeciw żadnemu innemu zespołowi poznański napastnik nie trafiał tyle razy. Ostatni gol przeciwko zabrzanom to otwarcie wyniku 4:1 w sierpniu 2007.

11 maja, dzień po meczu w ekstraklasie, tytuł relacji w Gazecie Wyborczej brzmiał ”Przypadkowa porażka”. A w tekście było m.in. tak:

Po meczu Krzysztof Pawlak oznajmił, że rezygnuje z funkcji trenera. – To, co się teraz dzieje w Warcie, zakrawa na kpiny – tłumaczył. – W bałaganie, który stworzyli działacze, nie da się dłużej pracować. Chłopcy od początku rundy wiosennej nie dostali ani złotówki za zdobyte punkty. Wyszli na boisko, bo chcieli grać dla siebie i trenerów.

A jednak, trener dał się przekonać zawodnikom i został do końca sezonu. I już w następnej kolejce, na Bułgarskiej

wygrał derby z Lechem, który…

10 maja 1995 roku, czyli w dniu meczu Warta – Górnik, pokonał Legię na Łazienkowskiej. Jak wiadomo, było to ostatnie zwycięstwo Lecha w Warszawie, aż do kwietnia ubiegłego roku. Wtedy ”Kolejorz” wygrał po golu Przemysława Pitrego. Tego samego, który teraz został zniesiony z boiska w 14. minucie zapleczowego meczu Warta – Górnik.

9 goli strzelił w całym ubiegłym sezonie Marcin Klatt. Do meczu z Górnikiem miał tyle samo też w tych rozgrywkach. Ale, że pokonał raz Sebastiana Nowaka, to jego liczba ukąszeń wynosi już dziesięć, co oznacza, że lideruje w tabeli strzelców zapleczowych.

8 trafień padło w tych dwóch meczach Warty z Górnikiem. O dwóch strzelcach dla Warty z tego weekendu było wyżej. Dla Mariusza Przybylskiego było to pierwsze trafienie od czasu, gdy opuścił Raków Częstochowa (by przez Polonię Bytom trafić do Zabrza). Dużo ciekawsi są jednak strzelcy z 1995 roku. Piotr Prabucki strzelił w tamtym sezonie dla Warty 14 z 35 goli i był jej zdecydowanie najlepszym napastnikiem. Krzysztof Klempka z Górnikiem strzelił swojego premierowego gola w ekstraklasie, by w czterech ostatnich kolejkach dorzucić kolejne cztery. Po tamtym sezonie, więcej w najwyższej polskiej lidze już go jednak nie widziano. Ale to wszystko nieważne, bo premierowy dwupak, w swoim drugim występie w ekstraklasie, ustrzelił Bartosz Tarachulski. 19-letni Tarachulski wyglądał tak:

[górny rząd od lewej Klytta, Tarachulski, Hajto, Bonk ; w środku: Zadylak, Szemoński, Rogalski, Jarosz ; na dole: A. Kubik, Koseła, Tęsiorowski ; kursywą piłkarze, którzy nie zagrali z Wartą]

Ostatniego gola strzelił Mieczysław Agafon (po lewej Leszek Kraczkiewicz, po prawej Piotr Brzoza – wszyscy grali).

7 czerwonych kartek (licząc też te w konsekwencji dwóch żółtych) ma już na koncie Warta w tym sezonie. Z dwojga złego, lepiej, że są to kary za (w większości) za głupotę, a nie za brutalność. Błażej Jankowski dostał dwie żółte kartki za dyskusję z sędzią (!) po końcowym gwizdku (!!!). Zatrważające.

6 oficjalnych meczów zagrały dotychczas między sobą Warta i Górnik. Cztery w ekstraklasie (bilans 3-1-0 i 9:5 w bramkach dla zabrzan), jeden w Pucharze Polski (4:2 dla ślązoków) i teraz, w końcu wygrany przez ”Zielonych”.

5 klubów odwiedził w czasie rozłąki z Wartą Arkadiusz Miklosik. To Lech, Opoczno, KSZO, Zawisza i Lechia. Miklosik jako jedyny piłkarz mógł wystąpić w obu opisywanych meczach. 14 lat temu zagrał całe spotkanie, teraz z występu wyeliminowała go kontuzja. Szkoda.

4 przyszłych reprezentantów Polski biegało po boisku ruin stadionu im. Edwarda Szyca 14 lat temu. W Warcie byli to Żurawski, Onyszko i Kaliszan, po stronie Górnika – Hajto.

[górny rząd od lewej: Roman Gałecki, Maciej Kaniasty, Dariusz Kofnyt, Artur Topolski, trener Krzysztof Pawlak ; w środku: Mirosław Myśliński (kierownik), Waldemar Przysiuda, Maciej Żurawski, Arkadiusz Onyszko ; na dole: Arkadiusz Kaliszan, Arkadiusz Miklosik, Tomasz Rybarczyk, Ryszard Górka (prezes)]

W weekend tych reprezentantów (którzy już zagrali) było pięciu. To Reiss oraz Adam Danch (uczestnik mistrzostw świata U-20), Michał Pazdan, Damian Gorawski i Grzegorz Bonin.

3 duże imprezy seniorskie były udziałem wymienionych reprezentantów. Można powiedzieć – wszystkie trzy ”współczesne”.

Mistrzostwa świata w Korei i Japonii 2002 – Żurawski i Hajto, MŚ w Niemczech – tylko Żurawski, a Euro 2008 – Żuraw i… tak, tak – Michał ”surprise, surprise” Pazdan.

2 duże imprezy juniorskie ”obsługiwali” uczestnicy opisywanych meczów, a jednocześnie – pomimo sukcesów z młodzieżówką – gracze, którzy nie zagrali [jeszcze] w kadrze A. Dariusz Koseła, który był na igrzyskach w Barcelonie, jak dobrze wiemy, nie zmienił szyldu i nie pojechał dalej. Z kolei Paweł Strąk, choć w 1999 roku został wicemistrzem Europy U-19 i powołanie dostał, to w dorosłej kadrze nie zagrał.

1 sędzia jednego z tych dwóch meczów został potem prezesem PZPN.

0 – nie ma już co gadać. Gole sprzed 14 lat poniżej, z weekendu – lada chwila na kochanej stronie kochanej TVP.

B.

Za krótki na Ekstraklasę, w sam raz na kadrę

Przy okazji występu Bieniuka w potyczce ze Słowacją pojawił się wątek graczy występujących w Polsce, ale poniżej Ekstraklasy. Poprzednim takim typem który zagrał w meczu o punkty był Jacek Bayer (22 lata temu), ale w międzyczasie kilku piłkarzy drugoligowych pojawiło się w meczach towarzyskich. Oto oni:

Jacek Bayer (Jagiellonia Białystok); Polska – Cypr 0:0, el. ME (1987)

Typ obecności w kadrze: jedyny występ

Kryterium powołania: najlepszy strzelec II ligi w barwach Jagiellonii Białystok

Jacek Bayer trafił do kadry jako najlepszy zawodnik Jagiellonii i najlepszy strzelec II ligi. Wobec mizerii reprezentacyjnych napastników Łazarek postanowił spróbować 23-letniego atakującego. Białostocki snajper w meczu z Cyprem nic jednak nie zwojował i w pierwszej reprezentacji już nigdy nie zagrał. Po awansie do Ekstraklasy przez dwa sezony był jej czołowym snajperem w barwach Jagi a przez kolejny – w koszulce Widzewa. Potem penetrował już tylko siatki w niższych ligach.

Roman Kosecki (Gwardia Warszawa); Polska – Rumunia 2:2, Izrael – Polska 1:3, Irlandia Płn. – Polska 1:1, Irlandia – Polska 3:1, Polska – USA 0:2, Kanada – Polska 1:2, Polska – Bułgaria 3:2 (1988)

Typ obecności w kadrze: długotrwała:)

Kryterium powołania z otchłani II ligi: selekcjoner szybszy niż trenerzy ligowi

Fakt, że Kosecki niemal przez rok grał w kadrze reprezentując jednocześnie II-ligowy klub jest dziś wręcz nie do pomyślenia. Drenaż młodzieży jest tak zaawansowany, że wystarczy kopnąć dwa razy prosto piłkę a już zgłaszają się kontrahenci. A Kosa spokojnie hasał w koszulce Gwardii i zanim zdążył zainteresować się nim jakiś zespół z I ligi, to sięgnął po niego selekcjoner Łazarek. Jak było później wiadomo – Legia, Galata, Osasuna, Atletico…

Jarosław Gierejkiewicz (Miedź Legnica); Gwatemala – Polska 2:2 (1992)

Typ obecności kadrze: jedyny występ

Kryterium powołania: na fali sukcesów II-ligowej Miedzi Legnica w Pucharze Polski (1992)

Strejlau powołał go na egzotyczny wypad do Gwatemali w ramach uznania za dobrą grę w Miedzi Legnica w rozgrywkach PP. Co prawda przedtem Gierejkiewicz już pokazał się w Ekstraklasie (w barwach Zagłębia i Jagielloni), ale chyba najprzyjemniejsze dla niego piłkarskie wiążą się właśnie z rokiem 1992 – zdobycie Pucharu Polski, debiut (i pożegnanie) w kadrze i występ w Pucharze Zdobywców Pucharów przeciwko AS Monaco (Gierejkiewicz grał na Klinsmanna i zaliczył dobry mecz).

Mariusz Śrutwa (Ruch Chorzów); Japonia – Polska 5:0, Chorwacja – Polska 2:1, Polska – Słowenia 0:0 (1996)

Typ obecności w kadrze: pięciokrotna, raczej nieudana

Kryterium powołania: dobre występy w Ekstraklasie i w II lidze po spadku z Ruchem Chorzów

Zarówno w przypadku Śrutwy jak i poniżej opisywanego Gęsiora drugoligowy adres wynika z lojalności względem klubowych barw. Gdy chorzowski Ruch zapikował w kierunku drugiej ligi (spadek w sezonie 1994/1995), żaden z tych zawodników nie zdecydował się na zmianę barw klubowych. Nie zapomniał jednak o nich nowy selekcjoner Władysław Stachurski, który obu powołał na konsultacje oraz mecze z Japonią oraz – nieoficjalny – z ligą Hongkongu ( w tym meczu Śrutwa strzelił nawet gola). Później Śrutwa-drugoligowiec zagrał jeszcze w meczach z Chorwacją i Słowenią po czym kontakt z kadrą się urwał (odświeżył go jeszcze na krótko Wójcik). W sumie jak na gościa, który w Ekstraklasie trafiał ponad sto razy, to Śrutwa w kadrze wyłącznie rozczarowywał. Podobnie zresztą było w Legii, więc może problem leżał w aklimatyzacji?

Dariusz Gęsior (Ruch Chorzów); Japonia – Polska 5:0, Chorwacja – Polska 2:1, Polska – Słowenia 0:0, Polska – Białoruś 1:1, Rosja – Polska 2:0 (1996)

Typ obecności: długotrwała, choć głównie towarzyska

Kryterium powołania: ciągłość

Sytuacja trochę podobna jak ze Śrutwą. Gąska był powoływany do kadry już przez Strejlaua, potem z jego usług korzystali także Apostel, Stachurski (to on powoływał Gęsiora jako drugoligowca), Piechniczek i Wójcik. Zawodnik do bólu solidny, ale nie wiele ponad to. Świadczy o tym choćby fakt, że na 22 mecze rozegrane w kadrze zaledwie dwa spotkania były o stawkę (8 minut z Izraelem i 30 z Francją w el. ME 1996) a reszta to towarzyska drobnica.

Andrzej Jaskot (Aluminium Konin); Ukraina – Polska 1:2 (1998)

Typ obecności w kadrze: jedyny występ

Kryterium powołania: na fali sukcesów II-ligowego Aluminium Konin w Pucharze Polski (1998)

Jaskot był podstawowym zawodnikiem ekipy z Konina (12 goli w lidze) w sezonie gdy dotarła ona do finału PP (1997/1998). Powołanie go jednak przez Wójcika do kadry było zagrywką frapującą – akurat środek reprezentacyjna druga linia była dość silnie obsadzona (Brzęczek, Majak, Świerczewski, Iwan, Kałużny). No, ale widocznie Wójt uznał inaczej.

Szymon Pawłowski (Zagłębie Lubin); Ukraina – Polska 1:0, Polska – Serbia 1:0 (2008) i Polska – Litwa 1:1 (2009)

Typ obecności w kadrze: cztery mecze, z czego debiut jeszcze w Ekstraklasie a reszta już podczas pobytu klasę niżej

Kryterium powołania: lojalny (uwięziony?) talenciak

Pawłowski wpadł w oko Beehakerowi podczas gry z Zagłębiem w Ekstraklasie. Młody pomocnik na tyle spodobał się selekcjonerowi, że ten pamiętał o nim nawet, gdy zespół z Lubina został zdegradowany do I ligi a Pawłowski razem z nim. Szymek jeszcze pewnie do kadry wróci.

Radosław Cierzniak (Korona Kielce); Polska – Litwa 1:1 (2009)

Typ obecności w kadrze: jak na razie jedyny występ, ale wcale nie jest powiedziane, że ostatni

Kryterium powołania: rozpaczliwie szukam siódmego bramkarza

Cierzniak z czołowego polskiego bramkarza poziomu „młodzieżowiec” jakoś nie może wskoczyć na wyższy level. Dobre występy przeplata gorszymi albo wręcz ugniataniem ławki. Tym niemniej Leo zobaczył w nim coś, co widzi w niewielu rodzimych golkiperach (ponoć to „coś” miał/ ma również Gostomski). Cierzniak zagrał więc w lutowej potyczce z Litwą,  pomimo tego, że reprezentował I-ligową Koronę Kielce. Wobec mierności całego widowiska trudno jednak nawet ocenić czy był to występ dobry.

Jarosław Bieniuk (Widzew Łódź); Polska – Słowacja 0:1, el. MŚ (2009)

Typ obecności w kadrze: ósmy występ w kadrze, ale po raz pierwszy w meczu o punkty

Kryterium powołania: po starej znajomości

Bieniuk z Majewskim znają się od dawien dawna. To u Stefana obecny obrońca Widzewa zaistniał w lidze w barwach Amiki, to razem z nim Doktor zdobywał swe najbardziej powalające trofea czyli podwójny Puchar Polski. Bieniuk nie jest więc dla selekcjonerem anonimowym I-ligowym grajkiem wyciągniętym z czeluści podekstraklasowych. Ba, Bieniuk w ogóle nie jest anonimowy dla fanów reprezentacji Polski – przed chorzowską potyczką wystąpił w niej już bowiem siedem razy, zdobywając nawet jednego gola (w meczu z Maltą). Przez moment wydawało się nawet, że w kadrze zagości na lata. Janas stawiał na niego, ale… bez przekonania. Wystawiał go bowiem w meczach towarzyskich (Macedonia, Serbia, Litwa, Malta, Wyspy Owcze, USA, Meksyk). Z czasem Bieniuk sam się skreślił wyjeżdżając na saksy do Turcji. Paradoksalnie dopiero średnie występy w I-ligowym Widzewie dały mu przepustkę do eliminacyjnych meczów reprezentacji (inna sprawa, że ranga potyczki ze Słowacją była podobna do leo’wych sparingów).

P.

"Lisbon Story" a mecz, którego nie było

To w sumie głupie. Obejrzałem dziś w kinie ”Lisbon Story” Wima Wendersa (tak, są jeszcze porządne kina, choć zostało ich niewiele). Film z cudowną muzyką Madradeus (czemu jej tak mało?!), nietypowo pokazujący piękno Lizbony.

A jednak, zboczenie wzięło górę. Wychodząc z kina, moje myśli biegły tylko ku jednemu wątkowi, ba – ku jednemu zdaniu wypowiedzianemu przez reżysera Fritza do niemówiącego chłopca Ricardo:

Dobrze, Szwajcaria właśnie wygrała z Boliwią 4:1.

Fakty są następujące.

Po pierwsze, ”Lisbon Story” kręcony był w 1994 roku, przez zaledwie pięć tygodni.

Po drugie, reprezentacja Szwajcarii zagrała z reprezentacją Boliwii raz w historii. Właśnie w 1994 roku. ALE. Było to towarzyskie spotkanie tuż przed mistrzostwami świata w USA (11 czerwca w Montrealu), które zakończyło się wynikiem 0:0.

Po trzecie, Szwajcaria wygrała mecz 4:1, dokładnie jedenaście dni później (22 czerwca), ALE rywalem była wówczas Rumunia.

Co autor (Wenders) miał na myśli i czy w ogóle o coś w tych słowach mu chodziło (czy tylko się pomylił) – nie mnie to wiedzieć, biednemu misiowi. Ale dla mnie i osób śledzących piłkarskie wątki czy epizody w filmach, to na pewno intrygujące.

