Nudno o pasjonującym spektaklu czyli ”Telewizyjna transmisja sportowa czyli największy teatr świata”

Jeśli po lekturze „Media-Eros-Przemoc. Sport w czasach popkultury” ktoś zabiera się za temat sportu w telewizji, to powinien mieć do powiedzenia coś faktycznie istotnego w tej materii. Tak niestety nie dzieje się w przypadku książki Andrzeja Ostrowskiego ”Telewizyjna transmisja sportowa czyli największy teatr świata”.

Główną wadą tej pozycji (pomimo, że stanowi ona rozprawę doktorską) jest to, że porusza się ona w sferze banału – mówi o rzeczach oczywistych bądź też absolutnie podstawowych, często ewidentnie dorabia teorię do życia a czynione przez nią systematyki poszczególnych obszarów tematycznych dokonywane są na siłę. Oto próbka – autor dokonuje podziału na rodzaje dramaturgii i wskazuje co na nie wpływa: dratamurgia ogólna -> dramaturgia zewnętrzna -> pobudzona. Składa się na nią: (…), zaufanie do komentatorów, przekonanie o wyższości obrazu telewizyjnego nad obserwacją na miejscu wydarzeniamożliwość odreagowania i zaspokojenia potrzeb, zadowolenie z zakupu abonamentu, dekodera i odbiornika. Jednym słowem enumeracja oczywistości nad którymi szczegółowo nie warto się pochylać, bo wszyscy świetnie sobie z nich zdają sprawę. Wiadomo – „rodzaje maskotek, podstawowy podział”.

Jeszcze gorzej sprawy się mają, gdy autor zabiera się za analizą języka mówionego sportu, a więc bierze pod lupę pracę komentatorów. Taśmowo wypisuje terminy, które podpadają pod stworzone przez niego kategorie. Np. pisząc o zapożyczeniach obcojęzycznych poświęca dwie strony na wypis zapożyczonych terminów ogólnosportowych typu fanklub, krecz, aut, walkower czy nokuot. Obficie zwraca uwagę na neologizmy (libero, szczypiorniści) i na wątpliwe błędy stylistyczne (”uderzył na bramkę”, ”uderzył głową”, ”otrzymał żółtą kartkę”). Według tego szablonu zbudowane jest 80 stron książki.

Gdybym miał jednak wskazać wartościowe aspekty książki, to kilka kartek też by się znalazło. W „Telewizyjnym…” znajduje się sporo (chwilami za dużo) interesujących danych telemetrycznych, czyli ilu widzów oglądało Igrzyska, ilu EURO 2004 a ilu Adama Małysza. Często szuka się takich liczb, żeby coś przyszpilić konkretem i ciężko takie dane znaleźć. Tu one są. Fajna jest też analiza telegeniczności (zespół warunków technicznych, który stanowi o możliwości przeprowadzenia profesjonalnej transmisji) i widowiskowości (zespół warunków danej dyscypliny wpływający na jej atrakcyjność) poszczególnych dyscyplin sportowych.

Obawiam się, że lekturą „Telewizyjnej transmisji sportowej” będą rozczarowani wszyscy, którzy po nią sięgną. Socjologowie nie dowiedzą się z niej absolutnie niczego nowego na temat społecznego fenomenu widowiska sportowego. Medioznawcy nie przeczytają w niej nic odkrywczego na temat form obecności sportu w telewizji ani nie posiądą ezoterycznej wiedzy na temat sposobu budowania transmisji. Wreszcie językoznawcom podczas wertowania kolejnych wypisów będzie towarzyszyło uczucie oczywistości. A kibice sportowi? Oni w ogóle nie mają po co sięgać po książkę Ostrowskiego.

P.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *