Różne kategorie strachu. O Poznaniu i Wągrowcu

Byłem na meczu Nielba – Lechia, nasłuchiwałem wieści ze Stalowej Woli. Strach, to jest to słowo, które przychodzi na myśl w związku z tymi dwoma spotkaniami. Trwoga dotknęła wielkopolskie zespoły (i ich fanów) na różnych płaszczyznach, ale uczucie to jest naprawdę sporego kalibru.

Najpierw o Lechu, choć meczu nie widziałem. Ale wynik mówi sam za siebie. Trwoga, strach co będzie dalej z poznańskim zespołem. Przy Zielińskim, przy tej ekipie rządzącej regres dokonuje się w zatrważającym tempie. Strach jak długo ta zapaść jeszcze potrwa. Strach, że te fantastyczne władze pewnie nie zwolnią Zielińskiego. Ani teraz, ani po porażce z Wisłą za dwa i pół tygodnia. Bo poczekajmy do końca rundy i w ogóle. A na koniec rundy może i Lech będzie w trójce. Tyle, że strata do Wisły będzie wtedy wynosić 15-20 punktów. Ale przecież podium państwu z Wronek wystarczy. Że się bić o mistrzostwo? Eee tam, po co. No i nienerwowo, przecież Franz w pierwszym roku też nie zdobył pucharu, a w ogóle to jeszcze zobaczycie. Taki tam drobny fakcik na dobicie. Bramkarz Stalówki, Tomasz Wietecha, w każdym meczu pierwszej ligi u siebie wyjmował piłkę z siatki. Dolcan i Podbeskidzie trafiało po cztery razy! Lech ani razu, z karnego raz. Tak, boję się co będzie dalej. Tym bardziej, że w niedzielę poznaniacy grają z zawsze groźną Arką

Teraz o Nielbie, co by było choć ciut optymistyczniej. Na początek budynek klubowy, czyli jak ja lubię takie stare fotografie!

Nielba jest aktualnie piątym zespołem zachodniej grupy drugiej ligi. Rok temu wągrowczanie wygrali ze Śląskiem (1:0) i długo się bronili, by ostatecznie dostać lekkie baty (0:3) od Polonii Warszawa. W tym sezonie po odprawieniu Znicza Pruszków (3:1), wydawało się, że z Lechią, która przyjechała bez podstawowych bocznych obrońców (wystąpili Marcin Kaczmarek i podobno bardzo utalentowany, 19-letni Maciej Osłowski), są szanse na sprawienie kolejnej sensacji.

Sensacji jednak nie było. Co w kontekście zeszłorocznych doświadczeń zaskakujące, piłkarze Nielby nie wyszli na mecz skoncentrowani i wojowniczy jak chłopaki z Kobylina. Piłkarze Nielby wyszli na boisko ze spętanymi nogami, jakby rywale wymagali tego, że mecz meczem, ale przed maradonami to należy bić pokłony łbem o ziemię. Szast-Buzała, prast-Nowak i już Lechia prowadziła 2:0.

A ja żadnych maradonów w biało-zielonych koszulkach nie zauważyłem. Może i Marko Bajić umiał trochę się z chłopakami z Wągrowca piłkarsko poprzekomarzać, ale ten sam gość popełnił błąd, w konsekwencji którego Rafał Leśniewski strzelił gola kontaktowego. To przed kim te pokłony? Fajnie, że drugoligowcy też sobie to pytanie zapytali, a po chwili widocznie na nie odpowiedzieli, dzięki czemu strzelili tego gola, a kolejnych byli naprawdę blisko. Aha, nazwisko Rafał Leśniewski – do zapamiętania. Aktualny lider tabeli strzelców zach. drugiej ligi wygląda tak:

A tuż przed przerwą mógł (powinien!) być remis. Wystarczyło, że drugoligowcy uświadomili sobie, że nie grają z mistrzami świata i okolic, że strach, który ich zdominował był bezpodstawny.

To co gospodarze uświadomili sobie pod koniec pierwszej połowy, chyba w przerwie wyleciało im z głowy, bo w 48. minucie absolutnie nikt nie pokrł Pawła Buzałę, który spokojnie strzelił na 1:3. 168-centymetrowy gość nie niepokojony przez żadnego z obrońców strzelił gola głową. Błąd przy tym golu popełnił też bramkarz Jacek Wosicki, ale jak tłumaczył mi miejscowy, jemu można wybaczyć, bo ”do 12 normalnie dzisiaj był w robocie, a nie jak ci z Lechii co to tylko relakse i masaże”. No może i tak.

Drugim wyrazem, który sponsorował mecz w Wągrowcu była głupota. Jeśli dla kogoś za mocno może być nieroztropność lub nierozwaga. Whatever. ”Bohaterów” było pod tym względem trzech.

Piotr Wiśniewski dostał w 59 minucie drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę. Ta druga była za symulowanie. Oszukistów nie brakuje, ale na tyle niemądrych oszukistów jest chyba mało. Wiśniewski wyleciał przy spokojnym prowadzeniu swojej drużyn 3:1, ale to jeszcze nic. On udawał, że jest faulowany jakieś 40-50 metrów od bramki! Co by Lechia miała z tego wolnego? Juninho Pernambucano miał być specjalnie sprowadzony samolotem czy co? Pane Petrek, to naprawdę było głupie.

Dwa – Maciej Kowalczyk. Fakt, był w pewnym momencie ostro sfaulowany, ale sekundę po tym, sędzia ruszył do obrońcy ruchem, rzekłbym dokartkowym. Ale Kowalczyk nie, on sam by najchętniej wszystkich pobił, a Wągrowiec wcielił do Wolnego Miasta Gdańsk.

Od tego momentu niepotrzebnie z niezłego meczu fair, spotkanie zamieniło się na jakiś czas w bezładną kopaninę. Faulowali jedni, odpowiadali drudzy. I tak w koło, Macieju (Kowalczyku).

Trzy – Marko Bajić. Drobnostka, ale też z tych co rynce opadywujom. Też przy stanie 3:1, rzut wolny z daleeeka. Bajić podaje do niepilnowanego kolegi. Przed gwizdkiem. Gelbe Karte.

Tyle jeśli chodzi o boisko w Wągrowcu. Żółto-czarni na aucie, Lechia dalej w grze.

B.

Czarno-biało, czyli Lech po meczu z Legią

Lech na Łazienkowskiej tak naprawdę potwierdził spostrzeżenia, jakie wobec jego gry można było zgromadzić od początku sezonu. Dla poznańskich kibiców, są to niestety spostrzeżenia w większości smutne.

Wychodzi na smudowe. Nie wiem, czy Franciszek Smuda uśmiecha się widząc niemoc Kolejorza w tym sezonie, wiem, że może sobie mruczeć pod nosem ”a nie mówiłem”. Władze Lecha, po części z trenerem Zielińskim do spółki, usilnie starają się udowodnić, że w sumie to Franz nic wielkiego nie zrobił, a już na pewno rzadko miewał rację. Rzeczywistość jednak wystawia rachunek. W najważniejszym meczu ligowym tego półroczu, Jacek Zieliński nagle postanowił zmienić swoje ustawienie 4-4-2 na smudowe 4-2-3-1. Abstrahując od efektów na Łazienkowskiej (przez godzinę wyglądało to naprawdę nieźle), trzeba powiedzieć jasno, że to Lech ma prowadzić grę, bo ma ku temu możliwości. Sytuacja z meczu z Odrą, gdy poznaniacy dawali sobie pogrywać (Odrze !) na własnym boisku (!!!) nie mieści sięw granicach mojej percepcji. A wracając do opinii Smudy, znów wyszło, że

Brakuje zmienników. Dramatycznie wręcz ich brakuje. Golika i Handzicia Zielu już przepędził, tego pierwszego przepędził nawet w trakcie pierwszej połowy meczu w Białymstoku. Chrapek? Przy całej mojej sympatii do niego, na razie wychodzi mu tylko bieganie bez piłki. Ten złośliwy okrągły przedmiot, raczej niestety mu przeszkadza. Kilku innych chłopaków też potwierdziło, że można na nich liczyć / nie można na nich liczyć. Skreślić
w stosunku do odpowiednich futbolistów. Mam tu nawet uszykowane odpowiednie plakietki z potrzebnymi określeniami. Niektóre białe, niektóre czarne.

Sławek ”Co my byśmy bez Ciebie zrobili” Peszko.

Żywe srebro. Wszędzie go pełno. Tak naprawdę w pojedynkę stanowił na Legii i stanowi w tym sezonie o sile ofensywnej Lecha. Choć niesprawiedliwością byłoby nie zauważyć postępu, jaki zrobił Kuba Wilk. Jednak o ile skrzydłowych można chwalić, to nad napastnikami w chwili obecnej lepiej spuścić zasłonę milczenia. Zawsze się wkurzałem na takie sformułowania, ale powoli naprawdę wygląda to tak, gdyby w Lechu z przodu grali

Lewandowski & Rengifo & Stilić – spółka z.o.o., która chętnie by po boisku pobiegała, ale może niekoniecznie w Lechu.

Hernan z Lechem się pożegna i teraz szczególnie powinien na boisku pokazać, że odesłanie go do Młodej Ekstraklasy byłoby błędem. Na razie chyba chce pokopać ze ”szczawiorami”. A szkoda, bo to kawał napastnika i już teraz wiem, że Lech nie zrobi transferu godnego zastąpienia Peruwiańczyka. ”Lewy” – dramat z nieskutecznością, ale dochodzą też klapki na oczy, czyli ”kurde blaszka, strasznie chciałem wam chłopaki podać, ale siakoś mi się strzeliło samemu. W bramkarza / nie w bramkę. No sorry, tej”. Najgorzej sytuacja ma się chyba ze Stiliciem. Semir po boisku snuć się lubił zawsze, a ja prawie zawsze go broniłem, bo nawet gdy grał cieniutko, to miał tę jedną-dwie piły pt. ”Oto piłka i bramkarz, wybierz tylko dobry róg, przyjacielu”. Teraz tych podań jak na tacy już nie ma. I Lech wygląda, jak wygląda – może w głównej mierze przez słabszego Bośniaka.

Seweryn.

W dłuższej perspektywie, to lewy obrońca może się okazać lepszym transferem niż sprowadzenie wyżej wymienionych czy Arboledy (Peski nie liczymy – wiadomo, rządzi). Gancarczyk nie tylko ma olbrzymie serducho do gry, ale ma też umiejętności. I strzał z rzutu wolnego. Jeszcze rzadko wpada, ale w końcu zacznie. W obronie skrzeczy za to inny problem.

Bosy, dzięki za wszystko, ale powoli już pora pomyśleć o bujanym fotelu.

Szkoda żegnać (niemal, bo jeszcze Wilczek) ostatniego Mohikanina ze starego Lecha, ale chyba już pora. Lepiej to wygląda na starych zdjęciach, niż np. na Łazienkowskiej.

Z szerszymi uwagami do Kasprzika jeszcze się wstrzymam, ale jakiś problem jednak jest. Zwłaszcza, jeśli sobie człek przypomni Brugię. Brugia, teraz Legia. Bramkarze mają grać w końcu wielkie mecze z wielkimi rywalami. Kasprzikowi na razie to nie wychodzi. Co nie zmienia faktu, że od czasu jego przyjścia, odstawiłem sporą część leków nasercowych.

Jak Kobylin przywrócił wiarę

To nie są najlepsze tygodnie dla polskiej piłki. Cienizna w pucharach, klęska reprezentacji, jubileuszowe zatrzymania w związku z korupcją. Myśli, by ciut odpocząć od rodzimej piłki już nie tylko w głowie kołatają, one wręcz oflagowują się i podpalają. Tak było do wczoraj, gdy obejrzałem w Kobylinie heroiczny bój miejscowego Piasta z Cracovią. IV-ligowiec odpadł, ale swoją postawą przypomniał, że w futbol w Polsce wciąż można (trzeba?!) wierzyć.

Promocja miasteczka. Burmistrz 3-tysięcznego miasteczka w powiecie krotoszyńskim opowiadał, że dla Kobylina (czy miast/gmin tej wielkości) takie wydarzenie trafia się raz na sto lat. Gdy w poprzedniej rundzie Piast wyeliminował Zagłębie Lubin, ”Wiadomości” pokazały materiał o o Kobylinie – i to nie w części sportowej, a informacyjnej. Promocja miasta, o której władze pewnie nawet nie śniły.

Promocja piłkarzy (i trenera Marka Nowickiego). Wbrew pozorom, mecz Piasta i Cracovii nie przebiegał według oczywistego scenariusza. Piast to nie była tylko drużyna amatorów ”gryząca trawę” i wykopująca piłkę do okolicznych lasów. Gospodarze dowodzeni przez grającego trenera Marka Nowickiego mądrze się ustawiali i w miarę możliwości utrzymywali się przy piłce. Na prawej stronie obrony, niezmordowane pojedynki z Derbichem i Moskałą prowadził Przemysław ”Kaka” Kaczmarek. A sam trener-piłkarz Nowicki, to w ogóle lepszy prorok. Dzień przed meczem opowiadał, że widział mecz Cracovii z Ruchem i jeśli jego napastnik, Tomasz Kempiński, wykorzysta predyspozycje podobne do tych Andrzeja Niedzielana, pod bramką chorzowian może być groźnie. Jak trener powiedział, tak Kempiński zrobił: wjechał z piłką w pole karne, pozwolił się sfaulować, a potem sam wykorzystał jedenastkę. Kto wie, może ”Kempes” będzie niedługo na co dzień rywalizował z Dariuszami Kłusami. Nie od dziś wiadomo, że perełek w niższych ligach hasa sporo, jeno coś poławiacze się ociągają.

Promocja fair play. 120 minut meczu to o jakieś 40-50 min za dużo dla wypruwających sobie żyły piłkarzy Piasta. Chłopakom z Kobylina zwyczajnie brakowało od pewnego momentu sił, zaczęły się skurcze itp. Leżący na murawie gospodarze nie wywoływali jednak w gościach z Krakowa jakichś negatywnych emocji czy niepotrzebnych nerwów, choć czas przecież uciekał. Piłkarze Piasta nie udawali, a krakowianie – co często się zdarza – nie podnosili ich na siłę z boiska, a gdyby trzeba było, pomagali przy skurczu. Po jednej z takich sytuacji, Paweł Sasin dostał od miejscowej widowni spore brawa, było nawet skandowanie nazwiska. To miło, tak jak miło, że tę fajną atmosferę w Kobylinie podkreślił na konferencji Orest Lenczyk. Polczak też nie dostał czerwonej kartki za jakieś chamskie wejście czy przepychanki, a za dwa faule taktyczne.

Promocja piłki.

Ludzie na dachach,

okolicznych górkach

czy płotach.

3000 mieszkańców Kobylina. 3500 kibiców na meczu. Pytania?

I bezcenne komentarze miejscowych:

Ty, jak bydzie dogrywka, syp do męża by jupitery zakładał ; Dzwonię do Durczoka by znowu we Faktach podał ; Nie tak szybko, chopcze, nie tak szybko (do Matusiaka) ; O maj got…

Promocja… kina. No dobra, miejsca w którym kiedyś było kino. Ale sala konferencyjna Piasta zrobiła wrażenie na wszystkich. Lenczyk: ”Ostatni raz byłem na takiej ładnej sali w FC Porto”.

Promocja Cracovii. Czyli awans. A mnie jest szkoda Kobylina. Gdy miesiąc temu, będąc w Brugii, dostałem cynk, że Piast pokonał Zagłębie, strasznie się ucieszyłem. W meczu z Cracovią, IV-ligowcy byli bliżej awansu niż Lech z Brugge. Szkoda tych karnych, szkoda Piasta. Ale jeśli – jak mówił trener – oprócz niego do jedenastek było chętnych tylko dwóch piłkarzy, a pozostali chowali się jeden za drugim, to chyba inaczej nie mogło się skończyć.

Fajna ta kadra, szkoda tylko, że w niej nie zagraliśmy

Dawno, dawno temu, były jeszcze czasy, że w reprezentacji nie występował każdy, kto wypełnił ankietę na stronie PZPN. Potrzeba było umiejętności, wyróżniania się wśród innych zawodników i dobrej gry przez więcej niż pół meczu. Nie wystarczył błysk w oku i fakt, że w dalekiej przyszłości osiągnie się poziom pierwszoligowy. Debiuty w kadrze należały do rzadkości i w zasadzie w ciemno można było obstawiać, kto otrzyma powołanie na najbliższy mecz. Tytuł reprezentanta Polski był mianem zaszczytnym i ekskluzywnym, umieszczającym piłkarza w wąskim gronie wybrańców niebios.

Czasy się jednak zmieniły i „przywileju” gry w kadrze dostąpiło już pół Ekstraklasy. Tym bardziej bolesny dla niektórych futbolistów musi być fakt, że powołanie otrzymali, podczas meczu usiedli nawet na ławce rezerwowych, ale zaszczytu debiutu w koszulce z orłem na piersi nigdy nie dostąpili. Według moich obliczeń opierających się na danych Encyklopedii Fuji, na chwilę dzisiejszą było 122 takich piłkarzy w historii polskiej reprezentacji. Oczywiście wymienianie wszystkich byłoby równie pasjonujące jak wymienianie baterii w pilocie, więc skupię się na ostatnim dwudziestoleciu.

W latach dziewięćdziesiątych pierwszym takim egzemplarzem był Przemysław Bereszyński.

Przypadek to czy nie, ale ten poznański defensor swój jedyny i ławkowy kontakt z kadrą zaliczył właśnie w stolicy Wielkopolski podczas meczu eMŚ Polska – Turcja  1:0 (gol Wałdocha), we wrześniu 1992 roku. Przez wiele lat gry na polskich murawach prezentował solidny poziom, ale niewiele ponad to.

Pięć lat później swoje wyjątkowo waleczne wdzięki posadził na polskiej ławce Piotr Mosór.

W marcu 1997 roku obserwował on z tej perspektywy towarzyski mecz Czechy – Polska w Ostrawie (porażka 1:2, gol Zielińskiego). Mnie osobiście brak powołań dla tego zawodnika dziwił. Nie był to na pewno najłatwiejszy w kontaktach interpersonalnych zawodnik (znany żart z „Anal Plus”), ale wszelkie braki związane z kulturą osobistą nadrabiał walecznością i zaangażowaniem w grę. Do tego dysponował pioronującym uderzeniem. Wobec defensorskiej posuchy w czasach kadry Piechniczka (Jegor, Kryger, Kałużny na lewej stronie), obecność Mosóra przynajmniej w szerokiej kadrze wydawała mi się czymś wręcz naturalnym. Jest jednak szansa, że zadziorny obrońca pełniej zrealizuje swoje ambicje na polu trenerskim – obecnie piastuje on posadę szkoleniowca II-ligowego Świtu NDM i idzie mu tam bardzo dobrze.

Ciekawa historia jest udziałem Bogdana Pruska i Roberta Wilka. Ci dwaj solidni ligowcy byli wyróżniającymi się zawodnikami Sokoła Tychy (w szczególności Prusek był wtedy na fali, strzelając gola za golem). Grali na tyle przekonująco, że ówczesny selekcjoner Antoni Piechniczek we wrześniu 1996 roku powołał ich do kadry, która przygotowywała się do… meczu z Anglią na Wembley! Obaj zawodnicy brali udział w zgrupowaniu w Wiśle, jednak na Wyspy ostatecznie nie pojechali. Okazało się bowiem, że do Anglii pojedzie 19, a nie 23 piłkarzy, jak to było wstępnie planowane. Smuteczek.

W tym samym roku, ale dwa miesiące później, Polska zagrała specyficzny dwumecz z reprezentacją Szwecji. Jednego dnia spotkały się drugie zespoły obu krajów, natomiast kolejnego walczyły pierwsze reprezentacje. Kadra B pod wodzą Krzysztofa Pawlaka przegrała 0:1, natomiast kadra A zremisowała 2:2 po golach Bukalskiego i Kałużnego. Tę potyczkę z ławki rezerwowych oglądali m.in. Rafał Pawlak (pamiętacie, to ten pan), Grzegorz Wódkiewicz i Radosław Biliński.

(w ramach ciekawostki warto dodać, że w Polsce B zagrali też Onyszko, Adamczyk, Gęsior, Kaliszan, Kłos [pierwszy kontakt z kadrą!], Kryger, Kukiełka czy Sokołowski).

Cały tercet to byli solidni wyrobnicy, którzy podeszwy zdarli na boiskach Ekstraklasy. Rafał Pawlak zaliczył na najwyższym poziomie 355 meczów (głównie w ŁKSie i Widzewie), Wódkiewicz wydeptywał przede wszystkim murawę w Bydgoszczy i we Wronkach (później w Radomsku i drugoligowej Arce…) a Biliński przez sześć lat kreował grę Amiki (potem również Pogonii, w przerwach między włosko-niemieckimi wojażami). Biliński zresztą na tyle się spodobał trenerom kadry, że – już tymczasowy selekcjoner – Krzysztof Pawlak powołał go także na odbywający się miesiąc później mecz eMŚ, Polska – Gruzja 4:1. Jednak i tym razem Biliński nie pojawił się na boisku.

Podobna przygoda spotkała Jacka Dąbrowskiego w lipcu 1998 roku.

Był on wyróżniającym się bocznym pomocnikiem w nabierającej rozpędu Polonii Warszawa, kiedy Janusz Wójcik powołał go na towarzyski mecz Ukraina – Polska w Kijowie (1:2, Szewczenko – Trzeciak, Czereszewski). O skali meczu świadczy również fakt, że zagrał w nim… ówczesny drugoligowiec Andrzej Jaskot:) Dąbrowski w kadrze już więcej się nie pojawił, po drodze pograł jeszcze w greckiej ekstraklasie i dziś już mało kto pamięta, że karierę rozpoczynał od… sądzenia się z Dariuszem Dziekanowskim w sprawie o rzekome pobicie.

Artur Sarnat, dziś oskarżony o korupcję, kiedyś czołowy bramkarz ligi w barwach Białej Gwiazdy, swój niedoszły debiut zaliczył w listopadzie 1998 roku podczas towarzyskiego meczu Słowacja – Polska 1:3 (Jancula – Reiss, Kowalczyk 2) za kadencji Janusza Wójcika. Zawsze grał solidnie (prawie dekada w pierwszym składzie Wisły), ale nigdy nie wzbił się na reprezentacyjny poziom. Szkoda, że skończył karierę w taki marny sposób.

Niedoszłe występy reprezentacyjne Andrzeja Kubicy to temat na dłuższą wypowiedź.

Janusz Wójcik zabrał go w czerwcu 1999 na eliminacyjny pakiet meczów z Bułgarią (2:0) i Luksemburgiem (3:2). Nie zdecydował się jednak posłać go w bój w żadnym z tych spotkań. W ramach rekompensaty (?) zaprosił go na egzotyczne tournee do Tajlandii. Znajdujący się wówczas w świetnej formie napastnik Maccabi Tel-Awiw (właśnie został w jego barwach królem strzelców ligi izraelskiej) stawił się na miejscu zbiórki, pokręcił się trochę po lotnisku i… zniknął! Później tłumaczył, że musiał wracać do Izraela negocjować nowy kontrakt. Powołania do kadry już więcej nie otrzymał.

W ogóle tajlandzka wycieczka zorganizowana przez PZPN jest ponadczasowym dostarczycielem ciekawych historyjek. Wielokrotnie wspominaliśmy tutaj kto wtedy w kadrze zagrał (Szwed, Piskuła, Tomala, Nosal, ach, ach, ach), teraz pora powiedzieć, kto nie zagrał. Otóż nie zagrał w niej Piotr Lech.

Wieloletni nestor polskich bramkarzy trafił do kadry w zamyśle jako pierwszy golkiper (drugim miał być Michał Kokoszanek, ale akurat brał ślub, więc w jego miejsce został powołany Grzegorz Tomala z Odry Wodzisław). W międzyczasie jednak się rozchorował ustępując miejsca między słupkami właśnie Tomali. Tym samym mecz z Nową Zelandią i szansa debiutu w reprezentacji przeszły Lechowi koło nosa.

Tragikomiczna historia wiąże się również z ówczesnym obrońcą poznańskiego Lecha Przemysławem Urbaniakiem. W poprzedzającym spotkanie z Nową Zelandią nieoficjalnym meczu z Brazylią złapał on czerwoną kartkę i w związku z tym nie mógł on nawet potem usiąść na ławce rezerwowych. To się nazywa pech:)

Ruch w biznesie  jeszcze poważniej nakręcił się w XXI wieku. Wynika to na pewno z większej liczby meczów towarzyskich oraz używania „powołania do kadry” jako nagrody samej w sobie, jako bodźca, który ma motywować młodych zawodników do dalszej pracy nad sobą, a niekoniecznie zaraz mamić wizją zadomowienia się w pierwszej reprezentacji (tak działał przede wszystkim Leo). Większość z tych zawodników nie jest jeszcze stara, więc niewykluczone, że do kadry jeszcze wrócą (może poza Klimkiem i Piątkiem).

Arkadiusz Klimek – III 2001, Polska – Armenia 4:0,

Paweł Strąk – XI 2002, Dania – Polska 2:0

Waldemar Piątek – VII 2004, USA – Polska 1:1

Marcin Cabaj – IV 2005, Meksyk – Polska 1:1 oraz V 2005, Polska – Albania 1:0

Krzysztof Łągiewka – X 2006, Polska – Portugalia 2:1

Sebastian Szałachowski – XI 2006, Belgia – Polska 0:1

Grzegorz Fonfara, Maciej Mielcarz, Przemysław Pitry – XII 2006, ZEA – Polska 2:5

Mariusz Ujek – VI 2006, Azerbejdżan – Polska 1:3

Maciej Gostomski – XII 2007, Polska – Bośnia i Hercegowina 1:0

Bartosz Fabiniak – II 2008, Polska – Estonia 2:0

Adam Stachowiak, Mariusz Magiera – XII 2008, Polska – Serbia 1:0

Marek Wasiluk – II 2009, Litwa – Polska 1:1

Nie powiem, żeby nie kłuły mnie w oczy powołania dla takich zawodników jak Fabiniak czy Pitry. Na pewno taki gest ze strony trenera wpłynął na nich mobilizująco, ale cierpi na tym przecież prestiż kadry – skoro trafiają do niej oni, to może trafić każdy.

Mówiąc o różnej maści „nieobecnych” i niedosytach związanych z niepojawieniem się na murawie i niezaliczeniem szeroko rozumianego debiutu, warto również wspomnieć o grupie zawodników, którym nie dane było zagrać na międzynarodowej imprezie, mimo że na nią pojechali:

– MŚ 2002: Adam Matysek

– MŚ 2006: Łukasz Fabiański, Tomasz Kuszczak, Sebastian Mila, Piotr Giza, Seweryn Gancarczyk

– ME 2008: Łukasz Fabiański, Wojciech Kowalewski, Łukasz Garguła, Michał Pazdan

Najbardziej z tego towarzystwa szkoda mi Matyska. Występowi na Mundialu w Korei podporządkował rok życia (przeprowadzka z Niemiec do Zagłębia i później Radomska), a mimo to nie zagrał tam ani minuty. Myślę, że uczciwiej byłoby gdyby Engel dał mu choć chwilę powąchać murawę w meczu z USA.

P.

Po co pisać o Piotrze Orlińskim?

Znalazłem cztery powody, by napisać krótką notkę o Piotrze Orlińskim.

Po pierwsze, Piotr Orliński jest dla mnie jedną z ikon Stomilu Olsztyn końca XX wieku. Występował w nim przez cztery lata (1998-2001), łapiąc się na chwile drobnych sukcesów i dużych porażek. Wraz ze spadkiem olsztyńskiego zespołu skończyła się w moim mniemaniu pewna epoka w polskiej piłce – drużyny sponsorowane przez wielkie huto-fabryki stopniowo upadały i usuwały się z najwyższej klasy rozgrywkowej (Stal Mielec, Hutnik Kraków, Raków Częstochowa, Siarka Tarnobrzeg), by zwolnić pole dla małych prężnych klubo-przedsiębiorstw. Stomil skonał w 2002 roku spadając do ówczesnej II ligi. Trzeba przyznać, że na przestrzeni lat przez ten klub – mimo że nigdy nie był on finansowym potentatem – przewinęło się kilku ciekawych graczy. Tam na serio swoje kariery zaczynali Sylwester Czereszewski, Tomasz Sokołowski I, Rafał Kaczmarczyk, Marcin Szulik, Jacek Chańko, Zbigniew Małkowski czy nawet Wojciech Łobodziński; tam też swoją przygodę z piłką na właściwy tor próbowali nakierowywać Adam Zejer, Jarosław Bako, Kazimierz Sidorczuk, Cezary Kucharski, Maciej Terlecki, Maciej Bykowski czy śp. Dariusz Marciniak. Całe to towarzystwo składało się na frapującą mieszankę przeciętniactwa i pojedynczych ciekawych person. Choć w moim odczuciu dominowało przeciętniactwo.

Właśnie Orliński stanowił świetną personifikacją charakteru drużyny ponieważ był on zawodnikiem nijakim (mimo że był nawet członkiem reprezentacji U-17 na MŚ 1993 w Japonii, wespół z Szymkowiakiem, Kukiełką, Terleckim, Radomskim i Wichniarkiem). Kibice mówią, że gdyby wykorzystywał choć połowę sytuacji strzeleckich byłby etatowym królem strzelców. A tak… w 77 grach w Ekstraklasie strzelił 3 gole. Stomil również był taką nijaką ekipą – sytuującą się zwykle w środku stawki, nie walczącą o najwyższe cele i dbające przede wszystkim, aby przypadkiem nie spaść. Minimalizm + nudna gra, ale też świadomość własnych ograniczeń + realizacja podstawowych celów. Tym niemniej przypomina mi moje młodociane kibicowskie fascynacje, w związku z czym nie potrafię myśleć o drużynie z Warmii i Mazur bez cienia sympatii. Jeśli ktoś ma ochotę sobie powspominać, to polecam świetny kanał StomilVideo na YouTubie – znajduje się tam masa skrótów meczów Stomilu w Ekstraklasie.

Po drugie, Piotr Orliński lubił podróżować. I to podróżować w miejsca zupełnie niebanalne. Wydaje mi się (jestem otwarty na polemikę), że jako pierwszy polski piłkarz dotarł na Litwę (jeden mecz w Żalgirisie Wilno na jesień 2002) – niby tak blisko, a ziemia litewska długo pozostawała dla nas terenem dziwiczym (z czasem dobijali tam też Kijewski, Klimek, Mrowiec, obecnie Bucholc). Potem nasz bohater udał się do dalekiej Indonezji, gdzie występował w zespole Persib Maung.

Po powrocie pograł jeszcze w Świcie, ŁKSie, Ruchu Wysokie Mazowieckie oraz Supraślance i znów wyruszył na podbój – tym razem – Hellady. Półtora roku okopywał bramki greckich drugo i trzecioligowców w barwach Androutsos Gravias, Neon Epivatin i AO Thiva. Rok temu zagrał rundę w ŁKSie Łomża a potem piłkarski słuch o nim zaginął.

Po trzecie, Piotr Orliński strzelił kiedyś bramkę, którą do dziś uważam, za jedną z najdoskonalszych polskich kopii tzw. papinad (czyli cholernie mocnych i cholernie podkręconych uderzeń z powietrza).

Po czwarte wreszcie, Piotr Orliński obchodzi dziś swoje 33 urodziny:)

P.

Życie po Leo – quo vadis, PZPNie?

Właśnie jesteśmy świadkami chyba najczarniejszego roku polskiej piłki w XXI wieku. Dawno już z poczynań reprezentacji nie przebijała taka nędza. Nawet zwycięskie mecze – jak z Walią czy Grecją (nie dajmy sobie wmówić, że to był dobry mecz), bo San Marino należy traktować jako anegdotę – okazywały się zwyczajnie słabe. O osiągach polskich klubów, nie warto nawet mówić (jeśli ktoś wykupił sobie dwutygodniowy turnus na wczasy w połowie lipca, to grę rodzimych ekip w pucharach może sobie co najwyżej zasymulować na komputerze). Do tego dochodzi mizerny poziom ligi na wiosnę oraz „osiągi” naszych w zagranicznych ligach (Gruszczyński do kadry!:)) i w efekcie mamy obraz dna i metra mułu.

Zdziwieni mogą być jednak tylko ci, którzy perypetie rodzimego podwórka śledzą od eventu do eventu. A przecież na imprezach bywamy, a jakże. Były dwa mundiale, EURO 2008, Kolejorz wyszedł z grupy w Pucharze UEFA. Ot, trup czasem na skutek dziwnych wewnętrznych impulsów nerwowych pomacha ręką. A machanie ręką uspokaja widownie. Rolę tej ręki przez długi czas pełniła reprezentacja – coś ugrała, coś wygrała, gdzieś awansowała. Jej kondycja była irracjonalna jeśli przyłożyć ją do poziomu prezentowanego przez naszych zawodników w klubach. Ogranie Portugalii to cudowna kumulacja, niezwykły splot absolutnych wyżyn niektórych piłkarzy (Bronowicki nigdy już nawet nie zbliżył się do swojego poziomy z tamtego spotkania), do tego dobre mecze z Serbami, kapitalne zawody z Czechami. Gra reprezentacji zaciemniała obraz polskiej piłki. Wyniki kadry były ponad stan posiadania. Teraz to się jednak skończyło. W środę jednak piłkarski trup z orzełkiem na piersi skonał ostatecznie. Cóż więc pozostało?

Bezsensem jest obwinianie o całe futbolowe zło Beenhakera. Oczywiście jest on winny nieudanych eliminacji. Stracił gdzieś tę swoją charyzmę, ten błysk w oku, to podejście Mourinho – PZPN może robić co chce, dziennikarze mogą pisać co chcą, ale najważniejsi są moi piłkarze i kibice. Ostatnio tego nie było, żaden z zawodników nie wspominał o świetnej atmosferze, o tym, że treningi go rozwijają, że skoczyłby za selekcjonerem w ogień. Beenhaker stracił serce do polskiej reprezentacji (idiotyczny związek z Feyenoordem), a i część reprezentacji straciła serce dla niego. Miał humory, często bywał arogancki, pouczał głupi naród polski z miną profesora Harvardu. Osobną kwestią są powołania i – może jeszcze ważniejsze – pominięcia. Upór w kwestii Boruca i Krzynówka, niedostrzeganie słabej formy Bandrowskiego, miłość do zawodników pokroju Trałki czy Wilka, równoległa asekurancja w stosunku do Peszki (najlepszy zawodnik polskiej Ekstraklasy w sierpniu) i awersja do Jelenia. Długo by mówić. Dlatego właśnie Leo musiał odejść – formuła jego obecności w kadrze się zwyczajnie wyczerpała.

Ale kwestia selekcjonera to oczywiście wierzchołek góry lodowej. Ta góra lodowa to PZPN. Na niej rozbiłby się nie tylko Beenhaker, ale nawet największe trenerskie Titaniki.

Grzegorz Lato, pomimo znacznych nakładów finansowych łożonych na poprawę własnego wizerunku to Andrzej Lepper w pierwotnym stadium rozwoju. Jego prostactwo i nieokrzesanie, przaśne wypowiedzi i kultura osobista żula spod budki z piwem powodują, że jest on wypisz-wymaluj twarzą całego Związku. Lato do spółki z Piechniczkiem i – o zgrozo, ponieważ długo dażyłem go szacunkiem – Engelem sprawiają wrażenie jakby żyli w jakimś osobnym świecie. Patrzą na zdjęcia z lat siedemdziesiątych i wspominają jak to kiedyś było fajnie i szkoda, że teraz nie ma komuny, wizyt w kopalniach i ciepłej wódki u decydentów. Obecne władze związku, to beton nie dostrzegający, że mur upadł i mamy kapitalizm. Aż dziw, że Piechniczek nie paraduje z mundialowymi medalami na szyi. Engel patrząc na awans mistrza Cypru do Ligi Mistrzów z nostalgią wspomina swój wkład w rozwój futbolu na Wyspie Afrodyty (człowieku, ogarnij się, jaki wkład!?). Poruszają się w jakieś malignie, co całkowicie uniemożliwia merytoryczną dyskusję o kształcie polskiej piłki. Mają żal do rzeczywistości, że gra według jakiś dziwnych, nieznanych im zasad. Mentalnie są w średniowieczu, więc i średniowiecze próbują wokół siebie zorganizować. Śmieszne wychwalanie się międzynarodowym skautingiem w czasie kiedy wiadomo, że Maciej Chorążyk pracuje praktycznie społecznie; zapraszanie Beenhakera na zjazd trenerów… w trakcie zgrupowania reprezentacji; machlojki przy (nie)sprzedawaniu biletów na mecze kadry itp. – to wszystko składa się na starczo-przaśną gębę PZPN-u.

Jakie kroki może więc podjąć PZPN, aby chociaż zasymulować dobrą wolę w kwestii polskiej piłki? W tej chwili przychodzą mi do głowy trzy rzeczy. Chodzi oczywiście o środki doraźne, tabletki na zbicie gorączki a nie na głęboką profilaktykę (plan szkolenia młodzieży, opłacanie trenerów juniorskich, ośrodki treningowe, pieniądze na skauting), bo na taką obecne władze nigdy się nie zdecydują. Dlatego PZPN powinien:

1) znaleźć kadrze jak najlepszego trenera

Powołanie Stefana Majewskiego nawet na trenera tymczasowego – trzeba to powiedzieć wprost – to skandal na skalę światową. W żadnym, podkreślam, w żadnym przedsiębiorstwie, państwowym czy prywatnym, nominacje na kluczowe stanowiska nie odbywają się w tak brudny, niejasny i nielogiczny sposób jak w PZPNie. Nie mówię o konkursie, o jakieś merytorycznej dyskusji, ale choćby o elementarnym poczuciu przyzwoitości. Bo, na Boga, czym może pochwalić się Stefan Majewski!? Puchar Polski? Superpuchar? Dwa razy awans do Ekstraklasy? A ostatnie popisy w Cracovii? Jeśli on otrzymał nominację to dlaczego nie mogli jej otrzymać – dużo bardziej utytułowani – Lenczyk, Smuda, Skorża czy Michniewicz. Ba, dlaczego selekcjonerem nie został Rafał Ulatowski!? To przecież naturalny proceder przy okazji zwalniania szkoleniowców, że chwilowo zastępuje ich asystent. Zresztą pomysł „trenera tymczasowego” jest idiotyczny i niczemu nie służy. Kolejne mecze za miesiąc, będą to ostatnie przed EURO 2012 sotkania o stawkę – dlaczego marnować ten materiał na kogoś, kto odejdzie po październikowych starciach? Stefan Majewski został pierwszym trenerem kadry, bo jest funflem PZPN-owskiej wierchuszki. Koniec dyskusji. Moim zdaniem trenerem powinien zostać najlepszy możliwy trener a nie najlepszy możliwy polski trener. Ale wiem, że prędzej Lacie urosną włosy na głowie niż zatrudni jakiegoś fachowca z prawdziwego zdarzenia z zagranicy. Zresztą jak miałby się z nim dogadywać?

2) zakontraktować mecze towarzyskie z jak najlepszymi drużynami

Pisałem już tutaj kilkukrotnie, że towarzyskie mecze Polaków w ostatnich latach to prawdziwy dramat. Potyczki z Macedonią czy Estonią oraz dzikie wojaże po południowoafrykańskim ugorze rozgrywane były tylko dlatego, że taki terminarz ustalił – uwaga – nie sztab szkoleniowy, ale były porucznik SB Andrzej Placzyński i jego firma SportFive. Bezsensowne sparingi rozgrywane były tylko by testować drugi i trzeci garnitur kadry. Teraz innych meczów już nie będzie. Jeśli nie będziemy się towarzysko potykać z silnymi ekipami, to w ogóle nie będziemy się z nimi potykać. Eliminacji nie ma, dlatego każdy sparing to dla nas mecz o wszystko.

3) szukać i zapraszać do kadry zawodników mieszkających i grających za granicą

Brednie o pokoleniu młodych i zdolnych pracowników głoszone przez Engela i wtórujący mu zastęp futbolowych dziadków można zweryfikować poprzez jeden rzut oka na składy młodzieżowych reprezentacji. W bezpośrednim zapleczu kadry, jak nazywana jest reprezentacja U-23, zagrało w meczu z Walią raptem czterech zawodników, którzy znajdują się w pierwszej dziesiątce (w piątce nie znalazłby się żaden!) na swoich pozycjach w Ekstraklasie (Stachowiak, Pawelec, Polczak, Mierzejewski). A mówienie o takich piłkarzach jak Janoszka, Hanzel czy Tomasik, że wkrótce mogą zasilić kadrę to jawna kpina (zresztą nie wierze nawet w takie wynalazki jak np. usilnie promowany na każdym kroku Ćwielong). Kadra U-21 to podobny rozmiar kapelusza. Szczęsny, Krychowiak, Glik, Wilczek, Małecki, Cetnarski czy Grosicki to duże talenty, ale część z nich w dorosłym futbolu na dobrą sprawę jeszcze nie zaistniała w ogóle (pierwsza dwójka) albo jest tam bardzo krótko (następna dwójka). Na Zachodzie w tym wieku jest 25% zawodników pierwszych reprezentacji. Dlatego warto szukać pomocy z zewnątrz.

Coraz więcej młodych Polaków rodzi się za granicą albo wyjeżdża w czasach dziecinnych i uczy się tam grać w piłkę. Prawda niestety jest taka, że tym „zagranicznym Polakom” nie mamy do zaoferowania sensownego. Dlatego trzeba grać na emocjach (podobne rzeczy robi Ferguson kaperując młodzików do MU), stymulować ten rodzaj patriotyzmu, dawać chłopcom poczucie, że Ojczyzna ich potrzebuje i w tym samym duchu utrzymywać kontakty z ich rodzicami. Podkreślać na każdym kroku, że koszulka z orzełkiem jest cool a EURO 2012, to będzie impreza ich życia, której nie zapomną do końca swych dni. Janota, Szczęsny, Stullin, Matuszyk, Blacha, Krychowiak, Martin Kobylański – bez tego typu zawodników w najbliższych latach nie mamy szans na zaistnienie w Europie. Nie twierdzę oczywiście, żeby teraz zamknąć oczy i rwać wszystko co się rusza zza granicy. Tacy zawodnicy jak ”rodzimi” Cetnarski czy Małecki też mogą wyrosnąć na świetnych zawodników, ale mają ku temu dużo gorsze warunki (!).

Do tego oczywiście, choć to chwyt tani i w ogóle nie rozwiązujący problemu, trzeba szukać polskich korzeni u innych zawodników grających za granicą. Nawet jeśli kadry nie zbawią, trzeba ich spróbować – jeśli na dziesięciu wypali choćby jeden to i tak będzie to sukces. Mówi się o  Laurencie Koscielnym z Lorient i Damienie Perquisie z Sochaux, trochę zamarła sprawa Krzysztofa Trochowskiego. Warto szukać, szukać i jeszcze raz szukać.

Szczerze mówiąc nie przychodzą mi do głowy inne pomysły, których realizacja jest w zasięgu możliwości obecnych władz PZPN. Choć nie sądzę, żeby one nawet to zrobiły. Ora et labora – nic innego już chyba nam nie pozostaje, ale obawiam się, że obecnie nawet to może nie wystarczyć.

P.

Sofokles

Bardzo słabo znam się na koszykówce przez co obcowanie z nią – jako z jedną z niewielu dyscyplin zespołowych w kontekście których jestem aż tak blady – pozwala na autentyczne momenty zaskoczenia, zdumienia i rozbawienia. Tak właśnie było w poniedziałek w hali poznańskiej Areny na meczu Eurobasketu pomiędzy Grecją a Macedonią.

Wiem, że kosz jest jednym z tych sportów, gdzie kwestie zmiany narodowości, naturalizacji i przyśpieszonych procesów paszportowych są dość popularne. Dość powiedzieć o Loganie, a przecież długo przedtem był jeszcze Joseph McNaull. Nie wspominając już o innych nacjach, które masowo wspomagają się Amerykanami (np. Bułgarzy). Dlatego widok zawodnika o ciemnym kolorze skóry hasającego po parkiecie w białej koszulce Hellady jakoś szczególnie mnie nie zdziwił. Zaskakująco-rozbawiające były inne kwestie.