B.

"Okoń" Ryszarda Chomicza. Perełka wydawnicza o piłkarskiej perełce

Do księgarń trafia właśnie książka Piotra Reissa. W Poznaniu pewnikiem rozejdzie się ona na pniu. Zanim jednak o tej pozycji, której – jeszcze – nie przeczytałem, słów kilka o innym, starszym idolu trybun przy ul. Bułgarskiej. I książce o nim.

Stwierdzić, że „Okonia” Ryszarda Chomicza czyta się jednym tchem, to mało. Nie chodzi tylko o wartką narrację i ciekawy język Ryszarda Chomicza. Biografię Mirosława Okońskiego najlepiej określić słowem na „s”, nie chodzi jednak o ”skandalizująca”, lecz ”sensacyjna”. Tak jak sensacją, czy może potężną zagadką, jest to, że to, co w „Okoniu” opisano wprost, nigdy nie było przedmiotem działań odpowiednich służb. Chodzi oczywiście o korupcję.

Cieszy, że u autor nie chce wybielać Okońskiego, udawać, że był inny niż w rzeczywistości. O hagiografii nie ma tu mowy. Jest więc i o Okońskim silnym (na boisku) i słabszym (poza nim). Mnie najbardziej smakują jednak kąski (około)piłkarskie, które z tym brzydkim wyrazem na „k” nie mają nic wspólnego. Opowieści kto co komu sprzedał i jak to się załatwiało, są tyleż ciekawe, co smutne. Smutne, że przez tyle lat ta choroba trawiła polską piłkę i nawet, gdy ktoś o tym mówił ze szczegółami (jak ta książka), to odpowiednie władze udawały, że nic nie słyszą i nic nie widzą. Przykładów ze szczegółami jest przywołanych kilka: spłacony dług wdzięczności Górnika wobec Lecha (1957 i 1983 rok), spółdzielnia przeciwko Bałtykowi Gdynia czy niżej opisany przyjazd Zagłębia Sosnowiec do Poznania.

Książka zasłynęła m.in. z listy prywaciarzy (z kwotami!), którzy zrzucili się na wykupienie Okońskiego z Legii, ale jest też np. (uwaga) zapis kontraktu Okońskiego z HSV! Albo opis treningów u Ernsta Happela, czy też kłótnia Polaka z Felixem Magathem (Krzynówek nie był więc pierwszy ; Magath chciał, by ”Okoń” przyjął niemieckie obywatelstwo i zwolnił miejsce kolejnemu obcokrajowcowi – odpowiedź była zdecydowana i odmowna).

Spisać tych wszystkich perełek nie sposób, pełno ich praktycznie w każdym rozdziale (kolejna: przed przejściem do AEK, Okoński był praktycznie dogadany z Anderlechtem). Obecnie nabyć tę lekturę zdecydowanie ciężko trudno, więc moje ”The best of” znajduje się poniżej (starszym, zwłaszcza poznaniakom, pewnie dobrze znane ; młodszym już niekoniecznie).

Dwie kolejki do końca sezonu 1977/78, Lech pewny pucharów gra u siebie z walczącym o utzymanie Sosnowcem. – Dwóch zawodników nie wiedziało, że mecz jest z góry ułożony – ja i Leszek Piekarczyk grający na prawej obronie. Reszta grała, żeby przegrać. Zresztą sam skład był dziwny. Nie wyszli Piotrek Mowlik, Hirek Barczak i Mirek Justek – nasz najlepszy bramkarz i podstawowi obrońcy (…) Strzałem z woleja nie dałem szans bramkarzowi. Było 1:1. I tutaj lekko się zdziwiłem. Zauważyłem, że nikt z chłopaków się nie cieszy. (…) piłka zmierzała w samo okienko naszej bramki. Zdążyłem podciągnąć się rękoma na słupku i wybić ją głową. Teoś Napierała i Józek Szewczyk, jak to zobaczyli, to o mało nie dostali szału: – Okoń, wypieprzaj stąd do przodu. To nie twoje miejsce i nie przeszkadzaj (…) Po moim golu objęliśmy prowadzenie 2:1 i dowieźliśmy je do końca. Po meczu bardzo niezadowoleni [koledzy] wyraźnie dali mi to odczuć. Ale zrobili zasadniczy błąd. Sprzedali mecz, a mnie nie wzięli pod uwagę.

Ojciec Okońskiego w młodości grał w Bałtyku Gdynia. Gdy syn dostał propozycję z Gwardii Koszalin, uciął krótko: „Jeśli Mirek chce grać w piłkę w Bałtyku, proszę bardzo. Ale w Gwardii nigdy. Zagra tam dopiero po moim trupie„. Młody długo zwodził ojca, że trenuje w Koszalinie, ale sprawa się wydała, bo o talencie zaczęła informować prasa. Najpierw było potężne manto, a potem – w końcu – zgoda na grę w Gwardii.

Okoński pewnie nie trafiłby do Lecha, bo miał już przed sobą umowę z Pogonią. Zawiedli jednak szczecińscy działacze, a konkretnie ich pazerność. Z prezesem Pogoni „Okoń” był dogadany na 200 tys. zł na rękę. Jednak gdy usłużny przyjechał na parafowanie kontraktu, miał ze sobą tylko 80 tys. zł. Został odesłany. Lech do sprawy podszedł konkretniej. Nie tylko dał więcej pieniędzy zawodnikowi za transfer, ale też w obawie o kaperowanie przez inne kluby, wywiózł go do Sierakowa, a konkretnie do… wagonu kolejowego dla wczasowiczów. Tam Okoński przez tydzień był ukrywany.

Sezon 1979/80. Na trzy dni przed inauguracją z Zawiszą zniknęli Okoński i Andrzej Grześkowiak. Nie pojawili się na treningu, nie było ich w domu, nikt nie wiedział, gdzie są. (…) Na kilka godzin przed wyjazdem do Bydgoszczy kierownik drużyny zastał obu zawodników w Motelu Sady. Zastał w bardzo złej formie. A jednak trener Kopa, za namową starszych zawodników, wystawił do składu obu balowiczów. Okoński zaliczył dwie asysty, Lech wygrał 3:0.

– Pamiętam jak po jednym z wygranych meczów zabalowaliśmy w Polonezie z Józiem Adamcem. Poszliśmy wtedy dość szeroko w tango i wróciliśmy późno. Następnego dnia przed południem był trening i trener Łazarek wyczuł, że mamy nieświeże oddechy. Początkowo nic nie powiedział, ale dał nam tak w dupę, że nie mieliśmy siły nawet na rozmowę. I kiedy, prawie, że na czworakach, mieliśmy zejść do szatni, powiedział: „Mirek i Józek, albo płacicie kary finansowe albo zostajecie pół godziny dłużej”. (…) Łazarek przeczołgał nas po murawie przez te trzydzieści minut strasznie. Dosłownie nie wiedzieliśmy gdzie skręcić. Brakowało nam tlenu w płucach, zwymiotowaliśmy ze zmęczenia i padliśmy w końcu na pysk. Kiedy się wykąpaliśmy, przeprosiliśmy trenera. (…) ”Baryła” przeprosiny przyjął i było po sprawie.

 W 1987 roku HSV obchodził stulecie istnienia i na mecz przyjechało Napoli, z Maradoną w składzie. Bramkę dla gospodarzy zdobył Okoński, wyrównał Argentyńczyk. – Tuż po ostatnim gwizdku sędziego, podszedłem do Maradony i zaproponowałem wymianę koszulek. Ten jednak zdecydowanie odmówił (…). Tego samego dnia spróbował również mój manager – znów bez powodzenia. Maradona stwierdził, że nie wymienia się na koszulki i koniec.

Kilka miesięcy wcześniej świętowano w Hamburgu zdobycie Pucharu Niemiec. W finale w Berlinie Zachodnim HSV pokonał Stuttgarter Kickers (nie jak podano w książce VfB). Okoński (oczywiście numer 10) gola nie strzelił, ale po faulu na nim, padło trafienie na 2:1. Zresztą sam Polak twierdzi, że to on powinien być strzelcem: – Na drodze stanął mi, nie po raz pierwszy zresztą, Manfred Kaltz. Wykonywaliśmy rzut wolny, miałem już z kolegami ustalone, że ja będę wykonawcą. Przymierzałem się do uderzenia, aż tu nagle zza pleców wybiegł Kaltz. Strzelił technicznie i zdobył bramkę. Byłem bardzo niezadowolony, ale nie pozostawało mi nic innego jak mu pogratulować.

 1989 rok. AEK po pozyskaniu Okońskiego spisywał się świetnie. W meczu z Olympiakosem, żółto-czarnym do mistrzostwa Grecji wystarczał remis. Przed spotkaniem wydarzyła się jednak rzecz nader ciekawa. Nie wiadomo dlaczego, ale prezes AEK oświadczył, że nie wierzy w końcowy sukces swoich piłkarzy. Okoński publicznie odpowiedział, że jeśli prezes nie wierzy, to on przyniesie mu tytuł na tacy. Stanęło na zakładzie o 10 tysięcy marek. AEK wygrał 1:0 (gol po podaniu Polaka, cztery minuty do końca), a Mirek wygrał zakład.

 – Nigdy wcześniej i nigdy potem nie uczestniczyłem w tak oszałamiającym widowisku. To co wydarzyło się po zakończeniu meczu, porównać można tylko z wybuchem wulkanu. Oszalał również nasz prezes. Kiedy podszedł do mnie zaczął przepraszać za to, że nie wierzył w zwycięstwo i prosił o wybaczenie. [pierwszy filmik: Okoń tańczy od 2:04 ; drugi – dłuższy skrót i feta na boisku ; trzeci: radość po ostatnim meczu sezonu z PAOK]

Inne zakłady: o zwycięstwo i strzelenie przez Okonia gola Panathinaikosowi (1:0, gol Okonia), o gola strzelonego Larisie (5 tys. marek dla Polaka), o zwycięstwo z Apollonem (1:1, gol na remis na minutę przed końcem, z którego prezes się cieszył, bo wreszcie się odegrał na Okońskim).

W końcu, chyba najbardziej niesamowita historia. Okoński jechał na ostatni trening przed meczem z PAO, gdy z prawej strony w jego auto uderzył samochód ciężarowy. Siła uderzenia była tak duża, że Polak wypadł z Alfa Romeo wraz z drzwiami na ulicę. W siedzenie kierowcy wbite były drzwi od strony pasażera. Gdyby ”Okoń” miał zapięte pasy, to dalej znajdowałby się na tym siedzeniu. Piłkarz najpierw na własną prośbę wypisał się ze szpitala, potem udawał przed trenerem, że wszystko z nim ok, by po niemal całodniowych zabiegach u masażysty, wybiec na spotkanie z Panathinaikosem. Wypadek w piątek, mecz w niedzielę! – Nikt, dosłownie nikt nie przypuszczał nawet, że zobaczy mnie tego dnia na boisku. A ja przeżyłem jedną z najbardziej wzruszających chwil podczas całego pobytu w Grecji. Kiedy wszedłem na plac i spiker przeczytał moje nazwisko, prawie wszyscy widzowie wstali z miejsc. Nagrodzili mnie brawami, skandując ”Oko! Oko!”.

Taki to był zawodnik, taka to jest książka. Niezwykła. Tak jak niezwykłe i unikalne są zamieszczone w niej zdjęcia.