Greek_Baby_Shaq_Sofoklis_Schortsanitis

Po pierwsze, zawodnik wyglądał jakby właśnie zjadł pół drużyny przeciwnika. Jak podaje oficjalny program mistrzostw waży 180 kg (!) a ponoć w ”najcięższych” czasach ważył niemal 200 kg (!!!). Choć porusza się w zwolnionym tempie, to z jego masą może mieć połowę tej prędkości co przeciwnik a i tak mieć dwa razy większy pęd:) Przez dziennikarzy nazywany jest często Big Sofo albo Baby Shaqiem. Wymowne ksywy.

Po drugie, okazało się wkrótce, że solidny baskecista, to nie żaden import ze Stanów, ale owoc miłości Greka i Kamerunki. Choć urodził się w kameruńskim Tiko, w Grecji mieszka praktycznie od dziecka. Tak więc obywatelem Hellady jest pełną gębą (a już na pewno półgębkiem)

Po trzecie wreszcie, informacja którą uzyskałem jako ostatnią i która zarazem rozłożyła mnie na łopatki, czyli imię  naszego bohatera. Otoż zwalisty zawodnik nazywa się Sofoklis Schortsanitis. Czyli Sofokles!:) Mało rzeczy już mnie zaskakuje w sporcie, ale połączenie takiego – mimo wszystko – niegreckiego wyglądu koszykarza i hipergreckiego imienia wprawiło mnie w niekłamane rozbawienie. Dla przypomnienia, autor ”Edypa” i innych słynnych tragedii wyglądał tak:

Fakt, że zwalisty ciemnoskóry koszykarz nazywa się i reprezentuje ten sam kraj, co współtwórca fundamentów europejskiej  cywilizacji podszyty jes subtelnym humorem. Z drugiej jednak strony świetnie pokazuje on w jakim świecie obecnie żyjemy – totalnego wymieszania kontekstów kulturowych, nieadekwatności starych kategorii opisu i dynamicznej sytuacji społecznej. A sport jest świetnym przykładem tych wszystkich procesów.

Oczywiście wspomnieć muszę, że Sofoklis dla kibiców koszykówki nie jest postacią anonimową. Obecnie reprezentuje barwy Olympiakosu Pireus, przedtem grał m.in. we Włoszech a nawet wybrany został w drafice do ekipy Los Angeles Clippers (choć w NBA nie zagrał). W narodowej reprezentacji Grecji zdążył zdobyć już srebrny medal mistrzostw świata w 2006 roku oraz wystąpić na Igrzyskach w Pekinie (porażka z Argentyną w ćwiećfinale).

P.

Mistrza Europy chętnie podejmę, czyli zdarzyło się kiedyś

Oglądając dzisiejsze towarzyskie spotkania naszych Orłów z potentatami pokroju Estonii, można tylko uronić łezkę na wspomnienie spotkania sprzed 13 lat. 4.09.1996 roku, w swoim pierwszym występie po zdobyciu mistrzostwa Europy, Niemcy potykali się właśnie z Polakami. Nie chodzi już o to, że podopieczni Piechniczka w tym meczu wypadli koszmarnie, ale o sam fakt, że PZPN-owi udawało się zakontraktować mecz z tak wymagającym rywalem. Engel mógł się zmierzyć z Hiszpanią, Francją, Holandią (i to w ciągu pół roku!) i Kamerunem a Janas z Włochami, Francuzami, Chorwatami i Meksykiem. Obecnie szczytem możliwości są dobre i średnie – nie najlepsze! – reprezentacje: Rosja, Irlandia, Czechy, Ukraina.

Inna sprawa, że Niemcy mieli wtedy naprawdę świetny skład. Klinsmann przeżywał wtedy chyba najlepszy okres w swojej karierze, eksplodował Bierhoff, no i obrona – oprócz Sammera w składająca się praktycznie z graczy solidnych i wyrobników, którzy jednak w swoim fachu osiągnęli mistrzostwo. Berti Vogst poukładał wszystkie klocki z imponującą precyzją.

Co się tyczy polskiego zespołu, to warte odnotowania jest to, że… po raz pierwszy zagrał w koszulkach firmy Nike:) Biało-czerwoni pokazali się od bardzo słabej strony, praktycznie nie potrafiąc zagrozić bramce Kahna. Po raz ostatni w reprezentacji wystąpili wtedy Grzegorz Lewandowski i Maciej Szczęsny. Ten pierwszy trafił na powrót do kadry na fali świetnych występów w Legii (szczególnie w Lidze Mistrzów) a w związku z ówczesną posuchą na prawych pomocników mawiało się nawet, że „najlepszy prawy to Lewy”. Długo jednak miejsca w reprezentacji nie zagrzał. Co zaś się tyczy Szczęsnego, to pewnie nie spodziewał się, że już nigdy nie włoży bluzy z godłem. Miesiąc później, na otwierającym eMŚ spotkaniu z Anglią na Wembley Piechniczek wystawił Woźniaka a Szczęsnego posadził na ławce (wszyscy wiemy jak to się skończyło). Obrażony golkiper zrezygnował wtedy z dalszych występów, argumentując, że „jeśli w restauracji raz mu podali nieświeżego kotleta, to on więcej do tej restauracji nie pójdzie”. Warto odnotować również fakt, że pomimo upływu trzynastu lat w kadrze… wciąż występuje Marek Saganowski:)

4.09.1996, POLSKA – NIEMCY 0:2 (0:1)

Bramki: Bierhoff (28.), Klinsmann (89.)

Szczęsny Maciej – Hajto Tomasz, Jóźwiak Marek, Zieliński Jacek (k), Wojtala Paweł – Michalski Radosław, Brzęczek Jerzy, Staniek Ryszard (46. Saganowski Marek), Czerwiec Ryszard, Lewandowski Grzegorz (46. Ledwoń Adam) – Warzycha Krzysztof

Kahn Oliver – Reuter Stefan (79. Babbel Markus), Kohler Jurgen, Helmer Thomas – Eilts Dieter, Hassler Thomas, Moller Andreas (56. Scholl Mehmet), Strunz Thomas, Ziege Christian (46. Bode Marco) – Klinsmann Jurgen (k), Bierhoff Oliver (76. Bobic Fredi)

P.