W prawym górnym rogu z Papinem, w lewym dolnym z trenerem AEK, Dusanem Bajeviciem. Prawy dolny róg to Okoń w koszulce Korinthos.

Po lewej Okoń pomiędzy Juergenem Kohlerem i Thomasem Haesslerem, po prawej bal piłkarza w Niemczech.

I chyba największa perełka. Zdjęcia z przysięgi wojskowej po przyjściu do Legii. Obok ”Okonia” Henryk Miłoszewicz. Piłkarze mieli ogolić głowy, ale po interwencji z góry, wystarczyło, że… zmoczyli głowy pod kranem, by włosy nie wyglądały na zbyt długie.

B.

Bułgarzy w Polsce, Polacy w Bułgarii

Aby dopełnić weekend bułgarski na tym blogu – krótki przegląd Bułgarów grających w Polsce oraz Polaków grających w Bułgarii. Najpierw weźmy pod lupę zawodników przybyłych nad Wisłę:

Radostin Stanew – wiosna 2001/2002 do jesień 2002/2003 (Legia Warszawa); 23 mecze

Pierwszym Bułgarem, który trafił do Polski był bramkarz Radostin Stanew. Trafił on z zespołu Lokomotiwu Sofia do Legii Warszawa. Postawione przed nim zadanie było niezwykle ambitne – miał zastąpić w wojskowej bramce Wojciecha Kowalewskiego sprzedanego do Szachtaru Donieck. Jego konkurentem do gry był Artur Boruc. W rundzie jesiennej grali mniej więcej po połowie, choć ze wskazaniem na Bułgara – Stanew rozegrał osiem meczów ligowych a także półfinał i finał PP (Boruc pięć meczów). Wspólnie więc cieszyli się z tytułu mistrzowskiego dla Legii.

W rundzie jesiennej kolejnego sezonu Stanew był już bezkonkurencyjny – wystąpił we wszystkich 15 meczach od pierwszej do ostatniej minuty. W przerwie zimowej wykupił go rosyjski Szinnik Jarosławl.

Tam rok grał (2003) i rok siedział na ławce (2004). Aby przerwać marazm w 2005 roku trafił do Nationalu Bukareszt.

Pobyt w Rumunii też jednak trudno zaliczyć do udanych – przez dwa lata Stanew rozegrał raptem 14 spotkań. Potem na krótko przeniósł się na Cypr (dwa mecze w Arisie Limassol), by wreszcie wrócić do Bułgarii – najpierw do Spartaka Warna a potem do Lokomotiwu Mezdra.

Po opuszczeniu stolicy Polski Rado nigdzie nie potrafił potwierdzić swoich całkiem przecież sporych umiejętności. Może to był czasowy wyskok a potem wszystko wróciło na swój właściwy poziom?

Anatoli Nankow – jesień 2003/2004 (GKS Katowice); 4 – 0

O tym panu nic więcej nie trzeba już chyba pisać.

Dimityr Makrijew – 2003/2004 (Górnik Zabrze), 22 – 2 gole

Więcej o nim też już na blogu było.

Boris Kondew – wiosna 2003/2004 (Wisła Płock); 1 – 0

Przez polską ligę Kondew przemknął niemal niezauważony. Mając już na koncie występy w Niemczech (SV Meppen i Fortuna Duesseldorf) trafił pod opiekę Mirosława Jabłońskiego w Wiśle Płock. Dla Nafciarzy rozegrał jednak raptem jeden mecz w lidze. Potem kopał trochę w Bułgarii, zahaczył o Norwegię oraz… Kazachstan. Obecnie w Pirinie Błagojewgrad.

Swetosław Byrkaniczkow – 2004/2005 do 2007/2008 (Korona Kielce, ŁKS Łódź, Radomiak, Mazovia Rawa Mazowiecka, GLKS Nadarzyn)

Byrkaniczkow trafiał do Polski w aurze trzykrotnego mistrza Bułgarii – dwa razy z Lewskim Sofia

i raz z Lokomotiwem Płowdiw (mało kto jednak zadał sobie trud, aby sprawdzić ile meczów zagrał w tamtych sezonach). Korona Kielce przekonana więc była, że dostaje pomocnika, który popchnie ją w kierunku Ekstraklasy.

Bułgarowi na kielecczyźnie wiodło się raz lepiej raz gorzej (12 meczów w II lidze, 1 cały, zero goli i jeden przestrzelony rzut karny). Z niej trafił na rundę do ŁKS-u Łódź (12 meczów i 1 gol w II lidze) a na kolejną rundę do Radomiaka Radom.

Tam rozegrał 8 meczów i strzelił dwa gole, ale miejscowym kibicom kojarzy się przede wszystkim z przestrzelonym karnym w barażowym meczu z Odrą Opole o grę w II lidze w końcówce sezonu 2005/2006. Cały ten mecz wzbudził wiele emocji. Jak opisywał zdenerwowany Zbigniew Wachowicz: „W tym meczu nie ma przypadków. Żyro nie dyktuje ewidentnego karnego dla Radomiaka. Co potwierdza także obserwator spotkania Zbigniew Przesmycki. W 118 minucie wyrzuca z boiska Mikołaja Skórnickiego, obrońcę Radomiaka za to, że… zawahał się przy wyrzucie piłki z autu. Miała to być kara za grę na czas. Tylko, że Radomiak miał wielką przewagę i akurat atakował. I jeszcze Kalu. Miał nie grać w rewanżu. Był kontuzjowany. – Niespodziewanie Kalu dzień przed meczem zgłosił trenerowi, że koniecznie chce zagrać. Cudownie ozdrowiał i odzyskał siły. Teraz wiem, że wtedy już miał podpisaną umowę z Odrą – wspomina Wachowicz. W Radomiu Kalu pudłował w najlepszych sytuacjach. Raz nie trafił do pustej bramki. Dziś jest zawodnikiem Odry Opole. U beniaminka II ligi próbował się także załapać Swetosław Byrkaniczkow, który w śmieszny sposób przestrzelił karnego. – To chore, ale niech żyją w zgodzie z własnym sumieniem„. Bułgar do Opola jednak nie trafił, wylądował w Mazovii Rawa Mazowiecka a potem w GLKSie Nadarzyn. Aktualnie nie figuruje w kadrze żadnego zespołu.

Iljan Micanski – 2005/2006 do dziś (Amica, Lech, Korona, Odra, Zagłębie);

O Micanskim szerzej rozpisywałem się już tutaj, więc teraz tylko zauważę, że teza na temat jego „drugoklasowej pierwszorzędności” jak na razie znajduje potwierdzenie w jego występach w Lubinie.

Iwajło Stoimenow – 2005/2006 (Górnik Zabrze); 25 – 0

Pomocnik, który w Zabrzu odpowiadał głównie za destrukcję. Furory nie zrobił, ze Śląska trafił do greckiej Kalamaty, ale po pół roku wrócił do Górnika. W pierwszej drużynie był już jednak niepotrzebny, więc przeniesiono go do rezerw. Potem słuch o nim zaginął.

Stefan Todorow – wiosna 2005/2006 – jesień 2007/2008 (Wisła Płock, Unia Janikowo, Toruński KP, Zdrój Ciechocinek)

Nazywać się w Bułgarii Stefan Todorow to tak jak nazywać się u nas Piotr Malinowski. Może dlatego Todorow trafił do Polski jako zawodnik anonimowy i takim praktycznie pozostał. Po rozegraniu kilku spotkań w lidze bułgarskiej trafił do Wisły Płock. Tam jednak nie dane było mu powąchać futbolówkę, więc przeniósł się do Unii Janikowo (10 meczów i 2 gole w II lidze), potem do Toruńskiego KP i Zdroju Ciechocinek (15 meczów i 3 gole). Obecnie przebywa w miejscu nieznanym.

Kristijan Dobrew – 2006/2007 wiosna (Lech Poznań); 8 -0

(Dobrew w koszulce Lokomotiwu)

Pomimo tego, że Dobrew trafiał do Kolejorza jako zawodnik z ogromnym doświadczem w lidze bułgarskiej (ponad 200 meczów!), to w Poznaniu grał zupełny piach. Pojawiając się na boisku wprowadzał niezwykle irytujący dla kibiców pierwiastek niepewności, nie wspominając już o jakieś inicjatywie i wartości dodanej do gry. Bez żalu więc pożegnano się z nim na Bułgarskiej. Obecnie występuje w swoim ukochanym Lokomotiwie Sofia (w sumie to już jego dziewiąty sezon w tym klubie). W ramach ciekawostki warto wspomnieć, że trenował go tam… Dragomir Okuka!

Georgi Biżew – jesień 2007/2008 (ŁKS Łomża); 14 – 1 w II lidze

Trudno powiedzieć coś szczególnego o tym napastniku. Mając na koncie trochę występów w lidze bułgarskiej, epizod na Białorusi oraz w Grecji, Biżew trafił do biedującego ŁKS-u Łomża. Rozegrał tam 14 meczów, strzelając jedną bramkę oraz łapiąc 5 żółtych kartek. Teraz w Spartaku Warna, choć strona internetowa klubu nic o tym nie wie.

Lubomir Lubenow – 2008/2009 wiosna do dziś (Arka Gdynia)

Lubenow zanim trafił do Arki zdążył zagrać w dziesięciu (!) klubach bułgarskiej ekstraklasy (m.in. w Lewskim i CSKA Sofia). Na chwilę obecną można stwierdzić, że wniósł nieco spokoju w poczynania ofensywne gdynian, ale z drugiej strony, do pioruna, co to za poczynania ofensywne:)

Daniel Bożkow – 2009/2010 jesień do dziś (Widzew Łódź)

 

Obrońca, który przez całą swoją karierę reprezentował barwy Botewu Płowdiw. Aktualnie w Widzewie Łódź, choć zdążył rozegrać w nim na razie raptem jeden mecz ligowy.

Stojko Sakalijew – jesień 2009/2010 do dziś (Arka Gdynia)

Do Gdyni trafił w sytuacji absolutnie kryzysowej, w związku z czym nikt specjalnie nie miał siły ani ochoty, aby dogłębniej przeorać jego CV. Jeśli jednak się to zrobi, to okazuje się, że… do Arki trafił czterokrotny reprezentant Bułgarii! Sakalijew na początku swej kariery występował w Neftochimiku Burgas, gdzie seryjnie strzelał gole (49 goli w 134 meczach). Wtedy też trafił do kadry narodowej, w której rozegrał cztery mecze (w tym jeden w eMŚ 2006 Bułgaria – Malta 4-1 w październiku 2004).

Po świetnej rundzie jesiennej sezonu 2003/2004 (10 goli w 15 meczach) na wiosnę przeniósł się już do CSKA Sofia. W jej barwach występował trzy lata, zdobył mistrzostwo i puchar.

Poza tym czarował kibiców takimi golami:

oraz bawił takimi numerami:

W CSKA pokazał się też na międzynarodowej arenie, konkretnie w Pucharze UEFA. W eliminacjach do fazy grupowej 2007/2008 CSKA spotkała się ze Steauą Bukareszt. W Rumunii było 2-1 dla Steauy a  rewanżu 2-2 po dramatycznym boju i bramce Sakalijewa.

Po odpadnięciu CSKA Sakalijew przeszedł do Lokomotiwu Płowdiw a potem do Spartaku Warna.

Jedną nogą był już w rumuńskim Internationalu Curtea Arges, ale jednak zdecydował się na przenosiny do Gdyni. Zobaczymy czy okaże się wybawieniem na strzelecką nieudolność Arki.

Ruch w drugą stronę nie jest już jednak równie intensywny. Dotychczas w bułgarskiej ekstralasie zagrało trzech Polaków. Protoplastą bałkańskiego kierunku był Arkadiusz Wiereszko. Zawodnik, który w sezonie 1996/1997 występował w Wiśle Kraków (tutaj jeden z czterech goli zdobytych przez niego dla Białej Gwiazdy), po krótkim pobycie w Varcie Namysłów nieoczekiwanie trafił na wiosnę do Lokomotiwu Płowdiw. Tamtejszą koszulkę zakładał trzynastokrotnie i trzykrotnie ukąsił bramkę przeciwnika.

Ponad dziesięć lat musiało upłynąć, aby polska stopa znów zaczęła ugniatać bułgarskie murawy. O Tomaszu Sajdaku już pisałem, więc należy jeszcze jedynie wspomnieć, że kilka miesięcy temu (wiosna 2009), równie niespodziewanie, do drużyny Lokomotiwu Mezdra trafił Damian Rączka.

Młodzieżowy reprezentant Polski (grał na U-20 w Kanadzie) wybrał Bułgarię, aby wyrwać się wreszcie z zaklętego kręgu rezerw niemieckich drużyn – Borussi Moenchengladbach, Schalke czu nawet Mainz. W Lokomotiwie zagrał osiem razy i próżno go szukać w kadrze na obecny sezon.

P.

Zagraniczni mundialowcy-ekstraklasowcy. Odcinek trzeci i ostatni – Anatoli Nankow.

Podczas szukania bułgarskich koneksji Tomasza Sajdaka wpadłem również na osobę Anatolija Nankowa. Ten zawodnik jest postacią o tyle ciekawą, że należy do wąskiego (wręcz elitarnego) grona zagranicznych zawodników, którzy zanim pojawili się w polskiej Ekstraklasie – zagrali na Mundialu. Egzotyczny zastęp składa się z Anatolija Demianienki (trzy razy na MŚ!), Olega Salenki i Nankowa właśnie.

Bułgar najlepsze lata swojej kariery spędził w CSKA Sofia (na początku występował również w barwach Dunawu Ruse i Sławiji Sofia). Grał tam, z krótką przerwą, w latach 1990-1998 i zdobył trzy tytuły mistrzowskie. Występując na pozycji środkowego pomocnika wyrobił sobie markę na tyle silną, że selekcjonerzy zaczęli powoływać go do kadry (debiut w 1992 roku, przedtem ponoć zaliczył wszystkie szczeble reprezentacji juniorskich) a trener Christo Bonew  wziął go na Mudial we Francji.

(Anatoli Nankow z nr 16)

W premierowym meczu z Paragwajem Nankow grał jednak na tyle gorliwie, że złapał czerwoną kartkę (czerwona kartka w 8:40 filmiku).

Po odbyciu kary wystąpił jeszcze krótko w meczu z Hiszpanią (1:6) i niepocieszony – podobnie jak cała reszta reprezentacji  – wrócił do ojczyzny. W kadrze już nigdy więcej nie zagrał kompletując – według różnych źródeł – od 17 do 25 meczów.

Od zakończenia MŚ 1998 grał w Lokomotiwie Sofia oraz Spartaku Warna, a także zaliczył epizod w chińskim Chengdu Taihe. Latem 2003 roku odezwał się do niego Jarosław Kołakowski, wcześniej pilotujący transfer Radostina Stanewa do Legii Warszawa. Zachęcił go, że Edward Lorens buduje w Katowicach ciekawy zespół, którego Nankow miałby być mózgiem. Bułgar, po konsultacji z bramkarzem Wojskowych, z którym przyjaźnił się od lat, zdecydował się na przenosiny z całą rodziną na Śląsk.

Katowicka przygoda okazała się jednak kompletnym niewypałem – Nankow zupełnie nie mógł się odnaleźć w nowym środowisku i po rozegraniu czterech meczów (w sumie 107 minut) opuścił Polskę. Zaliczył jeszcze epizod w Minorze Bobow po czym zakończył piłkarską karierę (rok 2005). Coś się jednak kończy a coś się zaczyna – w tym klubie Nankow rozpoczął swoje trenerskie życie.

Po roku przeniósł się na stanowisko coacha Lokomotiwu Mezdra a w 2007 roku Stojczo Mładenow zaprosił go, aby pełnił on rolę jego asystenta w CSKA Sofia. Trenerski duet doprowadził Czerwoną Gwiazdę do mistrzostwa w 2008 roku. Krótko potem obaj panowie przenieśli się do Arabii Saudyjskiej – do klubu Ah-Ahly Dżudda (Nankow drugi z lewej).

Kiedy doczekamy się kolejnego stranieri z mundialowym obyciem w Ekstraklasie? Moim zdaniem niezbyt prędko. Z jednej strony gra na mistrzostwach świata jest rękojmią jakiegoś tam poziomu piłkarza, z drugiej jednak strony przykład całej trójki (Demianienko, Salenko, Nankow) pokazuje, że trafiający do nas towar był już mocno przechodzony. Obecny trend pokazuje, że ściąga się przede wszystkim młokosów z różnych końców świata a nie dziadków obwieszonych orderami. Choć gdyby trochę pogrzebać, to znalazłoby się kilku ciekawych mundialowiczów, którzy mogliby zagrać w Polsce. Ot, na przykład Razak Pimpong:)

P.